<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Historia]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Historia w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/139,historia</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,139,historia" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/441916,niezwykla-historia-wasilija-archipowa-radziecki-zolnierz-powstrzymal-nuklearna-zaglade</guid><link>https://natemat.pl/441916,niezwykla-historia-wasilija-archipowa-radziecki-zolnierz-powstrzymal-nuklearna-zaglade</link><pubDate>Tue, 12 May 2026 15:09:13 +0200</pubDate><title>Niezwykła historia Wasilija Archipowa. Radziecki żołnierz powstrzymał nuklearną zagładę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wasilij Archipow to człowiek, o którym rosyjska historia milczy, a szkoda, bo to mężczyzna, który w 1962 roku zapobiegł nuklearnej katastrofie. Dziś, 60 lat po tym, jak jego czyny ocaliły świat, przypominamy jego historię.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a3b85633b30016c3ed024209d5c873a9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wasilij Archipow</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/652936,film-z-pogrzebu-jozefa-pilsudskiego-wyplynal-po-91-latach-7-minut-dowodem-historii</guid><link>https://natemat.pl/652936,film-z-pogrzebu-jozefa-pilsudskiego-wyplynal-po-91-latach-7-minut-dowodem-historii</link><pubDate>Tue, 12 May 2026 00:51:27 +0200</pubDate><title>Film z pogrzebu Józefa Piłsudskiego wypłynął po 91 latach. 7 minut dowodem historii</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/882dc666cda96b94604f6b8b96aad8e1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />91 lat po śmierci Józefa Piłsudskiego światło dzienne ujrzał nieznany dotąd film z pogrzebu marszałka w Krakowie. 7-minutowe nagranie, które jest gratką nie tylko dla miłośników historii, trafiło do Narodowego Archiwum Cyfrowego. "To historia widziana oczami świadka, a nie obiektywem instytucji" – podkreśla NAC.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/882dc666cda96b94604f6b8b96aad8e1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/882dc666cda96b94604f6b8b96aad8e1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Narodowe Archiwum Cyfrowe pokazało niepublikowany dotąd  film z pogrzebu Marszałka Piłsudskiego w 1935 roku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648529,rusza-zbiorka-na-wyjatkowa-sale-chcemy-ocalic-pamiec-i-nadac-jej-nowy-sens</guid><link>https://natemat.pl/648529,rusza-zbiorka-na-wyjatkowa-sale-chcemy-ocalic-pamiec-i-nadac-jej-nowy-sens</link><pubDate>Fri, 10 Apr 2026 23:00:02 +0200</pubDate><title>Rusza zbiórka na wyjątkową Salę. &quot;Chcemy ocalić pamięć i nadać jej nowy sens&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b92feaff46100fbaa21b52b79f8df2f4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />7 stycznia 1928 roku decyzją Marszałka Józefa Piłsudskiego utworzono placówkę, która z czasem przekształciła się w Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej. Zbliżająca się 100. rocznica powstania to świetna okazja, by zaprezentować jej historyczny dorobek. Dlatego rusza zbiórka na nową Salę Tradycji.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b92feaff46100fbaa21b52b79f8df2f4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b92feaff46100fbaa21b52b79f8df2f4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rusza zbiórka na nową Salę Tradycji w WIML.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/533339,trwala-i-radziecki-szampan-tak-wygladal-sylwester-w-prl-zdjecia</guid><link>https://natemat.pl/533339,trwala-i-radziecki-szampan-tak-wygladal-sylwester-w-prl-zdjecia</link><pubDate>Sun, 31 Dec 2023 14:09:28 +0100</pubDate><title>Trwała, papieroski i radziecki szampan... Tak wyglądał sylwester w PRL! [ZDJĘCIA]</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Fryzury sztywne jak kaski, litry wódki i radziecki szampan – zapraszam Was w sentymentalną podróż po sylwestrze w czasach PRL. Zdjęcia znalazłam w Narodowym Archiwum Cyfrowym. Nie lada gratka!]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/44c5f98baa549da27bb0eb6f9f826ce5,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Sylwester w PRL</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/532766,niewolnica-ktora-zostala-swieta-niezwykla-historia-sw-bakhity</guid><link>https://natemat.pl/532766,niewolnica-ktora-zostala-swieta-niezwykla-historia-sw-bakhity</link><pubDate>Mon, 25 Dec 2023 15:36:12 +0100</pubDate><title>Niewolnica, która została świętą. Przez lata sprzedawano ją tyle razy, że zapomniała, skąd pochodzi</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1000,1000,0,0.jpeg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Katoliccy święci kojarzą się z błękitnymi oczami i jasną skórą, ale czarnoskórzy również mieli wkład w rozwój kościoła. Jedną z takich osób była Józefina Bakhita – niewolnica, którą papież Jan Paweł II uczynił świętą.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1500,0,0,0.jpeg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e791cb18d9cb9ca29ba27636dc2c2171,1500,0,0,0.jpeg" medium="image"><media:title type="html">św. Józefina Bakhita</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/484118,wybuch-elektrowni-atomowej-w-czarnobylu-37-rocznica</guid><link>https://natemat.pl/484118,wybuch-elektrowni-atomowej-w-czarnobylu-37-rocznica</link><pubDate>Wed, 26 Apr 2023 14:50:16 +0200</pubDate><title>&quot;Gołymi rękami przerzucali płonący grafit&quot;. Mija 37 lat od wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />26 kwietnia 1986 roku w elektrowni atomowej w Czarnobylu w Ukrainie doszło do wybuchu, który uwolnił do atmosfery niebezpieczne promieniowanie. Łącznie w wyniku eksplozji i choroby popromiennej mogło umrzeć nawet 200 tys. osób. Dziś przypominamy przyczyny tej tragedii i losy ofiar.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d920dd135be126bc6f8b0df06eb3aeb2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mija 37 lat od katastrofy jądrowej w Czarnobylu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/482639,akcja-zonkile-w-warszawie-dlaczego-wlasnie-zonkile</guid><link>https://natemat.pl/482639,akcja-zonkile-w-warszawie-dlaczego-wlasnie-zonkile</link><pubDate>Wed, 19 Apr 2023 12:40:36 +0200</pubDate><title>Rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Co oznaczają żółte żonkile?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />19 kwietnia 2023 roku przypada 80. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim – największego zrywu zbrojnego Żydów w trakcie II wojny światowej, a zarazem pierwszego miejskiego powstania w okupowanej Europie. Dlaczego to wydarzenie upamiętniają żółte żonkile?]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ee41802835bf7270c96a6dda35cb41e8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Papierowe żonkile rozdawane 19 kwietnia w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/477506,ulmowie-z-markowej-historia-rodziny-rozstrzelanej-za-ratowanie-zydow</guid><link>https://natemat.pl/477506,ulmowie-z-markowej-historia-rodziny-rozstrzelanej-za-ratowanie-zydow</link><pubDate>Fri, 24 Mar 2023 16:22:24 +0100</pubDate><title>Zamordowani za ratowanie Żydów. Kim była rodzina Ulmów, którą uhonorował prezydent Duda?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W piątek 24 marca prezydent Andrzej Duda złożył wieńce przy Pomniku Ulmów w Markowej w województwie podkarpackim. Członkowie tej rodziny podczas II wojny światowej ukrywali Żydów. Wszyscy zostali zamordowani przez nazistowskich żołnierzy.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3d219ce3c6b578e571e1c4fe0c125236,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiktoria Ulm i jej dzieci</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/394117,jak-zylo-sie-w-latach-70-tych-ksiazka-czas-gierka-piotra-gajdzinskiego</guid><link>https://natemat.pl/394117,jak-zylo-sie-w-latach-70-tych-ksiazka-czas-gierka-piotra-gajdzinskiego</link><pubDate>Thu, 27 Jan 2022 09:55:54 +0100</pubDate><title>O tym, jak cała para poszła w gwizdek. Czyli małe, ale szczere streszczenie epoki Edwarda Gierka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Gwizd. To pewnie byłby dźwięk tamtej epoki. Najpierw gwizd wiatru w polu, biedy i szczelin w budowanych na szybko nowych osiedlach. Potem gwizd zachwytu nad pomarańczą w grudniu i dobrobytem. A na koniec gwizdy z ust robotników, którzy zbuntowali się, gdy rachunkiem za rozwój na kredyt okazały się gigantyczne podwyżki.

Ile ludzi, tyle wersji historii. I najwidoczniej twórca filmu “Gierek”, który niedawno wszedł do kin, miał swój własny zamysł, jak opowiedzieć o jednym z najbardziej zapamiętanych włodarzy czasów komuny. Niestety, jak twierdzą krytycy, ten pomysł bardzo się nie sprawdził.

Ale życie Edwarda Gierka to nie nowum ani dla ludzi, ani artystów. Przez lata życiorys I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej narósł mitami. Piotr Gajdziński, autor książki “Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji” opisuje okres jego władzy swoimi słowami. 


To pełna smaczków opowieść o życiu w czasach dobrobytu, urzędowych machlojach, robotniczym buncie oraz rosnącym zadłużeniu. My wyciągamy dla was kilka wartych uwagi fragmentów, które pokażą, jak żyło się w luksusowej gierkowej bańce. 
Od Władka do Edka
Od lat w badaniach socjologicznych pojawiają się cechy idealnego lidera: inteligencja, męskość, wychodzenie "do ludzi", otwartość, sumienność oraz dominacja.

I choć w Polsce socjalistycznej lidera nie można było tak sobie wybrać, to można było go ocenić.

Poprzednik Gierka, Władysław Gomułka, to był człowiek "swój". Miał przeszłość komitetową i tak działał. Od 1943 roku był w partii i do lat 70. wierny był jej polityce. Ale jego największą wadą była... skromność.


"Ta skromność, żeby nie powiedzieć skąpstwo, było dysfunkcyjne i zabójcze dla gospodarki, ale Polacy cenili sobie, że szef państwa, niepodzielny władca kraju, oszczędnie dzieli sporta [marka papierosów] na pół, a jego zgrzebny garnitur i płaszcz niewiele różnią się od tego, w którym chodzi urzędnik w Kraśniku czy Kłodawie" - pisze o Gomułce w swojej książce "Czas Gierka" autor Piotr Gajdziński.
	
		
											
					
				
				Szczery i bezkompromisowy opis rządów Edwarda Gierka•Fot. Materiały partnera
					

A Edward Gierek?

"Nosił eleganckie, dobrze skrojone garnitury, kolorowe krawaty, nie miał wciąż ponurej miny, która cechowała jego poprzednika. To się spodobało, aspirujący naród z ulgą powitał przywódcę, którego entourage niewiele różniło się od tego, którym wyróżniali się przywódcy Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych".


Nie bał się wyjść do ludzi, rozmawiać z robotnikami, zaczepiać dziewczyny w zakładach pracy. W tamtym czasie telewizja i gazety produkowały wiadomości z kolejnych wizyt gospodarza doglądającego dobrobytu. Taki był Gierek. "Swój", ale dla ludzi.
Smalec, drinki, pomarańcze
Gdy w styczniu 1971 roku Edward Gierek ramię w ramię z Piotrem Jaroszewiczem (premierem) oraz Wojciechem Jaruzelskim (szefem obrony narodowej) stanął pod bramami stoczni, w której odbywał się strajk robotników, zrobił na wszystkich wrażenie.

Żywy człowiek z samej góry, który przyszedł rozmawiać. Nie do pomyślenia. A jednak. I choć samo spotkanie zostało owiane setką legend zachowania "dobrego wujaszka Edzia", to prawda jest taka, że dalej było to spotkanie ważnych ludzi z ważnymi ludźmi.


Tym, co warte zapamiętania to wypowiedź jednego ze stoczniowców, który produkt po produkcie wyliczył Gierkowi koszty życia swojej pięcioosobowej rodziny. "Policzmy wydatki. W pięcioosobowej rodzinie: na śniadanie każdemu po bułce z wodą, to jest 2 złote, na kolację to samo – 4 złote. Obiad najtańszy 12 złotych na osobę – 60 złotych, automatycznie 64 złotych dziennie. W skali miesiąca wychodzi 1800 w przybliżeniu 1900 złotych na samo takie życie. A w stoczni praca jest ciężka, każdy kadłubowiec musi się odżywiać, bo naprawdę po piętnastu latach trumna!”.
	
		
											
					
				
				Książka &quot;Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji&quot;•Fot. Materiały partnera
					

Co na to sekretarz PZPR? Ano w końcu przyznał się, że sytuacja jest trudna, a rząd musi sprowadzać zza granicy smalec. Tak ruszyła lawina zagranicznych produktów dobrobytu.


Za chwilę pojawiło się 12 tysięcy ton margaryny dostarczanej przez Związek Radziecki. Smak grudniowych pomarańczy importowanych z Kuby do tej pory wspominany jest przez wszystkie pokolenia. A tradycja cytrusowa w okolicach Bożego Narodzenia to niemal religia. Tak, jest wtedy sezon na owoce cytrusowe, ale takich jak za Gierka już się zjeść nie da. A jak karnawał to serwowano drinki z wódki żytniej i soku Dodoni.

