<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Historia]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Historia w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/139,historia</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,139,historia" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/533339,trwala-i-radziecki-szampan-tak-wygladal-sylwester-w-prl-zdjecia</guid><link>https://natemat.pl/533339,trwala-i-radziecki-szampan-tak-wygladal-sylwester-w-prl-zdjecia</link><pubDate>Sun, 31 Dec 2023 14:09:28 +0100</pubDate><title>Trwała, papieroski i radziecki szampan... Tak wyglądał sylwester w PRL! [ZDJĘCIA]</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Fryzury sztywne jak kaski, litry wódki i radziecki szampan – zapraszam Was w sentymentalną podróż po sylwestrze w czasach PRL. Zdjęcia znalazłam w Narodowym Archiwum Cyfrowym. Nie lada gratka!

W czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej o wiele rzeczy było trudno, ale nie o wódkę Wyborową, radzieckiego szampana i dobry humor. Popularny był też alkohol własnej roboty, szczególnie bimber. Na sylwestrowych balach lał się litrami.
Na stołach podczas balów sylwestrowych w PRL królował śledź. Podawano go w różnych postaciach: w occie, śmietanie, oleju... Dużą popularnością cieszyły się też nóżki w galarecie, sałatka jarzynowa i jajka. Nie było hummusu, awokado i schabu. 
Papierosy w PRL-u były czymś bardzo modnym. Niby wszyscy wiedzieli, że szkodzą, ale nie było zakazu palenia ich w restauracjach czy kawiarniach. Tak było też w sylwestra – popielniczka była na każdym stole. Co więcej, palono przy dzieciach – dziś nie do pomyślenia. 
W czasach komuny nie można było liczyć na piękne dekoracje. Uczestnicy zabaw sylwestrowych musieli zadowolić się kolorowymi tasiemkami i balonami z napisami "do siego roku". Popularne były też bale przebierańców. Kreatywność gości nie znała granic. 
Dzisiaj w sklepach możemy kupić mnóstwo sylwestrowych gadżetów: cekinowe krawaty, złote maski, czapeczki imprezowe. Kiedyś było inaczej – goście "dekorowali się" na własną rękę. 
Na bale sylwestrowe ubierano się elegancko. Panie zakładały błyszczące suknie, panowie garnitury. Najmodniejszą fryzurą była wtedy trwała ondulacja, najmodniejszym makijażem kreski w stylu amerykańskich gwiazd. Kobiety miały na głowie mnóstwo lakieru, a ich fryzury w dotyku przypominały kaski. 
W latach 60. XX wieku królowa Wielkiej Brytanii Elżbieta II była jedną z najsłynniejszych kobiet na świecie. Mnóstwo Polek próbowało naśladować jej styl – na sylwestrowe zabawy zakładały tiary i długie rękawiczki. Im bardziej wytworna impreza, tym bardziej elegancki strój.
Na przyjęciach sylwestrowych we wczesnym PRL-u rządziły utwory takie jak "Pod papugami" (Czesław Niemen, 1963), "Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał" (Skaldowie, 1968) czy "O mnie się nie martw" (Katarzyna Sobczyk, 1964).
W latach 60. na parkietach tanecznych dominował walc. Zazwyczaj tańczono w parach. Większy luz nastał dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy na salony wkroczyła muzyka dyskotekowa i rock. Popularne były też gry i zabawy rodem z polskiego wesela. Do północy odliczano tak jak teraz. 
A później rozmowy do białego rana i "picie na smutno". Następnego dnia przeraźliwy kac, picie maślanki i wody z ogórków...
To już wszystko, co dla Was przygotowałam.
Szczęśliwego Nowego Roku!



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Sylwester w PRL</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/532766,niewolnica-ktora-zostala-swieta-niezwykla-historia-sw-bakhity</guid><link>https://natemat.pl/532766,niewolnica-ktora-zostala-swieta-niezwykla-historia-sw-bakhity</link><pubDate>Mon, 25 Dec 2023 15:36:12 +0100</pubDate><title>Niewolnica, która została świętą. Przez lata sprzedawano ją tyle razy, że zapomniała, skąd pochodzi</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1000,1000,0,0.jpeg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Katoliccy święci kojarzą się z błękitnymi oczami i jasną skórą, ale czarnoskórzy również mieli wkład w rozwój kościoła. Jedną z takich osób była Józefina Bakhita – niewolnica, którą papież Jan Paweł II uczynił świętą.

Józefina Bakhita urodziła się w 1869 roku w wiosce Daju w zachodnim Sudanie. Małej Józefinie żyło się dobrze. Jej wujek był wodzem plemienia, a rodzina była zamożna. Wszystko zmieniło się, kiedy w 1877 roku 8-letnię Józefinę porwali arabscy handlarze niewolników. 
Przerażoną dziewczynkę uprowadzono, gdy bawiła się z siostrą na zewnątrz. Kazano jej przejść na piechotę setki kilometrów, zabrano jej buty. Przez kolejne lata sprzedawano ją tyle razy, że zapomniała, skąd pochodzi. Jej siostra również trafiła w niewolę, nigdy się z niej nie wydostając.
Początkowo Józefina pracowała jako pokojówka. Kiedy stłukła hotelowy wazon, jej właściciel pobił ją i na miesiąc zamknął w ciasnym pokoju. Dopiero gdy zagoiły się rany, sprzedał ją kolejnemu Panowi. Ten ironicznie nadał jej imię Bakhita, co w języku arabskim oznacza "szczęściarę".
On i jego żona bili ją codziennie, a na jej skórze – zgodnie z sudańskim zwyczajem – wycięli nożem 114 wzorów, po czym natarli je solą i mąką, zadając dziewczynce przeraźliwy ból. – To cud, że nie umarłam. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że jestem do czegoś stworzona – mówiła po latach Bakhita.
W 1883 roku, gdy miała 14 lat, sprzedano ją włoskiemu konsulowi, Callisto Legnaniemu, który stacjonował w Chartumie, stolicy Sudanu. Mężczyzna docenił ją na tyle, że zabrał ją ze sobą do Włoch i polecił zaprzyjaźnionej rodzinie w roli niani. Wtedy też Bakhita po raz pierwszy zetknęła się z katolicyzmem. 
Kiedy jej państwo wyjechali za granicę, Bakhita i ich córka trafiła pod opiekę Sióstr Kanosjanek – żeńskiego zakonu pomagającego samotnym dziewczętom. Pod wpływem zakonnic nastoletnia Józefina zainteresowała się wiarą. Poruszona historią Jezusa, poprosiła, aby ją ochrzczono. Przyjęła też sakrament bierzmowania. Nie chciała już wracać do swojej "rodziny".
Siostra przełożona, zatroskana jej losem, zwróciła się do sądu, aby zwrócił jej wolność. – Niewolnictwo jest we Włoszech nielegalne. Było też nielegalne w Sudanie, kiedy sprzedawano to biedne dziecko – mówiła. Sąd przychylił się do wniosku siostry i uwolnił Bakhitę. Po raz pierwszy w życiu mogła decydować o sobie. – Zostaję z wami – powiedziała siostrom. 6 lat później złożyła śluby. Została "madre moretta", czyli "czarną matką".
W zakonie odpowiadała za gotowanie i szycie. Swojemu klasztorowi służyła też przez otwieranie drzwi gościom, witając ich łagodnym uśmiechem. – Cieszę się ze wszystkiego, co mnie spotkało. Dzięki temu jestem lepszym człowiekiem – mówiła. Podczas II wojny światowej ukrywała wieśniaków w podziemiach klasztoru. Uważała, że skoro Bóg wyzwolił ją z niewoli, wyzwoli ją od bomb. 
Pod koniec życia, gdy ciężko chorowała, budziła się w nocy, krzycząc: – Proszę, poluźnij łańcuchy, są ciężkie! Zmarła 8 lutego 1947 roku w Schio we Włoszech. W 2000 roku kanonizował ją papież Jan Paweł II, czyniąc patronką Sudanu, ofiar handlu ludźmi i poniżonych. Cudem, którego miała dokonać, było uzdrowienie kobiety chorej na cukrzyce. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych afrykańskich świętych.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1500,0,0,0.jpeg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1500,0,0,0.jpeg" medium="image"><media:title type="html">św. Józefina Bakhita</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/484118,wybuch-elektrowni-atomowej-w-czarnobylu-37-rocznica</guid><link>https://natemat.pl/484118,wybuch-elektrowni-atomowej-w-czarnobylu-37-rocznica</link><pubDate>Wed, 26 Apr 2023 14:50:16 +0200</pubDate><title>&quot;Gołymi rękami przerzucali płonący grafit&quot;. Mija 37 lat od wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />26 kwietnia 1986 roku w elektrowni atomowej w Czarnobylu w Ukrainie doszło do wybuchu, który uwolnił do atmosfery niebezpieczne promieniowanie. Łącznie w wyniku eksplozji i choroby popromiennej mogło umrzeć nawet 200 tys. osób. Dziś przypominamy przyczyny tej tragedii i losy ofiar.

Najsłynniejsza elektrownia na świecie znajduje się 130 km na północ od Kijowa i około 20 km na południe od granicy z Białorusią. W odległości 3 km od elektrowni leży założone w 1970 roku miasto Prypeć, które w 1986 roku zamieszkiwało prawie 50 tys. osób. Wszyscy mieszkańcy mieli prąd dzięki czarnobylskiej elektrowni.
Elektrownia w Czarnobylu składała się z czterech reaktorów z RBMK-1000 uznawanych obecnie za wadliwe. Według Światowego Stowarzyszenia Jądrowego reaktory RBMK miały konstrukcję z rurą ciśnieniową wykorzystującą wzbogacone paliwo z dwutlenku uranu do podgrzewania wody, tworząc parę, która napędza turbiny i wytwarza prąd.
– Taką zasadniczą cechą było to, że w razie wystąpienia awarii w Czarnobylu moc samoczynnie rosła, nie przy każdej awarii, ale przy pewnych tak. Natomiast w naszych reaktorach w wypadku takich awarii moc zawsze samoczynnie maleje. Czyli po takim nieszczęśliwym błędzie operatorów, jaki miał miejsce w Czarnobylu, reaktor zachodni by się wyłączył. A reaktor czarnobylski zwiększył swoją moc 1000 razy w ciągu 13 sekund i rozpękł się wskutek wybuchu parowego. A tego żadne urządzenie nie jest w stanie wytrzymać.
Wybuch, o którym usłyszał każdy
Do wybuchu w elektrowni w Czarnobylu doszło 26 kwietnia 1986 roku podczas rutynowej kontroli. Operatorzy zamierzali przetestować systemy elektryczne, wyłączać awaryjne systemy sterowania, co nie było zgodne z zasadami bezpieczeństwa. W efekcie reaktor  nagrzał się, osiągając poziom mocy, którego operatorzy nie byli w stanie zmniejszyć.
Eksplozja w Czarnobylu miała miejsce o godzinie 1:23, niszcząc jeden z reaktorów i rozpoczynając jądrowy pożar. Ogień rozprzestrzenił się z reaktora nr 4 na sąsiednie budynki. Powietrze zatruły toksyczne opary, produkty rozszczepienia i gazy. Temperatura wewnątrz elektrowni była nieznośna.
Wybuch w elektrowni w Czarnobylu zabił dwóch pracowników. Kolejne osoby zaczęły ginąć już w ciągu kilku godzin po eksplozji, gdy ekipy ratunkowe próbowały powstrzymać ogień. Pożar stłumiono w nocy z piątku na sobotę około 5 rano, ale płonący grafit gaszono jeszcze przez 10 dni. W akcji ratunkowej wzięło udział ponad 250 strażaków. Wielu z nich zmarło.
Z gołymi rękami na grafit
Według amerykańskiej Komisji Regulacji Jądrowej w ciągu pół roku po wybuchu  zginęło 28 pracowników elektrowni jądrowej w Czarnobylu, w tym kilku, którzy wiedzieli, że narażają się na śmiertelne poziomy promieniowania, aby zabezpieczyć miejscową ludność. Jednak strażacy, wolontariusze i lekarze nie wiedzieli, że za swoje bohaterstwo zapłacą życiem. 
W akcji ratunkowej i zbudowaniu sarkofagu nad uszkodzonym reaktorem brali udział "likwidatorzy". Była to specjalna grupa składająca się z personelu medycznego, górników, myśliwych i sprzątaczek. 
Jedni wypompowywali z elektrowni skażoną wodę, inni usuwali z domów popsute jedzenie, jeszcze inni zakopywali skażoną glebę. Wśród "likwidatorów" szczególnie zasłużył się Nikołaj Melnik, pilot helikoptera, który umieścił na reaktorze czujnik promieniowania. 

Uważa się, że do 1992 roku w pracach wokół Czarnobyla uczestniczyło od 600 000 do 1 000 000 osób, których zdrowie ucierpiało z powodu promieniowania. Rząd Rosji nigdy nie chciał podać prawdziwych danych dotyczących ofiar śmiertelnych katastrofy. Według białoruskich lekarzy wskaźnik zachorowania na nowotwory złośliwe wśród mieszkańców Czarnobyla jest cztery razy większy niż u reszty populacji, a większość "likwidatorów" zmarła w wieku 40-50 lat. 
"Nie było żadnego wybuchu"
W czasie eksplozji wiały południowe i wschodnie wiatry, więc duża część promieniowania przemieszczała się na północny zachód w kierunku Białorusi. Niemniej radzieckie władze nie spieszyły się z ujawnieniem informacji wybuchu w Czarnobylu. Prawda wyszła na jaw dopiero kilka dni później, kiedy w Szwecji odnotowano zwiększony poziom promieniowania.
W Polsce znaczne podniesienie wskaźników radioaktywności powietrza odnotowano dwa dni po katastrofie – 28 kwietnia 1986 roku. Krajowi eksperci w zakresie energetyki jądrowej ostrzegali, że sytuacja jest poważna. Zalecali zamknięcie szkół, zakaz spożywania mięsa i przetworów mlecznych. Interes ZSRR był jednak ważniejszy – o eksplozji milczano, władze PRL nie wiedziały, co robić.
Dopiero 29 kwietnia członkowie Biura Politycznego KC PZPR podjęli decyzję o podawaniu dzieciom jodu, tzw. płynu Lugola, który miał przeciwdziałać gromadzeniu się w tarczycy rakotwórczego izotopu jodu. W ciągu trzech dni jod przyjęło 18,5 mln osób. "Lugola to sowiecka Coca-Cola" – mawiano z przekąsem.
Dla porównania w ZSRR zaczęto podawać dzieciom dopiero miesiąc po eksplozji. Nie było jednak żadnych oficjalnych ograniczeń – ludzie normalnie chodzili do pracy, a dzieci do szkoły. To doskonale obrazuje, jak działał ZSRR, przedkładając polityczny interes nad ludzkie zdrowie i życie. – Świat był wściekły – mówił Blix.
Ucieczka przed promieniowaniem
Ewakuację Prypeci rozpoczęto 27 kwietnia – około 36 godzin po eksplozji. W tym czasie wielu mieszkańców skarżyło się na pierwsze objawy choroby popromiennej: wymioty, bóle głowy, krwawe biegunki, drgawki. Światowe Stowarzyszenie Nuklearne podaje, że w pierwszych dniach po katastrofie z okolic elektrowni ewakuowano 116 000 mieszkańców.
Po wybuchu ewakuowani mieszkańcy zaczęli uskarżać się na problemy zdrowotne. W ciągu trzech miesięcy od wybuchu z powodu narażenia na promieniowanie zmarło 31 osób. W kolejnych latach wykryto aż 27 000 przypadków raka tarczycy u dzieci.
– Należy winić za to władze Związku Radzieckiego, które nie zdołały zapobiec spożyciu mleka skażonego jodem-131 – pisał w "The Guardian" brytyjski dziennikarz, publicysta i ekolog George Monbiot.
Turystyczna strefa zamknięta
Elektrownia i opuszczone miasta Prypeć i Czarnobyl od 1986 roku tworzą "strefę zamkniętą" o łącznej powierzchni 2600 kilometrów kwadratowych. W 2011 roku ukraińskie władze utworzyły tam obszar dla turystów, którzy na własne oczy chcą zobaczyć skutki awarii reaktora.
Dziś region znajdujący się w strefie zamkniętej jest oazą przyrody. Udokumentowano liczne populacje wilków, jeleni, rysi, bobrów, łosi i dzików. "Kiedy 10 lat po katastrofie po raz pierwszy zobaczyłam Czarnobyl, zaskoczyła mnie przewaga zieleni" – pisała o Czarnobylu Mary Mycio, korespondentka "Los Angeles Times".
Niemniej wiadomo, że naturę dotknęły skutki promieniowania – w strefie największego promieniowania rosną karłowate drzewa i rodzą się tam zwierzęta z wysokim poziomem  cezu. Kilka tygodni po wycieku promieniowania z Czarnobyla drzewa w okolicznych lasach zaczęły zmieniać kolor na pomarańczowy – rejon ten nazwano "Czerwonym Lasem".
Pomimo skażenia terenu kilka osób wróciło do swoich domów w okolicach Czarnobyla. Wśród nich żyje 96-letnia kobieta, która w wiosce pod Czarnobylem spędziła 1/3 swojego życia. – Pani Czała jest bezpieczna – zapewniają "Napromieniowani", niegdyś organizatorzy wycieczek do Czarnobyla. Teraz pracę odebrała im wojna.
Rosyjska inwazja na Czarnobyl
24 lutego 2022 roku, gdy rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, wojska rosyjskie zdobyły elektrownię jądrową w Czarnobylu, biorąc jej personel jako zakładników. Dzień później odnotowano 20-krotny wzrost poziomu promieniowania w okolicach Czarnobyla. Przyczyną skoku miał być wyrzut radioaktywnego pyłu.
Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej wydała w tej sprawie oświadczenie, w którym dyrektor generalny organizacji Rafael Mariano Grossi zaapelował o "maksymalną powściągliwość, aby uniknąć wszelkich działań, które mogłyby narazić krajowe obiekty jądrowe na ryzyko".
Grossi przypomniał, że na Konferencji Generalnej MAEA w 2009 roku państwa członkowskie  (w tym Rosja) postanowiły, że "każdy zbrojny atak i groźba skierowania przeciwko obiektom jądrowym przeznaczonym do celów pokojowych stanowi naruszenie zasad Karty Narodów Zjednoczonych, prawa międzynarodowego oraz Statutu Agencji".
31 marca ukraińska państwowa spółka energetyczna Energoatom poinformowała, że po nieudanym szturmie na Kijów wojska rosyjskie opuściły teren elektrowni, zabierając ze sobą kilku pracowników. Energoatom powiedział również, że rosyjscy żołnierze wykopali okopy w skażonej  glebie w Czerwonym Lesie, przez co niektórzy z nich zachorowali na chorobę popromienną.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mija 37 lat od katastrofy jądrowej w Czarnobylu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/482639,akcja-zonkile-w-warszawie-dlaczego-wlasnie-zonkile</guid><link>https://natemat.pl/482639,akcja-zonkile-w-warszawie-dlaczego-wlasnie-zonkile</link><pubDate>Wed, 19 Apr 2023 12:40:36 +0200</pubDate><title>Rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Co oznaczają żółte żonkile?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />19 kwietnia 2023 roku przypada 80. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim – największego zrywu zbrojnego Żydów w trakcie II wojny światowej, a zarazem pierwszego miejskiego powstania w okupowanej Europie. Dlaczego to wydarzenie upamiętniają żółte żonkile?

