
Trzy miesiące temu, zanim na dobre zaczęło się lato, żeńska część naszej redakcji postanowiła przetestować polskie, najlepsze kosmetyki naturalne. W pięknych słoiczkach, o obłędnych aromatach i deklarowanym cudotwórstwie. Każda z nas miała w zaopatrzeniu kilka różności, mi trafił się m.in. krem Naffi marki iossi. Po kilku pierwszych aplikacjach wydawał się ciężki, wręcz niewchłanialny. Odłożyłam go zatem z poczuciem lekkiego zawodu. Jednak niedługo potem nadszedł czas mojego urlopu i musiałam postanowić, który z 15 napoczętych kremów (zakres cen od 15 do 300 zł) jedzie ze mną. Wszystkie mniej więcej po równo mnie rozczarowały, każdy sprawdzał się w innych okolicznościach. Wzięłam więc ten, któremu nie poświęciłam zbyt wiele uwagi, a obiektywnie (pod względem doskonałego naturalnego składu) miał być najskuteczniejszy – był to wspomniany Naffi.
Bielenda, krem na dzień Esencja Młodości

Jest kremowy i gęsty, ale nie ciężki – to jego ogromna zaleta. Zapach ma taki, jak lubię – delikatny, świeży, ale nie chemiczny. Niby wchłania się szybko, ale zostawia na skórze trudny do opisania film. Nie jest to film tłusty, ale nie jest też ściągająco-matowy. Jest dość rzadki, powoduje, że palce po skórze się ślizgają. Nie jest w związku z tym dobrą bazą pod makijaż, choć to krem na dzień.
Głównie tłusty emolient – jest na drugim miejscu w składzie. Z deklarowanych na opakowaniu substancji kolejna jest glukoza (po glicerynie). W trzeciej linijce składu (to daleko) oliwa z oliwek, kawałek dalej obiecane komórki macierzyste z drzewa arganowego. To, co dalej niewiele zmienia. Słowem, zwykły drogeryjny krem ochronno-nawilżający warty swej ceny, ale ani złotówki więcej.
Ponieważ ma filtr SPF 10 sprawdza się na letnie dni spędzone na świeżym powietrzu bez makijażu. Poza tym nie polecam, nie odradzam. Nie zaszkodził mi, ale nie mam też pewności czy pomógł. Chyba tylko na zasadzie ochrony przed przesuszeniem.

Herbal Care, nawilżający krem aloesowy

Konsystencja kremowa, nieco rzadsza niż w przypadku Bielendy. Nie wpływa to jednak na przyjemność użytkowania. Zapach super – naprawdę aloesowy. Wchłanianie na czwórkę z plusem – zostawia skórę elastyczną, odżywioną i bardzo przyjemną, bez tłustego filmu, jednak po dotknięciu policzka nawet po 20 minutach czuję, że niedawno czymś się posmarowałam. Pod makijaż może być, ale wolałam używać go na ciepłe noce.

Jak się okazuje, dokładnie to, co deklaruje producent na opakowaniu. Olejek migdałowy już na trzecim miejscu w składzie, na szóstym masło Shea, na ósmym sok aloesowy, na dziesiątym rozpuszczalny kolagen. I ten całkiem przyzwoity zestaw naprawdę czuć po kilku tygodniach użytkowania. Choć nie uzyskałam efektu idealnego, który zapewnił mi drogi krem naturalny, to wydzielanie sebum nieco się zmniejszyło, a po złuszczającej się skórze na brodzie po kilku użyciach nie było śladu. To dobry krem, praktyczny i raczej bezproblemowy, a w swej kategorii cenowej rewelacyjny.
Fitomed, Mój Krem nr 6

Jest lekki, dość rzadki i bardziej żelowy niż wyżej opisane kremy. Dla mnie na minus, ale co kto lubi. Pachnie jak wszystkie kosmetyki bezzapachowe i hipoalergiczne – trochę mdło, ale prawie niewyczuwalnie. Dobrze się wchłania i co najważniejsze, pozostawia skórę matową. Nadaje się zatem pod makijaż.
Same skarby, bez naciągania. Woda różana na drugim miejscu w składzie (po zwykłej wodzie, jak w każdym kremie), na trzecim masło kakaowe, dalej olej z kiełków pszenicy i olej z awokado. Kolejna jest lecytyna, która oprócz funkcji zagęszczającej, również uzupełnia w lipidy spoiwo międzykomórkowe. Następnie: wyciąg z korzenia aralii (działa rewitalizująco), wyciąg z lukrecji (rozjaśnia, łagodzi, regeneruje), wyciąg z nasturcji (pomocny przy trądziku). Dopiero po tych substancjach występuje gliceryna i syntetyczne składniki "kremotwórcze". Nie zawiera parabenów i barwników. Klasa!

