Toksyczna męskość i różnice klasowe. Czego spodziewać się po trzecim sezonie serialu „Biały Lotos”

MATERIAŁ REKLAMOWY
Jak bardzo można cieszyć się na widok kogoś, kim, w zasadzie, pogardzamy? Sądząc po reakcjach na nowy sezon serialu “Biały Lotos” - niesamowicie. Tym razem biali, uprzywilejowani, a jednocześnie niesamowicie w sobie zadufani amerykańscy turyści zabierają nas do Tajlandii. Wskakujcie więc do łodzi: przybijamy do brzegów jednego z najbardziej luksusowych tajskich resortów spa. Jedna uwaga: tym razem smartfony zostają w sejfie. 
A w zasadzie - jutowym worku, którego strzec ma obsługa. Luksusowe apartamenty pozbawione są wi-fi, a na terenie całego obiektu panuje zasada, zgodnie z którą korzystanie z nowych technologii jest może nie tyle zakazane, co niepożądane. Brzmi jak cudowna ucieczka od rzeczywistości? Oczywiście, nie dla wszystkich. 
Narzekanie na rzeczy, które dla zwykłego - czytaj: znacząco mniej zamożnego - śmiertelnika, byłyby szczytem luksusu, są w “Białym Lotosie” na porządku dziennym. Poprzednie dwa sezony hitowej serii również bazowały na tego rodzaju dynamice. W sezonie numer trzy, który właśnie wchodzi - odcinek po odcinku - do serwisu streamingowego Max, nie jest inaczej. 
Nie wszyscy bohaterowie chcą podporządkować się odpoczynkowi w stylu mindfullness
Brak wi-fi i zachęta, aby pozbyć się komórek, są nieprzyjemnym szokiem, na przykład, dla Timothy’ego - bajecznie bogatego biznesmena, który za grube tysiące wykupił “wymarzone” wakacje dla swojej rodziny. Nie trzeba chyba zaznaczać, że jego wypełniony śnieżnobiałymi licówkami uśmiech, którym nieustannie obdarowuje zarówno swoje dzieci, jak i obsługę, również warto brać w duży cudzysłów. 
Timothy wygląda więc znajomo. Można nawet powiedzieć, że jest typowym gościem “Białego Lotosu”. Wcale nie oznacza to jednak, że showrunnerowi serii, Mike’owi White’owi, zabrakło pomysłów - wręcz przeciwnie. Wciąż świetnie radzi sobie z wyłapywaniem tego, co w nas najgorsze i wyciąganiu charakterologicznych brudów na światło dzienne. 
Napisałam “w nas”? Cóż… Najwyraźniej. 

Biały Lotos: z siebie się śmiejecie

“Biały Lotos” to serial napisany i reżyserowany przez wspomnianego już Mike’a White’a. Zanim stał się powszechnie poważanym i utytułowanym twórcą społecznej satyry, parał się wieloma filmowymi zajęciami. Sporo grał, ale raczej bez większych sukcesów (jeśli należycie do pokolenia millenialsów, być może pamiętacie go ze “Szkoły rocka” z Jackiem Blackiem. A może i nie). 
Wielki przełom przyszedł w momencie, gdy wpadł na genialnie prosty pomysł: zabierzmy widzów tam, gdzie sami raczej nigdy nie będą mieli szans pojechać. I nie chodzi tu nawet o sam kierunek: na Hawajach, gdzie rozgrywała się pierwsza seria, czy na Sycylii, gdzie toczyła się druga, znajduje się wiele budżetowych hoteli. Chodzi o epicentrum luksusu - o miejsce, w którym doba hotelowa kosztuje tyle, co wasze miesięczne zarobki. 
Któż nie chciałby zajrzeć do takiego przybytku? Podziwiać pięknych ludzi w jeszcze piękniejszych okolicznościach przyrody i architektury? Każdy by chciał, wiadomo. I po to są jednak programy podróżnicze. Albo reality tv. 
Zapierające dech scenerie i piękni ludzie to tylko przykrywka. To, co pod powierzchnią, jest nie wygląda zwykle tak instagramowo. 
Żeby pozyskać naszą uwagę, White musiał więc dosypać rodzynek do tego idealnego sernika. W zapierającej dech w piersiach scenerii umieścił bohaterów o, mówiąc wprost, okropnych charakterach. I to zadziałało. 
Każdy sezon serii przedstawia więc tydzień z życia gości i pracowników luksusowego hotelu sieci White Lotus w różnych częściach świata, odsłaniając przy tym ich skrywane tajemnice, hipokryzję i uprzywilejowanie. Krytyka społeczna miesza się tu z czarną komedią, a także, co dość istotne - kryminalną tajemnicą. Za pięknymi widokami i ekskluzywnymi wakacjami zawsze czają się bowiem ogromne napięcia oraz nieuchronna, zapowiadana zwyczajowo już w pierwszym odcinku, śmierć (tym razem - w wyniku strzelaniny).

