<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Związki]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Związki w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/391,zwiazki</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,391,zwiazki" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/629333,biale-zwiazki-istnieja-naprawde-jak-brat-z-siostra</guid><link>https://natemat.pl/629333,biale-zwiazki-istnieja-naprawde-jak-brat-z-siostra</link><pubDate>Sat, 08 Nov 2025 07:06:24 +0100</pubDate><title>&quot;Napluł mi w twarz&quot;. Odeszła od męża po 50-tce, z nowym partnerem od 20 lat żyje jak brat z siostrą</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/efacf4ee969bcd655feabbc011bc6880,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wspólny dom, rachunki, codzienność. Ale nie zawsze wspólna sypialnia. Są pary, które żyją w tzw. białych związkach – rezygnują z życia erotycznego, odkładają na bok pragnienia i pożądanie. Czasem tylko na jakiś czas, a czasem na zawsze. – Decyzja o życiu w białym związku bywa odbierana przez społeczeństwo jako nienaturalna albo wręcz patologiczna – zauważa dr n. med. Robert Kowalczyk, prof. UMW.

Maria miała 50 lat, kiedy rozstała się z przemocowym mężem. Walczyła o ten związek dopóki, dopóty ten, któremu ślubowała wierność, nie napluł jej w twarz. Wtedy coś w niej pękło.
 – Spakowałam go i wystawiłam walizki za drzwi – opowiada. – Poszedł mieszkać do matki, więc nie miałam wyrzutów sumienia, że go na bruk wyrzucam. Wiele znosiłam, bo przysięgałam przed Bogiem. A ci, którzy żyją po Bożemu, o rozwód nie wnoszą.
Wciąż jestem jego żoną
Całe życie Marii było związane z kościołem. Pielgrzymki, czuwania, wspólnoty przy parafii. Ale Andrzeja poznała zupełnie gdzie indziej. Sporo starszy, spokojny, schorowany. Stał w kolejce na poczcie i jako jedyny zachowywał cierpliwość, kiedy doszło do awantury. 
Maria niczego tak bardzo nie potrzebowała jak spokoju. Potem wracali razem do domu. 
Od słowa do słowa, od kawy do kawy, zaczęła rodzić się między nimi przyjaźń. A później coś więcej. Ale Marii nie w głowie były miłosne uniesienia. –Teraz może czasy się zmieniły, ale wtedy byłam stateczną 50-latką – wspomina. – Ale to nie było głównym powodem. 
Nie szukała związku, bo wciąż, formalnie była w związku sakramentalnym z przemocowym mężem. Zgodnie z nauką Kościoła nie mogła rozpocząć życia intymnego z nowym partnerem, ponieważ byłoby to uznane za cudzołóstwo. – Na szczęście nikt nie miał z tym kłopotu, bo Andrzej mocno chorował i ta sfera w ogóle go nie obchodziła – ostrożnie waży każde słowo. – Zamieszkaliśmy razem i tak żyjemy po dziś dzień, już od prawie dwudziestu lat. Jak brat z siostrą. 
W tym czasie zdążyła się rozwieść. Ale jej małżeństwo przestało istnieć tylko dla państwa. Niczego to nie zmieniło w jej życiu. Mimo że wzięła ślub cywilny z Andrzejem, w oczach Kościoła nadal pozostaje żoną mężczyzny, od którego odeszła. 
– Nie mogę rozpocząć nowego życia w pełni, bo formalnie wciąż jestem żoną człowieka, którego nie chciałam już znać – tłumaczy. – Z Andrzejem żyjemy więc w białym małżeństwie.
Jedynym rozwiązaniem, które pozwalałoby jej żyć zgodnie z zasadami wiary i korzystać ze wspólnej sypialni, byłoby wszczęcie procesu kościelnego o stwierdzenie nieważności małżeństwa. 
Ale Maria nie miała na to siły. – Poza tym: jak unieważnić trzydzieści lat wspólnego życia? Udać, że go nie było? – dziwi się. 
Maria wiedziała, że istnieje takie rozwiązanie jak białe małżeństwo. Jednak – jak zauważa ks. Czupryński – wiele osób o tym nie wie.

– Często osoby w takich relacjach nie zdają sobie sprawy, że mogą świadomie wybrać życie bez współżycia, a jednocześnie wciąż pielęgnować swoją więź. Są zaskoczeni, że taka możliwość w ogóle istnieje – mówi ks. dr hab. Wojsław Czupryński, duszpasterz rodzin i wykładowca Wydziału Teologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie w rozmowie z naTemat.pl.
Ksiądz wspomina tu o małżeństwach niesakramentalnych (czyli takich, w których przynajmniej jedno z partnerów jest już po ślubie kościelnym, uznawanym przez Kościół za nadal ważny – przyp. red.), które rezygnują z pożycia małżeńskiego, a ich dalsze wspólne życie opiera się na miłości bratersko-siostrzanej. To właśnie takie małżeństwo, jak Marii i Andrzeja.
Mogą oni uzyskać zezwolenie na przystępowanie do spowiedzi i komunii św. 
Jak wyjaśnia dalej ksiądz, z punktu widzenia prawa kanonicznego istnieją dwa warunki, które muszą być spełnione. 
Czym jest biały związek? 
To relacja, w której partnerzy są razem – mieszkają, dzielą codzienność, wspierają się – ale nie łączy ich sfera intymna. Podobnie żyją niektóre pary w białych małżeństwach, w których mąż i żona po ślubie postanawiają żyć jak brat i siostra. 
Nie wiadomo, ile par w Polsce żyje w tzw. białych związkach. Nie istnieją żadne oficjalne statystyki dotyczące rezygnacji ze współżycia. Białe związki nie są też przedmiotem badań demograficznych. Większość par nie mówi o tym otwarcie, a brak sek*u w związku rzadko bywa ujawniany nawet w najbliższym otoczeniu.
Choć trudno określić skalę tego zjawiska, jedno jest pewne – temat przestaje być tabu.
Najczęściej ze współżycia rezygnują osoby wierzące. Kierują się wiarą, zasadami religijnymi i przekonaniem, że s*ks powinien być zarezerwowany wyłącznie dla małżonków. Są też tacy, którzy czekają z nim do ślubu. Ale oni przynajmniej mają przed sobą perspektywę dzielenia tej samej sypialni.
Tak jak Kaśka. Wytrzymała pięć lat trzymając się z Maćkiem za ręce. Poznała go w liceum – w czasach przed smartfonami, komunikatorami i mediami społecznościowymi. Wtedy, żeby utrzymać kontakt, trzeba było się naprawdę postarać. Pisać listy, dzwonić z pierwszej Nokii i czekać. I tęsknić.
– Od początku wiedziałam, że przed ślubem nie zdecyduję się na żadne igraszki – mówi. 
Jest katoliczką z krwi i kości. Do ślubu szła w białym welonie, a on w jej świecie symbolizuje jedno: czystość. – Płakałam ze szczęścia, że mi się udało. Że dotrzymałam obietnicy.
Studiowali w innych miastach. Widywali się w weekendy, czasem rzadziej. Przyjeżdżali do siebie, żeby choć trochę pobyć razem. Spacer, kino, wyjście do muzeum. W dzień było jakoś łatwiej. Wieczorami robiło się gorąco, powietrze gęstniało. 
– Michał w pokoju na stancji miał dwa tapczany – wspomina Kaśka z uśmiechem. – I my tak obok siebie, na tych łóżkach, łypaliśmy jedno na drugie.
Nieraz była już o krok od tego, żeby się na niego rzucić.  Ale zawsze w ostatniej chwili udawało jej się ochłonąć.
Czy w białym związku dozwolone są formy czułości, takie jak przytulanie czy trzymanie się za ręce? – Nikt tego jednoznacznie nie definiuje. Nie ma żadnego podręcznika, który określałby "co do centymetra", co wolno, a czego nie. Nikt też nie będzie przecież ganił małżonków za to, że się do siebie przytulą – tłumaczy ks. dr hab. Wojsław Czupryński.
I z uśmiechem dodaje: – Dużo łatwiej jest powstrzymać się od s*ksu przez trzy miesiące niż przez trzydzieści lat.
Czasem i po ślubie partnerzy też ze sobą nie śpią. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to sprzeczne z tym, co zwyczajowo rozumiemy przez małżeństwo czy partnerską intymność, zdarzają się relacje, w których strefa erotyczna zanika powoli. Aż związek staje się biały. 

Dr n. med. Robert Kowalczyk, prof. UMW – psycholog, certyfikowany seksuolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoterapeuta i biegły sądowy w swoim gabinecie spotyka wiele par, u których w związku nie ma s*ksu lub jest go bardzo niewiele. 
 – Czasami to sytuacja przejściowa, wynikająca z trudności emocjonalnych, stresu czy problemów zdrowotnych, a czasem świadoma decyzja partnerów – wymienia współautor m.in. "Sztuki rozstania", "Sztuki bycia razem" i "Męskiej rzeczy. Wszystko co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie". 
I dodaje:
– Sam brak seksu nie musi oznaczać, że związek się rozpada. Wszystko zależy od przyczyn tej sytuacji, kontekstu oraz jakości więzi emocjonalnej między partnerami.
Czym jest s*ks dla pary?
– W badaniach widać, że często pełni on funkcję komunikacyjną – wyjaśnia prof. Kowalczyk. – Jest sposobem wyrażania uczuć, troski i zaangażowania. Kiedy tej formy ekspresji brakuje, więź między partnerami może się osłabić. Ale czasem rezygnacja ze współżycia jest świadomym, wspólnym wyborem, a bliskość przybiera inne, często bardzo złożone formy. 
Jak dodaje, badania np. Rosemary Basson, pokazują, że dla wielu par s*ks pełni rolę nie tylko biologiczną, ale też emocjonalno-relacyjną, wzmacnia poczucie bliskości i przynależności.
Kto świadomie rezygnuje z tej sfery? Jak mówi ekspert, decyzja o rezygnacji ze współżycia może wynikać z przekonań religijnych, duchowych, choroby lub innych trudności. – W takich sytuacjach zawsze warto o tym rozmawiać – podkreśla. – Nawet jeśli dotychczasowe formy ekspresji seksualnej są niemożliwe lub powodują dyskomfort, bliskość można budować na wiele innych sposobów. 
Ekspert podaje przykład: – Wyobraźmy sobie parę, w której jedna osoba przed ślubem chce współżycia, a druga nie. Jeśli obie okopią się w swoich przekonaniach, łatwo o impas. Dlatego kluczowa jest komunikacja i wspólne wypracowanie modelu intymności, który będzie akceptowalny dla obu stron. 
Jak mówi dalej, to da się pogodzić, pod warunkiem, że obie strony chcą rozmawiać i przede wszystkim, usłyszeć siebie nawzajem.
Zdaniem ks. Czupryńskiego w przypadku osób starszych łatwiej jest zrezygnować ze sfery seksualnej. – To oczywiście nie jest reguła, ale często bywa tak, że w późniejszym etapie życia te sprawy nie są już tak istotne jak wcześniej – zauważa.
S*ks jest OK
Białe małżeństwo, czyli związek, w którym małżonkowie żyją razem, ale rezygnują ze współżycia, nie jest współczesnym wynalazkiem. – To stary zwyczaj sięgający wiele wieków wstecz – mówi ks. dr hab. Wojsław Czupryński.
I przypomina, że s*ks w życiu małżonków odgrywa ważną rolę. – Kościół wcale nie postrzega współżycia jako czegoś brudnego czy grzesznego, choć takie przekonanie niestety wciąż bywa obecne w świadomości wiernych. Wręcz przeciwnie – o wadze wymiaru cielesnego świadczy fakt, że osoby dotknięte impotencją nie mogą ważnie zawrzeć małżeństwa w Kościele katolickim. 
– To pokazuje, że ciało i sfera seksualna mają swoje znaczenie w sakramencie małżeństwa – podkreśla duchowny.
Jak dodaje, w prawie kanonicznym istnieje także pojęcie tzw. małżeństwa niedopełnionego. – Oznacza to, że jeśli po ślubie nie dojdzie do aktu seksualnego, małżeństwo, choć ważnie zawarte, może zostać rozwiązane – wyjaśnia.
W świetle prawa cywilnego taki twór jak "białe małżeństwo" po prostu nie istnieje. Każdy związek małżeński jest pełnoprawny, niezależnie od tego, czy małżonkowie dzielą łóżko, czy nie. 
Zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Kościoła. Tutaj para młoda, aby żyć ze sobą po ślubie w czystości, musi spełnić pewne warunki. Bo trzeba pamiętać, że czasem jest to wynik własnej woli.
–  Jeśli młodzi ludzie decydują się na tzw. białe małżeństwo, powinni mieć ku temu poważne, dobrze uzasadnione powody. W takiej sytuacji potrzebna jest również dyspensa, czyli zgoda biskupa – podkreśla ks. Czupryński. 
A co z powołaniem dzieci na świat? – W białym małżeństwie małżonkowie nie odrzucają samej idei prokreacji. Nie wykluczają prokreacyjnego wymiaru małżeństwa, lecz wspólnie podejmują decyzję, że nie będą z tego prawa korzystać. To ważne rozróżnienie – czym innym jest odrzucać samą ideę prokreacji, a czym innym świadomie zrezygnować z jej realizacji, pozostając w zgodzie z nauką Kościoła – tłumaczy ks. Czupryński.
A co, jeśli po latach jedno z małżonków zmieni zdanie? – Wtedy, mówiąc po ludzku, trzeba rozmawiać i wspólnie szukać rozwiązania. Choć trzeba przyznać, że takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko – zauważa ksiądz.
Bliskość i czułość
Czy brak seksu oznacza brak bliskości? – S*ksualność to znacznie więcej niż sam akt penetracji – podkreśla prof. Kowalczyk. – Obejmuje bliskość, czułość, dotyk, emocjonalne zaangażowanie. Wiele par ma ten obszar bardzo rozwinięty, mimo że na przykład nie podejmują aktywności genitalno-genitalnych.
Ekspert zauważa, że współczesne społeczeństwa zachodnie, również polskie, silnie erotyzują pojęcie miłości i relacji. – W efekcie brak s*ksu w związku często postrzegany jest jako deficyt lub problem.
Pary, które rezygnują ze współżycia, mogą spotkać się z niezrozumieniem, a nawet z podejrzeniami, że "coś jest nie tak". Wynika to z kulturowej presji, która podpowiada: jeśli się kochacie, powinniście uprawiać seks. – To przekonanie sprawia, że decyzja o życiu w białym związku bywa odbierana jako nienaturalna albo wręcz patologiczna. Mam jednak nadzieję, że jako społeczeństwo coraz bardziej otwieramy się na różnorodność form bliskości – od relacji aseksualnych, po takie, w których s*ks nie jest kluczowym elementem, ale nadal istnieje głęboka więź między partnerami.
Anna nie śpi z mężem już od pięciu lat. Po narodzinach dziecka zamieszkali w osobnych pokojach. Tak było prościej. Niemowlę płakało w niebogłosy, Krystian potrzebował wyspać się do pracy. 
I tak już zostało. Anka jest zadowolona. Seks nigdy nie był dla niej ważną częścią życia. Wreszcie ma święty spokój.  
 – To nie tak, że go nie kocham – tłumaczy. –Po prostu jest mi z tym dobrze. Mąż chciał mnie zabrać do se*suologa, jakbym miała jakiś problem. A ja nie mam żadnego problemu! Po prostu czuję się szczęśliwa, że mamy oddzielne sypialnie. 
Mniej szczęśliwy jest mąż Anki. Czuje wściekłość i grozi rozwodem. 
Czy osoby żyjące w białych związkach mają szansę na trwałą, satysfakcjonującą relację?
 – Najważniejsze jest to, czy obie strony dokonują wyboru w zgodzie ze sobą – podsumowuje prof. Kowalczyk. – Brak s*ksu może być w pełni świadomą decyzją. I taki wybór należy uszanować.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/efacf4ee969bcd655feabbc011bc6880,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/efacf4ee969bcd655feabbc011bc6880,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Białe związki istnieją. Czym są?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/624329,nie-chce-nam-sie-wolimy-dokonczyc-serial</guid><link>https://natemat.pl/624329,nie-chce-nam-sie-wolimy-dokonczyc-serial</link><pubDate>Sat, 27 Sep 2025 07:02:00 +0200</pubDate><title>Bliskość odkładamy na później. Psycholog: &quot;Intymność wymaga więcej wysiłku niż odpalenie Netflixa&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/496b67107a684e1429611f9e6f88f496,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeszcze kilkanaście lat temu romantyzm przychodził nam bardziej naturalnie, a bliskość budowała się krok po kroku. Dziś coraz częściej traktujemy związek jak zadanie do odhaczenia, a nie jako żywy proces. – W gabinecie często słyszę zdania typu: "Będę w tym związku na pół gwizdka, bo jeśli spotkam idealną osobę, wówczas mogę w pełni się zaangażować"– mówi w rozmowie z dr n. med. Robert Kowalczyk, psycholog, certyfikowany sek*uolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Sek*uologicznego, psychoterapeuta i biegły sądowy.

