O autorze
Psychologia to nie czary, ani wiedza tajemna. W mojej pracy pomagam ludziom, nazywać rzeczy po imieniu i porządkować życie. Nawet jeżeli czasami jest to trudne. Zauważyłam, podobnie, jak wielu psychologów na świecie, że w kuchni, jak w soczewce, odbijają się obrazy naszego życia. Gotowanie może być doskonałą formą terapii. Stosuję ją w czasie moich warsztatów. Na tym blogu będę się dzieliła z Wami swoją wiedzą i spostrzeżeniami.

Z czego właściwie te korepetycje, czyli moje śledztwo w sprawie testów predyspozycji

Zaczęło się bardzo niewinnie: od rozmowy z trzynastolatką o jej planach na weekend. Okazało się, że ma prywatne korepetycje, ponieważ przygotowuje się do testu predyspozycji językowych. Zdziwiłam się, bo dla mnie predyspozycje i zdolności to coś co się ma bez względu na naukę szkolną, a może nawet wbrew niej. Zaczęłam szperać, czytać i dochodzić do tego, co tak naprawdę jest sprawdzane testem, który rozwiązują przyszli gimnazjaliści chcący uczyć się w klasach dwujęzycznych. Rozmawiałam i korespondowałam ze specjalistami. Zadałam sporo pytań, ale nie na wszystkie dostałam odpowiedzi. Wnioski, do których doszłam bardzo mnie zaskoczyły i zaniepokoiły.


Niedawno swój pierwszy ważny egzamin zdawali szóstoklasiści. Kolejni do testowania przystąpili gimnazjaliści walczący o wymarzone licea. Zastanawiam się jakich dokonają wyborów, na ile będą w nich dojrzali i samodzielni, dokąd te wybory ich zaprowadzą. Jest grupa nastolatków, która zdecydowała się na dalszą naukę w klasach dwujęzycznych. Takich, gdzie nie tylko jest zwiększona liczba lekcji języków obcych, ale też część przedmiotów ogólnych jest nauczana w języku obcym. Za chwilę wszyscy ci uczniowie będą przechodzili testy predyspozycji językowych.


Czym są takie testy? Według mojego doświadczenia, przy pomocy wystandaryzowanych metod sprawdza się czy potencjalny uczeń takiej dwujęzycznej klasy ma predyspozycje do tego by szybko i efektywnie uczyć się języków obcych, np. poprzez lekcje biologii w tymże języku. Jakie są jego szczególne zdolności, a w jakich obszarach będzie musiał więcej pracować. Patrząc na to zdroworozsądkowo, przyszły uczeń klasy dwujęzycznej powinien z marszu usiąść do arkusza testowego i rozwiązać wszystkie zadania. To nie ma być weryfikacja tego, czego nauczyła szkoła i często liczni korepetytorzy, ale ocena potencjału tej osoby. Tymczasem gdy wpiszemy w dowolnej wyszukiwarce hasło "test predyspozycji językowych" to pojawi nam się mnóstwo ofert różnego rodzaju kursów przygotowujących do tego testu. Zaczęłam zadawać sobie pytanie: co te testy dla przyszłych gimnazjalistów i licealistów badają? Jakie są narzędzia stosowane przez szkoły? Czy wynik pozwala powiedzieć, że ktoś ma szczególne predyspozycje do nauki języków obcych? Czy testy stosowane w różnych szkołach są rzetelne i porównywalne? W końcu zadałam sobie pytanie, czy dzieci powinny się do takich testów przygotowywać?


Tkwiłam dotąd w naiwnym, jak się okazuje przekonaniu, że testy, które mogą mieć tak duże znaczenie dla dalszej edukacji dziecka są dobierane ze szczególną starannością, a decyzja podejmowana jest przez kompetentne osoby. Ba! Sądziłam, że instytucje tzw. nadzoru pedagogicznego, sprawowanego przez Kuratoria Oświaty i Ministerstwo Edukacji Narodowej doradzają w kwestii wyboru narzędzi sprawdzających owe predyspozycje. Na moje pytanie Jednak Rzecznik Prasowy Kuratorium Mazowieckiego pan Andrzej Kulmatycki odpowiedział, że wybór rodzaju testów sprawdzających predyspozycje językowe uczniów pozostaje całkowicie po stronie rady pedagogicznej i dyrekcji konkretnej szkoły. Sprawa zaczęła mnie bardziej niepokoić. Dlatego mój kolejny telefon i mail był skierowałam do Ministerstwa Edukacji Narodowej.


