O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Kolejne lata… I znów czekanie z „moim WZW C”…

Fakt. Nie poddawałam się. Jednak nie było ciekawie.


Traciłam siły znacznie szybciej niż przed pierwszą terapią. Znów zaczęłam tyć i to dość gwałtownie… A przecież tarczyca była już w pełni pod kontrolą (przy stosowanych lekach - w normie…). Transaminazy znów zaczęły „fiksować”: to rosły, to malały, ale ich wartości w sumie robiły się coraz wyższe… Znów skóra miała różne wypryski, na które żadne „mazidła” zapisywane przez cierpliwą lekarkę nie pomagały… Problemy ze stawami były coraz bardziej dokuczliwe. Były opuchnięte, czerwone. Z trudem trzymałam w rękach przedmioty. Wg oceny reumatologa „tak już się porobiło”, że zaszła konieczność zastosowania minimalnej (ze względu na wątrobę) dawki sterydu… Wcale nie wyglądało to wesoło…

I bum… Od przyjęcia tej małej dwutygodniowej dawki leku zawierającego steryd (która troszkę uspokoiła moje stawowe dolegliwości) transaminazy już mi nie malały… Ich wartości w kolejnych badaniach cały czas rosły.. coraz szybciej. Nie niebezpiecznie, ale rosły… Do tego nasiliła się - znana mi bardzo dobrze – cała gama różnych dolegliwości z bardzo szybkim męczeniem się, a nawet brakiem sił na czele. Tak, „nie poddawałam się”, ale codzienność przy moich domowych obowiązkach zaczęła być dla mnie coraz bardziej trudna.

Zaczęłam być bardzo „trudnym pacjentem”… „Marudziłam” do pani doktor: „jaka szansa na kolejne leczenie?”… że jestem zdecydowana „robić za królika” w badaniach etc. „Jojczyłam” i ” jojczyłam” – „Ja chcę terapii!!!!” … Nieważne jakiej, byleby pomogła… (oj, gdybym ja miała taką pacjentkę, to miałabym jej dość! Choć tyle dobrze, że marudziłam „rutynowo”- co trzy miesiące…). Pani doktor bardzo cierpliwie przekonywała mnie, że muszę cierpliwie czekać, aż pojawią się nowe leki…


Jednocześnie ustawicznie i cierpliwie śledziłam w internecie wszelkie informacje na temat nowych metod leczenia. Informacje o tym przesyłała mi także koleżanka po udanym przeszczepie (ta, która postawiła mnie do pionu po pierwszej diagnozie i również „dotknięta HaCeVałkiem”). Jakże jestem jej wdzięczną za to!!!

I jest! Dowiedziałam się, że są już zarejestrowane dwa nowe leki (inhibitory proteazy). Była to jesień 2011 r. Dowiedziałam się także, że nowe leki są „zatwierdzone” dla osób z minimum „dwójką”… Trudno jednak było określić, kiedy zaczną być stosowane w praktyce… W grę chyba wchodziła sprawa dość wysokiego kosztu terapii trójskładnikowej…

Dostałam skierowanie na badania do szpitala. Kolejna diagnostyka. Trzecia biopsja…

Oczekiwanie na wyniki… Są! O licho… Nie zdawałam sobie sprawy, ze zmiany w wątrobie są aż takie duże… Ocena lekarzy: Kwalifikacja do konieczności rozpoczęcia leczenia…

Ale… Rozmowa z panią doktor i „brutalne stwierdzenie faktu” – dostępna terapia dwuskładnikowa może znów dać niepowodzenie, że najlepsza dla mnie były by ta nowa… trójlekowa. Daje mi znacznie większe szanse…

I czekam… znów czekam… Jakoś ten czas tak wolno biegnie… Pojawiają się wątpliwości i rozterki: czy mam szansę, czy się „załapię” ? Tzn. czy spełnię kryteria do podjęcia terapii w ramach tego programu?

Rok 2013 zaczyna się kolejną „rutynową” wizytą w przychodni u mojej miłej pani doktor… Dowiaduję się, że jest szansa na leczenie nową terapią… Są jakieś sygnały, ale jeszcze nic konkretnego nie wiadomo… Mam się dowiadywać „co, jak i - ewentualnie - kiedy…”

W marcu odbieram telefoniczną wiadomość z oddziału dziennego szpitala. Muszę zgłosić się do przychodni i wykonać szereg dodatkowych badań. Prowadząca mnie pani doktor uśmiecha się do mnie dodając otuchy… Potem, już ze wszystkimi wynikami zgłaszam na oddział do pani doktor. Tej samej, która mnie prowadziła w czasie pierwszej terapii. Konsultacja… I… JEST DECYZJA!

Będę leczona nową metodą – trzema lekami. Mam znów szansę pokonać HaCeVałka!!!

Nie mogę uwierzyć we własne szczęście…

Jednocześnie wyciągam wnioski z niepowodzenia pierwszej terapii…. Zastanawiam się, jaki był wpływ wszystkich zdarzeń, wysiłku fizycznego, nerwów na ostateczny efekt pierwszej terapii? Postanawiam, że w czasie tego drugiego leczenia będę „egoistką” i priorytetem będzie moje leczenie. Nic innego… Myślę, że nie pomogą mi lekarze i najlepsze nawet leki jeśli nie będę „się lenić”…

Tak właśnie zrobię! Będę odpoczywać, chodzić na spacerki i NIE BĘDĘ SIĘ DENERWOWAĆ!

Z wiosną zaczynam leczenie terapią trójskładnikową! Czekam z ogromną niecierpliwością na nową szansę!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Jak mu tak wróżka powie, to zwolni pół firmy. Po 15 latach ujawnia kulisy pracy wróżenia w telewizji
MamaDu 0 0"Moja córka żyła 70 minut". Gest mamy po śmierci dziecka poruszył ludzi na całym świecie
POLECAMY 0 0Nie zawsze musisz być wśród ludzi. Te rzeczy powinieneś zrobić sam przynajmniej raz w życiu
0 0Technika sprzed 5 tys. lat pomoże ci popełnić mniej błędów. Mnisi mieli rację
dad:HERO 0 0Polecamy pięć hitów z Nefliksa i HBO Go do obejrzenia z dziećmi w ten weekend
0 0Wybrano najlepsze seriale dekady. O połowie pewnie nawet nie słyszałeś!