Mały pies, wielka awantura. Pracownicy kliniki weterynaryjnej zgubili psa w trakcie zabiegu. Pół miasta go szukało

Tofik (z prawej) trafił do kliniki weterynaryjnej na wyrwanie zęba. Zabiegu jednak nie miał, a jego właściciele przeżyli koszmar.
Tofik (z prawej) trafił do kliniki weterynaryjnej na wyrwanie zęba. Zabiegu jednak nie miał, a jego właściciele przeżyli koszmar. Fot. Archiwum prywatne państwa Albrecht
"Pies nam uciekł, przepraszamy" – to usłyszała w słuchawce pani Paula, która swojego psa zostawiła w klinice weterynaryjnej na wyrwanie zęba. Miał mieć zabieg, a przez niedopilnowanie uciekł. To trochę tak, jak zgubić dziecko w przedszkolu. I o ile nie każdy spotkał się z taką sytuacją, to wielu wie, co to rozpacz po stracie i tęsknota za zwierzakiem. Pies szczęśliwie się odnalazł, ale emocje zostały.

Rodzina państwa Albrecht ze Szczytna leczyła swojego pupila, "Tofika", w jednej z większych klinik weterynaryjnych w mieście.

– Tydzień temu zauważyliśmy, że nasz piesek ma spuchnięty prawy policzek – opowiada naTemat Paula Albrecht. – Pojechaliśmy do weterynarza, gdzie najpierw sprawdzono, czy nie ugryzła go żmija lub pszczoła. Ale wyszło, że to nie to i następnego dnia zostaliśmy z nim umówieni na rentgen, bo stwierdzono, że to może być opuchlizna od zęba.

Okazało się, że trzeba wyrwać psu ząb. Zabieg umówiono na środę, na godzinę 10. – Pani weterynarz zrobiła mu badania, m.in. EKG serca, po czym podała mu zastrzyk usypiający, przygotowywujągcy do zabiegu. Tofik jeszcze chwilę pochodził, zaczął się słaniać na nogach, więc wzięłam go na kolana, gdzie zaczął zasypiać. Następnie weterynarz zabrała go ode mnie, założyła mu wenflon i powiedziała, że zabiera go już na zabieg, a ja mogę się po niego zgłosić po godzinie 16, kiedy się wybudzi – relacjonuje pani Paula.

"W dobrych rękach"?
Kobieta wyszła z kliniki po godzinie 11 i pojechała do domu. Nic nie zapowiadało, że będą jakiekolwiek problemy. W końcu na odchodne usłyszała że "ma się o nic nie martwić, że pies jest w dobrych rękach". Było jednak inaczej.

– Koło 13 dostałam telefon, że mój pies uciekł z przychodni i nie wiedzą kiedy to się stało, że ktoś mu otworzył drzwi i pies zniknął. Od razu rozpoczęły się poszukiwania, w które początkowo włączyła się także pani weterynarz. Jeździliśmy po mieście, pytaliśmy ludzi, chodziliśmy po domach. Opublikowaliśmy informację o zaginięciu na Facebooku i powoli zaczęły spływać pierwsze informacje, że "widziano go gdzieś w okolicach domków pod Lemanami" (miejscowość pod Szczytnem – przyp. red.), "w okolicach klasztoru", "na Lipowej Górze". Potem jednak telefony ustały – mówi Paula Albrecht.


Rodzina powoli zaczęła się godzić ze stratą podopiecznego, zwłaszcza, że noce były zimne, a pies jest mały i zawsze pod stałą opieką właścicieli. Ten stan trwał do niedzieli.

– Gdzieś koło godziny 19 rozdzwoniły się telefony, że pies jest widziany na trasie Ostrołęka-Szczytno, czyli zupełnie po drugiej stronie miasta. I po tych informacjach udało się znaleźć psa. Zabraliśmy go do innego weterynarza, gdzie przeszedł badania. Okazało się, że ma kilka kleszczy, więc musiał dostać zastrzyk przeciwko boreliozie, schudł pół kilo i ma otarcia – opowiada pani Paula.

"Nie chodzi o kasę"
Właściciele "Tofika" przeżyli traumę. Pani Paula zwraca uwagę, że słowo "przepraszam" usłyszała tylko raz. – Wtedy kiedy poinformowano mnie, że pies im zaginął i to nawet nie od właścicielki kliniki, a od jej pracownika. W tej chwili klinika nie kontaktuje się z nami. Nawet nikt nie zadzwonił z pytaniem, czy pies się znalazł – mówi z żalem właścicielka psa.

Pani Pauli wtóruje jej ojciec, pan Andrzej, który przyznaje, że nie chodzi tutaj o pieniądze.
– Emocje opadły już trochę, pies się znalazł, ale tych cierpień rodziny, z powodu zaginięcia zwierzaka nikt nie zwróci – mówi. – Chcielibyśmy po prostu, żeby taka sytuacja więcej się nie wydarzyła i nikogo coś takiego nie spotkało. Powiedziałem tej pani (właścicielce przychodni – przyp. red.), że wyciągnę konsekwencje z tej sprawy. Ona uważa, że chcę pieniędzy i powiedziała, że jest ubezpieczona od tego typu wydarzeń, ale ja nie chcę jej pieniędzy. Chcę tylko, żeby coś takiego więcej się nie wydarzyło – stwierdza pan Andrzej.