Aleksandra Tchórzewska: Potrafimy jeszcze być romantyczni? Kiedyś wystarczały kwiaty i liściki, dziś na pierwszej randce często pojawiają się pytania o status finansowy. A do tego dochodzą coraz bardziej kontrowersyjne trendy randkowe, takie jak sneating czy shreking.
Dr n. med. Robert Kowalczyk, psychoterapeuta: Jestem właśnie po lekturze książki prof. Tomasza Szlendaka Miłość romantyczna nie istnieje.Związki, randki i życie solo w XXI wieku. Autor w niej rozprawia się z mitem romantycznej miłości – pokazuje ją jako maszynę do parowania, która jest archaiczna, nieużyteczna i niepotrzebna. 
Czy potrafimy być romantyczni w tych czasach? Myślę, że tak, ale prawdopodobnie w inny sposób niż kiedyś. Są oczywiście też przykłady skrajnych zachowań, o których pani wspomniała – tylko pytanie, czy kiedyś ich nie było, czy po prostu mniej o nich słyszeliśmy? Teraz bardzo szybko, jak ktoś nas zrani, możemy obwieścić to na Instagramie i wokół tego zbudować społeczność. To sprawia, że łatwo powstaje dość mylące wrażenie, że "kiedyś było lepiej" – zjawisko nazywane retrotopią, czyli idealizowanie przeszłości i mędzy innymi postrzeganie dawnych czasów jako bardziej romantycznych.
Kiedyś, opierając się na romantycznym sentymencie, mieliśmy kwiaty, listy, serenady. Dziś są SMS-y: "wracaj ostrożnie", wspólne playlisty na Spotify albo zapamiętanie ulubionego sosu partnera – czyli po prostu inne formy okazywania uczuć. To nie znaczy, że jest gorzej, tylko że jest inaczej, bo funkcjonujemy w zupełnie innych okolicznościach. Tak zwane mikrogesty czułości – drobne, codzienne oznaki zainteresowania – wciąż są obecne zarówno na etapie randkowania, jak i w późniejszych fazach związku, tylko przybierają współczesne formy.
Dlatego trudno powiedzieć, że kiedyś było więcej romantyzmu, a dziś mniej. Raczej mamy do czynienia z jego nowoczesnymi przejawami. 
A jednak współczesne pary częściej się rozstają niż nasi pradziadkowie czy nawet rodzice.
Myślę, że przyczyny trudności w związkach w dużej mierze pozostają podobne. Dawniej bieda, brak stabilizacji i zależność materialna często trzymały ludzi w niesatysfakcjonujących relacjach – choć należy się zastanowić, czy satysfakcja w ogóle była wtedy głównym celem związku. Dziś, w społeczeństwie zamożniejszym i bardziej otwartym na samodzielne decyzje, łatwiej jest odejść, gdy relacja nie spełnia oczekiwań.
Kiedyś duże znaczenie miała też przynależność do wspólnoty czy religijność – status "kawaler" czy "panna" był oceniany społecznie i w dużej mierze miał swój wydźwięk moralny, co między innymi zwiększało presję zawierania związków. Obecnie dużo mówi się o singlowaniu i różnych typach relacji – nie dlatego, że dawniej ich nie było, lecz dlatego, że były mniej akceptowane, a przez to widoczne. 
W swoim gabinecie najczęściej spotykam osoby z dużych miast i najczęściej uprzywilejowane, więc byłbym ostrożny z uogólnianiem na całą populację Najczęściej powtarzają się takie problemy w związkach jak: brak komunikacji emocjonalnej i wsparcia, poczucie wypalenia emocjonalnego, spadek satysfakcji, niedopasowanie stylu życia i ambicji oraz presja idealnego związku.
Idealnego?
Tak, traktują go jak projekt, który ma spełniać określone kryteria czy jak rodzinną firmę, w której obowiązują określone "warunki rekrutacji". Jeśli partner lub partnerka przestaje je spełniać, rodzi się napięcie, które może prowadzić do rozstania. W praktyce oznacza to, że ludzie noszą w sobie obraz "idealnego" partnera lub partnerki, sprawdzają kandydata pod kątem tego wzorca, a każdy brak dopasowania staje się pytaniem "czy to na pewno on/ona?"
W gabinecie często słyszę zdania typu: "Będę w tym związku na pół gwizdka, bo jeśli spotkam idealną osobę, wówczas mogę w pełni się zaangażować". Takie myślenie pokazuje, jak oczekiwanie na "idealnego partnera" wpływa zarówno na randkowanie, jak i na utrzymanie relacji. Coraz później wchodzimy w związki, często po długim okresie określanym mianem "czas samorealizacji, rozwoju osobistego". Chcemy być na to w pełni gotowi. 
Nie można też pominąć zdrady, która wciąż pozostaje jedną z głównych przyczyn rozpadu związków. Jeżeli to nastąpi, dla niektórych doświadczenie zdrady wywołuje lęk przed kolejnym zaangażowaniem. Pacjenci mówią "trudno będzie mi ponownie zaufać", odraczają decyzję o kolejnym związku. Wszystkie te czynniki tworzą obraz współczesnych związków – bardziej wolnych, ale też bardziej wymagających i podlegających presji bycia "idealnymi".
Rozwód to wciąż jeszcze powód do wstydu, czy raczej do świętowania nowego etapu życia?
W gabinecie często słyszę, że rozwód wciąż postrzega się bardziej w kategoriach porażki i wstydu niż jako szansę na nowy początek. Wciąż brakuje narracji rozwodu jako czegoś, co można przepracować i potraktować jako początek nowego etapu życia.
Piszę o tym także w najnowszej książce Sztuka rozstania, przygotowanej wspólnie z Agatą Stolą i Dawidem Krawczykiem. Pokazujemy w niej, że w Polsce wciąż borykamy się z problemem, jak rozmawia się o rozstaniach i rozwodach. W emocjach często obecne jest poczucie winy i porażki – że nie umiałem utrzymać relacji, że źle wybrałem partnera, że zawiodłem rodzinę. Jest kawałek wstydu podszyty uczuciem porażki. 
Te odczucia wzmacnia też otoczenie, zwłaszcza rodzina, która niekiedy przypisuje winę jednej stronie, najczęściej kobietom. Padają wtedy komentarze, że "wydziwiała" albo "za bardzo się wyemancypowała". Takie narracje wciąż funkcjonują, niezależnie od środowiska z jakiego wywodzi się osoba.
Czy w dzisiejszych czasach – przy natłoku bodźców cyfrowych, social mediów i łatwego dostępu do rozrywki – nie tracimy zdolności do autentycznej bliskości i intymności? Jak tu się kochać, kiedy nowy sezon serialu na Netflixie kusi?
Intymność, bliskość czy sek*ualność wymagają znacznie więcej wysiłku niż odpalenie Netflixa. W czasach wygody i natychmiastowej gratyfikacji takie łatwe doświadczenia wydają się naturalnym wyborem. Słyszę od par w gabinecie, że w hierarchii przyjemności bliskość czy se*s coraz częściej przegrywają z innymi aktywnościami, np. treningiem na siłowni czy kolejnym odcinkiem serialu. Ludzie mają świadomość, że intymność daje sycącą  nagrodę, ale wymaga zaangażowania, czasu i energii, więc często odkładają ją na później. Coraz częściej pary mówią mi wprost: "Nie chce nam się. Wolimy dokończyć serial". To świadczy o zmianie stylu życia i priorytetów. 
Widzę też w gabinecie, że samo pojęcie bliskości bardzo się różni u różnych osób. Dla jednych wspólne oglądanie filmu, siedzenie obok siebie i trzymanie się za rękę to już intymność i dowód bliskości. Dla innych to za mało: chcą wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, przeżyć coś razem, inaczej spędzić czas. Często z tego rodzi się konflikt: jedna osoba mówi "przecież cały czas spędzamy razem, oglądamy filmy", a druga odpowiada "ale ja potrzebuję czegoś więcej, dla mnie to nie jest bliskość". W efekcie obie strony mogą mieć poczucie, że druga ich nie rozumie, nie spełnia ich potrzeb. To pokazuje, jak różnie definiujemy  dziś bliskość – jedni utożsamiają ją z byciem fizycznie obok, inni z aktywnym doświadczaniem i działaniem. Co symptomatyczne, za mało rozmawiamy o tym – to gabinet psychoterapeutyczny staje się nierzadko miejscem takiej refleksji. 
Często czytam posty kobiet, które piszą: czuję się atrakcyjna, ładna, a on i tak woli odwrócić się ode mnie i scrollować półnagie zdjęcia innych kobiet na Instagramie.
Żyjemy w świecie superbodźców – świecie, w którym wszystko podawane jest szybko w atrakcyjnej, nowej i często esencjonalnej formie. To inny świat niż świat bliskości i intymności, który jest znacznie bardziej złożony, wymaga wysiłku i konfrontacji na przykład z frustracją.  Bliskość czy intymność w realnym świecie są o wiele bardziej zniuansowane, wymagają spotkania się z frustracją, kompromisu i akceptacji niedoskonałości.
Tymczasem coraz więcej osób funkcjonuje w przekonaniu, że nie muszą czuć dyskomfortu ani niczego sobie odmawiać. Dyskomfort w związku to wręcz pojęcie anachronicznee – z czasów, gdy ludzie trwali w relacjach, bo musieli. Na poziomie randek oznacza to szukanie "idealnej" partnerki czy partnera – bo jeśli coś nie pasuje, od razu pojawia się chęć ucieczki. To, co dawniej uznawano za normalną część związku – frustrację, kompromisy, niedoskonałości – dziś bywa postrzegane jako archaiczne. 
Związek powinien opierać się na kompromisie, a nie być narcystycznym przedłużeniem naszej wizji partnera. Jeśli zaczynamy traktować drugą osobę jak przedmiot, atrapę czy aktora w naszej relacji, wkraczamy w obszar aberracji. Wówczas relacja staje się projekcją naszych oczekiwań, a partner przestaje być realną osobą z własnymi potrzebami.
Naturalne różnice między partnerami – np. on woli gruszki, a ja jabłka – są normalnym elementem kompromisu. Problem pojawia się, gdy próbujemy "wychować" partnera lub dopasować go do naszej wizji relacji. Owszem, w związku zmiana z zasady to nic złego, ale próba "tresowania" partnera jest niebezpieczna i stoi w sprzeczności z ideą autentycznej relacji.
Jeśli przychodzą do pana pary szukać ratunku to znaczy, że komunikacja w związkach jest dziś lepsza niż kiedyś? 
Niekoniecznie – często pojawia się oczekiwanie, że partner zmieni się na terapii, podczas gdy sami czujemy się pełni i nie widzimy potrzeby zmiany. Szukamy raczej narzędzi, a te ma dostarczyć psychoterapeuta. Fantazje o zmianie partnera nie wnoszą jednak niczego do relacji.
Często komunikacja pozostaje pozorna – możemy wygłaszać oświadczenia, ale nie słuchać drugiej osoby ani nie porozumiewać się w sposób konstruktywny. Osoby mówią dużo, lecz to nie zawsze oznacza, że rzeczywiście budują relację.
Terapia może być świetnym wsparciem, ale jest ekskluzywna – nie każdy może z niej skorzystać na przykład ze względów finansowych. Poza tym terapia wymaga gotowości i zaangażowania. Widać wyraźnie, kiedy ktoś naprawdę chce pracować nad sobą i swoim związkiem. Niestety, czasem uczestnicy wygłaszają oświadczenia zamiast prowadzić prawdziwą, wnoszącą komunikację.
Czyli można powiedzieć, że z jednej strony nasze związki są dziś bardziej świadome, bo biegniemy do gabinetu psychoterapeuty, ale z drugiej strony pojawiają się większe oczekiwania i może więcej konfliktów niż kiedyś?
Nie wiem, czy konfliktów jest więcej, bo sam konflikt nie jest ani dobry, ani zły. To spotkanie z pewnym dyskomfortem, a kluczowe jest to, jak sobie z nim radzimy. Często mówię, że kryzys jest miarą tego, że dotychczasowe sposoby radzenia sobie nie wystarczają.
Jawne konflikty bywają w zasadzie sygnałem, że coś wymaga uwagi. Trudniejsze są sytuacje, gdy pary nie dostrzegają konfliktu, a napięcia pozostają ukryte – wtedy pojawia się pasywno-agresywna atmosfera, wszystko jest "zapudrowane" zamiast otwarcie rozwiązane.
Łatwiej pracuje mi się z parą, która ma między sobą emocje i potrafi je wyrażać, niż z parą, która je tłumi i udaje, że nie ma problemu. To właśnie stłumione emocje uważam za niebezpieczne.
Dlaczego współczesnym ludziom tak trudno budować trwałe związki?
Częściowo dlatego, że nadążanie za kompetencjami relacyjnymi jest trudniejsze – wciąż korzystamy z wyobrażeń z innej epoki, które nie do końca pasują do dzisiejszego świata.
Z jednej strony jest łatwiej: mamy większe równouprawnienie, więcej wiedzy psychologicznej i narzędzi do komunikacji, więc nie wszystko jest tylko złe. Z drugiej strony żyjemy w nadmiarze możliwości, co obniża naszą zdolność do inwestowania w jedną relację. To tzw. paradoks wyboru – kiedyś mieliśmy jedną opcję, dziś katalog możliwości jest ogromny, co potrafi przytłoczyć.
Do tego dochodzi narracja: "jestem tego warta, zasługuję na najlepsze". Lokujemy w partnerze zbyt wiele oczekiwań – ma być kochankiem, powiernikiem, przyjacielem, a czasem nawet rodzicem. Kiedyś wspólnota, "wioska", używając metafory zastosowanej przez Esther Perel, wspierała nas w budowaniu szczęścia, dziś jesteśmy w dużej mierze sami i sami musimy je wypracować.
Często oczekiwania są ze sobą sprzeczne. Gdy zestawimy wszystkie cechy, okazuje się, że nie da się ich pomieścić w jednej osobie. Do tego dochodzi brak czasu – skupiamy się na rozwoju osobistym czy zawodowym, a w domu oczekujemy, że osoba partnerska będzie jednocześnie kochankiem, powiernikiem, kucharzem i pocieszycielem. To nierealne, bo każdy z nas jest człowiekiem z wadami, a nie robotem, który spełni wszystkie funkcje.
Może już nie potrzebujemy relacji? Mamy social media...
Raport "Młodzi 2023" pokazuje, że młodzi wciąż pragną więzi – potrzeba intymności nie zniknęła. Media społecznościowe i rozrywki dają poczucie intensywności życia, ale często jest to złudzenie – prawdziwa, wspólna intensywność przeżywana z drugą osobą może być dużo bardziej rozwijająca.
Problemem nie jest brak pragnienia intymności, lecz przeciążenie bodźcami – Netflix, social media i inne zajęcia pochłaniają czas, odkładając na później spotkania i bliskość. To raczej "zabieracze przestrzeni" niż coś, co degraduje relacje czy intymność. Owszem, media społecznościowe i różnego rodzaju rozrywki częściowo zastępują kontakt w relacjach. 
Możemy narzekać, że kiedyś było lepiej, ale równie dobrze możemy nauczyć się z tym żyć i wykorzystywać te narzędzia w relacjach. Na przykład wysłanie czułej wiadomości partnerce czy partnerowi w social mediach jest fajne, ale samo w sobie nie zastąpi głębszej więzi.
Jakie lekcje od naszych przodków moglibyśmy wprowadzić do naszego życia, żeby było lepsze?
Świadomość, że nie trzeba doświadczać wszystkiego. Bo to nas gubi. Dla mnie to przekleństwo naszych czasów – obiecuje się nam, że wszystko możemy mieć, a jeśli czegoś nie mamy, od razu pojawia się poczucie deficytu. Kiedyś było inaczej – człowiek rodził się i umierał w określonej kategorii porównań, wyznaczonych np. poprzez miejsce zamieszkania – teraz jest nim cały świat, czempioni w swoich kategoriach – powstaje w głowie pragnienie może nie być realnie do osiągniecia, ale przekazane jest tak jakby było na wyciągnięcie ręki. Moim zdaniem nasi przodkowie byli bardziej pokorni – wiedzieli, że nie wszystko trzeba mieć, nie wszędzie trzeba być i nie każdym trzeba i można być.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/496b67107a684e1429611f9e6f88f496,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/496b67107a684e1429611f9e6f88f496,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Ekspert: Niektórzy traktują związek jak projekt</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/608984,nie-lubisz-komedii-romantycznych-to-moze-swiadczyc-o-twoim-zwiazku</guid><link>https://natemat.pl/608984,nie-lubisz-komedii-romantycznych-to-moze-swiadczyc-o-twoim-zwiazku</link><pubDate>Mon, 02 Jun 2025 12:25:13 +0200</pubDate><title>Jeśli nie lubisz komedii romantycznych, to znak. Oto, co mówi o twoim związku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/03f82c49222c93dbae438c88d38172b7,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Choć komedie romantyczne od lat cieszą się niesłabnącą popularnością, coraz więcej osób zaczyna dostrzegać ich szkodliwy wpływ na postrzeganie relacji międzyludzkich. Jeśli więc nie przepadasz za tym gatunkiem, może to świadczyć o twoim bardziej realistycznym podejściu do związków i zdrowych oczekiwaniach wobec partnera. Oto, co dokładnie mówi ta zielona flaga.

Nie lubisz komedii romantycznych? To może świadczyć o twoim związku
Typowa komedia romantyczna przedstawia uproszczony schemat: przypadkowe spotkanie, szybkie zakochanie, drobne przeszkody i szczęśliwe zakończenie. Taki obraz miłości może prowadzić do nierealistycznych oczekiwań wobec prawdziwych relacji. Komedie romantyczne często promują nierealistyczne wzorce, które mogą wpływać na nasze postrzeganie związków i samych siebie. 
Kompleks Kopciuszka i inne pułapki
Komedie romantyczne w zabawny i luźny sposób ukazują również "kompleks Kopciuszka". Nieszczęśliwa w swoim życiu, niepewna siebie bohaterka czeka aż ktoś ją "uratuje" co może prowadzić do zależności emocjonalnej i braku odpowiedzialności za własne życie. Tego typu narracje utrwalają stereotypy i mogą wpływać na nasze wybory życiowe. 
Idealizacja miłości a rzeczywistość
Badania sugerują, że osoby często oglądające komedie romantyczne mogą mieć wysokie, ale nierealistyczne oczekiwania wobec związków, wierząc w przeznaczenie i idealną miłość. Takie przekonania mogą prowadzić do rozczarowań i problemów w relacjach. 
Realistyczne podejście do związków
Niechęć do komedii romantycznych może świadczyć o bardziej realistycznym podejściu do związków. Osoby te często zdają sobie sprawę, że prawdziwa miłość wymaga pracy, komunikacji i zaangażowania, a nie jest jedynie wynikiem przypadkowego spotkania.
Alternatywy dla tradycyjnych komedii romantycznych
Dla tych, którzy szukają bardziej realistycznych przedstawień miłości, istnieją filmy, które przełamują schematy gatunku. Przykładem może być "Najgorszy człowiek na świecie", który ukazuje złożoność relacji i poszukiwanie własnej drogi życiowej.
Niechęć do komedii romantycznych nie musi oznaczać braku romantyzmu. Może to być oznaka dojrzałości emocjonalnej i świadomości, że prawdziwe związki opierają się na autentyczności, wzajemnym szacunku i wspólnej pracy. Zamiast szukać idealnej miłości rodem z filmu, warto skupić się na budowaniu realnych, zdrowych relacji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/03f82c49222c93dbae438c88d38172b7,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/03f82c49222c93dbae438c88d38172b7,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Nie lubisz komedii romantycznych? To może świadczyć o twoim związku</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/606689,jak-budowac-trwaly-zwiazek-6-zasad-doktora-harvardu</guid><link>https://natemat.pl/606689,jak-budowac-trwaly-zwiazek-6-zasad-doktora-harvardu</link><pubDate>Wed, 21 May 2025 12:30:29 +0200</pubDate><title>6 prostych rzeczy, które ratują związek – zdaniem doktora Harvardu. O jedym zapominamy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2038dbe6adaafc6262742f7ccce670d9,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Związek nie psuje się nagle – często niszczą go drobiazgi, które ignorujemy. Psychiatra Joseph Shrand pokazuje, że wystarczy trzymać się kilku zasad, by codziennie dokładać cegiełkę do naszego związku. Najciekawsze jest to, że zasady są banalnie proste. Może właśnie dlatego o nich zapominamy. Dajemy wam wyzwanie – wprowadźcie je do swojego związku i zobaczcie, co się stanie po tygodniu.

