"Zatkali mi usta, a winę zrzucili na mnie. Nigdy im tego nie wybaczę". Jej syn jest ofiarą księdza pedofila

Dariusz Kołodziej był molestowany przez księdza, gdy był trzynastoletnim chłopcem.
Dariusz Kołodziej był molestowany przez księdza, gdy był trzynastoletnim chłopcem. Fot. archiwum prywatne
– Żadna kara nie wynagrodzi mojemu synowi tego bólu, tej wyrządzonej krzywdy, zabranego dzieciństwa, zdrowia i traumy do końca życia – mówi w rozmowie z naTemat Irena Kołodziej, matka Dariusza, który jest ofiarą księdza pedofila. Dariusz ma dziś 21 lat, a do dramatu, który odcisnął piętno na jego życiu, doszło, gdy był 13-letnim chłopcem.


Musiał czekać osiem lat, aby jego oprawca został ukarany. Były ksiądz Mariusz K. ma pójść do więzienia na 2,5 roku. Nie może też zajmować stanowisk związanych z opieką nad dziećmi i przez dziesięć lat kontaktować się ze swoją ofiarą, której ma zapłacić 50 tys. złotych zadośćuczynienia. Wyrok nie jest prawomocny.Pani jest osobą wierzącą?

Tak, jestem osobą wierzącą, ale od tamtego zdarzenia nie praktykującą. Kościół jako instytucja dla mnie nie istnieje.

Dla matki to, co zdarzyło się w życiu pani syna, to musi być ogromny cios.

Tak. Nawet po tylu latach, kiedy słyszę to pytanie, to na nowo te rany się rozszarpują. Cały czas na nowo to do mnie przychodzi.

Czy były ksiądz, który skrzywdził pani syna, był na rozprawach?

Był na dwóch, ale później już nie przyjeżdżał. Na wyroku też go nie było.

Co pani czuła, kiedy zobaczyła go na korytarzu w sądzie?

Ciężko mi nawet powiedzieć co czułam. W pierwszym momencie... Nie będę mówiła, co chciałam zrobić, bo nie mogłabym tego zrobić. Na jego widok po tylu latach po prostu zrobiło mi się słabo. Musieli mi dać szklankę wody, żebym mogła dojść do siebie. Nie umiałam patrzeć na niego.

To był człowiek dobrze znany w waszym domu.

Tak, kiedy Darek został ministrantem, to przyjeżdżał do nas, odbierał syna, kiedy jechali na wycieczki, zostawał na herbacie. Zdobył nasze zaufanie. Człowiek by się nawet nie domyślił, że on może mieć takie intencje, że coś takiego zaplanował.

Tą troskliwością uśpił czujność?

Darek wcześniej nigdy nie był wyróżniany, a nagle zobaczył, że ktoś się nim zainteresował, że ktoś docenia jego zaangażowanie. Syn był taki, że codziennie do kościoła jeździł. O czwartej rano wstawał, chciał być tam przed szkołą i po szkole. Widziałam nawet w nim księdza, zresztą nie tylko ja, bo on tym żył. Tak samo uważali sąsiedzi, czy znajomi.


Mieszkacie w małej wiosce, w której wszyscy się znają?

Tak, to jest miała wioska. Gdy sprawa wyszła na jaw, to ludzie nie chcieli wierzyć. Znajomi Darka pisali do niego wiadomości, w których go wyzywali, mówili, że wymyśla. Niektórzy zrównywali go z ziemią. Było mu bardzo ciężko.

Od tamtej nocy, kiedy ksiądz wykorzystał pani syna, do momentu, kiedy Darek opowiedział pani o tym, co się wydarzyło, minęły trzy miesiące. W tym czasie widziała pani, że syn się zmienił?

Zauważałam to. On się bardzo zmienił. Miał problemy w szkole. Był płaczliwy, leżał i patrzył w sufit. Nie chciał chodzić do szkoły. Dostawał nerwowych drgawek, na lekcji nie mógł nawet pisać na tablicy, bo ręce mu drżały. W kościele nie był w stanie nic czytać, ponieważ buzię mu z nerwów wykrzywiało. Do tego nudności, wymioty, zasłabnięcia. Trafił do szpitala. Bardzo odbiło się to na jego zdrowiu.

Pamięta pani ten moment, kiedy syn powiedział pani co się stało?

Ten moment pamiętam dokładnie. Nie poszedł do szkoły, bo się źle czuł. Siedział w kuchni i patrzył w jeden punkt. Był nieobecny. Wtedy nie wytrzymałam i prosiłam go, błagałam, żeby powiedział mi co się stało. Rozpłakałam się przy tym.

