Prezydent RP może mniej
Rafał Madajczak/naTemat.pl: Zanim przejdziemy do spraw dużych i ogólnopolskich, mała prywata: dlaczego pod szkołę mojej córki na Woli nie podjeżdża 167, tylko jak akurat ona chce jechać, to przyjeżdżają 105 seriami?
Prawdopodobnie 105 częściej kursuje, bo to bardziej oblegana linia. Ale nie znam akurat trasy 105 na pamięć, musiałbym sprawdzić rozkład.
Zacząłem w ten sposób, bo byłem ciekaw, czy od kiedy został pan prezydentem znajomi nie zaczepiają pana właśnie z takimi postulatami.
Oczywiście, że się zdarza. Pytają się na przykład, dlaczego światła sygnalizacyjne są ustawione w taki, a nie inny sposób i to często sprawdzam.
Naprawdę tak to działa?
Człowiek się w ten sposób uczy miasta. Jest wiele miejskich mitów, które w ten sposób się weryfikuje. Czasami mity okazują się całkowitą nieprawdą, czasami człowiek napotyka na rzeczywiste absurdy. Ale wiele informacji próbuje potwierdzać, a czasem też podejmuję różnorakie interwencje.
Dla przykładu sprawdzam, czy rzeczywiście ustawienie świateł na jednym z ruchliwych skrzyżowań w skręcie w lewo powinno być o dwie minuty dłuższe. Albo wysyłam ekipę do zamalowania swastyki na murze.
Zupełnie inny rodzaj sprawczości niż gdy był pan posłem.
Nawet minister nie ma takiej sprawczości jak prezydent miasta. W rządzie wiele osób składa się na pojedyncze decyzje, rozkłada się to wszystko w czasie. Za zasługi zresztą wiele osób przypina sobie ordery do piersi.
Sprawczość posła czy ministra jest zupełnie inna. Posłowie w Polsce niestety mają niezbyt duże możliwości działania. Opinia posła opozycji przez dzisiejszy rząd nie jest w ogóle brana pod uwagę, ale poseł partii rządzącej też ma ograniczony bezpośredni wpływ na rzeczywistość. Nawet minister nie ma takiej sprawczości jak prezydent miasta. W rządzie wiele osób składa się na pojedyncze decyzje, rozkłada się to wszystko w czasie. Za zasługi zresztą wiele osób przypina sobie ordery do piersi.
A prezydent podejmuje decyzję i jest szybki efekt - żłobki, programy senioralne, pomoc dla powstańców, nowe inwestycje...
No właśnie. Gdy ktoś zostaje prezydentem Warszawy, w naturalny sposób zaczyna pojawiać się na giełdzie nazwisk kandydatów na prezydenta kraju. Tylko taka przeprowadzka oprócz większego prestiżu oznacza jednocześnie drastyczne obcięcie uprawnień i tego, co jest możliwe. Wyobrażam sobie, że prezydent miasta po jednej, dwóch, trzech kadencjach w ratuszu doznałby szoku, jak niewiele może.
Wszyscy patrzą na zmiany stanowisk tylko pod kątem prestiżu. Wielu dziennikarzom się w głowie nie mieści, że ktoś mógłby stanąć przed tego typu dylematem i nie rozstrzygnąć go na korzyść startu w wyborach na prezydenta kraju. Natomiast każdy, kto liznął samorządu, miałby ogromny dylemat czy zostać ministrem, posłem czy nawet prezydentem RP. Możliwości realizacji programu, brania się za bary z rzeczywistością i odciśnięcia piętna na rzeczywistości są dużo większe, gdy ktoś jest prezydentem dużego miasta.
Jest pan w trakcie 7. miesiąca pracy na tym stanowisku. Przepraszam od razu za banał, ale co pana zaskoczyło w tej pracy? Czego panu nie powiedziano i musiał się przekonać dopiero na własnej skórze?
Wiedziałem, że w związku z trwającą kampanią wyborczą zainteresowanie mediów moją pracą będzie nieustanne, ale nie spodziewałem się, że za drzwiami będzie niemal zawsze dziesiątka kamer czekających na komentarz. Nie myślałem, że tak dużo czasu będziemy musieli poświęcać bieżączce medialnej. Wolałbym więcej czasu poświęcać zarządzaniu miastem. Że wszyscy będą strasznie szli na łatwiznę i tak łatwo podtrzymywali narrację PiS.
To musi być frustrujące.
