<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - TRUDAT]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii TRUDAT w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/343,trudat</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,343,trudat" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/323563,nowe-zasady-pandemii-ograniczenie-w-sprzedazy-alkoholu-i-narkotykow</guid><link>https://natemat.pl/323563,nowe-zasady-pandemii-ograniczenie-w-sprzedazy-alkoholu-i-narkotykow</link><pubDate>Fri, 16 Oct 2020 12:42:19 +0200</pubDate><title>Te słowa o narkotykach z rządowej strony stały się hitem. Oto, jak jest naprawdę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/999cfd958b3d42020a58bb81de29bc0c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Alkohol ani narkotyki nie będą już sprzedawane ani dostarczane między 20:00 a 7:00" – wielbiciele używek podskoczyli z radości na wieść o tym, że poza tymi godzinami będą mogli legalnie towar. To nie do końca prawda.

Na wiarygodność fake newsa, który ludzie chętnie udostępniają sobie w sieci, miała z pewnością nieoficjalna informacja o zakazie sprzedaży alkoholu w Polsce. Niektórzy pomyśleli, że rząd przypadkowo pomylił się i zalegalizował narkotyki w godzinach 7:00-20:00.
                    
                    
                    
                    
                
                
                To oczywiście nieprawda - przynajmniej jeśli chodzi o Polskę. Screen dotyczy bowiem wytycznych w Holandii, a właściwie Zjednoczonego Królestwa Niderlandów, bo niedawno kraj zmienił swoją nazwę. 

"To przykład z jakimi fake newsami mierzymy się przy Covid-19" – napisał Tomasz Matynia z Centrum Informacyjnego Rządu. I podrzucił link do źródła.
                    
                    
                    
                    
                
                
                Przypomnijmy, że od soboty 10 października cała Polska stała się żółtą strefą. Tym samym wprowadzono szereg obostrzeń, m.in. nakaz noszenia maseczek na wolnym powietrzu. Jednak już od soboty, 17 października, będą obowiązywać nowe zasady bezpieczeństwa. Ponad 150 powiatów znajdzie się w czerwonej strefie.


Czytaj też: Nowe restrykcje nie ominęły kościołów. Sprawdź, czy możesz pójść na mszę]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/999cfd958b3d42020a58bb81de29bc0c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/999cfd958b3d42020a58bb81de29bc0c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rząd przypadkowo częściowo zalegalizował narkotyki?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/322721,czy-przemyslaw-czarnek-mogl-odwiedzic-babcie-w-szpitalu-sprawdzamy</guid><link>https://natemat.pl/322721,czy-przemyslaw-czarnek-mogl-odwiedzic-babcie-w-szpitalu-sprawdzamy</link><pubDate>Fri, 09 Oct 2020 16:10:50 +0200</pubDate><title>Czy Czarnek miał prawo w szczycie pandemii odwiedzić babcię w szpitalu? Sprawdziliśmy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fad2731fc42acd41e2faa3f3f0a77e7b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Żadna instytucja – na czele z ministrem zdrowia – nie ma prawa, żeby zamknąć szpital przed odwiedzającymi chorych. To dyrektorzy placówek wiedzą, jaki jest lokalny poziom zagrożeń. I to oni korzystają ze swoich prerogatyw i mają prawo zezwolić na odwiedziny – tłumaczy nam Marek Cytacki z biura Rzecznika Praw Pacjenta.

TezaW sobotę Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski, dziś poseł PiS, odwiedził 88-letnią babcię na oddziale rehabilitacji Wojskowego Szpitala Klinicznego w Lublinie. W poniedziałek miał odebrać z rąk prezydenta nominację na ministra edukacji. Ale wcześniej na Twitterze poinformował o pozytywnym wyniku testu na obecność covid-19. 

Natomiast kilka dni później "Gazeta Wyborcza" podała, że koronawirusa ma także 90 proc. pacjentów tego oddziału, a na kwarantannie przebywa prawie cały personel szpitala. W tym również kierownik oddziału profesor Piotr Majcher. 


Ten dziennikarzom powiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, bo pacjentka, którą odwiedził poseł PiS, jest w ciężkim stanie. – A w takich sytuacjach odstępujemy od zakazu (odwiedzin – red). I nie ma tu różnicy, czy chodzi o posła, ministra, czy zwykłego Kowalskiego – zarzekał się profesor Majcher. Dodał też: – Są to sytuacje, gdzie sumienie nie pozwala postąpić inaczej.
                    
                    
                    
                    
                
                
                
Ale w sieci aż roi się od historii osób, którym odmówiono zgody na odwiedziny umierających w szpitalu krewnych. I mnożą się pytania: czy w czasie pandemii koronawirusa można odwiedzać bliskich w szpitalach; kto o tym decyduje; czy stan osoby chorej ma wpływ na taką decyzję. I przede wszystkim: czy poseł PiS złamał zakaz wojewody w sprawie szpitalnych odwiedzin?A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ
Wojewoda zakazuje

Szpital w czwartek opublikował oświadczenie, w którym powtórzył to, co profesor Majcher wcześniej wyjaśniał dziennikarzom. Było o tym, że nie jest możliwe wskazanie źródła zakażenia. A to "ze względu na 80 proc. udział przypadków bezobjawowych i skąpoobjawowych identyfikacja źródła jest mało prawdopodobna".


W piśmie dyrekcja placówki przyznała też, że w szpitalu obowiązuje zakaz odwiedzin pacjentów przez osoby spoza, który 12 marca 2020 roku wprowadził wojewoda lubelski. 
	
		
											
					
				
				Fot. Screen ze strony Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie
					

 "Jednakże dopuszcza się możliwość odwiedzin pacjentów w stanie bardzo ciężkim, których rokowanie co do przeżycia lub utraty zdrowia jest poważne" – piszą przedstawiciele szpitala i powołują się na artykuł 33. Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.

Wspomniany artykuł mówi o prawie pacjenta do "kontaktu osobistego, telefonicznego lub korespondencyjnego z innymi". Art.  33.  [Prawo pacjenta do kontaktu z innymi osobami]1.  Pacjent podmiotu leczniczego wykonującego działalność leczniczą w rodzaju stacjonarne i całodobowe świadczenia zdrowotne w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej ma prawo do kontaktu osobistego, telefonicznego lub korespondencyjnego z innymi osobami. 
 2.  Pacjent ma prawo do odmowy kontaktu z osobami wymienionymi w ust.1.   Ale już artykuł 5. tej samej ustawy zezwala na ich ograniczenie ze względu na wystąpienie zagrożenia epidemicznego. Art. 5. [Przesłanki ograniczenia korzystania z praw pacjenta] Kierownik podmiotu udzielającego świadczeń zdrowotnych lub upoważniony przez niego lekarz może ograniczyć korzystanie z praw pacjenta w przypadku wystąpienia zagrożenia epidemicznego lub ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów, a w przypadku praw, o których mowa w art. 33 prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, ust. 1, także ze względu na możliwości organizacyjne podmiotu.   

To dyrektor decyduje

Profesor nauk prawnych Leszek Kubicki, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, wyjaśnia nam: – Na poziomie praw pacjenta układ przepisów jest taki, że to kierownik placówki dostaje uprawnienia w obie strony: do ograniczenia i zezwolenia na odwiedziny pacjenta w szpitalu. 


Wtóruje mu Marek Cytacki z biura Rzecznika Praw Pacjenta, który podkreśla, że to dyrektor szpitala ponosi odpowiedzialność karną, cywilną i zawodową za wszystko, co dzieje się w placówce. 

– Wszystkie obostrzenia, które wynikają z reguł sanitarnych, stają się poniekąd częścią wewnętrznych regulaminów szpitali. Jest to prawo miejscowe. To dyrektorzy szpitali wiedzą, jaki jest lokalny poziom zagrożeń. I to oni korzystają ze swoich prerogatyw i mają prawo zezwolić na odwiedziny – mówi nam Cytacki. 
Marek Cytackiz biura Rzecznika Praw Pacjenta Żadna instytucja – na czele z ministrem zdrowia – nie ma prawa, żeby zamknąć przed odwiedzającymi chorych szpital. Artykuł 5 wyraźnie mówi, że w pewnych sytuacjach kierownik podmiotu może ograniczyć, ale nie zupełnie zakazać wizyt.  Zawsze zachęcamy rodziny, by kierowały pisma do dyrektorów szpitali, w których to uzasadniają, jak ważne jest spotkanie z chorym, zapewniając przy tym, że poddadzą się wszelkim procedurom reżimu ochronnego.   W piątek placówka wydała kolejne oświadczenie – odwołując się do decyzji wojewody lubelskiego z 25 czerwca 2020 roku. Ta zaś zmienia decyzję z 21 maja, która odwołuje tę z 12 marca. 
	
		
											
					
				
					

 "Przebywanie na terenie podmiotu leczniczego osób postronnych dopuszczalne jest wyłącznie w przypadkach szczególnie uzasadnionych, po uprzednim uzyskaniu zgody osoby uprawnionej do jej udzielenia zgodnie z obowiązującymi w tym podmiocie procedurami i z zachowaniem pełnych zasad bezpieczeństwa epidemiologicznego" – czytamy w decyzji wojewody lubelskiego z 25 czerwca. 


– Wojewoda ogólnie polecił "zakazać odwiedzin pacjentów przez osoby spoza szpitala", dopuszczając je ewentualnie "w szczególnie uzasadnionych przypadkach". Można więc twierdzić, że dyrektor w tym przypadku "przywrócił" zamrożony przez ten nakaz artykuł 33, dający choremu prawo do kontaktu z rodziną, uznając, że zachodzi szczególnie uzasadniony przypadek – zauważa adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik.

I dodaje: – Ale rodzą się dwa pytanie: czy działo się tak wobec wszystkich pacjentów, i w jaki sposób zabezpieczono odwiedzanego i odwiedzających w sytuacji stanu pandemii. Bo jeśli nie zabezpieczono, to doszło do zagrożenie życia i zdrowia. 


O to samo zapytałam rzeczniczkę szpitala w Lublinie. Ale do czasu publikacji tekstu nie otrzymuję odpowiedzi.

Czarnek na Twitterze zarzeka się, że podczas odwiedzin babci przestrzegał zasad, a wizyta przebiegała w pełnym reżimie sanitarnym. "Nie miałem żadnego bezpośredniego kontaktu z innymi pacjentami" – napisał.

Wcale albo w ciężkim stanie

Jak wygląda sprawa odwiedzin w czasie pandemii w innych szpitalach? Mariusz Gierej, rzecznik Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, tłumaczy, że zarządzenie dyrektora jest jednoznaczne: zakaz odwiedzin pacjentów na oddziałach szpitala. 


– I ono nie przewiduje od tego wyjątków, sytuacji szczególnych. Nie chcemy doprowadzić do dwuznacznych sytuacji, że ktoś jest lepszy czy gorszy. Poza tym, jesteśmy szpitalem onkologicznym i leczymy pacjentów, którzy maja obniżoną odporność, więc staramy się ściśle przestrzegać reżimu, żeby ich nie narazić. Natomiast życie często nas zaskakuje, jak choćby schodzeniem pacjentów do rodziny i wychodzeniem na zewnątrz – wyjaśnia nam Mariusz Gierej. 

Piotr Gołaszewski, dyrektor Śródmiejskiego Centrum Klinicznego i rzecznik prasowy Szpitala Bródnowskiego dodaje: – W pewnym momencie otrzymaliśmy od Rzecznika Praw Pacjenta pismo, które przypominało w elegancki sposób, że jednym z praw pacjenta jest kwestia odwiedzin. Formalnie od 16 marca tego roku odwiedziny zostały wstrzymane. Ale jeśli pacjent jest w ciężkim stanie i nie wiemy, jaki będzie – mimo naszych starań – finał, to zgadzamy się, że każdy chciałby mieć prawo pożegnania. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności. 
WNIOSKI FAłSZ   Poseł PiS nie złamał zakazu wojewody, ponieważ – jak mówią prawnicy i Rzecznik Praw Pacjenta – to dyrektor szpitala podejmuje decyzje w kwestii odwiedzin chorych w szpitalach w czasie pandemii. – Wojewoda ogólnie polecił "zakazać odwiedzin pacjentów przez osoby spoza szpitala", dopuszczając je ewentualnie "w szczególnie uzasadnionych przypadkach" – tłumaczy nam adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik. Podziel się prawdą  Czy Czarnek złamał zakaz wojewody ws. szpitalnych odwiedzin w czasie pandemii?      Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fad2731fc42acd41e2faa3f3f0a77e7b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fad2731fc42acd41e2faa3f3f0a77e7b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Przemysław Czarnek w poniedziałek miał  odebrać z rąk prezydenta nominację na ministra edukacji, wcześniej poinformował, że ma koronawirusa.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/293973,dlaczego-rosna-oplaty-za-smieci-czy-drastyczne-podwyzki-to-wina-pis</guid><link>https://natemat.pl/293973,dlaczego-rosna-oplaty-za-smieci-czy-drastyczne-podwyzki-to-wina-pis</link><pubDate>Sun, 22 Dec 2019 08:16:51 +0100</pubDate><title>Drastyczna podwyżka tych opłat uderzy w kieszenie Polaków. Wiemy, czy to naprawdę wina PiS</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8f8456a876de2662dac830921a5bcd4e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W całym kraju ludzie odczują podwyżki opłat za wywóz śmieci. W niektórych gminach wzrost jest o 100 procent, w innych nawet 300. "Za skalę podwyżek za odpady, z którymi teraz mierzą się miasta i gminy w całym kraju, odpowiada wyłącznie rząd PiS" – podsumował prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Dlaczego ceny idą tak bardzo w górę?

Teza W PiS krzyczą, że to wina samorządów. Z kolei jeden z burmistrzów właśnie powiązał podwyżki opłat za śmieci z Donaldem Tuskiem i oficjalnie poinformował o tym mieszkańców. 

"Dlaczego od nowego roku wzrosną stawki za wywóz śmieci? Wyjaśnia Burmistrz Supraśla" – taki komunikat pojawił się na stronie urzędu. Po czym następuje wyjaśnienie: Burmistrz Supraśla"Zmiana tego systemu została wprowadzona kiedy szefem rządu był Donald Tusk a ministrem środowiska - Andrzej Kraszewski, następnie Marcin Korolec. Uważam, że wszelkie niezadowolenie, uwagi oraz propozycje, powinny być kierowane do inicjatorów tych zmian oraz do Parlamentu Europejskiego". Czytaj więcej Bardziej powszechne jest jednak przekonanie, że opłaty za śmieci rosną z powodu polityki PiS. Przekonują o tym samorządowcy z opozycji. "Za skalę podwyżek za odpady, z którymi teraz mierzą się miasta i gminy w całym kraju, odpowiada wyłącznie rząd PiS" – napisał na Twitterze prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ W niektórych gminach opłaty już poszły w górę, w innych wzrosną od 2020 roku. W całej Polsce jest to szeroko komentowane, a w przypadku Warszawy nastąpiło apogeum. 


"Przed wyborami Trzaskowski ani słowem nie zająknął się o podwyżkach opłat za wywóz śmieci. Po wyborach ratusz zapowiada gigantyczną podwyżkę i jeszcze próbuje jak zwykle winę za swoją nieudolność w gospodarce zarządzania odpadami zrzucić na PiS" – wytykał już w listopadzie warszawski radny PiS Błażej Poboży.
                    
