Zsyłka okaże się trampoliną? Krzysztof Kwiatkowski mocno pracuje nad polityczną przyszłością

Krzysztof Kwiatkowski chce, by Najwyższa Izba Kontroli miała realny wpływ na parlament i rząd.
Krzysztof Kwiatkowski chce, by Najwyższa Izba Kontroli miała realny wpływ na parlament i rząd. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Kiedy Krzysztof Kwiatkowski zostawał prezesem NIK, oceniano, że został pokonany przez politycznych konkurentów i wylądował na politycznym zesłaniu. Jednak po pół roku pełnienia urzędu widać, że rzutki prezes nie pozwoli o sobie zapomnieć i będzie wykorzystywał stanowisko do budowania pozycji. Bo pewne jest, że na gabinecie ministra sprawiedliwości nie kończą się ambicje i możliwości prawnika ze Zgierza.


W kilka godzin po przekazaniu ZUS-owi 153 mld złotych media obiegła informacja o tym, że kontrolę w ZUS zaczyna Najwyższa Izba Kontroli. – Będziemy badać, czy cała ta operacja nie wpłynie na sprawność wypłaty rent i emerytur – uzasadniał w „Jeden na Jeden” w TVN24 jej prezes Krzysztof Kwiatkowski.


Kwiatkowski bierze się za głośne sprawy, takie jak pomoc potrzebującym. Na zarzuty Bogdana Rymanowskiego, że jej marna kondycja to wina rządu PO Kwiatkowski odparł: – I właśnie dlatego Najwyższa Izba Kontroli, na mój zresztą wniosek, zdecydowała się na przeprowadzenie tej największej w historii kontroli. Jeżeli mamy te 50 mld zł, to niech te pieniądze trafiają do rzeczywiście potrzebujących – mówił. I bynajmniej nie brzmiało to jako obrona jego niedawnych kolegów z rządu.


Płynnie przeszedł do krytykowania rządowego programu aktywizacji zawodowej starszych. – Są środki, są instytucje za to odpowiedzialne, a na końcu nie ma tego efektu, który chcielibyśmy osiągnąć – atakował. – Z naszych danych wyłania się bardzo smutny obraz – dodawał.


Przekonywał, że zmienia się podejście polityków do raportów NIK. – Po kilku miesiącach widać, że nasze raporty zmuszają rządzących do podejmowania działań – przekonywał z optymizmem. Jednym z narzędzi zwiększenia wpływu na polityków jest właśnie zwiększenie medialnej aktywności Izby. Nie było o niej tak głośno od czasów prezesury Lecha Kaczyńskiego ('92-'95). Co czasem spotyka się ze słowami krytyki.


Ale Kwiatkowski zdaje się tym nie przejmować, bo trawestując Stanisława Wyspiańskiego można stwierdzić, że Izbę są widzi ogromną. Chce, żeby jej praca nie była tylko produkcją makulatury. Wnioski izby mają być wdrażane, a trudniej będzie je zignorować, jeśli zrobi się o nich głośno. Dlatego NIK bierze się za głośne, wzburzające ludzi tematy. Podejrzewam, że kiedy odbuduje w politykach respekt do Izby będzie mógł zająć się mniej krzykliwymi tematami.

Na pewno nie pozwoli sobie na bezczynność. A może inaczej: Krzysztof Kwiatkowski nie pozwoli swoim pracownikom na pogrążanie się w marazmie. – Jestem pracoholikiem, chociaż wiem, że to nie jest dobra cecha – przyznaje w rozmowie z naTemat. – Przychodzę do pracy o 8, wychodzę ok. 20-22. Wpływ na to pewnie ma również fakt, że zdecydowaliśmy z żoną, że nie przeprowadzimy się do Warszawy. Dlatego do domu wyjeżdżam w piątek po południu, a w poniedziałek rano wracam do pracy – relacjonuje.

Jak widać styl jego pracy się nie zmienił. Kilka miesięcy temu Kwiatkowski opowiadał o czasie spędzanym w biurze ministra sprawiedliwości czy premiera Jerzego Buzka, kiedy był jego asystentem. – Kiedy byłem ministrem sprawiedliwości często przychodziłem do pracy przed 8 rano, a wychodziłem grubo po północy. Także kiedy byłem asystentem premiera Buzka, szef pracował od rana do nocy – mówił w rozmowie z naTemat w kwietniu 2013 r.

Czas w pracy poświęca na realizowanie programu, z którym przychodził do Izby. – Informowanie opinii publicznej to nasz konstytucyjny obowiązek. Poza tym, gdy opinia publiczna jest poinformowana o wynikach kontroli jest większa szansa, że rząd czy parlament przedstawią inicjatywę ustawodawczą zawierającą nasze wnioski – tłumaczy. I dodaje, że w ciągu pół roku jego prezesury w NIK widać już poprawę.

