Zamienić się na jeden dzień w pszczelarza, no - może ucznia pszczelarza, w Warszawie nie jest wcale trudno. Uli w stolicy mamy kilka tysięcy, każdego roku przybywają nowe. Pierwsze były na dachu Hotelu Hyatt Regency na skrzyżowaniu Belwederskiej i Spacerowej, potem doszły te na terenie SGGW, w Królikarni, na dachu Arkadii czy w Jazdowie. Moda na ule trwa w najlepsze.
Z pszczelarzem Wiktorem Jędrzejewskim spotykam się na dachu Teatru Studio, znajdującego się w Pałacu Kultury. To on proponuje tę lokalizację, bo jest najbardziej reprezentatywna dla Miejskich Pszczół, inicjatywy, której przewodzi od kilku lat. Trudno się z nim nie zgodzić. Jest ciepły, wiosenny dzień, widok rozciągający się przed naszymi - i pszczelimi - oczyma jest imponujący. Rozsypane po centrum Warszawy hotele, bloki, wieżowce, ale, czego również nie da się nie zauważyć, o nie tak dużo drzew i skwerów, które mogłyby wyżywić pszczoły.
– Pałac Kultury to takie sobie miejsce do życia dla pszczół – wyjaśnia pszczelarz. – To nie znaczy, że czegoś im tutaj brakuje, o nie, doskonale sobie tutaj radzą ze znajdowaniem pożywienia. Ale jest to jednak miejsce głośne, koncerty, imprezy, nie jest tu spokojnie – tłumaczy.

Pokazuje ubrania ochronne, w które zaraz się ubierzemy - pszczoła miodna jest dość agresywnym gatunkiem, szczególnie, jeśli jest akurat głodna, albo jeśli się jej zbyt nachalnie przeszkadza. Wiktor zwraca uwagę, żeby suwak przy kołnierzu był zasunięty - użądlenia czasem się zdarzają i są nieprzyjemne, opuchlizna może schodzić z twarzy dwa dni.
Mamy ze sobą podkurzacz - przyrząd do odymiania pszczół. Okazuje się, że kiedy owady czują dym, instynktownie zaczynają przygotowywać się do opuszczenia ula, a więc jedzą na zapas - przecież lepiej ewakuować się z pełnym żołądkiem. Wówczas mniej zwracają uwagę na to, co z ulem robi człowiek.
Otwieramy trzy ule, jeden po drugim. Zapomniałam rękawiczek, kiedy niezadowolone pszczoły zaczynają krążyć wokół nas, zaciskam rękawy skafandra. Już w pierwszym ulu widzimy oznaki tego, że w tym roku wiosna przyszła wyjątkowo późno - na ociekające miodem plastry przyjdzie jeszcze poczekać.

Jak to jest z tymi pszczołami? Od kilku lat mówi się głośno o tym, że są w strasznej sytuacji, że powinniśmy stawiać im w miastach ule i je ratować - tak rzeczywiście jest?
To wszystko nie jest takie proste, nie ma tak prostych recept na pomaganie pszczołom. Ta straszna sytuacja nie dotyczy tylko pszczół, ale generalnie owadów, a szczególnie owadów zapylających, czyli tych, które wydają nam się szczególnie cenne, ponieważ odpowiadają za naszą żywność. Oczywiście można bronić tezy, że nie tylko owady zapylające się liczą, ponieważ jest mnóstwo owadów, które mają kłopot z odnalezieniem się w przekształconym przez człowieka środowisku, a które pełnią inne szalenie ważne role. Jest to więc historia nie tylko o pszczole miodnej, ale i o tym, że na bardzo wielu płaszczyznach zaburzyliśmy swoimi działaniami naturalne procesy zachodzące w środowisku i teraz musimy główkować, jak temu przeciwdziałać.