                    
                    
                    
                
                
                 A po ogłoszeniu podwyżki uderzył w Trzaskowskiego jeszcze mocniej. 
                    
                    
                    
                    
                
                
                 "Niezależnie od barw politycznych wszędzie tak samo"
Ale poza Warszawą nie jest inaczej. – Czy to prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski czy prezydent Lublina Krzysztof Żuk, wszyscy stoimy przez tym samym problemem i musimy go rozwiązać w ten sam sposób – mówił kilka dni temu Marcin Dmowski, zastępca burmistrza Świdnika. 


Z całego kraju napływają podobne informacje: "w Wałbrzychu stawka dla osób segregujących odpady od 2020 r. wzrośnie z 12 zł do 27 zł miesięcznie od osoby, a w Kielcach – z 9,50 zł do ok. 20 zł". Dla wielu ludzi te stawki robią ogromną różnicę. 

"Trudno znaleźć miasta w Polsce, w których nie zaplanowano na przyszły rok podwyżek opłat za śmieci" – podsumowuje "Puls Biznesu". 
                    
                    
                    
                    
                
                
                 Podwyżki planują lub już wprowadziły także miasta rządzone PiS. Ani Warszawa, ani metropolie pod władzą opozycji nie są tu wyjątkiem, jak pewnie niektórzy chcieliby wmówić. Od kwietnia wzrost opłat o niemal 100 proc. odczuwają m.in. mieszkańcy podwarszawskiego Otwocka, którym zarządza prezydent z PiS. 


– Widać więc, że niezależnie od barw politycznych mechanizm wszędzie jest ten sam – podkreślał Marcin Dmowski ze Świdnika. 

Ale np. w Chełmie, który w 2018 roku okazał się wielkim sukcesem PiS, prezydent Jakub Banaszek poinformował 20 grudnia, że opłata za wywóz śmieci w tym mieście się nie zmieni. – Stawka za wywóz śmieci nie wzrośnie i pozostanie na dotychczasowym poziomie 11 złotych miesięcznie. Będziemy najtańszym samorządem – mówił. 

A tuż przed Nowym Rokiem, na ostatniej w tym roku sesji Rady Miasta Chełm, radni zagłosowali za symboliczną obniżką opłaty za odbiór odpadów segregowanych. 
                    
                    
                    
                    
                
                 "Wszyscy po trochu mają w nich swój udział"
Miasta różnie podnoszą opłaty. Jedne od mieszkańca, inne od metra kwadratowego, czy – jak w Szczecinie – od ilości zużytej wody. Ludzie złorzeczą i pytają, dlaczego skąd tak nagłe podwyżki. 


To efekt nowelizacji Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, którą Sejm RP wprowadził w lipcu 2019 roku. Nowela ustawy została opublikowana w Dzienniku Ustaw 22 sierpnia i dawała samorządom 12 miesięcy na uchwalenie nowych regulaminów dotyczących utrzymania czystości i porządku w gminach.

Zmiany od początku wzbudzały kontrowersje. Portal Samorządowy"Większość z samorządowców i ekspertów ocenia, że rok to bardzo mało czasu. Trzeba bowiem pamiętać, że gminy mają podpisane czasami wieloletnie umowy z firmami odbierającymi odpady, sama organizacja przetargów (pomijając już problem trwających umów) to długotrwała procedura".  Czytaj więcej Ale przyczyn podwyżek jest więcej. Eksperci wskazują, że kwestia jest bardzo skomplikowana, trudno wskazać jednego "winowajcę". 

– Wszyscy po trochu mają w nich swój udział. Mamy w Związku takie miasta, które twierdzą, że wiele gmin przespało problemy. Ale podwyżki są efektem wielu elementów składowych, z czego największą odpowiedzialność ponosi władza centralna w postaci ustawodawcy – podkreśla w rozmowie z naTemat dr Marek Goleń z Katedry Ekonomiki i Finansów Samorządu Terytorialnego SGH, specjalista w zakresie reformy gospodarowania odpadami komunalnymi, który współpracuje z ZMP.


"Nowa władza tylko ten problem pogłębiła"
Czy zatem podwyżki to konkretnie "zasługa" rządu PiS? – To już trwa od dawna. Nowa władza tylko ten problem pogłębiła. Z całą pewnością obecna ekipa bardzo mocno przyczyniła się do pogłębiania problemów, które wygenerowały poprzednie – odpowiada ekspert. 

Związek Miast Polskich stoi na stanowisku, że to efekt wieloletnich zaniedbań rządów. W oświadczeniu pisze, że zaraz po przystąpieniu Polski do UE wzywał rząd i parlament do pilnego podjęcia budowy systemu zagospodarowania odpadów komunalnych, a jakość rozwiązań prawnych, które podejmowano potem była niezadowalająca.


"Tegoroczna nowelizacja znowu nie jest oczekiwanym rozwiązaniem systemowym, a przy tym powoduje dezorganizację zbierania odpadów z nieruchomości niezamieszkałych" – czytamy w stanowisku ZMP. 

Związek Miast Polskich napisał nam też w komentarzu, że od lat apeluje (ostatnio w piśmie z 21 listopada br. do Michała Kurtyki, ministra klimatu) o stworzenie przez państwo kompleksowego systemu zagospodarowania odpadów komunalnych, który m.in. będzie zwiększał odpowiedzialność producentów opakowań. W liście Prezesa ZMP do Ministra Klimatu,  Zygmunt Frankiewicz, prezes ZMP oczekuje pilnego podjęcia – z udziałem przedstawicieli gmin, które są ustawowo odpowiedzialne za to zadanie – kompleksowych prac nad szybkim wprowadzeniem rozwiązań systemowych w zagospodarowaniu odpadów komunalnych.   "To wszystko wpływa na wzrost cen"
To oczekiwania wobec rządu. Ale w jaki sposób obecna władza miała pogłębić problem? – Mamy kilka nowych aktów prawnych, m.in. rozporządzenie o kolorowych pojemnikach. Zmiana ustawy o odpadach z nowymi obowiązkami dla przedsiębiorców, jak monitoring wizyjny, zabezpieczenie finansowe roszczeń, regulacja stanów prawnych gruntów, na których prowadzona jest działalność, czy skrócone magazynowanie z 3 lat do 1 roku. Jest sporo nowych przepisów powiększających koszty. To wszystko wpływa na wzrost cen i w konsekwencji opłat i to bardzo znacznie – tłumaczy dr Marek Goleń. 


Do tego doszedł wzrost cen usług firm wywożących śmieci, wzrost kosztów paliwa i cen energii elektrycznej, a także nie bez przyczyny jest wzrost pensji minimalnej dla pracowników. Na wzrost opłat ma wpływ wiele czynników. Stanowisko ZMPW 2019 roku ma miejsce radykalny wzrost kosztów odbierania i zagospodarowania odpadów komunalnych, wynikający z nakładania się na siebie wielu niekorzystnych składowych kosztowych. Są nimi przede wszystkim drastycznie rosnące koszty zagospodarowania odpadów przez regionalne instalacje zagospodarowania odpadów komunalnych, wynikające między innymi z:  • ograniczenia czasu magazynowania odpadów,  • gwałtownego wzrostu kosztów składowania, • trudności ze zbytem surowców wtórnych,  • zakazu składowania frakcji energetycznej.  Obserwujemy również czynniki wzrostu kosztów systemu po stronie odbierania odpadów: • wzrost kosztów pracy i cen energii (paliwo, prąd),  • nowe standardy selektywnej zbiórki.  Największy problem to, jak wskazuje nasz rozmówca, koszt składowania odpadów i koszt pracy. – Rząd podnosi płacę minimalną. Branża boryka się z trudnościami w rekrutacji pracowników – wyjaśnia. Marek Goleń Koszty składowania składają się z dwóch najważniejszych części: opłata dla operatora składowiska za składowanie i większa za użytkowanie środowiska, tzw. marszałkowska. W zeszłym roku wynosiła 140 zł za tonę, w tym roku 170 zł, a w przyszłym będzie 270 zł. Opłata ta została zmieniona rozporządzeniem Ministra Środowiska.   Branża jest nieprzygotowana
Za zmianami, które odczuwamy w postaci opłat, stoją też unijne dyrektywy. Ale Marek Goleń twierdzi, że większość przepisów, które są wdrażane przez rząd PiS, to "nadregulacje krajowe w stosunku do przepisów unijnych". 


– Unia wymaga wprowadzenia ich w życie później, a myśmy chcieli to zrobić szybciej. Na przykład recykling 55 proc. masy ogólnej wg nowego sposobu obliczania jest zapisany w dyrektywie na 2025 rok. A myśmy zmienili sposób obliczania w ustawie już od 1 stycznia 2020. Wprawdzie w odniesieniu do 50 proc. a przepis nie wszedł jeszcze w życie, ale nikłe są szanse, że ustawodawca go zracjonalizuje. Branża kompletnie jest do tego nieprzygotowana. Tylko nieliczne gminy będą w stanie osiągnąć takie wskaźniki. Na życzenie władzy centralnej skróciliśmy sobie czas na przygotowanie – tłumaczy.
A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ WNIOSKI PRAWDA    Rząd PiS wprowadził ustawodawstwo, które zobowiązuje samorządy do zmian, a to przekłada się na wzrost opłat. Nie bez znaczenia jest wzrost kosztów płacy minimalnej i inne koszty, które wpływają na wzrost cen. Jednak przyczyn obecnych podwyżek jest więcej i nie da się wskazać tylko jednej. Eksperci twierdzą, że to efekt wieloletnich zaniedbań, a rząd PiS je pogłębił. Apelują do rządu o szybkie wprowadzenie rozwiązań systemowych w zagospodarowaniu odpadów komunalnych. Podziel się prawdą  Dlaczego opłaty za odpady są wyższe w całej Polsce o 100-300 proc.?      Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8f8456a876de2662dac830921a5bcd4e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8f8456a876de2662dac830921a5bcd4e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mieszkańcy gmin w całym kraju odczuwają duży wzrost opłat za odpady.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/293737,czy-to-prawda-ze-jak-rosna-place-to-rosna-tez-ceny-towarow-i-uslug</guid><link>https://natemat.pl/293737,czy-to-prawda-ze-jak-rosna-place-to-rosna-tez-ceny-towarow-i-uslug</link><pubDate>Fri, 13 Dec 2019 16:32:17 +0100</pubDate><title>Kpiny po wypowiedzi Dudy o cenach i pensjach Polaków. Sprawdziliśmy, czy miał rację</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/debd6ced4ac388075d3b39190c58cc4b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Prezydent Andrzej Duda podczas spotkania z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego stwierdził, że naturalnym procesem ekonomicznym jest to, ze gdy rosną zarobki, to wraz z nimi rosną ceny towarów i usług. Zapytaliśmy prezydenta Centrum Adama Smitha Andrzeja Sadowskiego, ile prawdy jest w tezach głoszonych przez prezydenta Dudę.

Teza – Proszę Państwa, ceny rosną. Tak, ceny rosną, ja sobie zdaję z tego sprawę. Ale Państwo musicie mieć świadomość, że jak rosną wynagrodzenia, to niestety rosną też i ceny – wyjaśnił prezydent Andrzej Duda podczas spotkania z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZIle jest prawdy w słowach prezydenta? – Bardzo chętnie odpowiem na to pytanie. To prawda – odpowiada Andrzej Sadowski, ekonomista, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – To niejako naturalna konsekwencja. Rynek w ten sposób reaguje na większą ilość pieniędzy, które trafiły do obiegu – dodaje ekonomista. 


Wzrost wynagrodzeń minimalnych jest jedną z najważniejszych obietnic PiS. – Na koniec 2020, czyli za kilkanaście miesięcy, minimalna pensja będzie wynosiła 3 tys. zł – zapewniał podczas wiecu wyborczego Jarosław Kaczyński jeszcze przed wyborami. Za cztery lata zdaniem prezesa PiS pensja minimalna ma wynosić 4 tysiące złotych.

– Płace są pochodną poziomu rozwoju gospodarczego. Administracyjnie podnoszenie płac w Polsce do poziomu zachodnich bez zapewnienia takich samych albo lepszych warunków polskim przedsiębiorcom nie przyniesie trwałego efektu. Sama decyzja administracyjna, że teraz będziemy zarabiać tyle co w Niemczech, nie wystarczy. Dziś polski przedsiębiorca w Polsce ma gorzej, niż polski przedsiębiorca w Niemczech, Irlandii czy na Słowacji. Wyższe wynagrodzenia będą wynikać z bardziej konkurencyjnych warunków działania w Polsce – tłumaczy Andrzej Sadowski. 


Oczywiście w takim przypadku należy się spodziewać, że do poziomu europejskiego wzrosną nie tylko płace, ale i ceny. Przy czym – jak zauważa Sadowski – jeśli wzrost płac będzie sztuczny, to można się spodziewać kłopotów. Nie można wykluczyć, że płace będziemy mieli europejskie, ale ceny w sklepach będą wyższe. 

Sam wzrost cen nie jest niczym nowym, a niewielka inflacja może wręcz stymulować gospodarkę. W ostatnich miesiącach ceny jakby zatrzymały się w miejscu, żeby w listopadzie znów wzrosnąć do poziomu 2,6 proc. To wartość średnia liczona dla wszystkich towarów i usług. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych podskoczyły jednak bardziej.


Ceny cukru wzrosły o 25 proc. O 16 procent więcej niż w zeszłym roku trzeba też zapłacić za wieprzowinę i warzywa, ceny owoców wzrosły o 15 proc. w stosunku do cen z zeszłego roku, a wędliny są droższe o 9 proc.

Wyższe ceny dotyczą jednak nie tylko żywności. Najbardziej wzrosły ceny wywozu śmieci, bo aż o 31 proc. Spadły za to ceny paliw, jajek, masła, energii elektrycznej czy obuwia. Inna rzecz, że jeśli chodzi o energię, to zapowiadane są podwyżki. Zdaniem ekonomistów, jeśli inflacja w kolejnych miesiącach dalej będzie przyspieszać, a na to wskazują prognozy ekonomiczne, trzeba się będzie liczyć z możliwością podwyżek stóp procentowych. Konsekwencją byłby wzrost rat kredytów.


Tymczasem pensje już tak szybko nie rosną. Jak podał w grudniu GUS, średnie miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu 2019 r. wynosiło 5084,56 zł zł brutto. W zestawieniu z poprzednim rokiem jest to kwota wyższa o 6,6 proc. Eksperci prognozowali wzrost średniego wynagrodzenia w ujęciu rocznym o 7 proc., tymczasem z danych statystycznych wynika, że będzie to bliżej 6 proc.

– Przedsiębiorcy podnoszą ceny, dlatego, że im wzrastają koszty. Jak im wzrastają koszty, to oni starają się sobie to zrekompensować wzrostem cen. To są niestety normalne mechanizmy gospodarcze. Nic nie zdołamy na to poradzić, ale przynajmniej możemy starać się działać tak, żeby były podnoszone te świadczenia dla tych, dla których to zależy de facto w stu procentach od polskiego państwa – przekonywał prezydent Duda w Nowym Mieście Lubawskim.


