- Plan jest taki: najpierw rozmowa, potem robimy zdjęcia. Albo na odwrót. Zobaczy się. Najważniejsze, żebyśmy wyrobili się w czasie. Chcieliście po pół godziny na osobę- założyłem dwa razy tyle, na wszelki wypadek. Ale czasu i tak będę pilnował, to są bardzo zajęci ludzie. Mają mnóstwo rzeczy do roboty. Teraz w lewo i po schodach. Halo! W lewo, nie, w prawo! - żeby dotrzymać kroku Grześkowi Tomczewskiemu trzeba mieć zacięcie niemal sprinterskie.
Niby nic dziwnego - człowiek od PR-u powinien być rzutki. Z drugiej strony, umawiając się na rozmowy z pracownikami muzeum, raczej nie pomyślałam, żeby wystroić się w dres, bo chyba tylko taki strój pasowałby do tempa, w jakim toczy się życie w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
Jeśli jeszcze czasem zdarza wam się myśleć o współczesnym muzeum jak o miejscu, po którym chodzi się “ w ciszy i kapciach” powinniście jak najszybciej zaktualizować swoje informacje. I choć muzea narracyjne, w których miejsce zakurzonych gablot zajęły stoły multimedialne to dzisiaj nic nowego, to o samej instytucji nadal zdarza nam się myśleć w kategoriach tworu nieożywionego i do cna skostniałego.

Nic bardziej mylnego. “Kuchnia” POLIN jak najbardziej żyje, a czasem nawet wrze - głównie za sprawą ludzi, którzy ochoczo pichcą w niej kolejne wystawy, troskliwie dbają o kształt obecnych i pilnują, aby ogień - ten prawdziwy - nie strawił drogocennych zbiorów. Kuratorzy, konserwatorzy, kierownicy, ochrona, a nawet i strażacy - to stoją za sukcesem POLIN, jednego z najlepszych muzeów w Europie, bowiem POLIN jako pierwsze w Polsce otrzymało prestiżowy tytuł European Museum of the Year Award 2016 (EMYA -Europejskie Muzeum Roku 2016).
W czym są od innych muzealników lepsi? O godzinie 12 w południe jeszcze nie znam odpowiedzi. Jedyne co na razie wiem, to że PR robi im Usain Bolt. - Karolina, szybciej, pan Wiślicki ma tylko 20 minut, nie żartuję! - no właśnie. Lecimy.

Piotr Wiślicki Przewodniczący Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce na wstępie karci mnie za sugestię, że POLIN to jego “sprawka”. - Broń Boże niech Pani nie pisze, że to wszystko mój pomysł, to kompletna nieprawda. Pomysł powstał w 1992 roku dzięki ludziom zgromadzonym wokół Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny - zaznacza i dodaje: - Tego muzeum nie byłoby gdyby nie gigantyczny ruch ludzi, którzy mieli marzenie.
Jak każdy sukces, POLIN ma więc wielu ojców, ale mogę się założyć, że spośród nich to Piotr Wiślicki dzierży tytuł taty-gawędziarza, który o powstawaniu Muzeum, nie może przestać trajkotać. I bardzo dobrze, bo ewidentnie jest się czym chwalić. Jednocześnie nie boi się przyznać, że droga do sukcesu łatwa nie była. - Żeby odnieść sukces, trzeba mieć marzenie - nawet nierealne - zapewnia. Muzeum takim nierealnym marzeniem na początku zdecydowanie było.

