"Od lat zadaję sobie pytanie, dlaczego ateiści nie są w stanie korzystać z kulturowych doświadczeń swoich przodków z tą samą spontanicznością, ale i rygorem jak osoby głęboko wierzące?" - mówi szwajcarski filozof Alain de Botton w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską.
REKLAMA
Aleksandra Kaniewska: Dekalog to jeden z najważniejszych moralnych kodeksów obowiązujących chrześcijan. Jeśli spojrzeć na język, Dziesięć Przykazań opiera się na negacji – „nie będziesz”, „nie zabijaj”, „nie mów”. Czy współcześnie nie lepiej działałby zbiór zasad opartych na afirmacji, np. hasła: "szanuj", "bądź dobry i życzliwy"?
Alain de Botton: Pełna zgoda! Byłoby lepiej, gdybyśmy mogli ludzi inspirować, a nie straszyć, gdyby używać optymizmu raczej niż lęku. Jednak wybaczyłbym naszym przodkom ich negatywizm. Żyli w świecie dość trudnym. Musieli, proszę wybaczyć metaforę, zachowywać się jak surowi, staroświeccy rodzice wobec niegrzecznych dzieci. Dzisiaj wiemy, że można wychowywać inaczej oraz jak zachęcać do czynienia dobra w pozytywny sposób.
Podczas niedawnego spotkania laureatów pokojowej Nagrody Nobla Lech Wałęsa, były polski prezydent i przywódca „Solidarności”, zasugerował, że światu potrzebny byłby świecki dekalog. Co Pan o tym myśli?
Podczas niedawnego spotkania laureatów pokojowej Nagrody Nobla Lech Wałęsa, były polski prezydent i przywódca „Solidarności”, zasugerował, że światu potrzebny byłby świecki dekalog. Co Pan o tym myśli?
Odpowiem z nieco przydługim wstępem. Proszę zauważyć, że od kiedy mamy około 12 lat, przestaje się nas zachęcać do dobrego, miłego zachowania. Premiuje się za to różne inne dążenia, najczęściej z gatunku rywalizacji oraz dotyczące nauki i pracy. Zużywanie energii na to, żeby myśleć, a potem wcielać w życie sztukę życzliwości, wielu wydaje się dziwne, niecodzienne. Tym bardziej, że próby stania się „dobrą osobą” we współczesnej kulturze Zachodu kojarzą się raczej negatywnie: z nadmierną pobożnością, przesadnym namaszczeniem, wyrzeczeniem się cielesności. Trening duszy budzi zdziwienie. Ale wystarczy powiedzieć, że trenuje się ciało – a wzbudzimy szacunek i zazdrość. Ta zmiana odbija się w języku. Angielskie określenie „wicked” oryginalnie oznacza „niegodziwy, zły”. Dziś w ten sposób chwali się czyjąś fantazję i szaleństwo. Obelga zamieniła się w pochwałę.
Jedynie świat religijny, przynajmniej jego część, zachował zainteresowanie dla etyki stosowanej. Można się nie zgadzać z religijnymi definicjami dobra i zła, czy z praktycznymi wskazówkami do osiągnięcia życia wiecznego, ale to właśnie religie wciąż namawiają wiernych do dążenia do dobra. Oferują dekalogi i rytuały oraz nabożeństwa, podczas których mają możliwość powtarzać religijne nauki w modlitwach i pieśniach.
„Ateiści nie mają tych możliwości, a powinni, bo człowiek potrzebuje nadbudowy w postaci nakazów i rytuałów” – tak mniej więcej pisał Pan w swojej głośnej książce „Religion for Atheists”.
„Ateiści nie mają tych możliwości, a powinni, bo człowiek potrzebuje nadbudowy w postaci nakazów i rytuałów” – tak mniej więcej pisał Pan w swojej głośnej książce „Religion for Atheists”.
I wciąż tak myślę. Nawet tak zdeklarowany ateista jak ja, jest w stanie dostrzec coś głęboko fascynującego i prawdziwego w praktyce religijnej. Czy można się z nich czegoś nauczyć? Standardowa odpowiedź ateisty brzmiałaby: „nie”. Dlaczego? Bo moralność religijna pochodzi od Boga, dla którego niewierzący – z samej definicji – nie mają czasu. Ale początki etyki chrześcijańskiej nie mogły przecież (uwaga: to perspektywa ateisty) pochodzić od Boga, ale z pragmatycznej potrzeby wspólnot pierwotnych do kontroli ich członków przed przemocą oraz do wzmacniania zwyczajów harmonii i wybaczania. Kody religijne powstawały jako ostrzeżenia i zalecenia, by człowiek był współczujący i cierpliwy. Nasi przodkowie wiedzieli, że bez moralnej nadbudowy społeczeństwa wróciłyby do czasów autodestrukcji i fragmentaryzacji. To człowiek stworzył podwaliny religijnej moralności. Musiał jednak nadać im boską wartość, żeby stały się ważne i specjalne.