Tutaj otrzymałam bardzo szybką odpowiedź na moje pytanie. Niestety utwierdziła mnie ona w tym, że mamy do czynienia co najmniej z chaosem. Pani Justyna Sadlak z Biura Rzecznika Prasowego MEN napisała: "MEN nie wskazuje, nie daje wytycznych dotyczących wyboru przeprowadzanych sprawdzianów predyspozycji językowych lub sprawdzianów kompetencji językowych. Jest to autonomiczna decyzja dyrektora i rady pedagogicznej danej szkoły (...). MEN nie ustala - i tak jest od lat - zasad, metodyki przeprowadzania sprawdzianu predyspozycji językowych lub sprawdzianu kompetencji językowych". Uwagę zwraca fakt, że MEN dopuszcza testy predyspozycji językowych lub sprawdzianów kompetencji językowych. Dopuszczone jest zatem przyjmowanie do klas dwujęzycznych w oparciu o narzędzia mierzące dwie różne kategorie: oceny predyspozycji, czyli czegoś, co uczeń ma wrodzone oraz kompetencji, czyli tego co zostało nabyte w toku edukacji. Zgadzam się z wypowiedzią, którą otrzymałam od dr Jacka Rysiewicza z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, który mówi, że "znajomość języka obcego, a także każdego innego przedmiotu wykładanego w szkole, tylko częściowo stanowi wynik predyspozycji dziecka. Nie mniejsze znaczenie ma jego pracowitość, środowisko rodzinne, zasoby finansowe. Natomiast idealny test badający gotowość do pracy w klasie dwujęzycznej powinien być od takich uwarunkowań wolny".

Rozumiem niezależność szkoły. Ale czy nauczyciele są przygotowani do oceny poprawności metodologicznej testu? Czy analizują poszczególne narzędzia pod kątem podstawy teoretycznej? Czy sprawdzają, czy zastosowany test jest zbudowany zgodnie z zasadami metodologicznymi? Zadałam to pytanie w kilkunastu gimnazjach w kilku miastach. Okazuje się, że jest bardzo różnie. Są szkoły, w których nauczyciele sami układają takie testy. Tak się dzieje na przykład w krakowskim gimnazjum nr 83, gdańskim nr 25 i wrocławskim nr 48. W Warszawie dyrektorzy zawiązali porozumienie, co wydaje się być dobrym pomysłem i oznacza, że jeżeli uczeń napisze test predyspozycji językowych w jednej szkole, to jego wynik jest respektowany we wszystkich gimnazjach z klasami dwujęzycznymi. Warszawiacy zdecydowali się na Test Predyspozycji Językowych autorstwa dr Zuzanny Dzięgielewskiej - Pecyńskiej z Instytutu Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego, uznawanej za autorytet w dziedzinie nauczania dwujęzycznego. Dr Zuzanna Dzięgielewska-Pecyńska zajmuje się opracowywaniem testów predyspozycji językowych od lat dziewiećdziesiątych, czyli od momentu kiedy powstawały klasy dwujęzyczne w liceach. "- Zostałam "oddelegowana" przez Instytut Lingwistyki Stosowanej do tej pracy (w Ministerstwie Edukacji Narodowej)- mówi dr Dzięgielewska - Pecyńska. - Przez kilka lat MEN zajmował się kontaktowaniem ze szkołami, opracowaniem graficznym, drukiem, utajnianiem, dystrybucją itd. Po decentralizacji szkoły zgłaszają sie osobiście do nas (współpracuję z nauczycielką ze szkoły dwujęzycznej)". Zapytałam autorkę, czy w jakiś sposób weryfikuje trafność swojego testu, na co odpowiedziała: ”Jesteśmy w kontakcie z niektórymi szkołami, mamy informacje o wynikach i pracy uczniów". Podkreśliła też mocno, że to szkoła decyduje czy i jaki test predyspozycji językowych zostanie zastosowany w procesie rekrutacji: "Dyrektor szkoły ma prawo do ustalenia warunków rekrutacji wiążących dla danej szkoły. Cześć szkół ma, część nie, test. Wiem, że są szkoły, które maja własne testy lub korzystają z innych testów czy wręcz nie stosują testów w rekrutacji uczniów wybierając inna formę rekrutacji.

