
Potrafię sobie wyobrazić, że są w tym kraju ludzie, którzy przesyłkę z prenumeratą będą rozpakowywać drżącymi rękami. Potrafię sobie nawet wyobrazić, co będzie dalej: najpierw będą wąchać papier, potem delikatnie pieścić zwilżonymi palcami każdą stroniczkę, następnie przeczytają numer od deski do deski, a na koniec zasną wtuleni w swój egzemplarz. Takich osób jest bardzo dużo i ja to szanuję. Ale to nie ja. Jeśli chodzi o mnie, przyznaję - czekałam z utęsknieniem i dużą ciekawością, robiłam prywatne zakłady dotyczące osobowości, która pojawi się na okładce, ale całość traktuję bardziej jak interesujące zjawisko niż religię, której potrzebowaliśmy.
Od lat słyszę, że Polska nie dojrzała do "Vogue'a”. Wiodącym argumentem w tego typu dyskusjach jest to, że "Vogue” to marka adresowana do wymagającego i – mówiąc wprost – bogatego odbiorcy, a my rzekomo ani bogaci, ani wymagający.
Jestem zachwycona tym, co "Vogue Polska” zrobił z nami na dzień dobry. To, co się wydarzyło po przedpremierowej publikacji okładki pierwszego numeru, powiedziało o nas więcej niż tysiące słów socjologów w śniadaniówkach. Krytyce poddano wszystko: od krzywego Pałacu Kultury, poprzez kolory, smog, wołgę, brak ostrości, aż po czarne stroje modelek (a nawet ich kolana). Wydaje mi się, że font w tytule był w porządku, choć mogę się mylić.
Gdy patrzę na tę okładkę i gdy czytam, jak "Vogue” w swoich zapowiedziach dla prasy odmienia polskość przez wszystkie przypadki, to myślę, że ktoś w tej redakcji jest geniuszem, bo całość została przeprowadzona jak kilkuwymiarowy performance pod tym właśnie tytułem. Wymierzona na kontrowersję okładka (gdyby nie wołga, może miałabym jakieś wątpliwości) okazała się świetnym chwytem marketingowym. Dzień przed premierą o magazynie jest głośno, a hasło "Vogue Polska” wpadło do pierwszej dziesiątki najchętniej wyszukiwanych zwrotów w Google i uplasowało się między "Młodzież Wszechpolska, Kocham Polskę” a "Walentynki, Auchan”.
Wiecie dlaczego jestem zachwycona? Bo tak rozumiem współczesną modę. Moda to nie tylko świetnie skrojone ubrania czy oryginalne połączenia, ale również odłam sztuki i jako taka powinna wypychać nas ze strefy komfortu i pobudzać do myślenia. Ta okładka nam to zaserwowała. Dzięki niej w jedno popołudnie staliśmy się nie tylko znawcami zasad poprawnej fotografii, ale również wielu z nas odpowiedziało sobie na pytanie, jacy jesteśmy i jak byśmy chcieli pokazać się na świecie.
Jest co poczytać Jeśli tak jak ja nie macie nabożnego stosunku do "Vogue'a” i jeśli tak jak mnie najbardziej ciekawi was, jakimi tekstami uraczy nas ten magiczny tytuł, polecam czytanie od końca. Tam na dzień dobry (i na do widzenia) znajdziecie kilka interesujących pozycji: od uroczego wywiadu z Rachel Weisz, poprzez rozmowę z Małgorzatą Szumowską i Mateuszem Kościukiewiczem (szkoda, że taka krótka) aż po rozmowę Pawła Smoleńskiego z jedną z najważniejszych polskich opozycjonistek, Ewą Kulik-Bielińską. Miejscem, w którym zostawiłam swoje serce, jest dział "Dwugłos”, czyli zapis rozmowy dwóch wyjątkowych Polek, ikon mody PRL-u, Barbary Hoff i Andy Rottenberg. Jest w tym jakaś piękna melodia, że udało się poprowadzić nitkę od Hofflandu do "Vogue'a”.

Jedną z obaw, jakie miałam przed pojawieniem się polskiej edycji magazynu było to, że tematy będą "wydumane”, zbyt specjalistyczne, a z opowieści o modzie wysokiej zrozumiem tylko nazwiska projektantów i to też dopiero po przepuszczeniu przez translator. Nic z tych rzeczy. W pierwszym numerze znajdziecie duży materiał przekrojowy zatytułowany "Nowa władza”, który w zajmujący sposób opowiada o tym, co i jak media społecznościowe zmieniły w świecie wielkich domów mody. Jeśli wzruszacie właśnie ramionami, bo wydaje wam się, że odpowiedź jest oczywista, napiszę tylko na zachętę, że autorki tekstu rozprawiają się przy okazji tego tematu z kilkoma demonami wiszącymi nad branżą modową od wielu lat.
Apetyt rozbudzony, ale... Podoba mi się polskość, którą pokazuje "Vogue”. Jest ciekawie i nieco przewrotnie. Brawo za dużą samodzielność w pracy nad numerem (każdy materiał i sesja powstawały od zera). Zabrakło mi czegoś więcej w związku z serią portretów znanych Polaków. Z przyjemnością przeczytałabym rozmowę z Lechem Wałęsą, Katarzyną Nosowską czy Taco Hemingwayem. Żałuję również, że nie pojawiła się rozmowa z Anją Rubik albo chociaż jakaś subiektywna forma wyrazu z jej strony. Myślę, że jej propozycja mogłaby być interesująca, a już na pewno Anja umiałaby przekłuć niejedną niepotrzebną bańkę narosłą wokół tematu „polskość”.

Pierwszy numer "Vogue'a” rozbudził moją ciekawość i apetyt. Chciałabym, żeby połowa reklam zamieszczonych w magazynie została zamieniona na mięsiste teksty. Ale widocznie przemawia przeze mnie Polak wymagający, a nie bogaty. I jakoś mnie to nawet specjalnie nie dziwi.