Oglądając “Biały Lotos” nie sposób się nie śmiać - bohaterowie nieustannie balansują na cienkiej granicy pomiędzy oderwaniem od rzeczywistości a brakiem wiarygodności. Nigdy jednak nie stają się aż tak śmieszni, że przestajemy im wierzyć, co, musicie przyznać, może być nieco przerażające. 
Bo czym, oprócz stanu konta, bohaterowie “Białego Lotosu” różnią się od nas? Chcielibyśmy powiedzieć, że wszystkim. My przecież nigdy byśmy… 
A może jednak zdarza nam się patrzeć z góry na obsługę hotelu, w którym spędzamy wakacje? A może my również wyjeżdżamy na all inclusive do kraju, który, zaskoczeni pytaniem, średnio bylibyśmy w stanie umiejscowić na mapie? A może, w czasie wakacji, trochę za rzadko (albo nigdy?) ruszamy się z hotelowego leżaka, aby doświadczać lokalnej kultury i wspierać lokalne biznesy?
Czy, parafrazując Gogola, śmiejąc się z bohaterów “Białego Lotosu”, z siebie się śmiejemy? Być może. Abstrahując satyry, cytowanie Gogola jest tu o tyle na miejscu, że w nowym sezonie ujawnia się również wątek rosyjski. 
Resort jest bowiem schronieniem dla ekspatów, szukających sobie miejsca z dala od najeżdżającego Ukrainę agresora. W pierwszym odcinku poznajemy Valentina, który ma dbać o “formę” trzech przyjaciółek - jednych z głównych bohaterek tej serii. Ich reakcje można odczytywać na różne sposoby: zachwyt? Zmieszane z pogardą zdziwienie? 
To, na ile Amerykanie rozumieją dynamikę napiętych stosunków w Europie, okaże się pewnie w kolejnych osłonach tej serii. Nie jest jednak tajemnicą, że Mike White ma oko również do tego rodzaju społecznych niuansów, więc można mieć pewność, że pociągnie ten wątek dalej. 

Kogo znienawidzimy w tym sezonie?

Listę postaci, które z lubością będziecie hejtować, otwiera wspomniany Timothy oraz jego nader wyluzowana (dzięki uprzejmości przemysłu farmakologicznego) żona. Trójka dzieci pary jest zróżnicowana charakterologicznie: o ile najstarszy, Saxon, jest typem jednoznacznie odpychającym (nadmiernie pewnym siebie i swoich seksualnych “mocy”), to już młodsi - Piper i Lochlan, mają w sobie nieco więcej przystępnych cech, co nie oznacza oczywiście, że są bez skaz. 
Do resortu przybywają również przyjaciółki z dzieciństwa: Kate, Laurie i Jaclyn. Dorosłe dziś kobiety podążają zupełnie różnymi ścieżkami życiowymi - pobyt w luksusowym spa zafundowany przez Jaclyn, sławną aktorkę, ma je ponownie zbliżyć do siebie. Pytanie, czy przepaść pomiędzy nimi nie jest zbyt wielka? Sądząc po przesłodzonych komplementach, jakimi hurtowo się nawzajem obsypują, może być tego dowodem. 
Trzeci “zestaw” bohaterów to Rick i Aimee - podstarzały “luzak” i młodziutka instruktorka jogi. Dlaczego wylądowali w Białym Lotosie? W planach, jak wspomina w jednym momencie Aimee, była Australia. Na razie nie wiemy, dlaczego zboczyli z kursu, ale z pewnością nie był to przypadek. 

Czy jest “życie” po Tanyi?

Na koniec informacja dla wkręconych w poprzednie dwa sezony (jeśli nie oglądaliście: oto wasze ostrzeżenie przed ogromnym spoilerem). Tanya nie powróci do żywych - to raczej było oczywiste. Niemniej jednak duch kultowej bohaterki, granej przez niezrównaną Jennifer Coolidge, będzie czuwał nad serią. Na ekranie, już w pierwszym odcinku, pojawi się ktoś, na którego widok będziecie chcieli zapytać: “Czy to możliwe, że to…?”. Tak. To możliwe. 
Drugą bohaterką, której drogi już wcześniej skrzyżowały się z Tanyą, jest Belinda, kierowniczka spa w "Białym Lotosie" na Hawajach. Kobiety miały dość skomplikowaną relację. Czy w tym wątku również ujawni się duch przeszłości? Sprawdźcie koniecznie. 
Materiał powstał we współpracy z platformą streamingową Max.




Autorzy artykułu:

Karolina Pałys

dziennikarka