1. Kłamstwo to wirus związku. Nawet najmniejsze
Joseph Shran jest psychiatrą Harvardu specjalizującym się w neurobiologii zaufania, empatii i relacji międzyludzkich – głównie w kontekście uzależnień, młodzieży i zdrowia psychicznego. Jednak jego koncepcje świetnie przekładają się również na związki partnerskie.
Doktor nie pozostawia złudzeń – każde, nawet drobne kłamstwo, podważa fundament zaufania. A bez zaufania nie ma prawdziwej bliskości. Mówienie prawdy nie musi ranić – chodzi o bycie autentycznym, nie brutalnym.
Zaufanie buduje się przez szacunek. A szacunek – przez bycie szczerym i obecnym. Dopiero wtedy obie strony mogą czuć się bezpiecznie i być sobą, bez lęku przed oceną.
2. Sygnały między słowami: jak słuchać tego, czego nie powiedziano
Shran zwraca uwagę, że każdy z partnerów musi być wyczulony na nastrój drugiego. Nie reagować tylko na słowa, ale odbierać zmiany nastroju, subtelne gesty, zachowania inne niż dotychczas. Cisza przy śniadaniu czy opuszczone spojrzenie – to mogą być sygnały, że w związku już coś się dzieje lub nasz partner ma problem. Zamiast przechodzić obojętnie, wystarczy proste: "Widzę, że coś jest nie tak. Co cię trapi, porozmawiamy?".
Zdaniem Shranda to gesty, które tworzą prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. Pokazują: "Jestem tu. Widzę cię. Jesteś ważny/a". A w świecie powiadomień i rozproszeń taka uwaga to rzadki luksus.
3. Miłość to kawa rano i SMS w ciągu dnia
O tym najczęściej zapominamy! Niespodzianki, drogie prezenty, wymyślne randki na pewno podgrzewają atmosferę w związku, ale to nie one budują intymność i zaangażowanie na co dzień. Każdego dnia małymi gestami powinniśmy przypominać drugiej osobie, że ją kochamy.
Kawa podana mu do łóżka, zrobienie jej ulubionego dania, wysłanie SMS-a w ciągu dnia o treści: "Hej, tęsknię za tobą. Cieszę się, że cię mam". "Za każdym razem, gdy przypominasz komuś o jego wartości, zwiększasz swoją własną" – podkreśla Shrand. Miłość to nie fajerwerki, tylko ciepło, które nie gaśnie z dnia na dzień.
4. Martwisz się? Zamiast zakładać, zapytaj
Czasami, gdy czujemy, że partner się od nas oddala, zakładamy najczarniejszy scenariusz – (nie kocha mnie, ignoruje mnie, zdradza, jestem nieważny/a). Shrand sugeruje: bądź ciekawy, a nieprzestraszony. Zadawaj pytania z empatią: "Jak się czujesz? O czym myślisz? Widzę, że coś cię martwi". Takie podejście zmienia dynamikę relacji: przestajemy się bronić, zaczynamy się słuchać. To droga do porozumienia, nie do konfliktu.
5. Śmiejcie się częściej – to naprawdę działa
Śmiech to nie dodatek, to filar związku. Jak przypomina Shrand, wspólny śmiech wyzwala oksytocynę – hormon więzi. Ale jeszcze ważniejsze jest to, że pozwala przypomnieć sobie, dlaczego jesteśmy razem: dla wspólnej radości, lekkości i bliskości.
To także wentyl bezpieczeństwa w trudnych chwilach. Bo jeśli potrafimy się razem śmiać – poradzimy sobie z większością problemów.
6. Rozmawiajcie, żeby się zrozumieć – nie żeby wygrać
Kłótnie się zdarzają. Ale ich celem nie powinno być "mam rację", tylko "zrozummy się". Jak mówi Shrand, konflikt to szansa na dialog, nie na walkę. Zamiast zarzutów – pytania. Zamiast przekrzykiwania – słuchanie. Gdy przyznajemy się do błędów i szukamy rozwiązania razem, związek staje się miejscem rozwoju, a nie polem bitwy.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2038dbe6adaafc6262742f7ccce670d9,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2038dbe6adaafc6262742f7ccce670d9,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Jak budować trwały związek? 6 zasad doktora Harvardu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/605777,7-sygnalow-ze-twoj-partner-nie-jest-gotowy-na-zwiazek-numer-5-najgorszy</guid><link>https://natemat.pl/605777,7-sygnalow-ze-twoj-partner-nie-jest-gotowy-na-zwiazek-numer-5-najgorszy</link><pubDate>Sat, 17 May 2025 09:03:00 +0200</pubDate><title>7 sygnałów, że on nie jest gotowy na poważny związek. Numer 5 pokazuje, że się łudzisz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6737d4dd362aae6c60f554955dfbdfc5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli marzysz o stabilnej, dojrzałej relacji – ślubie, dzieciach, wspólnym mieszkaniu czy prawdziwym partnerstwie – warto uważnie przyjrzeć się, czy twój partner rzeczywiście jest gotowy na coś więcej niż tylko wspólne weekendy i dobre rozmowy. Oto 7 zachowań, które zdradzają, że niekoniecznie.

Można mówić piękne rzeczy, planować wycieczki i wysyłać serduszka w wiadomościach, ale to codzienne zachowania pokazują, czy ktoś naprawdę jest gotowy na związek. Jeśli zauważasz którykolwiek z tych sygnałów – nie ignoruj ich. Prawdziwa dojrzałość w relacji zaczyna się od szczerości, także tej wobec siebie.
1. Unika rozmów o przyszłości
Kiedy temat wspólnego mieszkania, wakacji za rok czy planów na życie pojawia się w rozmowie, on nagle zmienia temat albo zaczyna żartować? To może być znak, że nie traktuje waszej relacji długoterminowo. Osoba gotowa na związek nie musi mieć planu na każde 10 lat do przodu, ale nie ucieka przed myśleniem o przyszłości.
2. Trzyma cię na dystans emocjonalny
Możecie spędzać razem całe dnie, ale jeśli unika rozmów o uczuciach, nie mówi, co naprawdę czuje i nie dopuszcza cię zbyt blisko – to nie przypadek. To forma ochrony siebie, ale też często znak, że nie chce się wiązać głębiej. Gotowość do związku to także gotowość do bycia wrażliwym.
3. Nie angażuje się w twoje życie
Nie pamięta ważnych dla ciebie dat, nie interesuje się twoimi sprawami, nie pyta, jak poszła rozmowa o pracę ani co słychać u twojej siostry? Partner, który myśli o wspólnej przyszłości, chce być jej częścią – także tej codziennej. Obojętność to nie neutralność, to brak zaangażowania.
4. Nie idzie na kompromis
Związek to nie układ "po mojemu albo wcale". Jeśli za każdym razem to ty ustępujesz, dostosowujesz się do jego planów, a on nigdy nie wychodzi z inicjatywą, by pójść na twoje ustępstwa – prawdopodobnie nie traktuje tej relacji poważnie. Gotowość do związku to także gotowość do negocjowania.
5: Ciągle trzyma "otwarte opcje" – to czerwona flaga
To zachowanie, które powinno zapalić ci w głowie wszystkie możliwe alarmy. Twój partner ciągle komentuje atrakcyjność innych, flirtuje, ma otwarte konta na aplikacjach randkowych "dla żartu" albo utrzymuje zbyt bliskie relacje z dawnymi miłościami, ma koleżanki czy przyjaciółki, z którymi jest podejrzanie blisko? To jasny sygnał, że nie zamierza się wiązać na serio. Trudno budować zaufanie z kimś, kto nie zamknął jeszcze poprzednich rozdziałów.
6. Znika, kiedy pojawiają się problemy
Wszystko jest dobrze, dopóki nie pojawia się konflikt. A kiedy już coś się dzieje – nagle znika, nie odpisuje, nie chce rozmawiać. Dojrzała relacja nie polega na unikaniu trudnych momentów, tylko na wspólnym ich przechodzeniu. Jeśli partner znika przy byle przeszkodzie, nie licz na to, że stanie przy tobie, gdy naprawdę będzie trudno.
7. Wysyła sprzeczne sygnały
Raz mówi, że jesteś wyjątkowa, a tydzień później twierdzi, że "nie wie, czego chce"? Takie emocjonalne rollercoastery mogą być nie tylko wyczerpujące, ale też szkodliwe. Partner, który nie jest pewny siebie i swoich uczuć, nie zbuduje z tobą stabilnej relacji. A ty nie powinnaś być tą, która "go przekona".

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6737d4dd362aae6c60f554955dfbdfc5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6737d4dd362aae6c60f554955dfbdfc5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">7 sygnałów, że twój partner nie jest gotowy na związek. Numer 5 najgorszy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/605732,kryzys-w-zwiazku-w-wieku-srednim-7-porad-by-przetrwac-razem</guid><link>https://natemat.pl/605732,kryzys-w-zwiazku-w-wieku-srednim-7-porad-by-przetrwac-razem</link><pubDate>Fri, 16 May 2025 11:35:26 +0200</pubDate><title>Związki wieku średniego – 7 porad, których każda para potrzebuje, żeby przetrwać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/39c5b30b085e0e717ac1a3905c1f31a4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Z czasem każdy związek staje przed pytaniem: co dalej? Po latach wspólnego życia, wychowywania dzieci, budowania kariery, coś się zmienia. Nie ma już motyli w brzuchu, nie ma nocnych rozmów do rana. Coraz częściej pojawia się cisza, zmęczenie, poczucie, że coś się wypaliło. Związki wieku średniego nie rozpadają się nagle – tylko po cichu, dzień po dniu. Ale ten etap nie musi oznaczać końca. To może być nowy początek – pod warunkiem, że obie strony będą chciały zawalczyć. Oto 7 porad, które naprawdę mogą pomóc.

Związek to nie stan – to codzienna decyzja
Wiek średni nie musi oznaczać wypalenia. Może być czasem pogłębienia więzi, lepszego zrozumienia, dojrzałej bliskości. Ale nic nie dzieje się samo. Każdego dnia decydujemy, czy chcemy być ze sobą naprawdę – czy tylko razem mieszkać.
1. Nie unikajcie rozmów – to milczenie zabija relacje
Brak rozmów to nie neutralność. To powolna erozja więzi. Często pary przestają się komunikować, bo "nie ma o czym mówić", bo "wiadomo, co kto myśli". Przecież znamy się tyle lat, o czym tu rozmawiać? Ale to pułapka. Nawet najtrudniejsza rozmowa jest lepsza niż domysły i milczenie. Usiądźcie razem, odłóżcie telefony i zapytajcie: co czujesz? Czego ci brakuje? Czego potrzebujesz ode mnie?
2. Zaakceptujcie, że się zmieniliście – i nadal się zmieniacie
Po 40. roku życia jesteśmy inni niż dekadę wcześniej. Dojrzalsi, często z bagażem doświadczeń, czasem bardziej zamknięci. To naturalne. Kryzys często bierze się z próby utrzymania starego układu, który już nie działa. Zamiast próbować wracać do "dawnych czasów", lepiej zapytać: kim jesteśmy dziś? I jak możemy zbudować coś nowego – razem.
3. Nie rezygnujcie z bliskości fizycznej – nawet jeśli trzeba się jej nauczyć od nowa
Zanikanie intymności to jedna z najczęstszych przyczyn oddalenia w związkach dojrzałych. Ale bliskość nie zaczyna się w sypialni. Zaczyna się od dotyku, spojrzenia, obecności. Czasem potrzeba rozmowy o potrzebach i barierach, czasem wspólnego śmiechu. Seks nie musi wyglądać tak jak kiedyś – ale powinien być obecny w takiej formie, która daje wam poczucie więzi.
4. Wprowadźcie wspólne rytuały – one trzymają związek przy życiu
W codziennym chaosie łatwo się zagubić. Dlatego tak ważne są rytuały – nawet proste. Poranna kawa we dwoje, wieczorny spacer, wspólne gotowanie raz w tygodniu. To nie banały, to kotwice, które przypominają: jesteśmy razem. Rytuały nie muszą być romantyczne – wystarczy, że są wasze.
5. Zróbcie miejsce na siebie – nie tylko na rodzinę i obowiązki
Związki często schodzą na dalszy plan, kiedy dzieci, praca, dom wypełniają całą przestrzeń. Ale jeśli nie zadbacie o "czas dla nas", związek się wypali. Zaplanujcie wspólny weekend, chociaż raz w miesiącu. Odwiedźcie miejsce, które lubicie. Zróbcie coś tylko we dwoje. To nie luksus – to inwestycja w przyszłość waszej relacji.
6. Nie bójcie się prosić o pomoc – czasem potrzebna jest terapia
Wiek średni to dobry moment, by uczciwie powiedzieć: "nie radzimy sobie sami". Terapia dla par przestaje być tematem tabu – i słusznie. To nie jest oznaka porażki, tylko gotowości do pracy nad sobą i relacją. Dla wielu par to jedyna szansa, by zrozumieć, co naprawdę się dzieje – i jak to naprawić.
7. Dajcie sobie wzajemnie dobre słowo – i szczerą wdzięczność
W natłoku codzienności zapominamy o prostych gestach. O powiedzeniu "dziękuję", "fajnie, że jesteś", "cieszę się, że cię mam". Tymczasem to właśnie takie słowa przypominają, że ktoś nas widzi, docenia, kocha. Wdzięczność buduje – a jej brak potrafi zniszczyć nawet silne relacje.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/39c5b30b085e0e717ac1a3905c1f31a4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/39c5b30b085e0e717ac1a3905c1f31a4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kryzys w związku w wieku średnim. 7 porad, by przetrwać razem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/605636,toksyczny-zwiazek-7-zdan-ktore-mowia-kobiety-nie-usprawiedliwiaj-go</guid><link>https://natemat.pl/605636,toksyczny-zwiazek-7-zdan-ktore-mowia-kobiety-nie-usprawiedliwiaj-go</link><pubDate>Fri, 16 May 2025 10:14:53 +0200</pubDate><title>7 zdań, które wypowiadają kobiety w toksycznym związku. Powinna ci się zapalić czerwona lampka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/00ac9272a036d882dc7c8f85f03e1408,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miłość bywa oślepiająca, a toksyczna relacja potrafi się maskować przez lata. Kobiety w takich związkach często tłumaczą swojego partnera, nie dlatego, że są naiwne, ale dlatego, że desperacko potrzebują uwierzyć, że wszystko ma sens. Tłumaczenia, racjonalizacje, wybielanie – to mechanizmy obronne, które pomagają przetrwać rzeczywistość z kimś, kto rani, ale jednocześnie daje namiastkę ciepła. Oto 7 zdań, które powinny zapalić w głowie czerwoną lampkę.

Wybielanie toksycznego partnera to nie głupota. To strategia przetrwania, często wyuczona przez lata niedoborów emocjonalnych, niskiej samooceny czy wcześniejszych traum. Ale im szybciej zaczniesz rozpoznawać te zdania – tym szybciej możesz przestać je wypowiadać. I zacząć mówić rzeczy, które będą twoim głosem, a nie echem cudzych krzywd.
1. "On nie zawsze taki jest"
To jedno z najczęstszych zdań w słowniku osoby w toksycznym związku. Odnosi się do efektu intermittencyjnego wzmocnienia – czyli nieregularnych "nagród", które sprawiają, że kobieta tkwi w relacji. On potrafi być czuły, zabawny, kochany… raz na jakiś czas. I to "raz na jakiś czas" staje się wystarczającym powodem, by ignorować przemoc, chłód, manipulację.
2. "On miał trudne dzieciństwo"
Empatia to piękna cecha, ale w toksycznych relacjach często staje się pułapką. Kobiety są mistrzyniami w racjonalizowaniu tego, dlaczego partner ich nie traktuje dobrze. Jeśli miał trudne dzieciństwo, to przecież "nie jego wina", prawda? Problem polega na tym, że trudna przeszłość nie daje nikomu prawa do krzywdzenia innych. Tłumacząc partnera, kobieta chroni nie jego, a własne złudzenia.
3. "Odeszłabym, ale nie wiadomo, czy znajdę kogoś lepszego"
To zdanie ujawnia ogromne poczucie braku własnej wartości. Toksyczny partner często przez lata podkopuje samoocenę kobiety, aż ta zaczyna wierzyć, że "lepiej już nie będzie". Psychologia mówi o zinternalizowanej bezradności – kobieta nie tylko boi się odejść, ale też nie wierzy, że ma do tego prawo.
4. "W głębi duszy on mnie kocha (ale tego nie mówi i nie pokazuje)"
To zdanie brzmi jak marna obrona w sądzie – brak dowodów, ale dużo nadziei. W relacjach, gdzie brakuje miłości, kobieta często buduje obraz uczucia na domysłach i domniemaniach. "W głębi duszy" staje się schronieniem dla pragnień, których rzeczywistość nie potwierdza. To klasyczny mechanizm idealizacji – widzenie partnera nie takim, jaki jest, ale takim, jakim chcemy, by był.
5. "Mówił, że się zmieni"
Obietnica zmiany to silne narzędzie manipulacyjne. Czasem naprawdę wypowiedziane w dobrej wierze, ale równie często służy do zatrzymania partnerki przy sobie. Psychologowie nazywają to cyklem przemocy – po fazie napięcia i wybuchu następuje okres skruchy, prezentów, deklaracji… aż do kolejnego upadku. I tak w kółko.
6. "Jest lepszy niż wielu facetów/mój były"
To zdanie opiera się na niskim progu oczekiwań – skoro nie bije codziennie albo nie zdradza, to "jest okej". To mechanizm porównania w dół, który ma za zadanie obniżyć standardy do minimum. Problem w tym, że relacja, która nie jest otwarcie dramatyczna, wciąż może być destrukcyjna, emocjonalnie wyczerpująca i niszcząca psychikę.
7. "To moja wina, za bardzo marudzę/przesadzam"
Oto pułapka gaslightingu – kobieta zaczyna wierzyć, że to ona ma problem, że jej emocje są „nie na miejscu”, że jest zbyt wrażliwa, zbyt wymagająca. Czuje się winna za to, że chce być kochana, słyszana, szanowana. To jedno z najbardziej toksycznych przekonań – bo zabija w niej przekonanie, że zasługuje na coś lepszego.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/00ac9272a036d882dc7c8f85f03e1408,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/00ac9272a036d882dc7c8f85f03e1408,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Toksyczny związek – 7 zdań, które mówią kobiety. Nie usprawiedliwiaj go</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/570185,jak-dzielic-sie-finansami-w-zwiazku-polacy-odpowiadaja</guid><link>https://natemat.pl/570185,jak-dzielic-sie-finansami-w-zwiazku-polacy-odpowiadaja</link><pubDate>Sat, 28 Dec 2024 07:55:05 +0100</pubDate><title>Zapytałam pary, jak radzą sobie ze wspólnym budżetem: &quot;Nigdy nie wiesz, co będzie w przyszłości&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0aebf3ab98487ecd2dafc48cc6f40d72,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W długotrwałym związku podział finansów może budzić wątpliwości – czy to oznaka braku zaufania, czy raczej mądre zabezpieczenie na przyszłość? Zapytałam pary, jak radzą sobie z niewątpliwym wyzwaniem, jakim jest zarządzanie budżetem. Ich historie to cenna lekcja.

