Pan prezydent Duda wygłosił wczoraj dwa wystąpienia, w Sejmie i w Senacie. Można powiedzieć, że oba były poprawne i koncyliacyjne. Ale żadne ze słów, które wypowiedział, nie mogą przesłonić tego co w pierwszych stu dniach swej prezydentury zrobił, a przede wszystkim czego nie zrobił. Nie mogą więc przesłonić dość smutnego faktu, że z punktu widzenia Polski, są to dni stracone.

REKLAMA
Prezydent Duda mówił wczoraj o potrzebie dialogu. Apelował o to, by naturalny spór, był sporem cywilizowanym. By po sejmowych debatach nikt nie miał poczucia, że jego godność została naruszona. Apelował do senatorów, by poprawiali prawo, zasugerował nawet, że fakt, iż większość w Senacie ma PiS, jest zobowiązaniem. Niby wszystko jak trzeba. Niby.
W obu wystąpieniach znalazły się bowiem akcenty niepokojące. A przede wszystkim akcenty, z których wynika, że Pan Prezydent jest prezydentem PiS-u czy Polski PiS-owskiej, ale nie całej Polski, że jest bardziej prezydentem jednej partii niż wszystkich Polaków.
Pan prezydent w wystąpieniu sejmowym czynił aluzje do wyborów samorządowych. Dziękując PKW za sprawne przeprowadzenie wyborów powiedział, że przywróciły one obywatelom wiarę, że demokracja jest realna. Czyli wybory samorządowe, które PiS przegrał w tym sensie, że poza jednym wyjątkiem, nie był w stanie przejąć władzy w sejmikach wojewódzkich, demokrację podważały. Ale już wybory, które PiS-owi dały władzę, były demokratyczne. Dość prymitywną zaserwował Pan Prezydent miarę demokratyczności wyborów. Wygrywa jego partia, wybory są demokratyczne, przegrywa, demokratyczne nie są.
W wystąpieniu senackim prezydent Duda stwierdził, że wybory pokazały dojrzałość polskiej demokracji, bo jedna partia uzyskała większość. Aha, skoro PiS zdobywa większość, demokracja jest dojrzała. Gdyby lewica wzięła o kilka dziesiątych procent głosów więcej, i PiS większości by nie miał, byłaby niedojrzała. Demokrację mamy więc dojrzałą. Aż strach pomyśleć co się stanie, gdy PiS znowu przegra. Demokracja zapewne przestanie być dojrzała.
11 listopada, w Święto Niepodległości, prezydent Duda też dał dość intrygujące dowody tego jak wyobraża sobie państwo oraz tego jakie wartości zamierza promować. W swym wystąpieniu w Warszawie stwierdził, że wyrok na kogoś, kto walczył z przestępczością, jest w oczywisty sposób niesprawiedliwy. Prezydent oczywiście mówił o wyroku na byłego szefa CBA, przyszłego koordynatora służb specjalnych, pana Kamińskiego. Skoro Kamiński walczył z przestępczością, to zapewne miał prawo popełniać przestępstwa. Skoro sąd stwierdził, że Kamiński popełnił przestępstwo, to sąd złamał zasady sprawiedliwości. Gdyby sąd Kamińskiego uniewinnił, sprawiedliwości stałoby się zadość. Jasna instrukcja dla sędziów. Wydajecie wyroki, jakich chce PiS, respektujecie prawo, wydajecie wyroki, które PiS-owi się nie podobają, naruszacie zasadę sprawiedliwości. Cóż, chciałoby się od głowy państwa oczekiwać pojmowania sprawiedliwości w wersji odrobinę bardziej subtelnej, niż ta, w jakiej pojmowali ją Kali, Kargul i Pawlak.
Pan prezydent ładnie wczoraj mówił o potrzebie wzajemnego szacunku w polityce, także między oponentami. Niestety trudno nie uznać tego za frazesy i komunały, biorąc pod uwagę, że przez 100 dni dawał wyłącznie przykłady tego, jak politycznych oponentów traktować nie należy. Prezydentowi Dudzie przez 100 dni udało się nie spotkać z premier rządu RP. Trudno nie potraktować tego inaczej, niż za manifestację skrajnej pogardy.