Piotr Wiślicki
W 2005 roku Miasto st. Warszawa i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisało z nami umowę o wspólnym przedsięwzięciu. Oni mieli wybudować budynek, my, jako Stowarzyszenie, musieliśmy znaleźć środki na wyprodukowanie wystawy. Finalnie koszty rozłożyły się mniej więcej po równo - budynek kosztował 180 mln, wystawa główna wraz z programami muzealnymi - 165 mln zł.
Problem w tym, że my tych pieniędzy nie mieliśmy. W maju 2011 roku nad produkcją pracowała już rzesza ludzi. Pamiętam jedno z pierwszych spotkań z załogą. Powiedziałem otwarcie: nie mamy pieniędzy, ale mamy marzenie. Ja w swoim życiu wybudowałem trzy ołtarze dla papieża, nie wierzycie, że wybuduję muzeum? Byłem przekonany, że zbierzemy te pieniądze.
Z drugiej strony to był 2011 rok, kryzys w Ameryce. Niedobry czas na zbieranie pieniędzy - ekonomicznie i politycznie. Poszedłem do jednego z potencjalnych darczyńców i powiedziałem prosto z mostu: “Słuchaj, obiecałem, że będą pieniądze, a nie ma. Ludzie czekają na wypłaty, a ja mogę im co najwyżej oddać własną nerkę, bo nic więcej nie mam. Jedyne co mogę, to błagać ich, żeby uwierzyli, że te pieniądze będą”. Wtedy ten darczyńca wyjął swoją wizytówkę - mam ją do dzisiaj - i napisał na odwrocie: “Kochany Piotrze, niniejszym deklaruję przekaz na milion dolarów na wystawę stałą”. Wiarą, że to przedsięwzięcie dojdzie do skutku, zaraziliśmy masę osób.

Wie Pani, kiedy najbardziej się bałem? W 2012 roku, kiedy zapięliśmy finansowanie całej wystawy. Wtedy obleciał mnie blady strach. Do tej pory, jeśli coś by się nie udało, mogłem zwalić na brak pieniędzy. Teraz były pieniądze i już nie było przebacz. Dostaliśmy gigantyczny kredyt zaufania od wszystkich darczyńców. I ich nie zawiedliśmy.
To, że udało nam się stworzyć coś wyjątkowego poczułem po raz pierwszy podczas jednej z wizyt testowych. Na zwiedzanie zaprosiliśmy wielopokoleniową żydowską rodzinę z Ameryki. Patrzę jak po skończonym zwiedzaniu wychodzą. Jedna z babć płacze. Myślę sobie: “No to pięknie. Znowu to samo”, bo za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć kolejnego muzeum Holokaustu - to miało być muzeum życia. Pytam: “Czemu ty płaczesz?”, a ona: “To ze szczęścia. Pierwszy raz mogłam pokazać moim dzieciom i wnukom, jak wspaniałe było kiedyś żydowskie życie w Polsce”. To właśnie chcieliśmy pokazać: życie - wspaniałe, wielkie, czasem cudowne, często bardzo trudne i tragiczne. I to nam się udało.

Tamara Sztyma
Zaraz po spotkaniu z Piotrem Wiślickim lecę sprintem do sali, w której wystawiane są ekspozycje czasowe. “Szafa grająca! Żydowskie stulecie na szelaku i winylu” - to tytuł obecnej. Jak wygląda praca nad jej powstawaniem ma mi opowiedzieć kuratorka Tamara Sztyma. Kiedy jednak dobiegam na miejsce, okazuje się, że pertraktacje dotyczące idealnego zdjęcia nadal trwają. Grzesiek drepta nerwowo, spoglądając na zegarek, a ja zapadam się w miękką pufę, ustawioną pośrodku ekspozycji. Obserwując biegające dookoła dzieciaki, których nikt ani myśli specjalnie uciszać, czy karcić za macanie paluchami eksponatów, zastanawiam się, czy POLIN to jeszcze w ogóle jest muzeum?
- Dzisiaj termin “muzeum” niesie ze sobą zupełnie nową treść. Muzealnictwo rozwija się w ostatnich latach bardzo dynamicznie - muzea tworzone dzisiaj są już jednak zupełnie inne niż kiedyś. Ich celem jest nie tyle przekazywanie wiedzy, co edukacja. W centrum ich uwagi jest odbiorca – chcą go zainteresować, przyciągnąć jego uwagę, poruszyć emocje. Jedna rzecz będzie zawsze ważna, niezależnie od typu muzeum: pokazywanie autentycznej kultury materialnej, pokazywanie obiektów. W muzeum starego typu obiekty grają rolę główną, jego naczelną funkcją jest tworzenie kolekcji. Kolekcja nowoczesnego muzeum uzupełniana jest natomiast dodatkowy przekaz poszerzający kontekst. O narrację budowaną multimediami. O źródła innego typu, jak na przykład zapisy historii mówionej.

