“Zmieniło się wszystko i nic”
Styl życia

Twórca warszawskich lokali szczerze o sytuacji w branży

Hubert Karsz nie ma prawa być optymistą. Intuicja podpowiadała więc aby nie pytać go o “pozytywne” skutki pandemii. Pomijając czystą naiwność tego typu rozważań, to oczekiwanie, że warszawski restaurator, w którymkolwiek ze swoich lokali, dostrzegłby dzisiaj choćby jedna szklankę do połowy pełną, było nieuzasadnione. A jednak zapytałam.
— Mam wrażenie, że wszystko, co robimy nabrało jeszcze bardziej ludzkiego charakteru — odpowiada Karsz. W głosie współwłaściciela Grupy Warszawa, czyli spółki zarządzającej modnymi warszawskimi lokalami, nie słychać ani nuty fałszu. Karsz twierdzi, że ci, którzy przetrwali, rzeczywiście bardziej doceniają dzisiaj to, co mają.
— To była duża szklanka zimnej wody, wylana na głowę całego biznesu. Biznesu, który od 10 lat przeżywał gigantyczny boom rozwojowy. Pandemia była w zasadzie pierwszym momentem spowolnienia. Wielu z nas zdało sobie sprawę, że należy cieszyć się tym, co mamy. Było w tym coś uszlachetniającego — przekonuje twórca Warszawy Powiśle.

Hubert Karsz, współwłaściciel coctail baru Weles

Nie da się ukryć, że jeszcze rok temu Karsz miał znacznie więcej powodów do radości: znana klubokawiarnia przy stacji PKP Powiśle funkcjonowała jak dawniej. Kulinarni krytycy wciąż piali z zachwytu nad menu Białej — zjedz i wypij. Drugie życie odzyskiwał kultowy Syreni Śpiew, otwarty zeszłego września w Praskim Centrum Koneser. A potem przyszedł marzec i wszystko się zmieniło.
— Właściwie, to zmieniło się już w lutym. W marcu ta ja już poczułem ulgę — stwierdza i dodaje: — Nasza dramatyczna sytuacja przestała być tajemnicą.

Lockdown jest, można działać

W Syrenim Śpiewie pandemia, półoficjalnie, zaczęła się kilka tygodni przed 14 marca. Rezerwacje przestały napływać, odwołano pierwsze eventy, ludzie zaczęli bać się “bywać”.
Kiedy pojawił się oficjalny rządowy nakaz zamknięcia lokali wszyscy, paradoksalnie, odetchnęli z ulgą. — Nasze problemy stały się oficjalnie problemami całej branży — komentuje Karsz. Negatyw wyglądał tak: 
W weekend 14 — 16 marca wykonaliśmy obrót, jaki na ogół robimy przez pierwszą godzinę w jednym z mniejszych lokali. To było przerażające doświadczenie — wspomina Hubert Karsz
Niemniej jednak, zarządzenie lockdownu miało być poduszką bezpieczeństwa — kartą przetargową w negocjacjach z kontrahentami, dostawcami czy właścicielami nieruchomości; argumentem, dla przesunięcia terminów płatności; sygnałem, że “pomoc” jest w drodze.
Dość szybko okazało się, że pomoc, owszem, nadeszła. Niekoniecznie jednak ze stron, z których można było się jej najbardziej spodziewać. Bo na przykład wspomnienie rządowych pakietów pomocowych wywołuje na twarzy restauratora ironiczny uśmiech. Z kolei na negocjacjach z wynajmującymi cieniem położył się przypadek Białej — zjedz i wypij, która musiała zakończyć działalność.
Tak naprawdę więc za pomoc w utrzymaniu restauracji, Grupa Warszawa może w największym stopniu podziękować wiernym gościom, sobie i swoim pracownikom, bo to oni, pomimo sytuacji zagrożenia i niepewności, zdecydowali się działać: pracować i pomagać bardziej potrzebującym.
Nikt nie mówi jednak, że zmobilizowanie się do działania było łatwe.

“Posiłek dla seniora”, Cola w gratisie

— Jesteśmy przyzwyczajeni do pracy z ludźmi. Widok setek osób korzystających z naszych usług to jest paliwo, napędza cały zespół do działania. Praca bez gości była ciężka — przyznaje współwłaściciel Syreniego Śpiewu i dodaje bez ogródek: — Czułem niepokój.
Druga rzecz, którą poczuł zaraz po ogłoszeniu lockdownu, to niemoc. Jako człowiek, dla którego dzień pracy ma 12 godzin, źle znosił zamknięcie, stan uziemienia. Agenda ratowania sytuacji musiała pojawić się więc szybko.
— Kiedy już można było zacząć odhaczać rzeczy na to-do liście, wszedłem w swój dawny rytm. To pozwoliło mi psychicznie poradzić sobie z sytuacją — zapewnia.

