O autorze
Ryszard Petru to wrocławianin i ekonomista z ogromnym doświadczeniem. W Banku Światowym zajmował się reformą finansów publicznych, polityką regionalną i klimatem inwestycyjnym. Był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich oraz współpracował z Forum Obywatelskiego
Rozwoju. Jest autorem szeregu publikacji na tematy gospodarcze, a także współtwórcą książki "Koniec Wolnego Rynku? Geneza kryzysu". Zasady ekonomii doskonale tłumaczy nawet dzieciom, czego dowodem są jego książki dla najmłodszych.
Dziś Ryszard Petru to lider partii politycznej Nowoczesna, która daje nadzieję na to, że już
wkrótce będziemy żyć w nowoczesnym i dobrze zarządzanym kraju. Jego plan uzdrowienia państwa i gospodarki pokazuje, że Polskę można zorganizować lepiej za te same pieniądze.

Plan awaryjny

Żadna firma, bank czy też indywidualny przedsiębiorca nie przetrwa trudnych czasów bez planu awaryjnego. A jeśli mu się już uda, to będzie to albo dzieło przypadku i szczęścia, a w najlepszym razie tworzenie i realizacja planów awaryjnych w ostatniej chwili. Po ostatnim kryzysie z 2009 stało się jasne, że jeden wariant awaryjny nie wystarczy - trzeba opracować ich kilka, w tym bardzo czarnych, takich jakich w normalnych czasach się nie przygotowuje. Ta lekcja pokazała bowiem, że nawet najczarniejsze scenariusze mogą okazać się optymistyczne gdy skala kryzysu nas przerasta.


Rząd też musi mieć przygotowane takie scenariusze awaryjne. Nie po to aby straszyć, ale aby być w stanie szybko i w sposób przemyślany reagować na zmieniającą się rzeczywistość. Plan taki nie musi być ogłaszany, nie ma bowiem co straszyć na wyrost, ale poszczególne resorty, jak również główni decydenci koalicyjni powinni mieć świadomość jakie działania będą podejmowane w sytuacji kryzysowej. Nie wiem czy minister finansów ma taki plan przygotowany i na ile został on poddany wewnętrznym konsultacjom. A piszę o tym w kontekście podjętych w zeszłym tygodniu decyzji dotyczących budżetu na przyszły rok. Jako Towarzystwo Ekonomistów Polskich oceniliśmy projekt budżetu na 2013 rok jako umiarkowanie konserwatywny. Ryzyko scenariuszy makroekonomicznych jest niesymetryczne z większym prawdopodobieństwem niższej niż przyjęta w budżecie ścieżce wzrostu. Ale według dzisiejszej wiedzy założenia makro trzeba przyjąć jako w miarę sensowne. O ile podstawowe parametry makroekonomiczne nie budzą większych zastrzeżeń, przyjęto zbyt optymistycznie założenia co do wzrostu wynagrodzeń realnych oraz stopy bezrobocia, co tworzy ryzyka dla dochodów z tytułu VAT i CIT. W nieco czarniejszym scenariuszu istnieje niemałe ryzyko, że przy niższym niż oczekiwanym przez rząd popycie wewnętrznym i negatywnej dynamice importu może pojawić się olbrzymia presja po stronie dochodów budżetowych, a tym samy pytanie co dalej.


W trakcie roku będzie dość szybko wiadomo jak idą dochody podatkowe i na ile prawdopodobne jest, że budżet się nie zamknie i trzeba będzie dokonać jego nowelizacji. Dzisiaj nie sposób przewidzieć rozwoju sytuacji w Europie, dlatego też przy projektowaniu budżetu niezbędne jest podejście wariantowe. Jest szansa, że uda się go zrealizować, ale jeśli gospodarka europejska wejdzie w głębszą recesje u nas niezbędna będzie nowelizacja. No i pytanie co wtedy. Można podwyższać podatki: składkę rentową, akcyzę, VAT (bezpośrednich podatków w czasie roku zmieniać nie można), ograniczać wydatki: infrastrukturalne, lub socjalne (ale te już poprzez zmianę ustawy) lub też jeszcze do tego dołożyć zupełną likwidację składki na OFE. Można jeszcze przyspieszyć proces prywatyzacji, ale szczerze mówiąc wyceny w wariacie awaryjnym będą niższe niż dzisiaj – lepiej więc przyspieszać prywatyzację majątku już teraz.


Jeśli wariant awaryjny miałby być realizowany, wcześniej należy przeprowadzić analizę, jak poszczególne rozwiązania wpływają na perspektywę wzrostu gospodarczego. Bez wątpienia wszelkie podwyżki podatków zmniejszą polską konkurencyjność na arenie międzynarodowej, o co zresztą teraz toczy się największe światowe współzawodnictwo. Podwyżka składki rentowej podwyższyłaby koszty pracy, wyższy VAT wpłynąłby negatywnie na i tak malejącą konsumpcję Polaków. Drastyczne ograniczenie wydatków infrastrukturalnych zmniejszyłoby istotnie popyt wewnętrzny a jednocześnie ograniczyło przyszły potencjał wzrostu. Na tym tle redukcja składki do OFE do zera to istna kaszka z mleczkiem. Tyle, że taki ruch przyniesie maksimum 4 mld bieżących „oszczędności” przy potrzebach sięgających dziesiątków miliardów złotych. Po drugie stworzy ryzyko systemowej wiarygodności kraju. W dyskusjach o perspektywach gazu łupkowego pojawiają się dwie krytyczne kwestie, po pierwsze przejrzysta i sensowna legislacja, a po drugie długoterminowa stabilność reguł gry. Chodzi mianowicie o to, aby inwestor prywatny ryzykujący poważne kwoty na długie lata, mógł czuć się pewnie, że kolejny rząd za pięć czy dziesięć lat nie przewróci wszystkiego do góry nogami. Likwidacja składki do OFE byłaby przewróceniem „wszystkiego do góry nogami” i dawałaby zły sygnał co do wiarygodności kraju. Dlatego też dobrze byłoby gdyby w ramach planu awaryjnego pomyślano też o wydatkach. W budżecie na 2013 widać pierwsze przymiarki – takie choćby jak ograniczenie przyrostu płac - co należy uznać za krok we właściwym kierunku. W wariancie awaryjnym potrzebny może być znacznie szerszy arsenał.