O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: Rozpoczynam drugie leczenie – terapia trójskładnikowa

Jechałam do zakaźnika i przez głowę przelatywały mi liczby: minęło dziesięć lat od pierwszego wyniku badań z szokującą mnie diagnozą, dwadzieścia trzy lata od prawdopodobnego czasu zarażenia, pięć lat od mojej pierwszej terapii… Czekało mnie drugie leczenie. Miałam też nadzieję, że także i ostatnie… Postanowiłam sobie notować jego przebieg. (Codziennie choć jedno zdanie …)


Dojechałam do szpitala i zgłosiłam się do tej samej sympatycznej pani doktor, która konsultowała moje ostatnie wyniki i prowadziła moje poprzednie leczenie. Znała mnie i mój organizm. I miałam do niej zaufanie. I mam. To ważne…Ustaliłam z panią doktor termin rozpoczęcia leczenia i pierwszego zastrzyku.


Zgłosiłam się w wyznaczonym dniu. Szłam z podniesioną głową. Wydawało mi się, że łatwiej mi będzie przejść tę drugą terapię, bo „byłam już doświadczona”… Pani doktor dokładnie omówiła jej przebieg… Przez pierwszy miesiąc będę otrzymywać – tak jak poprzednio – tylko dwa leki: „interek” w zastrzykach i „rybkę” w pastylkach. Po czterech tygodniach zostanie wprowadzony trzeci lek – inhibitor proteazy. Dostałam ulotkę z wszystkimi niezbędnymi informacjami („na wszelki wypadek” - dawało mi to możliwość przypominania sobie „tego i owego”). Pani doktor jeszcze mnie życzliwie uprzedziła, że tym razem może być troszkę inna reakcja na podane leki, bo to kolejny raz. Ale też wcale nie musiało być inaczej…


Potem poszłam do gabinetu zabiegowego na wymagane badania. Panie pielęgniarki poznały mnie – zrobiło mi się bardzo miło! Pierwszy zastrzyk dostałam w gabinecie (mimo, że byłam „weteranką” i sama potrafiłam). To było „na szczęście” z życzeniami, aby tym razem się udało…


Odebrałam porcję leków w aptece szpitalnej i pojechałam do domu. Było ok. Zaczęłam leczenie…

No tak, bardzo dobrze zaczęło się… Równo w trzy godziny po otrzymaniu zastrzyku „tąpnęło mnie”… Potworne dreszcze, gwałtowny wzrost gorączki, zaburzenia równowagi. „Telepało” mną gigantycznie. Całe szczęście, że akurat była u mnie moja „ślubna świadkowa”. Położyła mnie pod dwoma kocami, dała środek przeciwgorączkowy, przyniosła mi wodę i posiedziała dłużej niż planowała. Bardzo mi pomogła… Pocieszałam się, że to może tylko po tym pierwszym zastrzyku, bo „może być tym razem inaczej”… Zasnęłam z błogą myślą, że dobrze zrobiłam szukając codziennej pomocy do mojej podopiecznej chociaż na te kilka godzin. Zgłosiła się daleka kuzynka (którą moja chora bardzo lubi). Tego mojego „pierwszego dnia” przyjechała dodatkowo wieczorem, abym nie musiała już nie myśleć o żadnych obowiązkach. Och, jak byłam jej za to wdzięczną. Nie dałabym rady nic zrobić… tylko spać…

I tak zaczął się ten pierwszy miesiąc drugiej terapii. Tym razem terapii trójskładnikowej.

Szczerze mówiąc myślałam, że ten pierwszy miesiąc będzie łatwiejszy. Przecież mój organizm znał już leki, które brałam… A jednak wcale nie było tak lekko… Pierwszy tydzień dał mi się mocno we znaki: temperatury około 38 stopni, bardzo dokuczliwe bóle kości (zwłaszcza bioder – dlaczego właśnie tu?!). Pojawił się też suchy, męczący kaszel. Utrudniał mi mówienie. Nic to. Przebrnęłam ten czas posypiając i budząc się tylko do niezbędnych domowych obowiązków. Drugi tydzień był lżejszy – temperatury tylko około 37 stopni, czyli w zasadzie jakby ich nie było. Niestety zaczęło mi dokuczać odrętwienie mięśni. Trudno mi było utrzymać cokolwiek w dłoniach. Utrudniało mi to wykonywanie najprostszych prac. Dodatkowo zaczęła mnie swędzieć skóra w dość nietypowy sposób – miliony igiełek na całym ciele… „Swędziawkę” znałam z poprzedniej terapii, ale nie taką… „Smarowidła” nie dawały mi ulgi, a wręcz przeciwnie… Męczyło mnie pragnienie – piłam około trzech litrów wody i wcale mi się to nie wydawało dużo…

Po dwóch tygodniach poszłam na kontrolną wizytę do oddziału dziennego. Poznałam swoje wyniki z badań w dniu rozpoczęcia terapii (głównie wiremię i transaminazy). Pani doktor włączyła mi do codziennej porcji tabletek „rybki” zestaw witamin, wapno, magnez.

Pozostałe dwa tygodnie pierwszego miesiąca były takie, jak pierwszy tydzień – temperatury około 38 stopni, dokuczliwe bóle mięśni i kości. Utrudniały sen. Budziłam się dość często i byłam zmuszona do „ratowania się” dozwolonym środkiem przeciwgorączkowym i przeciwbólowym. Dawał efekt dopiero po około dwóch godzinach, ale pomagał… Całe szczęście, że przyjmowany zestaw witamin i minerałów wyraźnie zmniejszył mi „swędziawkę”. Dało się wytrzymać. Natomiast żadne zalecane preparaty nawilżające śluzówkę gardła nie pomagały mi na ustawiczny, nasilający się suchy kaszel.

Cóż, jedna z teorii mówi, że im wyraźniejsza reakcja na leki, tym lepszy rezultat ich działania. Zaciskałam zatem zęby i mówiłam sobie: dam radę… „Przecież wcale nie jest tak źle. Bywało gorzej w końcówce pierwszej terapii i dałam radę”.

Cztery pierwsze tygodnie minęły dokuczliwie, ale dość szybko. Czekałam dość niecierpliwie na rozpoczęcie piątego tygodnia i na ten trzeci lek. Lek dający największą nadzieję…