Nasze muzeum, jak i ta wystawa, ma charakter narracyjny, co oznacza, że na pierwszym planie jest historia, którą chcemy opowiedzieć. Najpierw pracujemy więc nad przekazem, a potem dobieramy do niego obiekty - ilustrujemy nimi historię. Obiekty są dla nas nadal bardzo ważne, ale chcemy jednocześnie, żeby na publiczność oddziaływał sam kontekst.
Jak wygląda proces tworzenia takiej wystawy? Kiedy w głowie kuratora zrodzi się pomysł, który zostanie zaakceptowany, zaczyna się praca nad konspektem. Trzeba więc trochę poczytać, czasem wyjechać w jakieś miejsce, zrobić kwerendę, zebrać materiały. Poszukiwanie informacji to właściwie sedno pracy kuratora - czytanie, szperanie, szukanie i obmyślanie. Ważną częścią tego procesu są też konsultacje. Pracując przy “winylowej” wystawie poznałam kolekcjonera gramofonów. Poznaje się w ten sposób wielu ciekawych ludzi, ale przede wszystkim chodzi o to, aby pozyskać rzetelną wiedzę na dany temat.

“Szafa Grająca” to wystawa specyficzna, bo sprowadzana - pierwotnie wystawiano ją w Austrii. Może wydawać się, że w takim przypadku moja praca sprowadza się do spakowania poszczególnych obiektów w pudła i przywiezienia do Warszawy. To nie jest takie proste. Nie jest też tańsze w wykonaniu. Wszystko to, co tu widzimy, trzeba na nowo wydrukować, wyprodukować, pomalować. Do tego opłacić transport, ubezpieczenie… O “oszczędności” można mówić właściwie tylko na etapie pracy koncepcyjnej, samego wymyślania. Później jednak pracy jest tak samo dużo, jeśli nie więcej - trzeba przetłumaczyć teksty, czasem napisać nowe, a co najważniejsze, zupełnie na nowo zaaranżować projekt do przestrzeni. Ta wystawa pierwotnie mieściła się na bardzo niewielkiej przestrzeni. Nasza sala ma 550 metrów, salka na górze ma 50, a ta wystawa w Austrii mieściła się na metrach 200. Dlatego zdecydowaliśmy się rozbudować jej treść o akcenty polskie.
“Szafę Grającą” można oglądać w POLINIE do 29 maja. W przeddzień jej zakończenia w parku wokół muzeum odbędzie się muzyczny piknik z okazji Dnia Dziecka.
Zawód kuratora dlatego jest tak pasjonujący, bo przy każdej wystawie uczy się on czegoś nowego. To jest świetne, bo tyle ile trwa przygotowanie wystawy, czyli załóżmy te dwa lata, wchodzi się w inny świat. Ja przez ostatnie lata żyłam na przykład w świecie szelaku i winylu. Gramofonu, co prawda jeszcze nie kupiłam, ale na pewno to zrobię.

