naTemat extra

"Jak oni mogli po tych trupach chodzić?"

Obok stodoły stoi wyschnięta jabłoń. Łopaty oparto o mury obory. Wykopano dół. Stąd w grudniu wyciągnięto zwłoki dziewczynki. Urodziła się 30 listopada. W piecu w domu znaleziono jeszcze ciała trzech niemowlaków. Były w różnym stadium rozkładu.
Pierwsze dziecko Olka zabiła w 2013 roku, potem w 2015, 2016 i ostatnie w listopadzie 2018 roku. Śledczy są pewni: to była dziewczynka, przyszła na świat żywa, później jej małe ciało matka zapakowała do nylonowego worka, zacisnęła go i udusiła. Wszystkie dzieci rodziła sama. Sąsiadom różnie się tłumaczyła z ciążowego brzucha. A to że jest po prostu gruba, a to że w brzuchu zbiera jej się woda. Jeśli już przyznawała się do ciąży, to kręciła, że noworodki oddaje w dobre ręce czy zostawia je na porodówce.

OBEJRZYJ NASZ WIDEOREPORTAŻ:

Ale tam nigdy nie docierała. Do ostatnich dni chodziła do pracy. Później napuszczała wody do wanny i rodziła kolejne noworodki. Nie korzystała z opieki lekarza. Nie mogła pozwolić sobie, by zostawić jakiś ślad. Przyznała się do czterech zbrodni. Wskazała śledczym, gdzie ukryła zwłoki. Zarzut pomocnictwa w zabójstwie usłyszał jej konkubent – Dawid, zatrzymano też jego rodziców Arnolda i Halinę, którzy mieli składać fałszywe zeznania. Zarzekali się, że nie wiedzieli o ciążach.

Dziury w ziemi

Za kilka dni Wigilia (wtedy pojechaliśmy na miejsce). Ale w tym roku w Ciecierzynie nie ma radości z narodzenia Pana. W oknach zawieszono świąteczne ozdoby, ale obok przyklejono święte obrazy przepasane czarnym kirem. Ksiądz w kościele modlił się w intencji zamordowanych dzieci i mieszkańców małej wioski na Opolszczyźnie.
– W całej okolicy jest ogromne poruszenie, ludziom jest trudno sobie z tym poradzić. Oni przede wszystkim przeżywają szok, bo to dokonało się tuż obok nich. Wczoraj skończyła się parafialna żałoba. Pochowanie tych dzieci jest naszym obowiązkiem – mówi ze spokojem ksiądz Dariusz Brylak z parafii w Kostowie. Sam zadaje sobie pytanie, czy czegoś nie przegapił. Chociaż nie miał dobrego kontaktu z Aleksandrą J. i Dawidem W. – Nie chodzili do kościoła. Dwa razy byłem u nich na kolędzie, raz spotkałem ich na ulicy – wylicza.

Fot. Wielu mieszkańców Ciecierzyna w oknach zawiesiło święte obrazki przepasane kirem. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

– Ciała zabrał już zakład pogrzebowy – raportuje mieszkaniec wsi. – Oni je kopali w ziemi, palili w piecu – wieść niesie. Prokuratura prostuje: trzy ciała ukryto w piecu, jedno zakopano niedaleko stodoły. Policjanci szukali kolejnych, dlatego w lekko już przymrożonej ziemi zostawili cztery dziury. Są jak ślady wojen, wyrzuty sumienia, przypominają o tragedii. Na ich widok mieszkańcom Ciecierzyna łzy napływają do oczu. Choć niektórzy alarmowali, że Olka nosi ciążowy brzuch, a później śladu nie ma po dzieciach, to nie udało im się powstrzymać zbrodni.
Marek odwraca wzrok od “tego domu”. Dobrze znał Olkę i Dawida. Pomagał jego ojcu na gospodarstwie. – Nawet nie potrafię wleźć na podwórko świni zafutrować, bo co popatrzę pod to drzewo, to płaczę. Idę, jak już muszę. Ale zawsze mi wzrok pod tę jabłonkę ucieka… – mówi szczupły mężczyzna z gęstym wąsem pod nosem.
Oczy szklą się też pani Wandzie. – Kiedy dowiedziałam się, co się wydarzyło u W., to pierwszej nocy wcale nie spałam. Nerwowa i niespokojna się zrobiłam. Jak cała rodzina by o tym nie wiedziała, przecież przez płot mieszkali? Co to teściu by nie widział brzucha? On świnie chował w tej oborze, gdzie ona te dzieci zakopała. Jak oni po tym podwórku mogli chodzić, jak tam te trupy były? – zasypuje mnie pytaniami starsza pani. Ale nie wpuszcza nawet na podwórze, rozmawiamy przez kraty ogrodzenia. Pies ujada i wygania niechcianych gości. – Nikt nas nie może zobaczyć. Nie chcę mieć kłopotów. W. by mnie spalili żywcem. To ludzie mściwi. I nie wierzę, że o niczym nie wiedzieli.

