O autorze
Poseł na Sejm RP VI, VII i VIII kadencji. W latach 2013-2015 Sekretarz Stanu w Ministerstwie Finansów i Pełnomocnik Rządu do spraw Informacji i Edukacji Finansowej w zakresie Budżetu, Finansów Publicznych i Instytucji Finansowych oraz Ochrony Finansów Publicznych.

Do jej obowiązków należała, między innymi, identyfikacja ryzyk występujących w systemie finansów publicznych, promowanie problematyki dotyczącej ochrony finansów publicznych czy zagadnień ekonomiczno-społecznych w zakresie objętym działaniami administracji rządowej. Nadzorowała m.in. Departament Rozwoju Rynku Finansowego i Departament Prawny, w tym przygotowanie ustaw regulujących sektor bankowy, kapitałowy i ubezpieczeniowy. Koordynowała działania wprowadzające w Polsce loterię paragonową.

Do momentu objęcia stanowiska sekretarza stanu była członkiem podkomisji stałej ds. monitorowania systemu podatkowego w sejmowej komisji Finansów Publicznych oraz przewodniczącą podkomisji stałej ds. jakości kształcenia i wychowania w komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.

Od początku swojej publicznej działalności (2006 r.) na swojej stronie internetowej leszczyna.info, prowadzi blog – „Niecodziennik”.

Jeśli mówisz, że nauczyciel mało pracuje i wciąż uczy tego samego, to znaczy, że nic nie wiesz o szkole

Od dwunastu lat jestem polityczką (nie znoszę tego wyrazu, ale rozumiem jak ważne jest używanie żeńskich form), ale wcześniej byłam nauczycielką. I nie przyszłoby mi do głowy zajmować innych swoją zawodową historią, gdyby nie strajk nauczycieli.


Bo w strajku chodzi oczywiście o pieniądze, ale nie tylko, chodzi też o to, że nauczyciele, mają coraz mniej czasu na uczenie, podobnie jak lekarze na leczenie, i chodzi też o to, że nauczyciel powinien być jak mistrz, a mistrz musi być wolny i nie można przynosić mu bohaterów w teczkach i podpowiadać, co poeta miał na myśli.


Moja nauczycielska droga zawodowa była silnie związana z jedną reformą, tą największą i najważniejszą, ale też chyba najlepiej i najdłużej przygotowywaną, z reformą, która popeerelowski system oświaty miała zdemokratyzować, a szkołom i nauczycielom dać autonomię. Z reformą, która stworzyła gimnazja. Ja miałam szczęście przeżyć tylko tę jedną reformę systemu, ale moje koleżanki i koledzy nauczyciele w następnych latach przeżyli dwie kolejne wielkie zmiany: programową w czasie rządów PO-PSL i strukturalno-programową, powszechnie zwaną deformą minister Zalewskiej.

Krótka historia reformy z 1999 r. na przykładzie własnym

Skończyłam filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim i bardzo chciałam uczyć w liceum, ale nie było wolnych etatów dla polonisty, więc wylądowałam w podstawówce. Pokochałam dzieciaki, których byłam wychowawczynią, więc zostałam tam na 6 lat. W tym czasie (lata dziewięćdziesiąte) gazety rozpisywały się, że rząd planuje wprowadzić do szkół średnich etykę, więc skończyłam podyplomowe studia z filozofii i etyki. Każdy nauczyciel sam płaci za takie studia i ponosi koszty dojazdów, w moim przypadku z Częstochowy do Krakowa. Studia świetne, ale etyki w szkole nikt jednak nie potrzebował, do dzisiaj zresztą jest w ilościach śladowych. Nie martwiłam się jednak długo, bo gruchnęła wieść, że potrzebni będą nauczyciele egzaminatorzy, co znają się na pomiarze dydaktycznym. Poszłam do kuratorium i zgłosiłam swoją gotowość do dalszej nauki i pracy egzaminatora. Stamtąd odesłali mnie do Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego, gdzie potwierdziłam chęć zgłębiania wiedzy tajemnej, jaką był dla wielu wtedy pomiar dydaktyczny i ewaluacja. Zapisałam się też na studia podyplomowe do prof. Niemierki na Uniwersytet Gdański. W tym czasie „moja klasa” skończyła już podstawówkę, więc z radością przyjęłam propozycję pracy w Wojewódzkim Ośrodku Metodycznym w Pracowni Pomiaru Dydaktycznego. Studia z pomiaru dla humanisty nie były łatwe, sporo statystyki, ale tysiące nauczycieli ukończyło takie studia lub kursy, a później co roku brało udział w przeróżnych kursach doskonalących dla egzaminatorów, żeby sprostać systemowi egzaminów zewnętrznych.