19 kwietnia – rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim
Getto warszawskie powstało 2 października 1940 roku. Była to największa "dzielnica zamknięta" w całej okupowanej Europie. Za wysokimi na kilka metrów murami zamknięto ok. 450 tys. Żydów. Ponad 75 proc. z nich zostało deportowanych do obozu zagłady w Treblince i tam zabitych, co naziści nazwali "likwidacją getta".
19 kwietnia 1943 roku o godz. 10:00 w getcie rozpoczęło się trwające przez trzy tygodnie powstanie. Było to największe żydowskie powstanie podczas II wojny światowej. Do walki z niemieckimi żołnierzami stanęło ok. 1500 bojowników z Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) i Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW), a także cywile.
Od chwili wybuchu powstania Żydów  wspierały polskie oddziały podziemne – Armia Krajowa (AK) i Gwardia Ludowa (GL). Polacy przeprowadzili łącznie ok. kilkunastu akcji przeciwko nazistowskim oddziałom. Powstanie trwało 27 dni, 16 maja 1943 roku zostało stłumione. 
W 2023 roku przypada 80. rocznica tych wydarzeń. Na ich pamiątkę od 10 lat organizowana jest Akcja Żonkile polegająca na wręczaniu mieszkańcom stolicy żółtych papierowych żonkili symbolizujących walczących Żydów. 

Walczących za sprawą Marka Edelmana upamiętniają żółte żonkile
Żółte żonkile nawiązują do dowódcy powstania i współzałożyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej Marka Edelmana, który po porażce w getcie warszawskim, walczył również w powstaniu warszawskim w 1944 roku. W wolnej Polsce pracował jako lekarz. Przez całe życie  działał na rzecz demokracji. 
Po zakończeniu wojny anonimowa osoba co roku 19 kwietnia przysyłała Edelmanowi bukiet kwiatów, najczęściej żonkili – Edelman składał je pod Pomnikiem Bohaterów Getta, by oddać hołd poległym bohaterom. W książce "Zdążyć przed panem Bogiem" autorstwa Hanny Krall czytamy, że z czasem do tej tradycji dołączyli pacjenci Edelmana.
Z każdym rokiem 19 kwietnia na Pomniku Bohaterów Getta pojawiało się coraz więcej kwiatów. Kiedy 2 października 2009 roku Edelman zmarł z powodu niewydolności oddechowej na jego grobie na cmentarzu żydowskim przy ul. Obozowej w Warszawie, zaczęły pojawiać się żółte kwiaty.
– Żółty żonkil jest symbolem zbiorowej pamięci. My wszyscy, którzy chcieliśmy pamiętać, zanosiliśmy na Muranów żonkile – mówiła w rozmowie z Muzeum Żydów Polskich POLIN Paula Sawicka, psycholożka, była nauczycielka akademicka, współautorka książki "I była miłość w getcie", w której Edelman zwierzył się jej z najintymniejszych momentów życia.
19 kwietnia każdego roku na ulicach Warszawy organizowana jest Akcja Żonkile. Tego dnia Warszawiacy otrzymują od wolontariuszy papierowe żółte żonkile, które po rozłożeniu stają się gwiazdą Dawida – symbolem, który w czasach II wojny światowej była znakiem hańby, dziś jest znakiem bohaterstwa i pamięci. 
Gdzie w Warszawie można dostać papierowego żółtego żonkila?
Organizacją Akcji Żonkile zajmuje się Muzeum Żydów Polskich POLIN. Od samego początku towarzyszy jej hasło "Łączy nas pamięć". W ramach akcji wolontariusze rozdają na ulicach papierowe żonkile, a także informują przechodniów o historii powstania. Organizowane są też różne wystawy i warsztaty.
"W roku 2023 chcielibyśmy rozdać 450 tysięcy kwiatów. Liczba ta symbolizuje liczbę Żydówek i Żydów, którzy byli zamknięci w getcie warszawskim w momencie największego przeludnienia getta – wiosną 1941 roku. Tematem przewodnim tegorocznej edycji będą historie cywilów podczas powstania" – czytamy na stronie internetowej Muzeum Żydów Polskich POLIN.
W tym roku w środę 19 kwietnia na ulicach Warszawy pojawi się ok. 3500 wolontariuszek i wolontariuszy rozdających papierowe żonkile. Będzie można ich spotkać na najczęściej uczęszczanych ulicach Warszawy między godz. 8:00 a 10:00. Żółte kwiaty będzie można też pobrać z pięciu dostępnych w Warszawie "żonkilomatów". 
Skrzyżowania ulic, na których będą "żonkilomaty":
aleja Jana Pawła II / aleja Wojska Polskiego;
aleja Waszyngtona / Kinowa;
aleja Żwirki i Wigury / Trojdena;
Dobra / Karowa;
Jagiellońska / Ratuszowa.

Papierowe żonkile można też przygotować samemu. Wystarczy pobrać szablon z instrukcją złożenia ze strony internetowej Muzeum Żydów Polskich POLIN. Pomocne może być też poniższe nagranie. Takie żonkile można wetknąć w klapę marynarki. Żywe żonkile można kupić w kwiaciarniach na terenie całej Warszawy.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Papierowe żonkile rozdawane 19 kwietnia w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/477506,ulmowie-z-markowej-historia-rodziny-rozstrzelanej-za-ratowanie-zydow</guid><link>https://natemat.pl/477506,ulmowie-z-markowej-historia-rodziny-rozstrzelanej-za-ratowanie-zydow</link><pubDate>Fri, 24 Mar 2023 16:22:24 +0100</pubDate><title>Zamordowani za ratowanie Żydów. Kim była rodzina Ulmów, którą uhonorował prezydent Duda?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W piątek 24 marca prezydent Andrzej Duda złożył wieńce przy Pomniku Ulmów w Markowej w województwie podkarpackim. Członkowie tej rodziny podczas II wojny światowej ukrywali Żydów. Wszyscy zostali zamordowani przez nazistowskich żołnierzy.

Na ścianie pamięci, która znajduje się obok Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej prezydent Andrzej Duda odsłonił 5 tablic poświęconych pamięci osób ratujących Żydów: Stefanii i Antoniego Wawrzaszków, Marii i Szymona Fołtów, Piotra Kapłona oraz ich dzieci.
– Byli w Polsce podczas II wojny światowej ludzie, którzy głęboko w sercu wpisane mieli ideały człowieczeństwa, szacunku dla życia, miłości bliźniego. Ratowali Żydów, choć groziła za to śmierć. Nie deportacja czy pobicie, ale śmierć – mówił prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości w Markowej.
Prezydent przypomniał, że rodzina Ulmów została zastrzelona przez niemieckich żołnierzy za ukrywanie na swoim gospodarstwie żydowskiej rodziny Goldamów. Łącznie zginęło wtedy 17 osób: dwoje rodziców, Józef i Wiktoria Ulm, ich sześcioro dzieci i ośmioro ukrywanych Żydów.
Od 2018 roku rocznica zamordowania rodziny Ulmów, czyli 24 marca, decyzją prezydenta Andrzeja Dudy jest Narodowym Dniem Pamięci o Polakach Ratujących Żydów. W 2016 roku prezydent utworzył w Markowej muzeum rodziny Ulmów na cześć Polaków ratujących Żydów z Holokaustu.
Historia rodziny Ulmów
Józef i Wiktoria Ulmowie mieszkali we wsi Markowa położonej w dawnym województwie lwowskim, a obecnie w podkarpackim. We wsi mieszkało łącznie ok. 4 tys. osób, co czyniło ją jedną z największych wiosek w Polsce.
Latem 1942 roku niemieccy żołnierze wymordowali większość żydowskich mieszkańców. Ich ciała wrzucono do grzebowiska zmarłych zwierząt. Przy życiu zostali ci Żydzi, którzy znaleźli schronienie u sąsiadów. 
Ulmowie, mimo ciążącej nad nimi groźby śmierci, dali schronienie rodzinie Żydów: Saulowi Goldmanowi i jego czterem synom oraz dwóm córkom i wnuczce Chaima Goldmana z Markowej – Lei, Geni i trzeciej o nieznanym imieniu.
O ukrywaniu Żydów w podziemiach domu Ulmów Niemcom najprawdopodobniej doniósł Włodzimierz Leś – Polak, który sam wcześniej ukrywał Goldamanów, ale przestał to robić, gdy skończyły im się pieniądze.
Rankiem 24 marca 1944 roku pod dom Ulmów przybyło pięciu niemieckich żandarmów. Najpierw zabito Żydów, później Józefa i będącą w siódmym miesiącu ciąży Wiktorię. Następnie rozstrzelano ich dzieci. 
Beatyfikacja rodziny Ulmów
Członkowie rodziny Ulmów, którzy zostali zamordowani przez niemieckich żandarmów w 1944 roku, zostaną beatyfikowani 10 września 2023 roku. Tak w grudniu 2022 roku postanowił papież Franciszek.
Mszę beatyfikacyjną w domu, w którym doszło do zbrodni, odprawi szef watykańskiego Urzędu do Spraw Kanonizacyjnych kardynał Marcello Semeraro. O decyzji papieża Franciszka poinformowała archidiecezja przemyska.
W 1995 roku Wiktoria i Józef Ulmowie zostali uznani pośmiertnie za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, a w 2010 roku prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiktoria Ulm i jej dzieci</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/slawomirkaminski/458998,stanczyk</guid><link>https://natemat.pl/blogi/slawomirkaminski/458998,stanczyk</link><pubDate>Thu, 29 Dec 2022 11:08:45 +0100</pubDate><title>Stańczyk</title><description><![CDATA[<img src="https://m.natemat.pl/3b732c48e201f2bbad69ced95dc7e8b6,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Nasz słynny malarz historyczny Jan Matejko miał niewątpliwie słabość do błazna Stańczyka, bo umieścił go na przynajmniej pięciu swoich obrazach. Stańczyk ukazywany jest z jednej strony jako zatroskany o przyszłość kraju patriota, z drugiej jako człowiek o nieprzeciętnej inteligencji i przenikliwości, ukrytych pod ubraniem trefnisia - przygłupa. Dzięki tej masce już w czasach sobie współczesnych mógł zasłynąć z tego, że walił między oczy bolesną prawdę nawet, jeśli były to oczy królewskie.

Jan Matejko (1838-1893) umieścił błazna Stańczyka (właściwie Stanisława, zwanego też Stasiem Gąską; 1480–1556/1562) w: „Hołdzie pruskim” i „Stańczyku udającym ból zęba” (w kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie), w „Zawieszeniu dzwonu Zygmunta na wieży katedry w Krakowie w 1521 r.” i „Stańczyku w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska” (te dwa obrazy można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Warszawie) oraz w „Gamracie i Stańczyku” (w kolekcji Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku). Stańczyk, jak to błazen, był obiektem drwin. Jednak powszechnie obawiano się też jego złośliwostek i żarcików, i ceniono za wielką życiową mądrość, błyskotliwość i cięty dowcip. Nie dziwi więc, że stał się bohaterem wielu anegdot. Niewiele z nich przetrwało do naszych czasów, ale i tak wiele mówią o tym wyjątkowym człowieku.



	
		
											
					
				
				„Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska” - obraz Jana Matejki z 1862 roku•Zdjęcie własne
					



Pewnego razu Stańczyk podczas uczty założył się z królem, że w ciągu trzech dni znajdzie stu lekarzy w Krakowie. Zadanie wydawało się karkołomne, bo w mieście żyło nie więcej, niż 20 tysięcy mieszkańców. Bystry Stańczyk obwiązał chustą twarz i udając ból zęba ruszył w miasto. Mieszczanie bardzo współczuli „choremu”, chętnie i powszechnie udzielając mu cennych porad. Stańczyk wszystko spisał i po trzech dniach pokazał królowi, że Kraków jest miastem, które zamieszkuje znacznie więcej, niż stu lekarzy („Najwięcej doktorów na świecie”).


Stańczyk słynął jako mistrz ciętej riposty, nierzadko dotyczącej politycznych zdarzeń. Gdy został napadnięty przez krakowskich żaków i okradziony ze swoich szat, postanowił iść na skargę do króla Zygmunta Starego. Ten nazwał go głupim, skoro pozwolił na zdarcie i kradzież ubrania. Odpowiedź Stańczyka była natychmiastowa: 
- Ciebie królu gorzej drą: wydarto ci Smoleńsk, a milczysz. 
Nawiązywał w ten sposób do zdobycia Smoleńska przez Moskwę w lipcu 1514 r. To właśnie wydarzenie jest przywoływane w tytule obrazu Jana Matejki: „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska”.


Krótko po hołdzie pruskim, w 1527 r. król Zygmunt Stary wybrał się z dworem na polowanie do Puszczy Niepołomickiej. Na tę okazję sprowadzono z Litwy wielkiego i groźnego niedźwiedzia. Ten początkowo był niemrawy, ale kiedy ludzie go rozzłościli, przewrócił podkomorzego z koniem i rzucił się w kierunku ciężarnej królowej Bony. Ta spadła z konia i wkrótce poroniła. Niedźwiedź przewrócił też konia, na którym jechał Stańczyk. Błazen uciekł, a król Zygmunt Stary zwrócił mu uwagę, że zachował nie jak rycerz, ale właśnie jak błazen. Na to Stańczyk odpowiedział: 
– Większe głupstwo tego, co mając niedźwiedzia w skrzyni puszcza go na swoją szkodę. 
Niektórzy mówią, że nawiązywał nie tylko do wypadku królowej Bony, ale też do tego, jak to niedawno król pozwolił na utworzenie państwa pruskiego, a nie inkorporował Prus do Korony. Mało kto wówczas rozumiał, jak poważny był to błąd. Stańczyk już wiedział.



