Powszechna wiedza o życiu bałtyckich zasobów jest pełna paradoksalnych poglądów. Trywialność medialnych doniesień nie ułatwia obywatelom dotarcia do przyczyn stanu jaki obserwują lub o którym słyszą. Dostępność świeżych bałtyckich ryb jest dla przeciętnego Polaka coraz mniejsza, a jednocześnie wiele najpopularniejszych niegdyś gatunków staje się zagrożona.
Rybacy, gdy łowią, starają się łowić jak najwięcej. Ale dziś opłaca się także nie łowić, żyjąc z unijnych kompensacji. Kolejnym z bałtyckich paradoksów jest natomiast ten, iż obiektem zainteresowania odpowiedzialnych instytucji są wyłącznie te gatunki, które mają znaczenie handlowe.
Innymi gatunkami i stanem środowiska naturalnego morza interesują organizacje nadzorujące środowisko i ochronę przyrody w naszym kraju, nie mając wielu narzędzi wpływu na eksploatatorów morza. Co za tym idzie – zasoby ryb nie są eksploatowane w sposób zrównoważony, gatunki chronione giną.
Z naukowcami ze Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii UG w Helu o tym, jak chronić bałtyckie zasoby postanowiliśmy porozmawiać w miejscu do tego najbardziej odpowiednim, czyli na środku Zatoki Gdańskiej. Dzięki wsparciu Grupy LOTOS i uprzejmości helskich rybaków, spędziliśmy dzień na pokładzie kutra, z którego perspektywa na problemy naszego morza jest najlepsza.
Płyniemy na połów dorszy, ale bez sieci. Jedynie z kilkunastoma wędkami i zamiarem trzymania się przysługującego nam limitu 14 dorszy, po złowieniu których wędkowanie musi się zakończyć. Tak nie zaszkodzimy morzu. Problem w tym, ze limitów, o których tak wiele się mówi, w rzeczywistości na polskim morzu wielu nie przestrzega. Wróćmy jednak do pierwszego ze wspomnianych paradoksów, czyli pytania o to, gdzie trafiają tony ryb, skoro nie na nasze stoły.
Mało kto z nas ma tę świadomość, że wiele z bałtyckich połowów nie dotyczy ryb, które są łowione dla naszej konsumpcji. Na przykład bardzo dużo szprotów i śledzi staje się surowcem dla wytwarzania pasz niezbędnych do karmienia zwierząt hodowlanych oraz do innych zastosowań w przemyśle spożywczym czy farmaceutycznym.
Zapotrzebowanie na tego rodzaju surowce wzrosło niespełna dwie dekady temu, gdy tzw. choroba szalonych krów spowodowała, iż trzeba było zrezygnować ze wzbogacania pasz produktami odzwierzęcymi bliskiego pochodzenia. Od tamtego czasu zwierzęta hodowlane karmione są paszą, której ważny element stanowi mączka rybna.
W wielkim błędzie jest jednak ten, kto sądzi, że bałtyckie ryby się nadają tylko na karmę. Wbrew wielu mitom dotyczącym zanieczyszczenia Bałtyku, ryby z naszego morza są zdrowsze niż wiele tradycyjnych „lądowych” produktów. Nawet najlepsi restauratorzy, a tym bardziej coraz rzadziej spotykane w naszym kraju sklepy rybne nie są jednak w stanie konkurować z odbiorcami przemysłowymi, często wielkimi międzynarodowymi korporacjami. Barierą jest także konserwatyzm i niewiedza polskich nabywców. Kto z nas np. sprawdza jakiego śledzia kupił – doskonałego bałtyckiego, czy twardego jak drewno północnomorskiego? Spada też tradycja konsumpcji bałtyckich szprotów – wędzonych, marynowanych o świeżych nie wspominając.