Podczas jednej z rozmów z przyjaciółmi temat podziału finansowego w związkach stał się niezwykle interesujący. Podejście do tej kwestii jest różne. Niektórzy całkowicie ufają sobie nawzajem, nie biorąc pod uwagę ewentualnych zmian życiowych, podczas gdy inni dzielą wszystko na pół, aby się zabezpieczyć. Są też tacy, którzy starają się znaleźć złoty środek. Jak to naprawdę wygląda?
Długoletni związek i podział majątku?
Osobiście znam parę, która jest razem od ponad 15 lat. Dziesięć lat temu wzięli ślub, teraz mają dwójkę dzieci i niedawno przeprowadzili się do nowego domu. Na pierwszy rzut oka wydają się być "idealną" rodziną, ale byłam zdumiona, gdy dowiedziałam się, że ich nowy dom jest podzielony na pół pod względem finansowym. Wydaje się to zaskakujące, biorąc pod uwagę ich długi staż w związku. Zastanawiam się, czy to kwestia braku zaufania?
– Dla nas to normalne, teraz jest dobrze, i nam się układa, ale nigdy nie wiesz, co będzie w przyszłości. Lepiej się zabezpieczyć i mieć spokój – mówią. 
Generacja Z i podział finansów
Przykład ten nie jest odosobniony. Jak sytuacja wygląda wśród młodszych pokoleń? Opowiada mi o tym Anna, która jest ze swoim narzeczonym od gimnazjum. Dwa lata temu się zaręczyli i teraz urządzają wspólnie mieszkanie. 
– Remont to kosztowna sprawa. Najwięcej pieniędzy idzie na kuchnię. Zdecydowaliśmy, że za meble płacę ja, a Wojtek za sprzęty kuchenne – opowiada.
Choć są razem od lat i wydają się być nierozłączni, postanowili podzielić majątek i koszty remontu. Skąd taka decyzja?
– Teraz wszystko jest w porządku, mamy plany na przyszłość i jesteśmy szczęśliwi, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie za kilka lat. Może pojawi się ktoś nowy w życiu Wojtka, albo w moim, mogą zmienić się nasze priorytety, albo będziemy musieli się przeprowadzić. Chcemy uniknąć sytuacji, w której jedno z nas zostanie z niczym. Mamy zbyt duży szacunek do siebie nawzajem, by to zaniedbać – tłumaczy Anna.
Szacunek to kolejny ważny aspekt. No i oczywiście dbanie o drugą osobę, bo chociaż chęć zabezpieczenia się może być przez niektórych postrzegana jako myślenie wyłącznie o sobie i swoim dobrobycie, to jest to również odbierane jako zadbanie o drugą osobę, jej komfort i przyszłość. 
Większość współczesnych par, zarówno małżeństw, jak i związków niesformalizowanych, myśli przyszłościowo. Chcą zabezpieczyć się na wszelki wypadek, w obliczu nieprzewidzianych sytuacji.
Jednak nie jest to reguła. Kasia i Michał są razem od kilku lat i postanowili razem zamieszkać i nie czują potrzeby, by dzielić dom i przedmioty między sobą. 
– Jesteśmy razem i mamy pewność, że się nie rozstaniemy. Nie czujemy potrzeby, by dzielić wszystko na "moje" i "twoje". Ufamy sobie nawzajem, więc nie martwimy się takimi rzeczami – mówi Michał. 
Tradycja a współczesność
Przeciwnicy podziału finansów, szczególnie osoby ze starszych pokoleń, często argumentują, że kiedyś wszystko było wspólne i nikt nie przejmował się takimi sprawami. W przeszłości, dzielenie majątku wydawało się niepotrzebne, a priorytetem było utrzymanie rodziny.
Jednakże, jak pokazuje rzeczywistość, przedstawiciele starszych pokoleń często nie myśleli o własnych potrzebach, koncentrując się nadmiernie na innych. Wiele osób przez lata czuło się nieszczęśliwych w swoich związkach. 
Nawet jeśli myśleli o zmianie swojego życia, jedna z pierwszych rzeczy, która ich powstrzymywała, to obawa przed utratą wszystkiego. Dużą rolę odegrała też w tym kwestia "co ludzie powiedzą". Dziś zdają się żałować, że nie pomyśleli wcześniej o jasnych ustaleniach z partnerem i zabezpieczeniu przyszłości.
"Przez lata byłem nieszczęśliwy w małżeństwie. Chciałem odejść, spróbować ułożyć sobie życie na nowo i postarać się o opiekę naprzemienną nad dziećmi. Żona jednak powiedziała, że nie da mi rozwodu, a jeśli będę próbował, to zabierze mi wszystko. Nie mieliśmy podpisanej intercyzy przed ślubem, a wszystko, co kupiłem do naszego domu, było wspólne. Bałem się długiego procesu, ciągnącej się sprawy. Po rozwodzie zostałbym bez dachu nad głową i środków do życia" – pisze Rafał na Facebooku. 
Pozostanie w małżeństwie, w którym dzieli się wszystko, może wydawać się bezpieczną opcją, ale dla wielu stało się to ciężarem.
"Byłam z mężem 30 lat i doczekaliśmy się czwórki dzieci. W pewnym momencie jednak zauważyłam, że żyjemy razem, a tak naprawdę osobno. Nie chciałam być posądzana o pozostawienie rodziny, zaczęłam się bać, jak poradzę sobie sama, zwłaszcza że mąż zarabiał więcej. Kiedy myślałam o rozwodzie, obawiałam się, że mogę zostać bez niczego. Po decyzji o rozstaniu musiałam się wyprowadzić, co było naprawdę ciężkie, zwłaszcza że mąż nie pozwolił mi zabrać kilku rzeczy. Mimo że było trudno, nie żałuję tej decyzji. Teraz czuję się wolna i niezależna" – dzieli się swoją historią w sieci pani Teresa. 
Komunikacja kluczem do sukcesu
Rozmowy o finansach w związku mogą być trudne, ale są kluczowe – jak pokazują badania, problemy z pieniędzmi są jednym z najczęstszych powodów rozstań w Polsce. Dlatego młode pary powinny usiąść razem i omówić, jak podzielą się wydatkami, zanim pojawią się potencjalne kłopoty.
Podział finansów w związku to nie tylko kwestie praktyczne, ale i emocjonalne. Niezależnie od tego, czy zdecydujecie się na wspólne konto i wydatki, a może na zachowanie podziału, najważniejsza jest komunikacja i wzajemne zrozumienie. Każda para jest inna i ma własną wizję na życie i przyszłość. Dobre zarządzanie finansami może pomóc w budowaniu silnej i trwałej relacji, a jednocześnie zapobiegać przyszłym konfliktom.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0aebf3ab98487ecd2dafc48cc6f40d72,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0aebf3ab98487ecd2dafc48cc6f40d72,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Podział finansów związku – czy to konieczne? &quot;Nigdy nie wiesz, co będzie w przyszłości&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/564371,kim-jest-avoidant-to-nowy-narcyz</guid><link>https://natemat.pl/564371,kim-jest-avoidant-to-nowy-narcyz</link><pubDate>Sat, 27 Jul 2024 19:49:14 +0200</pubDate><title>&quot;Avoidant&quot; to nowy narcyz – kobiety boją się go jak ognia. Ale czy faktycznie jest taki straszny?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c833495581291f6519e4dded0567b63b,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Internecie (i nie tylko) kobiety już od lat przestrzegają się przed narcyzami, często nazywając tak każdego byłego partnera, który prezentuje jakiś zestaw negatywnych cech lub po prostu zachowuje się w niepożądany przez nie sposób. Od niedawna dołączył do nich kolejny typ. Kim jest "avoidant" i czy rzeczywiście należy się go bać?

Powiedz mi, jaki masz styl przywiązania, a powiem ci, kim jesteś 
Żeby dowiedzieć się, kim jest rzeczony avoidant musimy przenieść się w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy brytyjski lekarz i psychoanalityk John Bowlby zauważył, że na rozwój emocjonalny dzieci znaczący wpływ ma to, jak matki reagują na ich niezaspokojone potrzeby w okresie niemowlęcym oraz jaką wytworzą z nimi więź. Te wczesne doświadczenia przekładają się następnie na to, w jaki sposób dana osoba wchodzi w relacje na późniejszych etapach życia. 
Warto dodać, że chociaż faktycznie najczęściej figurą przywiązania we wczesnym okresie dzieciństwa jest matka, obecnie uważa się, że może być nią każdy inny opiekun, z którym dziecko wchodzi w największą liczbę interakcji. Co ciekawe, brytyjski psychoanalityk podkreślał rolę matek nie tylko ze względu na epokę, w której żył. Dostawał za to... pieniądze od rządu, któremu zależało, by po II wojnie światowej kobiety siedziały w domach i zajmowały się dziećmi. 
Teorię Bowlby’ego rozwinęła amerykańsko-kanadyjska psycholożka Mary Ainsworth, która wyróżniła trzy podstawowe style przywiązania: 
bezpieczny styl przywiązania – tworzy się, gdy opiekun adekwatnie i przewidywalnie reaguje na potrzeby dziecka, akceptując zarówno jego potrzebę bliskości, jak i autonomii,
lękowo-ambiwalentny styl przywiązania – kształtuje się, gdy opiekun cechuje się pewnym stopniem nieprzewidywalności i nie wprost reaguje negatywnie na wyrażoną przez dziecko potrzebę autonomii,
unikowy styl przywiązania – formuje się, kiedy opiekun jawnie odrzuca dziecko lub każe go za wyrażanie negatywnych emocji.

Dodatkowo uczennica Ainsworth Mary Main wyróżniła zdezorganizowany styl przywiązania, który kształtuje się, gdy dziecko przeraża zarówno stosowana przemoc, jak i złość wyrażana przez opiekuna.
Teoria przywiązania jest jedną z popularniejszych teorii psychologicznych, która zakorzeniła się w społecznej świadomości. Niestety, jak to często w takich wypadkach bywa, uległa ona znacznemu uproszczeniu, żeby nie powiedzieć wypaczeniu. Efektem jest przypisywanie innym osobom jakiegoś stylu przywiązania po (często śladowych) objawach, a następnie interpretowanie reszty zachowań na podstawie owej "diagnozy" – bez brania pod uwagę kontekstu czy całej złożoności ludzkiej psychiki. 
Style przywiązania dla niektórych funkcjonują niemal jak znaki zodiaku, na podstawie których wyrokuje się o czyichś immanentnych cechach czy zachowaniach. Tak jak wyznawcy astrologii ostrzegają się przed Skorpionem czy Bliźniętami, fani teorii przywiązania na celownik wzięli nieszczęsnego avoidanta. 
Dalsza część artykułu poniżej.
Kim jest avoidant? To nowy narcyz mediów społecznościowych
Unikowy styl przywiązania to po angielsku avoidant attachment style (czasami nazywany również dismissive attachment style), więc jak już możecie się domyślić, mianem avoidanta określa się osoby, które zdaniem ich (najczęściej niewykwalifikowanych) obserwatorów przejawiają cechy i zachowania charakterystyczne dla tego rodzaju więzi. 
A wśród cech unikowego stylu przywiązania nich najczęściej wymienia się: 
przesadne zapewnianie o swojej niezależności,
niekonsekwencja w okazywaniu zainteresowania i czułości, 
wysyłanie mieszanych sygnałów,
emocjonalny dystans,
trudność w wyrażaniu emocji i myśli,
brak lub nieadekwatna reakcja na emocje partnera albo innych osób,
wycofywanie się z konfliktów,
problem z zaangażowaniem się w relacje,
brak umiejętności prowadzenia głębszych rozmów (większość konwersacji wydaje się płytka),
nieufność wobec innych,
przedwczesne kończenie relacji romantycznych z błahych powodów. 

Wyróżniający się powyższymi cechami avoidant jest w ostatnim czasie bohaterem (czy raczej należałoby powiedzieć – antybohaterem) materiałów w mediach społecznościowych: poświęconych temu, jak go rozpoznać i unikać, a – jeśli już wcześniej natrafiło się na niego na swojej drodze – jak poradzić sobie z tym "traumatycznym” doświadczeniem". 
Narracja o osobach cechujących się tym stylem przywiązania bardzo przypomina tę wokół narcyzów – podobnie jak z nich z avoidantów robi się anty-Graala randkowania. 
Jak w większości internetowych postów, w treściach tych brak jakiegokolwiek niuansowania czy pola dla różnych interpretacji zachowania. Natomiast istnieje spora przestrzeń do nadinterpretacji oraz patologizowania zachowań drugiej osoby i odczytywania ich jako atak na siebie. 
Trudno nie zauważyć, że działa tutaj ten sam mechanizm, który opisałam w moim poprzednim artykule na temat tego, jak media społecznościowe niszczą relacje romantyczne. "Chętnemu oglądaniu takich treści i wierze w nie z pewnością sprzyja fakt, że rzadko kiedy zachęcają one do autorefleksji nad własnym postępowaniem, a częściej upatrują winy w drugiej stronie i tym, jaką krzywdę wyrządza ona relacji" – przeczytacie w nim. 
Niektórzy wolą więc wierzyć, że to z ich partnerem/partnerką było coś nie tak, a nie, że być może oni również w jakimś stopniu ponoszą odpowiedzialność za rozpad związku. Czasami łatwiej też znieść myśl, że ktoś nie chciał kontynuować znajomości z nami, nie dlatego, że nie wzbudziliśmy dostatecznie jego zainteresowania, ale dlatego, że był avoidantem, który bał się zaangażować w relację. 
Dalsza część artykułu poniżej.
W większości materiałów w mediach społecznościowych (chociaż i takie się zdarzają) trudno jest dopatrzyć się empatii wobec avoidantów. A przypomnę, że ten styl przywiązania jest rezultatem poważnej deprywacji, która miała miejsce w dzieciństwie.  
O ile każdy dorosły człowiek powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny i nie ma co nadmierne usprawiedliwiać ich trudnościami natury psychologicznej (co w ubiegłym roku sprytnie wykorzystywali influencerzy, patrz: Gonciarz i Gargamel), to warto zdawać sobie sprawę, że część zachowań avoidanta może nie być personalnie wymierzona w nas, a być skutkiem jego braku umiejętności poradzenia sobie z bliskością z drugim człowiekiem. A to także dla niego potrafi stanowić źródło cierpienia.
Łatwo zauważyć, że łatkę avoidanta chętniej przyczepia się mężczyznom niż kobietom, co najprawdopodobniej jest pokłosiem tego, że spora ich część – ze względu na wychowanie zgodne ze stereotypami płciowymi – jest silniej "tresowana" do mniejszej otwartości emocjonalnej, utożsamianej z jedną z cech osób o unikowym stylu przywiązania. Chociaż rzeczywiście pewne badania wskazują, że facetów-avoidantów jest więcej, ta jedna cecha nie może prowadzić do dystynkcji. 
Randkuj z człowiekiem, nie stylem przywiązania
Tinderyzacja randkowania i przenoszenie kapitalistycznych mechanizmów na inne obszary poza konsumpcją sprawiają, że do potencjalnych partnerów czy partnerek podchodzimy jak do produktów na sklepowych (coraz częściej wirtualnych) półkach.
Na drodze takiej selekcji jesteśmy być może w stanie wybrać najlepszy kosmetyk czy komputer, skrojony niemal idealnie do naszych potrzeb i gustów, ale wprowadzenie takiej samej strategii przy wyborze partnera to prosta droga do porażki i nieustannego wymieniana kogoś na "lepszy model".
Powiedzenie, że "nie ma ludzi bez wad" wydaje się truizmem, ale niestety w ostatnim czasie chyba trzeba o tym niektórym przypominać. Tak samo, jak o tym, że wspomniane braki nie zawsze są oznaką tego, że ktoś jest "toksykiem" i należy uciekać przed nim, gdzie pieprz rośnie. 
Zamiast zastanawiać się, do jakiej szufladki kogoś włożyć (w tym wypadku z jakim stylem przywiązania), lepiej potraktować go jako człowieka z wadami i zaletami, dobrymi i złymi nawykami oraz indywidualną i niepowtarzalną historią; który jest czymś więcej niż wypadkową psychologicznych teorii i swoich negatywnych życiowych doświadczeń.   