“Dom zły” w Ciecierzynie-Piekło

Popegeerowska wieś ciągnie się przez parę dobrych kilometrów. Pewnie dlatego podzielono ją na dwie części i dopiero co odmalowano tabliczki z napisami: Ciecierski Młyn i Ciecierzyn-Piekło.
W centrum wsi dumnie stoi neogotycka świątynia z czerwonej cegły. Powstała w miejsce drewnianego kościoła, który spłonął w 1838 roku. Opatulona szalem kobieta wyczekuje po drugiej stornie drogi na autobus, który ze szkoły w Byczynie przywiezie jej dzieci. Ale na temat Olki nie będzie chciała rozmawiać. Nie znała jej i tyle. Zresztą ma dość, kiedy dziennikarze nazywają Ciecierzyn “zacofaną wiochą”. A poza tym: wszystko co miała do powiedzenia znalazło się już w oświadczeniu, które zawiesili za szklaną tablicą obok kościoła.

Kościół w Ciecierzynie. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Autobus szybko odjedzie, później przemknie jakiś samochód i znów cisza, przerywana szczekaniem psów. Ludzi na ulicach jak na lekarstwo. Dopiero kiedy po 15:00 (po przerwie) otworzą jedyny sklep, zaczną do niego ściągać z różnych części wsi.

Oświadczenie mieszkańców Ciecierzyna. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Dom Olki i Dawida jest biały i jak większość we wsi – otoczony budynkami gospodarczymi z czerwonej cegły. Z jednej strony samochód osobowy z wybitą z przodu szybką, z drugiej – tiry, którymi Dawid wyruszał w długą podróż do Anglii. Zawoził meble, z powrotem zabierał jakiś samochód.

Dom Aleksandry J. i Dawida W. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Nie ma mnie

W Ciecierzynie niechętnie mówią o Olce. Nagle okazuje się, że nie była „tutejsza” albo mieszkała za daleko, by ją znać, bo na drugim krańcu wsi. No i kto by tam ją widywał. Ludzie wysyłają nas do Bogacicy, skąd kilka lat temu przyjechała. Tam też szukali kości, znaleźli tylko drobiowe. – Ona tutaj mieszkała tylko kilka lat, nie znamy jej – powtarzają jak mantrę mieszkańcy Ciecierzyna.  

Dom Aleksandry J. i Dawida W., obok ciężarówki, którymi mężczyzna jeździł do Anglii. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

W domu rodzinnym w Bogacicy nie było kolorowo. – Ona ma dwie siostry. Jedna już w liceum zaszła w ciążę. Jej matka teraz poznała trzeciego faceta i wyjechała gdzieś daleko – mówi konspiracyjnie jeden z mieszkańców wsi. Ktoś inny dodaje: – To była straszna patologia, dziecko rodziło się za dzieckiem. Jedna z jej sióstr mieszka we Włoszech z dziećmi. Matka ją z domu wyrzuciła. Nie miały lekko.
Nauczycielka zapamiętała krzywo ostrzyżone włosy Oli. Widać było, że sama je sobie obcina. – Zawsze siedziała przy oknie. Dziecko na zasadzie “nie ma mnie, nie zwracajcie na mnie uwagi, ja nie istnieję” – dodaje. Już później minęły się ze dwa razy na ulicy. Pomyślała nawet, żeby z nią porozmawiać. Zrezygnowała, kiedy zobaczyła jej pusty, wbity w ziemię i pozbawiony nadziei wzrok. – Mnie się wydaje, że to wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Ona pewnie chciała się wyrwać z domu, chciała mieć coś swojego – uważa.  
Później Ola nie utrzymywała bliskich kontaktów z rodziną. – Podejrzana nie potrafiła nawet wskazać, kiedy ostatnio rozmawiała z matką i siostrami – mówi jeden ze śledczych.

Przywiózł i zostawił

Dawid jest o kilka lat starszy od Olki. Ona ma 27. – On to nic specjalnego, nie mył się, nie dbał o siebie. Taki troglodyta jej się trafił. Można go postawić obok uczestników programu “Chłopaki do wzięcia” – porównuje mieszkaniec Byczyny.