Świętować też było gdzie, bo w latach 70-tych budowano 300 tysięcy mieszkań rocznie. Budownictwo z wielkiej płyty skróciło czas oczekiwania na własne "M". A pod blokiem można było zaparkować flagowy samochód tamtych czasów - Fiata 126p. Zjeżdżały z linii produkcyjnej prawie tak licznie, jak powstawały mieszkania. W tym czasie produkcja maluchów wzrosła do 100 tys. rocznie.
Zachód zazdrości Polsce
Dziennik Telewizyjny informuje, że zachód zazdrości nam "szybkiego rozwoju, nowoczesnych technologii powstających w polskich laboratoriach, kombajnów, rozpędzającej się mechanizacji rolnictwa, powszechnych wczasów organizowanych przez związki zawodowe, warszawskiej Wisłostrady i Dworca Centralnego".


Nawet dworca. Wyobraźcie to sobie. A i na głowę powraca nam korona królów. W 1971 odbudowywany jest Zamek Królewski, ikona Wielkiej Polski przywracająca nam siłę Jagiellonów.
	
		
											
					
				
				Otwarcie Dworca Centralnego/grudzień 1975•Fot. Jan Kuberski / FOTONOVA
					

Polacy jeżdżą na wczasy nad morze i na Mazury. Początek laby otwiera festiwal muzyczny w Opolu, a piłkarze reprezentacji grają jak nigdy. W 1974 roku relacja ze stolicy polskiej piosenki zostaje przesunięta, bo gramy ze Szwecją. W tych Mistrzostwach Świata zajmiemy 3. miejsce.

Skaldowie śpiewają "Wszystko kwitnie wkoło", Ewa Bem mruczy o "Koledze maju", a hitami tego roku są "Na luzie" i "Bez pieniędzy" zespołu 2 plus 1.


Skoro jest tak dobrze, to czy może być źle? Kto jest wrogiem nieustannie rozwijającej się Polski? Kto chce zniszczyć letni odpoczynek nad Bałtykiem i zabrać ze stołów margarynę?
Wichrzyciele
Wrogowie Polski Ludowej nie śpią. Inteligencja nie śpi i pisze listy sprzeciwiające się nowym zapisom w Konstytucji i wiecznemu sojuszowi z ZSRR. Robotnicy nie śpią, bo odchodzą od maszyn w zakładach pracy i budzą ich koszmary o braku podwyżek.

Za chwilę bańka pęknie. Zaraz pojawią się kartki na cukier i masło. Nie będzie mięsa na obiad i ziemniaków, bo w 1975 roku kraj dotknie nieurodzaj.


Gospodarka nie może rosnąć w nieskończoność i powie to nawet ekonomista-laik. Ale do tej pory cała polityka Gierka oparta była na idei ciągłego wzrostu. Nie mogli "dowieźć", bo nie było z czego. Zaczęto zamykać inwestycje, ale dalej pompowano pieniądze w nierentowną Hutę Katowicę.

Krótkotrwałym ratunkiem dla deficytu w budżecie i szansą na spłatę kredytów miała być sprzedaż... 100 czołgów premierowi Libii. "„Nasi, oczywiście, zgodzili się, ponieważ płacił gotówką. W nocy gość zaczął myśleć, obliczać i rano
oświadczył, że kupuje nie sto, ale czterysta czołgów – opisywał Mieczysław Rakowski, wicemarszałek ówczesnego Sejmu. – Ponieważ nie mamy na stanie tylu luzem stojących czołgów, po prostu rozbrojono dwie dywizje pancerne. Jaruzelski wał włosy z głowy, ale nic to nie pomogło".
	
		
											
					
				
				Zdjęcie Edwarda gierka zrobione w 1977 roku•Fot. EAST NEWS/AFP
					

W 1976 roku milicja tłumi strajki w Ursusie i Radomiu. Ta przemoc jest jak iskra. "Trzeba pójść do tych fabryk, trzeba im powiedzieć, jak ich nienawidzimy, jak pogardzamy nimi, jak plujemy na nich” - powiedział Edward Gierek do sekretarzy wojewódzkich partii. Już nie ma "rodaków" i kolegów po fachu, ludzi ciężkiej pracy, których gładził słowami o identyfikacji z ich losem, bo też kiedyś pracował w kopalni. Są wrogowie. A wrogów trzeba niszczyć.


25 czerwca robotnicy zakładów Metalowych im. generała "Waltera" w Radomiu zbierają się pod komitetem wojewódzkim partii. Nie otrzymują żadnej odpowiedzi na swoje postulaty i zaczynają niszczyć budynek.

Milicja pałuje, zaciąga do aresztu, gnębi rodziny strajkujących. Ludzie nie pozostają obojętni. Rodzi się w nich, nie strach, jak oczekiwałaby tego władza, ale solidarność.

Za dwa lata powstaną Wolne Związki Zawodowe Górnego Śląska, potem Wybrzeża. W tym samym roku na papieża zostanie wybrany Karol Wojtyła. Dla katolickiego kraju to wiatr w skrzydła. Zaraz przyjdzie mroźna zima i wymiecie Gierka ze stanowiska.


Ale nawet kilkumetrowe hałdy śniegu nie przykryją rabanu, jakiego narobił "kochany przez wszystkich" I sekretarz KC PZPR. Gwizd wiatru i biedy niesie się przez Polskę. Rok 80-ty przyniesie wielkie zmiany, ale to już inna opowieść.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gajdzińskiego “Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji” 
Może cię zainteresować: "Gierek" jest fatalną, propagandową laurką. Historyk: To nie jedna brzoza smoleńska, ale cały las 
Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem BELLONA ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b97d0fe771b17225d64ec61919a26021,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak żyło się w latach 70-tych? Książka &quot;Czas Gierka&quot; Piotra Gajdzińskiego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/366763,bill-biega-i-iris-ivers-powstaniec-warszawski-znalazl-milosc-po-90-tce</guid><link>https://natemat.pl/366763,bill-biega-i-iris-ivers-powstaniec-warszawski-znalazl-milosc-po-90-tce</link><pubDate>Sun, 01 Aug 2021 16:55:58 +0200</pubDate><title>O tym powstańcu warszawskim piszą w USA. 99-latek znalazł miłość podczas lockdownu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />99-letni dziś Bill Biega w Powstaniu Warszawskim był dowódcą plutonu w batalionie "Kiliński". Podczas powstania wziął też ślub z ukochaną Alicją Treutler. Para była razem 75 lat, aż do śmierci Alicji. I choć wydawać by się mogło, że Bill jest skazany na samotność, znalazł miłość w środku pierwszego lockdownu.

Życie Billa Biegi to bez dwóch zdań materiał na film, chociaż trudno powiedzieć, czy bardziej romantyczny czy wojenny. Na świat przychodzi w lipcu 1922 roku w Warszawie jako Bolesław. I choć pierwsze 11 lat życia spędzi w Londynie, gdzie pracuje jego ojciec-dyplomata, Billem zostanie dopiero po wojnie, gdy wyemigruje z żoną do Stanów. 

Biega dokładnie pamięta wybuch II wojny światowej. Ma 17 lat, a ze Starego Mokotowa, gdzie wówczas mieszka słychać bomby spadające na Okęcie. Należy do Organizacji Przysposobienia Wojskowego, więc zgłasza się natychmiast do pomocy i przez następne tygodnie będzie pracował jako telefonista. 


W podziemiu będzie działał do upadku Powstania, wcześniej organizując m.in. broń i amunicję dla walczących, którą będzie kupował od niemieckich żołnierzy. Również podczas wojny pozna swoją pierwszą wielką miłość - Alicję Treutler zwaną Lilly. Ojciec Biegi, również Bolesław, po przedwczesnej śmierci matki jedynego syna, wiąże się z Angielką, ale małżeństwo nie należy do udanych. 

Podczas wojny ojciec Billa poślubi swoją trzecią i ostatnią żonę - Polkę Hannę Treutler. Tak się składa, że Hanna ma siostrę Wandę, ona zaś córki bliźniaczki, o rok młodsze od pasierba siostry. Bolesław (junior) wkrótce zaczyna spotykać się z Alicją.
Aż do śmierci

Gdy zostanie ranny, młodzi zaczynają zastanawiać się nad ślubem. Zdaniem ojca Billa nie jest to dobry pomysł. Nie dość, że trwa wojna, to chłopak ma 22 lata i nie ma zawodu, ani pracy. Alicja uczy się w tym czasie w szkole medycznej, w Powstaniu działa jako sanitariuszka i przyucza kolejne dziewczyny. 


Powiedzą sobie "tak" 13 sierpnia, gdy trwa szturm na pocztę przy ulicy Świętokrzyskiej. Ona ma biały kwiatek we włosach, Bill - pożyczony mundur i rękę na temblaku. Za obrączki posłużą im kółeczka używane do wieszania kotar między rannymi.
                
                    
                    
                    
                    
                
                
Najpiękniejsza para Powstania

Gdy 45 lat później w wolnej Polsce zaczyna się mówić o Powstaniu Warszawskim, potem zaś powstaje muzeum, zajmujące się katalogowaniem historii walczących, Bill i Lilly będą jednym z najbardziej znanych powstańczych małżeństw. Nie dość, że oboje przeżyli wojnę, a z ich ślubu zachowały się piękne, wzruszające zdjęcia, to jeszcze nadal są razem i mają pięcioro dzieci. 


W 1950 roku wreszcie udaje się im wyemigrować z Londynu do Stanów, a dwa lata później dołączy do nich ojciec Billa. Biega jeszcze w Wielkiej Brytanii uzyskuje tytuł inżyniera elektryka, ma więc nie tylko język, ale i wykształcenie, które umożliwia młodym (mają wówczas 27 i 28 lat) szybszą aklimatyzację w nowej ojczyźnie.Przeczytaj także: "Najlepiej uzbrojeni działali na kobiety jak magnes". Historyk ujawnia prawdę o powstańczych ślubach Para wkrótce doczeka się pięciorga dzieci, a że Bill zna języki obce zaczyna pracować w handlu zagranicznym. Tym sposobem po raz pierwszy od ponad 20 lat przyjeżdża do Warszawy. Jest rok 1972, miasto jest szare, brzydkie, a znajomi i rodzina proszą go o prezenty tak prozaiczne jak guziki czy nici dentystyczne. Nie chce pokazywać takiego miasta swoim dzieciom. 


Biegowie odwiedzą ją natomiast tuż po upadku komunizmu, w 1990 roku. Będą odwiedzać Polskę regularnie. Zawsze w sierpniu, gdy przypada rocznica ich ślubu, ale też Powstania. Ostatni raz Bill przyjedzie do stolicy w 2014, wówczas już bez Lilly, która podupada na zdrowiu. Powie wówczas, że boi się, że to jego ostatni raz w Warszawie. 
	
		
											
					
				
				13.08.1944 - ślub sanitariuszki Alicji Treutler &quot;Jarmuż&quot; i podchorążego Bolesława Biegi &quot;Pałąka&quot; udzielony przez ks. Wiktora Potrzebskiego &quot;Corda&quot; w kaplicy przy ulicy Moniuszki 11. Autorem zdjęcia jest Eugeniusz Lokajski &quot;Brok&quot;•fot. ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego
					


Applewood Lovestory

Lilly umiera w 2019 roku. Bill Biega decyduje się sprzedać dom i przeprowadza się do społeczności dla seniorów Applewood w stanie New Jersey. Ma tam własny apartament, a emeryci mogą uczestniczyć w szeregu zajęć - grają w brydża, chodzą na basen i na fitness. 


Na początku Bill czuje się źle w nowym miejscu, na szczęście od kilku lat mieszka tu jego dawna sąsiadka Iris Ivers. Jej mąż, również Polak - Jerzy Iwaszkiewicz - zmarł w 2001 roku. Gdy Iris jest sąsiadką starszych od niej o kilka lat Biegów, stara się im pomagać - wozi na wizyty lekarskie, pomaga w zakupach. Teraz pomaga już samemu Billowi zaaklimatyzować się w Applewood. Zostają przyjaciółmi. 

Gdy rozpoczyna się pandemia i pierwszy lockdown, seniorzy dostają zakaz opuszczania swoich pokoi. Nawet jedzenie przynosi im obsługa. Iris źle znosi zamknięcie i samotność, więc Bill łamie zakazy i wymyka się ukradkiem z pokoju, żeby z nią posiedzieć. 


Są już chyba więcej niż przyjaciółmi, gdy przemykającego korytarzem w nocy Billa łapie ochroniarz. Iris i Bill słyszą, że jeśli dalej chcą spędzać razem czas w lockdownie, mają tylko jedno wyjście - zamieszkać razem. Tak też się dzieje, a 92-latka i 98-latek zostają oficjalnie parą. Ich historię w kwietniu tego roku opisuje dziennikarka "The Washington Post".
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Potem z Billem Biegą kontaktuje się redakcja Wirtualnej Polski. Dziennikarka portalu Marianna Fijewska wymienia z byłym powstańcem maile, bo mężczyzna ma problemy ze słuchem, ale nie z obsługą komputera. 


"Gdy zmarła Lili, a ja przeniosłem się do Applewood, Iris wyciągnęła mnie do ludzi. To niesamowicie aktywna osoba. Przedstawiała mnie kolejnym znajomym, za każdym razem podkreślając z dumą, że byłem żołnierzem polskiego podziemia podczas II wojny światowej. Sporo rozmawiamy o wojnie. Iris z ciekawością słucha o moich przeżyciach, a ja nie mogę napatrzeć się na prace Jerzego. Jest w nich coś takiego, co naprawdę mnie porusza… Oboje mamy bardzo dużo wspólnego i to wyjaśnia, dlaczego staliśmy się sobie tak bliscy" - pisze Fijewskiej Bill Biega, który uważa, że ma w życiu szczęście. 


