
W obozach północnej Syrii przebywa nawet 12 tys. bojowników podejrzanych o powiązania z ISIS. Do tej pory pilnowały ich kurdyjskie siły, ale teraz – gdy turecka armia napiera – nie są w stanie dłużej tego robić tak jak kiedyś. Już słychać o pierwszych ucieczkach z obozów. Łatwo sobie wyobrazić, do czego może to doprowadzić.
Około 12 tys. przebywa w obozach w północno-wschodniej Syrii. A są jeszcze ich żony i dzieci, w sumie ocenia się, że ok. 100 tys. osób. Według niektórych źródeł ok. jedną trzecią z nich stanowią cudzoziemcy, wielu jest Brytyjczyków.
To rodzi ogromne niebezpieczeństwo. W świat już poszła informacja, że z obozu w Ain Issa, gdzie przebywa ok. 13 tys. osób ( w tym ok. tysiąca kobiet cudzoziemek) uciekło od 750 do 950 więźniów. Według "Guardiana" zaatakowali strażników, szturmowali bramy. W obozie zapanował chaos, gdy doszło do starć między SDF i ISIS.
Widać to w obozie Al-Hol, największym spośród wszystkich. Przebywa w nim ok. 70 tys. osadzonych. Wśród nich jest ok. 60 tys. członków rodzin bojowników ISIS – kobiet i dzieci, oraz 10 tys. uchodźców.
"Mieszkanki obozu bez przeszkód dzielą się instrukcjami produkcji bomb i nagraniami z egzekucji z czasów kalifatu, a w internetowych czatach otwarcie nazywają Al-Hol „obozem śmierci”, w którym „wrogowie islamu dopuszczają się bestialstw na muzułmankach”. Wzywają też „lwy kalifatu”, czyli zdziesiątkowanych radykałów ISIS, by „wreszcie się obudziły”. Czytaj więcej
Sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta po decyzji Trumpa i ataku tureckiego wojska. "Kobiety uwierzyły, że tajne komórki ISIS zaatakują kurdyjskich strażników i w ciągu dwóch dni je uwolnią" – opisuje "Guardian", powołując się na wiadomość na WhatsApp od jednej z kobiet.