Ponieważ rybacy by się utrzymać coraz bardzie zależni są od praw rynku, łowią ryby dla tych, którzy płacą więcej. Często też nie łowią, aby uzyskać finansowe kompensacje z Unii Europejskiej. To też się dla wielu opłaca. Dodatkowo na strategie postępowania ma często wielkość posiadanej łodzi i posiadane limity połowowe. W tle politycznych swarów słyszymy deklaracje potrzeby ochrony rybackiej tradycji. Mniej mówi się o ochronie zasobów ryb i ich siedlisk. Choć trudno sobie wyobrazić by utrzymać rybacką tradycję i rybaków bez ryb w morzu na co zwracają uwagę naukowcy zarówno resortowi jak i akademiccy.
Gospodarcze i handlowe korzenie rybackiej pracy ułatwiają rozprawianie się z dylematami moralnymi, których współczesnym rybakom i zarządzającym zasobami wcale nie powinno dziś brakować. To oni w swoich sumieniach najbardziej muszą ważyć to, czy ważniejsza jest walka o jak najlepszy zarobek dzisiaj, czy tez starania o to, by najpóźniej za kilkadziesiąt lat Bałtyk nie został morzem bez rybaków, bo „jakieś tam” ryby będą zawsze.
Wyzwaniem dla socjologów jest zbadanie czy współczesny rybak w spadku swojemu synowi czy córce chce zostawić zasobne konto bankowe i puste łowiska, czy woli przekazać im w posagu lub spadku kuter, sieci i wiedzę oraz ryby w morzu by rybołówstwo mogło być trwałym zawodem wśród wybrzeżowych społeczności. Zatem jak długo jeszcze Bałtyk będzie zatem żywił i bogacił?
Dzięki staraniom Ministerstw Środowiska z różnych krajów przez 30 lat udaje się odtwarzać zasoby fok – drapieżnika niezbędnego dla harmonijnego funkcjonowania ekosystemu w tym jakości zasobów ryb. Ponieważ część fok potrafi wyjadać ryby z niektórych typów sieci a czasami je uszkadza, rybacy oczekują stosownych rekompensat.
Dr inż. Maciej Kwiatkowski i mgr Michał Bała wspominają w tym kontekście smutną i kuriozalną historię, której niedawno byli świadkami w okolicach Rozewia. Natknęli się tam aż na kilkaset porzuconych – w części wypatroszonych -ryb. Czego efektem był ten makabryczny widok? Po prostu kilka kutrów, których załogi łowiły znacznie powyżej limitów dostało przez radio informację, że w porcie tym razem czeka inspektor. Skoro wielokrotnie przekroczyli dozwoloną ilość złowionych ryb tylko podczas jednego rejsu, nie pozostało im nic innego niż wyrzucić większość z nich do morza.
Dr. Kwiatkowski tłumaczy uczestnikom rejsu, czym grozi niezrównoważone eksploatowanie zasobów Bałtyku.
Osoby czerpiące dochody z niszczenia zasobów przyrody uwielbiają etykietować biologów, ichtiologów czy ekologów oraz obrońców przyrody określeniem “ekoterrotyści”. To dowód merytorycznej bezsilności. Ale w politycznym i ekonomicznym rachunku to się wielu bardziej opłaca niż rezygnacja z nieuczciwych wobec przyrody form zarobkowania. Nauka musi i wypełnia rolę doradczą wobec instytucji państwa i społeczeństwa.
Naukowcy, przyrodnicy to nie wrogowie, ale sojusznicy. Bez wiedzy naukowców nie sposób dziś dowiedzieć się jaki jest stan morskiego ekosystemu, wielkość zasobów ryb czy stopień ich zanieczyszczenia toksycznymi substancjami. Dziś równie mocno należy chronić ryby, jak i uczciwych rybaków. Drobne rybołówstwo przybrzeżne ginie głównie z powodu zaniku przybrzeżnych zasobów ryb. Szkodzi mu także niezrównoważone korzystanie z zasobów morskich na łowiskach oddalonych od brzegu.
