Mówisz „Hiszpania”, myślisz: tętniący energią Madryt i szalona Barcelona, do głowy uderzy też gorąca Costa Brava. Pytanie, czy słyszałeś o miejscach, gdzie zatrzymuje się czas? Znajdziesz je w Kastylii i Leonie - krainie zamków, jednym z największych regionów Hiszpanii. Miejsca, gdzie przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Spójnie, symbiotycznie. I w obu warto się zanurzyć.
Godzina. Tyle trwa podróż z portu Madryt-Barajas do Segowii, pierwszej mieściny, od której warto zacząć przygodę z Kastylią i Leonem. Droga, która dzieli dwa punkty na mapie, w niczym nie przypomina widoków, do których się przyzwyczaiłam.
Za oknem busa przestrzeń, wiosennie zielona. Kilkadziesiąt kilometrów od stolicy widać już góry. Na wzniesieniach pod nimi stykające się dachami domki. Pną się wyżej i wyżej. O podróżniczej nudzie nie ma mowy. Z zapatrzenia wyrywa widok żywego kolorami miasteczka.

Katedra w Segowii
Castillas. Gdy zatrzymuje się czas
Segowia, a w niej Alcazar. Pierwsza myśl? Hogwart! Efekt „Wow” robią wieżyczki, w którejś spokojnie mógłby mieszkać Harry Potter. Tak naprawdę jednak swoje dni spędzał tam król Alfonso VIII, później zaś Filip II z małżonką Marią Manuelą. Sala tronowa, gdzie zasiadali obok siebie - równy z równą - nie zmienia się od wieków.
Część monarszych przedmiotów wciąż ma się dobrze, w powietrzu czuć obecność właścicieli. Jakby zaraz mieli wejść przez drzwi. W zakamarkach zamku czekają na nich dzielni rycerze. Z okiennic rozciąga się widok na wzgórza i ośnieżone szczyty Sierry. W dole przeraźliwe urwisko.
Alfonso, jako kolejny władca, tu zastanawiał się jak wyprzeć Maurów z Półwyspu Iberyjskiego. Za jego sprawą w rekonkwiście nastąpił przełom. A przez romans z Żydówką sprowadził do Kastylii 10 tys. jej współwyznawców. Ich dawną dzielnicą chadzają dziś turyści. Kręte uliczki zdają się nie mieć końca, tak, jak zapachy płynące z otwartych knajp i restauracji.
Lokalsi mijają przyjezdnych, ci zadzierają głowy do kolorowych balkonów i nieba. Co kilka metrów staje kolejna wycieczka, inaczej się nie da. Wisienką na segowijskim torcie jest potężny akwedukt. Pamięta czasy rzymskiego panowania, woda płynęła nim do lat 60. ubiegłego wieku.

Akwedukt z czasów panowania rzymskiego.
Pod akweduktem gwar. Czas na kolację. Miejsce: Meson de Cándido. Danie główne - specjalność założonego w XIX w. lokalu. Alberto, spadkobierca kulinarnego biznesu, bierze talerz do ręki i choć dobiega pewnie 90-tki, z siłą młodziaka dzieli upieczone prosię. A potem rzuca naczyniem o podłogę. Oto Segowia pełną gębą. Kelnerzy uwijają się między stolikami, donosząc butelki wody i wina. Do wyboru, do koloru.
Stół ugina się pod specjałami. Ale nie jest żal wychodzić w ciepłą noc. Po zmierzchu miasteczko pustoszeje, latarnie oświetlają uliczki, światła palą się na Plaza Mayor i przed „Damą Katedr” - Santa Iglesia Catedral de Nuestra Señora de la Asunción y de San Frutos. Brzmi pięknie, piękniej wygląda. Za dnia dotyka chmur.

Uliczka w Segowii.
Z Segowii zielona trasa prowadzi do San Ildefonso, wioski zbudowanej wokół La Granjy. Ten królewski pałac wyłania się zza starych drzew. Filipowi V przypominał Wersal, w którym urodził się i wychowywał. 146 hektarów powierzchni zajęły ogrody. A w nich fontanny - jest ich 26, wszystkie zdobione mitologicznymi rzeźbami.
Mity nie były bez znaczenia. Władca wierzył w moc bogów. Jest Neptun, jest Apollo i Atena. Męskie posągi oddawały siłę Filipa, kobiece przypominały mu ukochaną Izabelę. Pomiędzy fontannami dziesiątki krzewów, drzew i drzewek. Okna pałacu skierowane są w stronę gór. Razem tworzą obraz idealny.

Pałac Królewski w La Granja.
San Ildefonso, poza pałacem, ma jeszcze cichutkie ulice, wieje lekki wiatr. Przeciwwagą okaże się gorąc z fabryki szkła. Jego różne rodzaje zachwycają świat, dzieła oglądać można w otwartym dla zwiedzających muzeum. Szklane twory to niezapomniana kolekcja. Kryształ udający chińską porcelanę, szkatułki, butle i buteleczki, witraże. Intensywna praca ludzkich rąk daje obłędny rezultat.
To praca, której zza żelaznej barierki przyglądają się goście królewskiej fabryki. Im dalej od niej, tym bliżej do zamku Coca - perły europejskiej architektury militarnej.

