National Geographic: okno na świat nauki, technologii, historii, podróży i architektury

Ile waży kotwica tankowca? Jaki problem drążył (dosłownie) zarówno Paryż, jak i Katowice? Dlaczego “wojny gwiezdne” mają sporo wspólnego z tymi realnymi? Jest tylko jedno miejsce, gdzie odpowiedzi na te i masę innych pytań same cię znajdą: kanał National Geographic. 
Nieważne czy jesteś fanem produkcji przyrodniczych, czy entuzjastą nowych technologii - to, co zawsze prowadzi nas na antenę National Geographic to czysta ciekawość świata i głód poznania oraz zrozumienia otoczenia. W tej kategorii programy  z żółtą ramką w rogu nigdy nie zawodzą. 
Oczywiście, nikt nie oczekuje, że uwierzycie na słowo. Podpowiem tylko, że maj jest najlepszym czasem, aby przeprowadzić w tej kwestii dociekliwy research. I to nie tylko ze względu na majówkę, która podsyca głód przygód i zachęca do wyjścia na przeciw światu. 
To również moment, kiedy National Geographic wprowadza do ramówki kilka bardzo ciekawych propozycji. Więc gdy zgodnie z tradycją nasze wyjazdowe plany pokrzyżują przelotne, 3-dniowe opady deszczu z gradem, nie bójcie się sięgnąć po pilota, by eksplorować świat z National Geographic. 
W maju bowiem możecie wybrać się na poszukiwanie zaginionych miast z doktorem Albertem Linem (“cykl „Zagubione miasta”) albo na poszukiwanie ekstremalnych przygód z Bearem Gryllsem (który w najnowszej odsłonie swojego programu postanowił przekonać do survivalu… hollywoodzkich celebrytów).
Maj będzie również miesiącem, kiedy na antenie zadebiutują trzy fascynujące produkcje, których nie możecie przegapić, jeśli sami macie w sobie choćby cieniutką żyłkę odkrywcy. 

„DNA Maszyn”: czy nadajesz się na kierowcę tankowca?

Przyznać się: kto kilka tygodni temu śmieszkował z „kierowcy” tankowca Ever Given, który średnio poradził sobie z zadaniem zawracania z wykorzystaniem infrastruktury i na kilka dni utknął w Kanale Sueskim?
Jasne, każdy z nas pewnie uśmiechnął się pod wąsem i wymamrotał coś w stylu: „Tyle techniki, jak to możliwe?” Otóż macie najlepszą okazję przekonać się jak: oglądając produkcję „DNA maszyn” - premiery w czwartki od 13 maja o godz. 22.00.
W jednym z odcinków serii będziecie mieli okazję gościć na pokładzie jednego z najnowocześniejszych tankowców na świecie. Hunter Laga, bo tym imieniem został ochrzczony statek, mierzy 336 metrów długości i 60 metrów szerokości. Jego kapitan określa go pieszczotliwie mianem: „Pływającej wyspy”.
Co do tego, jak potężny jest to twór, upewnia nas co chwilę głos lektora, podrzucającego kolejne porównania: silnik jest wielkości trzypiętrowego domu, a każdy z napędzających go siedmiu tłoków mierzy tyle, co żyrafa. Moc tego napędu? Bagatela, 34 tysiące koni mechanicznych.
Każda z lin, którymi to monstrum przywiązane jest do doku, waży tyle, co płetwal błękitny, a jedna kotwica — 36 ton. Mechanizm, który wyciąga ją z wody, byłby w stanie podnieść z morskiego dna Statuę Wolności.
Robi wrażenie? A teraz wyobraźcie sobie, że macie przeprowadzić to monstrum przez przesmyk szerszy zaledwie o kilkanaście metrów. Albo lawirować między innymi statkami w zatłoczonej cieśninie, mając z tyłu głowy, że droga hamowania tankowca tych rozmiarów wynosi około trzech kilometrów.
Wystarczy więc jedna zła decyzja, aby sekundę później obrać najgorszy kurs z możliwych. I, co gorsza, móc tylko obserwować dalszy rozwój wypadków.
Kapitan tankowca Hunter Laga wydaje się jednak pewny swoich umiejętności: — Dowodzenie wielkim statkiem jest nieco bardziej skomplikowane niż małym. Ale ja to lubię — zapewnia na początku odcinka.
Nie wypada mu nie wierzyć. Wypada natomiast obejrzeć, z otwartą z zachwytu buzią, ten i pozostałe odcinki serii „DNA maszyn”. Emocje gwarantowane, zwłaszcza, że w kolejnych odsłonach będziecie mieli okazję przejechać się supersamochodem, ultraszybką motorówką czy gigantyczną motorówką.

