O autorze
Głosuj na Wapiętnik na www.blogroku.pl

Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem, aż choroba Parkinsona kazała mi zwolnić się z etatu (ale nie z bycia dziennikarką). Wcześniejszą emeryturę wydarłam ZUS-owi z gardła po roku sądowej walki i zaprawiona w bojach wyzwałam na ubitą ziemię pana P., jak nazywam Parkinsona. Codzienne potyczki opisuję w Wapiętniku, czyli w pamiętniku prowadzonym przez wapniaka. Niektórzy dziwią się, że mało w nim choroby, za to sporo uśmiechu i spraw, od których niekoniecznie zależy los świata. Ale może mój? Nie mam wpływu na to, że jestem skazana na pana Parkinsona już do końca, próbuję jednak nie dać mu się całkiem zdominować. Pisanie o tym to rodzaj terapii, ale też chęć pokrzepienia innych cierpiących.
Jako się rzekło, moje życie nie składa się tylko z choroby. Pełnię w nim różne role: córki (troskliwej), żony (pierwszej), mamy (pojedynczej), teściowej (niezołzowatej), przyjaciółki (długodystansowej), koleżanki (mnogiej). I choć nie wyobrażam sobie życia bez czytania i słuchania muzyki, na bezludną wyspę nie zabrałabym ani książek, ani płyt, tylko chciałabym ją ... zaludnić. Bo to, co w życiu lubię najbardziej, to pogadać z drugim człowiekiem.

Jak Pilch, pragnę cudu...

Wbrew pozorom, to nie ostatni wysyp świąt, którym tak chętnie przydajemy magiczności, wpędził mnie w rozważania o cudach. Te iście Hamletowskie rozterki „wierzyć, albo nie wierzyć” mam bowiem za sprawą „Drugiego dziennika” Jerzego Pilcha – parkinsonika. Lektury, dalibóg, dalekiej w nastroju od „radosnej nowiny”.


Chociaż czy do końca? Wszak pisarz na swój sposób czuje się wybrany, gdy w wywiadzie z Kazimierą Szczuką dla Gali mówi o chorobie: „Mam ją nie za pecha, ale za fart. Nie za dopust, ale za dar boży. Przy moim zapatrzeniu w siebie, skłonności do wiwisekcji taki temat spadł mi z nieba – w sensie ścisłym. A jak sądzę, wystarczająco jestem zdyscyplinowany i za bardzo doświadczony, by w jakąś bebechowatość popadać.” Niestety, za dużo było w tej wypowiedzi wiary w inteligencję czytelnika, a już na pewno w jego zdolność rozpoznania (gorzkiej) ironii. Bo tylko tym potrafię sobie wytłumaczyć łatwość, z jaką Andrzej Horubała formułuje oskarżenia wobec Pilcha o wykorzystanie parkinsonizmu jako kamuflażu, za pomocą którego ten „literacki hochsztapler” chce ukryć miałkość swego pisarstwa.


Swoją drogą ciekawe, skąd tyle wiary w ludzką percepcję u człowieka... małej wiary, jakim od zawsze Jerzy Pilch zdaje się być? A może raczej – zdawał? Bo w życiu, także jego, nic nie jest „na zawsze” i jak sam przyznaje, wiara (niewiara?) nie jest wartością stałą. Dość banalne konstatacje pisarza przypomina – bez cienia złośliwości, jak na wielbicielkę Pilchowego talentu przystało – Magda Umer na swoim facebooku cytując: „Jak to na starość – wiary przybywa. Im bliżej końca, tym ona gęstsza”. Szczęśliwie, nie brnie jednak Pilch w dalsze wyważanie otwartych drzwi, tylko daje prztyczka w nos tym, których wyznanie to niesie wprost do nieba. Pisząc zatem: „Żeby cokolwiek zrobić, trzeba wpierw uwierzyć, że się to zrobi. Bez wiary ani kroku! Nigdzie! Ani na stronę, ani na tamten świat” - autor „Dziennika”, mało że „nie dociska pedału patosu do dechy”, to w ramach samoobrony przed „bebechowatością” salwuje się dobrze sobie (i czytelnikom) znaną ucieczką w drwinę.