No cóż - dziś w Polsce rytm pracy większości mediów wyznacza Twitter. W związku z czym coraz rzadziej dziennikarze podejmują trud pełnego zweryfikowania swoich informacji. Za duże tempo. Za godzinę Twitter żyje już czym innym.
Dlatego ograniczyłem korzystanie z Twittera. Nie mam powiadomień, a w weekend unikam, kiedy do mnie dotarło, że w każdym momencie mamy shitstorm dnia, zawsze temperatura jest tak wysoka, jakby chodziło o wojnę końca świata, a potem zaczyna się nowy shitstorm. I tak 24 na 7. Twitter to taka całodobowa stacja benzynowa z burzami.
Dziś w Polsce rytm pracy większości mediów, wyznacza Twitter. W związku z czym coraz rzadziej dziennikarze podejmują trud pełnego zweryfikowania swoich informacji.
Jak ktoś chce być gwiazdą na Twitterze, jego decyzja. Problem w tym, że poważne media poddają się temu terrorowi. Dla przykładu na Twitterze był przez chwilę szum, że pojechałem na szczyt Europejskiej Partii Ludowej, gdzie przede wszystkim w kuluarach załatwiałem sprawy ważne dla miasta - rozmawialiśmy o bezpośrednim dostępie do europejskich pieniędzy dla metropolii, relokacji firm europejskich po Brexicie. Na marginesie szczytu prezentowałem także stanowisko Eurocities (związku miast europejskich) w sprawie funduszu społecznego.
W jednym pokoju naraz jest przewodniczący Komisji Europejskiej, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Rady Europejskiej, komisarze, ważni politycy europejscy. W kuluarach w godzinę załatwiam tam dziesiątki rzeczy. A na Twitterze robi mi się z tego zarzut, że jeżdzę na spotkania partyjne z kasy miasta. Lepiej byłoby, gdybym pojechał na tydzień i poumawiał się ze wszystkimi z osobna?
To nie takie łatwe. Równolegle mamy burzę w sprawie edukacji. I co się dzieje? Idę do mediów i zamiast o edukacji połowę programu rozmawiamy o twitterowych rewelacjach. Zaręczam, że edukacja naprawdę bardziej ludzi interesuje.
W takim razie porozmawiajmy o edukacji. Był pan posłem w trakcie przepychania przez Sejm “reformy” edukacji, więc zapytam pana, tak jak pytam innych ludzi. Proszę mi wytłumaczyć, o co miało chodzić przy “reformie” edukacji?
Zadaję to samo pytanie. Po co wprowadzać taki chaos i to jeszcze w sposób tak nieprofesjonalny? Pan minister próbował mi tłumaczyć, że generalnie polska edukacja uczy tylko wkuwania na pamięć. A przecież system gimnazjów i liceów właśnie z tym walczył, promował specjalizację i twórcze myślenie nad rozwiązywaniem problemów. A PiS wprowadza system sprzed 30 lat.
Zamiast ulepszać system powszechnie stosowany na świecie, niszczy się go. Po co? Nie wiem. Żeby przy okazji wymienić dyrektorów? Żeby zmienić podstawy programowe? Ja rozumiem, że PiS tworzy państwo na nowo, państwo, w którym obywatel powinien być sformatowany wedle wyobrażenia władzy - to jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję.
Tylko dlaczego próbuje teraz mówić, że obecny chaos to wina samorządów. Które jeszcze powinny za realizację tych poronionych pomysłów płacić. Minister Piontkowski powiedział wprost: nie dostaniecie tyle pieniędzy, ile powinniście, bo jesteście bogaci.
My stajemy na głowie, a minister mówi: to trzeba było szkoły wybudować. To co, miałem wybudować 5 nowych liceów na 4 lata? A kiedy skończy się podwójny rocznik mam zamknąć te licea z powodu braku uczniów? Wszyscy wiemy, że ludzie starają się o przyjęcie do konkretnego liceum. To nie jest tak, że wybuduję sobie liceum tu w parku...
Z kompletnie nowymi nauczycielami…
Połowa piątki Kaczyńskiego, która zakłada obniżenie PIT to uszczuplenie budżetu samorządu. To miliard zł rocznie mniej w budżecie Warszawy. Tak można zrobić wszystko.
Których nie ma - w Warszawie brakuje ponad 3 tys. nauczycieli. Mogę stanąć na głowie, przerobić sale, dostawić ławki, ale jakość edukacji będzie zupełnie inna i wszyscy jesteśmy tym przerażeni.