Bill i Iris nie mają jednak zamiaru stawać na ślubnym kobiercu. W rozmowie z "The Washington Post" Biega śmieje się, że mamy już w końcu XXI wiek.
                
                    
                    
                    
                    
                
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a71187c7924050de1f69f509e4430bb0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Bill Biega i Iris Ivers.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/350729,czarnoskory-likwidator-w-czarnobylu-historia-igora-chiriaki</guid><link>https://natemat.pl/350729,czarnoskory-likwidator-w-czarnobylu-historia-igora-chiriaki</link><pubDate>Mon, 26 Apr 2021 14:36:19 +0200</pubDate><title>Czarnoskóry likwidator na miejscu katastrofy w Czarnobylu. Oto jego historia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />26 kwietnia 1986 doszło do katastrofy w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Z tej okazji często wspomina się bohaterstwo osób, które jako pierwsze pracowały przy likwidowaniu skutków awarii i narażały swoje życie. Mało kto jednak wie, że jednym z likwidatorów był czarnoskóry Igor Chiriaka. Oto jego historia.


Czarnoskóry likwidator istniał naprawdę
Kiedy miniserial "Czarnobyl" stał się bardzo popularny, brytyjska scenarzystka i prezenterka radiowa Karla Marie Sweet wyraziła oburzenie, że w serialu nie ma ani jednej osoby, o czarnym kolorze skóry. Jej wpis spotkał się wówczas z falą krytyki i był nazywany "lewicowym wymysłem" i absurdem.

Jak się później okazało ten apel nie był całkiem bezpodstawny i do prowadził do odkrycia zaskakującego faktu historycznego. W sieci opublikowano zdjęcie, które stanowi dowód na to, że na miejscu katastrofy pracował czarnoskóry żołnierz Igor Chiriak i żyje do dzisiaj. 


Igor Chiriak – kim jest?
Igor ingwar Chiriak urodził się 31 stycznia 1966 roku w rosyjsko-ukraińskiej rodzinie. Swój wygląd miał odziedziczyć po dalekich przodkach ze strony rodziny matki. Do wojska został powołany gdy miał zaledwie 19 lat.
	
		
											
					
				
				Czarnoskóry żołnierz, który pracował przy likwidacji skutków katastrofy w Czarnobylu.•Fot. vk.com / Igor Chiriak
					

W wywiadzie dla sputnik.news.com mężczyzna podkreślał, że jego pułk nie wiedział, że został wezwany na miejsce katastrofy – oficjalną wersją miały być "ćwiczenia". Do strefy wykluczenia trafili drugiego dnia po wybuchu reaktora w Czarnobylu. Do tego czasu ugaszono już pożar w IV bloku, ale w powietrzu wciąż się unosił radioaktywny dym.


Igor zapewniał, że już wtedy zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na które się naraża. – Może w środku czułem niepokój, ale się nie bałem. Trzeba było wykonać tę pracę i wszyscy ją robili – wyznał w rozmowie z portalem. 

Jak wyglądała jego praca? Igor opisał, że na początku razem ze swoimi współtowarzyszami musiał zorganizować przeprawę przez rzekę Prypeć, którą potem ewakuowano sąsiednie wioski na Białorusi. Później musieli również zbliżyć się do samego reaktora. 
	
		
											
					
				
				Praca przy likwidowaniu skutków katastrofy w Czarnobylu.•Fot. screen vk.com / Igor Chiriaka
					

Chiriak relacjonował, że sam podszedł do niego na odległość około stu metrów w celu załadowania trzymetrowych fragmentów betonowych płyt, które posłużyły jako wzmocnienie mostu na kanale obwodowym w elektrowni.


Przekazał też, że na początku prac wszyscy musieli mieć na sobie kombinezony ochronne i maski przeciwgazowe, ale później dowództwo pozwoliło żołnierzom, aby pozostali w mundurach i maskach. 

– W kombinezonach przy 25 stopniach jest bardzo gorąco, wszystko jest wilgotne, gromadzi się pot, w masce też jest woda, nie można oddychać, gdy pracuje się cały dzień – wyjaśnił Igor. Za swoją służbę mężczynza otrzymał specjalne pisemne podziękowanie. Obecnie mieszka ze swoim synem w miejscowości Czerepowiec w północnej części Rosji
	
		
											
					
				
				Igor Chiriak.•Fot. screen vk.com / Igor Chiriak
					

Przy okazji kolejnych rocznic katastrofy w Czarnobylu powracają kontrowersje związane z szacowaną liczbą ofiar. Najnowszy raport Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) stwierdził, że 134 pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego.


Wkrótce potem rozwinęła się u nich ostra choroba popromienna. 28 z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a 2 od poparzeń. Wielu ludzi biorących udział w akcji zabezpieczenia reaktora zginęło podczas towarzyszących akcji wypadków budowlanych.

                
                    
                    
                    
                    
                
                
	
		
									
					
				
					

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/84738c341e7e3f2b38c3866e4ee0d7ae,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czarnoskóry likwidator w Czarnobylu. Historia Igora Chiriaki.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/338457,170-urodziny-czekoladowej-marki-e-wedel-sylwetka-jana-wedla</guid><link>https://natemat.pl/338457,170-urodziny-czekoladowej-marki-e-wedel-sylwetka-jana-wedla</link><pubDate>Tue, 16 Mar 2021 10:14:26 +0100</pubDate><title>170 lat czekoladowej przyjemności. Kto najbardziej przyczynił się do sukcesu słodkiej marki?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mistrzowie cukiernictwa, wyjątkowe receptury oraz szeroki wybór czekolad, ciastek, wafli, batonów i lodów, a wszystko to w ramach innowacyjnego podejścia do biznesu i reklamy. Z tego właśnie słynie kultowa czekoladowa marka E.Wedel, która w tym roku świętuje 170. urodziny. To dobra okazja do odkrycia fascynujących dziejów tej firmy.

Sięgająca 1851 roku historia czekoladowego imperium była bowiem pisana przez trzy pokolenia kreatywnych przedsiębiorców, a zarazem wielkich pasjonatów sztuki cukierniczej. W związku z jubileuszem 170. lat istnienia E.Wedel warto przypomnieć rolę, jaką w rozwoju przedsiębiorstwa i jego flagowych produktów odegrał ostatni przedwojenny właściciel – Jan Wedel (1874-1960).

Polski przedsiębiorca, potomek Karola i Emila Wedlów, w historii słodkiego biznesu zapisał się jako wizjoner i innowator, a w oczach ówczesnego społeczeństwa jako gospodarczy patriota, zainteresowany rozwojem Warszawy i sprawami jej mieszkańców. Wyprzedzając czasy, w których żył, Jan Wedel w dużym stopniu położył podwaliny pod to wszystko, co zapewniło cukierniczemu przedsiębiorstwu potęgę i sławę.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel (1874-1960)•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Zarządzanie rodzinnym biznesem Jan przejął w lipcu 1923 roku, w wieku 49 lat, po śmierci mamy. Pracę w warszawskim zakładzie przy ulicy Szpitalnej rozpoczynał jednak od najniższego stanowiska, zgłębiając od młodzieńczych lat meandry cukierniczej branży. Syn Emila zdobył wyższe wykształcenie - tytuł doktora chemii spożywczej, studiując w Niemczech i Szwajcarii.


Swoją pierwszą pensję Jan przeznaczył w całości na cele społeczne. Kiedy przyszedł czas samodzielnego prowadzenia firmy, zaczął inwestować kapitał - wdrażać nowoczesne metody produkcji i zarządzania. Najbardziej przełomowym projektem zainicjonowanym przez spadkobiercę czekoladowego przedsiębiorstwa była decyzja o wybudowaniu fabryki przy ul Zamoyskiego w latach 1927–1931, do której przeniesiono całą produkcję. 

Otwarty na warszawskim Kamionku zakład stał się symbolem sukcesu w czasach największego kryzysu gospodarczego na świecie. Dzięki odważnym decyzjom Jana Wedla, który mimo niesprzyjających warunków ekonomicznych inwestował w nowoczesne maszyny oraz rozbudowywał zaplecze socjalne, nowa fabryka czekolady zostawiła konkurencję w tyle, sprawiając, że biznes Wedlów stał się silniejszy niż kiedykolwiek.
	
		
											
					
				
				Zakład produkcyjny E.Wedel w Warszawie•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Okres kierowania rodzinnym interesem przez Jana Wedla upłynął pod znakiem nie tylko modernizacji produkcji, ale także innych znaczących reform. To za jego "kadencji" po raz pierwszy transport konny wyrobów zastąpiono transportem samochodowym. Rosło też zatrudnienie kobiet, otwierano nowe sklepy ze słodyczami poza Warszawą, a także powstał specjalistyczny dział zakupów.


Jan Wedel dał się też poznać jako wielki orędownik... porządku i higieny. Niezmiernie uczulony na tym punkcie, zwracał uwagę na czystość firmowych fartuchów i... wynagradzał dodatkowo pracowników, którzy sami z siebie podnosili z podłogi kawałki sznurka czy papieru. Władze stolicy i warszawiacy szanowali go za wsparcie dla kultury, działalność dobroczynną oraz zaprezentowaną podczas okupacji patriotyczną postawę.

	
		
											
					
				
				Jan Wedel z pracownikami swojej fabryki•Materiały prasowe / E.Wedel
					

Warto też pamiętać, że to w okresie zarządzania Jana Wedla czekoladowym imperium powstały najsłynniejsze produkty marki, które nadal znajdują się w sprzedaży. Przykładami są czekolada Jedyna, ręcznie dekorowany Torcik Wedlowski czy Mieszanka Wedlowska. W 1936 roku Jan Wedel wprowadził na polski rynek kultowe pianki Ptasie Mleczko®, do dziś jeden z najsłynniejszych wyrobów marki E.Wedel.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel był zleceniodawcą słynnej grafiki reklamowej &quot;Chłopiec na zebrze&quot;, pomysłodawcą użycia samolotu RWD-13 w promocji marki, a także twórcą kultowej pianki Ptasie Mleczko ®•Wikimedia Commons + E.Wedel
					

Wnuk Karola Wedla okazał się również pionierem w dziedzinie reklamy. To na zlecenie młodego przedsiębiorcy powstała jedna z najpopularniejszych grafik reklamowych w Polsce – Chłopiec na zebrze. Do transportu słodyczy i promocji marki właściciel wykorzystywał... samolot RWD-13, a w parku przy Jeziorku Kamionkowskim postawił pierwszy w Polsce automat do sprzedaży słodyczy.


Jan Wedel zmarł 31 marca 1960 w Warszawie. Jego dziedzictwo ma się jednak dobrze, gdyż marka E.Wedel jest budowana na bazie wartości Wedla, czyli kreatywności i rzetelności. Choć świat się zmienia i globalnie myśląca firma musi podążać z duchem nowoczesności, przedsiębiorstwo trzyma się niezmiennie kluczowych zasad założycieli, czyli przywiązanie do najwyższej jakości wyrobów, innowacyjne podejście do biznesu i reklamy oraz społeczne zaangażowanie.

                    
                Wartości marki i szacunek dla jej twórców wyraża kampania "Czas na przyjemność z E.Wedel", której towarzyszy emisja spotu jubileuszowego. Przygotowany w ramach 170. rocznicy film prezentuje niezwykłe dziedzictwo marki, jej złożoną i ciekawą historię oraz bogate portfolio produktowe.Artykuł powstał we współpracy z E.Wedel ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4bc4df6fb3f2b76cbd4acfebfb442d3f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W związku z jubileuszem 170. lat istnienia E.Wedel przypominamy rolę, jaką w rozwoju przedsiębiorstwa i jego czekoladowych produktów odegrał Jan Wedel, potomek Karola i Emila Wedlów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/339141,harcerki-z-ravensbruck-anna-kwiatkowska-bieda-przedstawia-dzieje-murow</guid><link>https://natemat.pl/339141,harcerki-z-ravensbruck-anna-kwiatkowska-bieda-przedstawia-dzieje-murow</link><pubDate>Fri, 19 Feb 2021 11:04:37 +0100</pubDate><title>Fenomen na skalę światową. Poznaj dzieje kobiet, które wykazały się heroizmem w obozowym piekle</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Każdy, kto interesuje się historią II wojny światowej, słyszał o wyczynach polskiego ruchu oporu – akcjach partyzanckich, operacjach wywiadowczych, współpracy z sojusznikami. Jednak sprzeciw wobec hitlerowskiego okupanta, poza czynem zbrojnym, miał też bardzo ludzki wymiar, bo codziennej walki o godność. Jej ikoną stały się działania konspiracyjnych ruchów oporu, założonych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Jedną z niezwykłych kart tej historii odsłania książka "Harcerki z Ravensbrück".

Licząca ponad 500 stron publikacja stanowi rozbudowany reportaż historyczny, którego autorką jest Anna Kwiatkowska-Bieda. Współpracująca z TVP Historia dziennikarka postanowiła przybliżyć czytelnikom fenomen na skalę światową, jakim była jedyna funkcjonująca w czasie II wojny światowej drużyna harcerska w obozie koncentracyjnym. Mowa o "Murach", tajnej drużynie harcerek, powołanej do życia za drutami Ravensbrück, najcięższego i najokrutniejszego obozu koncentracyjnego dla kobiet.Anna Kwiatkowska-BiedaDziennikarka, harcerka, autorka książki ""Harcerki z Ravensbrück"Ta historia choć odległa, a w dobie upadku autorytetów i wartości wydawać by się mogło marginalna, nadal fascynuje i budzi zainteresowanie. Opowieść o "Murach" jest nietypowa. Pokazuje bowiem, jak w czasach cierpienia, śmierci, odczłowieczenia jednak istniało to, co dobre, piękne, ludzkie i wartościowe. I nie tworzyli tego spiżowi bohaterowie, ale zwykłe kobiety, nauczycielki harcerki.