	
		
											
					
				
				Pomnik Jana Matejki (i Stańczyka) w Warszawie•Zdjęcie własne
					



Królewski błazen lubił też nabijać się z próżności królewskich dworzan. Kiedy w czasie łowów nakarmione wcześniej psy nie chciały ruszyć w pościg za zwierzyną, błazen zwrócił się do króla Zygmunta: 
- Każ no, królu, spuścić na niego swoich pisarzów. Oni, żeby najlepiej się obżarli, zawsze dobrze biorą. 
Gdy zaś król zachorował i przyszło do leczenia pijawkami, błazen rzekł do niego: 
- Są to najprawdziwsi dworzanie i przyjaciele króla jegomości.

O tym, że Stańczyk dobrze zna się na ludziach, boleśnie przekonał się też syn Zygmunta Starego, Zygmunt August. Gdy monarcha spytał złośliwie błazna, czy zna większego głupca od siebie, ten odparł, że wielu, a jednym z nich jest sam król, gdyż wysłał swojego sługę z wielkimi pieniędzmi za granicę. Odnosiło się to do misji zakupu rzadkich i cennych ksiąg w innych krajach, jaką władca powierzył franciszkaninowi Lismaninowi, spowiednikowi swej matki, królowej Bony. Zygmunt August zapewnił Stańczyka, że jest pewien powrotu zakonnika z księgami i polecił nie dopisywać go do „listy głupców”. Stańczyk na to: 
- Jak powróci, to ciebie zmażę, a jego zapiszę. 
Okazało się, że to Stańczyk miał rację. Franciszkanin do Polski nie wrócił, cenne księgi też nie, a za królewskie pieniądze Lismanin urządził się wygodnie w Szwajcarii.


Innym razem pewien dworzanin królewski poprosił Stańczyka o pożyczenie płaszcza. Stańczyk spytał go wówczas, jaka jest pogoda na zewnątrz, a ten odpowiedział, że dobra. Wówczas błazen odparł: 
- To waszmości opończa niepotrzebna. 
Zainteresowany przytomnie zauważył: 
- A jak będzie padać? 
Na co Stańczyk: 
- To sam ją włożę.

Nieznaną szerzej pracą Jana Matejki jest obraz pt. „Gamrat i Stańczyk” z 1878 r. Z obrazem tym też wiąże się pewna anegdota. Podobno Stańczyk mawiał, że dwie są osoby w Polsce, które nigdy nic nie wyjawią: arcybiskup gnieźnieński Piotr Gamrat i biskup krakowski Samuel Maciejowski. Gamrat lubił budować wizerunek wszechwiedzącego, chociaż tak naprawdę nie wiedział nic. Nie przeszkadzało mu to jednak żyć rozrzutnie, rozpustnie i wystawnie. Maciejowski zaś mówił, że nic nie wie, chociaż jako sekretarz królewski i kanclerz wielki koronny wiedział wszystko. Stańczyk wyszydzał więc w ten sposób wady pysznego arcybiskupa, a za nim innych królewskich dworzan.


Takiego to błazna – mędrca, którego nie chciano słuchać, przedstawiał mistrz Jan Matejko. W swoich obrazach nie ukazywał zwykłych postaci i zwyczajnych wydarzeń. Jego obrazy zazwyczaj pełne są alegorii i kluczy, dzięki którym zyskujemy całościowy ogląd procesu historycznego, w tym odniesień do czasów, w których Matejce przyszło żyć. Stańczyk, jako wesołek, ale też nauczyciel narodu, nadawał się do tego, jak nikt inny. Dlatego to nie wielki król ani narodowy bohater, ale właśnie skromny trefniś towarzyszy Janowi Matejce na pomniku w Warszawie.




Wykorzystałem:


• Borejza Tomasz, Stańczyk. Jego pracą było mówienie dotkliwej prawdy, https://krowoderska.pl/stanczyk-jego-praca-bylo-mowienie-dotkliwej-prawdy/ (dostęp: 29 grudnia 2022 r.).
• Stańczyk. Biografja. XVI wiek (w:) Kraszewski Józef Ignacy, Powiastki i obrazki historyczne, Wilno 1843, ss. 74-85.
• Kraszewski Józef Ignacy, Stańczykowa kronika od roku 1503 do 1508, Lwów 1875.
• Lipiec Paweł, Czy żarty Stańczyka naprawdę były śmieszne?, https://kurierhistoryczny.pl/artykul/czy-zarty-stanczyka-naprawde-byly-smieszne,237 (dostęp: 29 grudnia 2022 r.).
• Pomnik Jana Matejki przy Puławskiej, http://ekartkazwarszawy.pl/kartka/pomnik-jana-matejki-przy-pulawskiej/ (dostęp: 29 grudnia 2022 r.).
• Słoczyński Henryk Marek, Matejko, Wrocław 2000.
• „Stańczyk”. Odczyt publiczny Michała Bobrzyńskiego miany w Krakowie dnia 24 Lutego 1883 r.
• Szypowska Maria, Jan Matejko wszystkim znany, Poznań 2016.
• The Impact of History on Polish Art in the Twentieth Century. A Talk by Feliks Szyszko, https://web.archive.org/web/20110926222914/http://info-poland.buffalo.edu/classroom/Szyszko.html#Matejko (dostęp: 29 grudnia 2022 r.).
• Wielka Encyklopedia PWN, 2001.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3b732c48e201f2bbad69ced95dc7e8b6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3b732c48e201f2bbad69ced95dc7e8b6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sławomir Kamiński</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/441916,wasilij-archipow</guid><link>https://natemat.pl/441916,wasilij-archipow</link><pubDate>Mon, 10 Oct 2022 15:27:50 +0200</pubDate><title>Niezwykła historia Wasilija Archipowa - radzieckiego żołnierza, który powstrzymał nuklearną zagładę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wasilij Archipow to człowiek, o którym rosyjska historia milczy, a szkoda, bo to mężczyzna, który w 1962 roku zapobiegł nuklearnej katastrofie. Dziś, 60 lat po tym, jak jego czyny ocaliły świat, przypominamy jego historię.

Powstrzymać nuklearne szaleństwo
27 października 1962 roku Wasilij Archipow znajdował się na pokładzie łodzi podwodnej B-59, którą radzieckie władze skierowały na wody w pobliżu Kuby, by zabezpieczać płynące tam statki handlowe. Jak się okazało, na ich pokładzie znajdowała się broń.
Zaledwie kilka dni wcześniej prezydent John F. Kennedy podał do wiadomości publicznej, że CIA dysponuje dowodami na budowę radzieckich obiektów rakietowych na Kubie będącej podczas Zimnej Wojny jednym z najwierniejszych sojuszników ZSRR.
Prezydent Stanów Zjednoczonych nie chciał dopuścić do budowy obiektów wojskowych na terenie Kuby i zlecił "neutralizację czerwonych statków".  Chciał, by je "zatopiono lub przeszukano". Jednym z nich był B-59.
Tego dnia rosyjski okręt podwodny został otoczony przez 11 amerykańskich niszczycieli i  lotniskowiec USS Randolph, z którego zrzucano bomby. Celem Amerykanów było "wypłoszenie" rosyjskich żołnierzy z morskich głębin.
Podczas zasadzki w B-59 popsuła się klimatyzacja. Wewnątrz panowały piekielne upały. Załoga bała się śmierci. 
Nikt nie wiedział, jak wygląda sytuacja na lądzie. Łódź znajdowała się zbyt głęboko, by nawiązać łączność. Obawiano się wybuchu III wojny światowej.
Amerykanie nie wiedzieli, że na pokładzie okrętu znajduje się nuklearna torpeda o mocy dziesięciu kiloton. Rosyjscy dowódcy mogli odpalić ją bez zgody Moskwy. I tak by się stało, gdyby nie jeden człowiek.
Kiedy kapitan Walentin Sawicki wykrzyczał, że "zginiemy, ale przynajmniej zatopimy je wszystkie", Wasilij Archipow wyraził swój sprzeciw, a ponieważ do wystrzelenia rakiety potrzebna była zgoda wszystkich trzech starszych oficerów, bomby atomowej nie użyto.

Cichy bohater Zimnej Wojny
Wasilij Aleksandrowicz Archipow urodził się 30 stycznia 1926 roku. Pochodził z chłopskiej rodziny, mieszkał na ubogich obrzeżach Moskwy. Jedyną możliwością poprawy statusu było dla niego wstąpienie do wojska.
Archipow karierę wojskową rozpoczął w Wyższej Szkole Morskiej, następnie służył podczas wojny radziecko-japońskiej w 1945 roku, gdzie rozbrajał i rozkładał miny na pokładzie rosyjskiego trałowca.
Po wojnie zapisał się do Kaspijskiej Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, którą ukończył w 1947 roku. Następnie rozpoczął służbę na pokładach okrętów podwodnych Floty Czarnomorskiej, Północnej i Bałtyckiej.
W 1961 roku Archipow został awansowany na dowódcę nowoczesnego okrętu podwodnego K-19. Od innych łodzi podwodnych odróżniało ją to, że była uzbrojona w broń jądrową, która w jednej sekundzie mogła zabić dziesiątki tysięcy osób.
Podczas manewrów szkoleniowych u wybrzeży Grenlandii system chłodzenia reaktora K-19 zaczął przeciekać, a połączenia radiowe z dowództwem w Moskwie uległy awarii. Dalszy wzrost temperatury groził katastrofą nuklearną, a załoga nie mogła wezwać pomocy.
Załodze udało się naprawić niedziałający system chłodzenia i uratować okręt przed wybuchem, ale zarówno marynarze, jak i dowódcy, zostali silnie napromieniowani. W ciągu dwóch lat na skutek choroby popromiennej zmarła większość załogi.
Okręt K-19 po latach otrzymał przydomek "Hiroszima".
Archipow zmarł w 1998 roku na raka nerki, co uważano za następstwo narażenia na promieniowanie.
Wielki, ale skromny
Gdyby Archipow nie zaprotestował, a rosyjska bomba jądrowa uderzyła w amerykańskie statki, losy świata z pewnością wyglądałyby zupełnie inaczej. Możliwe, że rosyjski atak rozpocząłby wojnę nuklearną, której koniec okazałby się zagładą ludzkości.
— Lekcja z tego jest taka, że facet o imieniu Wasilij Archipow uratował świat — mówił Thomas Blanton, dyrektor National Security Archive w Waszyngtonie. Wypowiedź opublikowano w jednym z numerów dziennika Boston Globe w 2002 roku. 
— Mój ojciec zawsze myślał, że zrobił to, co musiał i nigdy nie uważał swoich działań za bohaterstwo — uważa jego córka Elena Andriukowa. Kobieta przypomina też, że świat stale stoi na krawędzi katastrofy nuklearnej i musimy robić wszystko, by jej zapobiec.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wasilij Archipow</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/394117,jak-zylo-sie-w-latach-70-tych-ksiazka-czas-gierka-piotra-gajdzinskiego</guid><link>https://natemat.pl/394117,jak-zylo-sie-w-latach-70-tych-ksiazka-czas-gierka-piotra-gajdzinskiego</link><pubDate>Thu, 27 Jan 2022 09:55:54 +0100</pubDate><title>O tym, jak cała para poszła w gwizdek. Czyli małe, ale szczere streszczenie epoki Edwarda Gierka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Gwizd. To pewnie byłby dźwięk tamtej epoki. Najpierw gwizd wiatru w polu, biedy i szczelin w budowanych na szybko nowych osiedlach. Potem gwizd zachwytu nad pomarańczą w grudniu i dobrobytem. A na koniec gwizdy z ust robotników, którzy zbuntowali się, gdy rachunkiem za rozwój na kredyt okazały się gigantyczne podwyżki.

Ile ludzi, tyle wersji historii. I najwidoczniej twórca filmu “Gierek”, który niedawno wszedł do kin, miał swój własny zamysł, jak opowiedzieć o jednym z najbardziej zapamiętanych włodarzy czasów komuny. Niestety, jak twierdzą krytycy, ten pomysł bardzo się nie sprawdził.

Ale życie Edwarda Gierka to nie nowum ani dla ludzi, ani artystów. Przez lata życiorys I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej narósł mitami. Piotr Gajdziński, autor książki “Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji” opisuje okres jego władzy swoimi słowami. 


To pełna smaczków opowieść o życiu w czasach dobrobytu, urzędowych machlojach, robotniczym buncie oraz rosnącym zadłużeniu. My wyciągamy dla was kilka wartych uwagi fragmentów, które pokażą, jak żyło się w luksusowej gierkowej bańce. 
Od Władka do Edka
Od lat w badaniach socjologicznych pojawiają się cechy idealnego lidera: inteligencja, męskość, wychodzenie "do ludzi", otwartość, sumienność oraz dominacja.

I choć w Polsce socjalistycznej lidera nie można było tak sobie wybrać, to można było go ocenić.

Poprzednik Gierka, Władysław Gomułka, to był człowiek "swój". Miał przeszłość komitetową i tak działał. Od 1943 roku był w partii i do lat 70. wierny był jej polityce. Ale jego największą wadą była... skromność.


"Ta skromność, żeby nie powiedzieć skąpstwo, było dysfunkcyjne i zabójcze dla gospodarki, ale Polacy cenili sobie, że szef państwa, niepodzielny władca kraju, oszczędnie dzieli sporta [marka papierosów] na pół, a jego zgrzebny garnitur i płaszcz niewiele różnią się od tego, w którym chodzi urzędnik w Kraśniku czy Kłodawie" - pisze o Gomułce w swojej książce "Czas Gierka" autor Piotr Gajdziński.
	
		
											
					
				
				Szczery i bezkompromisowy opis rządów Edwarda Gierka•Fot. Materiały partnera
					

A Edward Gierek?

"Nosił eleganckie, dobrze skrojone garnitury, kolorowe krawaty, nie miał wciąż ponurej miny, która cechowała jego poprzednika. To się spodobało, aspirujący naród z ulgą powitał przywódcę, którego entourage niewiele różniło się od tego, którym wyróżniali się przywódcy Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych".


Nie bał się wyjść do ludzi, rozmawiać z robotnikami, zaczepiać dziewczyny w zakładach pracy. W tamtym czasie telewizja i gazety produkowały wiadomości z kolejnych wizyt gospodarza doglądającego dobrobytu. Taki był Gierek. "Swój", ale dla ludzi.
Smalec, drinki, pomarańcze
Gdy w styczniu 1971 roku Edward Gierek ramię w ramię z Piotrem Jaroszewiczem (premierem) oraz Wojciechem Jaruzelskim (szefem obrony narodowej) stanął pod bramami stoczni, w której odbywał się strajk robotników, zrobił na wszystkich wrażenie.

Żywy człowiek z samej góry, który przyszedł rozmawiać. Nie do pomyślenia. A jednak. I choć samo spotkanie zostało owiane setką legend zachowania "dobrego wujaszka Edzia", to prawda jest taka, że dalej było to spotkanie ważnych ludzi z ważnymi ludźmi.


Tym, co warte zapamiętania to wypowiedź jednego ze stoczniowców, który produkt po produkcie wyliczył Gierkowi koszty życia swojej pięcioosobowej rodziny. "Policzmy wydatki. W pięcioosobowej rodzinie: na śniadanie każdemu po bułce z wodą, to jest 2 złote, na kolację to samo – 4 złote. Obiad najtańszy 12 złotych na osobę – 60 złotych, automatycznie 64 złotych dziennie. W skali miesiąca wychodzi 1800 w przybliżeniu 1900 złotych na samo takie życie. A w stoczni praca jest ciężka, każdy kadłubowiec musi się odżywiać, bo naprawdę po piętnastu latach trumna!”.
	
		
											
					
				
				Książka &quot;Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji&quot;•Fot. Materiały partnera
					

Co na to sekretarz PZPR? Ano w końcu przyznał się, że sytuacja jest trudna, a rząd musi sprowadzać zza granicy smalec. Tak ruszyła lawina zagranicznych produktów dobrobytu.


Za chwilę pojawiło się 12 tysięcy ton margaryny dostarczanej przez Związek Radziecki. Smak grudniowych pomarańczy importowanych z Kuby do tej pory wspominany jest przez wszystkie pokolenia. A tradycja cytrusowa w okolicach Bożego Narodzenia to niemal religia. Tak, jest wtedy sezon na owoce cytrusowe, ale takich jak za Gierka już się zjeść nie da. A jak karnawał to serwowano drinki z wódki żytniej i soku Dodoni.

Świętować też było gdzie, bo w latach 70-tych budowano 300 tysięcy mieszkań rocznie. Budownictwo z wielkiej płyty skróciło czas oczekiwania na własne "M". A pod blokiem można było zaparkować flagowy samochód tamtych czasów - Fiata 126p. Zjeżdżały z linii produkcyjnej prawie tak licznie, jak powstawały mieszkania. W tym czasie produkcja maluchów wzrosła do 100 tys. rocznie.
Zachód zazdrości Polsce
Dziennik Telewizyjny informuje, że zachód zazdrości nam "szybkiego rozwoju, nowoczesnych technologii powstających w polskich laboratoriach, kombajnów, rozpędzającej się mechanizacji rolnictwa, powszechnych wczasów organizowanych przez związki zawodowe, warszawskiej Wisłostrady i Dworca Centralnego".


