O autorze
Od 26 lat pisze o samochodach, nie tylko w Polsce, ale także w kilkunastu innych krajach - w tym we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Grecji, USA i RPA. Redaktor naczelny miesięcznika Motor Hobby, redaktor naczelny tygodnika Motor, twórca miesięcznika Moto Magazyn, pierwszy redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika TopGear, redaktor naczelny kwartalnika Ramp. Jedyny Polak, który publikował w oficjalnym miesięczniku właścicieli samochodów Bugatti "Ettore". Jedyny wschodnioeuropejski dziennikarz, który na legendarnym Festiwalu Prędkości w Goodwood występował przez 5 lat jako kierowca fabryczny. Pierwszy Polak, który startował w wyścigu Le Mans Classic. Jeździ samochodami, którymi nie jeździ nikt.

ELEMENTARZ

Pierwszą niemiecką autostradę otwarto 8 sierpnia 1932 roku, a więc przed wygraniem przez NSDP wyborów do Reichstagu.
Pierwszą niemiecką autostradę otwarto 8 sierpnia 1932 roku, a więc przed wygraniem przez NSDP wyborów do Reichstagu. AVLR
Nieprawdą jest, że to Hitler zaczął budować w Niemczech autostrady. To tak samo nieprawdziwe twierdzenie jak to, że III Rzesza samodzielnie uderzyła na Polskę - bez Rosji Sowieckiej byłoby to znacznie trudniejsze zadanie. Autostrady jako program robót publicznych przede wszystkim miały służyć ułatwieniu wyjścia Republiki Weimarskiej z zapaści gospodarczej, ułatwienie militarnej logistyki stanowiło tylko bonus. W PRL jeszcze w latach 70. pisano, że imperialistyczne autostrady są bardzo niebezpieczne, bo jeździ się po nich zbyt szybko. A to bzdura, bo dziś niemieckie autostrady, o gigantycznym natężeniu ruchu i najwyższej prędkości średniej na świecie, są w przeliczeniu na liczbę wypadków najbezpieczniejszymi drogami na globie...


Za komuny tylko niektórzy Polacy potrafili korzystać z autostrad, ci, kórym dane było wyjechać na zgniły Zachód. Inni co najwyżej mogli wpaść na poniemiecką autostradę z Wrocławia w stronę Berlina, o pochodzeniu której milczano - bo pewnie trudno było nawet politrukom z KC PZPR zmyślić jej piastowski rodowód. Stosownych manier zachowania na autostradzie czy drodze dwujezdniowej, z kierunkami ruchu fizycznie od siebie oddzielonymi, nasz naród zwyczajnie nie miał się jak nauczyć. Do dziś zresztą prawo o ruchu drogowym, mimo licznych nowel i modernizacji, korzeniami tkwi głęboko w staliniźmie i w jego aroganckim przeświadczeniu, że prywatnych samochodów w Polsce być nie powinno. Zabawne, że mamy rok 2016 i nadal brak w tejże ustawie zdecydowanego zakazu jazdy lewym pasem, gdy prawy jest wolny - bo to zaprzecza samej idei podzielenia strumieniu ruchu o różnych prędkościach przeciętnych. Nie wiem, może jest tak dlatego, bo prawo jest uchwalane przez posłów, którzy nie mają prawa jazdy, a na obrady Sejmu latają za darmo samolotem?


Ostatnio dostrzegłem nowe, związane z tym, piekielnie niebezpieczne zjawisko. Niechętni nowoczesnym układom drogowym pogrobowcy marksistowskiej "motoryzacji" może mu przyklasną, gdyż dowodzi, według nich, braku możliwości wprowadzania współczesnych rozwiązań, skoro ludność do nich nie dorosła. Otóż na obrzeżach dużych polskich miast coraz więcej skomplikowanych, wielowarstwowych i wielożyłowych skrzyżowań autostrad i dróg szybkiego ruchu. Niektóre, co wynika z natury takich dróg, wymagają relatywnie wczesnej decyzji kierowcy co do kierunku, który ma zamiar obrać. To już nie droga wiejska, gdzie w każdej chwili można skręcić w lewo "wedle trzech buczków".


Pierwszy taki przypadek towarzyszył otwarciu fragmentu trasy S2 w pobliżu warszawskiego lotniska Okęcie. Jakież było moje zdumienie, gdy jadący przede mną wąsaty jegomość w rozpadającym się Fordzie Galaxy, poruszający się lewym spośród trzech szerokich pasów, na zupełnie opustoszałej drodze tuż przede mną zahamował do zera. Do zera! Pozostał, naturalnie, bo to mu nakazała narodowa duma i piramidalna głupota, na lewym pasie. Przez ułamek sekundy nie wiedziałem, co się dzieje. Wypadek? atak serca? rozerwana opona? Nie. Wąsacz zatrzymał się przy lewej barierze drogi szybkiego ruchu, BY ZROBIĆ KOMÓRKĄ ZDJĘCIE LOTNISKA! Ominąłem go szerokim łukiem, dziwiąc się, że sprawności karłowatego mózgu wystarcza mu na samodzielne oddychanie.


Potem się zastanowiłem nad tym głębiej i uznałem, że być może to jednak wina systemu prawnego, który nadal nie uczy kierowców żadnego systemu zachowań na takich drogach, a tylko mówi im, jak szybko powinni jechać, by nie ukarano ich mandatem. Może nieszczęśnik z rejestracją z województwa świętokrzyskiego zwyczajnie nie wiedział, jak się zachować, bo nikt go tego nie nauczył. Ergo śmiertelnie niebezpieczne zachowanie nie wynikło z jego złej woli, a tylko z prostej niewiedzy...

Jak bardzo się myliłem. Niedługo potem, na tym samym odcinku drogi, w miejscu, gdzie rozchodzi się ona na kilka gałęzi i nad drogą wisi szereg zielonych i białych tablic informacyjnych, jadący środkowym pasem tercet jegomości w paroletnim Mercedesie gwałtownie zahamował i zatrzymał się. Tylko cudem nie wjechała w nieruchome auto setka poruszających się żwawo samochodów... dlaczego kierowca zatrzymał się na środku drogi ekspresowej? Otóż nie potrafił w czasie jazdy PRZECZYTAĆ NAPISÓW! Jednostkowy przypadek, pomyślałem, jeden na blion.

Tydzień później to samo. Kolejny gość, zatrzymujący się na środku autostrady A2 w miejscu, gdzie występuje dużo tablic z nazwami miejscowości. Ulewa, słaba widoczność. Nie wiem, czy ktoś wjechał w bezmyślnego delikwenta, czy zabił go podczas sylabizowania nazw. Trudno sobie wyobrazić takie przypadki, ale są one faktem. Potem zbulwersowani znajomi opowiedzieli mi o podobnych przypadkach... cóż, może jednak nie wideorejestratory, mierzące własną prędkość, i kosztujące miliony kamery nad drogami są najlepszymi środkami do poprawy bezpieczeństwa na drogach. Może wystarczy przed egzaminem na prawo jazdy urządzać kierowcom egzamin z czytania?