Największą kontrowersję – i to zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących – wzbudził Pana postulat budowy świątyni dla ateistów.
Od lat inspiruje mnie katolicyzm. To religia, która wierzy, że jeśli chce się zmienić sposób myślenia człowieka, nie wystarczy dać mu książki do przeczytania, ale trzeba przekonstruować jego rzeczywistość: budynki, muzykę, sposób ubierania się, edukację oraz rytuały. Świeccy intelektualiści, którzy najczęściej mają na religię spojrzenie protestanckie (czyli zredukowane, abstrakcyjne i zracjonalizowane), zapominają o tej istotnej formie działania katolicyzmu. Zapominają, że aby wpływać na umysły, trzeba wpływać na ciało – a to z kolei poddaje się wielu czynnikom: światłu, kolorowi, dźwiękowi. Na ciało i umysł trzeba wpływać regularnie, w powtarzalny sposób. To wymaga czasu. Tak właśnie działa religia – przez przykazania, biblijne opowieści czy msze.
Wracając do mojego pomysłu budowy ateistycznego budynku spotkań – a określiłem go jako świątynię nieco prowokacyjnie – chciałem głównie zwrócić uwagę na to, że architektura mocno wpływa na nasze odczuwanie. Wystarczy spojrzeć na kościoły – te ogromne i przytłaczające przestrzenią, wykrojone ze starych, antycznych kamieni czy też te ciemne i wilgotne, ze strużką światła przebijającego się przez witraż oraz z odgłosem kropli wody spływających po niewidocznych ścianach. W takich miejscach jesteśmy częścią większego projektu – czujemy się mali, nieważni, śmiertelni. „Poczuć się małym” w kontekście czegoś potężniejszego, historycznego, oznacza posiąść i zrozumieć mądrość przodków. Takie budynki powodują, że nasz codzienny egoizm poddaje się czemuś będącemu poza naszą kontrolą.
Założył Pan w Londynie „Szkołę Życia”, w której – według opisu na stronie – „uczycie młodych ludzi myślenia” przez analizę dzieł filozofów.
Celem każdej edukacji jest przecież, w największym skrócie, oszczędzenie człowiekowi czasu i zmniejszenie ilości popełnionych w życiu błędów. To mechanizm, w którym społeczeństwo – czy świeckie, czy religijne – próbuje wpoić swoim członkom, do tego w możliwie krótkim czasie, jak odnosić sukcesy idąc za przykładem ważnych dla danej społeczności przodków.
To dość oczywista zasada, która wydaje się zrozumiała i nieszkodliwa, ale kiedy zastosuje się ją do nauczania mądrości, samoświadomości i moralnego zarządzania duszą, spotyka się z wielkim sprzeciwem. Czy obrońcy edukacji, którzy wyśmialiby pomysł, żeby młodzi studenci fizyki sami rozpracowywali teorię elektromagnetyczną, wciąż potwierdzają, że mądrość to wiedza, której nie można się nauczyć w szkole?
Uważam, że pierwsi nauczyciele religii zasługują tu na brawa – oni nie zakładali, że mądrość jest „nienauczalna”. Przeciwnie, od zawsze stawiali pytania, których odpowiedzi mówią nam m.in.: jak być dobrym człowiekiem? Jak kochać? Co dzieje się po śmierci? My, ateiści, powinniśmy wykorzystać formułę nauczania religijnego. I dlatego założyłem „Szkołę Życia”.
Filozofia zamiast religii jako sposób rozumienia świata i odróżniania dobra od zła?
Od lat zadaję sobie pytanie, dlaczego ateiści nie są w stanie korzystać z kulturowych doświadczeń swoich przodków z tą samą spontanicznością, ale i rygorem jak osoby głęboko wierzące? I tutaj docieramy do sedna problemu – czyli do uniwersytetów. Metodologia, z jakiej korzystają dziś uniwersytety, żeby docierać do uczniów, jest zdecydowanie w kontrze do intensywnych, neoreligijnych ambicji, które przejawiali niepraktykujący lub sceptyczni chrześcijanie, tacy jak Matthew Arnold czy J. S. Mill. O ile szkoły osiągają niesłychany poziom przekazując informacje na temat kultury, zdają się nie być zainteresowane trenowaniem młodych ludzi w używaniu tej samej kultury do analizowania świata, do zdobywania mądrości. Ważne jest przecież nie tylko to, czy coś jest prawdziwe czy fałszywe, ale też jakie ma skutki – bezpośrednie i pośrednie – na nasze życie. To wiedza, która nie tylko daje odpowiedź na pytanie, jak żyć, ale też pozwala radzić sobie z szefem-tyranem czy chorobą nowotworową.
Kultura – w tym najszerszym jej znaczeniu – mogłaby więc zastąpić Biblię w nauczaniu lekcji życia. Jest tak samo efektywna w przewodzeniu, humanizowaniu i kontroli. Do tego też służy zarówno historia, jak i malarstwo, idee filozoficzne czy literatura. Maksymy Marka Aureliusza, poezja Boccaccia, opery Wagnera czy malarstwo Turnera mogłyby być alternatywną, świecką wersją chrześcijańskich sakramentów.