Coca
W przeciwieństwie do wielu innych, nie leży na wzgórzu, ma za to wiele wspólnego ze sztuką arabską. Duch Maurów pozostał na stałe, wchodząc między grube mury. Mieszkańcy mieszankę dwóch stylów nazywają „mudejar”. Forteca z szeroką i głęboką fosą była nie do zdobycia. Jej rogi osłaniają cztery wieże. Nad całością góruje jeszcze jedna.
Na zewnątrz Coca wygląda dość groźnie, wnętrze cechuje uporządkowanie i dekoracyjne bogactwo. Wejście na szczyt jednej z wież spiralnymi, wąskimi schodami to ukoronowanie wycieczki. Przy murowanej ścianie idzie się jednak z duszą na ramieniu. Po wejściu na szczyt stres i zmęczenie rekompensuje widok. Wieżyczki szatkują miasteczko, taki urok fortecy, w całej okazałości podziwia się już Peñafiel, leżące u stóp zamku.
Długi, zarazem wąski zamek budzi słuszne skojarzenia z okrętem wojennym. Odnosi się wrażenie, że płynie w obłokach. Ma swój ocean - łąk, pagórków i traw. Na kokpit prowadzi jedyne, wschodnie wejście. Stopień po stopniu odkrywa magazyny na żywność, zbrojownię i pomieszczenia dla rycerzy. Łatwo wyobrazić ich sobie biegnących po schodach, broniących się przed wrogiem.
W razie kłopotów dawali znaki najbliżej stacjonującym kolegom. Otrzymana wiadomość szła dalej. Przeciwnik nie miał szans, obserwowane, rozległe tereny odmawiały schronienia. Dziś Castillo de Peñafiel pełni inne niż obronne funkcje. Dawna komnata jest muzeum wina. Atrakcyjna oprawa służy przyswajaniu wiedzy, stając się preludium do degustacji trunków.

Zamek w Penafiel
Zanim trafi się jednak do słynnej bodegi Protos, uderzy jeszcze spokój niewielkiej mieściny. Spokojna na co dzień zdaje się w nim “Corro de los toros”. Wokół domy z drewnianymi balkonami-galeriami. Stamtąd najlepiej przyglądać się sierpniowej fieście San Roque i jej największej atrakcji - korridzie. Wściekłe byki rozpędzają tłum, śmiałkowie cisną do ataku.
Zabawa na granicy życia i śmierci, na którą wciąż wielu czeka. Taka tradycja, bezpieczniejszą jest picie wina. W Protos wita chłód i setki równo ułożonych beczek. Stara część bodegi przypomina o przeszłości. Betonowe sufity rozświetlają jarzeniówki. Jedna aleja wchodzi w drugą, łatwo się w nich zagubić.
Na drodze ku nieznanemu celowi zakratowane „kaplice”. Niektóre mają celebrycki status. Czekają na odwiedziny lokalnych gwiazd. Nowej części Protos bliżej do fabryki. Zapach i smak win uderzając do głowy mówią, gdzie jesteśmy.

Bodega Protos
Kastylia i Leon kryje ponad 200 zamków. Być tam i nie zobaczyć Castillo de La Mota to grzech. Stojący na wzgórzu w hiszpańskiej prowincji Valladolid przez wiele stuleci był niezawodną twierdzą obronną dla bogatego i dobrze prosperującego miasta Medina del Campo. Fortyfikacje zamku uważano za najpotężniejsze i najgroźniejsze w Kastylii.
La Motę wzniesiono na ruinach dawnego pałacu mauretańskiego i jeszcze innej budowli, wzgórze wcześniej stanowiło zaś chronienie dla ludności napływowej. Dowodem na jej obecność jest odkryta w ostatnich latach osada. Sam zamek też swojego doświadczył. Atakowanemu bliżej było do ruiny, odbudowany pozwala przenieść się w czasie.

Medina Del Campo - królewski zamek, gdzie mieszkała Izabela Kastylijska.
Tu przetrzymywano włoskiego kardynała Cezara Borgię, tu zmarła hiszpańska królowa - Izabela I Kastylijska. Postać absolutnie niezwykła, wciąż żywa w pamięci mieszkańców Mediny Del Campo. Kobieta, która nie miała być królową, a zasiadła na tronie.
Zjednoczyła kraj, była protektorką Kolumba - co ciekawe, oddała w zastaw biżuterię, by zdobyć pieniądze na jego podróż. Potem je odzyskała, z nawiązką. Traciła dzieci, patrzyła, jak cierpią i sama cierpiała (umarła na raka). Przezornie spisany testament uratował to, o co walczyła. Sukcesję dla potomków bez krwawej jatki.