Do tego rząd przerzuca finansowanie deformy na samorząd. Uważam, że to jest przemyślany plan. Samorządy mają za swoje pieniądze realizować obietnice wyborcze PiS. Połowa piątki Kaczyńskiego, która zakłada obniżenie PIT, to uszczuplenie budżetu samorządu. To miliard złotych rocznie mniej w budżecie Warszawy. Nie zabraniam PiS-owi realizować programu, ale dlaczego za nasze pieniądze? 2/3 ostatniej podwyżki dla nauczycieli jest w tej chwili sfinansowana przez samorządy. Tak można zrobić wszystko.
Idźcie do Trzaskowskiego. Trzaskowski wam da.
Dlatego pytam PiS: gdzie te pieniądze? Nas podwyżka samych pensji będzie kosztować 130 mln zł. Więc gdzie jest nasze 130 mln?

Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Jak wygrać z PiS?
To może prostsze pytanie: jaki będzie wynik wyborów na jesieni?
Głęboko wierzę, że te wybory wygramy.
Na czym opiera pan tę wiarę?
Wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego wcale nie był taki zły, tylko niektórzy spodziewali się lepszego. Jeśli policzy się, ile głosów odpłynęło do Wiosny, weźmie pod uwagę nasze zdolności mobilizacyjne, to przy ich poprawie oraz zaadresowaniu również problemów wsi - i przedstawienie konkretnych propozycji programowych - wygranie wyborów staje się zadaniem wykonalnym. Problemem jest to, że tak dużo czasu zajmuje budowanie koalicji, ale mam nadzieję, że ten spektakl już się kończy. Czytałem oczywiście analizy, które pokazują, że gdyby nastąpiła idealna konstelacja gwiazd z dokładnością co do centymetra, to Platforma otrzymuje 32,5, lewica 17, koalicja PSL 9 procent.
Genialny plan ze 170 zmiennymi.
Dokładnie. A tu jest jedna zmienna. PiS ma 45 procent, my mamy razem ponad 40 i zabieramy się do roboty. Poza tym nie wierzę, że PSL z Kukizem odbierze tak wiele głosów PiS. Dużo bezpieczniejszym rozwiązaniem jest duża koalicja. Oczywiście duża koalicja oznacza poważną rozpiętość poglądów, ale tak samo jest u Demokratów w Stanach Zjednoczonych, czy nawet w CDU-CSU. Problem w tym, że wielu polityków po naszej stronie wpada w narrację PiS.
Jeśli słyszę od PSL, że prowadzimy jakąś wojnę światopoglądową, to jest to powielanie narracji PiS.
Jeśli słyszę od PSL, że prowadzimy jakąś wojnę światopoglądową, to jest to powielanie narracji PiS. Jaka wojna? Walczymy z hejtem, chcemy rozmawiać z dzieciakami o tolerancji na zajęciach, które są dobrowolne, postawić hostel, gdzie osoby wyrzucane z domu znalazłyby schronienie. Tyle. Gdzie tu sprawy światopoglądowe? PiS i jego propaganda robi z tego wojnę, a niektórzy politycy opozycji to powtarzają. Nie dajmy się wkręcać w cynicznie skalkulowaną narrację partii władzy.
Właśnie, narracja. Tezy publicystyczne mówią o potrzebie wielkiej, wspaniałej narracji, inni mówią o pracy u podstaw. Wiadomo, że do zwycięstwa potrzeba odzyskać wyborców, którzy PO straciła przez te lata. Jak to zrobić?
PiS wygrywa, bo programami socjalnymi pozyskuje nowy elektorat, ludzi, którzy nigdy nie głosowali. Czytam, że PiS jest teflonowy i jego elektorat trwa przy nim nie wiadomo dlaczego. Tymczasem duża część wyborców PiS odeszła od tej partii, tylko że na ich miejsce pojawili się zupełnie nowi. Nasi wyborcy nie zaczęli nagle masowo głosować na PiS. Oni nadal głosują na opozycję, tylko że trzeba ich dobrze zmotywować.
Jak?
Trzeba wrócić do tego, co zasadnicze. Jeżeli chcemy, żeby Polska miała silną pozycję w Unii Europejskiej, co będzie decydowało o naszej przyszłości, a nie będzie na totalnym marginesie, to nie wolno głosować na PiS.
Czytam, że PiS jest teflonowy i jego elektorat trwa przy nim nie wiadomo dlaczego. Tymczasem duża część wyborców PiS odeszła od tej partii, tylko że na ich miejsce pojawili się zupełnie nowi.