Paradoksem jest też samo istnienie konspiracyjnej drużyny harcerskiej w obozie koncentracyjnym, w cieniu krematorium i nieustannych selekcji do komór gazowych. Zbiórki, przyrzeczenia, biegi harcerskie, za to wszystko groziła śmierć. Czy to była brawura? Historia "Murów" pokazuje, że nie, że ważne są symbole i formy działania, że są jak koło ratunkowe, które daje wewnętrzną siłę, by przetrwać nawet w najtrudniejszych warunkach. To ta siła, ludzka więź, są dla mnie najbardziej fascynujące w tej historii. Położony niedaleko niemieckiej wioski, 90 kilometrów na północ od Berlina, kompleks obozowy stał się jednym z przerażających symboli kaźni i okrucieństwa okresu II wojny światowej. To tam w miejscu niewolniczego wyzysku, sadystycznych kar, powtarzających się egzekucji i nieludzkich badań naukowych przedwojenne harcerki zawiązały organizację, która zachowała wszelkie zasady, metody pracy oraz obrzędowość charakterystyczne dla klasycznej drużyny harcerskiej.Anna Kwiatkowska-BiedaFragment książki "Harcerki z Ravensbrück", Wydawnictwo BellonaPo kilku godzinach szeptania ustalają cele nowej obozowej drużyny: czuwanie nad własną postawą, by była zgodna z duchem harcerstwa, zachowanie równowagi wewnętrznej, godności i pogody ducha, podtrzymywanie na duchu innych współwięźniarek, wzajemna pomoc, opieka nad starszymi i chorymi, próba odrywania myśli więźniarek od koszmaru codzienności obozowej. Każda wie, że te cele musi realizować sama na własną rękę, szukać harcerek, tworzyć zastępy. "Mury" utworzono w 1941 roku z inicjatywy harcmistrzyń Józefy Kantor, Marii Rydarowskiej oraz Zofii Janczy. Do wyzwolenia Ravensbrück składały się z 7 zastępów i osiągnęły liczbę 102 osób. Tworzona przez więźniarki konspiracyjna drużyna odbywała regularne zbiórki, przyjmowała nowe ochotniczki, organizowała biegi harcerskie i kursy instruktorskie. Miała nawet własny sztandar w postaci proporca 13 warszawskiej drużyny harcerskiej, który trafił do obozu wraz z zagrabionymi przez hitlerowców rzeczami. 


Należące do "Murów" harcerki prowadziły też akcje typowe dla działającego w obozowej rzeczywistości ruchu oporu: dywersja i sabotaż produkcji wojennej, przekazywanie światu wiadomości o nazistowskich zbrodniach, fałszowanie dokumentacji, organizowanie ucieczek z obozu. Przede wszystkim jednak, zgodnie ze swoim przewodnim hasłem "Trwaj i pomóż innym przetrwać", skupiały się na szeroko rozumianej pomocy innym więźniarkom osadzonym w kompleksie KL Ravensbrück.
	
		
											
					
				
				Książka &quot;Harcerki z Ravensbrück&quot; Anny Marii Kwiatkowskiej-Biedy jest dostępna w polskich księgarniach od 10 lutego 2021•Wydawnictwo Bellona
					

Wykazując się niezwykłym heroizmem, członkinie "Murów" organizowały żywność i leki dla potrzebujących, a także pomagały ukrywać kobiety, których ówczesna kondycja zdrowotna czy przypisana kategoria obozowa kwalifikowały do egzekucji przez rozstrzelanie, zastrzyk trucizny czy "kąpiel" w komorze gazowej. Prowadziły też działalność edukacyjną i religijną. Wierne ideom harcerstwa, dokładały starań, by codziennie, drobnymi gestami życzliwości i dobrym słowem, podtrzymywać na duchu współosadzone.


W książce Anny Kwiatkowskiej-Biedy, która z harcerstwem związana jest od dziecka, szczególnie poruszający jest rozdział "Króliki". Autorka opisuje bestialskie eksperymenty medyczne, jakie niemieccy lekarze przeprowadzali na niektórych więźniarkach w szpitalu obozowym w Ravensbrück w ramach pracy nad medykamentami ratującymi życie rannym żołnierzom. Okrucieństwu sprawców przeciwstawiane jest współczucie harcerek, które robiły, co w ich mocy, by nieść ulgę "królikom" i chronić operowane kobiety przed wykryciem, gdy Niemcy postanowili je zabić, aby zatrzeć ślady swoich drastycznych zbrodni.Anna Kwiatkowska-BiedaFragment książki "Harcerki z Ravensbrück", Wydawnictwo BellonaEksperymentalne operacje to jedna z największych i najbardziej nieprawdopodobnych zbrodni dokonanych przez nazistów. To, jak bardzo starali się je ukrywać i tuszować, świadczy, że prawo i normy etyczne łamali z pełną premedytacją. Medyczne eksperymenty były prowadzone w szpitalu obozowym w Ravensbrück od sierpnia 1942 roku. Ich ofiarami były przede wszystkim młode Polki z lubelskiego sondertransportu. Z reporterskiej opowieści "Harcerki z Ravensbrück" wyłania się portret kobiet nie tylko niesamowicie dzielnych, życzliwych i pomocnych (a mowa tu o miejscu, gdzie taką ofiarność można było niekiedy przypłacić zdrowiem czy życiem), ale też nad podziw pomysłowych. Dzięki lekturze tej książki poznacie obozową konspirację od jej najmniejszych przejawów i odkryjecie, do jakich wymyślnych, ale i bardzo prostych podstępów uciekały się harcerki "Murów", aby wywieść w pole załogę niemieckiego obozu.


– Najbardziej spektakularnym "podstępem" było to, że nie tylko udało im się przeżyć Ravensbrück, ale także zachować godność, wartości, które były dla nich ważne, i pogodę ducha. Z tego też wynikały ich działania. Takim bardzo spektakularnym była akcja Kamili Janowicz-Sycz, która dostała się na oddział, na którym przetrzymywano "Króliki" i wraz z innymi więźniarkami i harcerkami zorganizowała sprawny system pomocy dla operowanych eksperymentalnie. Jak tego dokonała? Otóż na twarzy zrobiła jej się krostka, a że Niemcy bali się jak ognia zakaźnych chorób, postanowiła tę przypadłość wykorzystać, by dostać się do rewiru – opowiada Anna Kwiatkowska-Bieda.
	
		
											
					
				
				Założycielki żeńskiej drużyny harcerskiej &quot;Mury&quot;•&quot;Harcerki z Ravensbrück&quot; / Wydawnictwo Bellona
					

Na przeciwległym biegunie mamy z kolei portrety oprawców: bezwzględnych komendantów takich jak Fritz Suhren, amoralnych lekarzy takich jak dr Percy Treite czy sadystycznych nadzorczyń SS takich jak Dorothea Binz. Przedstawione przez autorkę historie za murów Ravensbrück przypominają, że nazistowską machinę śmierci wprawiały w ruch nie tylko obozy zagłady na czele z Auschwitz-Birkenau, ale de facto cały system odpowiadający za przetrzymywanie i traktowanie więźniów w III Rzeszy i okupowanych krajach.


Jaką lekcję możemy wynieść z postawy harcerek z Ravensbrück? – Przywykliśmy narzekać, że żyjemy w wyjątkowo trudnych czasach i liczyć na innych, na państwo, na organizacje, że coś za nas i dla nas zrobią. Harcerki pytały o to, co mogą zrobić dla innych, nie przejmując się okolicznościami. Robiły tyle, ile mogły, na ile starczało im odwagi, energii, czasu. Aż tyle i tylko tyle. I to chyba najważniejsza lekcja: nie poddawać się, nie szukać wymówek, nie czekać, aż ktoś coś za nas albo dla nas zrobi. Widzieć ludzi i być na nich otwartym, nie po to, by ich krytykować, tylko by budować mosty – odpowiada Anna Kwiatkowska-Bieda.
	
		
											
					
				
				Więźniarki z Ravensbrück przy pracy•Archiwum Muzeum Harcerstwa w Warszawie
					

– Postawa "Murów" przekazuje to, co najprostsze, najbardziej ludzkie i wydawać by się mogło oczywiste, żeby po prostu być empatycznym, przyzwoitym człowiekiem w swojej codzienności, w warunkach, w jakich żyjemy. Harcerki nie uważały się za bohaterki, nie aspirowały do pomników, swoje doświadczenia przekazywały kolejnym pokoleniom, by te wyciągały z nich naukę. I myślę, że to co, dla nich możemy zrobić najlepszego, to o nich pamiętać i poznać ich historię – dodaje autorka książki.


Książka "Harcerki z Ravensbrück" Anny Kwiatkowskiej-Biedy jest już dostępna w polskich księgarniach. Jej premiera odbyła się 10 lutego 2021 roku. Opowieść o jedynej w swoim rodzaju drużynie harcerskiej, której członkinie z racji wrodzonej skromności nigdy nie chciały być nazywane bohaterkami, choć były nimi w całej rozciągłości, przeczytacie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bellona.Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Bellona ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ec8a9aa64647d33f174c14504c0d81e6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Książka &quot;Harcerki z Ravensbrück&quot;  Anny Kwiatkowskiej-Biedy to reporterska opowieść o &quot;Murach&quot;, jedynej funkcjonującej w czasie II wojny światowej żeńskiej drużynie harcerskiej w obozie koncentracyjnym</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/327421,zycie-kobiet-w-ii-rp-portret-spoleczny-serialu-krol-produkcji-canal-plus</guid><link>https://natemat.pl/327421,zycie-kobiet-w-ii-rp-portret-spoleczny-serialu-krol-produkcji-canal-plus</link><pubDate>Mon, 23 Nov 2020 10:42:33 +0100</pubDate><title>Równe prawa, lecz nierówne szanse. Tak się żyło kobietom w przedwojennej Polsce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W kontekście praw kobiet II Rzeczpospolita (1918–1945) często stawiana jest za wzór jako jedno z pierwszych państw w Europie, które przyznały prawo wyborcze swoim obywatelkom. Za formalnoprawną równością płci nie zawsze jednak szły w parze faktycznie równe szanse. Nierzadko to, co zapisano na papierze (w aktach prawnych), nie znajdowało odzwierciedlenia w rzeczywistości (życiu codziennym).

Przez cały okres swojego istnienia międzywojenna Polska zmagała się z poważnymi problemami społecznymi. Bieda, bezrobocie, wyzysk były doświadczeniem wielu grup społecznych, zwłaszcza tych należących do klasy robotniczej. To, co było bolączką całego społeczeństwa, uderzało jednak szczególnie mocno w kobiety z racji wciąż pokutujących w rodzinach stereotypów czy nieformalnej dyskryminacji przez państwo.


Ten ponury dość obraz położenia kobiet w II RP oczywiście rozświetlają życiorysy pewnych pań, którym udało się osiągnąć sukces materialny czy dojść do wysokich stanowisk na państwowych posadach. Rąbka tego, jak wyglądało wówczas życie kobiet, uchyla emitowany na CANAL+ serial "KRÓL" nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Szczepana Twardocha. A więc jak żyło się Polkom w tamtych czasach?
Polityka
Najpierw łyk historii o sytuacji prawnej kobiet. Pełnię praw wyborczych przyznano im na mocy dekretu Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z dnia 28 listopada 1918 roku. Prawo do głosowania i kandydowania potwierdzono w konstytucji marcowej uchwalonej w 1921 roku. Nic w tym względzie nie zmieniała też ustawa zasadnicza z 1935 roku (tzw. konstytucja kwietniowa), która zastąpiła swoją poprzedniczkę.


Realny udział kobiet w życiu politycznym nie wyglądał już tak różowo. Partie polityczne niechętnie wystawiały panie na listy wyborcze, przyznając im często ostatnie miejsca. W Sejmie I kadencji odsetek kobiet wynosił 2 proc., a tuż przed II wojną światową jedynie 0,5 proc. Parlamentarzystki II RP wywodziły się niemal wyłącznie z elity ziemiańsko-inteligenckiej.
	
		
											
					
				
				Wiec Centrolewu w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie (1930 r.). Na czele pochodu manifestujące kobiety•Narodowe Archiwum Cyfrowe
					

Dostęp kobiet do państwowej służby cywilnej był też utrudniony. Przyjęcie zamężnej kobiety wymagało bowiem zgody jej męża, a pracownica, która w okresie pełnienia funkcji w takiej służbie wzięła ślub, automatycznie traciła swoje stanowisko. W odróżnieniu od mężczyzn kobiety traciły również... polskie obywatelstwo, gdy zawierały związek małżeński z obywatelem innego państwa.
Praca
Wbrew pozorom II RP nie była państwem, w którym kobiety tylko siedziały w domu i zajmowały się dziećmi, a mężczyźni chodzili do pracy i utrzymywali całą rodzinę. Choć podział obowiązków domowych był na wskroś tradycyjny, to wiele kobiet, zwłaszcza z warstw niższych, pracowało zarobkowo, wykonując nierzadko najcięższe prace. Powody były zarówno ekonomiczne (panująca w rodzinach bieda), jak i demograficzne (niedobór mężczyzn po I wojnie światowej czy w związku z późniejszymi konfliktami zbrojnymi).