On rzucił mi się na szyję, przytulił się do mnie mocno i wszystko powiedział. Szlochał, płakał... Ten dzień był straszny. Śni mi się po nocach.

Jaka była pani pierwsza reakcja?

Zaczęłam się ubierać, żeby pojechać do tego księdza. Nie wiem co chciałam mu zrobić. Cała się trzęsłam. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki i opowiedziałam jej o wszystkim. Ona przyjechała i uspokajała, i mnie, i mojego syna. Stwierdziła, że trzeba pojechać do biskupa i to zgłosić. Nie pomyślałyśmy, żeby zgłosić to na policję, czy do prokuratury.

Wtedy byłam naprawdę wierzącą osobą. Moja przyjaciółka zresztą też, dlatego chciałyśmy szukać pomocy i porady tam. Powiedziałyśmy, że ta sprawa nie może czekać, więc biskup się z nami umówił.

Jak wyglądała ta rozmowa?

Kiedy weszłyśmy, to padły słowa, których nie zapomnę: "Najlepsze co mogłyście zrobić, to przyjazd do mnie z tym". Później oczywiście padły takie słowa, że możemy pojechać na policję i to zgłosić, ale równocześnie cały czas podkreślali, że dziecko będzie przesłuchiwane wiele razy, że ciągle będzie musiał do tego wracać.

Od razu zapytali też, czy już powiedziałam o wszystkim mężowi. Obecnie jestem po rozwodzie, ale wtedy jeszcze byliśmy razem. Odpowiedziałam, że nie. Wtedy powiedzieli, że mam tego absolutnie nie mówić: "Wiadomo jacy mężczyźni są, zaraz się rozpęta piekło".Wtedy musiała pani przysięgać na Biblię?

Pierwszego dnia nie. To było na następnym spotkaniu. Nasza przysięga wyglądała bardzo dziwnie. Pojechałyśmy, żeby zapytać, czy on się przyznał do tego od razu, czy nie. Przyznał się. I wtedy właśnie musiałyśmy tę przysięgę składać. To było tak dziwne, że ja musiałam ją składać i moja przyjaciółka też. Później okazało się, że taką przysięgę składa się przed sądem diecezjalnym przed składaniem zeznań, a to była normalna rozmowa z nami w zwyczajnym pokoiku.

Wtedy naprawdę byłam osobą tak bardzo wierzącą, że nawet między sobą o tym nie rozmawiałyśmy z tą przyjaciółką. Jedna drugiej mówiła: "Myśmy przysięgę składały, że już nikomu nie możemy o tym powiedzieć".

Robiłam posłusznie to, co mi kazali. Wierzyłam i ufałam im. Teraz jeżeli ktoś kazałby mi przysięgać na pismo święte, czy na krzyż, że mam milczeć w takiej sprawie, to naprawdę bym ich wyśmiała.

Kiedy złożyłyście zeznania?

Po dwóch latach. Nie wiem na co oni czekali. Teoretycznie odwołali go tego samego dnia, kiedy zgłosiłyśmy sprawę i zagwarantowali mi, że on nie skrzywdzi już więcej nikogo, że będzie odizolowany. Przenieśli go gdzieś do klasztoru emerytów i powiedzieli, że nie będzie miał w ogóle kontaktu z dziećmi, że będzie pilnowany. Zakaz wyjazdów, wychodzenia, odprawiania mszy. Mieli zgłosić sprawę do Watykanu do Kongregacji Nauki Wiary i oni mieli zdecydować co dalej.

Teraz dowiadujemy się jednak, że nie było żadnego nadzoru. Ludzie opowiadają mi, że on robił co chciał. Mamy zdjęcia, mamy wycinki z gazet parafialnych, które to potwierdzają. Jeździł na wycieczki z młodzieżą, udzielał komunii dzieciom, przygotowywał ich do pierwszej komunii, odprawiał pasterkę, świętował swoje dziesięciolecie kapłańskie w 2016 roku.

Kiedy przyszedł ten moment, kiedy stwierdziła pani, że nie chce mieć z Kościołem nic wspólnego?


Po sześciu latach zgłosili sprawę do prokuratury, kiedy znowelizowano przepisy Kodeksu karnego dotyczące pedofilii. Chodziło o to, że jeśli wie się o przypadkach pedofilii, to trzeba zgłaszać pod groźbą kary więzienia. Ja nawet nie wiedziałam, że jest taka zmiana, a oni mnie nie poinformowali o tym.