Jasno mówimy - utrzymamy programy socjalne, które ustanowił PiS. Trzeba uznać, że PiS przetłumaczył owoce transformacji na kieszeń Kowalskiego i że Kowalski tego chce. Polacy chcą nie tylko nowych przedszkoli i żłobków oraz dłuższego urlopu macierzyńskiego, co dała im PO, tylko żywych pieniędzy do ręki. Ale trzeba do tego dodać mnóstwo innych pomysłów programowych: dotyczących choćby lepszej edukacji, uczenia innowacyjności, samodzielnego myślenia otwarcia na świat. PiS żadnej z tych rzeczy nie chce. PiS chce stworzyć nowego patriotę rodem z epoki powstań narodowych z XIX wieku.
Trzeba mieć konkretną ofertę, ale dla konkretnych ludzi. Tak robiliśmy podczas kampanii w Warszawie. O czym innym mówiłem na Pradze Północ, a o czym innym na Ursynowie, nie dlatego, że tak sformatowałem wyborców, tylko że zupełnie inne są oczekiwania ludzi na Pradze Północ, a inne na Wilanowie. Na Pradze mówili mi: panie, opowiadasz o żłobkach czy metrze, a mnie interesuje, żeby mi podłączyli dom pod sieć ciepłowniczą. Trzeba mówić innym językiem do innych wyborców. Uważam, że absolutnie jest recepta na wygranie wyborów, tylko najpierw trzeba zakończyć negocjacje koalicyjne.
Premier wysypał się ostatnio i wiemy już że do wyborów jest nawet mniej niż 90 dni. Co można zrobić w te niecałe 100 dni jako opozycja?
Trzeba uniknąć sytuacji, w której w niektórych regionach na mapie mamy wyłącznie samotne plamy poparcia - niczym samotna wioska Asterixa, która jako jedyna jest zdolna bronić się przed złymi Rzymianami.
Można zrobić bardzo dużo, tylko że każdy ma inne zadanie. Ja pracowałem przez 10 miesięcy swojej kampanii od rana do nocy. Nasi kandydaci muszą robić to samo. Ja natomiast skupiam się na swojej pracy dla Warszawy oraz mobilizuję wyborców w dużych miastach, będę przekonywał ich do tego, że Platforma też jest sprawcza i jak coś obiecuje, to to zrobi.
Do tego z koleżankami i kolegami z samorządu szukamy wsparcia list opozycyjnych w tych miejscach, gdzie nie ma naszych struktur lub gdzie jesteśmy słabsi. Chodzi o to, żeby szukać ludzi, którzy wspomogą nas swoją osobą lub lokalnymi autorytetami tam, gdzie ostatnio wyborów nie wygrywaliśmy. Dziś jest wiele miejsc w Polsce, gdzie nie ma struktur Platformy, ba, nie ma nawet struktur PSL. Tam trzeba postawić na aktywnych miejscowych ludzi. Trzeba uniknąć sytuacji, w której w niektórych regionach na mapie mamy wyłącznie samotne plamy poparcia - niczym samotna wioska Asterixa, która jako jedyna jest zdolna bronić się przed złymi Rzymianami.
Czy da się przebić 1500+?
Ja rozumiem praworządność, europejskość, to są rzeczy ważne dla dużej części wyborców, ale w październiku 1,7 mln wyborców, również waszych, dostanie od rządu nie 500+, tylko 1500+ bo to będzie wyrównanie za trzy miesiące. Jak przebić coś takiego?
Czy jest potrzebna wielka opowieść, czy nie, to jest temat istotny, ale dziś, w 3 miesiące skutecznie takiej przekonywującej narracji nie zbudujemy.
PiS budował swoją opowieść konsekwentnie przez lata i zainwestował w to ogromne pieniądze. Inwestował też ogromne pieniądze w propagandę partyjną. Gdybyśmy zrobili jedną setną tego, co oni na froncie propagandy, to by nas już dawno nie było, bo nasi wyborcy by nam tego nie wybaczyli. Czy jest potrzebna wielka opowieść, czy nie, to jest temat istotny, ale dziś, w 3 miesiące skutecznie takiej przekonywującej narracji nie zbudujemy. Uważam jednak, że mamy już bardzo mocne elementy tej opowieści: czy chcesz nowoczesnej, europejskiej edukacji, która pozwala ci lub twoim dzieciom decydować o własnym losie, uczyć się tego, że nie ma jednej odpowiedzi na wiele pytań, pozwalać myśleć w sposób samodzielny? Krótko mówiąc otwartość, nowoczesność, europejskość, dawanie instrumentów Polakom, żeby się sami rozwijali. To jest opowieść, która, uważam, została przez nas zaniedbana. W Europie Zachodniej mawia się, że jak w wieku 20 lat nie byłeś w socjalistą, to później będziesz świnią. U nas było odwrotnie. Wszyscy byliśmy zawziętymi liberałami.