To są indywidualne decyzje Dyrekcji poszczególnych szkół
". Zastanowiło mnie podkreślanie przez dr Dzięgielewską-Pecyńską faktu przygotowywania testów wyłącznie dla szkół, które zgłoszą się do niej osobiście - nie znalazłam żadnej platformy umożliwiającej szkole skorzystanie z takiego testu. Nie udało mi się uzyskać potwierdzenia w samym Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego że test jest firmowany przez tę instytucję.

Kolejny, bardzo popularny i często wybierany przez gimnazja jest Wałbrzyski Test Predyspozycji Językowych. Pomysł na jego stworzenie zrodził się w głowie nauczyciela języka angielskiego p. Romana Kuliniaka, który poszukiwał narzędzia pozwalającego wyłowić uczniów o szczególnych predyspozycjach językowych w czasie trwania tzw. eksperymentu wałbrzyskiego, w którym pracowano miedzy innymi nad badaniem predyspozycji uczniów. Z czasem w oparciu o jego koncepcję powstała instytucja zajmująca się przygotowaniem i dystrybucją najróżniejszych testów kompetencji dla uczniów na wszystkich etapach edukacji (nie tylko z języków obcych), czyli Instytut Badania Kompetencji, którego prezesem jest Jan Mulawa.Z informacji zamieszczonych na stronie internetowej i w prasie dla nauczycieli IBK podaje, że z testów predyspozycji korzysta 6000 szkół w całej Polsce. Nie udało mi się jednak uzyskać u źródła informacji dotyczących zasad przygotowywania tego narzędzia oraz materiałów pomocniczych - nie dostałam odpowiedzi na e-mail skierowany bezpośrednio do Instytutu. Na stronie Instytutu brak też informacji o autorach testów, podstawach naukowych konstruowanych narzędzi oraz zasadach ich standaryzacji.

Na rynku edukacyjnym funkcjonuje jeszcze Test Zdolności Językowych Marcina Wojtowicza. Zdaniem cytowanego już doktora Jacka Rysiewicza z UAM "(...) żaden z tych testów nie pozwala na zdiagnozowanie profilu uzdolnień ucznia (...). Tym samym wszystkie te tzw. testy uzdolnień językowych nie spełniają swego podstawowego zadania jakim jest wspomaganie pracy nauczyciela (i ucznia) poprzez wskazanie im tych komponentów na których powinna bazować nauka języka u danej osoby. (...) Testy te są testami w zasadzie bogactwa językowego języka ojczystego i powodzenie na nich nie jest zależne od uzdolnień językowych tylko od środowiska, w którym dziecko dorastało (dzieci z rodzin tzw. klasy średniej i inteligencji, w których dbało się o językowy rozwój dziecka wypadają na tych testach zdecydowanie lepiej niż dzieci z rodzin gdzie o taki rozwój rodzice nie dbali)".

Moim zdaniem bardzo niepokojąco brzmią te słowa w kontekście opublikowanego w kwietniu raportu na temat dyskryminacji w polskiej szkole, gdzie bieda jest najsilniejszym czynnikiem dyskryminującym. Obawiam się, że możemy mieć do czynienia z podwójną dyskryminacją. Jesteś biedny, więc jesteś dyskryminowany. Jesteś biedny, czyli nie stać cię na kosztowne korepetycje więc nie dostaniesz się do klasy dwujęzycznej nawet jak masz predyspozycje i poziom dyskryminacji się pogłębia. Czy nasza szkoła czeka na talenty, czy potrafi je odkrywać? Mam z każdym rokiem coraz większe wątpliwości i zjawisko testów predyspozycji językowych tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza. Mamy system edukacji, który nie wypracował ciągle, pomimo 25 lat demokracji, systemu opiekowania się talentami. Nie powinniśmy się więc dziwić, że Polska nie jest krajem innowacji i nowoczesnych technologii. Zajęłam się tutaj jedynie testem predyspozycji językowych. Ale są jeszcze przecież inne uzdolnienia, które są badane w czasie najróżniejszych egzaminów wstępnych do gimnazjów i liceów, w których są podobne problemy.