Aleksandra Przeździecka-Kujałowicz
POLIN stawia na narrację - to widać na pierwszy rzut oka. Ale narrację buduje się wokół konkretnych zabytkowych przedmiotów, często odnalezionych przypadkiem, na prywatnych strychach czy piwnicach. Ci, którzy wejdą w posiadanie zabytku i zechcą przekazać go do kolekcji muzeum z pewnością trafią do Aleksandry Przeździeckiej-Kujałowicz. Jej zadanie, jako opiekunki zbiorów muzealnych, polega na opisywaniu i katalogowaniu eksponatów - takich jak widoczna na zdjęciu balsaminka.
- Balsaminka, czyli przedmiot używany przez religijnych Żydów na zakończenie szabatu. Do środka wkłada się różne pachnące zioła - goździki, cynamon. Kiedy ją dostaliśmy. była bardzo zniszczona. Nie wiadomo, z jakiej wytwórni pochodzi. I mimo że ten przedmiot nie jest bardzo drogi czy efektowny, dla nas ma wielką wartość. Nie jesteśmy muzeum sztuki czy rzemiosła - jesteśmy muzeum historii. Pani, która nam ją podarowała, przyniosła ją najpierw do mobilnej wystawy edukacyjnej Muzeum na kółkach, które odwiedzało jedno z polskich miasteczek. Balsaminka była pamiątką po koleżance z lat dzieciństwa, która prawdopodobnie zginęła podczas Zagłady.

Wiele obiektów to pamiątki historyczne, przedmioty wyrwane z kontekstu, pozbawione historii. Takie, o których wiemy tylko tyle, że pochodzą z żydowskiego domu albo po prostu synagogi. Inne przynoszone są razem z opowieścią.
Kim są darczyńcy? Często są to ludzie starsi. Powtarza się motyw “porządkowania swoich spraw” - słyszałam to zdanie niezliczoną ilość razy. Te osoby albo pamiętają wojnę, albo mieli rodziców czy znajomych, którzy zostali nią dotknięci. Młodzi przynoszą rzeczy znalezione. Jakiś czas temu zgłosiła się do nas młoda dziewczyna, która znalazła na strychu sita do otrębów zrobione z Tory. Pergamin, z którego robione są zwoje Tory, jest materiałem bardzo dobrej jakości, więc był wykorzystywany do przeróżnych celów.

Czy traktuję swoją pracę jak misję? To duże słowo, ale chyba na miejscu. Mam świadomość, że czas jest nieubłagany. Świadkowie historii odchodzą. Naszym obowiązkiem jest pamiętać, jak cenne jest to, co po sobie pozostawili.

Anna Sembiring
Aby ślad po darczyńcach i osobach im bliskich rzeczywiście w kolekcji muzeum przetrwał, każdy obiekt musi wjechać windą towarową nad powierzchnię wystawy stałej - do magazynu i pracowni konserwatorskiej, gdzie Anna Sembiring najpierw weźmie go w zabezpieczone bawełnianymi lub nitrylowymi rękawiczkami dłonie, obejrzy bystrym okiem, a potem wyda diagnozę: sklejamy, konserwujemy czy... nie robimy nic. Skojarzenia z procedurą medyczną są zdecydowanie na miejscu, bo i przyszli adepci renowacji zabytków do zawodu przyuczają się równie długo, ale satysfakcja, gdy “pacjent przeżyje” jest prawdopodobnie porównywalna.
- Studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych gdzie, gdzie oprócz aspektów plastycznych dochodziła chemia oraz historia sztuki. Nauka trwa 6 lat - tyle co medycyna. W tym czasie uczymy się nie tylko samej konserwacji obiektów, ale też podejmowania trudnych decyzji dotyczących wyboru odpowiedniej metody konserwacji i brania odpowiedzialności za konsekwencje jej zastosowania.

Dylematy co do wyboru metody pojawiają się zawsze, bo każdy obiekt jest inny. Nigdy nie należy przyjmować, że jeśli dana procedura sprawdziła się na jednym obiekcie, to sprawdzi się również na innym - nawet w tych samych warunkach i w obliczu tego samego problemu konserwatorskiego. Aby zminimalizować ryzyko pomyłki, robi się tzw. “dummies”, czyli możliwie jak najbardziej podobne do oryginału atrapy, i na nich wykonuje próby. Dopiero po przeprowadzeniu prób dobiera się najmniej ryzykowną metodę.

