naTemat extra

"Książkowy Włodek" z Manhattanu zbiera na nowego żuka

Wiatr rozwiewa popiół i resztki zżółkniętego papieru zapełnionego drobnym druczkiem. To pozostałości po tych najcenniejszych książkach Włodka. Te trzymał z przodu żuka i właśnie ta część spłonęła. – Tych, które ocalały nie da się czytać, bo strasznie śmierdzą – mówi sąsiadka Włodka z tczewskiego targowiska, które każdy nazywa Manhattanem. Można tu kupić dosłownie wszystko: i kurczaka, i warzywa, i chleb, i kwiaty, i pościel, i majtki, i znicze, i używane książki.
59-letni Włodek handluje nimi od 13 lat. – Dokładnie od 27 października 2005 roku. Wcześniej utrzymywałem się z prac dorywczych. Przyszedł koniec roku i postanowiłem, że zacznę sprzedawać swoje książki – opowiada, odpalając kolejnego papierosa. – Wszyscy wiedzą, że jestem tu dzień w dzień. Nawet jak deszcz pada, nawet jak jest mróz. Chociaż na godzinę czy dwie – dodaje, zaciągając się tytoniem.
W Tczewie (woj. pomorskie) Włodek nie miał konkurencji, miał za to stałych klientów i ludzi, którzy regularnie pozbywali się z domu zbieranych latami książek, a niechciane zbiory lądowały w jego żuku. Samochód służył mu za magazyn. – Bywało lepiej, bywało gorzej. Sprzedawałem towar za niewielkie pieniądze, często oddawałem za darmo – mówi. Wielkiego zysku z tego nie miał: od kilkuset do tysiąca złotych.
– I tak wspólnie z matką udawało nam się utrzymać. A w tej chwili tylko jej emerytura nam została – dodaje Włodzimierz, który przypomina malarza Zbigniewa Beksińskiego. Jest chyba tylko wyższy. Nie chce, by podawać jego nazwisko, tylko przydomek: Książkowy. – O mnie tu wszyscy mówią Książkowy Włodek. Taką ksywkę dawno temu wymyślił mi prosty człowiek i się przyjęła.

Spłonął żuczek

W pierwszy czwartek września Włodka obudzili obcy ludzie. Jeszcze przed 7:00 przybiegli do jego domu prosto z targowiska. Przynieśli niedobre wieści. Włodek szybko zerwał się z łóżka i pobiegł na Manhattan. – Przyszedłem i zastałem sterty spalonych książek i spalonego żuczka. Z 700-800 pozycji na pewno się spaliło – szacuje na oko.  

Włodzimierz porządkuje żuka. Fot. Katarzyna Gapska

Dwie godziny wcześniej ktoś zadzwonił na policję i powiedział, że na Manhattanie pali się śmietnik. – Na miejscu okazało się, że to jednak samochód marki żuk – mówi nam aspirant sztabowy Dawid Krajewski z tczewskiej policji.
A strażak dodaje: – Po ugaszeniu pożaru, przeszukano pojazd i okazało się, że był on wypełniony książkami, ale nie miał silnika –  to st. kpt. Mariusz Stawicki ze Straży Pożarnej w Tczewie.
Dlatego na targowisku aż huczy, że ktoś podpalił samochód Książkowego Włodka. Policja zresztą też ma takie podejrzenia: – Pojazd nie miał silnika i nie był uruchomiony, dlatego zwarcie instalacji było wykluczone. Teraz ustalamy, kto to zrobił. Niestety nie ma tam monitoringu, więc apeluję, by zgłaszali się do nas wszyscy, którzy coś wiedzą – zachęca Krajewski.

Wnętrze spalonego samochodu. Fot. naTemat

Policja potwierdza, że na miejscu był stróż, który noce spędza w biało-czerwonej budce i pilnuje targowiska. I to Włodkowi nie daje spokoju: – Dlaczego o 4:30 były otwarte wszystkie wejścia do Manhattanu i dlaczego o tej porze, kiedy jest jeszcze ciemno, dozorca sprzątał targowisko i nie widział, co się stało z żukiem? – pyta. Budka, w której urzęduje strażnik, za dnia jest pusta. Administrator targowiska odsyła nas do Zakładu Usług Komunalnych.