Rodzice mi nie uwierzą. Pomyślą, że się czepiam, nie rozumiem tego co jest najważniejsze dla ich dzieci i nie doceniam tego, jak bardzo starają się ułatwić swoim dzieciom najlepszy start w życie. Przecież oni robią wszystko żeby ich dziecko zdało do wymarzonej szkoły, zaliczyło kolejny ważny test, który zapewni mu życiowy sukces i karierę jak marzenie. Czy faktycznie? Bo można powiedzieć, że jak dziecko nauczy się rozwiązywać testy predyspozycji i zda pomyślnie egzamin, to zwyczajnie poradzi sobie w klasie dwujęzycznej i będzie miało otwarta drogę do lepszej przyszłości. Ja mam w tej sprawie kilka wątpliwości:

1. Pomagamy dziecku przygotować się do testu, który miał w założeniu sprawdzać to, co ma w sobie, co nie jest efektem edukacji. Dzięki takiemu testowi nastolatek powinien mieć szansę lepiej poznać siebie. A w rzeczywistości dostaje nieprawdziwy komunikat o tym jakie są jego predyspozycje i zdolności. Zaczyna na tej podstawie planować swój rozwój i edukację. Czy zatem robimy słusznie pokazując dziecku taką drogę?
2. Może się zdarzyć, że uczeń dostaje się do klasy dwujęzycznej nie dlatego, że faktycznie ma szczególne predyspozycje do nauki języków obcych, ale dlatego, że korepetytor nauczył go jak zdać egzamin. Już od pierwszego dnia nauki musi się skonfrontować ze szczególnymi wymaganiami i ogromnym obciążeniem (blisko 40 godzin lekcji tygodniowo!). Tym samym narażony będzie na zwiększony poziom stresu i porażkę, których by nie było w zwyczajnej klasie, nawet z poszerzonym programem nauczania języka obcego. W efekcie może dochodzić do zaburzenia samooceny, poczucia niskiej wartości, a często niespełnienia pokładanych przez rodziców oczekiwań. A może jest tak, ze rolą mądrego rodzica jest podążanie za dzieckiem, bycie jego mentorem i wspieranie w odkrywaniu siebie i swojego miejsca w życiu?
3. Dlaczego codzienność szkolna nie prowokuje do odkrywania swoich predyspozycji i uzdolnień? Czy potrzebne są aż korepetycje, żeby zacząć bawić się w łamigłówki, gry logiczne i samodzielne myślenie?
4. Zastanawia mnie też etyczny kontekst tej sytuacji. Liczni nauczyciele pełniący funkcje korepetytorów, ćwiczący z uczniami tygodniami zadania bardzo podobne do tych, które będą na egzaminie. Są oczywiście wynajdywani przez zatroskanych przyszłością własnych dzieci rodziców. Co pokazują i korepetytorzy i rodzice w tej sytuacji dzieciom? Jakie to są postawy i wartości? Osiągania celów życiowych za wszelką celę? Posługiwania się wytrychami w osiąganiu zamierzonych celów życiowych?
5. Dzieciom załatwiamy korepetytorów, ćwiczymy w nieskończoność zadania, które mają ułatwić zdanie testów. Kto załatwi za kilkanaście lat tym samym dzieciom korepetycje z poszukiwania pracy i samodzielnego życia?
6. Może i tutaj sprawdza się stare powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze? Są sytuacje, gdy ten sam podmiot przygotowuje testy, z których korzysta szkoła i jednocześnie sprzedaje rodzicom testy do przygotowania ich dzieci. Doceniam przedsiębiorczość, ale czy to jest etyczne?

Mam nadzieję, że te wszystkie fajne dzieci kiedyś wyrwą się na niepodległość, zbuntują i znajdą w sobie siłę, żeby odkrywać jakie są naprawdę, poszukiwać tego, co dla nich najważniejsze i bez lęku o ocenę innych będę robić to, co uznają za słuszne. Nie będą im wtedy potrzebne korepetycje z życia. Ale wydaje mi się także, że obecna sytuacja wymaga przynajmniej uwagi ze strony nadzoru pedagogicznego, żebyśmy nie tworzyli i nie uczyli dzieci fikcji, że predyspozycje można wkuć na blachę i być od tego szczęśliwszym.