Wyznaję filozofię minimalnej ingerencji. Staram się zachować jak najwięcej z zabytkowości. Obiekty zabezpieczamy jedynie przed dalszym zniszczeniem - nie upiększamy, nie dodajemy dodatkowej wartości. Bardzo ważna jest też odwracalność danej metody. Kleje i farby muszą się dać się w każdej chwili łatwo z zabytku usunąć. Kiedyś nie było to oczywiste. W latach 60., na przykład, stare dokumenty laminowano folią acetylocelulozową, której nie sposób było później odkleić, co prowadziło do trwałego rozpadu tych archiwaliów.
Specjalizuję się w konserwacji papieru. Obiekty, które do mnie trafiają, są często w tragicznym stanie. Załóżmy, że mamy druk z fragmentem zapisków odręcznych, który rozpada się na kawałki. Pierwsza myśl: trzeba by go scalić. Problem w tym, że rękopis wykonano ołówkiem kopiowym, a do tego na powierzchni druku mamy zmiany mikrobiologiczne. Scalić dokument możemy tylko klejem, więc nie obejdzie się bez wilgoci. Ta z kolei może sprawić, że ołówek nam “popłynie” lub doprowadzi do reaktywacji grzyba.
Jak wybrnąć z takiej sytuacji? Po pierwsze, ratujemy treść. Kontrolując wilgotność, staramy się więc scalić obiekt tak, aby był czytelny. Jeśli jednak konserwacja będzie dla obiektu zbyt ryzykowna, możemy nie podejmować żadnych działań i ograniczyć się do jego dokumentacji poprzez specjalistyczne badania fizyczne.

Czy nie boję się, że niedługo zabytki zamiast “w realu” będziemy oglądać tylko na ekranach tabletów? Nie. Paradoksalnie, praca w tak naszpikowanym technologią muzeum jak Polin uzmysłowiła mi, jak kruche jest pojęcie nowoczesności. Nasi zwiedzający często piszą w komentarzach po wystawie, że chcieliby widzieć więcej obiektów w gablotach. Okazuje się, że nadal potrzebujemy obcować z oryginałami, z zabytkami. Ten sygnał mnie zdecydowanie uspokaja.

Artur Bogusz
- Wstajemy, wstajemy! Pan Artur już czeka! - zakomenderował Grzesiek, kiedy siedząc przy kawie wymienialiśmy z fotografem wrażenia z magazynu. A było co wymieniać, bo konserwatorzy swoich zawodowych tajemnic na ogół nie zdradzają specjalnie chętnie, a wstęp za pancerne drzwi poziomu minus jeden mają na co dzień nieliczni - czuliśmy się więc lekko mówiąc, zaszczyceni i w tym uczuciu zamierzaliśmy się krótką chwilę popławić (czytaj: odpocząć). Ale, jak to mówią, odpoczynek jest dla słabych, a przed spotkaniem z panem Arturem Boguszem, szefem muzealnego działu bezpieczeństwa, słabości okazywać nie wypada, zwłaszcza jeśli rozmowa ma się odbyć na dachu budynku, a na zewnątrz nieźle wieje.

