Wrzuciliśmy do zgniatarki auto pana Andrzeja. Akcja – autokasacja

W 2015 w Polsce było zarejestrowanych prawie 31 mln pojazdów. Aktualną polisę OC miało zaledwie 18,7 mln, a ważne badania techniczne 16,3 mln z nich. Trudno oszacować, ile z tych aut, to wraki zalegające na osiedlowych parkingach, czy w pokrzywach za stodołami. – Średni wiek kasowanych w tej chwili aut to jest 19,5 roku – tłumaczy Adam Małyszko, prezes Stowarzyszenia FORS (Forum Recyklingu Samochodów).
W 2015 roku skasowano oficjalnie 450 tys. aut. Drugie tyle trafia do szarej strefy. – A trafi jeszcze więcej. Teraz, gdy rząd podniesie ceny paliw, wielu osobom z terenów wiejskich nie będzie się opłacało odholowywać auta do autoryzowanej stacji. Samochód trafi do najbliższego, pokątnego warsztatu. Jego właściciel pozyska cenne elementy, czyli metal, a resztę spali. Tak zatruwa się środowisko. Mówi się tylko o oleju wylewanym do ziemi, a tymczasem nie mniej groźne jest zatruwanie powietrza – podkreśla Małyszko.

Od ulotki do zgniatarki

W Warszawie problemu ze złomowaniem auta nie ma. Za wycieraczką tkwi czasem kilka ofert kupienia auta czy po prostu autokasacji. Właścicieli zadbanych aut ulotki wprawiają w stan irytacji. Sprawdziliśmy, co się kryje za tymi ogłoszeniami.
Zielony renault Kangoo pana Andrzeja z Milanówka od kilku tygodni stał u mechanika. Wytoczyliśmy go na plac, aby ocenić stan samochodu. – Skąd to wgniecenie? – pytam na widok dziury w lewym nadkolu. – To efekt spotkania z mieszkańcem Błonia. Szedł środkiem jezdni w kompletnych ciemnościach. Oprócz wgniecenia oderwał lusterko – opowiada. – Przeżył? – dopytuję. – Tak! Z daleka usłyszałem jeszcze, jak krzyczy: przepraszam – wyjaśnia.

A gdzie akumulator?

Na masce widać, jak łuszczy się farba. Właściciel auta chciał zabezpieczyć blachę przed korozją. Klakson też nie działa. – Bo akumulator jest rozładowany – właściciel odpowiada pospiesznie. Kołpaki również nie są oryginalne. Poprzednie zostały skradzione. To nie jedyna przygoda pana Andrzeja ze złodziejami. – Przed tym autem miałem poloneza. Jeden dzień. Ukradli mi go sprzed szpitala – wspomina.
Pieniądze z ubezpieczenia wystarczyły na zakup Kangoo. Przyznaje, że auto stało się niczym kolejny domownik. Wiąże się z nim wiele wspomnień. – Na niejedne wakacje jechaliśmy nim rodziną – mówi z rozczuleniem. Najdłuższą trasę, jaką przyjechał, to Warszawa–Paryż. – W drodze powrotnej ostatnie kilometry ciągnął na dwóch cylindrach. W sumie nigdy nie zawiódł – zapewnia.
Od innego członka rodziny pana Andrzeja słyszę trochę inną ocenę niezawodności auta. Teraz po serii usterek auto wymaga remontu, kosztownego. – Remont przewyższyłby wartość samochodu, ale i tak trudno będzie się z nim rozstać – wzdycha. Pan Andrzej od dłuższego czasu za wycieraczką swego auta znajdował ulotki, które zachęcały go do sprzedaży tego auta. Kiedy w końcu zdecydował się na autokasację, sięgnął po laptopa. – Numer telefonu bez trudu znalazłem w sieci – przyznaje.

Płakała, gdy go holował

Punktualnie na plac wjeżdża żółta laweta, a na niej biały opel. Po zwiędłych liściach na karoserii opla widać, że auto nie pierwszą jesień stało pod drzewem. – Spokojnie, zabiorę i Kangoo! Na hol! – krzyczy kierowca lawety, jak się okazuje, również ma na imię, Andrzej. Dziennie w drodze po auta do rozbioru nabija na licznik grube kilometry i to tylko w obrębie Warszawy.
– Zdarza się, że dziennie przywożę do firmy nawet osiem aut – przyznaje. Czasem bywa świadkiem scen niczym z pogrzebu, bo niektórzy klienci z trudem pozbywają się starych aut. – Właścicielka malucha płakała, gdy wciągałem go na lawetę w ostatnią drogę – wspomina z uśmiechem laweciarz Andrzej.

