Drewniana budka, obwieszona z obu stron bombkami. – Ręczna robota? – pytamy, wskazując na jedną z nich, ozdobioną bałwankiem. – A co sądziliście, że chińszczyzna? – rzuca w odpowiedzi sprzedawca, nie kryjąc przy tym rozbawienia. Przecząco kiwamy głową, chcąc tym gestem przekonać mężczyznę w czerwonej czapce z białym pomponem, że taka myśl nawet nie przemknęła nam przez głowę. Ot, chcieliśmy jakoś zagaić rozmowę. – Tutaj za dużo „masówki” nie znajdziecie – przekonuje nas rozmówca. I dodaje, że gdyby mógł trzy razy w roku uczestniczyć w podobnym wydarzeniu jak to w grudniu, miałby wręcz wymarzone obroty.
Powiew oryginalności
Gdańsk, Targ Węglowy, raptem 300 metrów od dworca kolejowego. To właśnie za sprawą tego placu, gdzie odbywają się najróżniejsze festyny, koncerty czy jarmarki, stolica Pomorza przestaje wyłącznie kojarzyć się turystom z morzem, kupcom z portem handlowym, politykom z kolebką „Solidarności”, a telewidzom z głośną sprawą piramidy finansowej.
Pierwsze płatki śniegu, udekorowane światłami ulice, kuszące promocje w sklepach i nastrojowe reklamy telewizyjne. Gdzie nie spojrzeć, dookoła wszystko przypomina nam, że święta są tuż-tuż. Ta świąteczna magia nie ominęła również gdańskiego Targu Węglowego. Od 3 do 23 grudnia ten leżący w zabytkowej części miasta plac przeobraził się w bożonarodzeniowy jarmark, który z równie wielką mocą przyciąga gdańszczan i turystów co handlowców i rzemieślników.
– To czas i miejsce uświadamiania ludziom, że rzemiosło artystyczne jeszcze nie umarło – wyznaje pani Ania z pracowni rękodzielniczej Vericone, której stoisko odwiedzamy, zaintrygowani widokiem oferowanej tam biżuterii ze szkła. Na półce wystawiono różnych kształtów i wielkości wisiory, kolczyki, pierścionki, na niewielkich popiersiach eksponowane są też kolie. Wszystko wykonane własnoręcznie, każdy przedmiot stanowi zatem coś unikalnego.
Biżuteria Vericone zawdzięcza swoją niepowtarzalność talentowi pana Michała, męża naszej rozmówczyni. Dzięki pracy jego rąk i niebanalnej metodzie fusingu – liczącej ponad 2000 lat technice termicznej obróbki szkła – z autorskiego projektu, który narodził się w szkicowniku powstaje jedyny w swoim rodzaju szklany drobiazg. W sam raz na prezent dla kogoś bliskiego.
– Mieszkańcy czy turyści odwiedzają takie jarmarki, szukając pomysłów na niebanalne upominki – przyznaje pani Ania, która istniejącą od 5 lat pracownię rękodzielniczą reprezentuje na świątecznej imprezie w Gdańsku po raz pierwszy. – I my w tym roku postanowiliśmy wystawić tutaj swoje wyroby. Kiedy opowiadam o ich produkcji, goście, przyzwyczajeni do masowych i tanich produktów, reagują zainteresowaniem pomieszanym z niedowierzaniem, że ktoś nadal zajmuje się taką żmudną pracą.

Mając w zapasie jeszcze kilka godzin, postanawiamy zwiedzić jarmark wzdłuż i wszerz. Mijamy odświętnie udekorowane „domki”, które kuszą kolorowymi towarami. Ozdoby choinkowe, artystyczna biżuteria i ceramika, zabawki, wełniane skarpetki, ręcznie wykonane czapki, szaliki, maskotki – jest w czym przebierać w poszukiwaniu gwiazdkowych prezentów, dekoracji czy elementów garderoby.
W powietrzu unosi się woń aromatycznych specjałów. Wszak atmosferę świąt, jaka przenika tegoroczny jarmark na gdańskim placu, tworzą też zauważalne na każdym kroku stragany spożywcze i punkty gastronomiczne. Wśród oferowanych przez nie smakołyków wyróżniają się wigilijne pierogi, wędliny, bakalie, przyprawy, herbaty, słodycze i nalewki. Wiele z nich to regionalne przysmaki, przygotowane według tradycyjnych receptur.

