Pojechał walczyć do Syrii, wcześniej nawet nie był w wojsku. Szczyt nieodpowiedzialności czy heroizmu?

Pojechać do Syrii i walczyć w wojnie, która teoretycznie wcale cię nie dotyczy? Ed Nash tak właśnie zrobił.
Pojechać do Syrii i walczyć w wojnie, która teoretycznie wcale cię nie dotyczy? Ed Nash tak właśnie zrobił. Fot. 123rf.com /smallcreativeunit
W razie wybuchu wojny, z kraju uciekłoby 23 proc. z nas, do obrony zgłosiłby się z własnej inicjatywy co trzeci. A gdyby wcale nie chodziło o Polskę, tylko bliżej nieokreślony kraj na Bliskim Wschodzie, terroryzowany przez partyzanckie bandy, które do masowych mordów pcha obłąkańcza ideologia?


Jedna czwarta z tych, których w 2017 roku przepytywał IBRiS, pewnie popukałaby się w czoło. Trzydzieści procent, czyli ci gotowi walczyć za ojczyznę, być może najpierw zapytaliby o sens takiego poświęcenia. Ed Nash, Brytyjczyk, który spędził ponad rok walcząc w kurdyjskich Powszechnych Jednostkach Obrony, zamiast odpowiadać może po prostu wręczyć swoją książkę.

“Pustynny snajper” to relacja Nasha z pobytu w Syrii - od momentu podjęcia decyzji o wyjeździe i zaciągnięciu się do armii, aż po gorzkie rozczarowanie, które skłoniło go do powrotu. Jest to jednocześnie dość rzadki przypadek książki, którą warto zacząć czytać od końca.

Co da nam rozpoczęcie lektury od epilogu? Dystans, z którym łatwiej będzie uwierzyć w intencje autora. Dla osoby o dość wysokim, ale jednak nie ponadprzeciętnym poziomie empatii, sytuacja w której rzuca wszystko, aby jechać do jednego z najniebezpieczniejszych regionów świata, żeby walczyć z jednymi z najbardziej bezwzględnych ludzi na planecie.


Nash kwituje takie stwierdzenia stwierdzeniem: “Najgorsze co mogą zrobić dobrzy ludzie wobec zła, to pozostać obojętnymi”. Trudno odmówić słuszności takiemu stwierdzeniu, ale…

Cóż, dla Nasha nie było nigdy żadnych “ale” - ani na początku, ani po zakończeniu jego syryjskiej misji, o czym dobitnie świadczy ostatni akapit książki:

Zawsze tak jest, zawsze tak było i zapewne nadal będzie. Pozbawieni głosu będą cierpieć na skutek niezliczonych, czasem banalnych konfliktów o wpływy, bogactwo i panowanie nad innymi. I tam się wybieram. Tam jest moje miejsce.
Tak brzmi odpowiedź Nasha na pytanie, czy już szykuje się na kolejną wyprawę do miejsca konfliktu. Takie zapewnienie o czystości intencji, z jakimi udał się na swoją misję znajdziemy też oczywiście na początku. Wtedy jednak nieco trudniej uwierzyć w czystość jego intencji:

Jestem więc zdumiony, gdy ludzie mnie pytają, dlaczego poszedłem walczyć z Państwem Islamskim. Jak będąc przy zdrowych zmysłach, można nie przeciwstawić się takiemu złu?

Wiedząc, że moralny kompas Nasha był od początku dobrze skalibrowany, szybciej odgania się myśli pod tytułem: “On musi być kompletnie szalony”, a łatwiej przyjmuje do wiadomości nieśmiałe domysły: “A może jest po prostu dobry?”.

Abstrahując od szlachetności jego pobudek, warto jednak dodać, że decyzję o wstąpieniu w szeregi kurdyjskich Powszechnych Jednostek Obrony (YPG) podjął nie mając żadnego wcześniejszego doświadczenia wojskowego. Udzielał się w organizacjach charytatywnych, sporo czasu spędził w Birmie angażując się w ochronę praw człowieka, więc idea bezinteresownego poświęcenia się na rzecz innych nie była mu obca. “wojaczka nigdy mnie nie pociągała. Nawet nie służyłem w wojsku” - pisze szczerze.

W sumie przy wyborze celu podróży i tego, co będę tam robił, kierowały mną bardzo proste pobudki. Lubiłem podróże i nowe doświadczenia, a przy tym wierzyłem głęboko, że mam moralny obowiązek pomagać potrzebującym, jeśli to tylko możliwe.