Grubość polskiego portfela

Właściciel wiezionego na złomowisko Opla raczej był szczęśliwy, pozbywając się samochodu. Miejscami, zwłaszcza nad nadkolami, widać plamy rdzy. Już nie raz było “klepane”. W odbitych miejscach odpadają grube warstwy “szpachli”. A przecież jeszcze niedawno takie auto, jeździłoby po ulicach.
– Zmienia się jednak mentalność i grubość portfeli Polaków. – Starsze pokolenie przyzwyczajone było do swoich aut, bo to był trudny do zdobycia towar. Obecnie nawet kilkuletnie auta są oddawane do kasacji. Szczerze, tego opla nie opłaca się remontować – na dowód Andrzej uderza pięścią w karoserię.

A to dla pana!

Zabiera się za procedurę kasowania kolejnego auto-truposza. Robi to z niezwykłą wprawą. Sprawdza dokumenty Renaulta, dziurawi jego tablice rejestracyjne i jednocześnie wydzwania do firmy. – A to do pana – dotychczasowemu właścicielowi auta podaje plik banknotów. 300 złotych.

Tylko kilka minut zajmuje złapanie Kangoo na hol, to tzw. motylek. Na wszelki wypadek zabezpiecza go pasami. – Raz odkręciły się śruby kół. Od tej pory mocuję w ten sposób – wyjaśnia i po chwili już zatrzaskuje drzwi szoferki: – No, teraz na Wiązową. Tam auto zostanie rozebrane i sprasowane.
Wkrótce w ślad za Kangoo ruszyliśmy na złomowisko do Wiązowej. W drodze wyobrażamy sobie, że brud, kurz i spoconych facetów ze szlifierkami do cięcia blach.

Niemiec musiał dla nich przerabiać

Tymczasem na miejscu widok odbiegający od żartów o złomiarzach. Na hali do demontażu aut zero plam po oleju, czy szkła z roztrzaskanych szyb. Czekamy na brudną robotę.
Kangoo przy użyciu podnośnika trafia na wózek, na którym przetaczane jest na koniec hali pod agregat do odsysania płynów. Pracownik złomowiska, ubrany w czysty kombinezon, przebija chłodnicę. Przez rurkę zasysany jest płyn. Podnośnik idzie w górę.
Po chwili metalowe ramię zakończone miską trafią pod silnik. Powoli ścieka do niej przepalony olej. – Urządzenie sprowadziliśmy z Niemiec. Producent na naszą prośbę wprowadził modyfikację – opowiada Sławomir Szymański, szef złomowiska „Holdmar”.
Pomyśleć, że karierę zaczynał od wysłużonego – Stara. Po tych pierwszych latach „targania” żelastwa na przyczepę została mu pamiątka. – Zniszczony kręgosłup – śmieje się. W tym czasie jego pracownik stożkowym bolcem przebija zbiornik na paliwo. Po chwili zielona ciecz wypełnia szklane naczynie na agregacie.
– Gdy paliwo jest czyste, trafia do zbiornika i używamy go do naszych ciężarówek. Zanieczyszczone zaś do beczki obok, a potem do utylizacji – tłumaczy Szymański. Teraz kolej na maskę. Ubrany w kombinezon pracownik chwilę trudzi się i demontuje maskę. Z niezadowoleniem stwierdza: – Pójdzie po cenie złomu.

Demontaż silnika zajmuje trochę więcej czasu, ale i na to mają swój patent. Podwiązują silnik wyciętymi wcześniej pasami bezpieczeństwa, które w zupełności wytrzymują duży ciężar. Wkrótce ze środka auta znikają fotele. Zdjęcie kół to błahostka.

Nigdy się nie nudzę

Do usunięcia szyby używa się noża ze specjalnym odkurzaczem. Nie ma nawet najmniejszego odłamka szkła. Czy to jest nudna praca? – Nigdy się nie nudzę. Zawsze coś się dzieje – zapewnia szef złomowiska i wywozi ogołocone Kangoo pod dźwig.
Metalowe ramię dźwigu spada na auto, miażdży blachy. Z boku dźwigu widać popękaną szybę. Uszkodził ją podmuch wybuchu. Okazało się, że w kasowanym aucie była butla gazowa. Na szczęście szyba w dźwigu jest pancerna i operatorowi nic się nie stało.

Dziś trafi do huty

Zielony wrak z hukiem wpada do zgniatarki. Po chwili zamykają się stalowe skrzydła urządzenia. Słychać zgrzyt metalu. Dawne auto spłaszczyło się, zmniejszyło o połowę. Kolejny ruch ramieniem dźwigu. Jego operator obraca wrak, aby ponownie zamknąć nad nim wrota zgniatarki. Powietrze rozdziera jęk blach. Nacisk kilkunastu ton robi jednak swoje. Na betonowe podłoże placu złomowiska wypada prostokątny klocek złomu. – Jeszcze dziś trafi do huty Warszawa – zapewnia Sławomir Szymański.

Włodzimierz Szczepański
Maciej Stanik, Stefan Ronisz





Autorzy artykułu:

Włodzimierz Szczepański