Tutaj w naszej rozmowie następuje niemożliwy do przerwania kilkuminutowy monolog Kwiatkowskiego, w którym prezes wylicza sukcesu Izby pod jego przywództwem. Mówi o tym, że senacki projekt ustawy dotyczącej billingów i inwigilacji obywateli zawiera najważniejsze uwagi NIK-u, że projekt ustawy o ochronie zwierząt także podparty jest analizą Izby, że dzięki kontroli przyspieszono prace nad łupkami, że doskonale układa się współpraca z Prokuraturą Generalną, a NIK jest doceniany w otoczeniu międzynarodowym.

Jak informował „Newsweek” zawarł porozumienie z marszałkiem Senatu Bogdanem Borusewiczem. Zgodnie z nim to Izba Wyższa ma się zająć przygotowywaniem zmian w prawie wcielających w życie wnioski NIK-u. Przeciążony Sejm nie ma na to czasu, za to Senat cierpi na brak zajęć. I realnej władzy.

Taki mechanizm został już zresztą przećwiczony przez Kwiatkowskiego, kiedy sam (z rekordowym wynikiem 164 tys. głosów) trafił do izby zadumy. Młody prawnik cierpiał na brak wyzwań, więc zaangażował się we wcielanie w życie wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Kierował wtedy Komisją Ustawodawczą.

Po dymisji kolejnego ministra sprawiedliwości (Andrzeja Czumy, który zastąpił Zbigniewa Ćwiąkalskiego) Donald Tusk zaproponował to stanowisko senatorowi ze Zgierza. Bardzo szybko Kwiatkowski stał się jednym z prymusów w rządzie. Był pracowitym ministrem, który musiał poradzić sobie z dopięciem szczegółów rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. To on kierował resortem 10 kwietnia 2010 roku.

Ale minister miał poważną wadę – poza tym, że był kompetentny, był medialny i szybko stał się jedną z najważniejszych postaci Platformy. Okrzyknięto go najbardziej wpływowym prawnikiem w kraju (w tym roku jest na trzecim miejscu rankingu "DGP") A przez to stanowił zagrożenie dla partyjnego aparatu. Dlatego nikt nie stanął w jego obronie, kiedy po wyborach w 2011 roku Donald Tusk postanowił zainstalować w resorcie Jarosława Gowina, wtedy lidera frakcji konserwatywnej. Kwiatkowski musiał się zadowolić fotelem posła. Szybko jednak zaangażował się w prace komisji związanych z jego byłym resortem.

Wiedział jednak, że obecnej konstelacji nie będzie miał szansy na zajęcie ważnych stanowisk w rządzie czy w partii. Dlatego gdy zbliżała się do końca Jacka Jezierskiego zaczął starać się o prezesurę NIK-u. Przewidywano, że sześcioletnia kadencja to po prostu usunięcie się w cień i przeczekanie na zmianę pokoleniową w polityce. Ale Kwiatkowski nie zasypia gruszek w popiele.

Dzisiaj prezes NIK niemal alergicznie reaguje na wszelkie pytania ocierające się o politykę. – Od 27 sierpnia polityka przestała mnie interesować. Zarówno formalnie, bo złożyłem mandat i odszedłem z partii, jak i faktycznie. Zależy mi na politycznej niezależności NIK-u – zapewnia. Nie znaczy to jednak, że w zaciszu gmaszyska przy ulicy filtrowej w Warszawie nie snuje planów na przyszłość. Niewątpliwie związaną z polityką.

Polityczne szlify Kwiatkowski zdobywał u boku Jerzego Buzka, którego był asystentem. – Asystentura jest przede wszystkim drogą do nauki w ramach dziedziny, którą dany pracodawca się zajmuje. Ja byłem asystentem kilkanaście lat temu, a później wykonywałem różne funkcje. Z okresu asystentury można wynieść przede wszystkim wiedzę, umiejętności, oraz poznać ważne osoby – wspominał ten czas w rozmowie z naTemat obecny prezes NIK.

– Pan Krzysztof Kwiatkowski zawsze był człowiekiem odważnym, uczciwym i kierującym się racją stanu – wspomina sam były premier.

Polityczna droga Krzysztofa Kwiatkowskiego zaczęła się w radzie miejskiej w Zgierzu. Już raz przecięła siedzibę premiera. Wtedy młody prawnik pracował tam jako asystent szefa rządu. Z bliska obserwował błędy, które popełniał jego szef. Czy za kilka lat będzie miał okazję pokazać ile się na nich nauczył? Patrząc na skuteczność Krzysztofa Kwiatkowskiego to wielce prawdopodobne.