Łaskawych czytelników ostrzegam lojalnie, że opowieść będzie wzruszająca, by nie rzec łzawa. A w dodatku pozbawiona morału. Jedyna wartość, że prawdziwa...
REKLAMA
Nad moim sekretarzykiem wisi obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, pozbawiony wybitnej wartości artystycznej, ale dla mnie super ważny. Otóż obraz ten zabrał ze sobą na Syberię skazany na zesłanie powstaniec styczniowy - mój przodek Horodeński. Rodzinne podanie głosi, że udało się nieborakowi na tej Syberii przetrwać i do domu po latach wrócić właśnie dzięki opiece tego obrazu.
Śmieszyły mnie zawsze nabożne gawędy ciotki Krysi, która będąc kustoszem tego „cudownego obrazu” domagała się od nas, to jest dziatwy – nabożnej kontemplacji uskutecznianej w pozycji klęczącej przed tym obrazem. Śmieszą mnie i dziś, a w moim domu nikt absolutnie przed tym obrazem nie klęka.
Ale zawsze, jakoś tak w okolicach wigilii udziela mi się silne wzruszenie, któremu właśnie daję wyraz. Wyobrażam sobie otóż te syberyjskie wigilie przodka Horodeńskiego, które spędzać musiał pod obrazem, który teraz wisi nade mną. Co czuć musiał człowiek wywieziony w wieczną tajgę, oddalony tysiącami kilometrów od rodziny. Jak się psychicznie trzymał, jak sobie radził, co myślał i czuł wpatrując się w ten obraz- jedyna pamiątkę jaką zabrał z domu rodzinnego.
Dzisiaj dla mnie ten obraz jest świadectwem jakiegoś hartu ducha, siły psychicznej. Żeby nie dać się wbić w ziemię, zdeptać, zastraszyć. Jeśli przodka nie złamała Syberia, to ja też jakoś przetrzymam kredyty hipoteczne, brak kasy, samochód porysowany gwoździem, kłótnie z matką. I tego samego życzę łaskawym czytelnikom, jeśli się tacy znajdą – żebyśmy jakoś dali radę, nawet jeśli ta wigilia wcale nie jest wesoła, wśród rodziny, w dobrej atmosferze.