Jednym z elementów bardzo skomplikowanej układanki tej historii jest historia o pszczole miodnej, która budzi w nas szczególne emocje – pszczoła miodna to owad z którym mamy specjalne relacje już od przynajmniej 40 tysięcy lat. Jest fajna, bo jest najbardziej znana, najlepiej zbadana i z którą też najbardziej się identyfikujemy. Czytamy artykuły o tym, że pszczoły mają kłopoty, przejmujemy się ich losem, chcemy coś zrobić.
Dlaczego pszczoła miodna ma kłopoty?
W jakimś stopniu pszczoła ma kłopoty wynikające z tego, jak wygląda dziś rolnictwo i hodowla zwierząt gospodarskich - ale nie tylko. Pszczoła ma kłopoty przede wszystkim dlatego, że w ciągu ostatnich stu lat dowiedzieliśmy się bardzo wiele o tym, jak ją hodować w sposób zwiększający wydajność związaną z produkcją miodu. Dzięki temu miód jest tani, ogólnodostępny, produkcja z jednego ula jest wysoka,a z poważniejszej pasieki można się z niej finansowo utrzymać. Nie to więc jest to tylko historia o jakichś goniących za zyskiem, chciwych pszczelarzach, ale o nas wszystkich, którzy chcemy mieć miód za kilkanaście, a nie sto złotych za słoik. Niemniej produkcja przemysłowa nie sprzyja temu gatunkowi.
W Polsce pszczół przybywa?
Prowadzone przez Ministerstwo Rolnictwa statystyki faktycznie wskazują, że populacja pszczoły miodnej w Polsce rośnie o 2-5 proc. rocznie - ale trudno im wierzyć. Hodowla pszczół jest działalnością rolniczą, a więc są na nią również specyficznie skonstruowane dopłaty rolne z Unii Europejskiej. A jeśli rolnik ma więcej niż 50 uli, może obejmuje go KRUS. Pszczelarstwo jest przy tym bardzo trudne do skontrolowania, nikt nie liczy faktycznej liczby uli - ile rolnik zadeklaruje, tyle widnieje w statystyce i od tego zależna jest skala pomocy finansowej. Wiarygodność tych statystyk jest więc po prostu żadna.
Innych danych o populacji pszczół w Polsce nie ma?
Teoretycznie są jeszcze te prowadzone przez powiatowych lekarzy weterynarii, ale tych danych nikt nie sumuje. Jednak te statystyki znów nie powiedziałyby nam wiele. Każdy pszczelarz ma bowiem obowiązek zarejestrowania się u powiatowego lekarza weterynarii w momencie rozpoczęcia działalności i na tym koniec - dane obejmują tylko te ule, które planował albo miał na start. Powoływanie się na dane dotyczące liczebności pszczół w Polsce i wyrokowanie na tej podstawie o ich sytuacji nie ma więc zupełnie sensu. Niemal każdy pszczelarz rejestruje pasiekę – mało który kończąc działalność ją wyrejestrowuje.
Dlaczego stawiać ule w mieście?
Wiemy, że pszczołom w mieście jest z kilku powodów lepiej niż na wsi. Przede wszystkim brakuje chemii stosowanej w rolnictwie, jest też znacznie większa różnorodność roślin. Bo dla pszczoły miejscem idealnym jest takie, w którym zawsze coś kwitnie, a beznadziejne takie, w którym przez półtora tygodnia kwitnie rzepak, a potem długo, długo nic. W mieście pod względem tej różnorodności jest dużo lepiej.
Jednak największym problemem pszczół nie są te pestycydy ani nawet brak bioróżnorodności na wsi, ale to, że wymagają opieki ludzi. Ludzi, którzy czują pasję i chcą faktycznie pomagać temu gatunkowi, a nie tylko wykorzystywać go do produkcji miodu. Takich ludzi warto szukać właśnie w dużych miastach i tym zajmujemy się jako Miejskie Pszczoły.

To znaczy, że pszczoły są zdane na naszą łaskę i niełaskę?