Wszyscy w fanklubie Balcerowicza…
No tak, bo wychodziliśmy z komuny i pokazywaliśmy jej środkowy palec. Wolny rynek miał wszystko załatwić. Dziś, choćby po ostatnim kryzysie finansowym, wszyscy wiemy, że to tak łatwo nie działa.
Podobnie z kryzysem ekologicznym.
Dziś wiemy, że bez interwencji państwa w ekologię, bez zabezpieczeń społecznych, czy regulacji sektora bankowego świat opanuje chaos. Jako politycy uznajemy więc wartość silnego państwa, ale stawiamy na niezależność i samodzielność myślenia. To wielki atut Polaków, że jesteśmy właśnie nieszablonowi, a PiS próbuje nas wtłoczyć w swój konserwatywny, jedynie słuszny szablon.
Kolejnym elementem naszej opowieści jest silny samorząd. Dzięki któremu decyzje są podejmowane blisko obywateli. Kaczyński natomiast nie znosi wszystkiego co niezależne i chce wszystko centralizować - ograniczając władze samorządu.
Na koniec pytanie o słabe morale wyborców liberalnych, którzy każdy pomysł PiS odbierają jako pokaz siły i długofalowego planu, a każde potknięcie opozycji uznają za sygnał nadchodzącej klęski. Na jesieni 2018 musiał się pan mierzyć z zarzutami, że pański konkurent jest generalnie lepszy we wszystkim, lepiej smażył kiełbaski, wcześniej wstawał i generalnie był bardziej z Warszawy niż pan. Dziś w tej sytuacji jest opozycja. Jak walczyć z tą chwiejnością nastrojów po liberalnej stronie?
Widziałem się ostatnio z dziennikarzami, którzy mówili, że wszystko jest źle. A ja im na to, że przecież to samo mówiliście rok temu o mojej kampanii.
Dotyka pan podstawowego problemu. Jedna rzecz to bańka twitterowa, która sama się napędza w pesymizmie. W wyborach słyszałem głównie jęk, że mam niewłaściwych ludzi, że to ludzie, którzy robili nieudaną kampanię prezydenta Komorowskiego. Dziś słyszymy to samo, zamiast sensownej analizy. Jakby nikt nie wyciągnął wniosków z mojej kampanii. Widziałem się ostatnio z dziennikarzami, którzy mówili, że wszystko jest źle. A ja im na to, że przecież to samo mówiliście rok temu o mojej kampanii. Do tego dochodzi bezrefleksyjne powielanie tez pisowskiej propagandy. A rzeczywistość nie jest wcale taka jednoznaczna, trzeba chwilę poświęcić refleksji, a nie powtarzać to, co powtarzają inni.
Często też w dyskursie medialnym pojawiają się recepty, które nie przystają do naszej rzeczywistości. PiS - partia wodzowska - może działać w oparciu o system gdzie lider pociąga za sznurki, a z przodu dumnie pierś prężą figuranci. W partii demokratycznej to nie zadziała.
Przekonałem się, że ciężka praca i realizowanie swojego programu jest sto tysięcy razy ważniejsze niż medialne relacje z kampanii.
Jestem już udoporniony na utyskiwanie i nierealistyczne pomysły politycznych podpowiadaczy. Uzyskałem pewność że moje intuicje są dużo częściej słuszne niż to co pisze się w sieci. Przekonałem się, że ciężka praca i realizowanie swojego programu jest sto tysięcy razy ważniejsze niż medialne relacje z kampanii. Podczas warszawskich wyborów chwalono aktywność Jakiego, a moją krytykowano. A dlaczego? Bo za mało tłukłem się na Twitterze. Stamtąd przecież część dziennikarzy czerpie większość swojej wiedzy o rzeczywistości.
Oczywiście elektorat PiS jest bardziej wierny swojej partii I mniej podatny na przekazy negatywne. Przez to że ogląda 4 kanały propagandy. I nie siedzi na Twitterze.
Wychodzi więc na to, że trzeba…
Robić swoje - ciężko pracować i konsekwentnie podkreślać swój przekaz. Jest szansa, że ludzie to docenią.
Rafał Madajczak
Agencja Gazeta
Fot. Przemek Wierzchowski/Agencja Gazeta