Prezydent podczas spotkania podkreślał, że PiS udało się dużo zrobić w kwestii zabezpieczenia polskich rodzin, przede wszystkim tych, które wychowują dzieci. – To jest absolutny fundament, zwłaszcza w dobie ogarniającego wiele państw na świecie kryzysu demograficznego. Postawiliśmy na rodzinę, stąd został wprowadzony program 500+ – stwierdził Andrzej Duda.

– Pieniądze wypłacane w ramach tego programu to de facto zwrot części wcześniej zapłaconych przez rodziny podatków. Ale tylko części – dodaje Andrzej Sadowski. Ekonomista zwraca uwagę, że bez zredukowania rozbuchanych kosztów działania urzędów, zwiększenia kwoty "500 plus" wypłacanej na każe dziecko, (jak domaga się tego cześć wyborców argumentujących, że ceny wzrosły, to i świadczenie musi być wyższe) będziemy mieli do czynienia ze zwiększaniem ciężarów podatkowych w Polsce. WNIOSKI PRAWDA    Prawa ekonomii są nieubłagane, a rynek reaguje na to, ile ludzie mają pieniędzy w portfelu. Naturalną konsekwencją większej ilości pieniędzy na rynku jest podniesienie cen towarów i usług. Warto jednak w tym miejscu podkreślić, że idealną sytuacją jest, gdy zarobki rosną w sposób naturalny, a ich wysokość nie została określona w drodze decyzji administracyjnej, bo takie działanie może prowadzić do problemów gospodarczych. Podziel się prawdą  Czy prezydent ma rację mówiąc, że jak wzrastają płace, to muszą też wzrastać ceny?     Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/debd6ced4ac388075d3b39190c58cc4b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/debd6ced4ac388075d3b39190c58cc4b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Duda stwierdził, że wraz ze wzrostem pensji rosną ceny towarów i usług, czym naraził się na kpiny internautów.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/293487,epidemia-odry-na-samoa-jaki-ma-zwiazek-z-antyszczepionkowcami-sprawdzamy</guid><link>https://natemat.pl/293487,epidemia-odry-na-samoa-jaki-ma-zwiazek-z-antyszczepionkowcami-sprawdzamy</link><pubDate>Thu, 12 Dec 2019 10:24:37 +0100</pubDate><title>Wybuchła epidemia odry, zmarło ok. 70 osób. Czy ma to związek z antyszczepionkowcami? Sprawdzamy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0dbb8f6c2560b5da057b9bebe72965c8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zachorowało już kilka tysięcy osób, nie żyje co najmniej 70. Lekarze robią, co mogą, by powstrzymać szalejącego wirusa. Większość z ofiar to dzieci poniżej 5. roku życia. Media opisują poruszające historie całych rodzin. Jak ta Paulo Puelui, któremu epidemia odry zabrała troje z piątki dzieci. Skąd na odległych wyspach Samoa tak drastyczny wybuch tej choroby?

Teza Od kilku tygodni zagraniczne media alarmują o epidemii odry na Samoa, niewielkim państwie na Oceanie Spokojnym. Odnotowano blisko 5 tys. zachorowań. Zmarło co najmniej 70 osób. Wybuch choroby ma związek z brakiem szczepień. Nie brak głosów, że również z ruchem antyszczepionkowców. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ Ostatnio z Samoa niemal każdego dnia docierały przerażające informacje. "W ciągu 24 godzin odnotowano 87 nowych przypadków zachorowań" – alarmują agendy ONZ. Według ostatnich danych samoańskiego Ministerstwa Zdrowia takich przypadków od początku epidemii jest 4 819. Samoa liczy ok. 200 tys. mieszkańców. 


Choroba przyszła prawdopodobnie z Nowej Zelandii. Dziś właśnie tam szykują 20 małych, trumien dla dzieci, by wysłać je na wyspę. Każda ma mieć w środku misia, trumny są też ozdobione rysunkami. 
                    
                    
                    
                    
                
                
                 Kazano wywiesić czerwone flagi
Pierwsze zachorowania odnotowano na Samoa we wrześniu. 17 listopada w całym kraju ogłoszono stan pogotowia. Zamknięto szkoły, wszystkie dzieci poniżej 17 roku życia miały zakaz uczestniczenia w wydarzeniach publicznych. 

Na początku grudnia rząd posunął się jeszcze dalej. Wprowadził godzinę policyjną. Odwołano też wszystkie publiczne zgromadzenia, a także obchody Bożego Narodzenia. "Wszystkim niezaszczepionym rodzinom nakazano wywieszenie czerwonej flagi lub czerwonej chusty przed domem" – czytamy w Wikipedii. Hasło "Epidemia odry na Samoa, 2019" – ma już tu swoje miejsce. 


Ale przede wszystkim rząd rozpoczął obowiązkową akcję szczepień. Na masową skalę. 
"Tylko 31 proc. Samoańczyków było zaszczepionych na odrę w czasie wybuchu epidemii" – podaje CBS News. Dlaczego tak dramatycznie mało? 

Media twierdzą, że to przez śmierć dwójki dzieci w ubiegłym roku, która miała nastąpić na skutek szczepionek. A właściwie pomyłki pielęgniarek, które je aplikowały. Jak wykazało śledztwo, kobiety pomyliły substancje i podczas przygotowania szczepionek użyły leku zwiotczającego mięśnie. Ale zła fama o szczepionkach zdążyła iść w świat. 


W Polsce również krąży taka grafika. 
                    
                    
                    
                    
                
                 "Kryzys zaufania do szczepienia"
Efekt tamtej antyszczepionkowej histerii Samoa odczuwa jednak dziś. "Wśród ofiar śmiertelnych największą grupę stanowią małe dzieci, które nie zostały zaszczepione po tym, jak w ubiegłym roku nastąpił kryzys zaufania do szczepienia przeciwko odrze, po tym jak rzekomo po podaniu szczepionki zmarło dwoje dzieci" – informuje portal Medycyna Praktyczna. 

W ramach masowych szczepień do 7 grudnia zaszczepiono ponad 90 proc. osób. Wtedy zniesiono godzinę policyjną. Ale w szpitalach wciąż są dzieci. Media informują, że 16 w stanie krytycznym. 


– Fakt, że każde dziecko umiera z powodu choroby, której można zapobiec dzięki szczepionce, jest szczerze mówiąc oburzające – oświadczył dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia, Tedros Adhanom Ghebreysus.

Nieprawdopodobne i niepojęte jest to, że gdy w kraju lawinowo rosła liczba zachorowań, gdy umierały kolejne dzieci i gdy rząd poszedł po rozum do głowy, by nakazać szczepienia wszystkich niezaszczepionych, ruch antyszczepionkowców wciąż prowadził swoją krucjatę. 
                    
                    
                    
                    
                
                
                 "Podawać witaminę C"
Szczególnie jedno nazwisko obecne jest w mediach. To Edwin Tamasese, który nazwał akcję rządu "największą zbrodnią przeciwko narodowi" i na Facebooku radził, co uratuje zarażone dzieci. W ostatnim poście pisał, by brać witaminę C. I w ciągu 16 godzin będą na nogach. A potem podawać im witaminę A. "Ocalcie nasze dzieci. Powstrzymajcie to szaleństwo – pisał. 


Sugerował też aplikowanie ekstraktu z liścia papai. 
                    
                    
                    
                    
                
                 W ubiegłym tygodniu mężczyzna został aresztowany. 
                    
                    
                    
                    
                
                
                "Za winnych wybuchu epidemii częściowo uznaje się osoby, które rozprzestrzeniały fałszywe informacje, twierdząc, że szczepionki są niebezpieczne" – twierdzi BBC. I tak uważa wielu ludzi. 

BBC cytuje też ministra komunikacji Afamasagę Rico Tupai, który stwierdził, że antyszczepionkowcy szerzą różne konspiracyjne teorie. Mówił, że były dzieci, które zmarły po przywiezieniu do szpitala, bo rodzice za późno reagowali. Wcześniej docierał do nich przekaz antyszczepionkowców. 


"Premier Tuilaepa Malielegaoi zapowiedział, że jeszcze w tym roku parlament zajmie się przepisami wprowadzającymi kary finansowe dla rodziców odmawiających zgody na szczepienie dzieci" – podaje Medycyna Praktyczna. Takie wnioski zostały wyciągnięte w tym kraju.

WNIOSKI PRAWDA    Bez względu na to, jakie były przyczyny, dla których rodzice na Samoa nie szczepili swoich dzieci, ruch antyszczepionkowy również nie próżnował. Jeden z jego przedstawicieli jeszcze w ostatnich dniach apelował do rodziców, by podawały dzieciom witaminę C. Został aresztowany. Podziel się prawdą  Czy antyszczepionkowcy mają związek z wybuchem epidemii odry na Samoa?     Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0dbb8f6c2560b5da057b9bebe72965c8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0dbb8f6c2560b5da057b9bebe72965c8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Epidemia odry na Samoa przypomniała o antyszczepionkowcach. Tam również prowadzili swoją akcję.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/287491,dlaczego-w-wyborach-do-senatu-logo-koalicji-obywatelskiej-bylo-w-kwadracie</guid><link>https://natemat.pl/287491,dlaczego-w-wyborach-do-senatu-logo-koalicji-obywatelskiej-bylo-w-kwadracie</link><pubDate>Mon, 14 Oct 2019 15:21:25 +0200</pubDate><title>Wiemy, jak to się stało, że logo KO umieszczono w kwadracie. Z tego powodu padły głosy nieważne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/172f974aa55bcc550c78a361800d52fb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kto to wymyślił?! – pomstują wyborcy Koalicji Obywatelskiej. Na Twitterze i Facebooku krążą zdjęcia kart wyborczych do Senatu z różnych regionów Polski, na których widać błędnie oddane głosy. Pewna grupa wyborców, chcąc zagłosować na kandydata KO, stawiała krzyżyk nie w kratce obok nazwiska, lecz w kwadraciku z logo komitetu wyborczego.

"Super logo..."
Ile głosów utraciła w ten sposób Koalicja Obywatelska? Oszacować to trudno. Pewne jest, że z różnych obwodów wyborczych docierają informacje, iż głosujący mieli problemy z oddaniem ważnego głosu. Kratka z logo KO niektórych wprowadzała w błąd. 
	
		
											
					
				
				Nieważne głosy oddane w okręgu wrocławskim.•Fot. Twitter.com / Rafał Mundry
					

 "Super logo sobie KO zrobiła...", "Grafik płakał jak projektował" – to tylko niektóre z komentarzy z Facebooka. 
 
Wiele jest relacji, że logo w kwadraciku wprowadzało w błąd nie tylko osoby starsze czy słabiej widzące. "Nie jestem starszą osobą, a ręka ODRUCHOWO skierowała się na kratkę po prawej stronie" – pisze jedna z internautek. "Ja również miałam chwilę zawahania" – dodała inna. 


Kto za to odpowiada?
Jak zatem do tego doszło, że logo KO znalazło się w kratce? Nikt w sztabie Koalicji Obywatelskiej tego tak nie zaprojektował. – To nie jest kwestia projektu logo, lecz kwestia przepisów, jakie PiS wprowadził w nowej ordynacji wyborczej – wyjaśnia w rozmowie z naTemat poseł Adam Szłapka. Adam SzłapkaKoalicja ObywatelskaZgodnie z przepisami znak graficzny komitetu wyborczego musi być wpisany w kwadrat o boku 9 milimetrów. Ze wszystkich komitetów tylko PiS ma logo w kwadracie. W związku z tym nasze logo musiało zostać wpisane w kwadrat.    – Logo Koalicji Obywatelskiej to sam napis "Koalicja Obywatelska". Napis trafił do kwadratu – inaczej się nie dało – tłumaczy poseł Szłapka, który był członkiem sztabu KO. W poprzednich wyborach żadnych znaków graficznych komitetów na kartach wyborczych do Senatu nie było. 
	
		
											
					
				
				Nieważny głos w komisji w Tczewie – znak &quot;x&quot; postawiony w kratce z logo KO, a nie w kratce po lewej stronie nazwiska.•Fot. Twitter.com
					

Nie zmieniło się natomiast jedno – że oddanie ważnego głosu polega na postawieniu znaku "x" w kratce po lewej stronie nazwiska kandydata – nie po prawej stronie nazwy komitetu. Tych głosów nie sposób więc uznać za ważne. 


To nie zmieniło wyniku
Adam Szłapka jest przekonany, że nieważnych głosów wynikających z tego, że ktoś pomylił kwadraciki, nie było aż tak wiele. – Jestem przekonany, że w skali kraju nie jest to taka liczba, która mogłaby zmienić wynik głosowania do Senatu – zapewnia poseł. 

Z najnowszych informacji z PKW wynika, iż opozycja w Senacie uzyskała przewagę – zdobyła 51 mandatów, PiS zaś 49.

Przedszkolaki dają radę
Na konferencji PKW padło pytanie, czy nie należałoby pomyśleć nad zmianą szablonu kart w głosowaniu do Senatu, skoro wiele osób postawiło "x" w kratce z logo komitetu wyborczego. Wiceprzewodniczący Komisji Wiesław Kozielewicz podkreślił, że system głosowania w Polsce jest jednym z najprostszych. 


– Trzy lata temu robiliśmy badania wśród przedszkolaków. I przedszkolaki dobrze głosowały! 70 proc. przedszkolaków zagłosowało prawidłowo. Tu nie ma powodów do zmiany – odpowiedział Kozielewicz. Jego zdaniem błędy w głosowaniu mogły wynikać być może z roztargnienia wyborców.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/172f974aa55bcc550c78a361800d52fb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/172f974aa55bcc550c78a361800d52fb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dlaczego w wyborach do Senatu logo Koalicji Obywatelskiej było w kwadracie?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/278181,pogoda-a-klimat-tlumaczymy-poslowi-pis-roznice</guid><link>https://natemat.pl/278181,pogoda-a-klimat-tlumaczymy-poslowi-pis-roznice</link><pubDate>Tue, 09 Jul 2019 12:22:25 +0200</pubDate><title>&quot;Siedzę na werandzie i marznę&quot;. Tłumaczymy posłowi PiS jak dziecku, czym różni się pogoda od klimatu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1f87ce252ccbf5a5cb9ab4866364ac5e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Kochani, jak wytłumaczyć bąbelkowi różnicę między pogodą a klimatem? Chłopiec ma 52 lata i jest posłem na Sejm RP" –  tak na wpis posła PiS ze Szczecina zareagowali działacze Partii Razem (pisownia oryginalna). Leszek Dobrzyński w mediach społecznościowych wyśmiał nastolatki protestujące przeciwko zmianom klimatu. I niejako postawił znak równości między zmieniającą się pogodą a klimatem. Ekolodzy tłumaczą, dlaczego popełnił błąd.

Teza"Siedzę na otwartej werandzie, marznę i mam jedną prośbę do wszystkich panien strajkujących klimatycznie: dajcie sobie na luz, chociaż do listopada! Potem już trudno, może być zimno" – stwierdził na Twitterze poseł PiS. 

W taki sposób Leszek Dobrzyński skomentował protesty na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi. W Polsce co piątek przed gmachem Sejmu pojawia się Inga Zasowska. Podobnie, jak szwedzka aktywistka Greta Thunberg, 13-latka z Polski w ten sposób zwraca uwagę polityków na zmiany klimatyczne na świecie. 