Nawet dworca. Wyobraźcie to sobie. A i na głowę powraca nam korona królów. W 1971 odbudowywany jest Zamek Królewski, ikona Wielkiej Polski przywracająca nam siłę Jagiellonów.
	
		
											
					
				
				Otwarcie Dworca Centralnego/grudzień 1975•Fot. Jan Kuberski / FOTONOVA
					

Polacy jeżdżą na wczasy nad morze i na Mazury. Początek laby otwiera festiwal muzyczny w Opolu, a piłkarze reprezentacji grają jak nigdy. W 1974 roku relacja ze stolicy polskiej piosenki zostaje przesunięta, bo gramy ze Szwecją. W tych Mistrzostwach Świata zajmiemy 3. miejsce.

Skaldowie śpiewają "Wszystko kwitnie wkoło", Ewa Bem mruczy o "Koledze maju", a hitami tego roku są "Na luzie" i "Bez pieniędzy" zespołu 2 plus 1.


Skoro jest tak dobrze, to czy może być źle? Kto jest wrogiem nieustannie rozwijającej się Polski? Kto chce zniszczyć letni odpoczynek nad Bałtykiem i zabrać ze stołów margarynę?
Wichrzyciele
Wrogowie Polski Ludowej nie śpią. Inteligencja nie śpi i pisze listy sprzeciwiające się nowym zapisom w Konstytucji i wiecznemu sojuszowi z ZSRR. Robotnicy nie śpią, bo odchodzą od maszyn w zakładach pracy i budzą ich koszmary o braku podwyżek.

Za chwilę bańka pęknie. Zaraz pojawią się kartki na cukier i masło. Nie będzie mięsa na obiad i ziemniaków, bo w 1975 roku kraj dotknie nieurodzaj.


Gospodarka nie może rosnąć w nieskończoność i powie to nawet ekonomista-laik. Ale do tej pory cała polityka Gierka oparta była na idei ciągłego wzrostu. Nie mogli "dowieźć", bo nie było z czego. Zaczęto zamykać inwestycje, ale dalej pompowano pieniądze w nierentowną Hutę Katowicę.

Krótkotrwałym ratunkiem dla deficytu w budżecie i szansą na spłatę kredytów miała być sprzedaż... 100 czołgów premierowi Libii. "„Nasi, oczywiście, zgodzili się, ponieważ płacił gotówką. W nocy gość zaczął myśleć, obliczać i rano
oświadczył, że kupuje nie sto, ale czterysta czołgów – opisywał Mieczysław Rakowski, wicemarszałek ówczesnego Sejmu. – Ponieważ nie mamy na stanie tylu luzem stojących czołgów, po prostu rozbrojono dwie dywizje pancerne. Jaruzelski wał włosy z głowy, ale nic to nie pomogło".
	
		
											
					
				
				Zdjęcie Edwarda gierka zrobione w 1977 roku•Fot. EAST NEWS/AFP
					

W 1976 roku milicja tłumi strajki w Ursusie i Radomiu. Ta przemoc jest jak iskra. "Trzeba pójść do tych fabryk, trzeba im powiedzieć, jak ich nienawidzimy, jak pogardzamy nimi, jak plujemy na nich” - powiedział Edward Gierek do sekretarzy wojewódzkich partii. Już nie ma "rodaków" i kolegów po fachu, ludzi ciężkiej pracy, których gładził słowami o identyfikacji z ich losem, bo też kiedyś pracował w kopalni. Są wrogowie. A wrogów trzeba niszczyć.


25 czerwca robotnicy zakładów Metalowych im. generała "Waltera" w Radomiu zbierają się pod komitetem wojewódzkim partii. Nie otrzymują żadnej odpowiedzi na swoje postulaty i zaczynają niszczyć budynek.

Milicja pałuje, zaciąga do aresztu, gnębi rodziny strajkujących. Ludzie nie pozostają obojętni. Rodzi się w nich, nie strach, jak oczekiwałaby tego władza, ale solidarność.

Za dwa lata powstaną Wolne Związki Zawodowe Górnego Śląska, potem Wybrzeża. W tym samym roku na papieża zostanie wybrany Karol Wojtyła. Dla katolickiego kraju to wiatr w skrzydła. Zaraz przyjdzie mroźna zima i wymiecie Gierka ze stanowiska.


Ale nawet kilkumetrowe hałdy śniegu nie przykryją rabanu, jakiego narobił "kochany przez wszystkich" I sekretarz KC PZPR. Gwizd wiatru i biedy niesie się przez Polskę. Rok 80-ty przyniesie wielkie zmiany, ale to już inna opowieść.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gajdzińskiego “Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji” 
Może cię zainteresować: "Gierek" jest fatalną, propagandową laurką. Historyk: To nie jedna brzoza smoleńska, ale cały las 
Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem BELLONA ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak żyło się w latach 70-tych? Książka &quot;Czas Gierka&quot; Piotra Gajdzińskiego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/burzynskakeller/391561,a-imie-jego-czterdziesci-i-cztery</guid><link>https://natemat.pl/blogi/burzynskakeller/391561,a-imie-jego-czterdziesci-i-cztery</link><pubDate>Sun, 09 Jan 2022 11:53:55 +0100</pubDate><title>...a imię jego czterdzieści i cztery</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ee3ff52e346c01659c0fb4dfaa42a9c8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Z matki obcej. krew jego dawne bohatery, a imię Jego czterdzieści i cztery " napisał Adam Mickiewicz, Widzenie ks. Piotra w III części dramatu "Dziady". A co to jest,  co znaczy ta liczba 44? Gematria...

Ażeby się tego dowiedzieć, musimy rozkodować ten tekst, sięgnąć do... gematrii, którą interesował się genialny Adam. Liczba 44 może oznaczać imię Mickiewicza - Adam ale nie ma takiego imienia w tradycji judaizmu. Adam z hebrajskiego znaczy: człowiek. 

A jeśli jeszcze Adam Kadmon... to już mistyka... 

Ciekawostki - co to jest gematria? Otóż gematria (hebr. גימטריה z grec. γεωμετρια) – system numerologii opierający się na języku i alfabecie hebrajskim, zaś samo słowo gematria pochodzi od greckiego słowa geometria. Istnieje kilka form gematrii, między innymi "odkryta" i "mistyczna". 


Adam - litera Alef -A - litera Daled - D- Alef - A i Mem czyli M + 44 ale mem jest "końcowe" 
a więc czy nie powinna to być inna cyfra? 
Zostawmy to, Adam Mickiewicz geniuszem jest i pozostanie.

"Z matki obcej..." co oznaczać może? Matka Mickiewicza sympatyzowała powiedzmy z naukami Jakuba Franka, przed ślubem z ojcem Adama przyjęła chrzest. Wiadomość o tym z listów Kniaziewicza... 
'krew jego dawne bohatery" - to o ojcu...

Zagadka, o kim myślał Mickiewicz, podając 44? Znał język hebrajski, interesował sie mistyką judaizmu, czy myślał troszkę o sobie? Adam - imię i Adam - człowiek - Mesjasz, Wybawca... Dużo pism Mickiewicza "nieprawomyślnych" zniszczył jego syn, Władysław.


Listy są wspaniałe, zwłaszcza jego znajomych o nim. I przyjaciół - bo miał ich. 

Z przykrością, przy lekturze listów np Cypriana Norwida, odkryłam, że ten bardzo Mickiewicza nie lubił. Nawet antysemickie aluzje znalazłam...

W ogóle Adam M., wzbudzał skrajne uczucie, miłość lub ogromną niechęć. Za postać Jankiela w "Panu Tadeuszu" został strasznie zrugany. 

Czemu? Jedyna "pełnokrwista" postać, Żyd-patriota? Niewybaczalne. Niewybaczalne?]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ee3ff52e346c01659c0fb4dfaa42a9c8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ee3ff52e346c01659c0fb4dfaa42a9c8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/389421,smierc-5-polskich-zolnierzy-w-afganistanie-10-rocznica-tragicznych-wydarzen</guid><link>https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/389421,smierc-5-polskich-zolnierzy-w-afganistanie-10-rocznica-tragicznych-wydarzen</link><pubDate>Tue, 21 Dec 2021 00:16:13 +0100</pubDate><title>Śmierć 5 polskich żołnierzy w Afganistanie. 10 rocznica tragicznych wydarzeń.</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/365bbd6867ea2c7e7fe848184f51553b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Obchodzimy dzisiaj 10. rocznicę tragicznego wydarzenia. 21 grudnia 2011 roku w Afganistanie doszło do ataku talibów na polskich żołnierzy. W wyniku wybuchu miny pod pojazdem typu MRAP śmierć poniosło 5 żołnierzy Wojska Polskiego. Przyjrzyjmy się bliżej tym wydarzeniom.

W powietrzu było czuć święta...

To był zwykły grudniowy dzień. W wielu polskich domach trwały przygotowania do świąt, wzmożone porządki, ostatnie zakupy. Podobnie było w polskiej bazie wojskowej w Afganistanie. Wtedy to patrol złożony z około 30 polskich żołnierzy, ze wsparciem amerykanów wyruszył na patrol na afgańskiej autostradzie Highway 1. To miał być patrol taki jak zwykle, przecież prawie codziennie przemierzali tą trasę. Celem podróży była miejscowość Razzak. Droga przebiegała bez problemu. Na miejscu sprawdzili postępy w budowie lokalnego mauzoleum. Potem konwój 6 pojazdów wyruszył w drogę powrotną do domu. Byli właśnie w terenie zabudowanym, nieopodal Ghazni, gdy około godziny 10:30 dało się słyszeć głośny huk. To IED, imrpowizowany ładunek wybuchł pod pojazdem typu MRAP jadącym w środku konwoju. Pięciu młodych Polaków zginęło na miejscu. Pojazd został rozerwany na strzępy. 



	
		
											
					
				
					



W zamachu zginęli st. kpr. Piotr Ciesielski, szt. szer. Łukasz Krawiec, st. szer. Marcin Szczurowski, st. szer. Marek Tomala i szer. Krystian Banach. 

Do zamachu przyznali się talibowie.
I teraz pomyślmy. Media podały informacje o śmierci polskich żołnierzy. Nie podano nazwisk. Ilu żołnierzy było wtedy na misji? Około 2000. Dwa tysiące polskich rodzin zastanawiało się, czy tata, mąż, syn wróci do domu w trumnie. Dwa tysiące polskich rodzin wyczekiwało w oknie wojskowej delegacji, jednocześnie nie chcąc aby ona przyjechała. I w końcu media podały informację. Tym razem tylko, albo aż 5 rodzin na święta zostało bez swoich bliskich.



	
		
											
					
				
					

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/365bbd6867ea2c7e7fe848184f51553b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/365bbd6867ea2c7e7fe848184f51553b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Miejsce wypadku pojazdu polskich sił.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/389259,boze-narodzenie-w-srodku-piekla-rozejm-bozonarodzeniowy-czyli-swieta-w-pierwszowojennych-okopach</guid><link>https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/389259,boze-narodzenie-w-srodku-piekla-rozejm-bozonarodzeniowy-czyli-swieta-w-pierwszowojennych-okopach</link><pubDate>Sun, 19 Dec 2021 22:10:42 +0100</pubDate><title>Boże Narodzenie w środku piekła. Rozejm bożonarodzeniowy, czyli święta w pierwszowojennych okopach.</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/59321ab6cc28cd4511cea76aa18da2ab,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wyruszając na front I wojny światowej, żołnierze mieli w głowach myśl, że wojna potrwa miesiąc, może dwa. Bitwy będą piękne i chwalebne, zapewne część zginie, ale Ci co przeżyją, powrócą w chwale, z orderami na piersi. Co ważne - myśleli że święta Bożego Narodzenia spędzą w gronie rodziny. Czas miał pokazać, że zamiast łańcuchów na choince będą rozciągać druty kolczaste w okopach...

Był grudzień 1914 roku. Niemal oczywiste stało się, że wojna nie zakończy się tak szybko jak początkowo planowano. Żołnierze musieli oswoić się z myślą, że tegoroczne święta spędzą w okopach. W wigilię Bożego Narodzenia brytyjski sierżant jak codzień obserwował przez lornetkę wrogie okopy. Tego dnia widoczne było w nich spore zamieszanie. Słychać było duży zgiełk, co mogło oznaczać przygotowania do ataku. 
"Ale jak to? Atak dzisiaj, w Boże Narodzenie? Może to i perfidne, ale ci barbarzyńcy są do tego zdolni" - pomyślał. 

Wtedy zobaczył, że z okopu wyłania się coś na kształt... choinki! Już kilka minut później patrzył z niedowierzaniem, jak wzdłuż niemieckich fortyfikacji stał cały rząd świątecznych drzewek, połyskujących małymi światełkami. Ze strony przeciwnika dobiegła go znana mu melodia. Dało się słyszeć śpiew: 
Stille Nacht, heilige Nacht, Alles schläft, einsam wacht. 
Anglicy, którzy początkowo uznali działania Niemców za przygotowanie do zasadzki, już po chwili śpiewali wraz z nimi. W angielskich okopach można było ustyszeć: 
Silent night, Holy night, All is calm, all is bright.


Bratanie się wrogich sobie żołnierzy

Żołnierze zaczęli wychodzić z okopów. Rozpoczęły się rozmowy i składanie życzeń na ziemi niczyjej. Początkowo do gestów pojednania dochodziło jedynie między szeregowymi i podoficerami. Obie strony zgodziły się na zebranie zwłok z ziemi niczyjej, oraz pochowanie ich we wspólnym grobie. Do pierwszego kontaktu oficerów doszło między kapitanem Stockwellem ze strony fizylierów walijskich oraz jednym z dowódców niemieckich. Uzgodniono wówczas rozejm do godziny 8:30 drugiego dnia świąt. Oficerowie wymienili się symbolicznymi podarkami. Niemcy sprezentowali Brytyjczykom beczkę piwa. Kapitan Stockwell odwdzięczył się śliwkowym puddingiem. Ustalono że żołnierze obu stron mieli pozostać w okopach. To ustalenie pozostało jednak martwe. Do godziny 12 blisko połowa brytyjskiego frontu spontanicznie zawarła rozejm z niemieckimi oddziałami na swoich odcinkach. Na ziemi niczyjej żołnierze składali życzenia wymieniali się drobnymi upominkami. 


Mecz piłki nożnej

	
		
											
					
				
					



Rozegrano mecz piłki nożnej (z wynikiem 3:2 zwyciężyli Niemcy). Mecz został zakończony, gdy futbolówka wpadła na drut kolczasty. Wieści o rozejmie dotarły do dowództwa brytyjskiego ze sporym opóźnieniem także ze względu na odległość. sztab mieścił się 27 mil od frontu. 

Próby zakończenia rozejmu

Drugiego dnia świąt wyżsi oficerowie z obu stron próbowali doprowadzić do zakończenia rozejmu. Mimo że rozejm oficjalnie skończył się o 8:30, to przez cały dzień nie podjęto walki. Żołnierze obu armii nie spieszyli się. Po stronie niemieckiej doszło nawet do krótkotrwałego buntu w 107. pułku saksońskim. W niektórych miejscach rozejm trwał do 31 grudnia. Został skutecznie zakończony przez snajperów, którzy strzelali w żołnierzy wychylających się z okopów. Wkrótce w rejon Ypres przybyły świeże uzupełnienia. Rok później, w wigilię 1915 roku w tym samym miejscu doszło do o wiele mniejszych prób bratnia się. Zaważyły na tym wydarzenia z przeciągu minionego roku, tj. nieudany, krwawy atak brytyjski na Ypres oraz użycie przez Niemców gazów bojowych. Dowódcy z obu stron starali się także nie dopuszczać do prób bratania, zarządzając na dni świąteczne ostrzał artyleryjski. Unikano trzymania oddziałów dłużej w jednym miejscu, aby nie doszło do bliższego „zapoznania się" z żołnierzami z drugiej strony frontu.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/59321ab6cc28cd4511cea76aa18da2ab,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/59321ab6cc28cd4511cea76aa18da2ab,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/388361,najpiekniejsza-monarchini-na-swiecie-jak-naprawde-wygladalo-zycie-cesarzowej-sisi</guid><link>https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/388361,najpiekniejsza-monarchini-na-swiecie-jak-naprawde-wygladalo-zycie-cesarzowej-sisi</link><pubDate>Mon, 13 Dec 2021 23:06:06 +0100</pubDate><title>Nazywana najpiękniejszą monarchinią na świecie. Jak naprawdę wyglądało życie cesarzowej Sisi?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bd71eeb326c29aa7b766d7910613184e,1000,1000,0,0.webp" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W latach swego życia okrzyknięta została najpiękniejszą kobietą na świecie. Jaka była naprawdę? Śliczna, nieszczęśliwa, nie wyedukowana i ożeniona wbrew swojej woli. Oto prawdziwa historia księżnej Elżbiety, jej dorosłego życia, nieznośnej teściowej, gburowatego męża i nieszczęśliwego macierzyństwa.