Egzaminy egzaminami, ale reforma z 1999 roku zakładała przecież, że nauczyciel sam może pisać program, który nie będzie spisem materiału nauczania, ale treściami kształcenia rozumianymi jako wypadkowa umiejętności, wymagań i materiału nauczania. To był pomysł na odejście od encyklopedyzmu w szkołach. Żeby pomóc nauczycielom odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości planów wynikowych i autorskich programów nauczania, skończyłam kolejne studia podyplomowe w Instytucie Badań Edukacyjnych w Warszawie: Konstruowanie i ewaluacja programów nauczania (to jedyne moje studia, za które nie płaciłam z własnej kieszeni, bo ówczesny MEN ogłosił granty dla uczelni wspierające reformę). Tysiące nauczycieli znowu kończyło kolejne studia, wielogodzinne kursy, na których uczyliśmy się tej nowej szkoły, nowych metod kształcenia, aktywizowania uczniów, tworzenia programów i planów wynikowych, bo umiejętności uczniów miały być w centrum zainteresowania szkoły. Mieliśmy kształcić ucznia kreatywnego, krytycznego, poszukującego i współpracującego w grupie, który odnajdzie się na wymagającym rynku pracy. Szkoła miała się zmieniać, bo przecież zmienia się świat wokół niej. To dotyczyło także sposobu zarządzania szkołą, budowania zespołu nauczycieli, tworzenia szkolnych programów wychowawczych, odpowiadających na potrzeby uczniów, itd.. Takiego nowego podejścia do szkoły uczył polskich nauczycieli i dyrektorów szkół, m.in., unijny program finansowany ze środków przedakcesyjnych. To kolejne dziesiątki godzin nauczycieli spędzonych na doskonaleniu i próbie zrozumienia nowego podejścia do kształcenia i wychowania, podejścia opartego na wartościach demokratycznych.


Jakoś trzeba było badać, czy zmiana idzie w dobrym kierunku i czy szkoła się rozwija, jest organizacją samouczącą się, itd.., więc wprowadzono ewaluację (która chyba wynaturzyła się do granic niemożliwości i stała się udręką szkół). Ale takie były decyzje MEN, więc po to, by lepiej wspierać dyrektorów w tym trudnym procesie, skończyłam kolejne studia podyplomowe, tym razem wróciłam na UJ, żeby zgłębić Zarządzanie jakością w organizacjach. I znowu tysiące dyrektorów i nauczycieli, którzy chcieli zostać dyrektorami szkół kończyło takie studia lub dwusemestralne wielogodzinne kursy kwalifikacyjne.

Ja miałam szczęście przeżyć tylko tę jedną reformę systemu oświaty, na pewno bardzo intensywnie, bo jako nauczyciel konsultant wspierający wdrażanie reformy, ale z pewnością nauczyciel pracujący w szkole miał gorzej, bo musiał tę pięknie brzmiącą teorię zamienić w codzienną praktykę. Jesienią 2007 r. zostałam posłem, a moje sejmowe losy potoczyły się w zupełnie nowym kierunku, ale przypomnę, że nauczyciele w następnych latach przeżyli dwie kolejne wielkie zmiany, więc jeśli myślicie, że łatwo być nauczycielem, bo wciąż robi się to samo, albo że pracuje się 18 godzin, to znaczy, że nic nie wiecie o szkole.

Post scriptum
Gdy dzisiaj słyszę (np. w debacie w TVN24, bardzo ciekawej, przede wszystkim z powodu fantastycznych nauczycieli i uczniów-absolwentów gimnazjów) o tym, że programy są przeładowane, że szkoła uczy wiedzy a nie umiejętności, że nie przygotowuje do wejścia w dorosłe życie i na rynek pracy, a nauczyciel boi się dyrektora, ten zaś wizytatora, to wydaje mi się, że przeżywam jakieś deja vu.