
Robert Biedroń napisał na Twitterze, że "znowu został uderzony i zwyzywany". Oczywiście, za to, co zwykle, czyli orientację seksualną. Poseł narzeka, że policja nawet do niego nie przyjechała. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych twierdzi jednak, że funkcjonariusze byli na miejscu zdarzenia 5 minut po telefonie Biedronia, tylko posła już tam nie było.
Uderzony i zwyzywany od "ciot", "pedałów" i "parów" - taki incydent przydarzył się znowu Robertowi Biedroniowi z Twojego Ruchu. Poseł poinformował o tym na Twitterze. Oczywiście, od razu spotkał się z reakcjami podzielonymi na współczucie i oburzenie z jednej strony oraz kpiny i szyderę z drugiej.
Kolejny raz zostałem uderzony na ulicy. I tym razem podobnie - za to, że jestem wg. panów 'parówą', 'ciotą' i 'pedałem'. Ile jeszcze razy?
— Robert Biedron (@RobertBiedron) luty 20, 2014
Biedroń podkreślił we wpisach, że "policja nie przyjechała". Na to oficjalny profil Ministerstwa Spraw Wewnętrznych odpowiedział, że poseł nie tylko nie zawiadomił policji na komisariacie (jedynie zadzwonił na numer alarmowy), ale nie czekał też na funkcjonariuszy na miejscu zdarzenia. Według MSW policja była tam już 5 minut po zajściu, ale z kolei nie było tam Biedronia.
Poseł Twojego Ruchu odparł, że "kłamstwem jest, że policja była tam w 5 minut". Gdyby tak było, to funkcjonariusze mogliby złapać sprawców - twierdzi Biedroń. MSW upiera się przy wersji, że policjanci zjawili się w ciągu 5 minut. Wygląda więc na to, że podobnie jak z Przemysławem Wiplerem, trzeba będzie poczekać na nagranie z monitoringu - i przekonać się, kto w tej sytuacji mówi prawdę.