W 1921 roku na 100 pracujących mężczyzn przypadały aż 83 pracujące kobiety. Dekadę później stosunek ten wynosił 100 do 65. Najwięcej kobiet pracowało w służbie domowej, następnie w przemyśle, dalej w handlu i ubezpieczeniach. Teoretycznie płacy nie wolno było różnicować ze względu na płeć, w praktyce jednak różnice w zarobkach na niekorzyść kobiet były znaczące. Zatrudnione w fabrykach robotnice zarabiały o 30 proc. mniej niż wykonujący tę samą pracę mężczyźni, a w urzędach luka wynosiła nawet 40 proc..
	
		
											
					
				
				Emilia Szapiro (Aleksandra Pisula), bohaterka serialu &quot;CANAL+&quot;, z zawodu nauczycielka•Materiały prasowe / Canal+
					

Grupą zawodową, w której dysproporcja między zarobkami płci była najniższa w II RP, byli nauczyciele. W zawodzie, jaki wykonuje Emilia Szapiro (Aleksandra Pisula), żona głównego bohatera "KRÓLA", podział stanowisk rozkładał się mniej więcej po równo, jeśli brać pod uwagę pedagogów kształcących dzieci w szkołach elementarnych. W szkołach średnich nauczycielki stanowiły już jedną trzecią kadry. 


Szklany sufit najtrudniej było przebić kobietom w zawodach prawniczych związanych z wymiarem sprawiedliwości. Mimo braku formalnych przeszkód i ograniczeń do 1928 roku droga do aplikacji sędziowskiej była dla kobiet całkowicie zamknięta. W 1937 roku w Polsce na stanowisku sędziowskim pracowało jedynie 7 kobiet (pierwszą była Wanda Grabińska), a tylko 1 kobieta była prokuratorką.

Edukacja
Nierówne szanse dla kobiet w II RP wynikały również z dostępu do systemu oświaty. O ile szkoła powszechna była obowiązkowa i bezpłatna dla wszystkich, o tyle dziewczynki napotykały trudności w kształceniu się na szczeblach średnich i wyższym. Mimo że w szkolnictwie dominował niekoedukacyjny model (rozdział szkół pod względem płci), państwo posiadało niewielką liczbę szkół średnich dla dziewcząt.
	
		
											
					
				
				Anna Ziembińska (Lena Góra), bohaterka serialu &quot;KRÓL, córka prokuratora, która pobierała nauki w Szwajcarii•Materiały prasowe / Canal+
					

Jaki był tego efekt? De facto perspektywę dalszej edukacji miały wyłącznie córki zamożnych rodziców, którzy wysyłali je do drogich szkół prywatnych. Naprawdę nieliczne miały szczęście uczyć się za granicą tak jak serialowa Anna Ziembińska (Lena Góra), córka wpływowego prokuratora, która kształciła się w Szwajcarii i w pierwszym odcinku "KRÓLA" wraca do Polski po latach pobierania nauk.


Wojsko
Udział kobiet w polskich formacjach wojskowych XX-lecia międzywojennego miał charakter ochotniczy i oddolny. Ponieważ Polska po odzyskaniu niepodległości musiała rozstrzygać zbrojnie pojawiające się konflikty o granice, władze zachęcały cały naród do angażowania się w czyn zbrojny, dlatego też patrzyły przychylnym okiem na inicjatywy powoływania werbujących kobiety organizacji paramilitarnych.
	
		
											
					
				
				Ochotnicza Legia Kobiet (OLK)•Agence Rol. Agence photographique 1920 / Wikimedia Commons
					

W historii II RP dzieje kobiecego oręża zapisały Ochotnicza Legia Kobiet i Przysposobienie Wojskowe Kobiet. Pierwsza, utworzona w 1918 pod dowództwem Aleksandry Zagórskiej, brała udział w walkach podczas wojny polsko-bolszewickiej (1919–1921). Członkinie tej drugiej, której komendantką naczelną była Maria Wittek, uczestniczyły w szeregach Wojska Polskiego w kampanii wrześniowej (1939).


Przestępczość
W II RP ochrona kobiet przed przestępczością seksualną pozostawiała wiele do życzenia. Policjanci ignorowali doniesienia o gwałtach, a sędziowie wymierzali bardzo łagodne kary mężczyznom, którzy dopuszczali się przemocy seksualnej wobec kobiet. Również sprawcy przestępstw seksualnych na dziewczynkach mogli liczyć na dużą pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości.
	
		
											
					
				
				Ryfka Kij (Magdalena Boczarska), bohaterka serialu &quot;KRÓL, właścicielka ekskluzywnego domu publicznego•Materiały prasowe / Canal+
					

Wielkim cieniem na wizerunku międzywojennej Polski kładła się prostytucja, często powiązana z handlem ludźmi. Problem był na tyle palący, że powołano nawet Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi, a podjęta w 1925 roku decyzja o przyjmowaniu kobiet do policji była uzasadniona właśnie walką z tymi patologicznymi zjawiskami. Za wzrostem prostytucji w odrodzonej Polsce stała też bieda.


Zdarzało się, że kobiety, które lądowały na ulicy, z czasem stawały się kierowniczkami domów publicznych, jak pokazuje przykład Ryfki Kij (Magdalena Boczarska), właścicielki ekskluzywnego salonu dla panów w rozgrywającym się w Warszawie 1937 serialu "KRÓL". Jest to jednak i tak o niebo pozytywniejsza postać od prawdziwej Małgorzaty Genzlerowej, okrytej ponurą sławą sutenerki i menadżerki pedofilskiej szajki!
	
		
											
					
				
				Stanisława Tabaczyńska (Barbara Jonak), bohaterka serialu &quot;KRÓL, członkini gangu Jana &quot;Kuma&quot; Kaplicy•Materiały prasowe / Canal+
					

Zdecydowanie kobiety były ofiarami przestępczości zorganizowanej niż "pełnoprawnymi" uczestnikami działalności grup przestępczych. Rzadko która kobieta mogła zostać wysoko postawionym członkiem bandy takim jak Stanisława Tabaczyńska (Barbara Jonak) z fikcyjnego gangu Jana "Kuma" Kaplicy w produkcji "KRÓL". To więc nie przypadek, że nawet w organizacji serialowego złoczyńcy to jedyna postać kobieca.Artykuł powstał we współpracy z Canal+ ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b9ccaaf16b1a81d4a0e38679728edfff,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">II RP dała kobietom prawo do głosowania i kandydowania, jednak panie musiały nadal zmagać się z wieloma przeciwnościami. Na przykładzie bohaterek serialu &quot;KRÓL&quot; kreślimy społeczny portret kobiet w międzywojennej Polsce</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/325831,podcasty-z-e-wedel-wywiady-i-sluchowiska-na-temat-kultowej-marki-czekolady</guid><link>https://natemat.pl/325831,podcasty-z-e-wedel-wywiady-i-sluchowiska-na-temat-kultowej-marki-czekolady</link><pubDate>Thu, 12 Nov 2020 16:12:57 +0100</pubDate><title>Imponderabilia, 7 metrów pod ziemią. Popularni w sieci twórcy wzięli udział w czekoladowej akcji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W ostatnich latach coraz częściej słyszymy o podcastach. Takie kanały na YouTube jak "7 metrów pod ziemią" czy "Pogadajmy o życiu" mają wierne grono widzów/słuchaczy, które z każdym dniem się powiększa. Podcast to bowiem idealne medium, by porozmawiać na interesujące tematy w ciekawej i przystępnej dla współczesnego odbiorcy formie. Znani w sieci podcasterzy niedawno zainteresowali się historią... najstarszej polskiej marki czekolady.

Od października internauci mogą posmakować w sieci słodkiego "dania" przygotowanego przez E.Wedel, producenta czekolady, we współpracy z najlepszymi polskimi twórcami podcastowej sceny. Opowieści z bogatego świata tabliczek, batonów, pralinek czy pianek Ptasie Mleczko® to doskonała okazja, by przy kubku ciepłej herbaty i kosteczki ulubionej czekolady posłuchać ciekawych opowieści.
	
		
											
					
				
				Jan Wedel, polski przedsiębiorca, wnuk Karola i syn Emila Wedlów, twórca fabryki czekolady E.Wedel na warszawskim Kamionku, przy ul. Zamoyskiego 28/30•Materiały prasowe / E.Wedel
					

– Inspirując się naszą 170-letnią tradycją, zrealizowaliśmy cykl odcinków podcastów pozwalających zanurzyć się w wyjątkowym świecie czekolady. Dzielimy się w nich niezwykłymi opowieściami o marce E.Wedel, które uprzyjemnią nam codzienne chwile. Serdecznie zapraszamy do słuchania – zachęca naszych czytelników Dominika Igielińska Junior Branded Content Manager E.Wedel.
Jak stworzyć biznes, który przetrwa 100 lat i pozostanie liderem?
Podcastowy "czekoladowy" cykl otwiera odcinek na kanale Imponderabilia prowadzonym przez Karola Paciorka. YouTuber rozmawia z Maciejem Hermanem, Dyrektorem Zarządzającym E.Wedel i Piotrem Wierzbickim, varsavianistą. Tematem spotkania są jest historia stuletniego biznesu oraz jego wpływie na rozwój Warszawy.
                    
                
Wielopokoleniowość
Drugi odcinek z serii podcastów został zamieszczony na kanale Pogadajmy o życiu,jaki prowadzi Justyna Mazur. Pochodząca ze Śląska, a mieszkająca w Warszawie podcasterką opowiada fascynującą historię rodziny Wedlów, której cukierniczy talent i smykałka do biznesu doprowadziły do powstania kultowej marki rozpoznawalnej nie tylko w Polsce, ale także za granicą, marka jest bowiem dostępna w ponad 60 krajach.
                    
                
Skąd pochodzi nazwa "Pawełka" i jak powstaje "Ptasie Mleczko®"?
Dziennikarz Rafał Gębura, założyciel internetowego talk-show 7 metrów pod ziemią – kanału, który na YouTube obserwuje ponad 1 mln subskrybentów! – zaangażował się w produkcję trzeciej części czekoladowego projektu. W serwisie m.in. Spotify czy Spreaker można wysłuchać jego wywiadu z Januszem Profusem, Maestro czekolady, na temat pracy w Fabryce E.Wedel wczoraj i dziś.
Jak prowadzić odpowiedzialny biznes od 170-ciu lat?
Przedostatni odcinek podcastowej serii jest dostępny na upowszechniającym wiedzę o ekologii kanale Muda Talks. Jego twórczynie, Anna Pięta i Martyna Sztaba, rozmawiają z Aleksandra Kusz vel Sobczuk, Kierownikiem Komunikacji Korporacyjnej firmy Wedel, o proekologicznych inicjatywach producenta czekolady z warszawskiej Pragi. Drugim gościem podcastu jest już występujący w premierowym odcinku znawca Warszawy i historii – Piotr Wierzbicki.

                    
                
Kryptonim "Czekolada"
Cykl podcastów o dziejach czekoladowego imperium wieńczy słuchowisko na temat pomocy udzielanej przez Jana Wedla w trakcie II wojny światowej. Przygotował je Michał Larek, autor kryminalnego podcastu Zabójcze opowieści. W odcinku pt. "Kryptonim Czekolada" opowiada on o wsparciu producenta czekolady dla mieszkańców Warszawy, działaczy ruchu oporu i więźniów obozów w czasach niemieckiej okupacji.
                    
                
E.Wedel dziś
Działalność Fabryki E.Wedel w latach 30. czy marketingowe innowacje wprowadzone przez Jana Wedla to tylko część opowieści odsłaniających bogate dzieje i ogromny dorobek kultowej marki. Fascynująca historia tworzenia czekoladowego imperium trwa dalej i zapewne poznamy jeszcze niejeden pasjonujący rozdział tej sagi.Artykuł powstał we współpracy z marką E.Wedel ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b123168d9510fb7112ebcedf37be726b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/318559,historia-whisky-george-ballantine-i-jego-sztuka-blendowania</guid><link>https://natemat.pl/318559,historia-whisky-george-ballantine-i-jego-sztuka-blendowania</link><pubDate>Fri, 28 Aug 2020 14:32:12 +0200</pubDate><title>Liczy już ponad 500 lat. Jej ojczyzną jest Szkocja, choć ponoć ma irlandzkie korzenie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/16768451b88d6f74d178c06caf7e3490,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wieść niesie, że miała zostać wynaleziona przez św. Patryka. Choć dziś kojarzy się wszystkim ze Szkocją, jej irlandzkie korzenie są czymś więcej niż tylko legendą. Za jej twórców uważa się bowiem pochodzących z Irlandii mnichów. Biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy wspomniano ją w rejestrach z 1494 roku. whisky, bo o niej mowa, ma już ponad 500 lat.

Destylowaniem sprowadzonej do Szkocji whisky (ta nazwa utrwaliła się dopiero w 1736 roku) zajmowali się początkowo zakonnicy. Opanowali oni sztukę pędzenia z jęczmienia trunku znanego jako aqua vitae, co w tłumaczeniu na nasz język oznacza wodę życia (owej miksturze przypisywano lecznicze właściwości, stąd chętnie składano na nią zamówienia).

