Śmieją się, że nosisz tzw. divera, choć nie nurkujesz? Wyluzuj, zegarek nurkowy jest po prostu najlepszy i już

Nieśmiertelny Rolex Submariner na ręku Jamesa Bonda, w tym przypadku granego przez Rogera Moore'a
Nieśmiertelny Rolex Submariner na ręku Jamesa Bonda, w tym przypadku granego przez Rogera Moore'a Fot. Instagram.com/vintagewatchessicily
Od wielu lat "nurki" (zwane też z angielska diverami) są jednymi z najbardziej pożądanych i najczęściej wybieranych zegarków. Sprawdźmy, z czego wynika fenomen tych czasomierzy i jak odróżnić model "fachowy" od "wyrobu nurkopodobnego".


W tym przypadku forma była w 100 procentach podporządkowana funkcji. Ten zegarek nie narodził się po to, aby być pięknym oraz stylowym i pięknie prezentować się na nadgarstku, eksponowany w nadmorskim barze. Powstał jako tzw. tool watch, czyli zakładane na nadgarstek narzędzie, pełniące konkretną funkcję: odmierzanie czasu nurkowania.


Dlatego głównymi kryteriami stały się możliwie duża wodoszczelność, łatwość odczytu wskazań w słabych warunkach oświetleniowych oraz odporność na uszkodzenia mechaniczne i niezawodność (przecież zależało od nich życie osób schodzących pod wodę).

Kiedy to wszystko się zaczęło
Skonstruowanie czasomierza, który nie lęka się kontaktu z wodą spędzało sen z powiek wielu zegarmistrzom. Firmą, która dokonała wielkiego skoku w tej dziedzinie był Rolex – to właśnie ta marka w roku 1926 wypuściła serię Oyster, czyli pierwsze powszechnie dostępne konstrukcje, których koperty uszczelniono tak, że mechanizmy nie lękały się porządnego zamoczenia (oraz przy okazji: pyłu i kurzu).


Lecz mówimy tu o zegarkach, w których można było bezstresowo wziąć kąpiel, lecz wciąż daleko im było do urządzeń pożądanych przez nurków. Wielki przełom nastąpił dopiero w roku 1953, gdy Rolex pokazał światu model Submariner, konstrukcję dedykowaną głównie osobom profesjonalnie związanym z wodniactwem i podwodniactwem.
W tym samym roku miała miejsce jeszcze jedna wielka premiera: ukazało się "Casino Royale", pierwsza książka o przygodach słynnego agenta 007. Choć ówczesny James Bond nosił na ręku Roleksa Explorera (model noszony wówczas przez Iana Flemminga), to z czasem ochoczo zamienił go właśnie na Submarinera, czyli zegarek, w którym zakochał się Flemming, wielki pasjonat nurkowania. Oczywiście "Sub" pojawił się także w pierwszej ekranizacji przygód Bonda, czyli filmie "Dr. No" z roku 1962.


Czym właściwie jest zegarek nurkowy
Prosta, surowa, pozbawiona wodotrysków stylistyka nurków zaczęła robić coraz większą furorę wśród kolejnych pokoleń mężczyzn (choć – zaznaczmy – pojawia się coraz więcej pań kochających te zegarki). Doprowadziło to do sytuacji, w której na rynku znajdziesz przepotężne ilości tanich czasomierzy, które wizualnie nawiązują do Submarinera, choć nie mają absolutnie nic wspólnego z prawdziwą wodoszczelnością, czy też jakkolwiek rozumianą wytrzymałością.
Ziarno od plew można odsiać w prosty sposób: stosując kryteria wprowadzonej w roku 1996 normy ISO 6425. Według niej zegarek nurkowy musi dysponować m. in. wodoszczelnością przynajmniej na poziomie 100 metrów (oczywiście wspomaganej zakręcaną koronką), umożliwiać dokonywanie odczytów z odległości 25 cm w absolutnej ciemności oraz posiadać bezel służący do odmierzania czasu nurkowania lub dekompresji. Koniecznie jednokierunkowy – chodzi o to, aby przypadkowe przesunięcie tego pierścienia poskutkowało co najwyżej przedwczesnym wynurzeniem, a nie zbyt długim pozostaniem pod powierzchnią.