Gdy pojawiła się kwestia obecności przedstawiciela Polski na szczycie na Malcie, prezydent Duda zrobił wszystko, by obecność premier Kopacz na szczycie, uniemożliwiła jej wystąpienie w Sejmie, w dniu inauguracji nowej kadencji. Prezydent Duda nie wykonał żadnego gestu, który sytuację by załagodził. Nie przedstawił żadnego rozwiązania, które ambarasującej sytuacji pozwoliłoby uniknąć. Tak się zachowuje prezydent "wszystkich" Polaków.
Wczoraj prezydent Duda przyjął w Pałacu Prezydenckim ustępujący rząd. Czy podziękował mu za pracę dla Polski? Nie. Na to rząd nie zasłużył. Prezydent Duda podziękował członkom rządu za obecność i życzył im udanej pracy, oraz, ogólnie, powodzenia. Małostkowość? Małość? Brak klasy? Niech Państwo sami ocenią.
W dniu Święta Niepodległości Pan prezydent wręczał ordery. Order dostał między innymi przedstawiciel Kościoła. Kardynał Macharski? Arcybiskup Gocłowski? Arcybiskup Muszyński? Kardynał Nycz? Nie, arcybiskup Hoser, najbardziej znany twardogłowy przedstawiciel kościelnej hierarchii. Jego największe osiągnięcia to uciszenie księdza Lemańskiego i krycie księdza pedofila z praskiej diecezji. Można się jednak pocieszyć, że orderu nie dostał ojciec dyrekotr z Torunia. Zapewne dostanie order w przyszłości.
Pomijam już tutaj wypowiedzi prezydenta w Londynie, że Polacy wracać do Polski nie powinni, bo nie czas. Pomijam jego wystąpienie w Berlinie, gdzie prezydentowi Niemiec skarżył się na niesprawiedliwość w Polsce. Pomijam nagonkę ludzi z kancelarii prezydenta Dudy na prezydenta Komorowskiego i zarzuty o jego niegospodarność. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem zachował klasę. Opinia publiczna nie dowiedziała się, że na etatach w Kancelarii Prezydenta były dwie pielęgniarki zajmujące się mamą prezydenta Kaczyńskiego. Komorowski po prostu miał klasę. Albo ją się ma albo się jej nie ma. Pomijam też tu audiencję prezydenta Dudy u pana prezesa Kaczyńskiego. Choć to była rzecz niebywała.
Prezydentowi Dudzie od wielu tygodni udaje się odmawiać zaprzysiężenia wybranych przez Sejm nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego? Bo Trybunał Konstytucyjny był w latach 2005 - 2007 być może najważniejszą przeszkodą na drodze PIS-u do władzy absolutnej. A przecież PIS chce władzy absolutnej i obsadzenia trybunału swoimi ludźmi. Teraz prezydent Duda, paraliżując Trybunał, łamie konstytucję i prawo, na co zwracają uwagę byli prezesi Trybunału. Robi to człowiek, którego najważniejszym zadaniem jest stanie na straży konstytucji. Po cóż Polsce prezydent, który ze swego najważniejszego zadania nie jest w stanie, nie chce się wywiązywać?
W swym wystąpieniu inauguracyjnym prezydent Duda mówił o potrzebie odbudowania wspólnoty Polaków. Przez 100 dni udało mu się jednak nie uczynić najmniejszego gestu znamionującego klasę. Żadnego gestu skierowanego w stronę ludzi, którzy na niego nie głosowali.
Niektórzy komentatorzy zastanawiają się czy w którymś momencie prezydent Duda nie przeciwstawi się prezesowi Kaczyńskiemu. Te spekulacje wydają mi się niemądre. Nie przeciwstawi się. Po pierwsze dlatego, że jest na to za słaby. Po drugie dlatego, że myśli mniej
więcej tak jak prezes.
Andrzej Duda, dość brawurowo, zapowiadał w swym inauguracyjnym orędziu, że jest niezłomny. Na razie niezłomnie stoi na straży interesów PIS-u. A zamiast być prezydentem wszystkich Polaków, jest prezydentem Polaków głosujących na PIS. I tylko w tym sensie jest niezłomny.
Tak fatalnego początku prezydentury nie wyobrażali sobie nawet ludzie, którzy generalnie są pozbawieni złudzeń. Andrzej Duda przegrał sto pierwszych dni swej prezydentury. Niby to tylko
początek, ale jest to początek absolutnie fatalny.