A jak dziś definiujemy whisky? Jest to napój alkoholowy, który powstaje z destylacji zacieru zbożowego, a następnie dojrzewa w drewnianych, głównie dębowych beczkach. Często spotyka się określenie "szkocka whisky". Aby jednak whisky mogła nosić takie miano, musi być nie tylko produkowana w Szkocji, ale także poddawana dojrzewaniu przez co najmniej trzy lata.
	
		
											
					
				
				Pionierem blendowania whisky był pochodzący z rolniczej rodziny George Ballantine. W 1872 roku, w wieku zaledwie 19 lat, rozkręcił on własny biznes, otwierając w Edynburgu pierwszy sklep z produkowaną przez siebie whisky blended•Ballantine’s
					

– Napój bezpośrednio po destylacji to jeszcze nie whisky. Musi się „wyleżeć” przez co najmniej trzy lata w dębowych beczkach, by móc się w ogóle nazywać szkocką whisky. Długość leżakowania z pewnością wpływa na charakter trunku, ale uważam, że doświadczenie Master Blendera w doborze beczek, w których leżakuje whisky, a potem dobór samych whisky do tworzenia blendu jest tutaj równie istotne. To po prostu sztuka. Stąd liczba Master Blenderów na świecie jest tak niewielka, a ich praca jest niezwykle ceniona – komentuje Marcin Zalewski z Ballantine’s Polska.


Za tą nazwą kryje się szkocka whisky typu blended, czyli powstała w wyniku zmieszania różnych rodzajów tego trunku. Pionierem blendowania był pochodzący z rolniczej rodziny George Ballantine. W 1872 roku, w wieku zaledwie 19 lat, rozkręcił on własny biznes, otwierając w Edynburgu pierwszy sklep z produkowaną przez siebie whisky blended.

Swoją wiedzę o mieszaniu whisky przedsiębiorca przekazał synom: Jerzemu II, Archibaldowi i Danielowi, a także wnukowi, George’owi III. Z czasem ich rodowe nazwisko stało się znane na cały świat. W 1910 roku opracowali oni flagową recepturę, która przetrwała próbę czasu i do dzisiaj jest wykorzystywana w produkcji trunków rozchodzących się w liczbie 200 tys. butelek rocznie.Marcin Zalewski Na smak whisky ma wpływ wiele czynników. W każdej szkockiej destylarni znajdziemy inny kształt alembików – a ten bardzo rzutuje na smak tego trunku. Niektórzy fachowcy w branży twierdzą, że efekt smakowy zależy od tego, do jakiej beczki wlejemy trunek i jak długo będzie leżakował. Ważne jest też to, gdzie usytuowana jest destylarnia, a także w jaki sposób jest suszony jęczmień po zesłodowaniu. Osobiście uważam, że niebagatelny wpływ na smak whisky ma czas oraz doświadczenie jego twórców. Dziś spuścizna George'a Ballantine'a to ponad 40 rodzajów szkockich whisky słodowych i zbożowych z czterech regionów Szkocji: Speyside, Highlands, Islay oraz Lowlands. Wszystkie one dojrzewają wyłącznie w dębowych beczkach po burbonie. Niedawno dołączyła do nich siedmioletnia whisky o szkocko-amerykańskim aromacie, opracowana przez Master Blendera Sandiego Hyslopa. I tak historia zatoczyło koło, bo jak wieść niesie, pierwszą 7-letnią whisky wyprodukował w 1872 roku właśnie George Ballantine.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/16768451b88d6f74d178c06caf7e3490,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/16768451b88d6f74d178c06caf7e3490,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/318631,fall-weiss-najazd-na-polske-1939-robert-forczyk-o-kampanii-wrzesniowej</guid><link>https://natemat.pl/318631,fall-weiss-najazd-na-polske-1939-robert-forczyk-o-kampanii-wrzesniowej</link><pubDate>Fri, 28 Aug 2020 06:37:14 +0200</pubDate><title>Kampania wrześniowa pod lupą. Cała prawda o ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę w 1939 roku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/050fbb2a49d17be0bbc543cb6e523122,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Niemcy napadły na Polskę, Wehrmacht błyskawicznie rozbił Wojsko Polskie, a Wielka Brytania i Francja zgodnie z daną Polakom obietnicą przystąpiły do zbrojnej walki z hitlerowskim najeźdźcą. Tak mniej więcej można streścić wiodącą narrację o wybuchu II wojny światowej w 1939 roku. Z tą opowieścią polemizuje na stronach swojej najnowszej książki Robert Forczyk.

Specjalizujący się w tematyce wojskowości były oficer US Army (18 lat służby w siłach lądowych USA), a zarazem historyk i autor kilkudziesięciu książek, m.in. dwutomowego opracowania "Wojna pancerna na froncie wschodnim", postanowił wziąć pod lupę kampanię wrześniową. W książce pt. "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939" demaskuje mity narosłe wokół napaści Niemiec na Polskę.

Kryptonimem Fall Weiss opatrzono przygotowany przez sztab niemieckiej armii plan wojny z Polską, który zakładał uderzenie na nią z trzech kierunków według doktryny Blitzkriegu (wojny błyskawicznej, czyli opierającej się na elemencie zaskoczenia, zaangażowaniu wszystkich sił zbrojnych i intensywnym parciu naprzód). W życie wszedł 1 września 1939 roku o godzinie 4:45.
	
		
											
					
				
				&quot;Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939&quot; omawia całościowo kampanię wrześniową, przedstawiając sukcesy i porażki Wehrmachtu (symbol górny) i Wojska Polskiego (symbol dolny)•Wikimedia Commons + Wydawnictwo Rebis
					

Jako pierwsza operacja II wojny światowej plan Fall Weiss (z niem. Wariant Biały) stał za rozpoczęciem trwającej od 1 września do 6 października kampanii wrześniowej. W wyniku zbrojnej agresji Niemiec i Słowacji, a od 17 września również wkroczenia sił zbrojnych ZSRR, terytorium Polski podzielono między trzy państwa. Choć Wojsko Polskie zostało pokonane, Polska oficjalnie nie skapitulowała, tworząc za granicą formacje zbrojne, a w okupowanym kraju ruch oporu.


Tyle historii, a jak na pierwszą kampanię II wojny światowej patrzy Robert Forczyk? Jej ostatecznego wyniku oczywiście nie kontestuje, natomiast poddaje bardziej wyważonej ocenie zarówno niemiecki atak na II RP, jak i obronę Polski przed militarną agresją. Rysując tło całego konfliktu, wskazuje na sukcesy i porażki obu stron w prowadzeniu działań wojennych.Robert ForczykFragment książki "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939", Wydawnictwo RebisChoć II wojna światowa w Europie rozpoczęła się od najazdu na Polskę, do niedawna przebieg tej kampanii nie był dobrze opisany w zachodniej historiografii. Większość opracowań historycznych przedstawiających całą wojnę poświęcała tylko kilka stron kampanii polskiej 1939 roku, często ograniczając się do uogólnień o szybkim rozbiciu Wojska Polskiego. Autor książki zwraca uwagę na błędny pogląd, że Luftwaffe zdołała zniszczyć polskie lotnictwo pierwszego dnia wojny, gdy większość maszyn obrońców znajdowała się na lotniskach. W rzeczywistości polskie siły powietrzne utraciły pierwszego dnia wojny tylko 7 procent swych sprawnych samolotów i brało czynny udział w walkach łącznie przez 17 dni.


Robert Forczyk rozprawia się też z bardzo rozpowszechnionym na zachodzie mitem, że Wojsko Polskie było tak zacofane, iż atakowało czołgi niemieckie "na koniach z szabelką w dłoni", czyli przy użyciu kawalerii. Szarże w wykonaniu polskich kawalerzystów były jednak sporadyczne i nigdy nie sprowadzały się do ataków na niemieckie oddziały pancerne. O tym, jak naprawdę przebiegały, można dowiedzieć się, odkrywając szczegóły bitwy pod Krojantami z 1 września.
	
		
											
					
				
				Rodzina i polski żołnierz koło kolumny Opery w oblężonej Warszawie we wrześniu 1939•Julien Bryan / Wikimedia Commons
					

Czytelnicy "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939" znajdą też w książce szereg dowodów zaprzeczających tezie, że Wojsko Polskie było uzbrojone w przestarzały sprzęt i niezdolne do produkowania nowoczesnej broni. Tymczasem Polacy dysponowali całkiem przyzwoitym technologicznie uzbrojeniem (niektóre działka eksportowali nawet do Wielkiej Brytanii), lecz jego ilości były niewystarczające, zwłaszcza do prowadzenia walki na dwa fronty z III Rzeszą i ZSRR.


Najnowsza książka Roberta Forczyka to również polemika z wizerunkiem bezbłędnie walczącego w kampanii wrześniowej Wehrmachtu, który błyskawicznie rzucił Wojsko Polskie na kolana. Choć nazistowskie Niemcy podbiły Polskę, przeprowadzając podczas inwazji na nią kilka spektakularnych akcji, to zwycięstwo nad sąsiadem nie wpisywało się jeszcze idealnie w ramy Blitzkriegu, którego modelowym przykładem była chociażby kampania we Francji w 1940 roku.
	
		
											
					
				
				Żołnierze polscy z jednostki artylerii przeciwlotniczej w rejonie Dworca Głównego podczas Obrony Warszawy w pierwszych dniach września 1939•Fot. Centralna Agencja Fotograficzna / Wikimedia Commons
					

Skąd więc te wszystkie mity? Ich źródło tkwi w podtrzymywanej przez okres II wojny światowej niemieckiej propagandzie, a także powojennych przekłamaniach zachodnich i radzieckich wojskowych i polityków, którzy starali się umniejszyć swoją winę za wybuch i przebieg wojny. Nie bez winy są też współcześni, poważni w swoim środowisku zagraniczni historycy, którzy kampanię wrześniową traktują akurat po macoszemu, przez co powielają krzywdzące Polskę mity.


Trzeba jednak zaznaczyć, że przeprowadzona przez historyka analiza kampanii polskiej 1939 nie wystawia laurki obrońcom w myśl sparafrazowanej heglowskiej teorii, że "jeśli fakty przeczą chwale polskiego oręża, tym gorzej dla faktów". Ekspert od historii militarnej dosadnie wytyka błędy wojskowe, polityczne, dyplomatyczne i gospodarcze przedwojennej Polski. Poza nimi przyczyn wrześniowej klęski upatruje w symbolicznych gestach aliantów i radzieckiej interwencji.Robert ForczykFragment książki "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939", Wydawnictwo RebisMoim zamiarem jest zbadanie Fall Weiss z perspektywy polskiej i niemieckiej oraz rozszerzenie i zaktualizowanie wniosków przedstawionych w przełomowej pracy Stevena Zalogi sprzed 30 lat. Choć wykorzystuję źródła niemieckie i polskie, staram się być możliwie bezstronny. Popełnione przez Polaków w trakcie kampanii błędy, czy też późniejsze wyolbrzymienia nie zostaną przemilczane. Podobnie analizowane będą błędy niemieckie. Odkładając na bok polemikę z mitami wokół wydarzeń z początków wojny, "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939" to przede wszystkim kompleksowe pod względem historycznym podsumowanie kampanii wrześniowej. Autor, kreśląc szeroko polityczno-wojskowe tło, szczegółowo omawia schemat organizacyjny wojsk, liczebność i uzbrojenie armii, taktykę operacyjną oraz przebieg kluczowych bitew. Dla pasjonatów historii wojskowości pozycja wręcz obowiązkowa.Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Rebis ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/050fbb2a49d17be0bbc543cb6e523122,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/050fbb2a49d17be0bbc543cb6e523122,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939&quot;, książka Roberta Forczyka, to kompleksowe podsumowanie kampanii wrześniowej, a także polemika z głównymi mitami narosłymi wokół agresji hitlerowskich Niemiec na Polskę w 1939 roku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/313219,eduard-lubusch-dobry-esesman-z-auschwitz-ksiazka-cyklon-przemyslaw-semczuk</guid><link>https://natemat.pl/313219,eduard-lubusch-dobry-esesman-z-auschwitz-ksiazka-cyklon-przemyslaw-semczuk</link><pubDate>Wed, 01 Jul 2020 06:50:48 +0200</pubDate><title>Esesman, który nie przestał być człowiekiem. Niezwykła historia życia Niemca okiem Polaka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/65ea5c62eb8a16e02327ad81000f1434,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Swoją tajemnicę z czasów wojny zabrał do grobu. Pochowano go pod polskim nazwiskiem, choć naprawdę nazywał się Eduard Lubusch. Był Niemcem, który pełnił służbę w największym obozie zagłady. Różnił się jednak od innych esesmanów. Jego historię nagłośnił Przemysław Semczuk. Najpierw na łamach prasy, a teraz na stronach powieści rekonstruującej losy jego i jego rodziny.

– Nic nie jest czarno-białe. Pomiędzy jest mnóstwo emocji, wydarzeń i tragicznych losów, które determinują zachowania ludzi. Ta historia pokazuje, jak kolejnym pokoleniom trudno jest zmierzyć się z historią przodków. I przestrzega przed nadawaniem prostych etykiet – mówi w wywiadzie dla naszego serwisu pisarz i dziennikarz, autor wydanej właśnie książki „Cyklon”.

Kiedy po raz pierwszy usłyszał Pan o historii Eduarda Lubuscha/Bronisława Żołnierowicza, esesmana, który wielu więźniów z obozu Auschwitz-Birkenau ocalił życie? I jaka była Pana pierwsza reakcja?