Sprawdzana jest także odporność na czynniki chemiczne (zanurzenie na 24 godziny w roztworze soli kuchennej) oraz solidność mocowania bransolety lub paska do koperty (każdy teleskop musi bezproblemowo wytrzymać przyłożenie siły ponad 200 niutonów, czyli ok. 20,4 kg).

Do tego dochodzą: odporność na działanie pola magnetycznego (testy przeprowadza się przy natężeniu 4,800 A/m) i wstrząsy (w tym przypadku zegarek traktowany jest trzykilogramowym młotkiem z obuchem wykonanym z twardego plastiku, który z prędkością 4,43 m/s uderza w bok koperty oraz szkiełko).
Skoro o szkiełkach mowa: choć w świecie zegarków nurkowych dzielą i rządzą ekstremalnie odporne na zarysowania wersje szafirowe, to na rynku znajdziesz także czasomierze, w których konsekwentnie montuje się "oldskulowe" szkła mineralne lub wykonane z tworzywa sztucznego (hesalitu). Choć pod względem twardości nie mogą równać się z syntetycznym "szafirem", to ich zaletą jest mniejsza podatność na stłuczenie.

Diabeł tkwi w szczegółach
Część diverów została wyekwipowana w coś, czego nie znajdziesz w innych zegarkach: automatyczne lub odkręcane zawory helowe. Służą do uwalniania cząstek owego gazu, przedostających się do koperty podczas dekompresji w dzwonie kesonowym. Oczywiście tego rodzaju procedury tyczą się wyłącznie "poważnych" nurków głębinowych/ technicznych, a nie płetwonurków, zanurzających się akwalungiem na głębokość kilkunastu lub kilkudziesięciu metrów. Tak więc zawór helowy jest raczej robiącym wrażenie dodatkiem, pokazem możliwości technicznych producenta, niż czymś, co kiedykolwiek komukolwiek się przyda.

Podobnie przeciętny śmiertelnik nigdy nie przetestuje wyśrubowanych norm wodoszczelności. Współczesne divery przekraczają wspominaną 100-metrową klasę wodoszczelności, a wartości na poziomie 200 lub 300 metrów to dopiero początek "zabawy".
Na rynku znajdziesz nie tylko mnóstwo zegarków, na tarczach których pyszni się napis informujący o 500 (np. Luminox Deep Dive) czy też 600 metrach (Omega Planet Ocean). Pojawiają się również konstrukcje takie jak chociażby CX Swiss Military 20,000 Feet Diver, czyli sprzęt zdolny przetrwać zanurzenie na głębokość ok. 6 kilometrów.

Oczywiście mówimy tu wyłącznie o zegarkach dostępnych komercyjnie (oraz mających wagę i rozmiar umożliwiające "normalną" eksploatację), gdyż firmy zegarmistrzowskie szły w znacznie odważniejsze eksperymenty – wspomnijmy chociażby Roleksa Deep Sea, czyli konstrukcję, która w roku 1960, przytwierdzona do kapsuły batyskafu, dotarła na dno Rowu Mariańskiego. Mówimy tu o głębokości 10 916 metrów, gdzie ciśnienie oddziałuje z siłą tony na centymetr kwadratowy!

Nieustająca hossa
Choć w dzisiejszych czasach owe czasomierze niemal zupełnie straciły pierwotną funkcję – przecież pod wodę zabiera się raczej elektroniczne, naszpikowane mnóstwem dodatkowych funkcji komputery nurkowe – to moda na divery nie skończy się nigdy.
Bo nawet jeśli (szacując bardzo ostrożnie) 9 na 10 posiadaczy takich czasomierzy nigdy nie wciśnie się w piankę do nurkowania, a na plecy nie zarzuci butli z tlenem, to przecież ponadczasową i "rzeczową" stylistykę oraz dużą wytrzymałość na uszkodzenia mechaniczne doceni każdy, kto żyje szybko, mocno, aktywnie. Lub… przynajmniej stara się to wmówić światu.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...