Pszczoły co prawda nie można uznać za udomowioną, ale nasza aktywność sprawiła, że bez mniejszej czy większej ingerencji człowieka większość rodzin pszczoły miodnej nie jest w stanie przeżyć. Uzależniliśmy ją od leczenia, sprowadziliśmy na nią mnóstwo chorób, które teraz musimy leczyć, całą masę pasożytów, którym teraz musimy zapobiegać. Bardzo trudno dzisiaj mówić o możliwości dzikiego życia pszczelej rodziny.
Tymczasem znany, fałszywy zresztą cytat przepisywany Einsteinowi głosi, że “jeśli znikną pszczoły, po czterech latach wymrze ludzkość”. Jest w tym stwierdzeniu choć ziarno prawdy?
Kiedy myślimy o zapylaniu kwiatów, myślimy oczywiście o pszczole. Jednak ona wcale nie jest taka dobra w tej robocie, są dużo lepsi. Będziemy mieli problem, kiedy zginą wszystkie owady zapylające.
Im więcej uli w mieście, tym lepiej?
Jest obecnie taka tendencja w Warszawie, podobnie jak w wielu zachodnioeuropejskich miastach, że ule chce mieć każdy. Szef centrum handlowego, administrator biurowca, szef urzędu, szef teatru myślą sobie - postawmy ule na dachu, bo to przecież taki ładny gest, by przysłużyć się przyrodzie, a na dodatek będziemy mieli fajne zdjęcie w portalach społecznościowych, będą nas lajkować, a przy okazji zrobimy coś dobrego, bo przecież czytaliśmy, że pszczoły potrzebują pomocy.
Pomysł wchodzi potem w korporacyjno-urzędowe tryby, ogłaszamy konkurs, szukamy w internecie firmy, która takie ule nam postawi i za odpowiednią opłatą obsłuży. Zgłasza się firma czy raczej pasieka produkcyjna, która zajmuje się przemysłową produkcją miodu i proponuje trzy ule za, powiedzmy, 12 tys. złotych netto rocznie, oferując przy okazji określoną w umowie ilość miodu do rozdawania jako “firmowy gadżet”. Z pozoru wszystko super, ale faktycznie nie do końca, bo przecież w pomaganiu pszczole nie chodzi o to, żeby w mieście powielać schemat wiejskiego, przemysłowego pszczelarstwa. A więc ostatecznie nie chodzi o to, żeby uli było jak najwięcej. Chodzi o to, by zapewnić im dobre warunki życia.

Dziś nasza wizyta w ulu ogranicza się do prac porządkowych i sprawdzenia, czy pszczoły nie chorują, czy nie atakują ich pasożyty. Puszczamy im też świeżą wodę, której potrzebują do życia. W międzyczasie rój z drugiego ula zaczął się niepokoić, jedna z pszczół goni mnie po całym dachu teatru. – Widocznie jest ciekawska – stwierdza pszczelarz. Pszczoły nie żądlą bez powodu, tylko kiedy czują się zagrożone albo na przykład nie podoba im się zapach.
Jeśli masowe stawianie uli w mieście nie ma sensu, to jak jeszcze można pomagać temu sympatycznemu gatunkowi? – Jest mnóstwo sposobów – zapewnia mnie rozmówca.– Wystarczy posadzić odpowiednie kwiaty na balkonie. Można powalczyć z administracją osiedla czy z miastem o to, by koszenie trawy pod blokiem czy w parku było bardziej ograniczone. Albo o to, by śmieci biologiczne, pozostałości po wycince drzew, nie były wywożone do kompostowni, tylko zostawały gdzieś w krzakach, tak by owady miały możliwość zakładania tam swoich siedlisk.
I nie spieszyć się z wycinaniem drzew, nawet tych martwych. Od jakiegoś czasu jest moda na stawianie hoteli dla dzikich zapylaczy i to też jest super. Bo uporządkowana, zadbana i równo przystrzyżona zieleń nie daje zapylaczom możliwości znalezienia miejsca do życia.
Lidia Pustelnik
Maciej Stanik