Gdzieś na początku lat 90. Trudno dzisiaj mówić o reakcji, bo wtedy była to dla mnie po prostu sensacyjna ciekawostka. Myślę, że nie do końca zdawałem sobie sprawę ze znaczenia wydarzeń. I znałem zaledwie zarys historii. 

A dzisiaj? Co Pana zdaniem sprawiło, że pochodzący z Bielska esesman postępował tak humanitarnie, zdając egzamin z człowieczeństwa?

Wojna to szczególny czas. Nikt z nas nie wie, jak by się zachował w takich okolicznościach. Myślę, że porządni ludzie zawsze zachowają się tak, jak należy. Przychodzą mi do głowy słowa profesora Bartoszewskiego. „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Sporo książek i artykułów jest poświęcona tym złym esesmanom. Ale takie postacie jak Lubusch wywołują zupełnie inne reakcje. 


Eduard Lubusch stanowi kolejny przykład bohatera reprezentującego wizerunek dobrego Niemca z czasów II wojny światowej. Czy możemy w ogóle oszacować, ilu Niemców z Auschwitz pomagało więźniom?

Nie znam danych, ale gdy zacząłem zajmować się tym tematem, co rusz trafiałem na kolejną postać, o której mówiono pozytywnie. Lubusch nie był jedyny. Znamienne, że im bliżej końca wojny, było ich coraz więcej.
	
		
											
					
				
				Pisarz i dziennikarz Przemysław Semczuk. Jego najnowsza książka &quot;Cyklon&quot;, opowiadająca losy esesmana Eduarda Lubuscha i jego rodziny, trafiła do sprzedaży 10 czerwca 2020•Materiały własne autora + Wydawnictwo Świat Książki
					

W 2007 roku napisał Pan artykuł przybliżający Polakom sylwetkę Eduarda Lubuscha. Teraz wydał Pan powieść pt. "Cyklon". Dlaczego po tylu latach uznał Pan, że powinna powstać o nim książka?


Kilka lat temu poznałem niemieckiego pisarza Uwe von Seltmana i jego żonę Gabi. Gabi jest Polką, jej dziadek został zamordowany w obozie koncentracyjnym. Natomiast dziadek Seltmana był esesmanem i brał udział w tłumieniu powstania warszawskiego. Był mordercą kobiet i dzieci. Gabi i Uwe opowiedzieli mi, jak trudne było dla nich zmierzenie się z historią swoich przodków. I wtedy przypomniała mi się historia esesmana z Auschwitz, Eduarda Lubuscha. Była idealna, by pokazać w powieści, jak trudno jest poznać i zaakceptować decyzje poprzednich pokoleń, które mają skutki dla żyjących współcześnie.


Książkę otwiera scena egzekucji Edwarda Galińskiego i Mali Zimetbaum, zakochanych w sobie więźniów nazywanych "Romeo i Julią z Auschwitz". Jak odkryto, że to właśnie Lubusch pomógł tej parze w ucieczce?

Po wojnie wielu więźniów zeznawało w procesie Rudolfa Hößa. Akta są dostępne w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jest tam wiele wzmianek o Lubuschu. Ważna jest też książka Wiesława Kielara „Anus Mundi”, którą wykorzystałem, wplatając do fabuły. Pierwotnie Galiński miał uciekać z Kielarem. I to on dokładnie opisał przygotowania, ucieczkę i jej fatalny finał. 


Lubusch ukrywał się do śmierci czy rzeczywiście miał się czego bać?

Moim zdaniem nie. Ale mówię to z dzisiejszej perspektywy. On i jego rodzina nie mogli mieć pojęcia, że są dokumenty i relacje dające dobre świadectwo. Wtedy ocena była prosta, esesman z Auschwitz był oceniany jednoznacznie. Nawet dzisiaj mamy jednoznaczne skojarzenia. Dokumenty potwierdzają jednak, że był, to zabrzmi jak oksymoron, dobrym esesmanem. Ale nie mogę zdradzać wszystkiego, bo popsuję lekturę. 

W książce część z bohaterów próbuje nadawać znaczenie wydarzeniom i oceniać. I wtedy słyszą, nie oceniaj, bo nie wiesz, jak to było. Chciałem, aby czytelnicy, poznając skomplikowane losy rodziny, zostali zmuszeni do refleksji. Być może czytając przypomną im się ich rodzinne historie, które nadal wywołują emocje. Uprzedzam to nie jest łatwa lektura.
	
		
											
					
				
				Edward Galiński i Mala Zimetbaum, para zakochanych więźniów z Auschwitz, którym SS-Rottenfuehrer Eduard Lubusch pomógł w ucieczce z niemieckiego obozu•Wikimedia Commons
					

"Cyklon" to książka oparta na motywach prawdziwych wydarzeń. Które z fragmentów opowieści o Eduardzie Lubuschu są jednak wytworem pisarskiej wyobraźni?


Powieść powstała na motywach prawdziwych wydarzeń. W książce znalazł się wspomniany reportaż prasowy. Dzięki niemu czytelnicy będą mogli poznać fakty. Te sceny, które odnoszą się do prawdziwych wydarzeń, musiały zostać sfabularyzowane. Oczywiście dialogi, opisy, całe tło fabularne, musiały zostać zrekonstruowane. 

Po napisaniu reportażu wciąż szukałem kolejnych świadków i dokumentów. Sporo udało mi się ustalić. Ale sporo informacji postawiło jeszcze więcej znaków zapytania. Dzięki pomocy jeleniogórskiego dziennikarza, Tomasza Kędzi, udało się dotrzeć do kobiety, która kupiła mieszkanie od syna Lubuscha. Podczas wizyty u notariusza powiedział do niej - „pani nie wie, co to znaczy być adoptowanym”. Z całą pewnością akt urodzenia, którym się posługiwał, był sfałszowany. Ale nie odnalazłem żadnych dokumentów wyjaśniających, co miał na myśli. W reportażu możemy pozostawić lukę. Ale w powieści trzeba było dać czytelnikowi gotową odpowiedź. To oczywiście fikcja, która wzbudza przy czytaniu ogromne emocje. I nie ukrywam, dodaje bohaterom człowieczeństwa, którego zresztą im nie brakowało. Ale ogromnie dużo wyjaśnia, dlaczego w późniejszych latach tak postępowali. 


W książce są też sceny, które są tłem tej opowieści. W obozie Lubusch jest świadkiem mordowania więźniów. Te wydarzenia są prawdziwe, opisałem je na podstawie relacji więźniów zeznających w procesie Hößa. Chciałem, by czytelnik zobaczył oczami Lubuscha, jak wyglądało prawdziwe piekło. 

Czy historia Eduarda Lubuscha jest dla Pana już zamkniętym rozdziałem, czy też są jeszcze jakieś wątki z jego życiorysu, które chciałby Pan lepiej zbadać? 

Na tym etapie nie ma już co badać. Być może są jeszcze jakieś dokumenty, ale nie mam pojęcia gdzie. Nie żyją też osoby, które znały prawdę. Oni chcieli ją zabrać do grobu. Wątpię, czy czegokolwiek jeszcze się dowiemy.
	
		
											
					
				
				Podczas drugiej wojny światowej Eduard Lubusch kierował warsztatem ślusarskim i odlewnią żeliwa w KL Auschwitz, wykazując się humanitaryzmem wobec więźniów•Pixabay.com
					

Opowieść o dobrym esesmanie, szczególnie osnuta wokół wątku miłosnego – historii zakochanych więźniów, którym Niemiec decyduje się pomóc – nadaje się idealnie na scenariusz filmowy. Czy chciałby Pan doczekać się ekranizacji wojennych losów Eduarda Lubuscha? 


Historia Mali i Edka to dobry materiał na film dokumentalny. Czy fabularny? Tego nie wiem. Lubusch to co innego. 

Liczy Pan po cichu, że "Cyklon" mógłby stać się inspiracją dla filmowych producentów?

Pisząc „Cyklon”, myślałem o filmie. Powieść powstała z powodu filmu, który nie został nakręcony. Kilka lat temu tą historią zainteresował się reżyser Wojciech Bockencheim. Przeczytał reportaż w Newsweeku i spotkaliśmy się, aby porozmawiać o scenariuszu. Mieliśmy nawet pomysł, aby film rozpoczynał się od sceny, w której Staszek pije na ławce wino, po tym, jak odkrył prawdę o ojcu. Ta scena znalazła się w książce, ale w zupełnie innym miejscu. To zresztą także fikcja literacka.


Niestety droga od pomysłu do filmu jest dość długa, a co najważniejsze kosztowna. Nawet podpisanie umowy z producentem, wcale nie oznacza, że uda się zrealizować film. Wtedy skończyło się na jednym spotkaniu, bo Wojtek zajął się inną produkcją. Ale bardzo mi kibicował i cieszy się, że powieść się ukazała. Jest gotowym scenariuszem i mam nadzieję, że któryś z producentów się nią zainteresuje. 

Proszę sobie wyobrazić. Esesman z Auschwitz ukrywający się w PRL-u do 1984 roku. A do tego dramatyczne losy rodziny, która przez lata walczy o zachowanie śmiertelnie groźnej tajemnicy. Za taką historię daliby się zabić scenarzyści w Hollywood.
	
		
											
					
				
				Przemysław Semczuk, dziennikarz, reportażysta, powieściopisarz, autor książek z gatunku literatury faktu•Materiały własne autora
					

Na koniec, z jaką refleksją zostawiła Pana ta niezwykła historia w kontekście tragicznej wojny i uwikłanych w nią ludzkich losów?


Przede wszystkim, że nie powinniśmy oceniać. Nikt z nas nie wie, jak by się zachował w takiej sytuacji. Zresztą, nie znając wszystkich faktów, nie wiemy, dlaczego bohaterowie zachowali się właśnie tak. Nic nie jest czarno-białe. Pomiędzy jest mnóstwo emocji, wydarzeń i tragicznych losów, które determinują zachowania ludzi. 

Ta historia pokazuje, jak kolejnym pokoleniom trudno jest zmierzyć się z historią przodków. I przestrzega przed nadawaniem prostych etykiet. Esesman wcale nie musi być zły. A ktoś, kogo uważamy za dobrego, po czasie może okazać się postacią negatywną. Ta powieść to ostrzeżenie. Zastanówmy się, zanim zaczniemy oceniać. Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Świat Książki ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/65ea5c62eb8a16e02327ad81000f1434,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/65ea5c62eb8a16e02327ad81000f1434,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">„Cyklon&quot; to tytuł najnowszej książki dziennikarza i pisarza Przemysława Semczuka. Na stronach powieści zrekonstruował on losy Eduarda Lubuscha, esesmana, który pomagał więźniom z Auschwitz</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/310661,nina-majewska-brown-dwie-twarze-zycie-prywatne-mordercow-z-auschwitz</guid><link>https://natemat.pl/310661,nina-majewska-brown-dwie-twarze-zycie-prywatne-mordercow-z-auschwitz</link><pubDate>Fri, 05 Jun 2020 06:06:31 +0200</pubDate><title>Dwie twarze. Tak wyglądało życie codzienne zbrodniarzy z Auschwitz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/59fdab06fd939258c82c26ea94f6d349,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W wydanej w 1963 roku książce niemiecka filozof Hanna Arendt, opisując kulisy procesu Adolfa Eichmanna, ukuła termin "banalność zła". Chciała nim zwrócić uwagę na spostrzeżenie dotyczące złych ludzi. Otóż nie są nimi tylko "wielcy" dyktatorzy bez cienia ludzkich uczuć. W poczet oprawców wpisują się często szarzy ludzie zainteresowani własnymi korzyściami: karierą, pieniędzmi, przywilejami dla siebie i swoich rodzin. O tej koncepcji przypomina najnowsza książka Niny Majewskiej-Brown "Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz".

Bazując na autentycznych relacjach więźniów i strażników niemieckich obozów koncentracyjnych z okresu II wojny światowej, autorka w zbeletryzowany sposób portretuje codzienne życie esesmanów pełniących służbę w "fabryce śmierci", jaką był Auschwitz-Birkenau. A dlaczego "Dwie twarze"? Zwrot ten nie znalazł się w tytule książki przypadkowo, podobnie jak nielustrzane odbicie na jej okładce. Charakterystyczną cechą zbrodniarzy z nazistowskich obozów zagłady był bowiem swoisty dualizm osobowości.
	
		
											
					
				
				Książka Niny Majewskiej-Brown &quot;Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz&quot; przedstawia dualizm, jaki był charakterystyczną cechą zbrodniarzy z nazistowskich obozów zagłady•Materiały prasowe / Wydawnictwo Bellona
					

Czym przejawiał się ów dualizm? Innym zachowaniem w domu, a diametralnie innym w "pracy". Nadzorcy więźniów z takich obozów jak Auschwitz byli kochającymi mężami/żonami i ojcami/matkami, którzy chcieli zapewnić swoim rodzinom jak najlepszy byt, starali się wieść stateczne życie, a po śmierci bliskich potrafili głośno płakać. Jednak podczas służby obozowej ci sami ludzie zamieniali się w potwory, które katowały, gwałciły i mordowały bez mrugnięcia okiem więźniów, dla których stawali się panami życia i śmierci.Nina Majewska-BrownFragment książki "Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz"Dostępne dane na temat 1209 esesmanów z załogi KL Auschwitz pozwalają stwierdzić, że poziom ich wykształcenia był stosunkowo niski. Aż 70 proc. miało wykształcenie podstawowe, 21,5 proc. średnie, a 5,5 proc. wyższe. Spośród 556 ustalonych przypadków zadeklarowanego przez esesmanów z załogi KL Auschwitz wyznania religijnego najliczniej reprezentowani byli katolicy, a następnie ewangelicy. Na trzecim miejscu znajdowali się wierzący bez sprecyzowanego wyznania (kategoria Gottgläubig). Wśród esesmanów należących do NSDAP najwięcej deklarowało przynależność do Kościoła ewangelickiego. Można więc powiedzieć, że większość, jeśli nie wszyscy oddelegowani do obozów esesmani nie byli katami 24 godziny na dobę. Nikt z nich nie rodził się zbrodniarzem, natomiast szereg czynników sprawiał, że ich charakter i moralność ulegały wykrzywieniu w obozowych realiach. Bezgraniczne posłuszeństwo rozkazom w połączeniu z karierowiczostwem i oportunizmem, podszytymi rasistowską ideologią dehumanizującą osoby zaliczane do "podludzi", tworzyły warunki do "hodowli" sprawców niewyobrażalnych okrucieństw.


