O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Grosman, Farina i Karpowicz

…czyli historia żałobna, powieść bitnikowska i okrutna baśń


Dawid Grosman – „Poza czasem”



Pierwsze zdanie: „Kiedy siedzą przy kolacji, mężczyzna nagle zmienia się na twarzy.”

„Poza czasem” jest w bezpośredni sposób powiązana z poprzednią powieścią Grosmana, „Tam gdzie kończy się kraj”, o której pisałem tu jakiś czas temu. W tamtej główna bohaterka wyrusza w wędrówkę po Izraelu nie mogąc znieść napięcia związanego z faktem, że jej syn poszedł na wojnę. Ucieka z domu, żeby nie odebrać wiadomości, że on zginął. Niestety Grosmanowi nie udało się tą powieścią zakląć rzeczywistości – pewnego dnia sam został poinformowany o tym, że jego syn Uri zginął w tzw. drugiej wojnie libańskiej.


Z dziecięcym zdziwieniem
odkryli, że śmierć można
trzymać w ustach jak
cukierek
nasączony trucizną, na którą
oni jakimś cudem
są odporni.
Otworzyliśmy im drzwi,
o te właśnie, tu staliśmy,
ty i ja,
ramię w ramię,
a oni
w progu,
my zaś
naprzeciw nich,
a oni
ze współczuciem,
opanowani
i spokojni,
tchnęli w nas
ducha
śmierci.


Reakcją zrozpaczonego ojca jest właśnie „Poza czasem”. Bardzo specyficzna i oryginalna rzecz, opatrzona dopiskiem „Opowieść na głosy”. To rodzaj elegii, dramatu i historii żałobnej w jednym. Książka dość trudna w odbiorze, nie tylko ze względu na temat, ale także z powodu swej struktury. Napisana jest bowiem częściowo prozą, po części językiem poetyckim. Podzielona na dialogi i monologi przypomina formą sztukę teatralną.
Tym razem główny bohater, anonimowy mężczyzna, zostawia żoną i rusza w podróż, która wydaje się nie mieć końca. Chce bowiem dotrzeć gdzieś tam gdzie spotka swego syna, gdzieś na granicy świata realnego i świata umarłych. Chce trafić do tego miejsca „poza czasem”, w którym da się zapomnieć o śmierci. W tej wędrówce towarzyszą mu osoby, których spotkała taka sama tragedia – śmierć dziecka. Ten zrozpaczony, otumaniony bólem i roztrząsający bezsens życia kondukt żałobny, aby w jakiś sposób wyrwać się z pustki, która powstaje po stracie ukochanego dziecka, krąży niezmiennie w tym obłędnym i tragicznym korowodzie próbując poradzić sobie z bólem. Z czasem dociera do kresu swej wędrówki. Niestety nie jest to tak usilnie poszukiwane „poza czasem”.
Cieniutka książka, ale chwytająca za gardło. Bardzo emocjonalna. Mocno egzystencjalna, ale także nasycona religijnością i pierwiastkiem mistycznym. Dla odważnych.



Richard Farina – „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej”



Pierwsze zdanie: „Do Aten, więc.”

Wydawnictwo Officyna utworzyło serię „Twarze kontrkultury”, w której prezentuje nie wydane nigdy wcześniej w Polsce i nie tak głośne jak np. „W drodze” J. Kerouaca, książki dotyczące czasów amerykańskiej rewolucji obyczajowej z lat 60-tych. Powieść Fariny, to już czwarta pozycja tego cyklu. Nie czytałem poprzednich ale przy tej ubawiłem się niczym mała norka. Jednak najpierw ze dwa zdania o samym autorze. Facet zginął tragicznie w wieku 29 lat i zdążył pozostawić po sobie kilka płyt (był muzykiem folkowym) i tę właśnie powieść. Był podobno bardzo utalentowany i dobrze rokował. Poza tym przyjaźnił się z Thomasem Pynchonem, który zadedykował mu nawet swoją „Tęczę grawitacji”.
„Wszystko się spieprzyło” nie jest jednak dziełem postmodernistycznym. Dla mnie to rzecz bliższa literaturze bitnikowskiej, w końcu u Farini, nieustanne przemieszczanie się i podróżowanie jest równie ważne dla tej powieści, jak w najsłynniejszym dziele Kerouaca. Główny bohater, grek Gnossos zwany Papsem, buntuje się przeciwko otaczającej go obłudnej rzeczywistości, nade wszystko ceni sobie wolność i wciąż goni w głąb siebie, w poszukiwaniu sensu. Tego sensu sensu stricto. Jego postawa idealnie wpisuje się w tamte czasy. Nie przypadkowo przecież akcja powieści dzieje się w campusie uniwersyteckim, w którym coś zaczyna zmieniać się w tych grzecznych i nudnych do tej pory studentach, czy też na Kubie gdzie akurat trwa rewolucja. Czuć tu coraz wyraźniej tlący się bunt, który wkrótce doprowadzi do prawdziwego wybuchu i istotnych przemian społecznych.
Jednak zanim do tego dojdzie w pełnym wymiarze, mamy tu kapitalne opisy odjechanych imprez z całym tym anturażem w postaci hektolitrów wypijanego alkoholu, różnorakich narkotyków, seksu a nawet magii. Na jednym z takich „balów” spotkać można małpę, która ma na imię Proust i „Jest astmatykiem, nie lubi towarzystwa. Ma słaby pęcherz.” Poza tym wali kwasa, a „Na śniadanie żre herę, posypujemy mu tym płatki kukurydziane. Nie może jej wciągać nosem, szkodzi mu na oskrzela.” To tu kumple Papsa wyciągają z pietyzmem z kibla „balasa”, którego postawił, żeby zrobić mu odlew i nazywają go dziełem sztuki - „Pismo klinowe trzewi”. Podobnych odlotowych opisów jest tu bez liku.
Z małymi wyjątkami - kiedy przytrafiają się Farinie fragmenty nieco przegadane, a nawet bełkotliwe - napisane to jest bardzo sprawnie. Inteligentnie, z energią, dobry tempem, błyskotliwie, a przede wszystkim z dużym poczuciem humoru. Mamy tu dynamiczne dialogi i galerię fajnych postaci, drugo, a nawet trzecioplanowych, nad którymi króluje oczywiście Paps – nieszablonowa i intrygująca postać. Kochający niezależność, bezczelnie szczery szaleniec, nieokrzesany bon vivant, miłośnik konsumpcji wszelakiej, poszukujący nie tylko istoty własnej duszy, ale również prawdziwej miłości. Zapalony myśliwy, polujący na zające i zachowujący na pamiątkę odciętą jedną z ich przednich łap. Pełnokrwisty gość, który mówi o sobie np. tak: „Jestem jak Prometeusz, tylko nie potrzeba mi orła. Moja duchowa, odwieczna mądrość ma w dupie determinizm.”