Dzieciństwo i młodość

Sisi, a właściwie Elżbieta Amalia Eugenia von Wittelsbach urodziła w Monachium w wigilię Bożego Narodzenia, roku pańskiego 1837. Jej ojcem był książe Maksymilian Bawarski, wywodzący się z linii książęcej Wittelsbachów. Matka Sisi, Ludwika, była córką Maksymiliana I Józefa, pierwszego króla bawarii. Ojciec Elżbiety był ekscentrycznym liberalistą. Jego małżeństwo z Ludwiką było kierowane rozsądkiem, nie miłością. Często zdradzał żonę, czego owocem były nieślubne dzieci. Słynął też z niecodziennych pomysłów. Pewnego razu na terenie Wittelsbachowskiego pałacu kazał wybudować cyrk, w którym sam występował jako... klaun. Innego razu zagrał na lutni na szczycie piramidy Cheopsa.



	
		
											
					
				
				Rodzina Wittelsbachów•Wikimedia
					



Wróćmy jednak do naszej bohaterki. Mała Elżbieta była oczkiem w głowie swojego ojca. Ze względu na dzień jej urodzenia, była przez niego nazywana "bożonarodzeniowym prezentem". Wczesne lata swojego życia spędziła w zamku Passenhofen. Bardzo lubiła jeździectwo, wędkowanie oraz leśne spacery i polowania. Sisi nie była przeznaczona do znaczącego małżeństwa, toteż nie przykładano zbytniej uwagi jej edukacji. Nauczyła się jednak pisać wiersze. Od zawsze lubiła poezję. W czasach beztroski młodych lat przeżyła swoją pierwszą miłość. Zakochała się w jednym z dworzan jej ojca. Książe Maksymilian szybko zakończył romans - wysłał młodzieńca na misję, z której wrócił schorowany. Niedługo później zmarł. 


Kocham go... Gdybyż tylko nie był cesarzem!

Sierpniem 1853 roku matka Elżbiety, wraz ze swoją drugą córką Heleną, wyjechały do kurortu Bad Ischl w środkowej Austrii. Tam właśnie miało dojść do zaręczyn cesarza Franciszka Józefa ze starszą córką księżnej Ludwiki. Obecność Sisi na tym spotkaniu nie była przypadkowa, jej matka miała nadzieję na możliwość jej ożenku z Karolem Ludwikiem. Na nieszczęście dla Heleny, nie udało jej się wzbudzić zainteresowania cesarza. Młody Franciszek Józef zakochał się nie w kobiecie przeznaczonej mu na żonę, ale w szesnastoletniej wówczas Sisi. Jego matka, arcyksiężna Zofia była temu przeciwna, przekonywała go że Helena dużo lepiej sprawdzi się w roli cesarzowej. Franciszek Józef był nieugięty. Podczas balu wydanego w hotelu Austria cesarz tańczył tylko z Sisi, przez co złamał dworski protokół. Zauroczenie cesarza doprowadziło w końcu do zaręczyn. Z tej okazji arcyksiężna Zofia sprawiła przyszłej parze cesarskiej nietuzinkowy prezent - kupiła im Willę Cesarską, gdzie młodzi się poznali.
Sisi powróciła do rodzinnych stron. W domu uzupełniała braki w edukacji. Uczono ją nowej roli cesarzowej. Gdy młoda Elżbieta zrzekła się praw do tronu Bawarii, była gotowa do ożenku z cesarzem. Końcem kwietnia parowiec Franciszek Józef zawiózł ją do Austrii. Przybyciu Sisi towarzyszyło wiele uroczystości, w tym uroczysty wjazd do Wiednia. Największą przeszkodą do ślubu było bliskie pokrewieństwo narzeczonych. Udało się jednak uzyskać odpowiednią dyspensę papieża. Ślub cesarza Franciszka Józefa z Elżbietą był urządzony z wielkim rozmachem. 24 kwietnia 1854 roku w kościele Augustianów arcybiskup Wiednia pobłogosławił młodą parę. Miesiąc miodowy para spędziła w Laxenburgu.
I tu kończy się przyjemne i beztroskie życie Sisi. Po ślubie młoda cesarzowa musiała sprostać surowym zasadom dworskiego życia. Elżbieta nie miała prywatności, krok w krok za nią biegały jej służące. Damą dworu młodej monarchini została hrabina Esterhazy, która donosiła wszystko jej teściowej. Sisi miała bardzo złe stosunki z matką swojego męża. Cesarz Franciszek Józef, chociaż darzył swoją żonę wielkim uczuciem, w konfliktach pomiędzy nią a matką, częściej stawał po stronie rodzicielki. Z powodu nieznajomości języka francuskiego, Elżbieta milczała na oficjalnych przyjęciach, co przez austriacki dwór było odbierane jako skrytość i tajemniczość. 
Narastający konflikt z teściową sprawiał, że młoda cesarzowa coraz gorzej czuła się na dworze. Arcyksiężna wciąż miała pretensje do Sisi, czepiając się nawet o najdrobniejsze szczegóły. Pozycja Elżbiety umocniła się dopiero po wycofaniu Zofii z życia publicznego. Młoda monarchini zaczęła wpadać w depresję, gdy jej mąż wyjechał na front włoski, aby walczyć u boku Napoleona III. Bardzo mało jadła i codziennie sprzeczała się z teściową. Po powrocie z wojny cesarz zastał swoją żonę wychudzoną i wykończoną nerwowo. Gdy parę lat później u Elżbiety stwierdzono gruźlicę, nareszcie nadarzyła się okazja aby opuścić dwór. Była to pierwsza ze słynnych podróży Sisi.
Jednym z ulubionych krajów młodej cesarzowej były Węgry. Uważa się, że to właśnie osoba Elżbiety doprowadziła do powstania Austro - Węgier.
Sisi zdobyła popularność wśród zwykłych ludzi. Tym większą, im dłużej panowała. Zdarzało się jednak, że zachowanie cesarzowej wzbudzało niemałe kontrowersje. Ludziom nie podobało się, że tak wielkie sumy przeznacza na budowę rezydencji oraz zakup koni. Ponadto Elżbieta lubiła pić piwo i palić papierosy. Największą rozrywką monarchini były polowania. Wypadek podczas jednego z nich sprawił, że jej życie przez wiele dni było zagrożone.


Depresja i samotność


	
		
											
					
				
				Cesarzowa Elżbieta w czarnej sukni żałobnej•Wikimedia
					



Elżbieta była niespełniona jako matka. Odebrano jej dzieci tuż po urodzeniu. Była też znużona życiem jakie wiodła. Mimo, że jej obecność rozjaśniała dwór Habsburgów, Sisi bywała tam bardzo rzadko. Czuła się tam osaczona i nieszczęśliwa. Swojego męża kochała, ale tylko na odległość. Byli swoimi przeciwieństwami: on twardo stąpał po ziemi, ona dostrzegała w każdej rzeczy poezję, on chełpił się, że nigdy w życiu nie otworzył żadnej książki, ona uwielbiała Heinego i Szekspira, on był zamknięty w sobie, ona zaś, ciekawa wszystkiego, Franciszek wysoko cenił wyłącznie parady wojskowe i polowania, Sisi pisała poematy elegijne wyrażające jej ból istnienia. Mimo wszystko, cesarz bardzo kochał swoją żonę, a jego uczucie wydawało się być odwzajemnione.


Śmierć cesarzowej

Życie Elżbiety wywróciło się do góry nogami po samobójczej śmierci jej syna Rudolfa. Sisi przestała pojawiać się wśród ludzi, a jeśli to robiła, zawsze zasłaniała twarz. Nie pozwalała się fotografować. Do końca życia żyła w żałobie, obwiniając się za śmierć syna. 10 września 1898 roku w Genewie Elżbieta czekała na parowiec wycieczkowy. Wtedy właśnie włoski anarchista Luigi Lucheni rzucił się na nią, wbijając jej pilnik w serce. Jak potem tłumaczył - chciał zabić jakiegoś władcę, nie ważne jakiego. Rana była śmiertelna, cesarzowa Elżbieta zmarła kilka minut późńiej. 
Według naocznych świadków, nad trumną Sisi nie wylewano wielu łez. Wiedeń nie rozpaczał po swojej niezrozumiałej cesarzowej. Jej mąż, cesarz Franciszek Józef rzekł: "Była to wyjątkowa kobieta, chluba mojego tronu i życia". Elżbieta została pochowana w Krypcie Cesarskiej Kościoła Kapucynów w Wiedniu, tuż obok swojego syna Rudolfa.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bd71eeb326c29aa7b766d7910613184e,1500,0,0,0.webp" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bd71eeb326c29aa7b766d7910613184e,1500,0,0,0.webp" medium="image"><media:title type="html">Księżna Elżbieta Bawarska</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/386373,191-lat-temu-wybuchlo-powstanie-listopadowe-jak-przebiegala-rewolucyjna-noc</guid><link>https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/386373,191-lat-temu-wybuchlo-powstanie-listopadowe-jak-przebiegala-rewolucyjna-noc</link><pubDate>Tue, 30 Nov 2021 14:56:12 +0100</pubDate><title>191 lat temu wybuchło Powstanie Listopadowe. Jak przebiegała rewolucyjna noc?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bc3ead60bae36e3e8916c8a3c54dd621,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Był listopad 1830 roku. W Królestwie Polskim wszystko toczyło się naturalnym, niekorzystnym dla Polaków tokiem. Władze Rosji coraz śmielej nie przestrzegały a nawet łamały postanowienia konstytucji królestwa.  Rosły ceny żywności, rosło bezrobocie, stolica była świadkiem coraz to nowych rozruchów. Pojawiła się cenzura prasy oraz prześladowania towarzystw filomatów i filaretów. Wszystko to potęgowało niechęć wśród osób, którym dobro kraju leżało na sercu. Zaczął zawiązywać się spisek.

Tymczasem we Francji i Belgii sukcesy odnosiły rewolucje. To dało spiskowcom nadzieję, że i ich sprawa, słuszna – trzeba przyznać, ma szanse powodzenia. W tym samym czasie w Polsce rozpoczęto mobilizacje wojsk polskich i rosyjskich, na osobisty rozkaz cesarza. Minister skarbu Królestwa Polskiego, książę F. K. Drucki-Lubecki dostał rozkaz przygotowania finansów zapewniających wsparcie na wypadek wojny. Końcem listopada do Polaków dotarła wieść, że prorosyjski rząd Wielkiej Brytanii upadł. Podchorążowie zgromadzeni wokół podporucznika Wysockiego dostali ostrzeżenie o planowanych aresztowaniach. Wszystko to wpłynęło na decyzję o wybuchu powstania.



	
		
											
					
				
				Starcie na moście w Łazienkach•Wikimedia
					



Zryw narodowy zaplanowano na godzinę 18:00 dnia 29 listopada 1830 roku. W oczach podporucznika Piotra Wysockiego wyglądało to tak:
O godzinie szóstej dano znak jednoczesnego rozpoczęcia wszystkich działań wojennych przez zapalenie browaru na Solcu w bliskości koszar jazdy rosyjskiej. Wojska polskie ruszyły z koszar do wskazanych stanowisk. Ja pośpieszyłem do koszar podchorążych. W salonie podchorążych odbywała się wtenczas lekcja taktyki. Wbiegłszy do sali, zawołałem na dzielną młodzież: 
-Polacy! Wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów! 
Na tę mowę i z dala grzmiący głos:
-Do broni! Do broni!.
młodzież porwała karabiny, nabiła je i pędem błyskawicy skoczyła za dowódcą. Było nas stu sześćdziesięciu kilku!


Już pierwszej nocy powstańcy zaatakowali Belweder, w którym rezydował Wielki Książę Konstanty. Celem było jego uprowadzenie. Niestety cel nie został zrealizowany – Konstanty zdołał się ukryć. Warto tu zaznaczyć, że w Warszawie stacjonowało wówczas około 16,5 tysiąca żołnierzy polskich i rosyjskich. Po ataku na Belweder powstańcy udali się w stronę Arsenału, po drodze wzywając mieszkańców do chwycenia za broń. Dało się słyszeć krzyki „Do broni Polacy!”. Z założenia motywujący okrzyk został odwzajemniony jedynie zamykaniem okiennic i drzwi. Również polscy oficerowie odmówili wzięcia udziału w walkach, nie traktując zrywu poważnie. Część z nich przypłaciła to najwyższą ceną.



	
		
											
					
				
				Chorągiew powstańców.•Wikimedia
					



Sytuacja inaczej miała się w przypadku liniowych żołnierzy Wojska Polskiego. Podporucznik Wysocki, wykorzystując obecność oficerów w swoich szeregach, próbował przeciągnąć żołnierzy na swoją stronę. Udało mu się to tylko połowicznie, bo, chociaż część żołnierzy przeszła na stronę powstańców, reszta pozostała neutralna, bądź wierna księciu Konstantemu.

Noc Listopadowa trwała a już wkrótce, około 3 godzin po wybuchu zrywu, w rękach powstańców znalazła się główna zbrojownia – Arsenał Królewski. Kolejne godziny przynosiły kolejne sukcesy. O północy powstańcy przy wsparciu oddziałów Wojska Polskiego kontrolowały także Stare Miasto, Powiśle i Pragę. Gdy zaczęło świtać, Polacy kontrolowali niemal całą Warszawę. Rosyjski namiestnik wycofał się z wiernymi sobie oddziałami ze stolicy. 30 listopada Warszawa znów była wolna!
Społeczeństwo pozostawało jednak podzielone. Część opowiadała się za walką z zaborcą, jednak pozostali podchodzili do sprawy bardziej pokojowo, proponując pertraktacje i obustronny kompromis. Utworzyła się Rada Administracyjna, która wątpiąc w sukces powstańców, rozpoczęła rozmowy z księciem Konstantym. Konserwatywna Rada została jednak wyparta przez Rząd Tymczasowy, pod kierownictwem polskiego księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Rozmowy z Konstantym przyniosły skutki – polscy żołnierze wrócili do wolnej stolicy, a rosyjski namiestnik oddalił się w stronę granicy.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bc3ead60bae36e3e8916c8a3c54dd621,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bc3ead60bae36e3e8916c8a3c54dd621,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Szturm na Arsenał</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/383563,kim-jest-nieznany-zolnierz-z-placu-pilsudskiego-w-warszawie</guid><link>https://natemat.pl/blogi/krystianwaligora/383563,kim-jest-nieznany-zolnierz-z-placu-pilsudskiego-w-warszawie</link><pubDate>Thu, 11 Nov 2021 12:11:11 +0100</pubDate><title>Kim jest nieznany żołnierz z Placu Piłsudskiego w Warszawie?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f9d2cf330db700f4b96325852a364904,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na początku przybliżmy trochę historię oraz ideę grobu Nieznanego Żołnierza. Podobne mogiły powstały we Francji oraz Wielkiej Brytanii po zakończeniu Wielkiej Wojny. Miały one na celu upamiętnić wszystkie ofiary poległe na polach bitew. Grób postanowiono utworzyć także w Polsce. W 1925 roku odsłonięto pomnik-płytę Nieznanego Żołnierza w Łodzi. Tego samego roku odsłonięto grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Umiejscowiono go pod kolumnadą Pałacu Saskiego.

Kto został pochowany w grobie?


	
		
											
					
				
				Grób, z którego ekshumowano zwłoki Nieznanego Żołnierza.•Wikimedia
					



Żołnierza reprezentującego wszystkich poległych postanowiono wybrać na Cmentarzu Orląt we Lwowie. Transportu zwłok podjęła się nieodpłatnie firma pogrzebowa Piotra Łopackiego z Warszawy. Nad transportem czuwał 40. Pułk Piechoty "Dzieci Lwowskich". 29 października 1925 rozkopano 3 mogiły. Po wyjęciu trumien i otwarciu ich znaleziono szczątki, które nie wskazywały, aby którekolwiek z nich należały do żołnierza. Postanowiono więc rozkopać kolejne 3 mogiły. Tym razem trafiono na sierżanta, kaprala, oraz żołnierza bez stopnia, przy którym znaleziono maciejówkę z wojskowym orzełkiem. Trumny zostały zamknięte i ustawione przed kaplicą, celem wyboru jednej z nich. Wyboru dokonała Jadwiga Zarugiewiczowa, której syn poległ na polach Zadwórza. Wybrała trumnę ze szczątkami przy których leżała maciejówka. Stwierdzono, że jest to ochotnik, gdyż regularne wojsko nosiło wówczas rogatywki. Lekarz uczestniczący w ekshumacji stwierdził dwie rany postrzałowe, jedną w nodze, drugą w głowie. Uznano że poległ na polu bitwy. Stwierdzono, że mógł mieć około 14 lat. Wybrane zwłoki przeniesiono do nowej, sosnowej trumny i przetransportowano do Warszawy w uroczystym kondukcie.