                    
                    
                    
                    
                
                
                 Poseł PiS w swoim wpisie nawiązał też do ochłodzenia, jakie w lipcu przyszło do Polski po rekordowo ciepłym czerwcu. Zasugerował, że skoro zmienia się pogoda, to nastolatki powinny sobie darować protesty w sprawie zmian klimatycznych. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZPogoda a klimat
– Pan poseł pomylił pogodę z klimatem – stwierdza natychmiast profesor Stanisław Czachorowski, biolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. 


Anna Sierpińska z Nauki o klimacie, w prosty sposób tłumaczy posłowi, na czym polega różnica: – Klimat to coś, czego się spodziewamy. A pogoda jest tym, co dostajemy. Prowadzę zajęcia dla dzieci i bardzo często mówię im w ten sposób: zasadniczo w lato spodziewamy się, że będzie ciepło. Ale jeśli pogoda przeczy naszym przewidywaniom, nie oznacza to, że latem na ogół nie jest ciepło – to po prostu jej naturalna zmienność.

Starszym dzieciom Sierpińska tę różnice wyjaśnia w równie obrazowy sposób – przy użyciu 
kostki. 

– Jeśli kostka ma sześć ścian, to jesteśmy w stanie policzyć, jakie jest prawdopodobieństwo wyrzucenia dwójki czy trójki. Natomiast rzucając kostką nikt nie wie, czy wypadnie jedynka, czy czwórka. Klimat to prawdopodobieństwo pewnych wydarzeń, a pogoda – np.: temperatura – to wynik. Dziwienie się, że latem jest "zimno", jest dziwieniem się, że wypadła nam dwójka a nie czwórka – dodaje. 


Ekolog prof. Zbigniew Endler uzupełnia: – Gdybyśmy zwiększyli lesistość, to zmiany klimatu możemy spowolnić nie jutro, nie pojutrze, ale za 30 lat.

Protest przeciw zmianom klimatu
Słowa posła PiS wywołały spore oburzenie wśród internautów. Głos zabrali też działacze szczecińskiego Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. 

"Traktujemy to (komentarz posła PiS – red.) jako próbę ośmieszenia strajkującej młodzieży i uważamy za skandaliczne negowanie faktu, jakim jest katastrofa klimatyczna" – napisali na Facebooku. Wyrażamy głębokie zaniepokojenie opublikowanym przez Leszek Dobrzyński - Poseł na Sejm RP tweetem oraz postem na...Opublikowany przez Młodzieżowy Strajk Klimatyczny Szczecin&nbsp;Poniedziałek, 8 lipca 2019 To oburza także osoby zajmujące się zagadnieniami klimatycznymi. – Nastolatki nie protestują przeciwko zmiennej pogodzie, ale przeciwko zmieniającemu się klimatowi – zauważa Anna Sierpińska. 


I kontynuuje: – A klimat to skomplikowany system, obejmujący wiele elementów planety: oceany, atmosferę, biosferę. Tu nie chodzi o to, że komuś przeszkadza, że chwilowo jest gorąco, ale że cały ten ogromny system ulega niekorzystnym zmianom – podkreśla Sierpińska.

Działania od zaraz 
Wiele osób zauważa, że Leszek Dobrzyński przyjął retorykę partii, według której Inga Zasowska jest powiązana z Komitetem Obrony Demokracji. Posłowie PiS źle interpretują raporty naukowe dotyczące zmian klimatycznych. I mydlą nam oczy. 

Na przykład na szczycie klimatycznym COP24 minister środowiska Henryk Kowalczyk przekonywał: "Jesteśmy liderem ochrony klimatu".


Ale prawda jest zupełnie inna. Mimo że w 2018 roku emisje w UE spadły średnio o 2,5 proc., to Polska jest jedyną dużą gospodarką UE, w której odnotowano większą emisję CO2 niż w 2017 roku. Stanisław Czachorowski biolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.  Jeśli poseł partii rządzącej żartuje w taki nieodpowiedzialny sposób, to robi się niebezpieczne. Ten – jak sądzę żart pana posła – jest nie na miejscu. Zagrożenie jest na prawdę dość duże. W czerwcu było tak ciepło, że elektrownie węglowe przestały być efektywne, dlatego kupowaliśmy prąd z Niemiec. Ta władza chce budować kolejne elektrownie węglowe, jest to pomysł zupełnie nieadekwatny do współczesnych wyzwań i zagrożeń. Węgiel, który w dużych ilościach kupujemy z Rosji, zwiększa ilość dwutlenku węgla w atmosferze. Elektrownie węglowe w upały są nieefektywne, bo nie mamy czym chłodzić, a różnica temperatur wody i otoczenia jest zbyt mała. Na dodatek zaczyna nam brakować wody nie tylko dla przemysłu, ale i dla rolnictwa oraz potrzeb komunalnych. Jednocześnie blokujemy rozwój energetyki opartej o źródła odnawialne (wiatr, słońce, biomasa).   – Ta władza nie przygotowuje nas skutki ocieplenia klimatu. Nam są potrzebne działania od zaraz. Na nieszczęście nastolatka sprzed Sejmu protestuje, a posłowie nie podejmują żadnych decyzji – mówi nam profesor Stanisław Czachorowski. I ostrzega, że według prognoz, podniesienie się poziomu oceanów, spowoduje, że Szczecin, w którym mieszka Dobrzyński, będzie położony nad morzem.
WNIOSKI FAłSZ   Poseł PiS nie złamał zakazu wojewody, ponieważ – jak mówią prawnicy i Rzecznik Praw Pacjenta – to dyrektor szpitala podejmuje decyzje w kwestii odwiedzin chorych w szpitalach w czasie pandemii. – Wojewoda ogólnie polecił "zakazać odwiedzin pacjentów przez osoby spoza szpitala", dopuszczając je ewentualnie "w szczególnie uzasadnionych przypadkach" – tłumaczy nam adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik. Podziel się prawdą  Czy Czarnek złamał zakaz wojewody ws. szpitalnych odwiedzin w czasie pandemii?      Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1f87ce252ccbf5a5cb9ab4866364ac5e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1f87ce252ccbf5a5cb9ab4866364ac5e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Siedzę na otwartej werandzie, marznę i mam jedną prośbę do wszystkich panien strajkujących klimatycznie: dajcie sobie na luz, chociaż do listopada&quot; - napisał 7 lipca na swoim profilu na Twitterze poseł PiS Leszek Dobrzyński. W taki sposób skomentował pro</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/278035,morawiecki-zapowiada-sadzenie-drzew-ten-plan-jest-niewykonalny</guid><link>https://natemat.pl/278035,morawiecki-zapowiada-sadzenie-drzew-ten-plan-jest-niewykonalny</link><pubDate>Mon, 08 Jul 2019 07:49:04 +0200</pubDate><title>Morawiecki skłamał ws. tej obietnicy z konwencji. Jest fizycznie niewykonalna</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bab616f4adf2eac014024943cf24769a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mateusz Morawiecki dostrzegł wreszcie problem zanieczyszczenia środowiska i zapowiedział posadzenie 500 mln drzew jeszcze w 2019 roku. Problem w tym, że ten plan jest fizycznie niewykonalny. Okazuje się więc, że premier kolejny raz "minął się z prawdą".

– Posadzimy pół miliarda drzew do końca roku – zapowiedział Mateusz Morawiecki na konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach. Ta obietnica może robić wrażenie, ale tylko do chwili, gdy wyborcy nie zaczną liczyć...
                    
                    
                    
                    
                
                
                Gdyby to masowe sadzenie drzew zarządzono nawet tuż po zakończeniu przemówienia polityka PiS, polscy leśnicy musieliby pracować w nadludzkim tempie. Do końca roku, który Mateusz Morawiecki wyznaczył za koniec tego "ambitnego" projektu, zostało niespełna sześć miesięcy. Czyli ok. 15200000 sekund. 500 mln sadzonek podzielone przez pozostały do Sylwestra czas daje wynik 33 drzewa na sekundę. 


Rząd PiS jak do tej pory niewiele zrobił dla ochrony środowiska. W ramach lex Szyszko wycięto tysiące drzew, także w Puszczy Białowieskiej, zdemontowano wiele wiatraków generujących prąd, a głównym paliwem napędzającym polską gospodarkę jest węgiel. Z miliona elektrycznych aut zapowiadanych dwa lata temu temu na razie można sobie tylko pożartować. Tymczasem problem dewastacji środowiska jest coraz bardziej poważny.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bab616f4adf2eac014024943cf24769a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bab616f4adf2eac014024943cf24769a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Premier Morawiecki obiecał do końca roku posadzić pół miliarda drzew. To oznacza, że z każdą sekundą ma ich przybywać około 33.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/277771,spychalski-polska-moze-miec-wiecej-niz-jednego-komisarza-ue</guid><link>https://natemat.pl/277771,spychalski-polska-moze-miec-wiecej-niz-jednego-komisarza-ue</link><pubDate>Thu, 04 Jul 2019 14:13:02 +0200</pubDate><title>To będzie kolejna kompromitacja. Rzecznik Dudy sugeruje, że Polska dostanie... więcej niż jednego komisarza UE</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/98ff863402adbb3a7f2c0cf7a2dac9af,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Trudno powiedzieć, co miał na myśli rzecznik Andrzeja Dudy, gdy w wywiadzie dla Polskiego Radia 24 sugerował, iż Polska może mieć więcej niż jednego unijnego komisarza. Jeśli tę obietnicę podchwycą kolejni politycy PiS, kompromitacja będzie ogromna, bo... żaden kraj nie może mieć dwóch komisarzy.

Zdaniem Błażeja Spychalskiego, Polska prowadzi "dobrą i skuteczną politykę międzynarodową". Jak bardzo jest skuteczną – przekonaliśmy się w ostatnich dniach, gdy w głosowaniu na stanowisko szefa Komisji Europejskiej wybrano Ursulę von der Leyen. Później okazało się, że Zdzisław Krasnodębski nie zostanie zastępcą przewodniczącego PE. 
W trzeciej turze głosowań Zdzisława Krasnodębskiego poparło jedynie 85 europosłów, a ostatnie prestiżowe stanowisko przypadło włoskiemu eurosceptykowi Fabio Massimo Castaldo.

– Szczyt pokazał, że potrafimy budować różnego rodzaju sojusze. Narracja o tym, że jesteśmy samotną wyspą, jest bzdurą – zapewnia rzecznik Andrzeja Dudy. I już w kolejnym zdaniu daje dowód tego, że kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi. Jego zdaniem Polska nie tylko będzie miała tekę komisarza, ale "być może nawet nie jednego".


Doprawdy, trudno o większą wpadkę. Każdemu z krajów UE przysługuje tylko jedno takie stanowisko i gra toczy się o to, by sprawować taką funkcję, od której może zależeć los o dobrobyt i siła danego kraju. Twierdzenie, że można mieć dwóch lub więcej komisarzy, kompromituje zarówno Spychalskiego, jak i piastowany przez niego urząd. Przywództwo polityczne Komisji Europejskiejcytat za: ec.europa.euKomisję tworzy kolegium 28 komisarzy, w tym przewodniczący i wiceprzewodniczący. Komisarze, po jednym z każdego państwa członkowskiego UE, stanowią przywództwo polityczne Komisji w pięcioletnich kadencjach. Przewodniczący powierza każdemu komisarzowi odpowiedzialność za określony obszar polityki. Czytaj więcej
źródło: Polskie Radio]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/98ff863402adbb3a7f2c0cf7a2dac9af,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/98ff863402adbb3a7f2c0cf7a2dac9af,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Błażej Spychalski sugeruje, że Polska może mieć więcej niż jednego unijnego komisarza.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/274329,kiedy-rolnicy-moga-dostac-doplaty-do-hodowli-program-krowa-plus</guid><link>https://natemat.pl/274329,kiedy-rolnicy-moga-dostac-doplaty-do-hodowli-program-krowa-plus</link><pubDate>Thu, 30 May 2019 06:15:36 +0200</pubDate><title>Z programem &quot;Krowa plus&quot; jest gorzej niż myśleliśmy. Sprawdziliśmy, co z obietnicą Kaczyńskiego</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/00e0b55cc3986c67ccce0e4c5835e2ba,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jest gorzej niż mogłoby się wydawać. Postanowiliśmy sprawdzić, czy PiS rzeczywiście pokpił sprawę dotyczącą obietnicy złożonej rolnikom, czyli wypłacie tzw. dodatku "krowa plus", co w efekcie oznacza, że rolnicy muszą zapomnieć o takim wsparciu. Wnioski tego płynące z tego sprawdzania można podsumować jednym słowem: CHAOS.

– Tak naprawdę to tylko minister wie co z tego wyjdzie. Jednak jeżeli do tej pory nie zwrócił się do Komisji Europejskiej o zmianę w dotychczasowych zapisach dotyczących Wspólnej Polityki Rolnej, czyli żeby z aktualnego budżetu wygospodarować część pieniędzy, które poszłyby na "krowę plus" i "świnię plus", to tego po prostu nie będzie – przyznaje w rozmowie z naTemat Jarosław Sachajko (Kukiz15), przewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. 

Są obietnice, nie ma realizacji
Jarosław Kaczyński z worka przedwyborczych obietnic wyciągnął coś dla rolników podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Kadzidle k. Ostrołęki na początku kwietnia. Czas jednak mija, a te plany nadal nie są sprecyzowane. Nie wiadomo kiedy rolnicy będą mogli liczyć na to ewentualnie wsparcie, kto i na jakich zasadach będzie mógł z niego skorzystać.


Wątpliwość co do tego, czy wypłata takich środków będzie w ogóle możliwa, zasiał dziennikarz "Gazety Wyborczej" Tomasz Bielecki. Zwrócił uwagę na to, że do Komisji Europejskiej do tej pory nie wpłynął żaden wniosek dotyczący renegocjacji umowy, czyli budżetu w unijnej perspektywie na lata 2014-2020.
                    
                    
                    
                    
                
                
                O tym, że chodzi o unijne fundusze z aktualnej perspektywy, z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, mówił m.in. Jarosław Kaczyński. – Z tych środków, a one są niemałe i prawdopodobnie w tej perspektywie budżetowej będą zwiększone, będzie można uzyskać poważne sumy – podkreślał prezes PiS na antenie TVP Info.


Podobne deklaracje usłyszeliśmy z ust ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego. On także twierdził, że dopłaty w wysokości 100 zł do tucznika i 500 zł do krowy rolnicy otrzymają niebawem. Zaznaczył jednak, że zgodę na takie działania musi wyrazić Komisja. 

- Analizujemy to wszystko, również możliwości finansowe. To finansowane będzie z Programu rozwoju obszarów wiejskich (PROW). Możliwości zmiany w PROW-ie są kilka razy do roku. Najbliższy komitet w Brukseli będzie w czerwcu. Dlatego już rozważamy konieczność zgłoszenia do KE konieczności zmian w jeszcze do PROW-ie na lata 2014-2020, żeby dedykować środki, które mogłyby być przeznaczone, oczywiście za zgodą KE, na wsparcie dla części świń i bydła w Polsce - mówił w Bydgoszczy w kwietniu. 


