O autorze
lat x>50 - z zawodu pedagog, matka dwójki dzieci i babcia trojki wnucząt. Uwielbiam pracę w ogrodzie, czytać książki. O tym, że choruję na WZW C dowiedziałam się 11 lat temu. W tym czasie przeszłam terapię dwulekową. Na niniejszym blogu dzielę się swoimi spostrzeżeniami dot. choroby WZW C oraz terapii trójlekowej.

Moje WZW C: Trzeci miesiąc terapii (tj. 9-12 tydzień)

No tak. Radość z oczekiwania na otwarcie wystawy Wuja i na spotkanie z nim dawała mi siłę, mobilizowała do codziennych działań …


Po ośmiu tygodniach terapii (a czterech od poznania „tego trzeciego”) pojechałam na kolejną wizytę lekarską i planowe badania. Pani doktor oprócz omówienia wyników poprzednich badań poświęciła czas na rozmowę o przebiegu leczenia i moim samopoczuciu. Starałam się nie narzekać, ale przynajmniej o gorączkach musiałam powiedzieć. Uwzględniając moje temperatury pani doktor pozwoliła mi na branie – w razie potrzeby oczywiście – do dwóch tabletek na dobę środka zmniejszającego gorączkę i dolegliwości bólowe. Odetchnęłam z ulgą. Z powodu „uciążliwości” wynikających ze zmagań z moim HaCeVałkiem wykonywanie codziennych popołudniowych i wieczornych obowiązków przychodziło mi z coraz większą trudnością. Szczególnie ostatnie noce były trudne…. Niestety, nie we wszystkim mąż mógł mnie zastąpić. Moja kochana podopieczna nie rozumiała, że nie na wszystko mam siłę. Cóż, to wynik jej choroby… Ale mnie z pewnością to nie ułatwiało „zadania”…


Nic to. Co tam wszystkie „takie różne…” co mi dokuczały… Ważne dla mnie były wyjazd na otwarcie wystawy Wuja i spotkanie z nim. Przyznaję z pokorą, że tym razem „nafaszerowałam” się lekiem p-ból wcześniej, aby mnie nic nie dopadło w czasie uroczystości. Chciałam być „normalna” (no, przynajmniej zbliżona do tej normalności)… W podróż zabrałam własne jedzonko: niezbędną porcję pastylek z nieodzowną dla nich porcją tłuszczyku. Cieszyłam się bardzo tym wyjazdem. Emocje również bardzo motywowały mój organizm do tego żeby nie „narozrabiał” w nieodpowiedniej chwili. Uroczystość przebiegła wspaniale. Wiele znaczących wyróżnień dla Autora. Prace przepiękne! W drodze powrotnej podsypiałam. Zatrzymaliśmy się na chwilkę u rodziny. Dla mnie było to dodatkową miłą niespodzianką. Przy okazji troszkę odpoczęłam i w warunkach domowych przyjęłam wieczorną „porcję tłuszczyku” ze stosowną dozą „tego trzeciego”. Jakoś nie bardzo chciał do mnie, ale musiał… To chyba jednak było zmęczenie… Dalszej drogi nie pamiętam. Spałam i śniłam o pięknych chwilach, które przeżyłam tego dnia… Warto było zrobić te „wagary od codzienności”…


Następny dzień był dla mnie mocno senny. Postawiłam się „do pionu”, żeby wykonać codzienne obowiązki i przygotować rodzinną uroczystość związaną z odwiedzinami Wuja. Całe szczęście, że moje dorosłe dzieci bardzo mi w tym pomogły. Inaczej chyba jednak nie dałabym rady… (zwłaszcza, że mąż musiał służbowo wyjechać). Wizyta Wuja była krótka (obowiązki związane z wystawą w innym mieście), ale bardzo ważna dla mojej Kochanej Podopiecznej. Dla nas też. Dała nam wszystkim dużo, dużo radości.


Silne pozytywne emocje, wysiłek przygotowań domowych i trud podróży spowodowały, że byłam „gigantycznie padnięta” przez kolejne dni. Przyjemniej było myśleć, że to emocje a nie „moi sprzymierzeńcy” powodują to zmęczenie. Zwłaszcza, że coraz mocniej dawali mi się we znaki. Paskudne… Zaczęło mnie nawiedzać myślenie, że mogliby się bić z HaCeVałkiem poza mną… a nie we mnie… Ta ich „wojna” powodowała u mnie nieprzespane noce, stałe gorączki w granicach 38 stopni i wszystkie inne „atrakcje” lubiane przez „interka” i „rybkę”. Ulgę dawało mi „wyrzucenie złych myśli” do notatnika. W „zapiskach z terapii” skarżyłam się na bardzo nieprzyjemne bóle brzucha, „wszystkiego co się da i nie da”, na mocno zwiększone wypadanie włosów, „swędzenie mnie całej” i na ten „koszmarny kaszel utrudniający mówienie”. Która baba, da radę milczeć cały dzień? To jest dość nieznośne… (dla niej, bo dla otoczenia jest to raczej ulgą i wytchnieniem…). Dobrze, że papier jest cierpliwy…

Pod koniec miesiąca temperatury dochodziły już do 39 stopni… Środki przeciw gorączce dawały coraz krótszą ulgę… Oj, to była faktycznie „gorąca walka”…

Jak każda baba lubię pokój. Walka, która się we mnie toczyła, była akceptowana tylko w wyniku rozsądnego myślenia „tak trzeba i już”…

Podnosiły mnie na duchu wspomnienia miłych dni z początku miesiąca. Przygotowywałam się powoli (ach, jak bardzo powoli…) do planowanego na dwa miesiące wyjazdu na działkę. Cieszyłam się, że będę na świeżym powietrzu wśród zieleni. Z moimi bliskimi. Przeżyłam cudne chwile związane z kilkoma uroczystościami moich dwóch starszych wnuków. Wszystkie bardzo ważne, choć każda inaczej. Ostatnia z tej miłej serii odbyła się już na mojej ukochanej działce.