Pan Artur, jak na szefa pionu bezpieczeństwa przystało, miał być małomówny. Okazało się jednak, że wspólne podziwianie stołecznej panoramy to okoliczności sprzyjające rozmowie. A właściwie opowiadaniu anegdot, bo podpytywany o szczegóły, pan Artur zasłaniał się oczywiście klauzulą niejawności i milczał.
- Ochrona muzeum to profesjonaliści. Spoczywa na nich zbyt duża odpowiedzialność, żeby można pozwolić sobie na zatrudnianie osób bez doświadczenia. Pracujemy całą dobę - nie ma możliwości, żeby w budynku nie było nikogo. Oprócz pracowników Służby Ochrony Muzeum, na pełen etat zatrudniamy również strażaków, którzy dbają o bezpieczeństwo pożarowe.
Nie ma co ukrywać - POLIN, z racji swojego charakteru, narażony jest na potencjalne ataki. Jak uczy doświadczenie innych podobnych instytucji z całego świata, lepiej takim sytuacjom zapobiegać. Do tej pory nam się udaje. Oczywiście, musimy w tym celu utrzymywać najwyższe standardy bezpieczeństwa, podobne do tych, jakich przestrzega się na przykład na lotniskach.

Większych incydentów do tej pory nie mieliśmy, poza “atakiem” nożowników z… pobliskiego dyskontu. Sklep zrobił promocję na artykuły kuchenne, więc wielu naszych gości, przed wizytą w muzeum wybrało się na zakupy. Bramki do wykrywania metalu dzwoniły non-stop, bo co drugi zwiedzający miał w torbie nóż, nabyty w bardzo atrakcyjnej cenie.
Przedmioty potencjalnie niebezpieczne potrafią wnosić również osoby bardzo niepozorne. Podczas nocy muzeów, w torebce pewnej miłej starszej pani odkryliśmy wielki tasak. Staruszka rezolutnie twierdziła, że wychodząc w po zmroku na ulicę, musi mieć ze sobą jakieś narzędzie do obrony. Niestety z niebezpiecznym przedmiotem do muzeum nie mogła zostać wpuszczona.

Barbara Kirshenblatt-Gimblett
Moja ostatnia rozmówczyni, kuratorka wystawy stałej, Barbara Kirshenblatt-Gimblett, budzi respekt. I słusznie, bo to właśnie ona, w znacznej mierze, odpowiada za stworzenie opowieści o ponad 1000-letniej historii Żydów w Polsce. Wystarczy jednak zagadnąć ją o prezentowane w jednej z sal zabawki, a na twarzy poważnej akademiczki pojawia się szeroki, ciepły uśmiech.
- Podczas tworzenia wystawy przyjęliśmy zasadę: w każdej z galerii będziemy przedstawiać tylko obiekty, pochodzące z danego okresu. Kiedy jednak zastanawialiśmy się, jak zaprezentować dzieciństwo w latach 20. i 30. XX wieku, pojawił się problem. Dzieci bawiły się bowiem zabawkami, które same robiły, a te nie były specjalnie trwałe. Co było robić?

Pomyślałam wtedy o moim ojcu, który urodził się w Opatowie w roku 1916. To tam chodził do szkół - publicznej i żydowskiej, jednak tak naprawdę najwięcej uczył się poprzez zabawę na miejskich podwórkach. A że miał niesamowitą pamięć, zapytałam go, w co się z rówieśnikami bawili. To wtedy pokazał mi, jak z przedmiotów, dostępnych w tamtym czasie w każdym domu - bawełnianych chusteczek, kawałków drewna, sznurka guzików, czy dętek, robili zabawki. Postanowiłam wtedy, że z uwagi na pamięć po moim ojcu, pozwolę sobie złamać zasady i sama wykonałam wszystkie prezentowane w muzeum zabawki. To było dla mnie niezwykle ważne.
Zabawki prezentowane są na specjalnym stole - w centrum znajduje się zdjęcie mojego ojca, a w każdej przegródce - inna zabawka. Poza tym, w cylindrycznej bryle stołu ukryte są krzesła i szuflady. Chodzi o to, aby zwiedzający mogli na chwilę przy nim usiąść, sięgnąć po materiały i, z pomocą muzealników, zrobić swoje zabawki.