Komuś przeszkadzał

Widok spalonego żuka i czarnego od popiołu betonu przyciąga spojrzenia przechodniów i dziennikarzy. Ci tłumnie zjechali do Książkowego Włodka, po tym, jak fotografka Katarzyna Gapska na zdjęciach uchwyciła dramat, jaki go spotkał.
To ona zareagowała na apel, który Włodek zapisał na białych kartach. Te przykleił do maski żuka: “Żyję tylko ze sprzedaży książek, teraz nic. Pomóżcie”; “To tu jest pierwszym w Polsce po 1945 roku spaleniem książek celowo, specjalnie i z premedytacją”. Dorzucił też wizerunek dwóch papieży: Jana Pawła II i Benedykta XVI.

Apel Włodzimierza, który zamieścił na masce spalonego żuka. Fot. naTemat

Gapska wpadła na pomysł, by zorganizować zbiórkę na nowego żuka. Cel: zebrać 3 tysiące złotych. Ale dwa dni później, kiedy na koncie pojawia się już ponad 40 tys. zł (w czwartek rano są już prawie 63 tys. zł), inicjatorka zbiórki myśli o przyczepie gastronomicznej.
Książki u Włodka kupowała od dawna. Podobnie jak wielu tczewian. – Kto to zrobił? Przecież ja tu tyle książek oddałam. Co chłop im przeszkadzał? – pyta jedna z nich, przechodząc obok sterty spalonych książek.
– Ja też, skrzynkami oddawałem po moim ojcu. Tygrysy nie tygrysy... Co ludziom przeszkadzało, że kilka groszy zarobił? A niekiedy to w ogóle nie zarobił – dopowiada krępy mężczyzna. Jest oburzony, bo przecież sam żuk “był trochę warty”.
– Czemu winne były te książki? – pyta Aleks, znajomy Włodka.

Włodzimierz porządkuje książki. Fot. Katarzyna Gapska

– Nie miał wrogów. Dużo ludziom pomagał, właśnie literatom. Można było przyjść i wziąć książkę za darmo. On nikomu nie przeszkadzał – zapewnia kolega Włodka, który siedzi pod sklepem.
Wieść miejska niesie, że Włodek zadarł z urzędnikami. – Cały cyrk zaczął się w połowie 2016 roku. Właściciele straganu z warzywami, stojący tam przy drodze, kłócili się ciągle z producentami warzyw, działkowcami. A ja stałem z książkami tam na rogu – wskazuje palcem na puste miejsce, oddzielone już od chodnika siatką.
– 3 lipca 2016 roku tu wjechano, porobiono płoty. Część sprzedających wygoniono na stoły, mnie też chcieli postawić w inne miejsce – opowiada Włodek.

Katarzyna Gapska, inicjatorka zbiórki i Włodzimierz. Fot. naTemat

Książkowy przez jakiś czas sprzedawał książki przez płot. – Nie wiem, co im przeszkadzał. Dla mnie ubarwieniem całego Manhattanu były te babcie z kwiatkami i on z książkami. Wyrzucili wszystkich – opowiada jedna z handlujących. Ma swoją teorię, dlaczego tak się stało: – Tu stał gość z warzywami, który miał dużo niższe ceny. Chodziło o niego, chcieli się go pozbyć, a przy okazji oberwali inni.
Ale Włodek nie chciał się z tym pogodzić: buntował się, pisał do wojewody, marszałka, ministerstw, prokuratury. W końcu sprawę skierował do sądu. Mówi, że ta dalej toczy się w Sądzie Administracyjnym w Gdańsku. – Okazało się, że najbardziej dostałem po nosie. Tu mi nie pozwalano stać, straż miejska przyjeżdżała co chwilę. W końcu skończyło się to dla mnie wybuchem cukrzycy. Ale dalej trwałem – dodaje.
Tyle że już w innym miejscu Manhattanu – na szarym końcu kolorowego targowiska. Żuk służył mu za magazyn, za co miesięcznie płaci ZUK-owi 49,20 zł. W ZUK tłumaczą, że wtedy “reorganizowali targowisko”.