Taką jednostką z podwójną osobowością jest właśnie bohater "Dwóch twarzy" – Hans, esesman mający przed sobą świetne perspektywy na rozwój kariery w SS i aparacie bezpieczeństwa wewnętrznego III Rzeszy. Po ślubie z ukochaną Anną i narodzinach bliźniaczek przeprowadza się z rodziną do Auschwitz, aby objąć przydzieloną w ramach awansu posadę w komendanturze miejscowego obozu koncentracyjnego. Informacjami o swojej nowej pracy niechętnie dzieli się z żoną. Ta dostrzega jednak, jak bardzo aktualne obowiązki wyczerpują jej męża i wywołują w nim narastającą nerwowość.


Podczas lektury "Dwóch twarzy" nie zaglądamy jednak bezpośrednio w myśli Hansa. Jego życie obserwujemy z boku, z perspektywy dwóch kobiet, z których jedna zna go od najlepszej strony, a druga od tej najgorszej. W tej opowieści o obozowym piekle narratorkami są Anna, idealizująca Hitlera i nazizm żona Hansa, oraz Magdalena, schwytana w łapance badaczka Pisma Świętego, więźniarka, która zostaje zatrudniona jako służąca i opiekunka do dzieci w domu rodzinnym swojego prześladowcy.
	
		
											
					
				
				Nina Majewska-Brown, autorka książki &quot;Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz•Materiały prasowe / Wydawnictwo Bellona
					

Dramaturgię książki podnosi zderzenie dwóch różnych światów reprezentowanych przez obie kobiety. Zindoktrynowana w duchu nazistowskim Anna widzi w więźniach obozu pospolitych kryminalistów i do końca opowieści pozostaje w sumie nieświadoma tego, co dzieje się za obozowymi drutami i jak wygląda praca jej ukochanego. Z kolei Magdalena, będąca świadkiem wielu zbrodni, boi się powrotu do tego piekła i skupia się na walce o przetrwanie. Obie są więc na swój sposób postaciami tragicznymi.Nina Majewska-BrownFragment książki "Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz"Stoimy sztywne, na baczność, co i tak jest lepsze od tej ich gimnastyki, którą fundują nam co rusz, od przysiadów, skakania, skłonów i tym podobnych. Robimy to tak długo, aż pojawiają się czarne plamy przed oczami, a część z nas zwyczajnie pada zemdlona, by po chwili umrzeć. Ciała nieszczęsnych zmarłych wleczone są pod ścianę baraków, rozbierane, bo przecież ich rzeczy przydadzą się kolejnym häftlingom, i układane w stosy, ku uciesze wszechobecnych szczurów. Najnowszą książkę Niny Majewskiej-Brown można potraktować też jako portret niemieckiego społeczeństwa w III Rzeszy, gdzie zwykli ludzie – rolnicy, stolarze, malarze, urzędnicy, lekarze, osoby różnego pochodzenia i profesji – przechodzili ogromną przemianę. Część stawała się aktywnymi realizatorami polityki nazistowskiej, katami zdolnymi do największych zbrodni (Hans), a inni biernymi, ślepo zapatrzonymi wyznawcami narodowego socjalizmu (Anna). Prawda (faktycznie do obozów trafiali też kryminaliści i zdrajcy) mieszała się z propagandą (jedyną przewiną większości więźniów było ich pochodzenie), przez co obozy zagłady mogły tak długo funkcjonować w rzeczywistości, gdzie niedaleko wycieńczonych więźniów i krematoriów znajdowały się ładne domki rodzinne z bawiącymi się na podwórku dziećmi.
	
		
											
					
				
				Selekcja więźniów na rampie w Auschwitz-Birkenau•Yad Vashem / Wikimedia Commons
					

Obok opartej na faktach fabuły znajdziemy w tej książce również mnóstwo historycznych informacji. Autorka postarała się bowiem o bogatą dokumentację. Wymyśloną historię Hansa, Anny i Magdaleny przeplatają notki biograficzne ważnych uczestników ruchu nazistowskiego, relacje esesmanów, więźniów i służących, a także treści rozkazów wydawanych przez komendantów Auschwitz-Birkenau oraz opisy procedur wprowadzonych przez nazistowskie prawodawstwo. Jeśli ktoś narzeka na dzisiejszą biurokrację, powinien zapoznać się z wymogami, jakie na esesmanów i ich przyszłe żony, marzących o wpisie do wielkiej księgi rodów SS, nakładał Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS, zrodzony z koncepcji Heinricha Himmlera.Nina Majewska-BrownFragment książki "Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz"Szczerze mówiąc, teraz, w czasie wojny, jest niezłe szaleństwo z dostarczeniem do Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS tych wszystkich aktów urodzenia, ślubów i zgonów. Mam wrażenie, że my, młodzi Niemcy, nie zajmujemy się niczym innym, tylko tworzeniem rodzinnych drzew genealogicznych, w których ze szczególną uwagą oglądamy każdy listek i korzonek, sięgając "pamięcią" nawet do połowy osiemnastego wieku. Tak jest w naszym przypadku, bo Hans jako oficer musi udokumentować nasze pochodzenie aż od 1750 roku. Książkę "Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz" autorstwa Niny Majewskiej-Brown możecie już kupić w rodzimych księgarniach lub zamówić przez internet. Publikacja trafiła do sprzedaży 3 czerwca nakładem Wydawnictwa Bellona, jednego z najstarszych wydawnictw w Polsce, specjalizującego się w literaturze historycznej oraz militarnej.Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Bellona ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/59fdab06fd939258c82c26ea94f6d349,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/59fdab06fd939258c82c26ea94f6d349,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W książce &quot;Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz&quot; jej autorka, Nina Majewska-Brown, w zbeletryzowany sposób portretuje codzienne życie esesmanów pełniących służbę w Auschwitz-Birkenau</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/292617,brytyjska-monarchia-od-kuchni-ksiazka-adriana-tinniswooda-otwiera-oczy</guid><link>https://natemat.pl/292617,brytyjska-monarchia-od-kuchni-ksiazka-adriana-tinniswooda-otwiera-oczy</link><pubDate>Thu, 05 Dec 2019 14:38:34 +0100</pubDate><title>Brytyjska monarchia od kuchni. Po tej lekturze zrozumiesz apele tamtejszych republikanów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6c33bff5e3c7dc660e34bf2b39c800d0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />God Save the Queen. Wielu Brytyjczyków śpiewa tę pieśń z ogromnym przejęciem. Dla nich to nie tylko państwowy hymn, ale też wyraz przywiązania do monarchii, co budzi u niektórych uznanie, a u innych zdumienie. Po lekturze najnowszej książki Adriana Tinniswooda, zaglądającego za kulisy brytyjskiej korony, przybędzie raczej tych drugich.

"Brytyjska monarchia od kuchni" bierze pod lupę prywatne życie członków rodziny królewskiej od Elżbiety I, która zasiadła na tronie w 1558 roku, do Elżbiety II, która nosząc koronę od 1952 roku, dzierży obecnie rekord jako najdłużej panujący monarcha Wielkiej Brytanii. Przez te cztery wieki Anglią rządzili władcy pochodzący z czterech dynastii.

Spisany ręką Tinniswooda poczet królów/królowych z rodów Tudorów, Stuartów, Welfów i Windsorów okazuje się galerią bardzo barwnych postaci. Ten koloryt nie wynika jednak z przypisanego do tronu majestatu czy wybitnych na miarę mężów stanu zdolności przywódczych jednego czy drugiego monarchy, tylko z... zaburzonej osobowości.
	
		
											
					
				
				&quot;Brytyjska monarchia od kuchni&quot;, książka historyka Adriana Tinniswooda, ukazała się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Bellona•Fot.: Edwardx / Wikimedia Commons
					

Odkrywając na stronach tej książki mniej lub bardziej znane fakty z życia brytyjskich monarchów, przekonujemy się, że władcy Anglii, a następnie Zjednoczonego Królestwa, byli często ułomnymi ludźmi i to delikatnie mówiąc. Wiadomo, że rządzący są oderwani od rzeczywistości, ale brak zrozumienia ludu to w tych przypadkach najmniejszy z problemów.


W biografiach brytyjskich władców spotkamy się z próżnością (Elżbieta I), rozrzutnością (Jakub I Stuart), zapędami do tyranii (Karol I Stuart – jedyny brytyjski monarcha obalony przez poddanych i ścięty), wybujałym libido (Karol II Stuart) czy religijnym zaślepieniem (Jakub II Stuart – kolejny monarcha odsunięty od władzy w wyniku rewolucji).

Część władców pozwalała sobą długo manipulować (Anna Stuart i jej relacje z księżną Sarah Churchill). Krytykowany za lenistwo (i uwięzienie żony!) Jerzy I Hanowerski nie raczył nawet nauczyć się... języka angielskiego. O skonfliktowanym z nim synu, Jerzym II Hanowerskim, powiadano zaś, że "zarażał eleganckie towarzystwo złym przykładem".
	
		
											
					
				
				Egzekucja Karola I Stuarta (30 stycznia 1649) w wizji anonimowego holenderskiego malarza•Scottish National Gallery / Wikimedia Commons
					

Cieniem na sprawnym panowaniu Jerzego III Hanowerskiego położyła się natomiast ciężka choroba, która doprowadziła go do takiego obłędu, że próbował... napastować seksualnie własną córkę. Z otyłości jego następcy, Jerzego IV Hanowerskiego, wielkiego amatora suto zakrapianych imprez, dworowali sobie w najlepsze angielscy karykaturzyści.


Po rządach króla żeglarzy (Wilhelm IV) nadszedł czas pruderyjnej Wiktorii, której sukcesy w ekspansji kolonialnej przykrywały dwuznaczne relacje ze służącymi, Johnem Brownem i Abdulem Karimem. Jej syn Edward VII miał zaś opinię playboy'a, Jerzego V oskarżano o niemiecki punkt widzenia, Edwarda VIII o nazistowskie sympatie, a jąkający się Jerzy VI (szanowany za postawę podczas nalotów na Londyn) musiał obserwować rozpad imperium.

Poza ciekawostkami opisującymi kryzysy i skandale w cieniu brytyjskiej korony monumentalna praca Adriana Tinniswooda to przede wszystkim skrupulatna analiza królewskich dworów, których rozpasanie przyprawiało o zawrót głowy. Zarządzanie tymi molochami wymagało bowiem zaangażowania tysięcy pracowników, a łożenie na nie rujnowało skarb państwa.
	
		
											
					
				
				Edward VIII Windsor był oskarżany o nazistowskie sympatie. Na zdjęciu ówczesny książę i księżna na spotkaniu z Adolfem Hitlerem w 1937 roku•Le Nouvelliste d&#039;Indochine / Wikimedia Commons
					

Nic dziwnego, skoro brytyjskie dwory "żywiły" nie tylko urzędników i służących, ale także często ich rodziny. Od każdej najbardziej przyziemnej czynności monarcha musiał mieć swojego pomocnika, czego najbardziej wyrazistym symbolem stał się dworzanin stolcowy (groom of the stool), urzędnik czuwający nad... królewskim wypróżnieniem.


Do dziś na brytyjskim dworze (Elżbieta II "zatrudnia" blisko 1200 osób) swoje funkcje pełnią służący odpowiedzialni za układanie ręczników czy serwetek bez żadnych fałd, wyciskanie z tubki pasty do zębów, nalewanie wody do mycia rąk czy zdejmowanie obuwia. A wszystko to na koszt podatnika w licznych rezydencjach należących do majątku rodziny królewskiej. 

To, że kiedyś przepych i rozrzutność miały miejsce, da się jeszcze wytłumaczyć realiami tamtych czasów i ustrojów politycznych. To, że dzisiaj w XXI wieku tak wygląda rzeczywistość, nie mieści się w głowie. A na ten obraz nakładają się jeszcze liczne skandale gospodarcze i obyczajowe. Niewykluczone więc, że książka Adriana Tinniswooda sprawi, że jej czytelnicy zasilą szeregi brytyjskich republikanów parafrazujących pierwsze słowa hymnu na: "God save Britain".Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Bellona ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6c33bff5e3c7dc660e34bf2b39c800d0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6c33bff5e3c7dc660e34bf2b39c800d0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Książka&quot;Brytyjska monarchia od kuchni&quot; bierze pod lupę prywatne życie członków rodziny królewskiej od Elżbiety I do Elżbiety II. Autor dokonuje też skrupulatnej analizy brytyjskich dworów.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