	
		
											
					
				
				Wybór trumny spośród trzech ekshumowanych.•Wikimedia
					




Pierwsze dni Grobu Nieznanego Żołnierza
Koncepcja utworzenia mogiły upamiętniającej poległych żołnierzy okazała się bardzo trafiona. Już w pierwszych dniach na placu przed Pałacem Saskim pojawiły się tłumy ludzi. Musiano ustawić kordon policji regulujący ruch, gdyż doszło do tego, że napierający tłum uszkodził łańcuchy okalające grób. Przed grobem obowiązywały niepisane przepisy, takie jak
nakaz zdejmowania nakrycia głowy
zakaz palenia papierosów
zakaz głośnych rozmów
obowiązek salutowania (dla mundurowych)
W późniejszych latach grób znajdował się pod zarządem miasta Warszawy. Wówczas został zaniedbany. Ówczesna prasa informowała, że z dwóch lamp przy grobie pali się tylko jedna, bo nie ma komu wymienić żarówki. Ogień zaś, buchał ze znicza niczym wulkan.


II wojna światowa
W czasie pierwszych miesięcy II wojny światowej grób był miejscem krzepiącym ducha patriotyzmu wśród Polaków. Przechodząc obok niego oddawano cześć, zdarzało się też, że na płycie składano kwiaty, z narażeniem życia. Wobec tych czynów, w maju 1942 roku plac przed Pałacem Saskim uczyniono terenem "nur für Deutsche" (tylko dla Niemców). W czasie powstania warszawskiego Niemcy wiedzieli, że jest to miejsce ważne dla Polaków, wobec czego placu strzegły doborowe niemieckie jednostki. 28 grudnia 1944 to najczarniejsza data zarówno dla grobu, jak i dla całego pałacu. W tym dniu Niemcy wysadzili w powietrze Pałac Saski.



	
		
											
					
				
				Zniszczony grób w czasach II wojny światowej.•Wikimedia
					



Grób po wojnie i obecnie
Po odgruzowaniu i odbudowaniu grobu postawiono przy nim wartę honorową, która trwa po dziś dzień. Grób jest dzisiaj miejscem, gdzie obchodzone są państwowe uroczystości. Warta przy grobie jest pełniona całodobowo przez cały rok. Żołnierze którzy stoją na posterunku mają prawo bronić grobu. Są oni też w stałej łączności z dowódcą warty. Grób jest ponadto monitorowany przez Dowództwo Garnizonu Warszawa. Ciekawostką jest fakt, że warta, mimo iż honorowa, jest pełniona zgodnie z regulaminem służby wartowniczej. Żołnierze są uzbrojeni w najnowszą broń polskiej armii - karabin MSBS "Grot" wyposażonym w bagnety, oraz załadowanym ostrą amunicją.


Strona autora]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f9d2cf330db700f4b96325852a364904,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f9d2cf330db700f4b96325852a364904,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Grób obecnie, od strony południowej.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/366763,bill-biega-i-iris-ivers-powstaniec-warszawski-znalazl-milosc-po-90-tce</guid><link>https://natemat.pl/366763,bill-biega-i-iris-ivers-powstaniec-warszawski-znalazl-milosc-po-90-tce</link><pubDate>Sun, 01 Aug 2021 16:55:58 +0200</pubDate><title>O tym powstańcu warszawskim piszą w USA. 99-latek znalazł miłość podczas lockdownu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />99-letni dziś Bill Biega w Powstaniu Warszawskim był dowódcą plutonu w batalionie "Kiliński". Podczas powstania wziął też ślub z ukochaną Alicją Treutler. Para była razem 75 lat, aż do śmierci Alicji. I choć wydawać by się mogło, że Bill jest skazany na samotność, znalazł miłość w środku pierwszego lockdownu.

Życie Billa Biegi to bez dwóch zdań materiał na film, chociaż trudno powiedzieć, czy bardziej romantyczny czy wojenny. Na świat przychodzi w lipcu 1922 roku w Warszawie jako Bolesław. I choć pierwsze 11 lat życia spędzi w Londynie, gdzie pracuje jego ojciec-dyplomata, Billem zostanie dopiero po wojnie, gdy wyemigruje z żoną do Stanów. 

Biega dokładnie pamięta wybuch II wojny światowej. Ma 17 lat, a ze Starego Mokotowa, gdzie wówczas mieszka słychać bomby spadające na Okęcie. Należy do Organizacji Przysposobienia Wojskowego, więc zgłasza się natychmiast do pomocy i przez następne tygodnie będzie pracował jako telefonista. 


W podziemiu będzie działał do upadku Powstania, wcześniej organizując m.in. broń i amunicję dla walczących, którą będzie kupował od niemieckich żołnierzy. Również podczas wojny pozna swoją pierwszą wielką miłość - Alicję Treutler zwaną Lilly. Ojciec Biegi, również Bolesław, po przedwczesnej śmierci matki jedynego syna, wiąże się z Angielką, ale małżeństwo nie należy do udanych. 

Podczas wojny ojciec Billa poślubi swoją trzecią i ostatnią żonę - Polkę Hannę Treutler. Tak się składa, że Hanna ma siostrę Wandę, ona zaś córki bliźniaczki, o rok młodsze od pasierba siostry. Bolesław (junior) wkrótce zaczyna spotykać się z Alicją.
Aż do śmierci

Gdy zostanie ranny, młodzi zaczynają zastanawiać się nad ślubem. Zdaniem ojca Billa nie jest to dobry pomysł. Nie dość, że trwa wojna, to chłopak ma 22 lata i nie ma zawodu, ani pracy. Alicja uczy się w tym czasie w szkole medycznej, w Powstaniu działa jako sanitariuszka i przyucza kolejne dziewczyny. 


Powiedzą sobie "tak" 13 sierpnia, gdy trwa szturm na pocztę przy ulicy Świętokrzyskiej. Ona ma biały kwiatek we włosach, Bill - pożyczony mundur i rękę na temblaku. Za obrączki posłużą im kółeczka używane do wieszania kotar między rannymi.
                
                    
                    
                    
                    
                
                
Najpiękniejsza para Powstania

Gdy 45 lat później w wolnej Polsce zaczyna się mówić o Powstaniu Warszawskim, potem zaś powstaje muzeum, zajmujące się katalogowaniem historii walczących, Bill i Lilly będą jednym z najbardziej znanych powstańczych małżeństw. Nie dość, że oboje przeżyli wojnę, a z ich ślubu zachowały się piękne, wzruszające zdjęcia, to jeszcze nadal są razem i mają pięcioro dzieci. 


W 1950 roku wreszcie udaje się im wyemigrować z Londynu do Stanów, a dwa lata później dołączy do nich ojciec Billa. Biega jeszcze w Wielkiej Brytanii uzyskuje tytuł inżyniera elektryka, ma więc nie tylko język, ale i wykształcenie, które umożliwia młodym (mają wówczas 27 i 28 lat) szybszą aklimatyzację w nowej ojczyźnie.Przeczytaj także: "Najlepiej uzbrojeni działali na kobiety jak magnes". Historyk ujawnia prawdę o powstańczych ślubach Para wkrótce doczeka się pięciorga dzieci, a że Bill zna języki obce zaczyna pracować w handlu zagranicznym. Tym sposobem po raz pierwszy od ponad 20 lat przyjeżdża do Warszawy. Jest rok 1972, miasto jest szare, brzydkie, a znajomi i rodzina proszą go o prezenty tak prozaiczne jak guziki czy nici dentystyczne. Nie chce pokazywać takiego miasta swoim dzieciom. 


Biegowie odwiedzą ją natomiast tuż po upadku komunizmu, w 1990 roku. Będą odwiedzać Polskę regularnie. Zawsze w sierpniu, gdy przypada rocznica ich ślubu, ale też Powstania. Ostatni raz Bill przyjedzie do stolicy w 2014, wówczas już bez Lilly, która podupada na zdrowiu. Powie wówczas, że boi się, że to jego ostatni raz w Warszawie. 
	
		
											
					
				
				13.08.1944 - ślub sanitariuszki Alicji Treutler &quot;Jarmuż&quot; i podchorążego Bolesława Biegi &quot;Pałąka&quot; udzielony przez ks. Wiktora Potrzebskiego &quot;Corda&quot; w kaplicy przy ulicy Moniuszki 11. Autorem zdjęcia jest Eugeniusz Lokajski &quot;Brok&quot;•fot. ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego
					


Applewood Lovestory

Lilly umiera w 2019 roku. Bill Biega decyduje się sprzedać dom i przeprowadza się do społeczności dla seniorów Applewood w stanie New Jersey. Ma tam własny apartament, a emeryci mogą uczestniczyć w szeregu zajęć - grają w brydża, chodzą na basen i na fitness. 


Na początku Bill czuje się źle w nowym miejscu, na szczęście od kilku lat mieszka tu jego dawna sąsiadka Iris Ivers. Jej mąż, również Polak - Jerzy Iwaszkiewicz - zmarł w 2001 roku. Gdy Iris jest sąsiadką starszych od niej o kilka lat Biegów, stara się im pomagać - wozi na wizyty lekarskie, pomaga w zakupach. Teraz pomaga już samemu Billowi zaaklimatyzować się w Applewood. Zostają przyjaciółmi. 

Gdy rozpoczyna się pandemia i pierwszy lockdown, seniorzy dostają zakaz opuszczania swoich pokoi. Nawet jedzenie przynosi im obsługa. Iris źle znosi zamknięcie i samotność, więc Bill łamie zakazy i wymyka się ukradkiem z pokoju, żeby z nią posiedzieć. 


Są już chyba więcej niż przyjaciółmi, gdy przemykającego korytarzem w nocy Billa łapie ochroniarz. Iris i Bill słyszą, że jeśli dalej chcą spędzać razem czas w lockdownie, mają tylko jedno wyjście - zamieszkać razem. Tak też się dzieje, a 92-latka i 98-latek zostają oficjalnie parą. Ich historię w kwietniu tego roku opisuje dziennikarka "The Washington Post".
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Potem z Billem Biegą kontaktuje się redakcja Wirtualnej Polski. Dziennikarka portalu Marianna Fijewska wymienia z byłym powstańcem maile, bo mężczyzna ma problemy ze słuchem, ale nie z obsługą komputera. 


"Gdy zmarła Lili, a ja przeniosłem się do Applewood, Iris wyciągnęła mnie do ludzi. To niesamowicie aktywna osoba. Przedstawiała mnie kolejnym znajomym, za każdym razem podkreślając z dumą, że byłem żołnierzem polskiego podziemia podczas II wojny światowej. Sporo rozmawiamy o wojnie. Iris z ciekawością słucha o moich przeżyciach, a ja nie mogę napatrzeć się na prace Jerzego. Jest w nich coś takiego, co naprawdę mnie porusza… Oboje mamy bardzo dużo wspólnego i to wyjaśnia, dlaczego staliśmy się sobie tak bliscy" - pisze Fijewskiej Bill Biega, który uważa, że ma w życiu szczęście. 


Bill i Iris nie mają jednak zamiaru stawać na ślubnym kobiercu. W rozmowie z "The Washington Post" Biega śmieje się, że mamy już w końcu XXI wiek.
                
                    
                    
                    
                    
                
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Bill Biega i Iris Ivers.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/350729,czarnoskory-likwidator-w-czarnobylu-historia-igora-chiriaki</guid><link>https://natemat.pl/350729,czarnoskory-likwidator-w-czarnobylu-historia-igora-chiriaki</link><pubDate>Mon, 26 Apr 2021 14:36:19 +0200</pubDate><title>Czarnoskóry likwidator na miejscu katastrofy w Czarnobylu. Oto jego historia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />26 kwietnia 1986 doszło do katastrofy w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Z tej okazji często wspomina się bohaterstwo osób, które jako pierwsze pracowały przy likwidowaniu skutków awarii i narażały swoje życie. Mało kto jednak wie, że jednym z likwidatorów był czarnoskóry Igor Chiriaka. Oto jego historia.


Czarnoskóry likwidator istniał naprawdę
Kiedy miniserial "Czarnobyl" stał się bardzo popularny, brytyjska scenarzystka i prezenterka radiowa Karla Marie Sweet wyraziła oburzenie, że w serialu nie ma ani jednej osoby, o czarnym kolorze skóry. Jej wpis spotkał się wówczas z falą krytyki i był nazywany "lewicowym wymysłem" i absurdem.

Jak się później okazało ten apel nie był całkiem bezpodstawny i do prowadził do odkrycia zaskakującego faktu historycznego. W sieci opublikowano zdjęcie, które stanowi dowód na to, że na miejscu katastrofy pracował czarnoskóry żołnierz Igor Chiriak i żyje do dzisiaj. 


Igor Chiriak – kim jest?
Igor ingwar Chiriak urodził się 31 stycznia 1966 roku w rosyjsko-ukraińskiej rodzinie. Swój wygląd miał odziedziczyć po dalekich przodkach ze strony rodziny matki. Do wojska został powołany gdy miał zaledwie 19 lat.
	
		
											
					
				
				Czarnoskóry żołnierz, który pracował przy likwidacji skutków katastrofy w Czarnobylu.•Fot. vk.com / Igor Chiriak
					

W wywiadzie dla sputnik.news.com mężczyzna podkreślał, że jego pułk nie wiedział, że został wezwany na miejsce katastrofy – oficjalną wersją miały być "ćwiczenia". Do strefy wykluczenia trafili drugiego dnia po wybuchu reaktora w Czarnobylu. Do tego czasu ugaszono już pożar w IV bloku, ale w powietrzu wciąż się unosił radioaktywny dym.


Igor zapewniał, że już wtedy zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na które się naraża. – Może w środku czułem niepokój, ale się nie bałem. Trzeba było wykonać tę pracę i wszyscy ją robili – wyznał w rozmowie z portalem. 

Jak wyglądała jego praca? Igor opisał, że na początku razem ze swoimi współtowarzyszami musiał zorganizować przeprawę przez rzekę Prypeć, którą potem ewakuowano sąsiednie wioski na Białorusi. Później musieli również zbliżyć się do samego reaktora. 
	
		
											
					
				
				Praca przy likwidowaniu skutków katastrofy w Czarnobylu.•Fot. screen vk.com / Igor Chiriaka
					

Chiriak relacjonował, że sam podszedł do niego na odległość około stu metrów w celu załadowania trzymetrowych fragmentów betonowych płyt, które posłużyły jako wzmocnienie mostu na kanale obwodowym w elektrowni.


Przekazał też, że na początku prac wszyscy musieli mieć na sobie kombinezony ochronne i maski przeciwgazowe, ale później dowództwo pozwoliło żołnierzom, aby pozostali w mundurach i maskach. 

– W kombinezonach przy 25 stopniach jest bardzo gorąco, wszystko jest wilgotne, gromadzi się pot, w masce też jest woda, nie można oddychać, gdy pracuje się cały dzień – wyjaśnił Igor. Za swoją służbę mężczynza otrzymał specjalne pisemne podziękowanie. Obecnie mieszka ze swoim synem w miejscowości Czerepowiec w północnej części Rosji
	
		
											
					
				
				Igor Chiriak.•Fot. screen vk.com / Igor Chiriak
					

Przy okazji kolejnych rocznic katastrofy w Czarnobylu powracają kontrowersje związane z szacowaną liczbą ofiar. Najnowszy raport Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) stwierdził, że 134 pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego.


Wkrótce potem rozwinęła się u nich ostra choroba popromienna. 28 z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a 2 od poparzeń. Wielu ludzi biorących udział w akcji zabezpieczenia reaktora zginęło podczas towarzyszących akcji wypadków budowlanych.

