Robert Małecki "Wada"
Robert Małecki "Wada" Wyd. Czwarta Strona

REKLAMA
Upalny sierpień nie sprzyja wysiłkowi intelektualnemu. Nie pomaga także w prowadzeniu śledztwa, ale gdy trzeba komisarz Gross zakasuje rękawy i zabiera się wraz ze swoim zespołem do pracy. I takie szczegóły jak brak ciała ofiary go nie powstrzymają.
Oto na leśnej polanie, gdzieś pod Chełmżą przypadkowy przechodzień odkrywa zakrwawiony, pusty namiot. Ślady krwi naokoło wskazują na brutalną zbrodnię. Jednak te parę rzeczy to jedyne, co ma w rękach komisarz Bernard Gross – brakuje mu zarówno ciała, narzędzia zbrodni, jak i sprawcy. Sprawa zapowiada się na taką, która pozostanie nierozwiązana z powodu większej ilości pytań niż odpowiedzi. Pomoc przychodzi jednak z najmniej spodziewanej sytuacji.
„Wada” to tom drugi serii o Bernardzie Grossie – śledczym, który został niemalże wyjęty z typowego skandynawskiego kryminału. Co prawda komisarz nie ma problemów alkoholowych, za to otrzymał melodramatyczny wątek obyczajowy z chorą żoną i nieobecnym synem w tle. Może on irytować tak samo, jak w tych północnych kryminałach, zwłaszcza, że poświęcone temu zostało całkiem sporo miejsca. Z drugiej strony wyjaśnia on samo sposób prowadzenia śledztwa przez Grossa i uzasadnia jego nieco melancholijne podejście do życia. Komisarz zdaje się bowiem przez przeważającą część czasu mieć wszystkiego i wszystkich dość i prowadzić śledztwo jedynie z przyzwyczajenia.
Samo śledztwo konsekwentnie mozolnie posuwa się naprzód, przez co może nie jest szczególnie emocjonujące, ale za to realne i trzymające w napięciu. Gross z zespołem powoli gromadzą fakty, weryfikują uzyskane informacje, błądzą w kółku i trafiają na nowe tropy. Zagadka jest satysfakcjonująca, bowiem jest przemyślana, a czytelnik może samemu próbować rozwiązać sprawę. Sama zresztą jej konstrukcja przypomina nieco schemat powieści detektywistycznej wymieszanej jedynie ze współczesnym kryminałem skandynawskim.
Fabularnie „Wada” nieco kuleje w finale – przy tak rozbudowanej zagadce i śledztwie można było spodziewać się jednak czegoś lepszego. Wyjaśnienie choć dobrze uargumentowane podane jest w taki sposób, że całe napięcie, które Małecki budował do tego miejsca, spada natychmiastowo. Problemem może być też rozbicie narracji na poszczególnych członków zespołu Grossa - o ile jeszcze sam Gross i Stefański (nowicjusz w gronie) dają radę i ich wątki obyczajowe dokądś prowadzą (i tłumaczą zachowanie i sposób obserwacji świata), o tyle wątek Skalskiej zmierza donikąd. Pojawia się, zajmując znaczną część aktu pierwszego, a potem niespodziewanie urywa się. Poniekąd zostaje to wytłumaczone, ale można było uzasadnić i poprowadzić lepiej.
„Wada” nie jest pozbawiona wad, jednak te nie umniejszają przyjemności z lektury. Małecki wyrasta na gwiazdę nowego pokolenia polskich pisarzy kryminałów, co może tylko cieszyć. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że autor zachowa poziom zwyżkowy i że tom trzeci, „Zadra”, będzie jeszcze lepsza niż „Wada”.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?