Spalony żuk Włodzimierza. Fot. naTemat

– Wyznaczyliśmy miejsca do handlu na stołach, a nie tam gdzie się chce. Dotyczyło to wszystkich, a nie tylko pana Włodzimierza. On zażądał, by działalność prowadzić w konkretnym miejscu. Inni handlujący oburzali się, że płacą więcej, sprzedają przez cały rok, a pozostali przyjeżdżają na 1,5 miesiąca wykupują najlepsze miejsca, płacą najmniej i najwięcej zarabiają. A tymczasem stanowiska zadaszone były puste – wyjaśnia nam Przemysław Boleski, dyrektor Zakładu Usług Komunalnych.
Do listy argumentów dorzuca jeszcze jeden: – Obecność sprzedających ograniczała ruch, bo zawężało się przejście. Dlatego cały handel przenieśliśmy w miejsca, które są do tego przystosowane.

“Koczuje, nie handluje”

– Może chce pani zobaczyć dokumentację zdjęciową samochodu pana Włodzimierza i terenu tuż obok, jeszcze sprzed tej “tragedii? – pyta mnie dyrektor Zakładu Usług Komunalnych.
Odpowiadam, że wiem o zdjęciu, które ktoś zrobił Włodkowi z piwem w ręku. O tym dzień wcześniej mówił mi sam Książkowy: – Około 10:00 przyjechał zastępca dyrektora ZUK-u i rzucił tekstem: “że oni mają zdjęcie, jak siedzę w żuczku i piję piwo”. I dlatego miał żuczek spłonąć.
Na targu biorą Włodka w obronę: – Te dwa-trzy piwa sobie wypije, ale pijanego to go nigdy nie widziałem.
Urzędnicy powtarzają, że Włodek na Manhattanie to “bardziej koczuje, niż handluje”. – Do tej pory dyscyplinowaliśmy pana Włodzimierza i powtarzaliśmy, żeby zajmował się tylko tym, co sam chciał robić, czyli sprzedażą książek, a nie spotkaniami z kolegami – mówi dyrektor Zakładu Usług Komunalnych.

Fot. Katarzyna Gapska

Faktycznie, co i rusz przychodzą do Włodka koledzy, zamienią słówko i idą dalej załatwiać swoje sprawy. – Czasami stanęli jacyś pijacy koło niego, ale on ich wyrzucał. On kocha książki – zapewnia handlująca na Manhattanie.
– Tam się działy różne rzeczy. Za tym samochodem niektórzy się wypróżniali, wokół był nieporządek. Ta sytuacja nastąpiła zapewne poprzez zaprószenie ognia przez kolegów pana Włodzimierza, kompanów, degustatorów różnych trunków – mówi pewny swego pracownik tczewskiego urzędu, który woli pozostać anonimowy.
W policji słyszę: – Raczej nie było z panem Włodkiem problemów. Z tego, co sprawdzałem, to żadnych interwencji nie było.

Bibliofil

Włodek kiedyś miał problem z alkoholem. Wszystko zaczęło się w Gdańsku. – Studiowałem handel wewnętrzny i prawie dociągnąłem historię. Temat pracy magisterskiej: “Rozwój usługa w makrosystemie społeczno-ekonomicznym do końca XVIII wieku” – opowiada z pasją w głosie.
Obronił się w ’87 roku. Później pracował w różnych spółkach, zajmował się handlem. – Powiedzmy sobie szczerze, że zacząłem robić interesy z Rosjanami. Jako młody gówniarz byłem pewien, że wytrzymam. No nie wytrzymałem. To mnie pochłonęło – mówi i wymownie wskazuje wyprostowaną dłonią na szyję.  Stracił wszystko.
Osiem lat zajęło mu wyjście z nałogu. – Przez ten czas doszedłem do etapu, że piję sobie piwo i nie szukam następnego. Trafiłem na dobrego lekarza. Ale nie chciałabyś słuchać tego, co on mówił. Ruski kapral wypowiadał się kulturalniej – żartuje.
Rozmowę przerywa nam Edek. Przyszedł się przywitać. – Od 20 lat chodzę po Manhattanie i jak to się stało to płakałem, nie mogłem – przyznaje. A Włodek szybko tłumaczy, że to właśnie Edzio jest autorem ksywki “Książkowy”. Edek przez chwilę z nami rozmawia. Włodek szybkim ruchem wyciąga z torby kanapki i za chwilę jego kolega znika z nimi za winklem.