Przepraszaliśmy wielokrotnie
Jak w ogóle doszło do tej sytuacji? Skontaktowaliśmy się z właścicielką kliniki, która od razu przyznała, że jej firma popełniła błąd. – Po prostu pies nam się wymknął. Nasz błąd. To był nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Akurat do pomieszczenia zabiegowego, gdzie leżał pies, wszedł jeden z klientów, chociaż widniała tabliczka z napisem „przejście służbowe” i w tym momencie wszedł także inny pan do lecznicy, pies się zerwał i przestraszony uciekł. Oczywiście to nie jest wina tych ludzi, bo owszem, jest tabliczka, ale wiadomo, pan chciał się o coś spytać no i po prostu wszedł. To jest nasza wina, nasze zaniedbanie, przepraszaliśmy już wielokrotnie rodzinę i zapewnialiśmy, że to nasza wina. Próbowaliśmy pomóc. Jesteśmy tylko ludźmi i zdajemy sobie sprawę, że to nasz błąd – tłumaczy się w rozmowie z naTemat właścicielka kliniki.

Z jej relacji wynika, że pies uciekł zaraz po tym, jak został przyprowadzony na zabieg. – Był już w szpitalu w trakcie przygotowań. Przygotowywałam stolik, narzędzia, piesek dostał wprowadzenie, na które okazało się, że nie zareagował. To jest tzw. „głupi jaś”, na którego nie każde zwierze reaguje tak, że zasypia. Większość tak, ale tym razem było inaczej. Podajemy go, żeby przygotować zwierzę do zabiegu: założyć mu wenflon, ogolić go. Potem już zwierzę dostaje to znieczulenie przed zabiegiem – mówi.

Piesek leżał i niestety, psy tak reagują, że jak jest jakiś hałas, nagły dźwięk, to one dostają takiego pobudzenia. Pies się zerwał, pani która akurat myła podłogę tego nie zauważyła, ja też stałam tyłem i nie zauważyliśmy tego momentu. Oczywiście zaraz po tym jak się zorientowaliśmy, wszyscy wybiegliśmy za nim – opowiada właścicielka.

Kobieta rozumie, że właściciele są na nią źli i zaznacza, że weźmie na siebie całą odpowiedzialność za zdarzenie. Odbyło się też spotkanie pracowników kliniki. – Tak jak już mówiłam temu panu (Andrzejowi – przyp. red.), że czujemy się za to wszystko odpowiedzialni. Jest to straszny wypadek dla naszej firmy. Zrobiliśmy spotkanie wewnętrzne, żeby przeanalizować z pracownikami, jakie błędy popełniliśmy. Czujemy się bardzo winni. Szukaliśmy pieska przez dwa dni, swoimi samochodami, na zmianę. Potem już tylko odpowiadaliśmy na takie wezwania od klientów, którzy przychodzili do nas, dzwonili, że widzieli go gdzieś i my wtedy jeździliśmy już tylko na te bezpośrednie wezwania. Ja jestem gotowa pokryć wszystkie żądania finansowe pana Albrechta, ponieważ posiadam ubezpieczenie i rzeczywiście pana Albrechta za to wszystko przepraszamy. Jest to dla nas straszna ujma i czujemy się za to wszystko odpowiedzialni – podsumowuje właścicielka szczycieńskiej kliniki weterynaryjnej.

Jak w przedszkolu
Właściciele zaznaczyli, że nie chodzi im o pieniądze. Ze sprawą poszli do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. – Napisaliśmy skargę do Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej w Olsztynie, do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Wiem już, że będę wzywana na przesłuchanie i będzie tam wzywana także właścicielka kliniki. Oni zdecydują co dalej z tą sprawą robić i czy wyciągną konsekwencje – mówi nam Paula Albrecht.

Ale jak to jest z tymi zaginięciami? Klinika jest tutaj winna?
Piotr Jaworski
inspektor z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami

Z jednej strony nie ma takiej kliniki, żeby jakiś pacjent z niej nie uciekł. Ale z drugiej strony jak zostawia się np. dziecko w przedszkolu, to chociażby opiekunki miały sobie wypruć flaki, to muszą zapewnić mu pomoc i właściwą opiekę, żeby dziecko nie wyszło poza teren placówki, nie zaginęło czy nie zostało porwane. Podobnie jest w tym wypadku z psem. Nie ma prawa, żeby mógł on opuścić sobie sam klinikę. Pytanie do właściciela kliniki, dlaczego taka sytuacja miała miejsce?

Pies na szczęście się odnalazł, ale niesmak pozostał.

– Zaufałam im i się zawiodłam. Ktoś zawinił i zaniedbał obowiązki i chcemy, żeby został pociągnięty do odpowiedzialności – podsumowuje pani Paula.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...