Wyznacznikiem jakości kosmetyku nawilżająco-odżywczego jest dla mnie ograniczenie do minimum produkcji sebum w tłustych partiach mojej skóry i jednoczesne nawilżenie tych części, które się przesuszają lub są wrażliwe. Mojemu kremowi numer 6 udało się to właściwie tak dobrze jak ukochanemu Naffi. Nie jest też tak przyjemny w użyciu (Naffi bosko pachnie), ale prócz tego ma same zalety. Nie zapycha, zostawia buzię miękką, nawilżoną i matową przez długie godziny. Cudo stworzenia.
Nivea, lekki krem przeciwzmarszczkowy

Pachnie intensywnie i dokładnie tak samo jak klasyczny krem Nivea. Może odrobinę mniej "tłusto", a bardziej jak delikatne perfumy na lato. Jest faktycznie lekki, ale kremowy, nie ma nic z żelowych półpłynnych emulsji (dla mnie super). Wchłania się szybko, ale zostawia tłustawy film. Skóra po nim się trochę lepi. Używałam go raczej na noc.
W pierwszej kolejności gliceryna, która ma zdolność przenikania przez warstwę rogową naskórka – pomaga substancjom aktywnym przedostać się w głąb skóry, a zarazem sama wykazuje silne właściwości nawilżające. Kolejne w składzie są masło Shea (zaskoczenie na plus) i dwa tłuste emolienty. Dalej witamina E, filtr UV i trochę "chemii".
To fajny krem codzienny. Cudów nie należy się po nim spodziewać, ale jako uzupełnienie pielęgnacji jest w porządku. Kosztuje niecałe 20 zł.
Barwa Siarkowa, krem siarkowy długotrwale nawilżający

Zapach boski – intensywny, przypominający lody o smaku mango. Konsystencja lekka, kremowo-żelowa. Wchłanianie błyskawiczne, pozostawia skórę nawilżoną, miękką, z poczuciem komfortu.
Dopóki nie przeczytałam składu zastanawiałam się jak to możliwe, że krem, który zawiera antybakteryjną siarkę, ekstrakt z trawy azjatyckiej (nawadniający) oraz olej bawełniany (odżywczy) powoduje, że po godzinie mam świecące i nieprzyjemne w dotyku nie tylko czoło, ale i okolice nosa oraz policzki. No cóż, widocznie kombinacja gliceryny i emolientów na szczycie składu (to, co dobre przy końcu) to dla mnie trochę za dużo w połączeniu z deklarowaną obecnością siarki i składnika zmniejszającego wydzielanie sebum. Po raz kolejny okazało się, że do zminimalizowania przetłuszczania się skóry nie tędy droga.
Podobno nawilżenie skóry na stałe wzrasta o 28 proc. po 4 tygodniach stosowania. Chciałabym jeszcze dać mu szansę, ale nie wiem czy wystarczy mi cierpliwości i trochę obawiam się o skutki uboczne. Niektóre z recenzentek na forum piszą, że działa super, póki się go nie odstawi. Potem niedoskonałości znacznie przybywa.
Cien, Aqua

Wszystko poprawnie – zapach delikatny, trochę algowy, konsystencja lekka, kremowo-żelowa, nie lepka. Wchłania się świetnie, dobrze trzyma makijaż.
Podobno naukowcy, którzy pochylili się nad składem kremu z Lidla uznali, że wcale ich nie dziwią pozytywne opinie recenzentek. Był to pod względem jakości składników najlepszy krem z testowanych – nie wywołuje uczulenia, ani nie zagraża negatywnymi skutkami ubocznymi. Ale czy trwale pielęgnują? Mam wątpliwości, bo ten krem to kombinacja gliceryny i emolientów (wiele z tych w kremie Cien stosuje się do produkcji kosmetyków dla niemowląt). Deklarowane substancje czynne, czyli alantoina, olej z pestek jabłka, ekstrakt z prosa, wyciąg z jęczmienia oraz łubinu pojawiają się w drugiej połowie składu, za słowem "parfum", co oznacza, że to śladowe ilości, które nie mają w tym składzie prawa głosu.
Jestem przekonana, że kilka tygodni testów różnych kremów bez znajomości ich nazwy oraz składu mogło tylko pokazać, którego kremu używa się najprzyjemniej. A przyjemność nie zawsze równa się dobremu efektowi, o czym świadczy moja przygoda z kremem naturalnym Naffi, którego zastępcę próbuję znaleźć wśród tańszych kosmetyków. Cien Aqua jest rzeczywiście miły i praktyczny od pierwszego użycia, nie stwarza żadnych problemów, ale znając jego skład (a chyba o to chodzi w byciu świadomym konsumentem) nie powierzyłabym mu głównej roli w pielęgnacji.
Podsumowanie