Na usprawiedliwienie początkowej lekkomyślności Brytyjczyka można powiedzieć właściwie tylko tyle, że początkowo miał nadzieję dostać się do korpusu medialnego. Taka komórka rzekomo miała w ramach YPG funkcjonować. Nash wyobrażał sobie, że po przyjeździe do Syrii zajmie się tym, co zdarzało mu się robić już wcześniej: tworzyć raporty na rzecz organizacji pomocowych.

Rzeczywistość rozminęłą się z oczekiwaniami już na samym początku. Po kilkutygdniowym przeszkoleniu wojskowym, Nash trafił do oddziału snajperów, dostał do ręki karabin Dragunowa i dość proste zadania: celnie strzelać i zabijać szturmujących kolejne lokacje członków Państwa Islamskiego.

Kurdyjskie oddziały dysponowały sprzętem, dla których określenie “demobil” byłoby zbyt dużym komplementem i kadrą wojskową, która, no właśnie - wpuszczała w swoje szeregi ludzi takich jak Nash. Czy wobec tego fakt, że Brytyjczykowi udało się wrócić do domu całemu i zdrowemu jest cudem? Po części pewnie tak. Z drugiej strony, obcokrajowcy w oddziałach YPG byli traktowani, jeśli nie wyjątkowo, to na pewno z dozą ostrożności:

Zwykłe tabory nie chciały przyjmować ich więcej niż kilku, gdyż obecność obcych prowadziła do podziałów i rozbijała spójność kulturową, co z kolei negatywnie odbijało się na zdolności bojowej pododdziału. Ujmując to mniej wytwornie, dla większości kurdyjskich dowódców owi obcy stanowili jeden wielki ból dupy. Na dodatek każdy, kto stracił obcokrajowca w walce, musiał się liczyć z postawieniem przed sądem polowym, utratą dowództwa, a nawet więzieniem.

Utrzymanie spójności kulturowej rzeczywiście mogło być problematyczne, biorąc pod uwagę, że ani Nash, ani większość jego zagranicznych towarzyszy nie była biegła w żadnym z kurdyjskich dialektów.

Dodatkowo, Nash, który w momencie przybycia do Syrii dobiegał 40-stki walczył pod dowódcami, z których niewielu miało okazję świętować 30. urodziny. Dodatkowo, spora część z nich była kobietami, co w kurdyjskiej partyzantce nie było niczym zaskakującym biorąc pod uwagę ogólną liczbę tamtejszych żołnierek:

Snajperki YPJ były w większości całkiem młode, liczyły zwykle mniej niż dwadzieścia lat, toteż łatwo można się było pomylić w ich osądzie. Z jednej strony przypominały rozchichotane nastolatki gustujące w skarpetkach Hello Kitty i kolorowych chustach, z drugiej trzeba było pamiętać, że miały za sobą kilka lat walki i odpowiednie do tego doświadczenie bojowe. Strzelały już i zabijały ludzi, niedocenianie ich byłoby więc co najmniej ryzykowne. Sam też szybko nauczyłem się szanować ich wiedzę i umiejętności.

“Pustynny snajper” to książka, która otwiera oczy właśnie na takie niuanse, które łatwo przegapić czerpiąc informacje na temat wojny w Syrii tylko i wyłącznie z doniesień medialnych. Poza wyczerpującym kontekstem kulturowym, otrzymujemy również szczerą, choć wcale nie przesadnie emocjonalną, relację z pola walki.

Nash zabija wrogów, tkwi godzinami na dachach rozgrzanych budynków, traci towarzyszy broni, zyskuje przyjaciół na całe życie. Ot, zwykła wojenna opowieść, można powiedzieć. Otóż nie. Wojna w Syrii nigdy nie musiała Nasha dotyczyć. Na pytanie, czy było warto odpowiada tylko: “Tak. Dzięki temu ludzie stawiający czoło potwornemu złu poczuli, że nie
są sami”. Czy to wystarczająca nagroda? To pytanie warto zadać sobie podczas lektury “Pustynnego snajpera”.

Artykuł powstał we współpracy z wydawnictwem Rebis.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Samiec podszyty lękiem. Prawda o tym, czego boją się polscy faceci
Volkswagen 0 0Ciężarówka jak pociąg? Dzięki tej "elektrycznej" autostradzie nie jest to już science fiction
POLECAMY 0 0Franek Sterczewski zdradza plan na działanie w Sejmie. I opowiada, jak wyglądał "chrzest" w TVP
0 0Tak odpowiedziała na zaproszenie Dudy. Reakcja europosłanki PO zwróciła uwagę bułgarskiej prawniczki
Unum 0 0Nigdy nie mów nigdy. Weź sobie do serca wnioski z tego badania, bo życie pisze różne scenariusze
T-mobile 0 0Tomasz Raczek w serialu Netflixa? Oto dlaczego w tej plotce jest odrobina prawdy