"PRL zabił styl polskich mężczyzn". Oto dlaczego do barber shopów powinni chodzić nie tylko hipsterzy

Dawid Rastiani w akcji!
Dawid Rastiani w akcji! Fot. Adam Jankowski
Jaka jest różnica pomiędzy barber shopem a poczciwym salonem fryzjerskim? Czy pójście do pierwszego z tych miejsc to jedynie przepłacanie za trendową otoczkę? Mówiąc szczerze – nie wiem. Być może sprawę wyjaśni Dawid Rastiani ze stołecznego salonu The Hermit Barber Shop, wzięty w krzyżowy ogień pytań.


Czy wizyta w barber shopie to po prostu sposób na pokazanie, że jestem zamożny i modny?

Przede wszystkim to gwarancja tego, że twoim zarostem albo fryzurą zajmie się specjalista, a nie osoba przypadkowa. Widzisz, barber shopy pojawiły się w Polsce pięć lat temu. Pierwszy powstał na warszawskiej ulicy Koszykowej, my byliśmy drudzy.


Od tamtego czasu naprawdę mocno pracujemy nad uświadomieniem rodakom, że tego rodzaju miejsca nie są wyłącznie jakąś ekstrawagancką modą, która przyszła z Zachodu. Przecież to powrót do tego, co w przedwojennej Polsce było standardem!

Dziś w naszym kraju nie ma szkół uczących fryzjerstwa męskiego. Nic więc dziwnego, że zdecydowana większość osób wykonujących ten zawód ma potężne luki w doświadczeniu. Znajomi, prowadzący salony odwiedzane głównie kobiety, przyznają, że ich personel często bywa bezradny, gdy mężczyzna pokaże zdjęcie jakiejś fryzury z klasycznymi amerykańskimi albo angielskimi cięciami , a następnie poprosi o jej odtworzenie. No i tutaj dla fryzjera damskiego zaczynają się potężne problemy...

Zobacz tylko, jak "zwykłym" fryzjerom topornie wychodzą rzeczy takie, jak chociaby fade'y, czyli płynne przejścia od włosów krótszych do dłuższych. Nie wspomnę nawet o jakiejkolwiek umiejętności operowania brzytwą...



Na takie rzeczy można liczyć, jeżeli trafi się na jednego z fryzjerów, którzy dawno przekroczyli już próg emerytalny.

Dokładnie. To ostatni specjaliści starej daty, którzy ogolą cię zręcznie przy pomocy brzytwy, wycieniują włosy, wykonają całą fryzurę nożyczkami, a nie maszynką.

Taki pan przyjmie klienta w wykrochmalonym fartuchu, stojąc niemal na baczność. Poraktuje go z takim szacunkiem, jakby ten był gościem dworu królewskiego. To prawdziwi rzemieślnicy, często potomkowie fryzjerów. Bo niegdyś ów fach często był przekazywany z ojca na syna lub mistrza na ucznia.

W którym momencie pojawił się problem?

Tutaj musielibyśmy cofnąć się o kilkadziesiąt lat. Po drugiej wojnie światowej w Polsce istniało jeszcze prawdziwe fryzjerstwo męskie, jednak z czasem komunizm doprowadził do sytuacji, w której zaczęła rządzić bylejakość.

Ludzie nie mogli pozwolić sobie na jakiekolwiek ekstrawagancje, zbytnio wyróżniać się z tłumu. Czy to w zakresie stylu życia, ubioru czy fryzury właśnie. Narzucona odgórnie unifikacja sprawiła, że nie zniknęła potrzeba szkolenia specjalistów od strzyżenia i golenia mężczyzn. Można powiedzieć, że PRL zabił styl polskich mężczyzn.

Tak więc w latach 70. ubiegłego wieku fryzjerstwo męskie zniknęło ze szkół zawodowych oraz techników i... ten stan utrzymuje się aż do dziś. Powstała potężna dziura edukacyjna. Dodam, że np. w Związku Radzieckim komunizm nie zniszczył tej branży, odpowiednie szkoły działały bez przerwy.


Jednak osoby zakładające pierwsze polskie barber shopy sięgnęły po wzorce zachodnie. Poszło łatwo?

Byłem kiedyś klientem pewnego barbera, jego osoba zafascynowała mnie tak bardzo, że otworzyliśmy razem salon. Pracował z nami 2,5 roku, po czym mój wspólnik Robert wybrał się do Londynu, żeby samemu zdobyć odpowiednią wiedzę. Skończył szkołę barberingu w Londynie, jedną z dwóch najbardziej prestiżowych w Anglii.

Mówimy tu o trzymiesięcznym, naprawdę intensywnym szkoleniu. Zajęcia trwają od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do siedemnastej. Rzecz wymaga również poświęceń finansowych, bo taka edukacja to wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Kurs kończy się egzaminem państwowym w obecności kuratora, po jego zdaniu otrzymuje się uprawnienia do wykonywania tego zawodu. Natomiast w Polsce barberem może być nawet fryzjer dla psów.

Tutaj zapisujesz się na dwutygodniowy kurs za jakiś tysiąc złotych i kończysz go jako barber. To zdecydowanie za mało zbyt mało, aby zdobyć chociażby podstawową wiedzę z tego zakresu.


Dlaczego nie zaczniecie współpracy z jakąś rodzimą szkołą zawodową?

Bo najzwyczajniej w świecie nie udaje się to. Podam ci przykład: ponad 1,5 roku temu napisała do nas pewna szkoła fryzjerska; deklarowała, że chce przywrócić kierunek męski i pytała, czy przyjmiemy jej praktykantów.

Zgodziliśmy się ochoczo, rozmawialiśmy z dyrekcją i nauczycielami. Choć wszystko zmierzało w dobrym kierunku, to finalnie nic z tego nie wyszło, przestali się odzywać.

Jak musi być wyedukowany człowiek, który chce zacząć pracę w barber shopie?

Nawet jeśli ma doświadczenie fryzjerskie, to najpierw czeka go pół roku ciężkiej nauki. Trenuje codziennie na pięciu, sześciu modelach, aby wypracować sobie odpowiednią płynność pracy rąk.

Jednocześnie będzie musiał nauczyć się obsługi urządzeń profesjonalnych narzędzi, których nie uświadczysz w zdecydowanej większości salonów fryzjerskich, które specjalizują się w obsłudze pań. Z pozoru są podobne, lecz diabeł tkwi w szczegółach.

Wielu fryzjerów coraz chętniej idzie na łatwiznę: wybiera sprzęt tani. Stąd rozmaite maszynki bezprzewodowe oraz najsłabsze modele sieciowe. Natomiast u nas znajdziesz sprzęty marek z kilkudziesięcioletnią tradycją, używane m. in. do... strzyżenia owiec oraz innych zwierząt.

Chodzi o to, aby miały naprawdę mocne silniki, bo przekłada się to na jakość usług. Gdy obejrzeć pod mikroskopem włos obcięty porządną maszynką, krawędź będzie prosta i równa, natomiast w przypadku sprzętu taniego – poszarpana. Efekt? Włosy elektryzują, mają rozdwojone końcówki, przesuszają się...


Jednak w twoim salonie widzę też urządzenia do użytku domowego. Co tutaj robią?

Chodzi o to, że statystyczny klient zgłasza się do nas co trzy, cztery tygodnie. Dlatego edukujemy panów, jak zadbać o zarost pomiędzy wizytami. Mówimy mu: przyjdź z własnym sprzętem, a pokażemy, jak właściwie go używać, pozwoli to odświeżać samodzielnie efekty wizyty w barber shopie.

Dzięki temu może co jakiś czas dokonywać poprawek w domu, podczas wyjazdu na wakacje albo wtedy, gdy wyskoczy mu ważne spotkanie, a nie ma umówionej wizyty w salonie.

Fajnie, że na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń do użytku domowego, które naprawdę dają radę. Spójrz chociażby na ofertę marki Braun: od świetnych golarek, poprzez trymery do brody, aż po zestawy wielofunkcyjne do twarzy i ciała.

Jeżeli masz taki sprzęt i potrafisz go obsługiwać, wystarczy, że zaledwie raz w miesiącu zgłosisz się do nas na korektę, a będziesz wyglądał idealnie przez 365 dni w roku.


Jednak statystycznemu Polakowi jednak wciąż daleko do takiego dbania o swój wygląd, prawda?

Owszem, jednak wszystko zmierza w dobrym kierunku. Tutaj znów należałoby cofnąć się w czasie: po roku 1989 staliśmy się społeczeństwem bardziej świadomym. Zaczęliśmy zwiedzać świat, porównywać się z mieszkańcami innych państw.

Niektórzy bogaci Polacy zaczęli wręcz latać na Zachód, aby tam korzystać z usług fryzjerskich na odpowiednim poziomie. Dziś sytuacja wygląda o niebo lepiej. Dziś to do nas zgłaszają się klienci z Londynu, Barcelony albo Pragi.

Nie chadzają do fryzjerów u siebie, lecz spotkania biznesowe w Warszawie układają tak, aby w grafiku zmieściła się wizyta u barbera.


Jednak równie dobrze mają się w Polsce tanie i byle jakie sieciówki fryzjerskie, prawda?

Najtańsze salony to zupełnie inna bajka. Takie miejsca odwiedza człowiek, który nie przywiązuje dużej wagi go wizerunku, idzie ostrzyc się "bo już musi", do pierwszego fryzjera, który może go przyjąć. Idzie do pierwszego z brzegu zakładu; ma być szybko i tanio. Może to być również salon z jakiejś sieci, gdzie za byle jaką usługę nie płaci nawet fryzjerowi, tylko wrzuca należność do automatu.

Barber shop to miejsce dla klienta świadomego. Taki ktoś najpierw sprawdzi w internecie opinie na temat różnych salonów, popyta znajomych i wreszcie zgłosi się na konsulacje. Dopiero później odbywa się serwis, podczas którego nie chodzi wyłącznie o przystrzyżenie brody albo obcięcie włosów.


Takie wizyty to również fajne rozmowy z personelem oraz innymi klientami, czasami przy kieliszku dobrego alkoholu. Dzięki temu tworzą się pewne społeczności, kluby dla dżentelmenów.

Wiesz, to jak z zaspokajaniem głodu: jednej osobie wystarczy zjedzenie w biegu fast fooda, lecz ktoś inny będzie skłonny poświęcić więcej pieniędzy i czasu na naprawdę dobry posiłek.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
0 0Królowa wróciła. Trzeci sezon "The Crown" udowadnia, że to wciąż serialowa śmietanka Netflixa
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno
POLECAMY 0 0Nigdy się nie poddawaj – tego uczy kino. 10 tytułów, które powinien zobaczyć każdy mężczyzna
Volvo 0 0W mieście Volvo ci więcej. Kompaktowy XC40 to SUV gotowy na (prawie) wszystko
0 0Modest Amaro otwiera kolejną restaurację. “To będzie coś unikalnego”
INNPoland 0 0Lodowe księżyce i wiatr słoneczny. Człowiek w kosmosie to nic przy tych misjach
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Twardy zawodnik" rezygnuje z prawyborów w PO. Kidawa-Błońska nie ma już rywali
0 0Kaczyński mówił o rodzinie, ale znów podzielił Polaków. "Marginalne zjawiska mają być normą"