Okazało się, że goście uwielbiają się nimi bawić, co nie było takie oczywiste - to przecież głównie przedstawiciele pokolenia “cyfrowego”, mający na wyciągnięcie ręki każdą, nawet najbardziej zaawansowaną technicznie zabawkę. Wygląda jednak na to, że to właśnie prostota najbardziej do nich przemawia. To, że znają zasadę działania każdej zabawki, to dla nich doświadczenie niemal magiczne.
Młode pokolenie przeciwstawia się konsumpcjonizmowi, dlatego idea “zrób to sam” wydaje się do nich przemawiać. Podoba im się, że w naszym muzeum można wszystkiego dotknąć, wejść w interakcję. Osoby starsze, przyzwyczajone do konwencji klasycznych muzeów, takich jak Muzeum Narodowe, bywają zawiedzeni, że nie ma tu konwencjonalnych eksponatów. A to nieprawda, bo mamy ich mnóstwo - trzeba je tylko dostrzec. Pamiętajmy jednak, że jedyne artefakty, które zachowały się do naszych czasów sprzed roku 1500, to monety i kamienie nagrobne. Jeśli chodzi o przedmioty codziennego użytku, później również nie było lepiej.
Przed II Wojną Światową w Polsce nie istniały muzea żydowskie, a prywatni kolekcjonerzy, jeśli zbierali pamiątki, to tylko te, które ich samych interesowały - głównie dzieła sztuki i judaika. Wyjątkiem w tej grupie był Maksymilian Goldstein ze Lwowa.

Naszym zadaniem było więc odtworzenie 1000 lat historii Żydów w Polsce - historii ich społeczności, ich kultury, ich polityki. Niektórym może wydawać się, że skupiamy się na jasnych stronach rzeczywistości. Takie wrażenie powstaje jednak tylko dlatego, że zwiedzający z góry zakładają konfrontację jedynie z ciemną stroną tej historii - prześladowaniami, zagładą, Holocaustem.
Podczas prac nad koncepcją wystawy pojawiały się różne głosy krytyczne. Amerykanie byli bardzo sceptyczni. Twierdzili, że takie podejście doprowadzi do “wybielania” historii Żydów w Polsce. Polacy z kolei zarzucali nam, że tworzymy muzeum polskiego antysemityzmu. Nigdy bym do tego nie dopuściła. Naszym celem było przedstawienie całej historii Żydów w Polsce - szerokiego spektrum relacji, jakie w tym kontekście zachodziły: koegzystencji i konfliktu, współpracy i konkurencji, separacji i integracji.
Staraliśmy się stworzyć swego rodzaju strefę zaufania dla odwiedzających - miejsce, w którym uwierzą, że udało nam się zaprezentować całą historię polskich Żydów - zarówno jej najlepsze, jak i najgorsze aspekty. Wierzymy w ich otwartość.
Czy uważam, że nam się udało? Cóż, pewien starszy pan po obejrzeniu wystawy powiedział mi kiedyś: “Uważam, że to jest muzeum historii Polski”. To największy komplement, jaki usłyszałam od Polaka. A od Żyda? “Nie miałem pojęcia, że nasza historia jest tak bogata”.
Dlaczego to Polin jest najlepszym muzeum w Europie?
Dlaczego to Polin jest najlepszym muzeum w Europie? To pytanie zadaję sobie ponownie, kiedy o 19:30 macham na pożegnanie Grześkowi, który jeszcze “na chwilę” wraca do biurka. “Ludzie czują się tu dobrze. Pani też się tu dobrze poczuje” - powiedział na zakończenie rozmowy, siedem godzin wcześniej, Piotr Wiślicki. Wtedy pomyślałam, że ma na myśli wciągającą ekspozycję, wszechobecną technologię, wygodne pufy i dobrą kawę w muzealnej kawiarni. Jasne, to też jest ważne. Ale muzeum to przede wszystkim ludzie - głównie ci, schowani w „kuchni”.
Karolina Pałys
Maciej Stanik
Autorzy artykułu:
Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek
Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.
Sprawdź, jak to działaKwota napiwku
