O autorze
Lusia, lat 22, leczy WZW C terapią trójlekową – studentka medycyny, u której chorobę zdiagnozowano jeszcze przed ukończeniem 2. roku życia. W dzieciństwie dwukrotnie przeszłam leczenie interferonem i rybawiryną. Niestety, bez pozytywnego efektu. Wyniki, przeprowadzonych na początku 2013 r., badań wykazały duże zmiany wątroby, co było bezpośrednim powodem zakwalifikowania mnie w trybie pilnym do leczenia trójlekowego. Terapię rozpoczęłam w lutym 2014 r. Jestem osobą lekko zwariowaną, pozytywnie zakręconą i pełną energii. Uwielbiam ludzi przepełnionych optymizmem. Kocham podróżować, zwiedzać, tańczyć, śmiać się i bawić. A co najważniejsze... staram się nigdy nie poddawać!

Moje WZW C: Przebojowy tydzień

Już spokojna i z uśmiechem na twarzy, postanowiłam podzielić się z Wami wrażeniami z obiegłego tygodnia. Dużo się działo, sporo stresów i nerwów. Można byłoby pomyśleć, że jako studentka medycyny będę bardziej racjonalnie i spokojnie podchodzić do leczenia jak i do spraw z nim związanych. Okazuje się jednak, że martwię się i przejmuję tak samo jak każdy, albo nawet... jeszcze bardziej :)


W poniedziałek 14.04 , jak co dwa tygodnie, udałam się do swojej poradni chorób zakaźnych. Pogoda nie dopisywała, ale ja i tak starałam się uśmiechać i mieć jak najbardziej pozytywne nastawienie. Tak jak wspominałam w poprzednim poście, ostatnie wyniki nie wyglądały dobrze, co przyczyniło się to do zmniejszenia dawki interferonu. Liczyłam na to, że po dwóch tygodniach, wyniki się poprawią i wszystko będzie szło tak jak powinno. Niestety… okazało się, że jest jeszcze gorzej i muszę mieć odstawiony lek. Konsultowała mnie wtedy inna Pani Doktor, zastępowała mojego lekarza prowadzącego. Poprosiła mnie o to bym pokazała się jeszcze raz w przyszłym tygodniu by ponownie wykonać badania krwi i rozważyć ponowne włączenie interferonu.

Zupełnie się tego nie spodziewałam. Zupełnie! Moja pierwsza myśl „I co teraz? Za tydzień święta, co oznacza, że będę musiała pokazać się jeszcze później. Czy taka przerwa nie wpłynie na leczenie? Tyle walki o to by być w programie terapeutycznym i po dwóch miesiącach może okazać się, że to już koniec?”. Panika. Czułam, jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej i szybciej, a łzy cisnęły się, żeby spłynąć po policzkach. W domu płacz, nerwy. Jak nie to leczenie, to które? Co teraz? Czarne myśli. I gdzie tu racjonalne podejście? :) Aż mi głupio!

Następnego dnia skontaktowałam się telefonicznie ze swoją Panią Profesor, do której mam pełne zaufanie i jest to obecnie jedyna osoba, która potrafi mnie uspokoić, trafić do mnie oraz której opinię i zadanie bardzo szanuję. Usłyszałam, że jak na razie mam się niczym nie martwić. Taką przerwę po prostu trzeba było zrobić i że mogę być spokojna, damy sobie radę. Poprosiła mnie również o pokazanie się w klinice jeszcze raz przed świętami, by zastanowić się co dalej.


W czwartek wstałam wcześniej, poleciałam do laboratorium, później biegiem na zajęcia na uczelni i po południu na wizytę do Pani Profesor.
I … KAMIEŃ Z SERCA! Po tych dwóch dniach wyniki znacznie się poprawiły. Śmieję się, że chyba mój organizm się wystraszył i spiął się do walki! :) Interferon powrócił, co prawda w zdecydowanie mniejszej dawce, ale jest. Leczenie idzie dalej! Otrzymałam leki na najbliższy miesiąc. Mam nadzieję, że już teraz będzie wszystko szło ładnie i spokojnie. Trzymajcie kciuki! :)

Drodzy Czytelnicy, przez tą całą bieganinę i stresy nie zdążyłam Wam złożyć świątecznych życzeń. Mam nadzieję, że ten czas był dla Was naprawdę piękny, że odpoczęliście i skorzystaliście z tej cudownej pogody :)
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...