„Pomysł na miasto”: takiej wycieczki do Paryża jeszcze nikt wam nie zafundował

Czy wiedzieliście, że pod koniec XVIII wieku, Paryż był jak Śląsk?Przynajmniej jeśli chodzi o potencjał w departamencie szkód górniczych. Miejskie tereny były bogate choćby w wapień, co przedsiębiorczy Francuzi skwapliwie wykorzystywali, drążąc tunele pod miastem. W efekcie budynki zaczynały padać jak muchy — dosłownie. Paryż zaczął się zapadać.
Pomysł na ratunek był o tyle skuteczny, co makabryczny. Kolejną sporą bolączką tej najromantyczniejszej dzisiaj stolicy, była bowiem w tamtym czasie… śmierć. Życie w mieście nie było wtedy najbardziej higieniczne — ściekami płynęły fekalia, na czystą wodę pitną mogli pozwolić sobie tylko najzamożniejsi.
Jako że na cmentarzach zaczynało brakować miejsc, postanowiono chować zmarłych w podziemnych katakumbach, a kości nieboszczyków układać tak, aby wzmacniały ściany konstrukcji, a tym samym — miejskie fundamenty.
To tylko jeden z pomysłów, jakie na przestrzeni lat ratowały, kształtowały i zmieniały Paryż. Twórcy serii „Pomysł na miasto” (w czwartki od 6 maja o godz. 21.00) prowadzą nas przez dekady urbanistycznych wyzwań i wydarzeń, które na trwałe odcisnęła piętno na materii miejskiej tkanki.
Mowa tu zarówno o gigantycznych „przemeblowaniach” (jak to, którego w XIX wieku dokonał baron Haussmann, wyburzając niemal 20 tysięcy budynków i zastępując je nowymi, bardziej nowoczesnymi), jaki i o symbolicznych gestach (przecięcie lin, wciągających windy na wieżę Eiffla, tak aby wkraczający do miasta Naziści, chcąc zatknąć na szczycie flagę Rzeszy, musieli wspinać się po schodach).
„Pomysł na miasto” pokazuje znane metropolie od środka: pozwala nam zajrzeć do trzewi tak skomplikowanych “organizmów” jak Paryż, Tokio czy Nowy Jork i zrozumieć, jak funkcjonują oraz jakim wyzwaniom będą musiały sprostać w przyszłości.

„Zimna Wojna: naukowy wyścig”; kto tak naprawdę wygrywa wojny?

 — Japonia została pokonana przez technologię — mówi jeden z ekspertów programu, komentujących atak bombowy na Hiroszimę i Nagasaki.
I poniekąd jest to prawda: wojna i postęp naukowy są ze sobą nierozerwalnie związane, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to drugie nie mogłoby istnieć bez tego pierwszego. Kwestią nieodmiennie moralnie sporną pozostają koszty.
W serii National Geographic dokumentującej naukowe osiągnięcia ery Zimnej Wojny ten dylemat wybrzmiewa bardzo wyraźnie. 
Bo czy ekscytując się podbojem kosmosu możemy zapomnieć, na przykład, o tym, że Sputnik został wyniesiony na orbitę przez pocisk dalekiego zasięgu o nazwie R7?
Seria “Zimna Wojna: naukowy wyścig” (w piątki od 21 maja o godz. 22.00) nie ma co prawda wydźwięku moralizatorskiego, jednak pozwala spojrzeć na lata 60-te i 70-te z innej perspektywy: jak na okres, w którym nieodpowiedni ruch, dyplomatyczne faux pas czy jedno z ust mocarstwowego przywódcy za dużo mogły doprowadzić do, i nie ma w tym żadnej przesady, końca świata, jaki znaliśmy.
“Zimna Wojna: naukowy wyścig” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów historii najnowszej, ale dla każdego, kto chciałby zrozumieć, jakim kosztem świat idzie do przodu.
Informacje na temat pozostałych premier, które zaspokoją Wasz głód odkrywania świata, znajdziecie tu.
Warto też przy tej okazji śledzić akcję #JestTyleDoOdkrycia i zobaczyć, gdzie zaprowadzi nas trop pozostawiony w sieci przez kanał National Geographic.
Artykuł powstał we współpracy z National Geographic.




Autorzy artykułu:

Karolina Pałys

dziennikarka