Tomasz Łojek, którego towar to – jak zwraca uwagę – nie chińszczyzna, życzyłby sobie, aby tego typu imprezy odbywały się jak najczęściej. Od 7 lat wspólnie z żoną pod szyldem Manufaktura GROT&OWO wykonuje ozdoby świąteczne, a także dekoracje na bazie starego drewna. Wszystko pracochłonną i wymagającą sporej cierpliwości metodą decoupage. Żaden materiał nie jest dla nich bezużyteczny, czy to stare deski od dekarza, czy kanki ze złomowiska. Ten recykling rodzi owoc w postaci m.in. osobliwych bombek, zegarów, wieszaków, półek, skrzynek.

– Nasz zakład istnieje dzięki inwencji żony. Ja nie mam tej fantazji, żeby widzieć przedmioty i wiedzieć, co można z nich zrobić, a jej nieskończona wyobraźnia podsuwa mnóstwo pomysłów – chwali swoją nieobecną „drugą połowę”. I oboje, mimo różnych przeciwności, nie chcą z tego zrezygnować. Bo prawda jest taka, że artysta pracuje w pocie czoła, narzekając na los, ale kiedy przyjdzie ktoś i powie: „o jakie cudne rękodzieło”, to wszystkie bóle kręgosłupa i troski odchodzą w zapomnienie i pozostaje tylko satysfakcja z dobrze wykonanej pracy.
Rozgrzewająca tradycja
Zaczyna prószyć śnieg, na początku nieśmiało, ale z każdą minutą coraz mocniej. W tak bajecznie świątecznym otoczeniu padające białe płatki okazują się kolejnym, jakże niezastąpionym elementem układanki zwanej „magią bożonarodzeniowych jarmarków”. To prawda, gorąca atmosfera udziela się duchowo wielu z nas, ale natury nie można oszukać. Niska temperatura daje się we znaki, a ręce i nogi zaczynają przegrywać batalię z mrozem. Czas znaleźć coś, co rozgrzeje zmarznięte kości. A jak wiadomo, nic nie pomoże lepiej na to akurat zmartwienie niż parujący kubek grzańca.
Tradycja picia zimą rozgrzewającego trunku narodziła się już w średniowieczu. Grzaniec był „nieodłącznym towarzyszem” kuligów, polowań czy karnawałowych zabaw. W czasach współczesnych świetność przywróciły mu świąteczne jarmarki, gdzie napój ten zajmuje zawsze honorowe miejsce. My, kierowani opinią i wskazówkami jednego z przypadkowo napotkanych amatorów grzańca, trafiamy do stoiska „59”, niedaleko jednego z wejść na jarmarkowy teren.
W kolejce przed nami stoi para w średnim wieku. Mężczyzna pyta sprzedawcę, jaki grzaniec podają: na bazie piwa czy wina? Pada odpowiedź, że na żadnym z nich, co zaskakuje zarówno pytającego klienta, jak i nas, którzy siłą rzeczy przysłuchują się tej rozmowie.
Okazuje się, że z tutejszego warnika serwowana jest stanowiąca nowość alternatywa dla grzanego piwa i wina. – Proponujemy coś mocniejszego – śmieje się obsługujący kocioł pan ze stoiska „Grzaniec na Żołądkowej”. Tym czymś mocniejszym, jak słyszymy, jest Żołądkowa Gorzka, której pierwowzór receptury pochodzi z 1822 roku.
Jak się później dowiadujemy, racząc się już gotowym napojem, ten rodzaj grzańca można też z łatwością przygotować w domu. Wystarczy rondelek, sok jabłkowy, trochę przypraw i oczywiście Żołądkowa Gorzka.
Do naczynia trzeba wlać owy trunek o korzennym zapachu i słodko-gorzkawym smaku oraz sok, mniej więcej w stosunku 1:2. Potem dodać laskę cynamonu i trochę goździków. Całość zamieszać i podgrzewać, ale bez wrzenia, jeśli nie chcemy, aby „baza” utraciła swoją moc. Na dokładkę można zwieńczyć dzieło otartą skórką pomarańczy dla dopełnienia głębi smaku. Ot, cała sztuka.