Dom i budynki gospodarcze Aleksandry J. i Dawida W. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

– Nie wiem, jak oni się poznali, ale Dawid ją tu przywiózł i zostawił u siebie, to znaczy w domu, który należy do ich matki – przypomina sobie Marek.  Obok mieszkali jego rodzice – Arnold, Halina i siostry Dawida. Nie byli rodziną anonimową: duże gospodarstwo, Arnold W. kiedyś był sołtysem, radnym, człowiekiem poważanym, angażował się w życie społeczności. – Oni są wpływowi. Handlowali wódką, nie za bardzo byłam za tym, bo mąż lubił sobie wypić. Dla nich najważniejsze były pieniądze – ocenia sąsiadka. Ale słyszę też: – To są ludzie do rany przyłóż. Ola tam miała wszystko. Chciała jajek, to dostała jajek, chciała kartofli – dostała kartofli – udowadnia Marek.
Kiedy Dawid wyjeżdżał z transportem do Anglii, to Ola zostawała w domu z ich sześcioletnim synem. Niedoszli teściowie mieszkali za płotem. – Oni podobno nie akceptowali tego związku, nie chcieli, żeby Ola i Dawid wzięli ślub – zaznacza jedna z mieszkanek.

Ciecierzyn otaczają pola, większość mieszkańców ma tu gospodarstwa. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Zresztą nie wiadomo, czy o ślubie w ogóle była mowa. Nie zawsze dobrze im się układało. – Ale przez ostatnie trzy lata byli super parą. Bo pierwsze trzy to były tam kłótnie, ale nie bili się. Ona mu zabraniała pić. A jak on przyjeżdżał z Anglii to chciał piwo albo kielicha łyknąć. Ona na niego mordę darła. Ale i o małego, i o niego dbała. Zawsze miał na trasę naszykowane kanapki. Mówię, że ostatnio dobrze im się układało – mówi ich znajomy.
Ola pracowała jako pomoc w przedszkolu i na świetlicy wiejskiej. – Znałem ją właśnie ze świetlicy. Jak się dowiedziałem, co zrobiła, to byłem w szoku. Zachowywała się normalnie. Żadne skargi na nią nie wpływały. Pracowała też w przedszkolu – mówi nam mieszkaniec sąsiedniej Byczyny.

Nie będzie więcej dzieci

We wsi aż huczy, że to podobno Dawid W. nie chciał mieć więcej dzieci. – Oprócz tego małego, które miał z Olką, miał i z innymi babami – słyszę. Nikt tu nie ma wątpliwości, że cała rodzina wiedziała o ciążach, nie wiadomo tylko, czy wiedzieli, co Olka i Dawid robią z dziećmi.
Tę wersję potwierdza prokurator Stanisław Bar, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Opolu: – Charakter działań partnera Aleksandry J. miał podstawy do postawienia mu zarzutów pełnomocnictwa. To polegało na budowaniu atmosfery oczekiwania, że Aleksandra J. pozbędzie się tych ciąż, że “załatwi tę sprawę”. Było oczekiwanie, że w związku z tym nie będzie więcej dzieci, przy jednoczesnym, pełnym uzależnieniu finansowym i życiowym od jej partnera. Dawid W. akceptował też sytuację braku opieki medycznej w okresie ciąży. Wszystkie te aspekty zostały ocenione przez prokuratora jako element pomocnictwa Dawida W. w zabójstwie.
– Starzy też wiedzieli. Jak mieliby nie widzieć brzucha? – pyta mnie staruszka z Ciecierzyna.

Droga prowadząca do Ciecierzyna. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Zresztą nie tylko rodzina Dawida miała wiedzieć o kolejnych ciążach. Już w 2016 roku do OPS w Byczynie wpłynął anonimowy donos od mieszkańca Ciecierzyna. Ktoś domyślał się, że Olka może pozbywać się dzieci.
Co zrobił OPS? – pytam Arlettę Jankowską, obecną dyrektorkę ośrodka. – Wtedy pani Aleksandra przyniosła zaświadczenie od lekarza-ginekologa, że poroniła i sprawa się zakończyła – informuje Jankowska. Prokurator Bar potwierdza, że ten wątek też jest badany przez prokuraturę.
W pamięci pracowników OPS zapisał się donos o rzekomych ciążach.  W listopadzie Aleksandra J. odwiedziła ośrodek. Przypadkowo, przyszła w sprawie sąsiada. Kiedy wyszła, jeden z pracowników OPS zapukał do dyrektorki i napomknął o swoim podejrzeniu, że kobieta jest w ciąży.
Zaczęli działać. W listopadzie zapytali Olkę, czy jest w ciąży. Zaprzeczyła. Zgoniła wszystko na sąsiadów, którzy plotkują, a powodem tych plotek jest jej tusza. Ale pracownicy OPS-u nie dali sobie zamydlić oczu. Po kilku dniach znów zjawili się w jej domu – pod pretekstem jakiegoś podpisu. Chcieli zobaczyć, jak wygląda. Wydawało im się, że nadal jest w ciąży.
– Z innych instytucji próbowaliśmy uzyskać jakieś informacje i pytaliśmy o nią też lekarzy, specjalistów. U nikogo nie była. Ciężko było nam mieć namacalny dowód na to, że ta pani była w ciąży – dodaje Arletta Jankowska.