Bardziej kategorycznie do sprawy na Twitterze odniósł się europoseł Prawa i Sprawiedliwości Zbigniew Kuźmiuk, który w Parlamencie Europejskim zasiada w komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Od razu zastrzegł, że obietnica dotyczy przyszłej perspektywy.
                    
                    
                    
                    
                
                
                Nikt nic nie wie
Skoro politycy Prawa i Sprawiedliwości nie mówią jednym głosem w tej kwestii, trudno się dziwić, że i najbardziej zainteresowani, czyli rolnicy, są trochę zagubieni. – W obecnej perspektywie jest to nierealne. Poza tym ja tę informację od razu tak odebrałam. Zrozumiałam, że chodzi o nową perspektywę programową, bo z tą już nic się nie zrobi. Jeżeli ktoś uważał, że to będzie tu i teraz, to chyba trochę nie bardzo słuchał – podsumowuje Zofia Stankiewicz z Warmińsko-Mazurskiej Izby Rolniczej.


Kiedy pytam o to samo na Dolnym Śląsku, słyszę, że ta obietnica, a raczej jej realizacja, od początku jest niezrozumiała, ponieważ nikt nie sprecyzował słów prezesa PiS. Leszek Grala, prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej, twierdzi, że kwota przeznaczona na Wspólną Politykę Rolną w tej perspektywie jest określona i trzeba poruszać się w jej ramach. 

– Chodziło prawdopodobnie o to, że będzie 500 zł dopłaty, ale do np. 10 krów. Teraz każdy rolnik, bez znaczenia ile ma zwierząt, otrzymuje dopłatę do 20 sztuk krów lub do 20 cieląt do roku. Więc jeśli ta obietnica miałaby być zrealizowana teraz, to wsparcie dotyczyłoby mniejszej liczby zwierząt. Dla mnie było to takie bardziej socjotechniczne działanie – podkreśla.
Krowa plus już jest 
Dopłaty do bydła rolnicy otrzymują już dziś. Jest to około trzystu złotych do jednej krowy. W poprzednich latach każdy rolnik, bez znaczenia czy ma 4, 40, czy 400 krów mógł z tego skorzystać, ale dopłata dotyczyła tylko trzydziestu sztuk. Później ta liczba zmniejszyła się do dwudziestu. 


– PiS obiecał rolnikom to, co już dostawali. Krowa plus jest i dziś, ale nie 500, a 300 plus – komentuje Grala i dodaje, że nie wiązał i nie wiąże większych nadziei z tą propozycją. – To nie jest tak, że ja wprowadzę tucznika, jeśli do jego hodowli dadzą mi 100 zł. Jeżeli w ciągu ostatniego roku 126 tys. gospodarstw zlikwidowało produkcję trzody, bo nie dały rady spełnić unijnych warunków, to nawet jak będę miał 1000 zł dopłaty do tucznika, to przecież nie wybuduję pod 5 tuczników, 10 czy 50, obiektu, który spełnia normy – przyznaje.
                    
                    
                    
                    
                
                
                Marek Maliszewski, poseł PSL, który jest zastępcą przewodniczącego sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, również twierdzi, że jeśli uda się spełnić obietnicę, to rolnicy i tak nie zobaczą pieniędzy wcześniej niż w momencie rozdzielania funduszy w przyszłej unijnej perspektywie. 


– Teoretycznie jest to możliwe, ale w nowej perspektywie finansowej szykuje się obcięcie budżetu na Wspólną Politykę Rolną. To jest po prostu chwyt związany z wyborami, ponieważ trwają dyskusje dotyczące nie tylko budżetu przeznaczonego na WPR, ale i mechanizmów, które zostaną zastosowane – podkreśla nasz rozmówca.

– Wynegocjowanie zmian w tej perspektywie jest możliwe. Wszystko zależy od działań ministerstwa. Nie wiemy, czy Komisja Europejska zgodzi się na zmiany, ale żeby się tego dowiedzieć, to przynajmniej trzeba się do nich zwrócić – dodaje Jarosław Sachajko.
                    
                    
                    
                    
                
                
                Dopłaty nie dla wszystkich
Termin ewentualnych wypłat dopłat do krów i świń to niejedyna kwestia, która budzi wątpliwości. Nie wszyscy bowiem wiedzą, kto będzie mógł skorzystać z tych pieniędzy.


– Następna perspektywa jest od 2021 roku, czyli jest jeszcze bardzo dużo czasu, żeby coś zdziałać. Ważne jednak, aby rolnicy zrozumieli, że to nie będzie na każdą świnię i na każdą krowę. Skorzysta z tego niewielki procent, bo chodzi o te zwierzęta, które są hodowane systemem tradycyjnym – wyjaśnia przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Poseł Kukiz15 obietnice złożone rolnikom w Kadzidle na początku kwietnia ocenia jako "czysty PR-owy zabieg". Krytykuje także brak propozycji realnych rozwiązań i realizacji zobowiązań. 

– Biorąc pod uwagę ostatnio częstą likwidację produkcji trzody chlewnej w gospodarstwach rodzinnych, to tak naprawdę z tych dopłat skorzystają nieliczne gospodarstwa. Może będzie ich trochę więcej przy bydle – dodaje.



Aktualizacja. Po publikacji tekstu otrzymaliśmy od Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi odpowiedź w tej sprawie.

W resorcie rolnictwa trwają prace nad wprowadzeniem do Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020 (PROW 2014-2020) - czyli jeszcze w obecnej perspektywie finansowej - od roku 2020 płatności dla rolników stosujących w chowie trzody chlewnej i krów – podwyższone (ponad obowiązujące normy) warunki utrzymania zwierząt.

Należy jednak wskazać, że aby wprowadzić nowy instrument wsparcia w ramach PROW 2014-2020 należy na wstępie uzgodnić odpowiednią jego zmianę na poziomie krajowym, tj. na poziomie Komitetu Monitorującego PROW 2014-2020 i Rady Ministrów. 


W dalszej kolejności zmiana taka jest uzgadniana z Komisją Europejską, która wydaje w tym zakresie odpowiednią decyzję. Przedmiotowa zmiana PROW 2014-2020 zostanie zaprezentowana na najbliższym posiedzeniu Komitetu Monitorującego PROW 2014-2020, które odbędzie się 25 czerwca br.

W kontekście perspektywy finansowo-programowej WPR po 2020 należy wskazać, że na obecnym etapie uzgodnień dotyczących przyszłości WPR nie można przesądzić, jaki ostatecznie będzie kształt tej polityki. Nie możemy zatem już teraz powiedzieć, jakie instrumenty wsparcia rolnictwa i wsi będą w przyszłości wdrażane w Polsce.


Jednocześnie, MRiRW zwraca uwagę, że obecne przepisy dotyczące WPR przewidują już możliwość wsparcia związanego z produkcją. Polska stosuje takie wsparcie m.in do krów. W ramach I filara WPR płatności do krów przyznawane są od roku 2010. 

W latach 2010-2014 były one realizowane w ramach Programu wsparcia specjalnego i obejmowały województwa: śląskie, małopolskie, podkarpackie, świętokrzyskie, lubelskie. Od roku 2015 w całym kraju realizowana jest płatność do krów. 

Płatność ta przysługuje rolnikom posiadającym co najmniej 3 krowy w wieku ponad 24 miesięcy. Przyznawana jest maksymalnie do 20 szt. krów w gospodarstwie. Liczba krów zgłoszonych do płatności bezpośrednich w 2018 r. wyniosła ok. 1,76 mln szt. Stawka za rok 2018 wynosi 373,70 zł/szt. Całkowita pula środków finansowych na rok 2019 wynosi ok. 153,4 mln EUR.


Należy nadmienić, że tego rodzaju płatności nie mogą, zgodnie z przepisami UE, obejmować sektora trzody chlewnej.]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/00e0b55cc3986c67ccce0e4c5835e2ba,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/00e0b55cc3986c67ccce0e4c5835e2ba,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">PiS obiecał rolnikom, że dopłaty do krów i świń mogą dostać jeszcze w tym roku. Jak się jednak okazuje tej obietnicy może nie dać się zrealizować.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/261613,zbiorka-do-puszki-wosp-pawla-adamowicza-czy-facebook-pobierze-prowizje</guid><link>https://natemat.pl/261613,zbiorka-do-puszki-wosp-pawla-adamowicza-czy-facebook-pobierze-prowizje</link><pubDate>Tue, 22 Jan 2019 12:04:05 +0100</pubDate><title>Ogromny sukces facebookowej zbiórki do puszki Pawła Adamowicza. Czy serwis pobierze z niej prowizję?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f298f334ac78069e783c086cd6c00090,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wraz z świetnym wynikiem facebookowej zbiórki do "puszki Pawła Adamowicza" pojawiły się wątpliwości co do tego, czy cała zebrana kwota trafi na konto WOŚP. A to z powodu zasad, jakie w przypadku zbiórek funkcjonują na Facebooku. Wyjaśniamy, jakie regulacje obowiązują w tym względzie na tym portalu społecznościowym.

Zbiórka zorganizowana przez Patrycję Krzymińską odniosła ogromny sukces, a z tysiąca złotych, który miał być zebrany zrobiło się już ponad 5 milionów. Jednak coraz więcej osób wyraża obawę o to, czy Facebook nie pobierze czasem prowizji od zebranej sumy. 
	
		
											
					
				
				Fot. screen z facebook.com/ zapełnijmy ostatnią puszkę Pana Prezydenta dla WOŚP
					

TezaAkcja zbierania pieniędzy do wirtualnej skarbonki WOŚP, która ma być przedłużeniem zbiórki Pawła Adamowicza, to spontaniczna decyzja Patrycji Krzymińskiej. Dotychczasowy wynik przeszedł najśmielsze oczekiwania, ale przy okazji tak powszechnego poruszenia facebookowej społeczności pojawiło się pytanie o to, czy cała zebrana suma trafi do WOŚP. Mówiąc wprost, czy Facebook może pobrać prowizję od zbiórki dla Pawła Adamowicza?A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZOkazuje się, że odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. I dokładnie taka, na jaką czekali darczyńcy. "Datki na rzecz organizacji dobroczynnych przekazywane za pośrednictwem systemu płatności na Facebooku nie podlegają opłatom. W przypadku prywatnych zbiórek pieniędzy od ich twórców są pobierane opłaty manipulacyjne, a w niektórych krajach naliczane są również dodatkowe podatki w momencie przekazywania zebranych środków" – tak brzmi odpowiedź z działu FAQ Facebooka. 


Prowizje nie zostaną więc pobrane ani za umieszczenie przycisku "Przekaż datek" (opłata za samo zorganizowanie zbiórki), ani od organizatora zbiórki.

Oddzielną kwestią pozostaje opodatkowanie takiej zbiórki. Do takowego dochodzi w przypadku, gdy choć jeden z darczyńców wpłaci na jej rzecz sumę przekraczającą 4902 złote. W przeciwnym razie nie musimy martwić się o opłaty na rzecz budżetu państwa.WNIOSKI FAłSZ   Internetowy gigant nie pobiera prowizji od datków zebranych podczas zbiórek na rzecz organizacji charytatywnych. Oddzielną kwestią jest opodatkowanie darowizny przez państwo, czym Facebook się nie zajmuje.Podziel się prawdą  Czy Facebook pobierze prowizję od zbiórki "zapełnijmy ostatnią puszkę Pana Prezydenta dla WOŚP"?  Nie, Facebook nie pobierze żadnej prowizji od zebranej kwoty.   Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f298f334ac78069e783c086cd6c00090,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f298f334ac78069e783c086cd6c00090,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Facebookowa zbiórka odniosła ogromny sukces. Pojawiają się jednak pytania, czy część pieniędzy nie trafi do Facebooka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/258275,medyczna-marihuana-w-polsce-mozna-ja-kupic-w-trzech-aptekach</guid><link>https://natemat.pl/258275,medyczna-marihuana-w-polsce-mozna-ja-kupic-w-trzech-aptekach</link><pubDate>Tue, 18 Dec 2018 16:23:15 +0100</pubDate><title>Media ogłosiły, że marihuanę można dostać w polskich aptekach. Sprawdziliśmy - to bzdura</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3107bf7eff2053767bc6e66421e4067e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tak samo szybko jak pieniądze z wypłaty przed Świętami rozeszła się wiadomość o trzech aptekach w Polsce, w których rzekomo od poniedziałku można kupić medyczną marihuanę. Sprawdziliśmy to.

Gazeta.pl usunęła już swojego newsa o dostępności medycznej marihuany w trzech aptekach w Polsce, jednak nadal można znaleźć jego ślady w wyszukiwarce Google.
	
		
											
					
				
				Media podały fake newsa.•Screen z wyszukiwarki Google
					

W innych mediach wciąż da się odszukać informację o tym, że apteki sieci Prima w Poznaniu, Wrocławiu i Koninie od poniedziałku 17 grudnia realizują recepty na medyczną marihuanę. To nieprawda.

– Tak, ma się pojawić, ale jeszcze nie wiemy kiedy – mówi nam farmaceutka, pracująca w aptece przy ul. Garbary 51 w Poznaniu. – Nie mamy jej jednak nadal w swoim magazynie, nie wiem, skąd taka informacja pojawiła się w mediach – dodaje.


– Nadal czekamy na medyczną marihuanę, z tego, co słyszałam, jest jakiś problem z formalnościami – dodaje pani magister z wrocławskiej apteki. 

Darowaliśmy sobie telefon do apteki w Koninie, ponieważ nietrudno było się domyślić, jaką usłyszelibyśmy odpowiedź. Postanowiliśmy zatem poszukać informacji u źródła i dowiedzieć się, o co chodzi z medyczną marihuaną, której nie ma ani w trzech wymienionych aptekach ani żadnych innych w Polsce.
                    
                    
                    
                    
                
                
                – Media, które podały tę informację, padły ofiarą fake newsa – mówi naTemat Grzegorz Ćwiek ze spółki InnerLook, obsługującej dystrybutora medycznej marihuany, SpectrumCannabis. – Na obecną chwilę w Polsce nie ma jeszcze medycznej marihuany, czekamy na domknięcie formalności po stronie niemieckiej – wyjaśnia.


Nasz rozmówca bardzo ostrożnie podchodzi do kwestii terminu, kiedy medyczna marihuana faktycznie miałaby znaleźć się w Polsce. Zapewnił nas jednak, że otrzymamy od niego odpowiedni komunikat, gdy pierwszy transport suszu z konopi przekroczy naszą zachodnią granicę. Dowiedzieliśmy się również, że dostawa dotrze do większej liczby aptek niż trzy.

W komunikacie będą również podane parametry dotyczące samego suszu – ilość i procentowy stosunek psychoaktywnego THC i CBD.
                    
                    
                    
                    
                
                
                – Nieprawdą jest, że medyczna marihuana będzie dostępna jedynie w trzech miastach w Polsce – zapewnia Ćwiek. – To pierwsza dostawa tego typu do naszego kraju, podejrzewam zatem, że urzędy naprawdę wnikliwie potraktowały jej sprawę, stąd to opóźnienie. Spółka Spectrum Cannabis pierwotnie zakładała, że susz z konopi pojawi się na polskim rynku na przełomie listopada i grudnia – dodaje. 


