Milijenko Jergović
Wilimowski
Milijenko Jergović Wilimowski Książkowe klimaty

Ernest Wilimowski. Gwiazda polskiej i niemieckiej piłki nożnej. Dla jednych bohater, dla innych zdrajca, a dla jeszcze innych przykład poplątanego śląskiego życia. Kiedy w zapowiedziach wydawniczych przeczytałem, że Milijenko Jergović wziął na tapetę tego piłkarza, pomyślałem, że oto świat się kończy, że niedługo gdzieś urodzi się ciele o dwóch głowach, albo, że to tylko pretekst do napisania o czymś więcej, o czymś, do czego piłka nożna jest tylko pretekstem przyciągającym czytelnika.

REKLAMA
Mamy tedy rok 1938. Dotychczasowy świat zmierza ku nieuchronnej katastrofie, z której tak naprawdę jeszcze nikt nie zdaje sobie sprawy. Gdzieś w dalekim świecie sportowcy walczą o tytuły, ludzie kultury tworzą wiekopomne dzieła a naprawiacze świata knują jak przenicować dotychczasową rzeczywistość i stworzyć idealny świat pełen szczęścia i bogactwa. Ludzie zakładają rodziny, płodzą dzieci, rozwodzą się, bogacą i tracą fortuny. W tym zwykłym życiu w niezwykłych czasach pewien profesor krakowskiej uczelni podejmuje desperacką próbę wyleczenia swego jedynego syna. Miejscem, które ma uzdrowić chorego na raka koci chłopca jest zapomniany przez Boga i ludzi hotel w górach Dalmacji. Jednym z nieodłącznych rekwizytów uczonego jest samodzielnie skonstruowane radio, na tyle silne, że pozwala na odbiór z dowolnego miejsca na świecie warszawskiej rozgłośni. Ten wynalazek pozwoli na słuchanie relacji z meczu Polski z Brazylią.
Relacja z meczu elektryzuje nawet tych słuchaczy, którzy nie posługują się językiem polskim. Mimika i okrzyki Profesora, napięcie w przekazie radiowego komentatora robią swoje. Wszyscy w hotelu zaczynają żyć meczem, a sam Profesor pozwala sobie na daleko idące emocje, graniczące z zaślepiającym szowinizmem, tak powszechnym w naszych czasach. A przecież mecz, rozgrywka sportowa ma pozwolić zapomnieć pewnemu małemu chłopcy o chorobie, która pozbawi go życia, ma wzbudzić na jego dziecięcej i naznaczonej cierpieniem twarzyczce uśmiech, wzbudzić okrzyki radości. Tymczasem stał się katalizatorem najgorszych cech ludzkich, sprawił, że o wiele łatwiej było przyjąć do wiadomości nieuchronny upadek współczesnego świata. Mecz zapoczątkował ciąg wydarzeń, których logika trwa i trwać będzie jeszcze wiele lat. Sport jest radością do czasu, kiedy drużyna odnosi sukcesy, kiedy zaś ciąg sukcesów zostaje przerwany następuje smutek i szukanie winnych. Najlepiej znaleźć winę wśród kogoś z zewnątrz. Stronniczość, pomyłka czy spisek pozwala na wypracowanie reakcji obronnych, które pozwalają wyprzeć starą zasadę, iż wygrywa lepszy.
Rozpisałem się o tym sporcie, a przecież to tylko tło do znalezienia istoty zmian w naszym świecie. Z pewnością tło to nie wyczerpuje całej istoty tych zmian. Zmieniamy się, bo gorszy pieniądz wypiera ten lepszy, bo łatwiej jest nam zwolnić się z pracy nad samym sobą, łatwiej jest zrezygnować z obrony zasad, praworządności czy empatii, słowem łatwiej jest nam schować się w skorupie człowieka skrzywdzonego, nabawiając się tym samym syndromu obleganej twierdzy.
Tylko czy to intelektualnie rozwija?

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?