Gdyby więc to Pan miał napisać współczesny, świecki Dekalog Dobrego Człowieka, co by się w nim znalazło?
Jeśli miałbym wybrać dziesięć wartości godnych codziennego wcielania w życie, wybrałbym te, nad którymi człowiekowi pracuje się najtrudniej.
Po pierwsze, odporność.
Sztuka „odbijania się od dna”, nawet kiedy perspektywy są mizerne, to piękna zdolność przetrwania człowieka.
Po drugie, empatia.
To umiejętność wyobrażeniowego łączenia się z cierpieniem i unikatowym doświadczeniem drugiego człowieka. To także odwaga mentalnego stawania się kimś innym i oceny samego siebie z boku – najszczerzej jak się da.
Po trzecie, cierpliwość.
Tracimy ją, bo wydaje nam się, że świat i rzeczy, które w nim znajdujemy, powinny być doskonałe. Człowiek osiągnął już tak wiele (włączając w to dotarcie na Księżyc), że uwierzył, iż sam jest idealny. Dziwimy się, kiedy coś nie funkcjonuje dobrze: kiedy zawodzi ruch uliczny, rządy, inni ludzie. Powinniśmy być spokojniejsi i bardziej wybaczający. Jak? Więcej realizmu co do tego, jak działa świat i ludzie na pewno nam nie zaszkodzi.
Po czwarte, poświęcenie.
Człowiek jest zaprogramowany tak, żeby poszukiwać własnej korzyści, ale ma też cudowną właściwość, która pozwala mu – od czasu do czasu – poświęcić własną satysfakcję dla czegoś lub kogoś innego. Nie bylibyśmy w stanie stworzyć rodziny, kochać kogoś czy ratować naszej planety, gdyby nie próby kultywowania sztuki poświęcenia.
Po piąte, grzeczność.
Grzeczność nie ma współcześnie dobrego PR-u. Często uznaje się, że jest maską, udawaniem (co oznacza, że ma złe podstawy), w przeciwieństwie do „bycia sobą” (co oczywiście jest dobrze widziane). Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, jaka większość z nas jest naprawdę (czyli wtedy, kiedy nikt na nas nie patrzy i nas nie kontroluje), może lepiej będzie, gdy oszczędzimy światu tej głębokiej wiedzy. Powinniśmy uczyć się dobrych manier od najmłodszych lat. To one są niezbędne do przetrwania naszej cywilizacji. Grzeczność jest powiązana z tolerancją, z umiejętnością życia obok ludzi, z którymi nigdy pewnie się nie zgodzimy, ale których nie da się uniknąć.
Po szóste, humor.
Patrzenie na świat przez różowe okulary i odpowiedni dystans do samego siebie nie brzmią poważnie, ale są integralną częścią mądrości. Humor oznacza bowiem, że człowiek potrafi życzliwie porównać to, o czym marzył z tym, co dało mu życie. Tak jak gniew, humor wywodzi się z rozczarowania, ale jest to optymalne ujście dla tej emocji. Śmiech to jeden z najlepszych leków na smutek.
Po siódme, samoświadomość.
Znać siebie dobrze oznacza jedno – nie winić innych za własne problemy, mieć świadomość własnych potrzeb, a także rozróżniać, które emocje należą do nas, a które są nam narzucane przez świat.
Po ósme, wybaczenie.
Przebaczać to mieć dobrą pamięć – nie tylko do cudzych błędów, ale omylności nas samych, z której byliśmy rozgrzeszeni. Wybaczenie jest świadomością, że życie dookoła i z innymi ludźmi nie jest możliwe bez popełniania błędów.
Po dziewiąte, nadzieja.
To, jak wygląda teraz świat, jest tylko bladym cieniem tego, jak może kiedyś wyglądać. Jako ludzkość jesteśmy tak naprawdę na początku swojej historycznej drogi. Oczywiście kiedy człowiek dojrzewa, a później starzeje się, coraz łatwiej mu doznać uczuć desperacji, pesymizmu czy rezygnacji. Dlatego warto pamiętać o nadziei, każdego dnia.
Po dziesiąte, śmiałość.
Największe projekty upadają z braku wiary i śmiałości działania. Pewność nie musi być arogancją, ale świadomością, że życie jest krótkie i że nie ryzykując wiele, nie dajemy sobie szansy, żeby uzyskać jeszcze więcej.
*Alain de Botton – szwajcarski filozof, pisarz i przedsiębiorca, założyciel londyńskiej „Szkoły Życia”, autor wielu książek popularyzujących filozofię dnia codziennego, m.in. bestsellera „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” czy „Architektury szczęścia”. W ubiegłym roku ukazała się jego mocno kontrowersyjna książka „Religion for Atheists” (2012).
Więcej w cyklu Instytutu Obywatelskiego "Rozmowy na koniec roku"