Podobne odczucia mieli pozostali pracownicy, mimo że czas lockdownu był dla nich wyjątkowo dotkliwy. Jak przekonuje Karsz, generowny w tym czacie obrót był przeznaczony w większości na dwie rzeczy: zakup produktów i wypłaty dla pracowników.
— Te pieniądze oczywiście były dużo mniejsze niż na co dzień — zaznacza, dodając, że nawet w tak ciężkiej sytuacji udało się znaleźć “zastępcze” motywatory do działania: — Moment, w którym wszyscy poczuli przypływ energii i nadziei, to był moment, gdy rozwieźliśmy pierwsze “Posiłki dla seniora”.
Akcja spotkała się z szerokim odzewem. W pomoc ludziom starszym i potrzebującym udało się wciągnąć również inne podmioty.

— Dzięki wsparciu Coca-Coli mogliśmy wraz z posiłkami dowozić naszym seniorom wodę butelkowaną. Bardzo to docenili, bo choć może trudno to sobie wyobrazić, nie wszyscy mają w domach dostęp do bieżącej wody — wspomina Karsz.
Restaurator dodaje, że koncern wykazał się również inicjatywą jeśli chodzi o wsparcie dla branży, choćby organizując akcję „Coca-Cola od nas”, w ramach której do zamówienia można było otrzymać dodatkowy napój. Koszt gratisów ponosiła Coca-Cola.
— W czasie lockdownu musieliśmy bardzo obniżyć ceny, a zyskiem podzielić się z firmami organizującymi dowozy. Nasze budżety wtedy nie istniały. Nie było więc mowy o samodzielnym organizowaniu żadnych promocji — przekonuje Karsz i dodaje, że w czasach, gdy większość ludzi uważniej oglądała banknoty w portfelach, dodatek gratisowego napoju znacząco wpłynął na generowanie ruchu.

— Piątka za pomysł — podsumowuje restaurator. Na pytanie, czy nie zdziwiło go, że pomocną dłoń wyciągnął akurat globalny koncern, Karsz zaprzecza:
— Mamy bardzo bliskie relacje z Coca-Colą, zarówno na poziomie biznesowym, jak i czysto ludzkim. Z przedstawicielami utrzymujemy fajne relacje. Działanie koncernu było zaskoczeniem o tyle, że potoczyło się bardzo szybko w porównaniu z innymi firmami, o których słyszałem — podsumowuje.

Wszystko i nic

Dzisiaj, kilka miesięcy po zniesieniu najbardziej rygorystycznych obostrzeń można powiedzieć, że sytuacja w branży wygląda i dobrze, i źle. Bo jak twierdzi Karsz, pandemia zmieniła “i wszystko, i nic”.
Nic, bo nie wydaje się, żeby koronawirus był na tyle silny, aby zgasić w nas pragnienie przebywania w gronie innych osób.
— Ludzie nie boją się gastronomii. W zależności od wieku poziom ostrożności jest oczywiście różny, ale strachu nie ma. Jeśli już, to ludzie są dzisiaj bardziej wygłodniali atrakcji i rozrywki poza domem — stwierdza Karsz.
Nie da się jednak pominąć skutków negatywnych. Hubert Karsz przekonuje, że rynek zmniejszył się drastycznie i nadal się zmienia. Lokali jest znacząco mniej — zarówno w Warszawie, jak i w całej Polsce. Mniej jest turystów, mniej rezerwacji, korporacje nieśmiało zaczynają rezerwować pierwsze terminy, ale to kropla w morzu.
Z pewnością nie jest to sytuacja idealna, ale może i nas, gości, nauczy bardziej doceniać to, co mamy — dobre restauracje i zapalonych do działania restauratorów.

Karolina Pałys
naTemat

Artykuł powstał we współpracy z Coca-Colą. 




Autorzy artykułu:

Karolina Pałys

dziennikarka

Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek

Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.

Sprawdź, jak to działa

Kwota napiwku

Wiadomość do autora (opcjonalnie)

Twój adres e-mail

Kod BLIK znajdziesz w aplikacji swojego banku