Ciecierzyn otaczają pola uprawne. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Kolejna wskazówka: na zebraniu rodziców pracownik OPS zauważył, że Aleksandra nie czuje się najlepiej. – Miała prawdopodobnie jakieś bóle – wtrąca Jankowska. Następnego dnia znów wysłałam do niej pracownika. I jej brzuch był mniejszy, choć nie tak drastycznie. – Powiedziała wtedy, że to taka super dieta. Postanowiłam, żeby to zgłosić na policję – dodaje Jankowska. Już wcześniej pracownicy OPS o swoich przypuszczeniach rozmawiali z policjantami, ale nie mieli twardych dowodów. –  Jedyny był taki, że jedna z mieszkanek Ciecierzyna podzieliła się swoimi spostrzeżeniami – słyszę.

Umiera świadek

Nie ma już śladu po policyjnej taśmie, nie ma już dziennikarzy latających od gospodarstwa do gospodarstwa, zostały tylko wykopane doły. Uliczki wsi są puste i ciche, jakby wszyscy pochowali się w domach albo umówili: uciekamy stąd.
Przed sklepem dowiaduję się, że nie tylko ciała czterech niemowlaków znaleziono w Ciecierzynie, ale i Grześka. Zeznawał zaledwie kilka dni wcześniej. Był dobrym znajomym Aleksandry i Dawida, częstym gościem ich domu. Jego zwłoki znaleziono w jego mieszkaniu.

Mieszkaniec Ciecierzyna przed jedynym sklepem we wsi. Fot. naTemat

Ludziom wydaje się to trochę dziwne. – Dzień po dniu praktycznie się o tym człowiek dowiedział. Cztery zgony i później piąty –  mówi mieszkaniec Wsi. Ale póki co prokuratura nie łączy tych dwóch spraw.
– Zdecydowano, by zabezpieczyć ciało mężczyzny do badań z zakresu medycyny sądowej, aby rozwiać ewentualne wątpliwości, czy zgon ten miał charakter naturalny, czy było to działanie innej osoby. Czekamy na opinię biegłego. Same okoliczności pozwalają domniemywać, że mamy do czynienia ze zgonem naturalnym – uspokaja prokurator Stanisław Bar.

Ciało w reklamówkach

– Wróciły stare demony –  powtarzali mieszkańcy Ciecierzyna dziennikarzom. Powróciły wspomnienia o brutalnej zbrodni sprzed 21 lat. W październiku 1996 roku w oddalonej o cztery kilometry Byczynie w reklamówkach znaleziono rozczłonkowane ciało dziewięcioletniej Kasi.
Wszyscy doskonale tę sprawę pamiętają. Dziewczynki szukali nie tylko mieszkańcy Byczyna, ale i Ciecierzyna. Morderca też. – Krzysztof P. dla Kasi był jak wujek. Kiedy była jej komunia, to ciasto, bigos – wszystko Krzyśkowi zanosili. Mieszkał piętro wyżej. Kasia miała do niego zaufanie – wspomina Barbara Brzezińska, która zajmuje się lokalną historią Byczyny.