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c833495581291f6519e4dded0567b63b,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c833495581291f6519e4dded0567b63b,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Kim jest &quot;avoidant&quot;?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/563498,chlopcy-tinderowcy-felieton-manueli-gretkowskiej-o-polakach-na-tinderze</guid><link>https://natemat.pl/563498,chlopcy-tinderowcy-felieton-manueli-gretkowskiej-o-polakach-na-tinderze</link><pubDate>Tue, 16 Jul 2024 11:31:31 +0200</pubDate><title>Chłopcy-tinderowcy. Dla młodych Polek problemem Tindera są... Polacy. Felieton Manueli Gretkowskiej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/49f44315044a181d03d524f1eea7cef7,1000,1000,0,0.webp" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Polskie dziewczyny pełne witaminy skarżą się na brak normalnego chłopiny – słyszę to od koleżanek mojej dwudziestoparoletniej córki. Wracają z włoskich wakacji w szoku.

Wystarczy się tam zalogować na Tinderze czy bardziej przyjaznym dla kobiet Bumble'u i spływają propozycje, komplementy. Włosi chcą się umawiać natychmiast, mimo upału. Ciao Bella, ciało bella, ciało pragnie miłości. Pieszo i skuterem – proponują pokazać okolicę, zabytki i własne walory. Co z tego, że każdej pewnie piszą: moja bogini, królowo, odstawiając włoską operetkę. Swoim zaangażowaniem zasłużyli na reputację kochanków Europy. 
Dla dwudziestolatek oblatanych po świecie problemem polskiego Tindera są Polacy. I nie dlatego, że w porównaniu ze Skandynawami mają mniej fotogeniczną... powiedzmy inteligencję. 
Wiadomo, u Duńczyków i Szwedów przewaga nad uzębieniem Polaków jest państwowa. Jeszcze ich ojcowie byli pojeni kranówką ubogaconą fluorem. A gdy fluor uczepi się genów, to na pokolenia szczęka błyszczy Hollywoodem. 
Kiedyś Słowian od Wikingów różniło nakrycie głowy. Oni nosili hełmy z rogami, nasi fryzurę na donicę. Teraz młodzi Polacy lubią się strzyc na wschodnioeuropejskiego kryminalistę, po czym łatwo ich odróżnić za granicą.
Za szczyt tinderowej męskości uważają pozowanie przy basenie (nie swoim), w ciasnych spodenkach, a obok drink z parasoleczką. Amerykanie w sieciowym randkowaniu też pokazują czym chata bogata, ale nie pod slipkami. Porównują się na długość spluwy. Taka amerykańska specyfika strzelania nie tylko do zwierząt, przypadkowych ludzi i prezydentów. 
Kandydaci na męża lubią imponować tym, co właśnie upolowali. Jeśli John z Teksasu złowił taaaką rybę, dziewczyna nie umrze przy nim z głodu, miłości. Niektóre Amerykanki to bierze i chwalą się fotkami profilowymi z własnoręcznie ubitą "padliną". Nasze dziewczyny, oprócz Konfederatek głosujących na partię odmawiającą im rozumu, raczej nie pozują z bronią.
Tinderowi Szwedzi bywają zabójczo przystojni, ale Szwedki uważają, że 90 proc. z nich jest wybrakowana emocjonalnie i mentalnie, mimo równościowej edukacji.
Zobacz też: Jak randkować, żeby wyjść z tego bez szwanku? Sprawdziłam na sobie, ale droga była długa
A Polacy? – pytam polskie tinderowiczki. – Tragedia – zgadzają się w diagnozie. Jeśli po napisaniu kilku banałów nie prosi o zdjęcie topless, to dżentelmen. Żaden seksista, jego autentycznie interesuje twoja dusza z sutkami. Umówić się? Owszem, jak się go namówi. Godzinę przed spotkaniem połowa facetów rezygnuje. Kto ich wychował? Wilki? One przynajmniej miewają gody.
Młodzi Polacy dezerterują z randki jak z wojska. Dlaczego skoro portale randkowe nie są przymusem i rekrutują raczej do łóżka niż do armii? Na barykadach rekonstrukcji historycznej Powstania Warszawskiego czy Grunwaldu chłopcy-tinderowcy umieją się bić, ale o serce pięknej i chętnej Polki już nie. Trudno mówić o bitwie, gdy nie zjawiają się na pierwsze miłosne manewry. 
Problem nie w tym, że nie dorastają do planów matrymonialnych. Oni nie dorastają do niezawyżonych standardów człowieczeństwa. Za to za darmo obniżają poczucie wartości dziewczyn. One płacą za siebie, więc nie trzeba im stawiać kolacji, nie oczekują bukietów.  Spodziewają się ludzkiego traktowania. 
Kiedy jeden człowiek umówiony na randkę spędza godzinę przed lustrem, nawet idzie do fryzjera albo kupuje nową sukienkę, wydaje na to pieniądze, traci czas. Drugi człowiek nie inwestuje nic. Celowe nieprzyjście na spotkanie jest typowym zachowaniem typu pasywno-agresywnym, czyli okazywaną nie wprost wrogością. 
A gdyby to było karalne odszkodowaniem jak niedotrzymanie umowy cywilno prawnej? Chłopcy tinderowcy piszący godzinę przed randką: Wybacz, muszę odwołać, babcia w szpitalu, żona kolegi rodzi, przejechało mi psa, nie wyrobiłem się z robotą – musieliby przynosić zwolnienie od lekarza, najlepiej psychiatry. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/49f44315044a181d03d524f1eea7cef7,1500,0,0,0.webp" /><media:content url="https://m.natemat.pl/49f44315044a181d03d524f1eea7cef7,1500,0,0,0.webp" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/563027,tiktok-niszczy-relacje-damsko-meskie</guid><link>https://natemat.pl/563027,tiktok-niszczy-relacje-damsko-meskie</link><pubDate>Sat, 13 Jul 2024 07:05:54 +0200</pubDate><title>Wszyscy są toksyczni, tylko nie ja. Oto jak media społecznościowe niszczą nasze związki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3bad6f625153750704505af0da73c7b8,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Jesteś w toksycznym związku, jeśli Twój partner…" – w niemal każdym medium społecznościowym można się natknąć na takie materiały, a w ostatnim czasie przoduje w nich TikTok. Z jednej strony pomagają one zwiększać świadomość dotyczącą krzywdzących zachowań i mogą zachęcić kogoś do opuszczenia przemocowej relacji lub poszukania pomocy. Z drugiej strony... no właśnie, czym może się skończyć szukanie porad psychologicznych w mediach społecznościowych?

Czasy, w których w związku trzeba było zagryźć zęby i wytrwać dla zasady, na szczęście mamy już za sobą. Przemoc domowa, czy to fizyczna, czy psychiczna, nie jest już traktowana jako element krajobrazu relacji, który da się zbyć słowami "ona/on już taki jest". "Bo zupa była za słona" już na szczęście nie przejdzie.
Wzrost świadomości na temat zdrowia psychicznego również spowodował, że częściej przyglądamy się naszym związkom (nie tylko zresztą romantycznym). Badania pokazują, że bycie w toksycznej relacji ma znaczący negatywny wpływ na jakość naszego życia – może obniżyć samoocenę, doprowadzić do chronicznego stresu, nasilenia lęków, zaniedbywania codziennych obowiązków, a nawet do depresji czy myśli rezygnacyjnych. 
O ile jednak przemoc fizyczna nie powinna ulegać niuansowaniu, przemoc psychiczna to już nieco bardziej delikatna materia. Może się bowiem okazać, że zgodnie z ostatnim trendami dotyczącymi "czerwonych flag" czyiś język miłości zinterpretujemy jako lovebombing (bombardowanie miłością w celach manipulacyjnych), a próbę przedstawienia innej perspektywy jako gaslighting (celowe wprowadzanie kogoś w błąd, by ta osoba zaczęła wątpić w swoje poczucie rzeczywistości i zdrowy rozsądek). 
To tylko dwa przykłady z brzegu, ale media społecznościowe zachęcają do wielu podobnych uproszczeń.  
Czy mój partner jest toksyczny? Według TikToka na pewno 
Wiedza psychologiczna stała się tak powszechna i popularna, że dziś niemal każdy czuje się specjalistą w tej dziedzinie. Media społecznościowe o charakterze psychoedukacyjnym na temat zdrowia psychicznego zakłada więc sporo osób, które nie mają kierunkowego wykształcenia w tym obszarze. Część z nich ma dobre intencje, inni liczą na szybki zarobek (nie ukrywajmy – psychobiznes to teraz dobry biznes), ale niezależnie od tego, skutki ich działalności mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. 
Specjaliści z portalu PlushCare przeanalizowali pięćset materiałów z TikToka oznaczonych hashtagiem "zdrowie psychiczne". Wnioski, do których doszli, są dość szokujące: 
83,7 proc. porad dotyczących zdrowia psychicznego na platformie wprowadza w błąd,
14,2 proc. filmów zawiera treści, które mogą być potencjalnie szkodliwe,
jedynie 9 proc. tiktokerów doradzających na platformie posiada odpowiednie kwalifikacje, a pozostałym 91 proc. brakuje przeszkolenia medycznego. 

Chociaż z analizy wynika, że najmniej trafne są materiały dotyczące ADHD (specjaliści uznali, że 100 proc. materiałów dotyczących tego zaburzenia wprowadza w błąd!), choroby afektywnej dwubiegunowej oraz depresji, domyślam się, że gdyby przyjrzeli się dokładniej wideo o związkach, ich wnioski mogłyby być podobnie opłakane. 
Na TikToku można znaleźć wartościowe materiały dotyczące relacji romantycznych (godnym polecenia profilem jest m.in. TherapyJeff, prowadzony przez licencjonowanego specjalistę zdrowia psychicznego), jednak nawet jeśli zaczniemy od oglądania profesjonalnych treści, uważny na nasz gust algorytm, szybko zacznie pokazywać nam podobne wideo, ale tylko pozornie – algorytm bowiem nie jest uważny na to, kto tworzy dany materiał, więc możemy skończyć na oglądaniu samozwańczych ekspertów. 

                
                    
                
                Innym "podgatunkiem" treści związkowych są krótkie refleksje zwykłych użytkowników o ich indywidualnych doświadczeniach. Te nierzadko są przez nich rozdmuchiwane do uniwersalnych psychologiczno-socjologicznych wniosków.  
Elementem wspólnym treści, które można uznać za potencjalnie szkodliwe, jest nadmierne upraszczanie relacji międzyludzkich. Częstym zjawiskiem jest nacisk na tylko jedną prawdziwą interpretację pewnych sytuacji czy zachowań. Twoja dziewczyna nie wstawiła twojego zdjęcia do mediów społecznościowych? Woli udawać, że jest wolna. Twój chłopak nie lubi twoich znajomych? To na pewno toksyk, który chce cię od nich odseparować. 
W taki sposób materiały te ograbiają relacje z całej złożoności, jaką wnoszą do niej dwie indywidualne osobowości. Nie biorą pod uwagę, że każdy może mieć inną historię rodzinną i związkową, a to, co obecnie dzieje się w jego/jej życiu może wpływać na zmiany w relacji (domorośli eksperci już by zawyrokowali, że rzadziej przytulający partner to na pewno omen zdrady). 
Dalsza część artykułu poniżej.
Filmy o związkach na TikToku wcale nie takie pożyteczne, jak je malują
Trudno nie zauważyć, że podobne materiały o związkach nastawiają też ludzi paranoidalnie wobec siebie. W każdej relacji warto zachować pewnego rodzaju czujność, ale wyszukiwanie najmniejszych potencjalnych sygnałów świadczących o toksyczności (niektórzy eksperci z TikToka oznak narcyzmu dopatrują nawet w oczach…) nie należy do zdrowych związkowych zachowań. 
Obsesja porównywania się ze wszystkimi i wszystkim, na co natkniemy się w mediach społecznościowych, dotyczy rzecz jasna także związków. Na TikToku znajdziemy mnóstwo materiałów relacjonujących, co partnerzy/partnerki użytkowników zrobili dla nich miłego albo listę rzeczy, które ich zdaniem są absolutnym minimum w związku. 
Porównywanie swojego życia do skrawka rzeczywistości ujawnionego przez internetowych twórców to prosta droga do niezadowolenia ze swojej relacji, a także do uformowania nierealistycznych oczekiwań w związku albo wobec przyszłego partnera/partnerki.   
– Ze względu na to, że media społecznościowe zachęcają do wielu porównań, wydaje się, że ludzie tracą orientację, co jest realistyczne, a co nie – powiedziała w rozmowie z amerykańskim magazynem VICE terapeutka par Jo Robertson.  
– Myślę, że znaleźliśmy się w znacznie bardziej potencjalnie szkodliwym miejscu niż niegdyś, jeśli chodzi o indywidualne zdrowie psychiczne każdego człowieka i potencjalnie relacje międzyludzkie – dodała pesymistycznie.
Nie wszyscy jesteśmy narcyzami 
TikTok jest obecnie jedną z najpopularniejszych platform społecznościowych szczególnie wśród nastolatków i młodych dorosłych. Po sieci krąży mem, który twierdzi, że tak jak starsze pokolenia wierzą we wszystko, co zobaczą na Facebooku, tak młodzi bezrefleksyjnie ufają temu, co usłyszą za pośrednictwem chińskiej aplikacji – i faktycznie coś w tym jest. 
Oczywiście, udostępniane treści dotyczące potencjalnych sygnałów ostrzegawczych o trwaniu w toksycznym związku mają potencjał zwiększenia świadomości dotyczącej krzywdzących zachowań i mogą zachęcić kogoś do opuszczenia przemocowej relacji lub poszukania pomocy. A to w ostateczności może pozytywnie wpłynąć na zdrowie psychiczne danej osoby. 
Inna zaleta związkowych filmów? Ściągnięcie piętna z osób będących w toksycznych relacjach poprzez pokazanie, że nie tylko one mierzą się z takim problemem i nie muszą się go wstydzić. 
Chętnemu na oglądanie takich treści i wierze w nie z pewnością sprzyja fakt, że rzadko kiedy zachęcają one do autorefleksji nad własnym postępowaniem, a częściej upatrują winy w drugiej stronie. To ona ma wyłącznie wyrządzać relacji krzywdę.
Mimo że lepiej oglądać filmiki od specjalistów, nawet one mogą doprowadzić do błędnych wniosków. Jakiś czas temu viralem stało się wideo udostępnione na TikToku przez psychoterapeutkę Dr. Annie Zimmerman (na TikToku @your_pocket_therapist), w którym opowiedziała o pięciu stylach, w jakich kłócą się osoby o osobowości narcystycznej. Efekt był taki, że wielu widzów zdiagnozowało narcyzm zarówno u swoich partnerów, jak i u siebie… 
– Myślę, że możemy zauważyć, że jakaś osoba ma pewne problematyczne cechy, które przypominają X, Y, Z. Ale to, co teraz się dzieje, to natychmiastowe przeskakiwanie do etykietek (…) – powiedziała w rozmowie z VICE wspomniana wcześniej Robertson. 
Trudno się jednak dziwić, że ludzie szukają porad, gdzie się da – konsultacje psychologiczne i psychoterapia drożeją, a na publiczne usługi w tym zakresie (przynajmniej w Polsce) trzeba czekać niewiarygodnie długo. Logiczne wydaje się więc, że ludzie odpalają Internet, w tym TikToka, na którym "pomoc" nie tylko jest natychmiastowa i darmowa, ale też najczęściej opakowana w atrakcyjnej formie.
Potrzeba ludzi do opowiedzenia o swoich przykrych doświadczeniach jest naturalna, a media społecznościowe umożliwiły uzyskanie wsparcia społecznego na niedostępną wcześniej skalę. Łatwo też zwrócić się w internecie o poradę do osób, które naszym zdaniem mierzą się z podobnymi problemami do naszych.
Warto jednak pamiętać, że chociaż internetowi pomagacze mogą mieć dobre intencje, ich rady na temat związków nie są prawdą objawioną. O tym, co naprawdę dzieje się w naszej relacji, najlepiej wiemy my sami. Nic nie zastąpi też pomocy specjalisty w gabinecie – pomocy dostosowanej indywidualnie do nas i naszej relacji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3bad6f625153750704505af0da73c7b8,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3bad6f625153750704505af0da73c7b8,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Filmy o związkach na TikToku wcale nie muszą być użyteczne</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/544223,przyjazn-miedzy-kobietami-jesli-uprawiacie-freudenfreude-kobiety-sukcesu</guid><link>https://natemat.pl/544223,przyjazn-miedzy-kobietami-jesli-uprawiacie-freudenfreude-kobiety-sukcesu</link><pubDate>Sat, 30 Mar 2024 08:28:05 +0100</pubDate><title>Jesteście prawdziwymi przyjaciółkami? Tylko jeśli uprawiacie &quot;freudenfreude&quot; – o co chodzi?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/de9465b2d3784df99028108d2cde0a48,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Myślisz, że wierna z ciebie kompanka, bo jesteś przy swojej przyjaciółce w jej złych chwilach? Psychologowie wskazują, że nie to świadczy o twojej dobroci i lojalności. Kluczem jest, jak reagujesz, gdy twojej przyjaciółce powodzi się jak najlepiej i osiąga sukcesy, o których ty możesz na razie pomarzyć – na tym polega "freudenfreude". To czerpanie radości ze szczęścia twoich bliskich. Zdobyć się na to mogą tylko girlboss i kobiety sukcesu.

