O autorze
Z zawodu jestem matematykiem, ale przez 30 lat pracowałem w informatyce teoretycznej, a przez następne 20 prowadziłem rodzinną firmę cukierniczą istniejącą od roku 1869. Później — po przekazaniu zarządu firmy synowi Łukaszowi i synowej Małgosi — znów powróciłem do uczenia, choć nie informatyki, ale zarządzania. Szczególnie interesują mnie współczesne aspekty zarządzania jakością, a w tym motywowanie godnościowe jako przeciwieństwo metody kija i marchewki. Interesuje mnie też gospodarka wolnorynkowa, ekologia języka ojczystego (mówmy „w cudzysłowie”, a nie „w cudzysłowiu”) i parę innych tematów. Po pracy lubię teatr, muzykę baroku, Gabriela Garcię-Marquez, narty (zjazdowe i ski-alpinizm), wioślarstwo (skif), windsurfing i rower górski.
Mam też szczególną prośbę do dyskutantów: na moim blogu nie używajcie wulgaryzmów i innych nieobyczajnych zwrotów i określeń. Dyskutujmy na argumenty, a nie na epitety. Spróbujmy, może nam się uda.

Nauczyciele a Firmy Dobra Wspólnego

Chciałbym dziś napisać o dwóch tematach pozornie odległych, a jednak dość bliskich. Najpierw o firmach, które na własny użytek nazwałem Firmami Dobra Wspólnego, a które w USA noszą oficjalną nazwę B Corps („B” od „benefit” — pożytek).


W wydanej w 2012 roku książce pod znamiennym tytułem Mit wartości dla akcjonariuszy: Jak postawienie akcjonariuszy na pierwszym miejscu przynosi szkody inwestorom, firmom i społeczeństwu, jej autorka Lynn Stout, profesor prawa na uniwersytecie Cornell (USA), dokonuje pewnej zaskakującej w swojej prostocie obserwacji: „Skoro ludzi dbających wyłącznie o interes własny, bez oglądania się na szkody wyrządzane innym, potraktowalibyśmy zapewne jako psychopatów, to dlaczego taką postawę w przypadku firm uważamy za akceptowalny standard? Czy rzeczywiście chcemy godzić się na to, aby zarządy były kontraktowo zobowiązane do wykorzystywania pracy nieletnich w swoim łańcuchu dostaw lub też do przerzucania kosztów bieżącej działalności na przyszłe pokolenia?” Dla większości z nas ? pisze autorka ? odpowiedź na to pytanie jest oczywista.


Ten głos, jako jeden z wielu, jest świadectwem rodzącego się przekonania, że najbardziej palące problemy społeczeństw nie mogą być rozwiązane jedynie przez rządy i organizacje pozarządowe. W tej sprawie konieczny jest szeroka aktywność firm, a to wymaga gruntownego przedefiniowania ich społecznej i biznesowej roli.


Powodowani takimi właśnie przekonaniami troje Amerykanów porzuciło w 2006 roku korporacyjne kariery by założyć fundację B Lab, której zadaniem jest wspieranie firm w zrównoważonym zaspokajaniu potrzeb wszystkich interesariuszy, a więc: klientów, pracowników, dostawców, społeczeństwa (a w tym i państwa), właścicieli i planety. W tym celu fundacja opracowała standard pozwalający na ocenę, w jaki stopniu dana firma realizuje misję nowej generacji przedsiębiorstw wierzących, że to one muszą stać się zmianą, której same oczekują od świata.


Firmy, które w sposób udokumentowany realizują te zasady nazwano B Corpami. Światową gospodarkę postrzegają one jako siłę wykorzystującą przedsiębiorstwa do tworzenia dobra (https://bcorporation.net/directory/benefit-systems).

Jednym z B Corpów jest amerykańska firma Patagonia ? producent odzieży turystycznej oraz do pracy „w domu i ogrodzie”, a więc tzw. odzieży „outdorowej”. Ta firma postanowiła przyczynić się do zmniejszenia góry ubrań wyrzucanych co roku przez Amerykanów (8 mln ton rocznie!). W tym celu ogłosiła, że będzie wykonywała reperacje i renowacje swoich produktów. Inicjatywa Patagonii spotkała się z tak entuzjastycznym odzewem, że dziś firma oferuje renowację ubrań pochodzących od dowolnych producentów.