Tak będzie wyglądała sprzedaż
Grzegorz Ćwiek opowiedział nam również, jak w praktyce będzie wyglądało kupowanie medycznej marihuany przez pacjentów. – Farmaceuta, który otrzyma od pacjenta receptę na medyczną marihuanę, zadzwoni do dystrybutora, podając potrzebną ilość suszu, a ten dostarczy ją do wskazanej apteki w ciągu czterech godzin – tłumaczy nasz rozmówca. 

Pierwsza dostawa, jaka ma trafić do Polski, będzie zawierała 7 kg suszu z konopi. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że kolejne transporty mają być większe.WNIOSKI FAłSZ   Informacja, która piorunem przeszła przez polskie media, okazała się fake newsem. Nadal nie ma konkretnego terminu, kiedy medyczna marihuana trafi do polskich aptek. Wiemy jednak na pewno, że będzie ich więcej niż tylko trzy. Podziel się prawdą       Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3107bf7eff2053767bc6e66421e4067e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3107bf7eff2053767bc6e66421e4067e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Media podały informację o tym, że w trzech polskich aptekach można kupić marihuanę, z tym że to nieprawda.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/254243,czy-szczepionki-przeciwko-odrze-maja-waznosc-do-31-grudnia-to-nieprawda</guid><link>https://natemat.pl/254243,czy-szczepionki-przeciwko-odrze-maja-waznosc-do-31-grudnia-to-nieprawda</link><pubDate>Wed, 07 Nov 2018 17:41:46 +0100</pubDate><title>Sprawdziliśmy teorię antyszczepionkowców. Znamy daty ważności szczepionek przeciwko odrze</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3bf071013efeedecdf9b7d6493ce9377,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jak antyszczepionkowcy tłumaczą ostatni wzrost zachorowań na odrę w okolicach Warszawy? Teorią spiskową, że to działanie koncernów farmaceutycznych, których szczepionki zalegają w państwowych magazynach. Ich termin ważności miał mijać 31 grudnia tego roku. Sprawdziliśmy więc, ile jest tych szczepionek i do kiedy można je wykorzystać.

– To jest jedna wielka propaganda. Starszą nas epidemią, wciskają szczepionkę... a 31 grudnia kończy się ważność szczepionek w magazynach – powiedział w jednym ze swoich filmików Jerzy Zięba, guru antyszczepionkowców. A oni to podchwycili. Wystarczy zobaczyć komentarze pod artykułami naTemat dotyczącymi odry. 

"Statystycznie nie ma żadnej epidemii. Ilość zachorować utrzymuję się na podobnym poziomie od lat kilkunastu. Więc o co chodzi? Szczepionkom w magazynach kończy się termin ważności? Putinem nie dało się straszyć?", "Więcej jest zachorowań na grypę. Ale to szczepionki na odrę zalegają w magazynach. Kończy się ich termin ważności" – pisali internauci.


Zięba właśnie w taki sposób komentował doniesienia dotyczące pojawienia się sporego ogniska odry pod Warszawą. Lekarze pytali wtedy antyszczepionkowców: co oni na to? Szydzili z nich, że ich ideologia, żeby nie szczepić dzieci – zawodzi.
TEZA:Oczywiście zawalone szczepionkami magazyny, którym kończy się termin ważności, to kolejna fikcja autorstwa Jerzego Zięby. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ W Polsce są jasne procedury dotyczące transportu, przechowywania i wykorzystywania szczepionek. Zapisano je w Ustawie o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Z jej treści wynika, że każda szczepionka powinna być odpowiednio przewożona, magazynowana w określonej temperaturze i wykorzystywana zgodnie z terminem ważności. Po jego przekroczeniu środek musi trafić do utylizacji. 


Szczepionka przeciwko odrze powinna być przechowywana w temperaturze od dwóch do ośmiu stopni Celsjusza. Jeśli chodzi o jej termin ważności, to jest to zależne od producenta. Maksymalnie są to dwa lata, ale np. firma GSK, która jest jednym z producentów tej szczepionki na polskim rynku, wytwarza te preparaty z półtorarocznym terminem ważności. 

– Żeby zarejestrować lek, bada się jego trwałość w zależności od temperatury i wilgotności – mówi naTemat dr Leszek Borkowski, farmakolog. – Na podstawie tych badań ustala się tzw. bezpieczny zakres, który możemy znaleźć w każdej charakterystyce produktu leczniczego. Jest on przestrzegany i kontrolowany we wszystkich krajach świata przez tzw. inspekcję farmaceutyczną, która sprawdzając apteki, szpitale, producentów, porównuje zgodność leków z wytycznymi – tłumaczy ekspert.


Termin do konca roku?
Zapotrzebowanie na leki, w tym na obowiązkowe szczepionki, administruje Ministerstwo Zdrowia i Główny Inspektorat Sanitarny. Od kilkunastu lat działa elektroniczny system, który sprawdza stan zamówień. W ten sposób w każdej chwili można sprawdzić, ile jest danych szczepionek i jaki jest ich termin ważności. 

– Zakupione przez ministerstwo szczepionki trafiają do Centralnej Bazy Rezerw w Porębach, które stąd rozwożone są do wojewódzkich i powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych – wyjaśnia Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego. 


System pomaga też GIS, żeby ten nie kupował za dużo szczepionek, ale tyle, żeby tworzyły bezpieczny ich zapas. Wszystkie schodzą na bieżąco. W pierwszej kolejności używane są te, które zostały zakupione wcześniej. 

Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy rodzice wybierają prywatne szczepienie zamiast państwowego i bywa, że część zapasów należy zutylizować. Tak było np. w tym roku ze szczepionką przeciwko pneumokokom. Ale w przypadku szczepionki przeciwko odrze takich "wahnięć" nie ma.

– Szczepionkę MMR podajemy dwukrotnie. Miesięcznie schodzi nam 60 tysięcy dawek. Łatwo policzyć, że rocznie to daje nam liczbę 720000 szczepień. W tym momencie mamy na stanie 94 tysiące szczepionek przeciwko odrze, które mają termin ważności do 31 lipca 2020 roku. Jako ciekawostkę dodam, że do 31 października tych szczepionek z terminem ważności do końca roku mieliśmy dosłownie 3 ampułki – podaje rzecznik GIS.


Jak widać antyszczepionkowcy stworzyli kolejnego :"fejk newsa". Ich działanie podsumowuje doktor Borkowski. 

– Głupota nie ma granic, a najlepiej jest po prostu zobaczyć jak zachowują się ludzie, kiedy ich ta odra dotknie. Nie słyszałem, żeby ktoś na SOR mówił, że nie chce się szczepić, nie chce leczenia, że on będzie się oblewał kozim mlekiem i moczem sąsiadki lub stosował jakąś wymyśloną witaminę.WNIOSKI PRAWDA    Jerzy Zięba minął się z prawdą. GIS posiada obecnie 94 tysiące szczepionek przeciwko odrze z terminem ważności do 31 lipca 2020 roku! Pod koniec października GIS miał ostatnie trzy fiolki szczepionki z terminem do 31 grudnia tego roku.Podziel się prawdą  Kolejny "fejk news" antyszczepionkowców obalony. Nie ma żadnych stosów szczepionek przeciwko odrze z terminem do końca roku.   Jerzy Zięba znowu zakrzywił rzeczywistość. GIS posiada nie masę, a wystarczającą ilość szczepionek przeciwko odrze, które są ważne nie do końca roku a do połowy 2020 roku!   Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3bf071013efeedecdf9b7d6493ce9377,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3bf071013efeedecdf9b7d6493ce9377,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jerzy Zięba, guru antyszczepionkowców wie, dlaczego pod Warszawą pojawiło sie ognisko zachorowań na odrę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/252267,ziobro-moze-powolywac-sie-na-wyroki-niemieckich-sadow-tak-ale-manipuluje</guid><link>https://natemat.pl/252267,ziobro-moze-powolywac-sie-na-wyroki-niemieckich-sadow-tak-ale-manipuluje</link><pubDate>Thu, 18 Oct 2018 16:48:16 +0200</pubDate><title>Ziobro skarży traktat UE i mówi:  &quot;bo Niemcy też...&quot;. Pokazujemy, dlaczego nie ma racji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/af9ec544dd775515670618a87ed757ba,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Przepisy prawa europejskiego i ich zgodność z polską konstytucją to czarna magia dla przeciętnego Kowalskiego. I to skrzętnie wykorzystuje minister Zbigniew Ziobro. Jak rasowy polityk sypie z rękawa artykułami zagranicznych sądów, bo wie, że nikt tego nie sprawdzi. Otóż myli się.

– Jeśli niemiecki Trybunał Konstytucyjny w 2009 roku wypowiadał się na ten temat, czyli na temat kompetencji państwa niemieckiego w zakresie organizacji i funkcjonowania ustroju sądów niemieckich, to nie widzę powodu, żebyśmy mieli kompleksy i nie mieli zadać podobnego pytania polskiemu Trybunałowi Konstytucyjnemu – stwierdził na jednej z konferencji Zbigniew Ziobro.

Minister sprawiedliwości wspomniał o tym, ponieważ wystosował do polskiego TK zapytanie o weryfikację pod kątem stwierdzenia niezgodności z konstytucją artykułu 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Chodzi w nim o to, w dużym uproszczeniu, czy Unia może ingerować w sprawy dotyczące ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej w danym państwie członkowskiem. Tylko dlaczego akurat wybrał orzeczenie niemieckiego sądu? TEZA:Trybunał Konstytucyjny może sprawdzać zgodność przepisów unijnych z Konstytucją. I nie sam dobór orzeczenia niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, ale okrojona treść wyciągniętego z niego cytatu, jest tutaj najistotniejsza. Minister dokonał w tym przypadku politycznej manipulacji.A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ Traktat o Unii Europejskiej gwarantuje, że nadrzędną wykładnią prawa w danym kraju jest jego dokument zasadniczy i nie ma co do tego wątpliwości. Jeśli dochodzi do nieścisłości na styku z prawem UE – sądy idą na kompromis, dostosowując się do prawa UE. I tak zresztą mówi orzeczenie polskiego TK z maja 2005 roku.


– Ten wyrok stanowił jednoznacznie, że jeśli zachodzi kolizja między prawem unijnym a polską konstytucją, ustawodawca w naszym kraju ma dwa wyjścia: albo dostosuje konstytucję do przepisów unijnych, albo wyjdzie z Unii. Trzeciego wyjścia nie ma – powiedział portalowi Onet.pl Jerzy Stępień, były I Prezes TK. I zawsze był kompromis. 

Konflikt UE–PL
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. W Polsce z powodu reformy sądownictwa przeprowadzonej przez PiS, została naruszona zasada niezawisłości sędziów, która to podlega przepisom prawa unijnego. To ona jest przedmiotem sporu na linii rząd polski – UE, a nie, jak wpierają politycy PiS, ingerencja Unii w sprawy wewnętrzne naszego państwa. Kwestionowanie prawa Trybunału Sprawiedliwości do odpowiadania na pytania prejudycjalne polskich sądów jest kwestionowaniem naszego członkostwa w UE. Minister Ziobro bawi się prawem jak zapałkami, a jak będzie z tego pożar, powie, że to wina sędziów. https://t.co/D8BRkcB57G— Marcin Matczak (@wsamraz) 16 października 2018
O ingerencji nie może być mowy i o tym mówi prawo. Widać to chociażby w cytowanym przez Ziobro orzeczeniu trybunału z Karlsruhe. W całym fragmencie, nie jego części, którą wybrał minister Ziobro. Pełen przekaz wcale nie potwierdza tez stawianych przez ministra, który twierdzi, że artykuł 267 jest niezgodny z konstytucją. 


– W wyroku FTK czytamy, że "państwa członkowskie są zobowiązane (…) do zapewnienia skutecznej ochrony prawnej, której nie można naruszyć przepisami krajowymi" i to gwarantuje też art. 19 Traktatu o Unii – mówi w rozmowie z naTemat dr hab Aleksander Cieśliński z Katedry Prawa Międzynarodowego i Europejskiego Uniwersytetu Wrocławskiego. 

– Dalej FTK stwierdza, że "pozostawia się państwu organizację systemu sądowego" – to prawda, ale taką samą kompetencję ma w wielu innych dziedzinach, np. przy poborze podatków. To, że państwo ma do czegoś zachowaną kompetencję, nie oznacza, że można przy jej wykonywaniu naruszać podstawowe unijne zasady, zwłaszcza, gdy funkcjonowanie stworzonego systemu wpływa na całą Unię, jak jest przy sądach – dodaje.


Jak wyjaśnia, niemieckiemu Trybunałowi chodziło o to, że prawo unijne nie może stworzyć wspólnych przepisów o tworzeniu np. sądów powszechnych. Ale przecież nie to jest problemem w Polsce, a więc zasłanianie się tym wyrokiem nie wspiera argumentacji ministra. Czyli państwo tworzy sobie ustrój sądowy taki, jaki chce. Problem pojawia się wtedy, gdy zagraża sędziowskiej niezawisłości.

Trzeba trzymać pewien poziom... niezawisłości
Wynika z tego, że reformując wymiar sprawiedliwości musimy respektować te podstawowe zasady i wartości, które przyjęliśmy dokonując akcesji w roku 2004 i ratyfikując Traktat Lizboński w roku 2009, który wyraźnie potwierdził konieczność zapewnienia skutecznej ochrony prawnej i szerzej poszanowania praworządności, tak jak wielu innych wartości przewidzianych w art. 2 Traktatu Unijnego w obecnej wersji. 


Należy też przypomnieć, że zgodnie z art. 47 Karty Praw Podstawowych musimy zadbać o taki kształt wymiaru sprawiedliwości, w którym niezawisłość sędziowska jest niezagrożona i niepodważalna. Ziobro nie powinien natomiast sugerować, że nasza swoboda we wprowadzaniu reform jest całkowicie nieograniczona. W ten sposób bowiem można dowodzić, że w ramach tej swobody możemy sobie wprowadzić tortury w trakcie przesłuchań świadków w sądzie, bo przecież wymiar sprawiedliwości ma być "nietykalny" przez Unię. 

– Należy uświadomić sobie, dlaczego niezbędne jest respektowanie owych standardów unijnych. Państwo może ustanawiać sobie system taki jaki chce, ale musi zachować niezawisłość sędziów z dwóch powodów. Po pierwsze, to zasady rynku wewnętrznego – nasi przedsiębiorcy, pracownicy czy inwestorzy mają otwarty dostęp do rynków innych państw członkowskich i na takiej samej zasadzie dotyczy to tych, którzy z Unii przybywają do nas pracować, prowadzić biznes czy po prostu się osiedlać – mówi Cieśliński.


Cały powyższy system oparty jest na założeniu, że w każdym kraju sądy działają według zbliżonych zasad. Jeżeli podmioty unijne nie miałyby takich gwarancji w Polsce, nigdy nie zostalibyśmy przyjęci do Unii, a ich podważenie obecnie może doprowadzić do wyłączania naszego kraju i jego obywateli z tych przywilejów. Już z tego powodu nie można odmawiać instytucjom unijnym kompetencji do żądania przestrzegania tego, bez czego cała konstrukcja uległaby destrukcji. 