"Freudenfreude" uprawiają kobiety sukcesu
Znasz powiedzenie, zgodnie z którym prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Psychologowie nie są co do tego tacy zgodni. Ktoś, kto wesprze nas w trudnych chwilach, co prawda jest na wagę złota, ale by poznać prawdziwe intencje bliskiej nam osoby powinniśmy "przetestować ją swoim szczęściem". Brzmi dziwnie?
By zrozumieć termin freudenfreude, trzeba najpierw poznać przeciwstawne do niego i o wiele bardziej znane hasło schadenfreude – to również niemieckie słowo oznaczające "radość z cudzego nieszczęścia". Teraz doczekało się swojego pozytywnego bliźniaka .
Co jednak ciekawe – kultywowanie freudenfreude ma sprawić nie tylko, że będziemy lepszymi przyjaciółmi, lecz także lepszymi ludźmi. I zjawisko to działa niezależnie od płci, jednak nierzadko mówi się, że w kobiecych kręgach brakuje solidarności, a kobiety częściej widzą siebie jako konkurencję. Na taki emocjonalny gest mogą zebrać się więc tylko ludzie sukcesu i prawdziwe girlboss. Co to znaczy?
Kim jest girlboss i co ma wspólnego z freudenfreude?
Dlatego mówi się, że freudenfreude uprawiają kobiety sukcesu. Tylko pewna siebie, silna kobieta z czystymi intencjami będzie prawdziwie szczęśliwa z sukcesu przyjaciółki.
Osoba o niskim poczuciu własnej wartości, pełna kompleksów czy niepewności w chwili, gdy ktoś z jej bliskich odnosi sukces, może poczuć się niepewnie – odczuwać zazdrość czy zawiść lub czuć na sobie wyłącznie presję na sukces, przez co nie będzie umiała z szacunkiem i otwartością cieszyć się z powodzenia innych.
Jak mówi psychoterapeutka i ekspertka od przyjaźni Marisa G. Franco, uprawianie freudenfreude wzmacnia naszą przyjaźń, a zgodnie z teorią kapitalizacji emocji – "jeśli dzielimy się naszą radością, ta rośnie, a jeśli ktoś reaguje na nasze szczęście pozytywnie, polepsza tym samym naszą relację".
Ekspertka wskazuje, że zgodnie z badaniami, ważniejsze dla nas jest to, jak przyjaciele zareagują na nasze sukcesy niż to, jak wspierają nas w cierpieniu. Mniej istotne jest więc dla nas to, jak przyjaciółka pocieszy nas po zwolnieniu z pracy – o wiele bardziej oczekujemy od niej radości z naszego awansu. 
A o taką życzliwość czasem trudno. Psychologowie wskazują, że sprawa jest najtrudniejsza, gdy zaczynamy porównywać się z osobą na podobnym poziomie życiowym co my – z korzyścią dla niej. Co to znaczy?
Dziewczyna od razu po studiach, która marzy o pracy w znanej redakcji modowej, ucieszy się z tego, że jej przyjaciółka zaszła w ciążę, której od lat pragnęła. Ale o wiele trudniej będzie jej szczerze uśmiechnąć się, gdy usłyszy, że to jej koleżanka ze studiów od razy po odebraniu dyplomu znalazła dobrze płatną pracę właśnie w modowej branży. 
I wcale nie dlatego, że jest z natury zawistną osobą! Po prostu kładzie na sobie presję, bo jej koleżanka osiągnęła coś, czego jej się nie udało. Strach, niepewność i zazdrość nie pozwalają jej na szczerą radość – ale to da się zmienić. Freudenfreude można się nauczyć.
Jak rozbudzić w sobie radość z sukcesów innych?
Życzliwości na sukcesy innych da się nauczyć, a to zbuduje również nas – jak pisał Joseph Murphy w "Potędze Podświadomości" szczęście i sukces magnetycznie płynie do tych, którzy z czystym sercem życzą go innym.
Powiedz do siebie: "dzisiaj w relacji z przyjaciółką mogę wybrać troskę o nią lub rywalizację z nią. Jeśli wybiorę troskę – obie wygramy".
Jeśli twoja przyjaciółka opowiada ci o swoim osiągnięciu – zrób pauzę

Trenowanie freudenfreude wymaga praktyki. Na początek musimy być świadomi, kiedy przyjaciel w ogóle dzieli się z nami swoją radością. Jeśli jest skromny możliwe, że zrobi to szybko i przejdzie do kolejnego tematu. Twoim zadaniem jest obejrzenie jego najnowszego sukcesu z każdej strony.
"To, jak nasz przyjaciel zareaguje na naszą radość, jest chwilą, którą zapamiętamy, gdy zastanowimy się nad siłą naszej relacji" – podkreśla Marisa G. Franco. W takiej rozmowie dajemy przyjacielowi czas na opowieść o swoim sukcesie, zadajemy pytania, cieszymy się nim. Najgorsze co możemy zrobić to na wiadomość "dostałam awans", to odpowiedzieć "och ja też, opowiem ci o tym!".
Zaplanuj coś, by celebrować jej sukces
Jeśli nie umiesz wyrazić swojej radości z sukcesu przyjaciółki, zrób to gestem. Nie musisz organizować całego przyjęcia niespodzianki (chociaż to super pomysł), ale możesz zaprosić swoją przyjaciółkę na obiad, kawę, zabrać ją do muzeum, kupić jakiś kosmetyk. Sam wysiłek, który włożysz w uczczenie jej sukces, zostanie zauważony.
Jeśli przegapisz moment – wróć do niego
Jeśli przeoczysz moment, w którym przyjaciółce przydarzyło się coś dobrego, nic straconego. To nie data urodzin – możesz odrobić to w każdym terminie. Albo napisać SMS-a z przypomnieniem: "jeszcze raz gratuluję ci awansu, to naprawdę wielka rzecz!".
Naucz się celebrować własne sukcesy
Jak masz cieszyć się z sukcesu przyjaciółki, jeśli nikt nie nauczył cię celebrowania własnych? Może usłyszałaś kiedyś, że "nie ma się czym chwalić, to nic takiego, dzień jak dzień", gdy miałaś ochotę uczcić swoje małe dokonanie. Nie dawaj podcinać sobie skrzydeł i przenigdy nie rób tego innym. 
Nagradzaj się – zrób dla samej siebie coś miłego, kup sobie prezent, odpocznij tak, jak lubisz. Zaproś do tego swoich przyjaciół. "Doceniając swoich przyjaciół, włączasz ich w swój sukces i o to w tym wszystkim chodzi" – wskazuje terapeutka.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/de9465b2d3784df99028108d2cde0a48,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/de9465b2d3784df99028108d2cde0a48,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Przyjaźń między kobietami – jeśli uprawiacie freudenfreude. Kobiety sukcesu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/546887,czy-moja-dziewczyna-i-jej-przyjaciel-gej-tylko-sie-przyjaznia</guid><link>https://natemat.pl/546887,czy-moja-dziewczyna-i-jej-przyjaciel-gej-tylko-sie-przyjaznia</link><pubDate>Sun, 17 Mar 2024 07:13:07 +0100</pubDate><title>Przyjaciel gej to na pewno tylko przyjaciel? Teoria spiskowa zazdrosnych mężczyzn</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5c4cde686dd9c472b0433b7d90ea32fb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Skąd biorą się spiskowe teorie zazdrosnych partnerów i czy może jest w nich choć ziarno prawdy? O tym w naTemat opowiadają gej, facet biseksualny i przyjaciółka geja. Trzy osoby, trzy spojrzenia na relację, w której prawdziwość i brak seksualnych oczekiwań nie wszyscy chcą wierzyć, bo przecież "niemożliwe jest, by między kobietą a mężczyzną nic nie było".

Ta relacja niewątpliwie jest romantyzowana, do czego zdecydowanie przyczyniła się niejedna filmowa historia (w Polsce szlaki przetarła "Magda M."). 
"Polki z zachwytem oglądały minimalistyczne, a mimo to bardzo kobiece zestawy do pracy czy pięknie urządzony taras mieszkania Magdy nieopodal placu Trzech Krzyży w Warszawie. Masowo zaczęły zapisywać się na pilates, na który chodziły bohaterki serialu. I zapragnęły przyjaciela geja, który byłby opiekunem i powiernikiem, bez cienia erotycznego podtekstu" – pisała w naTemat Helena Łygas.
Bardziej rozluźnione
Wróćmy do przyjaźni i prawdziwego życia, ale od razu pomińmy stereotypowy obraz przyjaźni kobiety heteroseksualnej i mężczyzny nieheteroseksualnego, która opiera się na plotkach, wspólnych zakupach i rozmowach o ciuchach, bo przecież geje są tacy kobiecy, a kobiecość polega właśnie na tym, co przed chwilą zostało wymienione. (Ironię proszę czytać ze zrozumieniem).
Choć niejeden badacz potwierdził, że chodzi właśnie o to, że kobiety w towarzystwie gejów czują się komfortowo, mają do nich więcej zaufania, dlatego są w stanie szybciej zbudować głęboką emocjonalnie relację. 
Dr Eric M. Russell z University of Texas w Arlington sprawdził, jak zachowują się studentki, gdy sądzą, że nieznany mężczyzna obok nich jest heteroseksualny, a jak gdy już wiedzą, że jest gejem. Na zdjęciach poniżej zmianę widać choćby w postawie ciała. Kobiety zdecydowanie się rozluźniły.
Są jednak takie osoby, których nie przekonają żadne eksperymenty, żadne zapewnienia. Są mężczyźni, którzy podejrzliwie patrzą na taką przyjaźń w życiu swojej partnerki. Nie wierzą, że nie mają o co być zazdrośni. 

– Pamiętam, że mój pierwszy gimnazjalny związek rozbił się właśnie o kolegę-geja – mówi Iga, która przyznaje, że dzisiaj brzmi to zabawnie. 
Tym bardziej, że jest świadoma tego, że tak naprawdę nie to było powodem rozstania, a złożyło się na to wiele elementów, więc, jak zapewnia, i tak by zerwali.
– Jednak mój ówczesny chłopak zobaczył mnie jak, uwaga, idę pod rękę z kolegą gejem na jakiejś dużej imprezie. Zrobił wtedy awanturę przy wszystkich chociaż wiedział dobrze, że tamten jest gejem. Stwierdził, że to nic nie zmienia i nie miałam prawa tak robić. Na koniec okazał się homofobem i to przez to ostatecznie zerwaliśmy – opowiada.
Obecny partner Igi także nie w pełni rozumie taką zażyłość i swobodę w relacji z przyjacielem, mimo że ten jest gejem. Kobieta zauważyła, że coś jest na rzeczy podczas wspólnego wyjazdu – był na nim także chłopak przyjaciela geja. 
– Mój facet zobaczył, że bardzo swobodnie zmieniałam bluzki. Zostałam w staniku, ale byłam odwrócona tyłem, a wszystko działo się na dworze, więc nie było to w żadnym stopniu dziwne. Potem zapytał mnie jednak, czy Dawid widział mnie w bieliźnie,
w piżamie, czy skoro jest gejem, to chodzę przy nim swobodnie? – wspomina Iga.
Odpowiedź Igi, tak, zdarzyło mu się widzieć mnie w samej bieliźnie, nie spodobała się jej partnerowi. – Mocno go mocno spięła – zaznacza.

– Mam koleżanki, które przed kolegami gejami chodzą bez staników albo nawet wygłupiają się w bardzo bezpośredni sposób, dając sobie klapsy, macając się, pokazując piersi z pytaniem czy wyglądają dobrze. Dla mnie to przesada, ale po 
prostu w kwestii intymności. Poza tym wiem, że mój facet uznałby to za nielojalność, rodzaj mikrozdrady – podkreśla Iga.
I zaraz dodaje, że nie dziwi się temu. 
– Zawsze przy takich okazjach faceci hetero chwytają się argumentu z przyjaciółką lesbijką - jakbyś się czuła gdybym ja tak traktował przyjaciółkę lesbijkę? No czułabym się faktycznie źle, bo nie miałabym ochoty, żeby ona oglądała mojego faceta nago czy spała z nim w łóżku, nawet jeśli penisy jej nie interesują. To po prostu wtargnięcie w cudzą intymność niezależne od orientacji – argumentuje. 
W formie żartu
– To dość zabawne, ale faceci naprawdę dzielą się na dwa typy. Jedni w ogóle nie mają problemu z tym, że masz przyjaciela geja, bo przecież wiemy, że to najlepszy przyjaciel kobiety. Ale jest też druga grupa, czyli ci, którzy nie wierzą, że taka przyjaźń jest możliwa, bo przecież między kobietą i mężczyzna musi coś być – mówi Jacek.
Jacek jest gejem i doskonale wie, o czy mówi, bo zdarzało mu się już spotykać podejrzliwych i zdystansowanych chłopaków swoich koleżanek i przyjaciółek. Jednocześnie przyznaje, że pewne wątpliwości rozumie. Od zawsze obracał się w artystycznym, otwartym towarzystwie – aktorzy, muzycy, tancerze – gdzie granice są przesunięte. 
– Facet mojej koleżanki ze studiów nie miał problemu z gejami, lubiliśmy się, ale nie mógł uwierzyć w taką czystą przyjaźń między mną a dziewczynami. Pamiętam rozmowę na jednej z imprez, kiedy przyznał, że nie wierzy w to, że faceta może w ogóle nie pociągać kobieta. Mówiłem mu: "No stary, jeśli jestem gejem i podobają mi się faceci, to z automatu nie podobają mi się kobiety. Gdybym był biseksualny, to co innego". Ale to na nic, bo pozostawał nieprzekonany – wspomina Jacek.
– Próbowałem przemówić mu do rozsądku, ale kompletnie nie szło. Zapytał też o to, dlaczego, skoro nie pociągają nas kobiece piersi, kobiece kształty itd., geje potrafią np. klepnąć dziewczynę w tyłek? – przytacza fragment rozmowy.
– I co odpowiedziałeś? – jestem zaciekawiona. 
– Że jeśli dzieje się tak, to oczywiście za obopólną zgodą, ale właściwie nie wiem, dlaczego tak robimy... Najczęściej jest to forma żartu, gdy jestem w bliskiej relacji, ale w ogóle to na mnie nie działa. Pomyślałem wtedy, że może rzeczywiście, gdybyśmy powstrzymywali się od takich gestów, faceci heteroseksualni byliby mniej zazdrości – słyszę. 
Tamten chłopak, mimo długiej rozmowy, nie zmienił zdania. Jacek żartuje, że musieliby chyba przeprowadzić eksperyment, żeby mu uwierzył. – Stanąłbym naprzeciwko przepięknej kobiety, oboje bylibyśmy nadzy. I wtedy zobaczyłby, że nic się nie dzieje, że nie ma żadnego podniecenia z mojej strony – podkreśla.
Śpimy w jednym łóżku
Jacek wspomina, że jego przyjaciółki czują się przy nim naprawdę swobodnie, nie mają problemu, żeby np. przebierać się w jego towarzystwie. Ale są i takie, które nie mają na to ochoty. Nie jest to zatem kwestia tego, kto patrzy, ale po prostu tego, jacy jesteśmy i jakie sytuacje są dla nas niekomfortowe. 
– Wszystko zależy od osoby. Jedna nie ma w ogóle z tym problemu, śpimy w jednym łóżku, przytulamy się. Ona wie, że nic tu się nie wydarzy. Ale druga za cholerę nie będzie spała ze mną w jednym łóżku, bo ma taką blokadę. Mimo że jestem gejem, to jestem też facetem. Mam koleżanki, które chodzą przy mnie bez stanika, ale moja współlokatorka nie rozbiera się przy mnie i pewnie nie rozbierałaby się też przy innych kobietach. To jest kwestia jakiejś cielesności, podejścia do niej – zaznacza.
Partner także innej przyjaciółki Jacka miał z nim spory problem. Był bardzo o niego zazdrosny. W podobnych sytuacjach najczęściej pomagało bliższe zapoznanie, wspólne spędzanie czasu. Ale nie tym razem.  
– Chciałem, żeby zobaczył, że mamy relację bratersko-siostrzaną, nic więcej. W większości przypadków, kiedy mnie poznawali, to odpuszczali, ale w tym przypadku myślenie się nie zmieniło, bo facet to przecież facet. Nie da się pewnych rzeczy zmienić, a na pewno nie zmienisz człowieka na siłę – podkreśla rozmówca naTemat.
– Ten gość, gdy mnie poznał nie był zazdrosny pod kątem seksualnym. Był zazdrosny to, że stworzyliśmy taki rodzaj bliskości. Gdyby to chodziło o przyjaciółkę, na pewno inaczej na to by patrzył. Tu nie był w stanie uwierzyć. Najczęściej ta zazdrość wynikała z niskiego poczucia własnej wartości, nie z mojej orientacji, tylko z niepewności, z lęku, że on jest gorszy – mówi Jacek.
Zastanawiam się – i o to też pytam Jacka – czy on machnąłby ręką na fakt, że jego partner chodzi nago przy swojej heteronormatywnej przyjaciółce lub przy jego przyjaciółkach? A może rozumie takie wątpliwości?
– Jeżeli uznajemy, że cielesność w związku jest zarezerwowana dla nas, dla naszej intymności, to jestem w stanie to zrozumieć. Osobiście nie chciałbym, żeby mój facet latał z gołym tyłkiem przy mojej lub swojej przyjaciółce. Nie chciałbym, żeby dziewczyna, która jest hetero, patrzyła na penisa mojego faceta – przyznaje.  
Na koniec naszej rozmowy Jacek dodaje, że pozbyć się zazdrości i wszelkich tego typu teorii niewierności nie pomagają mężczyźni, którzy gejów udają. O takich historiach też słyszał. 
A my taką "historię" znaleźliśmy.
Nie wolno ufać
– Zawsze powtarzam moim kolegom, że bycie zazdrosnym o hetero-kolegów swoich partnerek jest bez sensu, ale koledze gejowi już ufać nie wolno – z uśmiechem mówi Grzegorz, czym wyraźnie mnie zaskakuje. 
Być może dlatego od razu dodaje: – Nie, nie chodzi o uprzedzenia na tle orientacji seksualnej. Po prostu, kiedy twoja dziewczyna ma kolegę geja, to masz jak w banku, że chłop zna wszystkie kulisy waszego związku. Wie, jakiego masz penisa, jaki uprawiacie seks, o co i kiedy się kłócicie oraz jakie macie plany. Czyli mówiąc wprost, kompletnie obcy ci człowiek wie o tobie wszystko – wyjaśnia. 
Zdaniem Grzegorza wobec hetero facetów dziewczyny w związkach raczej trzymają dystans, żeby nie doprowadzić do "krzywych sytuacji". 
– Ale w przypadku kolegów gejów nieraz widziałem lub doświadczyłem sytuacji, że byli prawie że wprowadzani do związku jako trzecia osoba – wspomina. 