Izabela Kastylijska
Dom królowej zostaje w tyle. Czas na odpoczynek w Posada Real Castillo del Buen Amor, dokąd pewien biskup zabierał kochankę. Z zameczku zrobili rodzinną posiadłość, współcześnie to równie rodzinny, hotelowy biznes. Nawet jedna noc równa się nieporównywalnym do niczego wrażeniom.


Żyć wolniej: Valladolid i Salamanca
Między zamkami rozciągają się pola, wiosną przykryte dywanami maków. Powiedzieć „zachwycające” to za mało na określenie doznań estetycznych. Dopełniają je miejskie przechadzki Valladolidem i Salamancą. – To, co tu zastajesz, na pewno nie jest tym, czego się spodziewasz – mówi o pierwszym Mara, lokalna przewodniczka. I przekonuje o duchu miasta. Zgodnie z hiszpańską definicją takie miano gwarantuje katedra.

Katedra w Valladolid
Valladolid ma swój klimat i rzeczywiście otwiera oczy prezentując przyjezdnym to kościółek, to targ. Tu natomiast uczelnia, a tu pomnik Cervantesa. Żywa historia, obok żywa teraźniejszość - dwie akrobatki wiszą nad ziemią, ćwiczą przed wieczornym spektaklem. Ktoś się uśmiecha, ktoś przechodząc rzuca: Zamiatasz chodnik szalem. Z oczu bije życzliwość i spokój. W Valladolidzie truchta się, nawet biegnąc. Jest gwarno, ale wciąż cicho.

Wyjeżdżając zauważa się hipermarkety, miasto znika, wkrótce wynurzy się ważny dla hiszpańskiej historii Tordesillas. Zawarty tam traktat podzielił świat na pół. Połowa dla Hiszpanii, połowa dla Portugalii. W 1494 roku dogadywali się lepiej niż my wieki później. Konflikt między szukającymi nowych krain państw został zażegany. Oczywiście do czasu, ale czas Tordesillas się nie ima. Obok siebie, jak te zwaśnione królestwa, płyną rzeki: rwąca i spokojna.

Podział świata w Tordesillas
Spokój bez dwóch zdania odczuwa się w Salamance. Szczególnie, gdy spojrzy się na katedralną kopułę. Z tej perspektywy wszystko jest maleńkie, czyli takie jak być powinno. I w to nie jednej katedrze, ale dwóch. Bardzo od siebie różnych. Nueva (nowa) imponuje rozmachem pod każdym względem.
Fasadę nowej dominuje styl plateresco, nie warto liczyć drobiazgowo wykonanych na niej płaskorzeźb. Przybywają po każdej renowacji, jak… astronauta. Zostawił go architekt-żartowniś, przed wejściem do świątyni ogląda się jeszcze rysia, byka i uśmiechniętego smoka dzierżącego loda z trzema gałkami, również jego autorstwa.
Catedral Vieja to inna para kaloszy. Żarty na bok. Kryje malowidła ścienne z XII i XIII w., kaplice oraz wspaniałe grobowce członków kastylijskich rodzin królewskich oraz biskupów. Z jej szczytu widać najstarszy uniwersytet w Hiszpanii (drugi na świecie), wszak Salamanca to miasto studentów.
Mowa o 60 tys. osób. Siadają na trawnikach, chodzą po knajpach, ich ulubioną jest dawna stajnia. Oblegają też główny plac na kształt trapezu z dwoma głównymi wejściami, zastawiony kilkoma rzędami stolików. Siedzących przy nich z fasad obserwują bohaterowie Hiszpanii.

Catedra Nueva

Astronauta na fasadzie nowej katedry w Salamance.
Kastylia i Leon to nie tylko historyczna turystyka. To nie wyłącznie powrót do przeszłości z aparatem w ręku. To ludzie, którzy w niej zostają, kiedy turyści zamkną drzwi hotelu. Nic pewnie nie nowego, że posiłek jest dla nich mini świętem. Świętują chwilę, bo naprawdę wierzą w maksymę Carpe Diem.


Patrzą głęboko w oczy, jakby naprawdę chcieli zrozumieć, kim jesteś i co tu robisz, choć twój pobyt trwa tyle, co nic. Nie akceptują odmowy, gdy chodzi o jedzenie i wino. „Sólo un poco” (“troszeczkę”) przy stole brzmi jak obelga. Jeśli jesz, wiedz, że piszesz się na przygodę. – Zaczynasz w jednym miejscu, ale nie wiesz, jak i gdzie skończysz – śmieje się Alberto, kolejny hiszpański przewodnik.
Odmawianie alkoholu spotka się z dezaprobatą kelnera, czasami kompletnie to zignoruje, jak w La Hoja (Salamanca). W którymś momencie trzeba zdać się na nich. Niech kładą piątą bułkę z rzędu, stawiają następną butelkę czerwonego trunku. I rybę, i mięso, i deser. Życie się toczy, tak, jak kiedyś na zamku.
Karolina Błaszkiewicz
Karolina Błaszkiewicz