Cała nadzieja jednak w młodych rybakach, którzy wreszcie zauważają, że o środowisko dbać trzeba. Choćby dlatego, że ich dzieci za 20 lat też muszą mieć możliwość korzystania z tego, co oferuje Bałtyk.
I nie chodzi tylko o rybołówstwo, ale też turystykę, która jest dla wielu rybackich rodzin już pierwszym źródłem utrzymania. Naukowcy przypominaj im więc, że turysta chce przecież zobaczyć lub zjeść coś autentycznego. Chce wręcz dotknąć morza i tutejszych ryb, a nie oglądać to wszystko na obrazkach sprzed lat.
Rosnąca sprzedaż w polskich smażalniach ryb spoza Bałtyku to obraz zarówno kondycji polskiego rybołówstwa i kulinarnego dyletanctwa konsumentów. Konsumowane np. halibuty, makrele czy hodowlane łososie norweskie, pangi i tilapie są częściej bardziej świeże w Warszawie czy Bydgoszczy niż na wybrzeżu. Chcąc pomagać naszym rybkom powinno się zamawiać lokalne ryby.
– Dziś równie mocno musimy pamiętać o tym, by chronić ryby, jak i rybaków. Bo ginące drobne rybołówstwo przybrzeżne zupełnie morzu nie szkodzi. Jemu tymczasem najbardziej szkodzi niezrównoważone korzystanie z zasobów morskich. Nadmierna eksploatacja stad ryb w Bałyku powoduje, że możemy stracić bardzo ważny element nie tylko nadmorskiej przyrody, ale i tutejszej tożsamości – mówi dr Kwiatkowski.
Nie bez znaczenia dla niektórych zasobów ryb w Bałtyku jest także coraz bardziej modne wędkarstwo morskie. Choć z pasją uprawiają je nawet ichtiolodzy, również w jego przypadku należy bacznie przyglądać się temu, jak mocno eksploatuje ono zasoby ryb i szczególne ich siedliska (wraki, ujścia rzek). To coraz popularniejsza rozrywka, więc jednostek obstawionych wędkami i wyposażonych w nowoczesny sprzęt do namierzania ryb jest również tylko więcej i więcej. Etykę wędkarską osłabia brak kontroli nad tymi połowami. Szyprów poczuwających się do misji strażnika jest za mało.
Brak rzetelnej wiedzy o tym ile się ryb łowi sieciami i wędkami utrudnia określanie ich śmiertelności. Gdy w połowach ginie ich więcej niż się ich rodzi zaczyna być groźnie nie tylko dla rybaków ale wszystkich zwierząt którzy ryby jeść muszą tj. innych ryb, morskich ssaków i ptaków. Wędkarstwo kiedyś było to hobby, a dziś w opinii wielu nakłady z jego uprawianie musi się co najmniej zwracać. Dla wielu staje się źródłem dochodu.
Trzeba mieć nadzieję, że krzewienie właściwych zasad etycznych i upowszechnianie wiedzy może mieć wpływ na inne społeczne spojrzenie na eksploatację bałtyckiej przyrody z uwzględnieniem uniwersalnych praw natury. Porozumienia pomiędzy naukowcami, rybakami i wędkarzami jeszcze długo może nie być. Każda z tych grup ogląda sytuację w Bałtyku z innej perspektywy. Ważne jest, aby politycy i administratorzy morza, lokalni i centralni, jak najszybciej wiedzieli czym należy się kierować przy podejmowaniu właściwych decyzji.
Na Bałtyku i życiu w nim zależy zarówno rybakom, wędkarzom, jak i naukowcom. Tylko nie możemy ciągle dbać o to każdy po swojemu. Musimy podjąć dialog i wszyscy mieć otwarte umysły…”.
Projekt powstał przy współpracy naTemat.pl i Grupy LOTOS.
Autorzy artykułu:
Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek
Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.
Sprawdź, jak to działaKwota napiwku
