4 lata temu, kiedy PiS doszedł po raz drugi do władzy, liczyłem głosy w jednej z krapkowickich komisji wyborczych. Pamiętam tę ciemną noc, gdy przewodniczący wypełniali ostatnie procedury, a ja i pewna starsza pani staliśmy w korytarzyku, dzieląc załamanie. Kobieta wróciła do rodzinnego miasta po 40 latach migracji. Niedawno pochowała męża, jej znajomi już nie żyli, nikogo nie znała. Wyobrażacie sobie? Wrócić stęsknionym po połowie życia na swoją ziemię i jej nie poznać. Znam dobrze tę tęsknotę.

REKLAMA
Tej nocy mówiła mi, że dla niej wynik wyborów nie ma większych skutków, bo już zbliża się do końca. Martwiła się jednak o młodszych, o mnie, którym przyjdzie żyć w dobie hybrydy autorytaryzmu, jaką cały czas odkrywamy.
Kilka miesięcy później zostałem członkiem Komitetu Obrony Demokracji, wówczas bardzo aktywnym, który na ulicy doświadczył zarówno magii wsparcia, jak i wyzwisk. Już wtedy było widać, że Polska pęka. Członkiem jestem po dziś dzień, mimo ciągłych pytań, najpierw o finansowanie przez Sorosa (jak widać, jestem bogaczem), potem o nieuczciwość organizacji (afera fakturowa), następnie o sens bycia w niebycie (nieodrobione, wizerunkowe straty).
Równolegle były to jedne z najlepszych czterech lat życia. Przeprowadziłem się do innego miasta, ożeniłem, znalazłem pracę, doczekałem dziecka, zacząłem podróżować. Zdarzyło się to POMIMO ciągłego chodzenia na protesty, spotkania z mądrymi tego kraju i dyżurów w opozycyjnych mediach społecznościowych.
Dzisiaj drugi raz przerabiam poważną wygraną PiSu i zbulwersowana żona, widząc moją postawę, pyta się mnie: nie czujesz rozczarowania, smutku, goryczy? Nie, nie czuję. Znałem wynik na długo przed wyborami. Z ulicy, rozmów, protestów, mediów społecznościowych. Jestem jedynie zażenowany, że co najmniej 9 milionów Polaków popiera rządy autorytarne (PiS, Konfederacja), z czego ponad milion neofaszystowskie (Konfederacja).
Tutaj znajduję odpowiedź na pytanie, dlaczego wciąż jestem w KOD. Nie dla szyldu stowarzyszenia, bo mogłoby być ono zupełnie inne. Nie dla nieskazitelności, gdyż ona nie istnieje, wstyd mi często za poczynania "ludzi demokratycznych". Lecz dla idei, która jest większa niż wszystkie ułomności i trwa od tysięcy lat. Wspólnotowe głosowanie, że się tak wyrażę, ma - z każdym swoim minusem - ważniejszą wartość, żeby łatwo jej nie poddawać. Być może ryzyko ustroju polega na tym, że wielu ciągnie za stadem i nawet jeśli pospadają że skarpy, to mają prawo iść przodem. Ale daje również przywilej ubiegania się o słuszne prawa tym, którzy są w mniejszości. Dlatego choćby w tym kraju pozostała garstka demokratów, którzy będą mieli przepierniczone, bo czasy nadchodzą ciężkie, to ja chcę być w tej garstce.
Zapewne przyjdzie dzień, kiedy demokrację będzie się zdrapywać niczym farbę olejną, bo ktoś wymyśli sprawiedliwszy system. Jednak jeszcze to nie nastąpiło. Stąd pozostanę przy opozycyjności w stosunku do tego, co się dzisiaj dzieje, dla zwykłej prawdy i człowieczeństwa. Dla siebie i przyszłości mojego dziecka. Dla starszej pani, której poczucie wyobcowania na własnej ziemi właśnie zaczynam rozumieć.