Kto zagłosuje na PiS w 2019 roku?
Kto zagłosuje na PiS w 2019 roku? Fot. Jakub Orzechowski / AG

Czym dłużej przyglądam się działaniom tej władzy i uwiedzionych przez nią wyborców, tym bardziej przekonuje mnie teza, że rządy PiS są jedynie wypadkiem przy pracy. Są lekcją, którą należy przejść, aby jeszcze bardziej zrozumieć i docenić, czym są: demokracja, wolność jednostki i prawa obywatela.

REKLAMA

Życie pisze swoje scenariusze Dzisiaj miało być o nauczycielach, ale życie, jak to życie, wiecznie zmienia scenariusze. Choć właściwie to nie – kilka zdań o nauczycielach, strajku i podejściu rządzących do tej grupy zawodowej napisać muszę.

Uwaga pierwsza: organizowanie strajku w szkołach tuż przed egzaminami, to dość ryzykowne posunięcie, bo wiadomo było przecież, że ta władza zrobi z tego główną oś ataku. Skoro podczas protestu Rodzin Osób Niepełnosprawnych potrafiła zamknąć toalety dla protestujących i odgrodzić ich ścianą zasłon, to nastawić część rodziców, dzieci i młodzieży przeciwko strajkującym, było z punktu widzenia tej władzy proste, niczym młócenie zboża cepem w wykonaniu premiera Morawieckiego. Z drugiej strony, kiedy organizować strajk? W wakacje? Na całym świecie wiadomo, że związki zawodowe, gdy walczą o swoje, strajk organizują w najbardziej dla nich dogodnych momentach. Niemniej, termin strajku miał znaczenie dla obu stron.

Uwaga druga: uważam decyzję o zawieszeniu protestu za jak najbardziej właściwą. Po uchwaleniu przez PiS nowelizacji ustawy oświatowej, dalsze trwanie w strajku byłoby tylko coraz większą komplikacją sytuacji na niekorzyść wyłącznie uczniów.

Uwaga trzecia: strajk we wrześniu będzie miał znacznie większą siłę rażenia. Brak egzaminów na horyzoncie, a do tego całkowity chaos w szkołach, da nauczycielom znacznie silniejsze argumenty niż obecnie. Także władza stanie na gorszej pozycji – chaos w szkołach będzie bowiem wynikiem wyłącznie jej działań.

I uwaga ostatnia: czasem trzeba się w życiu cofnąć, zrobić krok wstecz, aby za czas jakiś mieć więcej do powiedzenia. Nie wszystko to, co się wydaje porażką, nią jest. Najwięksi wojenni stratedzy wiedzą, jakie znaczenie na polu walki ma wycofanie wojsk, ich przegrupowanie i zebranie sił. Nie inaczej jest i w tym przypadku.

Banany, budyń i artystyczna prowokacja O edukacji, polskich nauczycielach i polskiej szkole powiemy sobie więcej przy innej okazji. Dzisiaj życie napisało nam inny scenariusz. Kilka dni temu popisał się znowu pan wicepremier Gliński. Drzewiej bywało, że już się narodowi objawiał jako ten strażnik konserwatywnej rewolucji obyczajowej, zamykając festiwale, ograniczając dotacje „niewłaściwym” instytucjom, czy blokując projekcje „niepatriotycznych” filmów. Tym razem konserwatywno-rewolucyjne zacięcie profesora dotknęło sztukę wizualną, czyli instalacje artystyczne Natalii Lach Lachowicz i Katarzyny Kozyry, które prezentowało Muzeum Narodowe w Warszawie.

Co prawda w najświeższym oświadczeniu dyrektora Muzeum, Jana Miziołka, wyczytać można, że minister kultury nie miał nic wspólnego z decyzją ratowania polskiej młodzieży przed seksualnym zgorszeniem, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Raczej skłaniam się ku tezie, że ogólnopolska szydera, jaka wylała się w mediach społecznościowych na ministra kultury, wpłynęła jednak na określone czynniki, powodując opamiętanie. Zatem, skoro prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wracają do łask, to znaczy, że sprawy nie ma? Nie byłbym aż tak wielkim optymistą. Błaha skądinąd sprawa, bo Bogiem a prawdą, ilu obywateli znało owe prace zanim nie stały się one znane po protestach małej, bądź co bądź, grupki internautów, nabrała poważnych rozmiarów. Bo fakt cenzurowania jakiejkolwiek sztuki jest poważnych rozmiarów aferą. Zwłaszcza, gdy kryje się za tym jakaś doktryna polityczna.

Przykładów cenzurowania sztuki można by przytaczać wiele i żaden z nich nigdy nie oznaczał niczego dobrego. Dokładnie tak samo jest i teraz. Dyrektor Muzeum tłumaczył swą decyzję (nie wierzę, że wyłącznie swą) tym, że instalacje te rozpraszały zwiedzających. Oczywiście, że rozpraszały, bo video autorstwa Natalii LL ma określony ładunek emocjonalny. Ale czym ma być sztuka jak nie emocjonalnym środkiem wyrazu? Czym jest sztuka, która nie prowokuje, nie mówi o czymś ważnym, czy po prostu nie zmusza do reakcji? Instalacje artystyczne obu autorek, znanych w świecie artystycznym walczących feministek, są własne takim określonym środkiem wyrazu. I zamiast je bezmyślnie cenzurować, może warto się zastanowić, o co w nich chodzi.