– Przy naszym stoisku, co jest zresztą typowe dla jarmarków, wytwarza się taka potrzeba wspólnoty. Ludziom rozwiązują się języki, zaczynają dzielić się swoimi wspomnieniami i dyskutować na najprzeróżniejsze tematy – opowiada Radek Kowalczyk. – Ale do kłótni nie dochodzi, nawet gdy rozmowa dryfuje w kierunku „kiedy było lepiej?” – zaznacza z uśmiechem na twarzy. Wzmocnieni miksturą o unikalnej kompozycji smakowej dziękujemy za rozmowę i żegnamy się, bogatsi w wiedzę, że tego pysznego napoju możemy też skosztować na jarmarku na Rynku Staromiejskim w Toruniu oraz na Zimowym Narodowym w Warszawie.
Magia po zmierzchu
Kiedy wreszcie zapada zmrok, plac staje się tłem dla naprawdę bajkowej scenerii. Na jarmarku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ożywają wówczas wszystkie iluminacje. Świecące bramy wejściowe jeszcze bardziej zachęcają do przekroczenia progu tego magicznego świata, a rozstawione w trzech punktach gigantyczne bombki zaczynają olśniewać blaskiem, podobnie jak łańcuchy lampek dekorujących rzędy drewnianych budek.
Niedaleko jednej z bram uwagę tak dorosłych, jak i dzieci, przyciąga pięknie oświetlona kareta. Zaprzężona w dwa świetlne renifery pozwala dziewczynkom poczuć się jak Kopciuszek, a chłopcom jak książę z disneyowskiej bajki. Ale i rodzice maluchów równie chętnie wsiadają do środka oświetlonej kuli i pozują do aparatu, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
Postawiony w centrum, mierzący 8 metrów Anielski Młyn majestatycznie góruje nad całym placem. Na szczycie 4-piętrowej instalacji kręci się wiatrak. Z najwyższego piętra spoglądają na nas rzeźby aniołów, a niżej postaci czterech świętych: Barbary, Jana Nepomucena, Wojciecha i co oczywiste Mikołaja. Sercem Anielskiego Młynu jest jednak bożonarodzeniowa szopka z Trzema Królami i Świętą Rodziną. Z tworzącej jego parter świątecznej karczmy dobiegają zapachy wielu potraw przygotowanych dla strudzonych zakupami wędrowców.

W pobliżu rozkręca się na całego wenecka karuzela z 20. rumakami. Przy dźwiękach świątecznej muzyki poruszające się w kółko koniki niosą radość podekscytowanym dzieciom. Przechadzający się opodal św. Mikołaj podchodzi do maluchów. Byłaś grzeczna? – zagaduje jedną z dziewczynek. Nie słyszymy już odpowiedzi, ale w ręku dziecka ląduje lizak, więc chyba w mijającym roku obdarowana na rózgę bynajmniej nie zasłużyła. Tymczasem na zwolnionym przez brodatego dobrodzieja tronie zasiada jedna z pań, która prosi koleżankę o uwiecznienie tej chwili na zdjęciu.
Duch świąt
Spacer po gdańskim jarmarku wieńczy odłożona na wieczór przejażdżka diabelskim młynem. W klimatyzowanej i ogrzewanej kabinie, przy dźwiękach nastrojowych piosenek, wznosimy się na wysokość 50 metrów. Po jednej stronie – nocna panorama tętniącego życiem miasta, na pierwszym planie zabytkowa zabudowa Śródmieścia, w dole sznury wracających z pracy samochodów. Z przeciwległego okna – widok na jarmark w pełnej krasie, u podnóża Koła syntetyczne lodowisko ze ślizgającymi się dziećmi, a w oddali wszystkie atrakcje tej imprezy na jednym „obrazku”. To z tego właśnie miejsca można poczuć w pełni bożonarodzeniowego ducha.
Wigilia, Boże Narodzenie. Wydarzenia takie jak jarmark w Gdańsku uzmysławiają, że te trzy dni w kalendarzu to już dla wielu za mało, aby delektować się związanymi z nimi bliskością, radością, rozmowami, pysznościami i dekoracjami. Dlatego też grudzień staje się na naszych oczach jednym wielkim świętem. W takich miejscach jak Targ Węglowy nie czeka się na Gwiazdkę. Bo ona już się zaczęła.
Jakub Noch
Stefan Ronisz
Autorzy artykułu:
Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek
Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.
Sprawdź, jak to działaKwota napiwku
