
– Ze względu na dobro dzieci warto zawiesić funkcjonowanie tych ośrodków, a z pewnością natychmiast przekazać je pod bezpośrednią kuratelę państwa – apeluje dziennikarz Piotr Szumlewicz po czwartkowych doniesieniach “GW”. Czy szokujące praktyki w zabrzańskim Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek, gdzie zakonnica przekazywała dzieci młodym pedofilom, to dowód, że państwo nie zdało egzaminu?
Przykleiłem do drzwi klasztoru sióstr Boromeuszek interpelacje do ministra Biernackiego i Krajowej Rady Sądowniczej! pic.twitter.com/EeARySaqXG
— Palikot Janusz (@Palikot_Janusz) April 11, 2014
I choć widowiskowe działanie polityka można uznać za wyborczą grę, to pytania o to, gdzie w sprawie ośrodka w Zabrzu były przez lata państwowe instytucje, stawia sobie dziś wiele osób. Trudno się temu dziwić, bo cierpienia dzieci były zbyt duże, a państwo przez lata nie było w stanie ich dostrzec, a później ukarać winnych.
Dziennikarz “Bez dogmatu” i Superstacji tłumaczy, że być może “przypadek ośrodka w Zabrzu nie jest odosobniony, a gwałty i przemoc wobec dzieci mają też miejsce w innych ośrodkach”. – Obecnie o tym nie wiemy, ponieważ placówki zarządzane przez Kościół często nie są poddane żadnej kontroli – alarmuje w swoim liście domagając się, by państwo natychmiast zajęło się tą sprawą.
Ks. Arnold Zimnicki jest dyrektorem salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego w Trzcińcu. To placówka dla chłopców “niedostosowanych społecznie bądź z zaburzeniami zachowania”, którzy mieli problemy z prawem. W rozmowie z naTemat ks. Zimnicki jest bardzo zdziwiony stwierdzeniem, że kościelne ośrodki nie są wystarczająco dobrze kontrolowane.
Gdyby ten ośrodek działał na podstawie ustawy o pomocy społecznej, być może patologie dałoby się wykryć wcześniej. Ustawa zakładała, że wojewoda - jeśli nie było niepokojących sygnałów - raz na trzy lata wysyłał kontrolerów do ośrodka, którzy badali jego funkcjonowanie. I to niezależnie od tego, czy był to ośrodek prowadzony przez Kościół, czy nie. CZYTAJ WIĘCEJ
Będą kontrole
Piotr Szumlewicz przekonuje, że nie chodzi mu o to, że duchowni dopuszczają się nadużyć wyraźnie częściej niż świeccy nauczyciele. – Problem polega na tym, że ci drudzy są kontrolowani przez odpowiednie państwowe instytucje, a pierwsi – właściwie nie – mówi.