– Po drugie to tzw. przestrzeń sądowa, która obecnie jest zachwiana. Sądy innych krajów nie chcą wydawać swoich obywateli i wysyłają do polskich sądów zapytania o sprawiedliwy proces. Wyroki naszych sądów muszą być z automatu wykonywane w innych krajach, dlatego nasz system sądowniczy powinien odpowiadać tym samym standardom, dzięki temu funkcjonujemy we wspólnym systemie prawnym – wyjaśnia ekspert.


Wychodzi na to, że minister wyciągnął ten fragment orzeczenia FTK, ponieważ większość obywateli nie będzie wiedziała, w jakim kontekście ten organ je wydał. 

Wyrok był w czerwcu, a podpis w październiku
W sieci pojawiły się też argumenty, że Polska nie może powoływać się na niemieckie orzeczenie, bo zostało one wydane w czerwcu 2009 roku, przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, a Polska ten dokument podpisała w październiku tego samego roku. Otóż może powoływać się i może badać zgodność z konstytucją, bo nikt TK tego nie zabroni. Ale orzeczenie, jakie wyda, nie może łamać prawa UE.Dlaczego ZZ nie dodaje, że Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny badał zgodność Traktatu Lizbońskiego z ustawą zasadniczą jeszcze zanim Niemcy zakończyły proces ratyfikacji traktatu. Polska ratyfikowała traktat w październiku 2009.— Roza Skorek (@RaSkorek1) 17 października 2018
Moje BUM tak nieśmiało. Niemiecki trybunał rozstrzygnął,że TSUE nie może  wtrącać się w sądownictwo krajów UE w czerwcu 2009r Sytuacja prawna zmieniła się  w październiku  kiedy L.Kaczyński podpisał  traktat Lizboński a w grudniu ratyfikowały go wszystkiepaństwa UE.— Ufolec (@Sprawdzam2) 17 października 2018
– Argumentacja, czy to było przed czy po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego nie ma znaczenia i oczywiście minister Ziobro może wziąć sobie każdy taki trop i się nim posłużyć. Nawet twierdzenie, że "skoro Niemcy badali zgodność przepisów UE, to Polska też może", również jest poprawne. Tylko że orzeczenie FTK było wydane w określonym kontekście. To znaczy oceny, czy Niemcy mogą ratyfikować Traktat Lizboński i o to chodzi – mówi dr hab Aleksander Cieśliński. 


Jego zdaniem nawet gdy TK wyda orzeczenie o niezgodności z konstytucją artykułu 267, to sądy i tak będą mogły wysyłać zapytania do Trybunału Sprawiedliwości UE oraz działać według tego prawa.

A znane są przypadki, kiedy sądy krajowe zwracały się do TSUE właśnie dlatego, że w ramach prawa krajowego i określonego rozumienia konstytucji, które było na rękę akurat rządzącym, były pozbawione określonych kompetencji. Wtedy Trybunał w Luksemburgu zapalał niejako "zielone światło" i pozwalał sędziom na rozstrzygnięcia zgodne z podstawowymi zasadami unijnymi nawet wbrew brzmieniu przepisów krajowych.


– Ale próba podważenia skuteczności procedury pytań prejudycjalnych, do czego dąży minister sprawiedliwości, chcąc wyznaczać listę spraw, w których sędziom łaskawie pozwoli się je kierować, jest podważeniem fundamentów naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Tym samym, o ile nie wszystkie zachowania obecnego rządu powinny być ze zbyt dużą łatwością kwalifikowane jako próba "Polexitu", to w tym przypadku należy bić na alarm – podsumowuje ekspert. WNIOSKI PRAWDA    Owszem, prawdą jest, że minister mógł wykorzystać orzeczenie niemieckiego Trybunały Konstytucyjnego. Ale to jak to zrobił budzi wiele zastrzeżeń. Z politycznym wyrachowaniem wyciął z niego to co popiera jego argumentację, a na resztę, która jej przeczy, spuścił zasłonę milczenia. Podziel się prawdą  Ziobro powołuje się na niemieckie orzeczenie sądu. Wziął z niego to co mu pasowało, bo reszta przeczyła jego tezie.   Zbadaliśmy o co chodzi z orzeczeniem niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, na które powołuje się Zbigniew Ziobro. Owszem, Niemcy stwierdzili, że państwa członkowskie mogą tworzyć swój system sądowniczy, ale zwrócili uwagę na coś jeszcze – standardy niezawisłości sędziów, które trzeba respektować.   Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/af9ec544dd775515670618a87ed757ba,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/af9ec544dd775515670618a87ed757ba,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zbigniew Ziobro powołuje się na fragment orzeczenia niemieckiego TK, które w całości... przeczy jego tezom.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/247739,morawiecki-mowil-ze-inne-kraje-tez-ignoruja-wyroki-tsue-sprawdzamy</guid><link>https://natemat.pl/247739,morawiecki-mowil-ze-inne-kraje-tez-ignoruja-wyroki-tsue-sprawdzamy</link><pubDate>Wed, 29 Aug 2018 16:18:54 +0200</pubDate><title>Morawiecki: &quot;Inne kraje UE nie wykonują wyroków Trybunału&quot;. Ma rację, ale to manipulacja</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f2eeea0b256d55824600ffaa535b3bf4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Posłowie opozycji po słowach Jarosława Gowina i Mateusza Morawieckiego wieszczą, że partia rządząca szykuje nam Polexit. Wicepremier mówił, że może się zdarzyć, iż Polska będzie musiała zignorować orzeczenie Trybunał Sprawiedliwości UE, jeżeli ten będzie chciał złamać postanowienia Traktatu Lizbońskiego. A premier dodał, że wiele krajów europejskich nie wykonuje wyroków TSUE. Sprawdzamy, jak jest naprawdę i dlaczego sprawa Polski może być precedensem.

Teza"To nie Polska, a kilkanaście innych krajów Unii Europejskiej przez wiele lat nie wykonuje wyroków Trybunału Sprawiedliwości z Luksemburga" – stwierdził premier Morawiecki. Tak skomentował groźną zapowiedź wicepremiera Gowina, który nie wykluczył, że Polska może zignorować wyrok TSUE dotyczący ustawy o Sądzie Najwyższym. Twierdzenie, że w Europie są kraje, które już tak zrobiły, miałoby stawiać nas w lepszym świetle... Ale czy jest prawdziwe? A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZPolski precedens
By nie pozostać gołosłownym, premier podał przykłady państw, które nie wykonały wyroków TSUE. Wymieniał Włochy, Grecję, Hiszpanię. – Niemcy i Francuzi też mają takie wyroki niewykonane. To są wyroki w bardzo ważnych sprawach – przekonywał Morawiecki. I w tym względzie miał rację, tylko do 12 lipca br. 52 wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE nie zostały wykonane. 


Przodownikami są: Grecja (11 wyroków), Włochy (10) i Hiszpania (7). – Formalnie pan premier ma rację: państwom członkowskim zdarza się nie wykonywać wyroków TSUE – potwierdza doktor hab. Aleksander Cieśliński, specjalista w zakresie prawa Unii Europejskiej. Ale, co w tym kontekście najważniejsze, trzeba odróżnić kwestię Polski od pozostałych spraw. 

– Nigdy nie słyszałem o przypadku, żeby przed wydaniem wyroku jeden z najwyższych przedstawicieli rządu państwa członkowskiego twierdził, że go nie wykona, jeśli ten nie będzie mu się podobał. Zawsze był to spór prawny – podkreśla Cieśliński. Jego zdaniem po raz kolejny Polska ustanawia precedens. Aleksander Cieślińskiprawnik prawa międzynarodowego Państwa europejskie mogą robić przeróżne kombinacje, ale nigdy nie odbierały TSUE możliwości wydania wyroku i nie podważały jego treści. To, co opowiadał minister Gowin na temat tego, co jest zgodne z Traktatem Lizbońskim, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Trybunał Sprawiedliwości jest w pełni właściwy do oceny polskiej reformy sądownictwa, a to że sąd krajowy, tak jak SN, może zawiesić stosowanie przepisów, co do których istnieje wątpliwość zgodności z prawe UE, jest od dawna uznawane w orzecznictwie TSEU.   Również profesor Jerzy Menkes nie przypomina sobie, by jakiś kraj europejski zbuntował się i zakładał, że nie wykona wyroku TSUE nawet jeszcze go nie znając. – Jesteśmy w tej kwestii numerem jeden. A premier i wicepremier pewnie mają przeczucie, jaki będzie orzeczenie TSUE w naszej sprawie – stwierdza.

Sprawa polska a inne
Nie jest tajemnicą, że państwa europejskie często grają na zwłokę i wymigują się od wykonania wyroku TSUE. – To chleb powszedni, państwa nie wykonują wyroków TSUE, jeśli chodzi o te natury technicznej – zauważa Cieśliński. Ale dodaje, że nigdy nie zdarzyło się, by któryś z krajów ignorował orzeczenie Trybunału dotyczące fundamentów istnienia UE, a zwłaszcza zasad stosowania unijnego prawa.


W Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej jest nawet artykuł 260, który przewiduje, że jeśli państwo raz nie wykona wyroku Komisji Europejskiej, to ta może ponownie skierować skargę do TSUE, który w takim przypadku może nałożyć sankcje pieniężne. 

Dobrym przykładem są tu Włochy. W 2012 roku Trybunał orzekł, że rząd tego kraju nie wykonał oczyszczalni ścieków komunalnych. 

– Cztery lata później Włochy nadal nie podjęły koniecznych kroków i Komisja wniosła do Trybunału drugą skargę, domagając się nałożenia na ten kraj sankcji finansowych. W 2016 roku dalej tego nie zrobiono, dlatego TSUE zażądał zapłaty 30 mln euro za każde pół roku opóźnienia i ryczałtu – 25 mln euro – opowiada prawnik Aleksander Cieśliński. 


Podobnie było zresztą w przypadku Hiszpanii. Trybunał na ten kraj nałożył karę w wysokości 12 mln euro. A to za zwłokę we wdrożeniu dyrektywy dotyczącej oczyszczania ścieków. W 2011 roku uznano, że hiszpański rząd nie wypełnił dyrektywy, do dziś zresztą tego nie zrobił. Jeśli dalej będzie grał na zwłokę, to zapłaci 12 mln euro i ryczałt za opóźnienia. 

Kwestia fundamentalna
Opisane wyżej przykłady dotyczą – jak to określają specjaliści – prawa materialnego, natomiast sprawa Polski – ustroju, wspólnych europejskich wartości. – To jest kwestia fundamentalna. Natomiast pozostałe sprawy nie mają związku z demokracją czy rządami prawa – mówi nam profesor Menkes. 


Wtóruje mu Cieśliński. – Sprawa Polski, którą rozpatruje TSUE, nie dotyczy implementacji konkretnej dyrektywy środowiskowej czy przepisów o pomocy publicznej, tylko podstawowych zasad funkcjonowania prawa unijnego. To podważenie fundamentów członkostwa Polski w Unii Europejskiej.

Jest też inny wątek. Polska sprawa toczy się w zupełnie innym trybie. Zwykle to Komisja Europejska skarży się na dany kraj z powodu niestosowania się do prawa unijnego. Natomiast w przypadku Polski TSUE zajmuje się odpowiedzią na pytania Sądu Najwyższego o to, jak interpretować prawo unijne. 


Oznacza to, że adresatem odpowiedzi TSUE nie będzie polski rząd, a Sąd Najwyższy. Istotne jest więc, w jakim składzie będzie orzekał SN, kiedy przyjdzie odpowiedź. – Załóżmy, że skład SN zostanie szybko wymieniony i ten nowy, koledzy ministra Ziobry, powiedzą, że na pewno nie wykonają wyroku TSUE, to byłby kolejny precedens – mówi nam Cieśliński. To najgorszy scenariusz, którego nie można wykluczyć. 

– Jeśli polski rząd pójdzie na całość, wtedy Komisja Europejska będzie mogła wszcząć postępowanie przeciwko Polsce. A to dlatego, że łamiemy prawo przez emerytowanie sędziów SN. I zacznie się zabawa, Trybunał wyda kolejny wyrok, rząd powie, że go nie wykona. I zapewne za jakiś czas Komisja skieruje skargę i będzie kara do zapłaty – zaznacza nasz rozmówca.


Ale Polska może ponieść nie tylko konsekwencje finansowe. – Możemy mieć poważnie nadwątloną reputację, jako kraj który nie respektuje reguł klubu, do którego dobrowolnie przystąpił. A to przełoży się chociażby na respektowanie przez sądy innych państw UE wyroków polskich sądów – uważa Cieśliński. WNIOSKI FAłSZ   Poseł PiS nie złamał zakazu wojewody, ponieważ – jak mówią prawnicy i Rzecznik Praw Pacjenta – to dyrektor szpitala podejmuje decyzje w kwestii odwiedzin chorych w szpitalach w czasie pandemii. – Wojewoda ogólnie polecił "zakazać odwiedzin pacjentów przez osoby spoza szpitala", dopuszczając je ewentualnie "w szczególnie uzasadnionych przypadkach" – tłumaczy nam adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik. Podziel się prawdą  Czy Czarnek złamał zakaz wojewody ws. szpitalnych odwiedzin w czasie pandemii?      Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f2eeea0b256d55824600ffaa535b3bf4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f2eeea0b256d55824600ffaa535b3bf4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jarosław Gowin i Mateusz Morawiecki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/244799,samochod-rzadowy-z-ministrem-glinskim-lamal-przepisy-w-warszawie-czy-moze</guid><link>https://natemat.pl/244799,samochod-rzadowy-z-ministrem-glinskim-lamal-przepisy-w-warszawie-czy-moze</link><pubDate>Thu, 26 Jul 2018 13:15:56 +0200</pubDate><title>Gliński przyłapany, jego kierowca łamał przepisy na drodze. Czy limuzynie ministra wolno więcej?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f812852c6a130ff805bb414cb10abd28,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dziennik "Fakt" pokazał zdjęcia, na których widać, jak limuzyna z wicepremierem Piotrem Glińskim nie stosuje zasad w ruchu drogowym. Kierowca wioząc polityka do pracy wyprzedza na ciągłej, ignoruje znaki drogowe i jedzie po buspasie. Czy samochodom rządowym wolno więcej niż innym kierowcom? My uważamy, że nie.

TEZAPojazd, którym jechał minister Piotr Gliński ulicami Warszawy, łamał przepisy w ruchu drogowym.A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ W "Fakcie" pojawiły się zdjęcia, na których widać, jak do limuzyny rządowej przed swoim domem wsiada wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że potem samochód z politykiem w drodze do ministerstwa nie stosuje się do zasad w ruchu drogowym.

Na jednym ze zdjęć widać, jak jedzie buspasem, który w Warszawie przeznaczony jest tylko dla taksówek i autobusów. Potem ignoruje poziomy nakaz skrętu w prawo, a na koniec jeszcze przejeżdża linię ciągłą, żeby dostać się na inny pas ruchu. 


Wtedy może jechać jak chce
Co w tym dziwnego, przecież to samochód rządowy, więc wolno mu więcej, prawda? Żeby odpowiedzieć na pytanie trzeba ustalić, jakie pojazdy są uprzywilejowane na polskich drogach? Kodeks drogowy jasno mówi o tym, że, pojazd uprzywilejowany to taki, który wysyła sygnały świetlne w postaci niebieskich świateł błyskowych i jednocześnie sygnały dźwiękowe o zmiennym tonie, jadący z włączonymi światłami mijania lub drogowymi.