Grzegorz opowiada o wszystkim z perspektywy osoby biseksualnej. Faceta, który – jak zaznacza – sam grał kartą na "kolegę geja". 
– Cztery razy udało mi się odbić dziewczynę ze związku. Panowie kompletnie niczego nie podejrzewali i mówili wprost, że nie są zazdrośni o nasz kontakt, bo "jestem gejem". W ten oto sposób mogłem bezkarnie wyrywać ich dziewczyny bez budzenia jakiegokolwiek niepokoju – podkreśla.
Kiedy proszę go o przykład, opowiada o pewnej imprezie. – Na imprezie poszedłem do łazienki całować się z dziewczyną, której chłopakowi powiedzieliśmy, że idziemy poprawić sobie make-up. A że byłem tylko kolegą gejem, to biedak myślał, że ja też sobie podkład nakładam – wyznaje.
Kolejne zdanie z naszej rozmowy na pewno nie uspokoi tych, którzy wierzą w teorię spiskową, że kolega gej to tylko mit.
– Panowie nie mieli żadnego problemu, że ich dziewczyny u mnie nocują albo że spędzamy co drugi dzień razem, no bo "tak to jest z kolegą gejem" – podsumowuje.
Czy chodzi tu jednak o orientację seksualną? Niekoniecznie. Zabrzmi górnolotnie, ale i tak to powiem: chodzi o zaufanie i o to, jacy jesteśmy oraz z kim się wiążemy.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5c4cde686dd9c472b0433b7d90ea32fb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5c4cde686dd9c472b0433b7d90ea32fb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Niektórzy nie wierzą w bezinteresowność przyjaźni z gejem.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/544286,najgorsze-teksty-na-uspokojenie-kobiety-tak-faceci-budza-lwice</guid><link>https://natemat.pl/544286,najgorsze-teksty-na-uspokojenie-kobiety-tak-faceci-budza-lwice</link><pubDate>Sun, 03 Mar 2024 16:34:03 +0100</pubDate><title>Kobiety zdradziły 6 najgorszych tekstów &quot;na uspokojenie&quot; od swoich facetów. Też je słyszałyście?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cbef8802c1cefb8f53f4f78b664c9166,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Każda z nas zna ten moment. Kłócimy się z facetem, emocje już trudno utrzymać na wodzy i nagle jemu przychodzi do głowy, by wypowiedzieć zdanie, które "na pewno nas uspokoi". Z jego ust pada hasło, które zamiast załagodzić sytuację, działa na nas jak płachta na byka. Kobiety zdradziły mi najgorsze teksty, jakie usłyszały w czasie kłótni na uspokojenie od swoich facetów. Panowie, nimi nic nie polepszycie.

6 najgorszych tekstów "na uspokojenie", jakie możesz powiedzieć swojej kobiecie
Wiecie, że nawet psychoterapeuci wskazują, że kłócić trzeba się umieć? Każda para się kłóci – to normalne, że zdarzają nam się nieporozumienia i wybuchy emocji. Kluczem jest, by przy przedstawianiu swojej racji i punktu widzenia nie powiedzieć takich słów, które konflikt zaognią. 
Kobiety, z którymi rozmawiam, wskazują, że ich kłótnie nierzadko dałoby się zakończyć, gdyby nie pewne słowa, które nagle wypowiedzieli ich partnerzy. Oto niechlubny ranking 6 haseł, które doprowadzą twoją partnerkę do szału.
1. Uspokój się 
To hasło to zdecydowanie król rankingu. "Uspokój się" wypowiedziane do kogoś w nerwach można porównać chyba tylko do rady "nie bądź smutny" przekazanej komuś, kto zmaga się z depresją. Czemu "uspokój się" aż tak wkurza?
– Bo nie rozwiązujemy kwestii, która jest źródłem mojego zdenerwowania, a skupiamy się na moim stanie. Tak jakby kłótnia była przez to, że pewnego razu wstałam zdenerwowana. To po prostu irytujące i głupie – tłumaczy mi znajoma, której partner tego hasła nadużywa.
2. Zaczyna się
Albo w podrasowanej wersji "oho, zaczyna się!". Wyobraź sobie, że zachowujesz się jak dorosła i dojrzała osoba, więc zamiast na pytanie "co się dzieje?" odpowiadać "nic", stajesz przed swoim partnerem i zaczynasz mu tłumaczyć, co jest nie tak. Co cię boli, jakiego zachowania nie tolerujesz, co sprawiło, że poczułaś się zaniepokojona. A on na ten wywód odpowiada zmęczone "zaczyna się...".
Poza negatywnym ładunkiem emocjonalnym to hasło właściwie nic nie znaczy. Tak (mężczyzno!) pokazujesz jedynie swój negatywny stosunek do całej rozmowy i poza prowokowaniem – uczysz swoją partnerkę, że nie warto podejmować z tobą trudnych tematów. Następnym razem może ona problem przemilczeć, a ten wreszcie wróci, ale ze zdwojoną siłą.
3. Nie dramatyzuj/nie rób scen
Jeśli twój partner posługuje się dramatycznym słownictwem, nie powinien być zdziwiony, że na deskach domowego teatru wydarzy się tragedia. "Nie dramatyzuj", podobnie jak "uspokój się" sprawia, że w kieszeniach niektórych kobiet otwiera się nóż. 
Zbyt wiele lat kobiety, które wyrażały swoje emocje lub jakikolwiek cień niezadowolenia – tak jak mężczyźni mogą robić bez konsekwencji – były nazywane histeryczkami i oskarżane o grę na emocjach, szukanie atencji, aktorstwo. To pokazuje, że nie masz szacunku do uczuć swojej kobiety.
4. Masz okres?
Panowie, to cios poniżej pasa. Wyobraźcie sobie, że wasza kobieta zazwyczaj bardzo chętnie wytłumaczy wam, co jest powodem jej zdenerwowania. Uderzeniem w naszą biologię chcecie rozwiązać problem z obopólną komunikacją czy po prostu prowokujecie? Tak czy owak – to się nie uda. Jeśli wasza kobieta ma gorszy humor z powodu okresu czy PMS warto byłoby wesprzeć ją w tych chwilach, a nie dokładać jej powodów do frustracji.
5. ZAWSZE robisz problem
Psychoterapeuci zwracają uwagę na dwa słowa, których w kłótni nie powinniśmy używać, a brzmią one "nigdy" i "zawsze". Powiedzenie partnerowi, że "zawsze" robi problem albo "nigdy" nie postępuje tak, jak powinien to naprawdę duży kaliber.
Dajesz wtedy jasny przekaz, że od dawna nie jesteś zadowolony/a z jego działań, a on/ona nie ma wręcz szansy na poprawę. Lepiej byłoby wskazać, jakie konkretnie zachowanie nam się nie spodobało lub się powtarza niż wskazywać, że "źle jest zawsze i od zawsze". To krzywdzące uogólnienie, które odbierze twojej partnerce pewność siebie lub... po prostu ją wkurzy.
6. Przewracanie oczami/wzdychanie
Czasem gesty potrafią zaboleć bardziej niż słowa. A takie poza twoim zniechęceniem do dyskusji z twoją kobietą, pokazują, że jesteś nią zmęczony. Poza słowami, które wypowiadamy, liczy się jeszcze ich ton i towarzyszące im gesty. Pewne lepiej sobie darować – dla dobra relacji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cbef8802c1cefb8f53f4f78b664c9166,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cbef8802c1cefb8f53f4f78b664c9166,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Najgorsze teksty na uspokojenie kobiety. Tak faceci budzą lwicę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/542423,zdjecia-partnera-na-instagramie-ale-bez-twarzy-soft-launch</guid><link>https://natemat.pl/542423,zdjecia-partnera-na-instagramie-ale-bez-twarzy-soft-launch</link><pubDate>Sat, 02 Mar 2024 08:42:21 +0100</pubDate><title>Na ich Instagramie zdjęcie męskiego ramienia, ale nigdy twarzy. Czemu kobiety uprawiają soft launch?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8f66c6aec9c23fad9aab58af6a306755,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Opublikuj na Instagramie zdjęcie ze swojej randki, ale pokaż tylko męską dłoń, trzymającą kieliszek wina. Dodaj zdjęcie, gdy jesteś objęta męskim ramieniem, ale niech on odwróci twarz" – rady brzmią, jakby partner nie był zbyt urodziwy? Nie o to chodzi! Soft launch to "miękkie przedstawienie" twojego partnera na mediach społecznościowych. Ma być tajemniczo, bo to dopiero pierwszy krok.

Soft launch – "jestem z kimś, ale nie powiem z kim"
Media społecznościowe wytworzyły wiele problemów i sytuacji, o których kiedyś nawet byśmy nie pomyśleli. Weźmy na przykład przedstawienie nowego partnera – jeszcze przed erą Facebooka i reszty aplikacji świeży wybranek zabierany był w grono znajomych lub/i zapraszany na obiad u rodziców.
Dzisiaj możemy go przedstawić całej sieci mniej i bardziej znajomych nam osób za ekranami swoich komórek. I tutaj są dwa stronnictwa – tacy, którzy swojej prywatności strzegą i nic dotyczące ich związku się w mediach nie przewinie – ale umówmy się, ci dzisiaj należą do rzadkości, szczególnie w młodym pokoleniu.
Drugie stronnictwo swoim związkiem się chwali – jak powiedziałoby pokolenie Z: "spamuje" nim, gdzie się da. Pośród tych dwóch rozwiązań powstał trend, w którym możecie się pochwalić, że ktoś w waszym życiu się pojawił, ale tak, by nie zdradzić kto – tym właśnie jest soft launch.
Trend pokochali także celebryci, którzy nierzadko właśnie w taki sposób pokazują, że ktoś pojawił się w ich życiu, ale nie chcą ściągać na wybranka uwagi mediów. Tak zrobiła chociażby Kourtney Kardashian, która opublikowała pierwsze oznaki swojego związku z Travisem Barkerem poprzez zdjęcie splecionych rąk. 

                
                    
                
                Uprawiać soft launch można na wiele sposobów i pomysłów można szukać na TikToku, Pintereście i Instagramie, gdzie zakładane są specjalne hasztagi z inspiracjami. 
W viralowym TikToku specjalistka ds. marketingu cyfrowego Jenna Fisher wyjaśnia, jak można stosować ten trend na dwa sposoby. To oczywiście tylko jedna z wielu opcji. "Dla dziewczyn: opublikuj jego zdjęcie w restauracji, ale tak, by nie pokazywać jego twarzy, oznacz restaurację, ale nie oznaczaj jego profilu. Dla chłopaków: dodaj zdjęcie, na którym widniejesz tylko ty, ale oznacz jej profil jako fotografki".

                    
                        
                    
                To może być bardzo zagadkowe zdjęcie dwóch drinków obok siebie albo fotografia, na której trzymasz kogoś za rękę, relacja, na której widać jedynie plecy ukochanego albo to, jak wtulasz się w niego, a on dziwnym trafem odwraca głowę w przeciwną stronę. Można grać poziomami sugestii. Pytanie tylko po co?
Gra toczy się o niejednoznaczność. Kluczem jest obwieszczenie światu, że w naszym życiu ktoś jest i cudownie spędzamy z nim czas – jak to w social mediach: udajemy, że każdy jest szczęśliwy, a jego życie pełne wrażeń.
Jednocześnie uzyskujemy efekt ekscytującego pochwalenia się "kimś nowym" bez konsekwencji i wysiłku. Nie musimy jak na Facebooku decydować czy jesteśmy jeszcze "singlami", czy już "zajęci". "Soft launch" można przetłumaczyć jako miękki start, bo taki robimy naszej relacji, która nie musi zostać jednoznacznie określona.
Męska dłoń obok naszej może w końcu sugerować zarówno romantyczną kolację z ukochanym, jak i wyjście na lunch z bratem czy kolegą-gejem. W soft-launch chodzi trochę o ekscytującą grę, którą prowadzimy z naszymi obserwatorami.
Dzielimy się z nimi pamiątką po początkowych motylach w brzuchu, zapowiadamy coś wielkiego, a jednocześnie wiele możemy ukryć lub wykreować. Niektóre osoby używają trendu, by wzbudzić zazdrość w ex-partnerach czy zdobyć trochę atencji, wykonując zdjęcia z kimś, wobec kogo nie mają żadnych romantycznych zamiarów.
Wygląda na to, że w erze internetu wielu dorosłych powróciło do zagrań rodem ze szkolnego korytarza. Soft-launch pokazuje także, że ciekawsza niż jawny związek jest zabawa w to, czy ktoś jest jeszcze singlem, czy już zajętym.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8f66c6aec9c23fad9aab58af6a306755,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8f66c6aec9c23fad9aab58af6a306755,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/543221,zdrada-kiedy-dojdzie-do-zdrady-w-zwiazku-naukowcy-wyliczyli</guid><link>https://natemat.pl/543221,zdrada-kiedy-dojdzie-do-zdrady-w-zwiazku-naukowcy-wyliczyli</link><pubDate>Thu, 22 Feb 2024 13:24:12 +0100</pubDate><title>Kiedy w twoim związku dojdzie do zdrady? Naukowcy podają konkretny rok i powód...</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/77a8abc3362b4e2cb62e31ba546835bc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na pytanie "kiedy ludzie zdradzają?" najczęściej pojawiają się odpowiedzi z kategorii "kiedy czują się zaniedbani, kiedy ich potrzeby seksualne nie są spełniane". Ale czy da się określić dokładny czas, w którym niewierność może się pojawić? Według jednej z teorii da się to wyliczyć. Nazywana jest ona kryzysem 7 roku związku – wtedy najczęściej dochodzi do rozstania lub zdrady. Pytanie – dlaczego?

Po ilu latach związku dochodzi do zdrady?
Teorię kryzysu roku 7 opiera się przede wszystkim na statystykach dotyczących rozwodów, niemniej nie znaczy to, że nie ma ona podstaw naukowych. Eksperci od dawna badają to zjawisko i zastanawiają się, czy przyczyną takiego biegu wydarzeń są czynniki biologiczne, czy psychologiczne. 
Nawet jeśli do rozstania nie dojdzie, to statystyki pokazują wprost, że 7- rok relacji jest jednym z najbardziej krytycznych okresów dla związku, w którym pary mogą doświadczyć naprawdę trudnych chwil. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się zdrada – nie zawsze chodzi wyłącznie o seks, czasem to jednorazowy skok w bok, a czasem zdrada emocjonalna, czy nawet online nazywana mikro-zdradą. 
Ale dlaczego akurat 7 rok? Co takiego dzieje się w naszych życiach w tym roku relacji? Na to pytanie istnieje więcej niż jedna odpowiedź. Wiele badań potwierdza tezę zgodnie, z którą to po 7 latach związku następuje tzw. "trzeci kryzys". Zacznijmy jednak od początku.
1,5 roku - 4 lata – romantyczne początki
To czas wzajemnej fascynacji, zamiatania pod dywan wad i niedociągnięć partnera. To także okres intensywnego docierania się. Psychologowie wskazują, że minimum półtora roku a maksimum 4 lata to okres, w którym może buzować w nas fenyloetyloamina. Nie bez powodu zwana jest hormonem miłości – to jej odczuwanie wprowadza nas w stan, który nazywamy "zakochaniem się". 
Gdy jej poziom spada, zaczynają się pierwsze poważniejsze kryzysy. Nie oznacza to, że w "romantycznych początkach" brak jest kłótni, nieporozumień czy spięć. Jednak jest to okres, w którym nie zadajemy sobie pytania o siłę naszego uczucia czy zaangażowania – one są (powinny być w zdrowej relacji) na najwyższym poziomie.

4-5 lat – pojawienie dziecka/potrzeba różnorodności
Według niektórych źródeł 4 lub 5 rok relacji również jest czasem kryzysów. A te związane są z dwoma powodami – narodzinami dziecka lub zmianą jednego z partnerów. 
4 lata wystarczają na wspólne wychowywanie dziecka w pierwszych latach jego życia, po których może przyjść myśl, że z partnerem/ką łączy nas tylko potomstwo, a to dorosło do wieku, w którym możliwe jest podzielenie opieki nad nim po rozstaniu.
Poza tym 4 lata to pierwszy moment, kiedy zatrzymujemy się, oceniamy swoją relację i możemy dojść do wniosku, że partner zmienił się lub został w miejscu sprzed lat, a razem nie czujemy się już kompatybilną parą.
7-8 rok – największy kryzys i zdrada?
7 lat to wystarczająco, by wiązały z nas z partnerem nie tylko "motylki w brzuchu", czyli  fenyloetyloamina. Po tylu latach relacji trzyma nas przy sobie także hormon o nazwie oksytocyna, który jest bardzo więziotwórczy, dzięki niemu stabilnie reagujemy na partnera.
Paradoksalnie, nie jest więc łatwo związek po tylu latach opuścić, ale niełatwo jest także trwać w nim w pełnym zaangażowaniu. Paradoks ten wyjaśnił terapeuta par Robert Taibbi na łamach "Psychology Today".
Po pierwsze – 7 lat to zazwyczaj czas, przez który w naszym życiu zapanowała rutyna. Mieliśmy plan zakupu mieszkania na początku związku, wzięcia ślubu, spłodzenia potomka, zaciągnięcia kredytu – prawdopodobnie już to zrobiliśmy.
Pierwsze wspólne cele zostały osiągnięte, przez tyle lat w nas jako w ludziach zaszła ogromna zmiana, żyjemy z partnerem w już wypracowanej rutynie i ta może dać nam poczucie, że... czegoś nam brakuje.
Możemy mieć poczucie wypalenia uczuć, zastanawiać się, czy relacja nadal ma sens, nie pamiętamy już romantycznych początków, uświadamiamy sobie, że to, co 7 lat temu w partnerze nas bawiło, dzisiaj tylko irytuje.
Kiedy zdradzają kobiety, a kiedy mężczyźni?
Tak jak pisaliśmy, kryzys 7 roku jest jedną z teorii psychologicznych, a badania na temat roku kryzysu czy czasu zdrady mogą różnić się od siebie. Wszystkie oscylują jednak wokół kryzysu między 7 a 10 rokiem, również, jeśli chodzi o zdradę. Według badań, których wyniki opublikowano w "The Journal of Sex Research", kobiety pozostające w długich związkach, najczęściej zdradzają swoich partnerów pomiędzy 6 a 10 rokiem trwania relacji. 

To wnioski, które psychologowie wyciągnęli po zbadaniu 423 kobiet i mężczyzn, którzy musieli odpowiedzieć na pytania dotyczące podejścia do sprawy niewierności i określali, czy byliby w stanie zdradzić partnera bądź partnerkę w określonych okolicznościach.

Co ciekawe, jako argument za wiernością badani najczęściej wskazywali na lęk przed samotnością i chęć pozostania wiernym zasadom moralnym. Interesujące jest również, że mężczyźni (według deklaracji) większe tendencje do zdrady przejawiali później, bo w 11 roku trwania w związku. 