Włodzimierz siedzi za spalonym żukiem. Fot. Katarzyna Gapska

– Tylko nie pisać, bo jakby matka zobaczyła… – uprzedza Włodek. To kanapki, które robi mu mama, a on oddaje je bezdomnemu Edkowi.
Włodek czasami myśli, że może lepiej byłoby to wszystko rzucić, spróbować normalnej pracy ze stałą pensją. Ale potem szybko przychodzi druga myśl: – Co ja powiem ludziom, którzy przez tyle lat przynosili mi książki? Część się spaliła, ale ludzie wiedzą, że ja dalej mam książki. Mam im powiedzieć, że po tylu latach olałem sprawę i idę na dozorcę? Tak nie można. Myśmy byli inaczej chowani.
– Mnie uczono, że człowiek jest jednostką społeczną, a moje zadanie nie polega na tym, żeby sprzedać dwie rafinerie czy inne statki, tylko na tym, żeby ludziom coś dać. I ja też od nich dostaję książki – tłumaczy.
Włodek kocha książki. W Tczewie mówią o nim, że jest “bibliofilem” i ma świra na punkcie czytania, już od dzieciństwa.
– Byłem okropnym niejadkiem. Trzeba było mówić: “Leci samolot, leci”, op, zjedzone. Poszedłem do pierwszej klasy i szybko mi zatoki wysiadły. Całą noc leżałem i łykałem te skrzepy. Rano przynieśli wiadro i to wszystko ze mnie wyleciało. Byłem przez cztery dni w szpitalu. Przynieśli mi książkę “O kowbojach z Kolorado”. I wszystko zaczęło się od tej książki. Matka już nie miała problemu z moim jedzeniem. Od tej pory jadam z książką. Nie ma siły, żebym zjadł coś ze smakiem bez książki.

Książki z żuka Włodka. Fot. Katarzyna Gapska

Teraz czyta “Fort nad Athabaską” (Sat-Okh). Wyciąga i pokazuje okładkę. Obok leży druga “Vademecum podróżującego” (Jerzego Wittlina). – To dla ciebie, młoda – mówi podając mi książkę. Później do prezentu dodaje 1,5 kilograma żółtych pomidorów, które bierze na krechę w warzywniaku. Dorzuca też bajaderkę i owoce. Sobie zostawia tylko śliwkę.
Dziś Włodek ma lepszy humor. Cieszy się, że ludzie tak chętnie zrzucają się na nowego żuka. Choć ma jeszcze jedno nieśmiałe marzenie. – Chciałbym pojechać do moich ukochanych Małomic, tam się urodziłem. Wydaje mi się, że do dziś zostało we mnie sporo z tego, czego mnie wtedy tam nauczono – mówi.

Włodek sprząta po pożarze. Fot. Katarzyna Gapska

– “Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”. Myśmy na tym wyrośli – cytuje Tadeusza Borowskiego, poprawiając czerwoną czapkę z napisem Lutosa.
Do występu przed kamerami zaciąga daszek do tyłu, żeby schować logo. Kiedy nie ma na głowie czapki, to jeszcze bardziej przypomina Beksińskiego. Tylko jego ręce nie są brudne od farb, a od popiołu.
By przekazać środki na zrzutkę, wystarczy wejść tutaj.

Daria Różańska
Daria Różańska, Katarzyna Gapska





Autorzy artykułu:

Daria Różańska-Danisz