Czułam żal, bo wyszło na to, że ja to ukrywałam i ja teraz jeszcze mogę pójść za to siedzieć, bo ja przecież też o tym nie poinformowałam jako matka. Szybko w prasie pojawiły się artykuły dotyczące tej sprawy. Kiedy przeczytałam, że: "Matka usilnie prosiła o zatajenie sprawy", to wtedy poczułam do Kościoła odrazę i wstręt.

Zaczęłam płakać. Chwyciłam za telefon. Nikt w kurii nie odbierał ode mnie. Napisałam im SMS-a. Wyzwałam ich od najgorszych. Zatkali mi usta, a teraz całą winę zrzucili na mnie. Tego nie mogę im wybaczyć i nigdy im nie wybaczę.

Przez to zdanie w artykule dostawałam obraźliwe wiadomości, ludzie pisali do mnie na Facebooku, że co to za matka, która coś takiego ukrywa.

Spotkała się później pani z kimś z kurii, kto nadzorował tę sprawę?

Tylko z jednym z księży, kiedy – za radą mojego prawnika – prosiłam o moje zeznania. Najpierw nie chcieli mi tego dać. Tłumaczyli, że jest to w archiwum. Powiedziałam, że jeżeli nie zrobią tego po dobroci, to sprawę zgłoszę do prokuratury.

Byłam w szpitalu w Opolu na onkologii i wtedy jeden z księży przyjechał tam i dał mi to w kopercie. Zapytałam go, czy ksiądz Mariusz, kiedy przyznał się do molestowania mojego syna, to czy mówił jeszcze o innych dzieciach. On powiedział, że tak, że przyznał się do wykorzystywania jeszcze czterech, czy pięciu ministrantów. Przeczytał mi ich nazwiska. Zaczęłam strasznie płakać.

Zadałam jeszcze jedno pytanie temu księdzu, który do mnie przyjechał. Chciałam wiedzieć, czy kiedy był zeznawać w prokuraturze, czy powiedział o tych innych chłopcach. Powiedział, że nie, że jest mu znana sprawa tylko i wyłącznie Darka. Mi też kazał mówić tak samo. Jednak odważyłam się i w prokuraturze opowiedziałam o wszystkim, złożyłam zawiadomienie. Sprawa będzie się dopiero toczyć.

Wyrok, który zapadł w sprawie pani syna, jest satysfakcjonujący?

Może powiem tak: żadna kara dla tego człowieka nie będzie adekwatna. Nie mi oceniać wyrok, od tego są sędziowie. Żadna kara nie wynagrodzi mojemu synowi tego bólu, tej wyrządzonej krzywdy, zabranego dzieciństwa, zdrowia i traumy do końca życia.Pani syn jest jednak odważnym człowiekiem.

Jego dzieciństwo naprawdę roztrzaskało się na tysiące kawałków. Jestem z niego bardzo dumna. Zdobył się na tak ogromną odwagę, że zaczął mówić o tym. Przetrwał to i może dzięki temu miał też wpływ na inne osoby. Otwiera się droga do dialogu. Inne ofiary zaczynają się odzywać. Podziwiam mojego syna, że walczył o głos, który mu zabrano.

Psychologa po tym wydarzeniu dostaliście też z kurii?

Przydzielili nam panią psycholog z kurii, która tak Darkowi nagadała, że dziecko wyszło z płaczem. Powiedział mi, że już w życiu nie pójdzie do tej pani. Ona jakby chciała zrzucić na niego winę. Pytała: "Czy nie czujesz się winny?", "Czy nie zrobiłeś nic, aby do tego nie doszło?".

Też z nią rozmawiałam. Chciałam wiedzieć, jak mam z dzieckiem rozmawiać, jak mu pomóc a nie zaszkodzić. To co usłyszałam? Powiedziała, że jeśli syn nie chce rozmawiać, to mam nie nalegać, że czas zagoi rany. A to było najgorsze, co mogłam wtedy zrobić. Skończyło się na jednej wizycie. Nam tak naprawdę bardzo pomogła dopiero Fundacja "Nie lękajcie się". Wspaniali ludzie.

A dziś jak syn się czuje?

Na zewnątrz pokazuje, że jest bardzo twardy, ale wiem, że w środku to cały czas go gryzie... Chcę jeszcze tylko powiedzieć, że kocham mojego syna za wszystko.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...