Takim samochodami są m.in. pojazdy: straży pożarnej, pogotowia, policji, jednostki ratownictwa chemicznego, straży granicznej, ABW, wywiadu, CBA, wojska, służby celnej i Służby Ochrony Państwa. W internecie pełno jest filmów z przejazdów takich pojazdów. Popularne są zwłaszcza karetki. Przejazd karetką przez miasto•Youtube.com / Damian514570 Przepisy mówią też, że pojazdem uprzywilejowanym staje się samochód, który jedzie w kolumnie, na której na początku i na końcu znajdują się pojazdy uprzywilejowane wysyłające dodatkowo sygnały świetlne w postaci czerwonego światła.


Gdy wymienione wyżej pojazdy uczestniczą w akcji ratowania życia, mienia lub zapewnienia bezpieczeństwa oraz jadą w oznakowanej kolumnie, mogą robić wszystko. Oczywiście uważając, żeby nie spowodować samemu wypadku. W praktyce znaczy to, że mogą wyprzedzać kiedy chcą, jechać pod prąd, wjeżdżać na skrzyżowanie na czerwonym świetle itd. Kolumna rządowa wioząca b. premier Beatę Szydło•Youtube.com / 24plreporterJak jechał samochód z Glińskim?
Ale w przypadku limuzyny wicepremiera było inaczej. Nie jechał na sygnale (brak niebieskich sygnałów świetlnych i syreny). Nie znajdował się też w kolumnie pojazdów. To był zwykły przejazd przez miasto. Czy taki pojazd, wymieniany przez kodeks, ale nie jadący na światłach czy w kolumnie, może przejeżdżać ciągłą czy ignorować znaki?


– Pojazd uprzywilejowany jest tylko wtedy jak wysyła te sygnały świetlne i dźwiękowe lub jedzie w kolumnie pojazdów i pierwszy i ostatni wysyłają oprócz niebieskiego dodatkowo światło czerwone – mówi naTemat Rafał Grodzicki z Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Warszawie.

– Jeżeli nie jedzie z włączonymi sygnałami świetlnymi, to musi się zachowywać jak pozostali uczestnicy ruchu i stosować się do wszystkich przepisów ruchu drogowego – dodaje nasz rozmówca i podkreśla, że kierowca nie może wtedy jechać po buspasie czy ignorować znaków drogowych. 


Pouczał z kultury w ruchu drogowym
A przypomnijmy, że dzień wcześniej Gliński brał udział w obchodach dnia św. Krzysztofa, gdzie zainaugurował akcję "Z kulturą w drodze". 

– Naszym obowiązkiem, jako osób publicznych jest apelowanie o to, by na polskich drogach panowała większa kultura. (...) Samochód, który prowadzimy to jest wielki, wielotonowy pocisk, to jest coś, co może być niebezpieczne – mówił podczas uroczystości Gliński.

Przypomniał, że "nie jesteśmy na drodze sami" i żeby zawsze przestrzegać zasad kultury na drodze, bo "kultura to jest przede wszystkim zdolność do samoograniczania się, czyli do tego żeby nie być agresywnym, żeby zawsze pamiętać, że może zawsze na drodze wydarzyć się coś niespodziewanego".WNIOSKI PRAWDA    Pojazd z wicepremierem Glińskim nie był uprzywilejowany. Na zdjęciach "Faktu" nie widać innych pojazdów rządowych z sygnałami świetlnymi, które świadczyłyby o tym, że limuzyna polityka jechała w kolumnie. Jego auto same też nie wysyłało żadnych sygnałów, które sprawiłyby, żeby mógł wyczyniać na drodze co chce. A tak, jego auto popełniło szereg wykroczeń. Podziel się prawdą  Gliński poucza o moralności na drodze, a dzień później limuzyną rozbija sie po Warszawie.   Limuzyna z ministrem Glińskim popełniła szereg wykroczeń drogowych w Warszawie. Jego pojazd nie był uprzywilejowany. Wicepremiera przyłapał na gorącym uczynku "Fakt". Dzień wcześniej Gliński pouczał kierowców i ganił za brawurę.    Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f812852c6a130ff805bb414cb10abd28,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f812852c6a130ff805bb414cb10abd28,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czy wicepremier Piotr Gliński jadąc do pracy złamał szereg przepisów w ruchu drogowym?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/244613,czy-mamy-prawo-publikowac-dane-policjanta-tak-zrobil-szczerba-odpowiadamy</guid><link>https://natemat.pl/244613,czy-mamy-prawo-publikowac-dane-policjanta-tak-zrobil-szczerba-odpowiadamy</link><pubDate>Tue, 24 Jul 2018 17:57:30 +0200</pubDate><title>Szczerba &quot;zdemaskował&quot; policjanta spod Sejmu. Sprawdzamy, czy mógł to zrobić</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b07aba6c18a98ddbe1404801110b749b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Zleciłem w trybie pilnym Departamentowi Prawnemu MSWiA ocenę prawną zachowań oraz możliwych do przewidzenia sankcji w związku z bulwersującym i skrajnie nieodpowiedzialnym wpisem Posła na Sejm RP" – napisał na Twitterze Joachim Brudziński. Chodzi o wpis posła Szczerby, który podał dane policjanta interweniującego pod Sejmem. Czy miał do tego prawo?

TEZA Poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba nie popełnił żadnego wykroczenia i nie naruszył dóbr osobistych policjanta, gdy na Twitterze opublikował jego wizerunek, stopień oraz imię i nazwisko. A Ty jak myślisz?PRAWDA czy FAŁSZ Interwencję w tej sprawie zapowiedział na Twitterze Joachim Brudziński. Minister spraw wewnętrznych stwierdził, że państwo musi reagować, kiedy atakuje się policję. Zlecił w trybie pilnym ocenę prawną w sprawie "skrajnie nieodpowiedzialnego wpisu Posła na Sejm RP". Zleciłem w trybie pilnym Departamentowi Prawnemu @MSWiA_GOV_PL ocenę prawną zachowań oraz możliwych do przewidzenia sankcji w związku z bulwersującym i skrajnie nieodpowiedzialnym wpisem Posła na Sejm RP  https://t.co/YFCoUXYm4q— Joachim Brudziński (@jbrudzinski) 22 lipca 2018
Problemem jest tu tak naprawdę odpowiedź na pytanie, czy policjant jest osobą publiczną, czy też nie? I tu zaczynają się schody. W poście Michała Szczerby są dwa elementy sporne: zdjęcie z wizerunkiem interweniującego policjanta oraz jego dane osobiste. Starszy aspirant Robert Sawera i obywatel Bartosz Adamczyk. Jeden z oddaniem służy władzy, drugi broni #WolneSądy. fot.(C) JohnBoB &amp; Sophie Art pic.twitter.com/IwaqHZkjvd— Michał Szczerba (@MichalSzczerba) 21 lipca 2018
W przypadku fotografii policjanta i publikacji jego wizerunku orzekał już Sąd Najwyższy. Sprawa dotyczyła policjantki, której wizerunek opublikowała lokalna gazeta z Trzebnicy. Chodziło o to, że kobieta przyjeżdżała do pracy samochodem, chociaż nie miała prawa jazdy. Zrobiono jej zdjęcie jak do niego wysiada, nagrano też film i puszczono w obieg. 


Oczywiście funkcjonariuszka została ukarana, ale pozwała gazetę z powództwa cywilnego o naruszenie jej dóbr. Sprawa dobrnęła aż do Sądu Najwyższego, który orzekł, że nie wszyscy funkcjonariusze publiczni stają się osobami powszechnie znanymi. Nie można więc publikować bez zgody wizerunku policjantki czy urzędniczki, zwłaszcza, gdy jest to osoba niesprawująca funkcji czy niezajmująca się kontaktem z mediami. 

W tej konkretnej sprawie wystarczające było ujawnienie danych: imienia i nazwiska funkcjonariuszki. Prezentacja wizerunku niczemu nie służyła. Nie miała charakteru prewencyjnego. Nie uwiarygodniała tekstów, bo ich rzetelność nie budziła wątpliwości. Skutkowała tylko napiętnowaniem i stygmatyzacją kobiety. 


Czy tutaj jest tak samo?
Patrząc na ten wyrok mamy sprawę jasną. Mamy do czynienia z wykroczeniem. Otóż nie do końca. W przypadku Trzebnicy na fotografii była tylko jedna osoba, policjantka i to o niej pisały media. Tutaj Szczerba wykorzystał zdjęcie reporterskie z demonstracji. Na zdjęciu jest więcej osób i chociaż poseł skupił się w opisie na jednym policjancie, to mamy tu do czynienia z funkcję reporterską zdjęcia. 

W tym przypadku prawo mówi jasno, że nie ma naruszenia, kiedy bez zgody osoby fotografowanej publikowane jest zdjęcie, na którym osoba stanowi jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, czy publiczna impreza.


– Samo ujawnienie zdjęcia pewnego zdarzenia, które rozgrywało się publicznie lub w ramach czynności funkcjonariusza, jest dopuszczalne – mówi w rozmowie z naTemat prof. Jan Błeszyński, specjalista w zakresie prawa cywilnego i prawa autorskiego. – Policjant jest funkcjonariuszem państwowym, który pełni swoje funkcje zgodnie ze znanymi powszechnie zasadami i wykonywanie tego rodzaju zdjęć sprzyja prawu do informacji i do krytyki. A każdy ma prawo dokumentować wydarzenia społecznie ważne i czynić z tego użytek – stwierdza nasz rozmówca.

Także sytuacja pod Sejmem z pewnością się do tego zalicza. Chociaż policjant nie życzył sobie publikacji wizerunku, to kwestia publikacji zdjęcia, która przedstawia jego interwencję na tle innych funkcjonariuszy, nie jest naruszeniem jego praw. Zwłaszcza, że miała charakter informacyjny. 



Profesor Błeszyński ma jednak małe wątpliwości co do faktu publikacji wizerunku policjanta z zaznaczeniem, że to "on zawinił" jako jednostka, a nie formacja. Czy to jest naruszenie? To powinien ustalić sąd podczas procesu z powództwa cywilnego.

Co z plakietkami?
A co z danymi osobowymi we wpisie posła PO? Tu kwestia rozbija się o plakietki imienne, których przy interweniujących policjantach zabrakło. Według rozporządzenia MSW z 2009 roku policjanci powinni je mieć przypięte do mundurów. Mówi też o tym zarządzenie Komendanta Głównego Policji z marca 2013 roku. Zwracał na to uwagę także inny poseł opozycji – Piotr Misiło. Dlaczego funkcjonariusze @PolskaPolicja w czasie demonstracji pod Sejmem w dniach 18 – 21 lipca 2018 r. nie mieli znaków identyfikacji imiennej? Dzisiaj złożyłem w tej sprawie interpelację do @jbrudzinski z @MSWiA_GOV_PL pic.twitter.com/KJp5PJfyTy— Piotr Misilo (@Piotr_Misilo) 23 lipca 2018
 Dlaczego więc ich nie ma? Związki zawodowe mają na to wytłumaczenie. 


"Obowiązek noszenia znaku identyfikacji imiennej powstaje, gdy policjant zostanie zaopatrzony w znak identyfikacji imiennej przez właściwą komórkę Policji. Praktyka, potwierdzona oficjalnym stanowiskiem Komendy Głównej Policji wskazuje, że znak identyfikacji imiennej nie jest policjantom wydawany" – czytamy na stronie policyjnych związkowców. 

Głos w tej sprawie zabrał też rzecznik Komendanta Głównego Policji mł. insp. Mariusz Ciarka. Stwierdził, że identyfikatorów nie było, bo policjanci mogli ich nie przypiąć. Tak mówią przepisy we wspomnianym rozporządzeniu z 2009 roku. Znak identyfikacji imiennej nosi się z wyjątkiem okoliczności występowania w szyku zwartym, a zdaniem rzecznika protesty i manifestacje ochraniane są przez pododdziały zwarte.Przepraszam. Dopiero zobaczyłem pytanie. Już przesyłam odpowiedź, poniżej pic.twitter.com/e0Z2HgFucI— Mariusz Ciarka  (@MariuszCiarka) 24 lipca 2018
 Ale czy podanie danych było naruszeniem? 
Zdaniem ekspertów nie, bo policjanci działają jawnie i powinni mieć plakietki albo numer.
– Każdy policjant, jak działa służbowo, to albo ma tabliczkę z nazwiskiem, albo numer i jest do zidentyfikowania. To nie są anonimowe działania. To nie byli też funkcjonariusze operacyjni, których twarz jest utajniona i ktoś podał ich wizerunek oraz dane. W państwie demokratycznym policja działa jawnie i każdy ma prawo ich identyfikować – mówi nam prof. Jan Widacki. 


Podobnego zdania jest były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski, który uważa, że opublikowanie informacji o interwencji konkretnego policjanta, kiedy on ma identyfikator, to nie jest przestępstwo. Ale kiedy go nie ma?

– Każda osoba, która interweniuje, powinna być oznaczona z imienia i nazwiska albo przynajmniej z numeru służbowego. Nie może być tak, że to są osoby całkowicie anonimowe, co do których w ogóle nie można zasięgnąć wiedzy, kto to był. Przecież każdy interweniuje inaczej: jeden mniej, drugi bardziej zdecydowanie, jeden narusza przepisy, a inny nie – mówi naTemat Ćwiąkalski. 


Potwierdza tą tezę prof. Leszek Kubicki, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, także były minister sprawiedliwości. Opublikowanie wizerunku na fotografii i komentarza do zachowania policjanta w miejscu publicznym, gdy wykonuje swoje obowiązki, nie może być uznane za bezprawne. 

– On działa publicznie i jest pod kontrolą opinii społecznej. Jeśli nie miał numeru i plakietki z nazwiskiem, to zidentyfikowanie go i ujawnienie jego danych nie może być uznane za naruszenie jego dóbr – podsumowuje prof. Kubicki. WNIOSKI PRAWDA    Poseł Michał Szczerba nie naruszył dóbr osobistych i nie naruszył prawa publikując wizerunek oraz dane policjanta interweniującego pod Sejmem.

To sprawa bez precedensu, chociaż pomocne jest orzecznictwo Sądu Najwyższego i artykuły prawa autorskiego, na podstawie których można stwierdzić, że nie było to naruszenie. 

Podobnego zdania jest większość ekspertów, którzy twierdzą, że poseł miał prawo to zrobić i nie zrobił nic złego. Podziel się prawdą  Poseł Szczerba nie zawinił publikując wizerunek i dane policjanta.   Prawo i opinie ekspertów dowodzą, że Michał Szczerba nie postąpił bezprawnie publikując wizerunek i dane policjanta, który interweniował pod Sejmem. Chcesz dowiedzieć się więcej? Przeczytaj artykuł!   Podziel się    Tweetnij  ]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b07aba6c18a98ddbe1404801110b749b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b07aba6c18a98ddbe1404801110b749b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pod Sejmem w ubiegłym tygodniu działy się dantejskie sceny. Jedną z nich nagłośnił poseł Szczerba. Teraz policja i MSW grożą mu prawnikami.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