                
                    
                    
                    
                    
                
                
	
		
									
					
				
					

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czarnoskóry likwidator w Czarnobylu. Historia Igora Chiriaki.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/338457,170-urodziny-czekoladowej-marki-e-wedel-sylwetka-jana-wedla</guid><link>https://natemat.pl/338457,170-urodziny-czekoladowej-marki-e-wedel-sylwetka-jana-wedla</link><pubDate>Tue, 16 Mar 2021 10:14:26 +0100</pubDate><title>170 lat czekoladowej przyjemności. Kto najbardziej przyczynił się do sukcesu słodkiej marki?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mistrzowie cukiernictwa, wyjątkowe receptury oraz szeroki wybór czekolad, ciastek, wafli, batonów i lodów, a wszystko to w ramach innowacyjnego podejścia do biznesu i reklamy. Z tego właśnie słynie kultowa czekoladowa marka E.Wedel, która w tym roku świętuje 170. urodziny. To dobra okazja do odkrycia fascynujących dziejów tej firmy.

Sięgająca 1851 roku historia czekoladowego imperium była bowiem pisana przez trzy pokolenia kreatywnych przedsiębiorców, a zarazem wielkich pasjonatów sztuki cukierniczej. W związku z jubileuszem 170. lat istnienia E.Wedel warto przypomnieć rolę, jaką w rozwoju przedsiębiorstwa i jego flagowych produktów odegrał ostatni przedwojenny właściciel – Jan Wedel (1874-1960).

Polski przedsiębiorca, potomek Karola i Emila Wedlów, w historii słodkiego biznesu zapisał się jako wizjoner i innowator, a w oczach ówczesnego społeczeństwa jako gospodarczy patriota, zainteresowany rozwojem Warszawy i sprawami jej mieszkańców. Wyprzedzając czasy, w których żył, Jan Wedel w dużym stopniu położył podwaliny pod to wszystko, co zapewniło cukierniczemu przedsiębiorstwu potęgę i sławę.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel (1874-1960)•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Zarządzanie rodzinnym biznesem Jan przejął w lipcu 1923 roku, w wieku 49 lat, po śmierci mamy. Pracę w warszawskim zakładzie przy ulicy Szpitalnej rozpoczynał jednak od najniższego stanowiska, zgłębiając od młodzieńczych lat meandry cukierniczej branży. Syn Emila zdobył wyższe wykształcenie - tytuł doktora chemii spożywczej, studiując w Niemczech i Szwajcarii.


Swoją pierwszą pensję Jan przeznaczył w całości na cele społeczne. Kiedy przyszedł czas samodzielnego prowadzenia firmy, zaczął inwestować kapitał - wdrażać nowoczesne metody produkcji i zarządzania. Najbardziej przełomowym projektem zainicjonowanym przez spadkobiercę czekoladowego przedsiębiorstwa była decyzja o wybudowaniu fabryki przy ul Zamoyskiego w latach 1927–1931, do której przeniesiono całą produkcję. 

Otwarty na warszawskim Kamionku zakład stał się symbolem sukcesu w czasach największego kryzysu gospodarczego na świecie. Dzięki odważnym decyzjom Jana Wedla, który mimo niesprzyjających warunków ekonomicznych inwestował w nowoczesne maszyny oraz rozbudowywał zaplecze socjalne, nowa fabryka czekolady zostawiła konkurencję w tyle, sprawiając, że biznes Wedlów stał się silniejszy niż kiedykolwiek.
	
		
											
					
				
				Zakład produkcyjny E.Wedel w Warszawie•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Okres kierowania rodzinnym interesem przez Jana Wedla upłynął pod znakiem nie tylko modernizacji produkcji, ale także innych znaczących reform. To za jego "kadencji" po raz pierwszy transport konny wyrobów zastąpiono transportem samochodowym. Rosło też zatrudnienie kobiet, otwierano nowe sklepy ze słodyczami poza Warszawą, a także powstał specjalistyczny dział zakupów.


Jan Wedel dał się też poznać jako wielki orędownik... porządku i higieny. Niezmiernie uczulony na tym punkcie, zwracał uwagę na czystość firmowych fartuchów i... wynagradzał dodatkowo pracowników, którzy sami z siebie podnosili z podłogi kawałki sznurka czy papieru. Władze stolicy i warszawiacy szanowali go za wsparcie dla kultury, działalność dobroczynną oraz zaprezentowaną podczas okupacji patriotyczną postawę.

	
		
											
					
				
				Jan Wedel z pracownikami swojej fabryki•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Warto też pamiętać, że to w okresie zarządzania Jana Wedla czekoladowym imperium powstały najsłynniejsze produkty marki, które nadal znajdują się w sprzedaży. Przykładami są czekolada Jedyna, ręcznie dekorowany Torcik Wedlowski czy Mieszanka Wedlowska. W 1936 roku Jan Wedel wprowadził na polski rynek kultowe pianki Ptasie Mleczko®, do dziś jeden z najsłynniejszych wyrobów marki E.Wedel.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel był zleceniodawcą słynnej grafiki reklamowej &quot;Chłopiec na zebrze&quot;, pomysłodawcą użycia samolotu RWD-13 w promocji marki, a także twórcą kultowej pianki Ptasie Mleczko ®•Wikimedia Commons + E.Wedel
					

Wnuk Karola Wedla okazał się również pionierem w dziedzinie reklamy. To na zlecenie młodego przedsiębiorcy powstała jedna z najpopularniejszych grafik reklamowych w Polsce – Chłopiec na zebrze. Do transportu słodyczy i promocji marki właściciel wykorzystywał... samolot RWD-13, a w parku przy Jeziorku Kamionkowskim postawił pierwszy w Polsce automat do sprzedaży słodyczy.


Jan Wedel zmarł 31 marca 1960 w Warszawie. Jego dziedzictwo ma się jednak dobrze, gdyż marka E.Wedel jest budowana na bazie wartości Wedla, czyli kreatywności i rzetelności. Choć świat się zmienia i globalnie myśląca firma musi podążać z duchem nowoczesności, przedsiębiorstwo trzyma się niezmiennie kluczowych zasad założycieli, czyli przywiązanie do najwyższej jakości wyrobów, innowacyjne podejście do biznesu i reklamy oraz społeczne zaangażowanie.

                    
                Wartości marki i szacunek dla jej twórców wyraża kampania "Czas na przyjemność z E.Wedel", której towarzyszy emisja spotu jubileuszowego. Przygotowany w ramach 170. rocznicy film prezentuje niezwykłe dziedzictwo marki, jej złożoną i ciekawą historię oraz bogate portfolio produktowe.Artykuł powstał we współpracy z E.Wedel ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W związku z jubileuszem 170. lat istnienia E.Wedel przypominamy rolę, jaką w rozwoju przedsiębiorstwa i jego czekoladowych produktów odegrał Jan Wedel, potomek Karola i Emila Wedlów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/339141,harcerki-z-ravensbruck-anna-kwiatkowska-bieda-przedstawia-dzieje-murow</guid><link>https://natemat.pl/339141,harcerki-z-ravensbruck-anna-kwiatkowska-bieda-przedstawia-dzieje-murow</link><pubDate>Fri, 19 Feb 2021 11:04:37 +0100</pubDate><title>Fenomen na skalę światową. Poznaj dzieje kobiet, które wykazały się heroizmem w obozowym piekle</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Każdy, kto interesuje się historią II wojny światowej, słyszał o wyczynach polskiego ruchu oporu – akcjach partyzanckich, operacjach wywiadowczych, współpracy z sojusznikami. Jednak sprzeciw wobec hitlerowskiego okupanta, poza czynem zbrojnym, miał też bardzo ludzki wymiar, bo codziennej walki o godność. Jej ikoną stały się działania konspiracyjnych ruchów oporu, założonych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Jedną z niezwykłych kart tej historii odsłania książka "Harcerki z Ravensbrück".

Licząca ponad 500 stron publikacja stanowi rozbudowany reportaż historyczny, którego autorką jest Anna Kwiatkowska-Bieda. Współpracująca z TVP Historia dziennikarka postanowiła przybliżyć czytelnikom fenomen na skalę światową, jakim była jedyna funkcjonująca w czasie II wojny światowej drużyna harcerska w obozie koncentracyjnym. Mowa o "Murach", tajnej drużynie harcerek, powołanej do życia za drutami Ravensbrück, najcięższego i najokrutniejszego obozu koncentracyjnego dla kobiet.Anna Kwiatkowska-BiedaDziennikarka, harcerka, autorka książki ""Harcerki z Ravensbrück"Ta historia choć odległa, a w dobie upadku autorytetów i wartości wydawać by się mogło marginalna, nadal fascynuje i budzi zainteresowanie. Opowieść o "Murach" jest nietypowa. Pokazuje bowiem, jak w czasach cierpienia, śmierci, odczłowieczenia jednak istniało to, co dobre, piękne, ludzkie i wartościowe. I nie tworzyli tego spiżowi bohaterowie, ale zwykłe kobiety, nauczycielki harcerki.

Paradoksem jest też samo istnienie konspiracyjnej drużyny harcerskiej w obozie koncentracyjnym, w cieniu krematorium i nieustannych selekcji do komór gazowych. Zbiórki, przyrzeczenia, biegi harcerskie, za to wszystko groziła śmierć. Czy to była brawura? Historia "Murów" pokazuje, że nie, że ważne są symbole i formy działania, że są jak koło ratunkowe, które daje wewnętrzną siłę, by przetrwać nawet w najtrudniejszych warunkach. To ta siła, ludzka więź, są dla mnie najbardziej fascynujące w tej historii. Położony niedaleko niemieckiej wioski, 90 kilometrów na północ od Berlina, kompleks obozowy stał się jednym z przerażających symboli kaźni i okrucieństwa okresu II wojny światowej. To tam w miejscu niewolniczego wyzysku, sadystycznych kar, powtarzających się egzekucji i nieludzkich badań naukowych przedwojenne harcerki zawiązały organizację, która zachowała wszelkie zasady, metody pracy oraz obrzędowość charakterystyczne dla klasycznej drużyny harcerskiej.Anna Kwiatkowska-BiedaFragment książki "Harcerki z Ravensbrück", Wydawnictwo BellonaPo kilku godzinach szeptania ustalają cele nowej obozowej drużyny: czuwanie nad własną postawą, by była zgodna z duchem harcerstwa, zachowanie równowagi wewnętrznej, godności i pogody ducha, podtrzymywanie na duchu innych współwięźniarek, wzajemna pomoc, opieka nad starszymi i chorymi, próba odrywania myśli więźniarek od koszmaru codzienności obozowej. Każda wie, że te cele musi realizować sama na własną rękę, szukać harcerek, tworzyć zastępy. "Mury" utworzono w 1941 roku z inicjatywy harcmistrzyń Józefy Kantor, Marii Rydarowskiej oraz Zofii Janczy. Do wyzwolenia Ravensbrück składały się z 7 zastępów i osiągnęły liczbę 102 osób. Tworzona przez więźniarki konspiracyjna drużyna odbywała regularne zbiórki, przyjmowała nowe ochotniczki, organizowała biegi harcerskie i kursy instruktorskie. Miała nawet własny sztandar w postaci proporca 13 warszawskiej drużyny harcerskiej, który trafił do obozu wraz z zagrabionymi przez hitlerowców rzeczami. 


Należące do "Murów" harcerki prowadziły też akcje typowe dla działającego w obozowej rzeczywistości ruchu oporu: dywersja i sabotaż produkcji wojennej, przekazywanie światu wiadomości o nazistowskich zbrodniach, fałszowanie dokumentacji, organizowanie ucieczek z obozu. Przede wszystkim jednak, zgodnie ze swoim przewodnim hasłem "Trwaj i pomóż innym przetrwać", skupiały się na szeroko rozumianej pomocy innym więźniarkom osadzonym w kompleksie KL Ravensbrück.
	
		
											
					
				
				Książka &quot;Harcerki z Ravensbrück&quot; Anny Marii Kwiatkowskiej-Biedy jest dostępna w polskich księgarniach od 10 lutego 2021•Wydawnictwo Bellona
					

Wykazując się niezwykłym heroizmem, członkinie "Murów" organizowały żywność i leki dla potrzebujących, a także pomagały ukrywać kobiety, których ówczesna kondycja zdrowotna czy przypisana kategoria obozowa kwalifikowały do egzekucji przez rozstrzelanie, zastrzyk trucizny czy "kąpiel" w komorze gazowej. Prowadziły też działalność edukacyjną i religijną. Wierne ideom harcerstwa, dokładały starań, by codziennie, drobnymi gestami życzliwości i dobrym słowem, podtrzymywać na duchu współosadzone.


W książce Anny Kwiatkowskiej-Biedy, która z harcerstwem związana jest od dziecka, szczególnie poruszający jest rozdział "Króliki". Autorka opisuje bestialskie eksperymenty medyczne, jakie niemieccy lekarze przeprowadzali na niektórych więźniarkach w szpitalu obozowym w Ravensbrück w ramach pracy nad medykamentami ratującymi życie rannym żołnierzom. Okrucieństwu sprawców przeciwstawiane jest współczucie harcerek, które robiły, co w ich mocy, by nieść ulgę "królikom" i chronić operowane kobiety przed wykryciem, gdy Niemcy postanowili je zabić, aby zatrzeć ślady swoich drastycznych zbrodni.Anna Kwiatkowska-BiedaFragment książki "Harcerki z Ravensbrück", Wydawnictwo BellonaEksperymentalne operacje to jedna z największych i najbardziej nieprawdopodobnych zbrodni dokonanych przez nazistów. To, jak bardzo starali się je ukrywać i tuszować, świadczy, że prawo i normy etyczne łamali z pełną premedytacją. Medyczne eksperymenty były prowadzone w szpitalu obozowym w Ravensbrück od sierpnia 1942 roku. Ich ofiarami były przede wszystkim młode Polki z lubelskiego sondertransportu. Z reporterskiej opowieści "Harcerki z Ravensbrück" wyłania się portret kobiet nie tylko niesamowicie dzielnych, życzliwych i pomocnych (a mowa tu o miejscu, gdzie taką ofiarność można było niekiedy przypłacić zdrowiem czy życiem), ale też nad podziw pomysłowych. Dzięki lekturze tej książki poznacie obozową konspirację od jej najmniejszych przejawów i odkryjecie, do jakich wymyślnych, ale i bardzo prostych podstępów uciekały się harcerki "Murów", aby wywieść w pole załogę niemieckiego obozu.


– Najbardziej spektakularnym "podstępem" było to, że nie tylko udało im się przeżyć Ravensbrück, ale także zachować godność, wartości, które były dla nich ważne, i pogodę ducha. Z tego też wynikały ich działania. Takim bardzo spektakularnym była akcja Kamili Janowicz-Sycz, która dostała się na oddział, na którym przetrzymywano "Króliki" i wraz z innymi więźniarkami i harcerkami zorganizowała sprawny system pomocy dla operowanych eksperymentalnie. Jak tego dokonała? Otóż na twarzy zrobiła jej się krostka, a że Niemcy bali się jak ognia zakaźnych chorób, postanowiła tę przypadłość wykorzystać, by dostać się do rewiru – opowiada Anna Kwiatkowska-Bieda.
	
		
											
					
				
				Założycielki żeńskiej drużyny harcerskiej &quot;Mury&quot;•&quot;Harcerki z Ravensbrück&quot; / Wydawnictwo Bellona
					

Na przeciwległym biegunie mamy z kolei portrety oprawców: bezwzględnych komendantów takich jak Fritz Suhren, amoralnych lekarzy takich jak dr Percy Treite czy sadystycznych nadzorczyń SS takich jak Dorothea Binz. Przedstawione przez autorkę historie za murów Ravensbrück przypominają, że nazistowską machinę śmierci wprawiały w ruch nie tylko obozy zagłady na czele z Auschwitz-Birkenau, ale de facto cały system odpowiadający za przetrzymywanie i traktowanie więźniów w III Rzeszy i okupowanych krajach.


Jaką lekcję możemy wynieść z postawy harcerek z Ravensbrück? – Przywykliśmy narzekać, że żyjemy w wyjątkowo trudnych czasach i liczyć na innych, na państwo, na organizacje, że coś za nas i dla nas zrobią. Harcerki pytały o to, co mogą zrobić dla innych, nie przejmując się okolicznościami. Robiły tyle, ile mogły, na ile starczało im odwagi, energii, czasu. Aż tyle i tylko tyle. I to chyba najważniejsza lekcja: nie poddawać się, nie szukać wymówek, nie czekać, aż ktoś coś za nas albo dla nas zrobi. Widzieć ludzi i być na nich otwartym, nie po to, by ich krytykować, tylko by budować mosty – odpowiada Anna Kwiatkowska-Bieda.
	