O certyfikat B Corpu może się ubiegać każda firma musi jednak za audyt zapłacić od 500 do 50.000 USD w zależności od wielkości firmy. B Corpów jest dziś 2778 ze 150 branż oraz 60 krajów świata. Nie mają one żadnych szczególnych przywilejów, a „jedynie” satysfakcję wszystkich pracowników i właścicieli, że robią coś dobrego dla świata i to nie za pieniądze podatnika, ale za zarobione samodzielnie. Oczywiście ważny jest też efekt PR-owy, ale nie dla niego to robią. Najważniejsze jest poczucie wszystkich pracowników i współpracowników, że robą coś ważnego i dobrego. A na dodatek mają wyższą zyskowność niż porównywalne z nimi firmy, bo ludzie uskrzydleni góry przeniosą i nie trzeba ich przy tym ani pilnować, ani zaganiać kijem i marchewką.

Formuła B Corpu, jest sformalizowana przez B Impact Assessment, jednakże nie narzuca na zarządy żadnego obowiązku utrzymywania standardu. Można w każdej chwili z niego zrezygnować, np. gdy nowi giełdowi właściciele tego zażądają. Wtedy firma po prosu przestaje być B Corpem. Okazuje się jednak, że B Corpy zaczynają doceniać nie tylko klienci, pracownicy i dostawcy, ale również inwestorzy, w tym giełdowi. Jednakże taki inwestor nabywając udziały w B Corpie chciałby mieć pewność, że firma nie porzuci swojej filozofii działania pod wpływem nowej grupy inwestorów.

Dla zapewnienia tego stanu rzeczy w roku 2013 w amerykańskim stanie Delaware wprowadzono formułę prawną pozwalającą na zarejestrowanie firmy jako Benefit Corporation, podobnie jak w przypadku spółki z ograniczoną odpowiedzialności, partnerskiej czy też akcyjnej.
W spółce zarejestrowanej pod tym hasłem zarząd ma prawny obowiązek stosowania się do trzech wysoko ustawionych standardów określających cele, odpowiedzialność i transparentność w działaniu firmy.

Od tradycyjnych firm oczekuje się, że podstawowe decyzje ich zarządów będą podporządkowane maksymalizacji zysku. Coraz więcej firm zaczyna jednak rozumieć, że taka zasada jest przeszkodą w tworzeniu długoterminowych wartości dla interesariuszy, a w tym również dla udziałowców. Zarządy Benefit Corporations są więc prawnie zobowiązane do zrównoważonego uwzględniania potrzeb wszystkich interesariuszy.

Podobnie jak B Corpy, również i Benefit Corporations nie mają żadnych przywilejów w stosunku do innych firm, a mimo to są już rejestrowane w 35 stanach USA, w Columbii i we Włoszech. Kolejnych 15 krajów przygotowuje się do prowadzenia odpowiedniego prawa u siebie. Jak widzimy, gdzieniegdzie świat zaczyna zmieniać się również na lepsze, bo Obywatele Świata coraz powszechniej rozumieją, że o Dobro Wspólne musimy dbać wszyscy.

Czas teraz wyjaśnić, jaki związek mają Firmy Dobra Wspólnego z nauczycielami. Otóż nauczyciele, a szerzej polska szkoła, to Dobro Wspólne nas wszystkich. Dziś nauczyciele potrzebują naszej pomocy, tak jak my nieustannie potrzebujemy ich.

Na stronie Związku Nauczycielstwa Polskiego (https://znp.edu.pl/) znajduje się apel #WspieramNauczycieli z numerem konta, na które można wpłacać darowizny przeznaczone dla najbardziej potrzebujących. Pamiętajmy, że wielu nauczycieli za czas strajku nie otrzyma wynagrodzenia. Nauczycieli możemy też wspierać w każdy inny sposób, czy to rzeczowo, czy duchowo. To przecież nasi nauczyciele, to nauczyciele naszych dzieci i wnuków.

Warto też wykorzystać czas strajku na naukę młodzieży, czym jest obywatelskość, demokracja i państwo prawa. Pójdźmy z nimi na wystawę, do muzeum i do teatru. Zorganizujmy prelekcję, którą na pewno poprowadzą nauczyciele akademiccy z najbliższej uczelni. Oni już takie inicjatywy deklarują.

A na koniec zdajmy sobie sprawę, że strajk prędzej czy później się skończy, ale o dobrą szkołę, trzeba będzie jeszcze długo walczyć. Stwórzmy ruch na rzecz dobrej szkoły. Niech nauczyciele nie będą sami również po strajku. Młodzież już taki ruch zaczęła budować.