Ignacy Karpowicz – „Sońka”



Pierwsze zdanie: „Dawno, dawno temu – tak Sonia zaczynała szczególne zdania, w których nie pojawiały się krowy, kury i świnie, święta, chleb i podatki, sianokosy, wykopki i gradobicia; tak zaczynała zdania, które grzęzły gdzieś w krtani, zatrzymywały się na gładkich, bezzębnych dziąsłach, by ześliznąć się na powrót w ciało: do płuc, serca i kurzu, zbijającego się w kłębki pośród starych, zużytych narządów.”

Ostatnia powieść, a w zasadzie - biorąc pod uwagę jej niewielką objętość – nowela Karpowicza, zaczyna się jak bajka. I po części czymś na kształt bajki jest. Mamy tu bowiem biedną wiejską dziewczynę (tytułowa Sonia), pojawiającego się niespodziewanie królewicza (Joachim), ich wielką i nieszczęśliwą miłość, a poza tym gadające zwierzęta i inne cudowne i zaskakujące przemiany. Jak przystało na klasyczną bajkę w stylu np. braci Grimm jest też oczywiście groza, jest się czego bać, można też na koniec się wzruszyć. Tyle tylko, że Karpowicz jest tu trzy razy bardziej okrutny niż i tak słynący z okrucieństwa niemieccy twórcy Jasia i Małgosi.
„Sońka” toczy się w przecież w dużej mierze podczas II wojny światowej, gdzie nie tylko „ciemny, gęsty i straszny las” ale i również egzekucje Żydów. Główna postać, biedna wiejska dziewczyna jest notorycznie gwałcona przez bestialskiego ojca, czemu obojętnie przyglądają się jej bracia. Królewicz to oficer SS, a wielka miłość nie tylko jest nieszczęśliwa, ale przeradza się w prawdziwą tragedię. W tym całym jednym wielkim nieszczęściu i dramacie dochodzi jednak do serii przemian, które dotykają wszystkich głównych bohaterów. Zło zamienia się w dobro? Trochę tak, trochę nie. To już każdy może ocenić sam.
Interesująco i oryginalnie jest ta książka skonstruowana. Zaczyna się współcześnie gdy dupkowaty reżyser teatralny przypadkowo trafia do biednej chałupiny staruszki na Podlasiu, by przy kubku mleka wysłuchać historii jej życia. A gdy ta go wciąga, reżyser czując duży potencjał opowieści, zaczyna na bieżąco „przerabiać” ją na sztukę teatralną. Dokładnie planuje poszczególne sceny, różne sceniczne efekty, grę aktorską itd. A sam Karpowicz ocenia ten spektakl jako grający na emocjach kicz, który może i spodoba się publiczności, ale krytyka się po nim przejedzie. Taki teatr jest bowiem jedynie pewną formą oszustwa, która nigdy nie odda prawdziwego cierpienia.
Jednak to co mi się w tej smutnej i mądrej powieści podoba najbardziej to fantastyczny, bogaty język. Poczynając od gwary i wielu białoruskich sformułowań, po piękne mocno liryczne fragmenty.

„A z jej prawego oka, z którego lata starły kolor, popłynęła wielka łza. Nie toczyła się żywo: najpierw wolno się formowała, formowała, aby z trudem się oddzielić. To nie była przezroczysta łza, tylko mlecznobiała. To nie była mokra łza, tylko nieznacznie wilgotna. Ta łza tak naprawdę była grudką soli. No i ona maszerowała zmarszczkami Soninej twarzy, jak gąsienica po starym, wykręconym liściu, bez nadziei na przepoczwarzenie czy przepotwarzenie, aż wreszcie, ominąwszy usta, spadła z brody na podłogę, gdzie rozprysła się w solny miał.”

Może i ten Karpowicz zachowuje się nie honorowo i pożyczonej kasy nie oddaje w terminie, ale dobre książki pisać na pewno potrafi.

Aktualnie czytam: