Boisz się czytać cokolwiek o nowych "Avengersach"? Oto totalnie bezspoilerowa recenzja filmu

"Avengers: Koniec gry" to wspaniałe i satysfakcjonujące zakończenie epickiej serii. Film można oglądać w polskich kinach od środy, 24 kwietnia Kadr z filmu "Avengers: Koniec gry"
Już przed premierą zwieńczenie serii "Avengers" bije absolutnie wszelkie rekordy sprzedaży biletów. "Koniec gry" to najbardziej oczekiwany film tego roku i na dobrą sprawę... recenzje są zbędne. Jaki by nie był, fani i tak będą szturmować kina. Na ten moment czekali bardzo długo - aż 11 lat.


Z pokazami prasowymi zawsze jest mały "problem" - chciałbyś o nich porozmawiać ze znajomymi, ale nie możesz, bo widziałeś to wcześniej i nie chcesz palnąć szczegółów fabuły. Kiedy pochwaliłem się, że byłem na "Avengersach", wszyscy robili krok w tył i grozili mi, bym nie spoilerował. Okej, proszę bardzo.
Udany film produkcji amerykańskiej
"Avengers: Koniec gry" to godny finał epickiego uniwersum, na które składa się 21 (!) filmów. Jest pełen zwrotów akcji, gra aktorska i efekty komputerowe stoją na wysokim poziomie. Symfoniczna muzyka buduje napięcie, a momentów wzruszających i dramatycznych jest bez liku. Podobnie jak i scen humorystycznych, na których widzowie będą pękać ze śmiechu.

Ze względu na to, że to bezpośredni sequel "Avengers: Wojna bez granic", film jest praktycznie pozbawiony ekspozycji. Nie zaleca się pójścia na seans bez uprzedniego zaznajomienia się przynajmniej z tytułową serią, bo retrospekcji tutaj nie uświadczymy. To dobry zabieg, bo i bez nich film trwa 3 godziny. Jest też pełno odwołań do innych filmów z uniwersum, które bardzo spodobają się fanom studia Marvela.
Na brak akcji nikt narzekać nie powinien."Koniec gry" nie opiera się wyłącznie na scenach walk superbohaterów. Twórcy dają nam czasem odsapnąć - zarówno w zabawnych dialogach, jak i psychologicznych fragmentach o radzeniu sobie ze stratą.

Scenariusz zmyślnie dopina wszelkie wątki, przedstawiona na ekranie historia cały czas brnie ku spektakularnemu punktowi kulminacyjnemu i satysfakcjonującym zakończeniu. Film jest wart obejrzenia, bo to nie tylko popkulturowy fenomen, ale i emocjonujące kino akcji, na którym nie możemy narzekać na nudę. Polecam.
To już naprawdę koniec
Parafrazując tytuł: koniec żartów. Jednak naprawdę trudno jest cokolwiek powiedzieć o finałowym spotkaniu z "Avengers" bez posiłkowania się nawiązaniami do fabuły i sprowadzania wszystkiego do ogólników. Jednak wszelkie ochy i achy filmowi się jak najbardziej należą.


Nietypowa dla tego typu kina początkowa konstrukcja fabularna zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Wcześniej szydziłem sobie, że i tak wiadomo jak to się skończy. Tymczasem już na wstępie twórcy zaserwowali tak niespodziewany obrót wydarzeń, że nie śnili o tym najstarsi maniacy kinowego uniwersum Marvela (a przynajmniej nie kojarzę tego w teoriach).

Co nie znaczy, że główna oś filmu nie kręci się wokół patentu, którego każdy się domyślał. Nie uznaję tego za wadę, bo inaczej nie można było tego zrealizować. Aczkolwiek wykonanie tego jest tak wyśmienite, że jeśli przymkniemy oczy na pewne skróty i nagięcia fabularne, będziemy się doskonale bawić i fascynować kolejnymi niespodziankami w scenariuszu.
"Avengers: Koniec gry" jest wspaniałym ukłonem w stronę najwierniejszych fanów MCU. Jest jak szalony rollercoaster po całej serii. Na nowo można też pokochać głównych bohaterów, którzy przez lata przeszli ogromną ewolucję. Nie są tylko pustymi postaciami w kostiumach, ale złożonymi charakterami, których mniej lub bardziej słuszne i logiczne działania wynikają z przebytych doświadczeń.

To również koniec pewnej epoki w dziejach kina, więc twórcy zrobili to z takim przytupem, że widowiskowością przebili nawet "Wojnę bez granic". I przyszykujcie lepiej paczki chusteczek na seans, bo postarano się o mnóstwo wyciskaczy łez. Wszak to filmowe pożegnanie z epickim projektem, który prędko się w kinematografii nie powtórzy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...