		
											
					
				
				Więźniarki z Ravensbrück przy pracy•Archiwum Muzeum Harcerstwa w Warszawie
					

– Postawa "Murów" przekazuje to, co najprostsze, najbardziej ludzkie i wydawać by się mogło oczywiste, żeby po prostu być empatycznym, przyzwoitym człowiekiem w swojej codzienności, w warunkach, w jakich żyjemy. Harcerki nie uważały się za bohaterki, nie aspirowały do pomników, swoje doświadczenia przekazywały kolejnym pokoleniom, by te wyciągały z nich naukę. I myślę, że to co, dla nich możemy zrobić najlepszego, to o nich pamiętać i poznać ich historię – dodaje autorka książki.


Książka "Harcerki z Ravensbrück" Anny Kwiatkowskiej-Biedy jest już dostępna w polskich księgarniach. Jej premiera odbyła się 10 lutego 2021 roku. Opowieść o jedynej w swoim rodzaju drużynie harcerskiej, której członkinie z racji wrodzonej skromności nigdy nie chciały być nazywane bohaterkami, choć były nimi w całej rozciągłości, przeczytacie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bellona.Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Bellona ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Książka &quot;Harcerki z Ravensbrück&quot;  Anny Kwiatkowskiej-Biedy to reporterska opowieść o &quot;Murach&quot;, jedynej funkcjonującej w czasie II wojny światowej żeńskiej drużynie harcerskiej w obozie koncentracyjnym</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/327421,zycie-kobiet-w-ii-rp-portret-spoleczny-serialu-krol-produkcji-canal-plus</guid><link>https://natemat.pl/327421,zycie-kobiet-w-ii-rp-portret-spoleczny-serialu-krol-produkcji-canal-plus</link><pubDate>Mon, 23 Nov 2020 10:42:33 +0100</pubDate><title>Równe prawa, lecz nierówne szanse. Tak się żyło kobietom w przedwojennej Polsce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W kontekście praw kobiet II Rzeczpospolita (1918–1945) często stawiana jest za wzór jako jedno z pierwszych państw w Europie, które przyznały prawo wyborcze swoim obywatelkom. Za formalnoprawną równością płci nie zawsze jednak szły w parze faktycznie równe szanse. Nierzadko to, co zapisano na papierze (w aktach prawnych), nie znajdowało odzwierciedlenia w rzeczywistości (życiu codziennym).

Przez cały okres swojego istnienia międzywojenna Polska zmagała się z poważnymi problemami społecznymi. Bieda, bezrobocie, wyzysk były doświadczeniem wielu grup społecznych, zwłaszcza tych należących do klasy robotniczej. To, co było bolączką całego społeczeństwa, uderzało jednak szczególnie mocno w kobiety z racji wciąż pokutujących w rodzinach stereotypów czy nieformalnej dyskryminacji przez państwo.


Ten ponury dość obraz położenia kobiet w II RP oczywiście rozświetlają życiorysy pewnych pań, którym udało się osiągnąć sukces materialny czy dojść do wysokich stanowisk na państwowych posadach. Rąbka tego, jak wyglądało wówczas życie kobiet, uchyla emitowany na CANAL+ serial "KRÓL" nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Szczepana Twardocha. A więc jak żyło się Polkom w tamtych czasach?
Polityka
Najpierw łyk historii o sytuacji prawnej kobiet. Pełnię praw wyborczych przyznano im na mocy dekretu Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z dnia 28 listopada 1918 roku. Prawo do głosowania i kandydowania potwierdzono w konstytucji marcowej uchwalonej w 1921 roku. Nic w tym względzie nie zmieniała też ustawa zasadnicza z 1935 roku (tzw. konstytucja kwietniowa), która zastąpiła swoją poprzedniczkę.


Realny udział kobiet w życiu politycznym nie wyglądał już tak różowo. Partie polityczne niechętnie wystawiały panie na listy wyborcze, przyznając im często ostatnie miejsca. W Sejmie I kadencji odsetek kobiet wynosił 2 proc., a tuż przed II wojną światową jedynie 0,5 proc. Parlamentarzystki II RP wywodziły się niemal wyłącznie z elity ziemiańsko-inteligenckiej.
	
		
											
					
				
				Wiec Centrolewu w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie (1930 r.). Na czele pochodu manifestujące kobiety•Narodowe Archiwum Cyfrowe
					

Dostęp kobiet do państwowej służby cywilnej był też utrudniony. Przyjęcie zamężnej kobiety wymagało bowiem zgody jej męża, a pracownica, która w okresie pełnienia funkcji w takiej służbie wzięła ślub, automatycznie traciła swoje stanowisko. W odróżnieniu od mężczyzn kobiety traciły również... polskie obywatelstwo, gdy zawierały związek małżeński z obywatelem innego państwa.
Praca
Wbrew pozorom II RP nie była państwem, w którym kobiety tylko siedziały w domu i zajmowały się dziećmi, a mężczyźni chodzili do pracy i utrzymywali całą rodzinę. Choć podział obowiązków domowych był na wskroś tradycyjny, to wiele kobiet, zwłaszcza z warstw niższych, pracowało zarobkowo, wykonując nierzadko najcięższe prace. Powody były zarówno ekonomiczne (panująca w rodzinach bieda), jak i demograficzne (niedobór mężczyzn po I wojnie światowej czy w związku z późniejszymi konfliktami zbrojnymi).


W 1921 roku na 100 pracujących mężczyzn przypadały aż 83 pracujące kobiety. Dekadę później stosunek ten wynosił 100 do 65. Najwięcej kobiet pracowało w służbie domowej, następnie w przemyśle, dalej w handlu i ubezpieczeniach. Teoretycznie płacy nie wolno było różnicować ze względu na płeć, w praktyce jednak różnice w zarobkach na niekorzyść kobiet były znaczące. Zatrudnione w fabrykach robotnice zarabiały o 30 proc. mniej niż wykonujący tę samą pracę mężczyźni, a w urzędach luka wynosiła nawet 40 proc..
	
		
											
					
				
				Emilia Szapiro (Aleksandra Pisula), bohaterka serialu &quot;CANAL+&quot;, z zawodu nauczycielka•Materiały prasowe / Canal+
					

Grupą zawodową, w której dysproporcja między zarobkami płci była najniższa w II RP, byli nauczyciele. W zawodzie, jaki wykonuje Emilia Szapiro (Aleksandra Pisula), żona głównego bohatera "KRÓLA", podział stanowisk rozkładał się mniej więcej po równo, jeśli brać pod uwagę pedagogów kształcących dzieci w szkołach elementarnych. W szkołach średnich nauczycielki stanowiły już jedną trzecią kadry. 


Szklany sufit najtrudniej było przebić kobietom w zawodach prawniczych związanych z wymiarem sprawiedliwości. Mimo braku formalnych przeszkód i ograniczeń do 1928 roku droga do aplikacji sędziowskiej była dla kobiet całkowicie zamknięta. W 1937 roku w Polsce na stanowisku sędziowskim pracowało jedynie 7 kobiet (pierwszą była Wanda Grabińska), a tylko 1 kobieta była prokuratorką.

Edukacja
Nierówne szanse dla kobiet w II RP wynikały również z dostępu do systemu oświaty. O ile szkoła powszechna była obowiązkowa i bezpłatna dla wszystkich, o tyle dziewczynki napotykały trudności w kształceniu się na szczeblach średnich i wyższym. Mimo że w szkolnictwie dominował niekoedukacyjny model (rozdział szkół pod względem płci), państwo posiadało niewielką liczbę szkół średnich dla dziewcząt.
	
		
											
					
				
				Anna Ziembińska (Lena Góra), bohaterka serialu &quot;KRÓL, córka prokuratora, która pobierała nauki w Szwajcarii•Materiały prasowe / Canal+
					

Jaki był tego efekt? De facto perspektywę dalszej edukacji miały wyłącznie córki zamożnych rodziców, którzy wysyłali je do drogich szkół prywatnych. Naprawdę nieliczne miały szczęście uczyć się za granicą tak jak serialowa Anna Ziembińska (Lena Góra), córka wpływowego prokuratora, która kształciła się w Szwajcarii i w pierwszym odcinku "KRÓLA" wraca do Polski po latach pobierania nauk.


Wojsko
Udział kobiet w polskich formacjach wojskowych XX-lecia międzywojennego miał charakter ochotniczy i oddolny. Ponieważ Polska po odzyskaniu niepodległości musiała rozstrzygać zbrojnie pojawiające się konflikty o granice, władze zachęcały cały naród do angażowania się w czyn zbrojny, dlatego też patrzyły przychylnym okiem na inicjatywy powoływania werbujących kobiety organizacji paramilitarnych.
	
		
											
					
				
				Ochotnicza Legia Kobiet (OLK)•Agence Rol. Agence photographique 1920 / Wikimedia Commons
					

W historii II RP dzieje kobiecego oręża zapisały Ochotnicza Legia Kobiet i Przysposobienie Wojskowe Kobiet. Pierwsza, utworzona w 1918 pod dowództwem Aleksandry Zagórskiej, brała udział w walkach podczas wojny polsko-bolszewickiej (1919–1921). Członkinie tej drugiej, której komendantką naczelną była Maria Wittek, uczestniczyły w szeregach Wojska Polskiego w kampanii wrześniowej (1939).


Przestępczość
W II RP ochrona kobiet przed przestępczością seksualną pozostawiała wiele do życzenia. Policjanci ignorowali doniesienia o gwałtach, a sędziowie wymierzali bardzo łagodne kary mężczyznom, którzy dopuszczali się przemocy seksualnej wobec kobiet. Również sprawcy przestępstw seksualnych na dziewczynkach mogli liczyć na dużą pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości.
	
		
											
					
				
				Ryfka Kij (Magdalena Boczarska), bohaterka serialu &quot;KRÓL, właścicielka ekskluzywnego domu publicznego•Materiały prasowe / Canal+
					

Wielkim cieniem na wizerunku międzywojennej Polski kładła się prostytucja, często powiązana z handlem ludźmi. Problem był na tyle palący, że powołano nawet Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi, a podjęta w 1925 roku decyzja o przyjmowaniu kobiet do policji była uzasadniona właśnie walką z tymi patologicznymi zjawiskami. Za wzrostem prostytucji w odrodzonej Polsce stała też bieda.


Zdarzało się, że kobiety, które lądowały na ulicy, z czasem stawały się kierowniczkami domów publicznych, jak pokazuje przykład Ryfki Kij (Magdalena Boczarska), właścicielki ekskluzywnego salonu dla panów w rozgrywającym się w Warszawie 1937 serialu "KRÓL". Jest to jednak i tak o niebo pozytywniejsza postać od prawdziwej Małgorzaty Genzlerowej, okrytej ponurą sławą sutenerki i menadżerki pedofilskiej szajki!
	
		
											
					
				
				Stanisława Tabaczyńska (Barbara Jonak), bohaterka serialu &quot;KRÓL, członkini gangu Jana &quot;Kuma&quot; Kaplicy•Materiały prasowe / Canal+
					

Zdecydowanie kobiety były ofiarami przestępczości zorganizowanej niż "pełnoprawnymi" uczestnikami działalności grup przestępczych. Rzadko która kobieta mogła zostać wysoko postawionym członkiem bandy takim jak Stanisława Tabaczyńska (Barbara Jonak) z fikcyjnego gangu Jana "Kuma" Kaplicy w produkcji "KRÓL". To więc nie przypadek, że nawet w organizacji serialowego złoczyńcy to jedyna postać kobieca.Artykuł powstał we współpracy z Canal+ ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">II RP dała kobietom prawo do głosowania i kandydowania, jednak panie musiały nadal zmagać się z wieloma przeciwnościami. Na przykładzie bohaterek serialu &quot;KRÓL&quot; kreślimy społeczny portret kobiet w międzywojennej Polsce</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/325831,podcasty-z-e-wedel-wywiady-i-sluchowiska-na-temat-kultowej-marki-czekolady</guid><link>https://natemat.pl/325831,podcasty-z-e-wedel-wywiady-i-sluchowiska-na-temat-kultowej-marki-czekolady</link><pubDate>Thu, 12 Nov 2020 16:12:57 +0100</pubDate><title>Imponderabilia, 7 metrów pod ziemią. Popularni w sieci twórcy wzięli udział w czekoladowej akcji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W ostatnich latach coraz częściej słyszymy o podcastach. Takie kanały na YouTube jak "7 metrów pod ziemią" czy "Pogadajmy o życiu" mają wierne grono widzów/słuchaczy, które z każdym dniem się powiększa. Podcast to bowiem idealne medium, by porozmawiać na interesujące tematy w ciekawej i przystępnej dla współczesnego odbiorcy formie. Znani w sieci podcasterzy niedawno zainteresowali się historią... najstarszej polskiej marki czekolady.

Od października internauci mogą posmakować w sieci słodkiego "dania" przygotowanego przez E.Wedel, producenta czekolady, we współpracy z najlepszymi polskimi twórcami podcastowej sceny. Opowieści z bogatego świata tabliczek, batonów, pralinek czy pianek Ptasie Mleczko® to doskonała okazja, by przy kubku ciepłej herbaty i kosteczki ulubionej czekolady posłuchać ciekawych opowieści.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel, polski przedsiębiorca, wnuk Karola i syn Emila Wedlów, twórca fabryki czekolady E.Wedel na warszawskim Kamionku, przy ul. Zamoyskiego 28/30•Materiały prasowe / E.Wedel
					

– Inspirując się naszą 170-letnią tradycją, zrealizowaliśmy cykl odcinków podcastów pozwalających zanurzyć się w wyjątkowym świecie czekolady. Dzielimy się w nich niezwykłymi opowieściami o marce E.Wedel, które uprzyjemnią nam codzienne chwile. Serdecznie zapraszamy do słuchania – zachęca naszych czytelników Dominika Igielińska Junior Branded Content Manager E.Wedel.
Jak stworzyć biznes, który przetrwa 100 lat i pozostanie liderem?
Podcastowy "czekoladowy" cykl otwiera odcinek na kanale Imponderabilia prowadzonym przez Karola Paciorka. YouTuber rozmawia z Maciejem Hermanem, Dyrektorem Zarządzającym E.Wedel i Piotrem Wierzbickim, varsavianistą. Tematem spotkania są jest historia stuletniego biznesu oraz jego wpływie na rozwój Warszawy.
                    
                
Wielopokoleniowość
Drugi odcinek z serii podcastów został zamieszczony na kanale Pogadajmy o życiu,jaki prowadzi Justyna Mazur. Pochodząca ze Śląska, a mieszkająca w Warszawie podcasterką opowiada fascynującą historię rodziny Wedlów, której cukierniczy talent i smykałka do biznesu doprowadziły do powstania kultowej marki rozpoznawalnej nie tylko w Polsce, ale także za granicą, marka jest bowiem dostępna w ponad 60 krajach.
                    
                
Skąd pochodzi nazwa "Pawełka" i jak powstaje "Ptasie Mleczko®"?
Dziennikarz Rafał Gębura, założyciel internetowego talk-show 7 metrów pod ziemią – kanału, który na YouTube obserwuje ponad 1 mln subskrybentów! – zaangażował się w produkcję trzeciej części czekoladowego projektu. W serwisie m.in. Spotify czy Spreaker można wysłuchać jego wywiadu z Januszem Profusem, Maestro czekolady, na temat pracy w Fabryce E.Wedel wczoraj i dziś.
Jak prowadzić odpowiedzialny biznes od 170-ciu lat?
Przedostatni odcinek podcastowej serii jest dostępny na upowszechniającym wiedzę o ekologii kanale Muda Talks. Jego twórczynie, Anna Pięta i Martyna Sztaba, rozmawiają z Aleksandra Kusz vel Sobczuk, Kierownikiem Komunikacji Korporacyjnej firmy Wedel, o proekologicznych inicjatywach producenta czekolady z warszawskiej Pragi. Drugim gościem podcastu jest już występujący w premierowym odcinku znawca Warszawy i historii – Piotr Wierzbicki.

                    
                
Kryptonim "Czekolada"
Cykl podcastów o dziejach czekoladowego imperium wieńczy słuchowisko na temat pomocy udzielanej przez Jana Wedla w trakcie II wojny światowej. Przygotował je Michał Larek, autor kryminalnego podcastu Zabójcze opowieści. W odcinku pt. "Kryptonim Czekolada" opowiada on o wsparciu producenta czekolady dla mieszkańców Warszawy, działaczy ruchu oporu i więźniów obozów w czasach niemieckiej okupacji.
                    
                
E.Wedel dziś
Działalność Fabryki E.Wedel w latach 30. czy marketingowe innowacje wprowadzone przez Jana Wedla to tylko część opowieści odsłaniających bogate dzieje i ogromny dorobek kultowej marki. Fascynująca historia tworzenia czekoladowego imperium trwa dalej i zapewne poznamy jeszcze niejeden pasjonujący rozdział tej sagi.Artykuł powstał we współpracy z marką E.Wedel ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