Byczyna to miasteczko oddalone o cztery kilometry od Ciecierzyna. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Kasia była oczkiem w głowie rodziców, jedynaczką, wzorową uczennicą. W czwartek wyszła do szkoły o 7:40. I już nie wróciła. Później śledczy ustalili, że dziewczynka zapomniała stroju i cofnęła się do domu. Wtedy zwabił ją do siebie Krzysztof P. Dobry znajomy rodziny gwałcił ją, dusił. Później zaniósł jej zwłoki do łazienki. W wannie poćwiartował jej ciało. W rękach trzymał kuchenny nóż i piłkę do metalu. Do jednej reklamówki zapakował głowę, do kolejnej nogi i ręce. Pozostawił je na obrzeżach miasta.
– Poszukiwania trwały w czwartek, cały dzień w piątek, straż przepompowała staw, jasnowidz był. I pamiętam w sobotę myłam okna w pokoju i szum: znaleźli reklamówki – przypomina historię sprzed lat Barbara Brzezińska.
28 sierpnia 1997 roku o 13:30 Krzysztof P. usłyszał wyrok: dożywocie i 10 lat pozbawienia praw publicznych. Lokalni dziennikarze relacjonowali, że kiedy sędzia odczytywał wyrok, Krzysztofowi P. nie drgnęła nawet powieka.
W domu naprzeciwko poczty nadal mieszka ojciec Kasi z jej młodszą siostrą. Matka umarła kilka lat temu. Wspinamy się na samą górę, otwiera młoda dziewczyna. Ale jej ojca nie ma w domu. Przekonuje, że ten nie będzie chciał rozmawiać o sprawie sprzed lat. Zostawiamy numer, ale pan Grzegorz nie oddzwania.

Klątwa czarownicy

Niektórzy jeszcze inaczej próbują sobie wytłumaczyć zbrodnię z Ciecierzyna. Przywołują legendę o czarownicy, mówią o rzuconej przez nią klątwie. Przed kilkaset laty przy ulicy Floriańskiej w Byczynie mieszkała piękna dziewczyna z matką-wdową. – Najęła się jako służka u starszych państwa. Kobieta, zazdrosna o męża i urodę młodej oskarżyła ją o czarostwo i o rzucanie uroków miłosnych – przytacza z pasją Barbara Brzezińska, choć kpi z ludzi, którzy ludzkie zło łączą z “klątwą czarownicy”.
– Wywieziono ją w klatce na wozie drabiniastym na ulicę Nasalską, kilka kilometrów stąd. Miała bardzo miłosiernego kata, więc dał jej wilgotne drzewo, żeby najpierw się udusiła, a potem spłonęła – mówi Brzezińska, która lokalną historię ma w jednym paluszku.
– Kiedy płonęła miała rzucić: “Ja tu jeszcze powrócę”. Byczynianie bojąc się zemsty postawili w tym miejscu krzyż. I stwierdzili, że jak się przewróci, to ona wróci. Krzyż się przechyla – kontynuuje Brzezińska.

Byczyna, to miasteczko oddalone o cztery kilometry od Ciecierzyna. Fot. Stefan Ronisz / naTemat

Byczyna jest jedną z najbardziej zadłużonych gmin w Polsce. Do 2017 roku była to kwota blisko 115 mln zł. Niektórzy uważają, ze kłopoty tego regionu zaczęły się w 2009 roku, kiedy w centrum miasta – podczas remontu – wykopano zwłoki. – Rzeczywiście miały tu miejsce pochówki atypowe, czyli wampiryczne, ale nie tylko. Myśmy mieli tutaj na przełomie XIII i XIV wieku ossuarium i krematorium – wylicza Brzezińska. Ktoś inny wspomina: – Tu nic dobrego się nigdy nie zadzieje. Jest też gród, gdzie przez parę lat odbywały się festiwale satanistyczne. Także ludzie sobie to wszystko jakoś łączą. Pani burmistrz, która tak zadłużyła gminę ze dwa lata temu próbowała ją zawierzyć Matce Boskiej. Była w Częstochowie, ale się nie udaje.
Wiele osób śmieje się z tych, którzy próbują łączyć te wszystkie historie i doszukiwać się klątwy czarownicy. – To zło człowieka, ono doszło do głosu – słyszę. To samo powtarza ksiądz: – Sytuacja z Ciecierzyna przypomina nam podstawową prawdę o człowieku – każdy z nas ma skłonność do zła. Kościół nazywa to skutkami grzechu pierworodnego. Może ta sytuacja ma nam o tym przypomnieć. Nie wiem… Nie wiem, czego tutaj zabrakło. Poprosiłem parafian, żeby zrobili porządny rachunek sumienia z tego, jakim każdy jest człowiekiem. Każdy z nas ma skłonność do zła, tutaj to zło zawładnęło człowiekiem.
Aleksandrze J. i Dawidowi W. grozi dożywocie. Sąd może złagodzić karę.
* Imiona niektórych mieszkańców wsi zostały zmienione.

Daria Różańska
Stefan Ronisz





Autorzy artykułu:

Daria Różańska-Danisz

wicenaczelna

Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek

Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.

Sprawdź, jak to działa

Kwota napiwku

Wiadomość do autora (opcjonalnie)

Twój adres e-mail

Kod BLIK znajdziesz w aplikacji swojego banku