W niedzielnych Faktach po faktach europoseł Zjednoczonej Prawicy, Marek Jurek, stwierdził: „co to za sztuka?”. Prowadząca program, Diana Rudnik, natychmiast zareagowała: „ale to tylko pana zdanie”. Nikt nam nie może autorytatywnie narzucać, co jest sztuką, a co nią nie jest. Każdy wolny człowiek ma prawo do własnych odczuć na temat filmu, książki, sztuki teatralnej, obrazu, czy jakiejkolwiek instalacji i przedstawienia artystycznego. Żaden premier, minister, czy marszałek nie ma prawa decydować, co należy czytać i oglądać, a czego nie. Politycy niech się zajmą rozwojem państwa, do tego zostali przez wyborców wynajęci. A już w jedzeniu banana, czy połykaniu budyniu widzieć jakieś zdrożne rzeczy, może tylko dewot, dewotka lub święty, bardziej święty od świętych. Przepraszam, ale nie trawię takich postaw.

Jednym z najbardziej erotycznych motywów w historii sztuki jest motyw Ledy z łabędziem. Leda, żona króla Tyndareosa, nierozerwalnie kojarzy się z mitologią grecką. Była jedną z tych śmiertelniczek, którą uwiódł największy zbereźnik na Olimpie, czyli bóg bogów – Zeus. Mimo że żona, Hera, strzegła go jak mogła, Zeus zawsze znajdował sposób, aby się spod kontroli urwać, przybierając różne postacie. Ledę uwiódł przeistaczając się w łabędzia. Motyw ten uwiecznili najwięksi malarze: Leonardo da Vinci, Adolf Wertmuller, Peter Paul Rubens, Paolo Véronèse, czy Salwador Dali. Dość jednoznacznie uwiedzenie Ledy pokazały współczesne artystki: Betty Dodson czy Gerda Vegener. Właściwie nie ma malarza, rzeźbiarza, czy rysownika, który by nie przedstawił swojej wizji zbliżenia Ledy z Zeusem – łabędziem. Ale najbardziej jednoznacznie akt zdobycia Ledy namalował François Boucher, portretując swoją muzę, metresę króla Ludwika XV – Marie Louise O'Murphy, o której Casanova (tak, ten Casanova) powiedział: „to ładne, biedne, brudne stworzenie”.

Zaznaczmy, był rok prawdopodobnie 1740 i można by rzec, wtedy to było wyuzdanie, nie to, co dzisiaj. Boucherowska Leda z łabędziem nawet jak na dzisiejsze czasy, to bardzo, bardzo śmiały obraz, przy którym jedzenie banana i budyniu, nawet wyzywająco, to przedszkole. Na całe szczęście, żadne z tych dzieł nigdy nie będzie w zasięgu decyzji profesora Glińskiego.

Dziś wybrana sztuka, jutro prawa obywatela Na szczęście dla ludzkości. A może zakażmy oglądania erotycznych filmów? Może wyrzućmy z filmoteki „Imperium namiętności”, czy „9 i pół tygodnia”? A może „Ostatnie tango w Paryżu” z, o zgrozo, sceną analnego zdobywania Marii Schneider przez Marlona Brando przy użyciu odrobiny masła? A może wyrzućmy trylogię o Christiane Greyu (choć tu akurat bym nie protestował, bo to tragiczna książka i uwsteczniony film).

Oczywiście dworuję sobie, bo jakież mam prawo twierdzić, co jest sztuką, a co nią nie jest? Rzecz w tym, że umoralniają nas ludzie, którzy powinni zamilknąć w obliczu podkarpackiej afery związanej z pewnym domem uciech, w którym, coraz więcej dowodów na to wskazuje, zabawiali się głównie politycy z partii, wmawiającej ludziom, że jest katolicka, wierząca w Boga i że kieruje się wyłącznie jego przykazaniami. Wiele też wskazuje na to, iż nie byli to wcale politycy wyłącznie lokalni, ale również z pierwszych stron gazet. Jeśli do tego doda się bardzo prawdopodobny fakt, że zabawy te miały miejsce z nieletnimi dziewczynami – obraz hipokryzji rysuje się nad wyraz pełny.

Wszystko to dzieje się jednocześnie w momencie, w którym Sejm po raz dziewiąty nowelizuje ustawę o Sądzie Najwyższym, tym razem podważając niezbywalne prawo każdego obywatela do odwoływania się od każdej urzędowej decyzji. A to podstawa wolnego państwa prawa, zapisana w Konstytucji. Jednak PiS nowelizując ustawę, odmówił tego prawa sędziom, co jednoznacznie pokazuje, jaki jest prawdziwy stosunek tej władzy do praworządności, a tym samym do europejskich norm i zasad. I wyznawcom PiS to się podoba! Drodzy wyznawcy, dziś sędziowie, jutro wy. Taka jest kolej rzeczy, jeśli nie obudzicie się ze snu. Sędziowie, nauczyciele, osoby niepełnosprawne, lekarze, kto następny? Jakie kolejne środowisko?

Demokracja zachodnia kształtowała się setki lat, nasza przechodzi kurs przyspieszony, zaledwie trzydziestoletni, bo nawet dwudziestolecie międzywojenne, wspominane przez większość z rozrzewnieniem, ma za sobą lata zwykłej dyktatury.

Czym dłużej przyglądam się działaniom tej władzy i uwiedzionych przez nią wyborców, tym bardziej przekonuje mnie teza, że rządy PiS są jedynie wypadkiem przy pracy. Są lekcją, którą należy przejść, aby jeszcze bardziej zrozumieć i docenić, czym są: demokracja, wolność jednostki i prawa obywatela. Wiem, to kosztowna lekcja, ale nauka kosztuje. Nie ma lepszej nauki, jak nauka na własnej skórze. Rządy PiS będą takim właśnie epizodem, po którym obywatele tego ciężko doświadczonego kraju zrozumieją, że nikt nam wolności nie dał raz na zawsze. Ale też nikt nam, zwłaszcza PiS, tej wolności nie odbierze.