Dla mnie parkinsonika, bo przyznaję, że siłą rzeczy pod takim głównie kątem czytałam ostatnią książkę Pilcha, pewne rzeczy są w niej „oczywistą oczywistością”. Niestety... Jak pozornie zabawna anegdota, niczym wyjęta z cyklu „przychodzi baba do lekarza”. Ów medyk to znany pono w Wiśle dr Grenda, który miał pacjentce zaproponować uruchomienie funkcji nieprzerwanego lotu przez kopnięcie w zadek. Baba tak bowiem relacjonowała swoje dolegliwości: „... jak siądę, tobym tak siedziała, siedziała i siedziała... A jak idę, tobym tak szła, szła i szła... A znowuż jak stoję, tobym tak stała, stała i stała...” Ha, nic dodać, nic ująć! No, może tylko to, że parkinsonik powinien nabierać specjalnych praw przez zasiedzenie. Bo, gdy już usiądzie, to – rzeczywiście – posiedziałby dłuuugo, bo wstać mu ogromnie trudno i sporo czasu musi minąć, nim włączy się funkcja „szła, szła i szła...” Zresztą coraz oporniej. Wiedza ta codziennie utrwala mi się boleśnie, więc samej trudno mi uwierzyć, że jeszcze 6 lat temu biegałam z zachwytem po Toskanii i w Sienie osobiście rzuciłam hasło wspinaczki na wieżę. Bo jakże miałam nie obejrzeć z góry panoramy słynnego rynku – muszli?! Co zobaczyłam, to moje, nie wiem jednak śmiać się, czy płakać gdy przypomnę sobie mój tegoroczny pobyt u Góralki, gdzie na byle pięterko wchodziłam, jak po drabinie. Z użyciem wszystkich czterech kończyn, bo tak łatwiej mi było dźwigać pasażera na gapę, czyli upierdliwego Pana P., jak w ramach oswajania złego nazywam chorobę Parkinsona.


Moje z tym facetem pożycie, znajdujące się – zdaniem specjalistów – w schyłkowej fazie „okresu miodowego” (sic!) daje jeszcze ułudę oszwabienia natręta, zrzucenia z siebie nieznośnego garba a to na rowerze, a to pływalni. Tymczasem Pilch wydaje się być już o krok dalej, pisząc: „takich czy innych nadziei podstępna ta franca nie szczędzi z prawdziwie diabelskim okrucieństwem”. O nadziei wszakże mówią, że umiera ostatnia. A może inaczej? Może rodzi się dopiero, gdy człek na krawędzi, by mocą metafizyki unieść go znad przepaści? Jerzy Pilch wydaje się mieć tego pełną świadomość, kiedy we wspomnianej rozmowie z Kazimierą Szczuką mówi: „ Chełpiąc się niewiarą w cud, zarazem z całą mocą instynktu samozachowawczego pragnę kompromitacji niewiary w cud. Kompromitacją taką jest oczywiście cud. Pełen sceptycyzmu, ironii i szyderstw czekam przeto na cud, czekam, aż mnie puści...” Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, że puścić ma stalker – Pan P., rozwiewa je deklaracja zatwardziałego fana futbolu, że wisi mu nawet tytuł mistrza galaktyki dla polskiej piłki kopanej wobec możliwości natychmiastowego ozdrowienia. Amen.

Wierzyć, nie wierzyć? Wolę już syzyfową mitręgę nad tym dylematem, niż zastanawianie się co będzie z nami – parkinsonikami, jeśli medycyna nie dobędzie (czytaj – zrefunduje) swego oręża i nie przyjdzie w sukurs. Zresztą „nie mam głowy do zajmowania się chorobą – nogi odmawiają posłuszeństwa”, że powtórzę genialne zdanie z „Dziennika” Jerzego Pilcha.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

NIE TYLKO POLITYKA

WYWIAD 0 0W Sejmie się jej boją. Justyna Dobrosz-Oracz szczerze o "pościgach" za politykami
WYBORY2019 0 0Pierwszy sondaż prezydencki z Kidawą-Błońską! Zaskakujący wynik
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Gliński weźmie artystów za twarz, jak w PRL? Prawda może was zaskoczyć
WYBORY 2019 0 0"Wyborcza": opozycja ma szansę odsunąć PiS od władzy. Jest nowy sondaż

MOTO

0 0Niektórzy wysiadali, bo już nie mieli siły. To najlepsze szkolenie samochodowe w Polsce
0 0Znalazłeś korzystniejsze ubezpieczenie OC? Oto jak bez problemów zmienić firmę ubezpieczeniową
0 0Krótka ławka PiS. Nowy minister finansów debiutował jeszcze u Tuska
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Władza tworzy nam nowy styl życia". Raczek o skandalu z filmem, który przeszkadza PiS-owi
FELIETON 0 0Krucjata krzyżowa Prezesa Kaczyńskiego. Wiem, dlaczego to robi