Zdrada po 7 roku trwania związku nie zawsze oznacza jego koniec – niektóre pary w tym momencie zaczynają walczyć o związek ponownie i decydują, że chcą odbudować relację, o czym możecie przeczytać tutaj. Należy jednak pamiętać, że dla wielu osób zdrada będzie definitywnym końcem związku czy małżeństwa i stanie się kryzysem nie do przejścia.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/77a8abc3362b4e2cb62e31ba546835bc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/77a8abc3362b4e2cb62e31ba546835bc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zdrada – kiedy dojdzie do zdrady w związku? Naukowcy wyliczyli rok</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/543053,zwiazek-jestes-albo-dzbankiem-albo-filizanka-to-kwestia-dopasowania</guid><link>https://natemat.pl/543053,zwiazek-jestes-albo-dzbankiem-albo-filizanka-to-kwestia-dopasowania</link><pubDate>Wed, 21 Feb 2024 14:59:56 +0100</pubDate><title>W związku każdy z nas jest dzbanem.... albo filiżanką. Od tego zależy dopasowanie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b9c4dcec1ee969f3fd9b2a49f15b775c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Chociaż w języku polskim słowo dzban nabrało niedawno pejoratywnego znaczenia, to w związkowej metaforze dzbana i filiżanki nie ma nic obraźliwego dla żadnej ze stron. Naczynia są tylko symbolem tego, jaką rolę przyjmujemy w miłosnej relacji. Kluczem jest związanie się z kimś, kto jest tym samym naczynkiem co my. Jak to sprawdzić?

Związki – teoria dzbana i filiżanki
Teorię dzbanka i filiżanki spopularyzowała pewna tiktokerka w swoim podcaście. W czasie rozmowy o dopasowaniu w związkach użyła właśnie takiego porównania. Metafora stała się viralem, ale słowa dziewczyny nie były niczym nowym. 
Psychologowie od zawsze podkreślają, że w związkach przyjmujemy różne role i podchodzimy do relacji jako konkretne typy osobowości. Millie Ford użyła jednak działającego na wyobraźnię porównania do dzbanka i filiżanki.
– Niektórzy z nas są filiżankami, a inni dzbankami. Kiedy zaczynasz się z kimś spotykać, a sama jesteś dzbankiem, musisz się upewnić, że druga osoba nie jest filiżanką – wskazała.
Chociaż metafora ta niektórym może nasunąć myśl, że pusta filiżanka i napełniający ją dzbanek są idealną, kompatybilną parą to... nic bardziej mylnego. W końcu dzbanek pomieści więcej napoju niż filiżanka – na końcu dzbanek będzie pusty a filiżanka przelana. Tak też tłumaczy to twórczyni porównania.
Według słynnego amerykańskiego psychoterapeuty Garego Chapmana istnieje 5 języków miłości, a jeden z nich to "przysługi i oddanie". Właśnie taki język przyjmują zazwyczaj dzbanki. Dają z siebie dużo, okazują uczucia na wiele sposobów, ich partner/ka nie ma wątpliwości, że mają do czynienia z kimś w relacje bardzo mocno zaangażowanym.
Czy więc dzbanek to partner gotowy do związku, "ten dobry", a filiżanka to egoistka, która nie umie go docenić? Zdecydowanie nie. Filiżanka to po prostu zupełnie inny typ osoby.
Filiżanka będzie przytłoczona tym, ile oferuje jej dzbanek, będzie miała ochotę uciec, może być zmęczona nadmiarem energii czy intensywnością, jakiej w relacji oczekuje dzbanek. Dzbanek będzie za to sfrustrowany, odrzucony. Będzie miał poczucie, że zainwestował wiele energii w kogoś, kto jego starań nie doceni ani nie odda. 
Teoria dzbanków i filiżanek wywołała w sieci ogromną dyskusję. W komentarzach pod filmem na TikToku ludzie rozprawiają na temat tego, jako kto się identyfikują. Pojawiła się sugestia, że zbyt wielu ludzi jest filiżankami, dlatego w relacjach trudno znaleźć balans. 
Jedna z internautek zażartowała też, że niektórych ludzi nie da się sklasyfikować ani jako filiżanki, ani jako kubki. 
Filiżanka i dzbanek – chodzi o równość
Metafora dzbanka i filiżanki jest na tyle pojemna, że można ją rozpatrywać na wiele sposobów. Zapytana o komentarz ekspertka od związków Sarah Louise Ryan stwierdziła, że filiżanka i dzbanek służą także do oceny tego, czy jesteśmy w relacji na równych poziomach. Jak tłumaczy, dzbanek powinien być z dzbankiem, a filiżanka z filiżanką, by każda osoba z pary dawała i otrzymywała podobną ilości czasu, energii, uwagi, czułości oraz miłości.

Wcale nie chodzi o to, że któreś z naczyń jest lepsze. Kluczem jest to, by wejść w związek z kimś, kto ma podobne potrzeby do nas, a nie przeciwne, bo zawsze będziemy się czuć "puści" lub "przelani".
Jak sprawdzić, czego w relacji potrzebujesz? Spójrz na swoje potrzeby: życiowe, emocjonalne, seksualne. Przeanalizuj, co w poprzednich związkach zawiodło. Zrób listę cech czy zachowań partnera, które są pożądane i takich, które są zupełnymi "red flagami", których tolerować nie będziesz.
Psychoterapeutka wskazuje jednak, by zarówno tę metaforę, jak i wszystkie podobne traktować z dystansem – bo stanowią uproszczenie. W różnych relacjach możemy przyjmować różne role, czasem wynikające z naszej osobowości, a czasem pełne naleciałości z poprzednich relacji. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b9c4dcec1ee969f3fd9b2a49f15b775c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b9c4dcec1ee969f3fd9b2a49f15b775c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Związek – jesteś albo dzbankiem albo filiżanką. To kwestia dopasowania</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/542354,wykrywacz-klamstw-na-zdrade-czy-badanie-wariografem-wykryje-zdrade</guid><link>https://natemat.pl/542354,wykrywacz-klamstw-na-zdrade-czy-badanie-wariografem-wykryje-zdrade</link><pubDate>Sat, 17 Feb 2024 07:20:44 +0100</pubDate><title>&quot;Myślisz, że cię zdradza? Podłącz go do wykrywacza kłamstw&quot;. Polacy chcą tak badać partnerów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e467205843cdd11fcf741cf4b95595c4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"A teraz, Piotrze, odpowiedz na pytanie: czy zdradziłeś Weronikę ze swoją przyjaciółką z pracy?". Mężczyzna zaczyna się pocić, przygryza usta i wydusza z siebie zdenerwowane: "Ta-ak". Wykrywacz kłamstw pika, podświetla się na zielono, Piotr chowa twarz w dłoniach. Zdrajca! Tak to wygląda w telewizji, a w życiu? Jak się okazuje, Polacy, zafascynowani nowymi reality show, zapragnęli badać wykrywaczem kłamstw swoich partnerów. O tym, jaka jest skala zjawiska, opowiedzieli mi pracownicy agencji detektywistycznych.

Po randkowym show "Love never lies" Polacy dzwonią do agencji detektywistycznych z pytaniem o możliwość przetestowania partnera wykrywaczem kłamstw,
Detektywi z trzech różnych agencji powiedzieli mi, czy zdradę da się wykryć testem wariograficznym,
Dowiecie się m.in. – czy stres zmieni prawdę w kłamstwo, czy partnerka może zadać wam pytanie o "skok w bok" i jaka jest cena tej usługi.

Randkowe show a zdrada na wykrywaczu kłamstw
Chciałabym po prostu poznać prawdę. Czuję, że on mnie zdradza, ale nie mam dowodów. Takie rzeczy się wie, nie złapałam go za rękę, ale myślę, że jest ktoś trzeci – takie zdania niejednokrotnie wypowiadają kobiety, które podejrzewają niewierność u swojego partnera, ale nie udało się im go przyłapać in flagranti. 
Bez dowodu możemy jedynie zadręczać się niepewnością – zamiast czas i energię zainwestować albo w porzucenie niewiernego partnera, albo odbudowę związku, w którym psuje się jednak coś innego. 
I tutaj pojawia się rozwiązanie w postaci wykrywacza kłamstw, które rozbudziło wyobraźnię Polaków po emisji randkowego show "Love never lies". 
Na ekranie sprawa jest prosta – jedno z pary odpowiada na pytanie dotyczące swojej wierności (czy raczej niewierności), a partner/ka i reszta uczestników poznaje zarówno jego odpowiedź, jak i to, czy ta jest prawdziwa. Wyniki zazwyczaj są... dramatyczne. Okazuje się, że nawet najlepsze pary skrywają przed sobą okrutne tajemnice.
Po emisji okazało się, że wiele osób chciałoby takim narzędziem przetestować swojego partnera. – Sama jestem taką sytuacją zaskoczona, ale jesteśmy pytani np. o to, czy jako detektywi dysponujemy wykrywaczem kłamstw, by zweryfikować czy mąż, czy narzeczony mówi prawdę – mówi detektywka Małgorzata Marczulewska.
Ekspertka wskazuje, że w ciągu ostatniego miesiąca odebrała wiele telefonów od klientów, którzy chcą wiedzieć, czy jej biuro posiada wykrywacz kłamstw i na jakich zasadach można zamówić badanie wariografem, "by sprawdzić, czy mąż zdradzał żonę". Detektywka daje się jednak poznać jako osoba sceptycznie nastawiona do korzystania z tego urządzenia. 
Radzi obserwować partnera, ze zwróceniem uwagi na symptomy zdrady i zaprosić go do rozmowy. Inne zdanie na ten temat mają jednak detektywi specjalizujący się w wykrywaniu zdrad, jak Marcin Miklaszewski z agencji Temida.
Czy można podłączyć partnera pod wykrywacz kłamstw? Tak! Jeśli...
Detektyw przyznaje, że zainteresowanie takimi usługami jest duże. Wskazuje, że sam również swoim klientom doradza przede wszystkim szczerą rozmowę i przestrzega przed stereotypowym myśleniem, zgodnie z którym brak seksu jest dowodem na to, że partner "ma kogoś na boku". 
Dodaje jednak, że jeśli badanie ma kogoś uspokoić, warto skorzystać z tego narzędzia. Poza tym ważna jest sama reakcja podejrzanego o niewierność partnera na propozycję testu. Bo ten musi przede wszystkim zgodzić się na badanie.
Kwestie emocjonalne są zawiłe i musimy pamiętać, że w przypadku naszych bezpodstawnych podejrzeń czy oskarżeń propozycja badania wariografem może nasz związek poważnie nadwyrężyć. Na te kwestie każdy musi sobie odpowiedzieć samodzielnie.
Przejdźmy jednak do tego, jak wygląda samo badanie wariografem i co naprawdę nam pokaże. Jak wskazuje Marcin Miklaszewski, to usługa komercyjna, w pełni legalna i nie ma żadnych obostrzeń jej dotyczących. Oczywiście poza tym, że nasz partner na badanie musi się zgodzić.
W naszej głowie, z powodu obrazu wykrywacza kłamstw we wszelkiego rodzajach reality show, mogło powstać wyobrażenie, że testowany przypięty do urządzenia zaskakiwany jest coraz to nowymi pytaniami przez swoją partnerkę. To jednak nieprawda.
– Badana osoba musi przede wszystkim wyrazić zgodę na test, wszystkie pytania są osobie badanej przedstawiane i wyjaśniane przed jego przeprowadzeniem.
Pytania zadaje ekspert, bez obecności partnera/ki czy jakichkolwiek innych osób – tłumaczy Marcin Dalecki z agencji TRAP, która oferuje usługę przeprowadzenia testu partnera wariografem.
O tym, jak dokładnie działa wariograf przeczytać możecie szerzej na stronie Instytutu Badań Wariograficznych. Kluczowe dla laika jest zrozumienie, że kłamanie nie jest dla człowieka sytuacją obojętną.
Wywołuje emocje, a te przekładają się na wiele reakcji fizjologicznych organizmu – jak wzrost ciśnienia krwi czy rozszerzenie gałek ocznych – które wariograf wyłapuje. Wykrywacz kłamstw nie jest jednak magicznym pudełkiem, które zaświeci się na zielono przy prawdzie i zawyje syreną przy kłamstwie.
"Do analizy jego wyników potrzebny jest ekspert, który musi przeanalizować cały przebieg badania, to jaka była reakcja badanego przy i po pytaniach kontrolnych, krytycznych i obojętnych" – wskazuje Instytut.
Wykrywacz kłamstw a wierność – zagrożenia
Wiele osób przed testem wariografem broni się argumentem, zgodnie z którym wynik jest niemiarodajny, gdy pojawia się stres. A ten na pewno wystąpi przy temacie tak emocjonalnym, jak zdrada. Pytam o to Marcina Miklaszewskiego.
– Stres może wpływać na działanie wariografu, skoro wariograf mierzy fizjologiczne wskaźniki, takie jak tętno, ciśnienie krwi, oddech i potliwość. Jednak badanie wariografem trwa 3 godziny, a poziom stresu normuje się po pewnym czasie. Jeśli osoba badana jest bardzo zestresowana, jej fizjologiczne wskaźniki ulegają zmianom, co może prowadzić do nieprawidłowych wyników wariografu – wyjaśnia.

Nie oznacza to jednak, że zwykły Kowalski mógłby wariograf oszukać w taki sposób, by kłamstwo zostało w badaniu określone prawdą. Detektyw tłumaczy bowiem, że to umiejętność, którą trzeba trenować latami – to kontrola własnego ciała i umysłu. Testowani mają jednak swoje sposoby na próbę oszukania wariografu.
Marcin Dalecki wskazuje, że nie ma większych zagrożeń wynikających z tego typu badania, ale osoba testowana musi być w dobrej kondycji psychofizycznej. 
Podkreśla, że nie wykonuje się badań: "osobom z zaburzeniami, problemami psychicznymi, przyjmującymi niektóre leki, osobom pod wpływem alkoholu bądź środków psychoaktywnych". 
Jak dodaje, jeśli ekspert przeprowadzający badania posiada odpowiednie doświadczenie, to wyłapie wszelkie próby oszustwa. Pozostaje jeszcze cena badania – jak się okazuje, prawda do tanich dóbr nie należy i trzeba za nią słono zapłacić.
Jak wskazuje detektyw z agencji TRAP, koszty takiego badania są różne i uzależnione od różnych czynników takich jak np. złożoność sprawy oraz to czy badanie zostanie wykorzystane do celów prywatnych, czy stanie się dowodem w postępowaniu.
Jak mówi, ceny tego typu usług wykonywanych przez specjalistów zaczynają się od około 1500/2000 złotych, dochodząc nawet do 3000 złotych. Należy pamiętać, że wyższy może być jednak koszt emocjonalny takiego testu.
Osoba bezpodstawnie oskarżona o zdradę czy do testu zmuszona może stracić zaufanie do partnera. Sam wynik testu może ostatecznie okazać się niewystarczający dla kogoś, kto chce namacalnych dowodów na niewierność partnera i nie zakończy kryzysu w związku.
Pomocy lepiej szukać u terapeutów par lub w usługach detektywistycznych obejmujących holistyczne podejście do zbierania materiałów dowodowych, które mogą zostać wykorzystane w sprawie rozwodowej. 
O takich możecie przeczytać w tekstach poniżej: 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e467205843cdd11fcf741cf4b95595c4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e467205843cdd11fcf741cf4b95595c4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wykrywacz kłamstw na zdradę. Czy badanie wariografem wykryje zdradę?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/541793,mezczyzni-nie-znosza-walentynek-tylko-my-musimy-pamietac-o-tym-dniu</guid><link>https://natemat.pl/541793,mezczyzni-nie-znosza-walentynek-tylko-my-musimy-pamietac-o-tym-dniu</link><pubDate>Wed, 14 Feb 2024 10:04:47 +0100</pubDate><title>&quot;Wiecie dlaczego faceci nie znoszą walentynek? Tylko oni muszą o nich pamiętać&quot;. Prawda o 14 lutego</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7f52bef14a6731d3ee2aab44702d5d6e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dziewczyny, powiedzmy to sobie wprost – zawłaszczyłyśmy walentynki. To kolejne święto płci pięknej. Zrobiłyśmy z nich drugi dzień kobiet. Liczymy na kwiaty, czekoladki, ekscytujący plan na wieczór, a same...? Dajemy z siebie nic, albo marne "dziękuję". Tak przynajmniej twierdzą mężczyźni, z którymi rozmawiałam. I zanim zaczniecie protestować – co kupiłyście swojemu facetowi z okazji święta zakochanych?

Odkryjmy odwieczną tajemnicę – faceci nie znoszą walentynek
Kolejny 14 lutego i kolejny rok ta sama śpiewka. Jedni mówią, że to święto komercyjne i hejtują je za sztuczność. Inni wskazują, że każdy dzień jest dobry na okazanie miłości, więc ten też. Powierzchownie.
Postanowiłam jednak zapytać mężczyzn, co powiedzieliby o walentynkach, gdyby wiedzieli, że ich partnerka tego nie usłyszy, a koleżanka nie oceni. No i dostało nam się. 32-letni Jarek o walentynkach ma jednoznaczne zdanie. 
Nazywa je "drugim dniem kobiet", bo jedna płeć jest w centrum tego święta. Mówi, że nie dość, że nikt nie pamięta o dniu chłopaka, czy nie słyszał o święcie mężczyzn, to kobiety zawłaszczyły sobie święto zakochanych jako kolejną okazję do oczekiwań. Oczekiwań, że ich facet domyśli się, zaplanuje, wykona. 
Gdy w żartach odpowiadam, że w takim razie facet na walentynki powinien dostać chociaż piwo, Jarek krzywi się zrezygnowany. – Facet nie oczekuje niczego w walentynki. Najlepszym prezentem byłoby to, gdyby mógł mieć to święto gdzieś – odpowiada. 
Co ciekawe, wiem, że jest mężczyzną, który kupuje żonie kwiaty bez okazji czy zabiera ją na randki. Ale mówi, że odechciewa mu się starań, gdy ktoś mu coś narzuca.
Mam wrażenie, że mężczyźni częściej niż kobiety zwracają uwagę na kiczowatą otoczkę święta zakochanych, ale wielu z nich zaciska zęby, by zadowolić partnerki. I są w stanie się poświęcić, ale mówią już wprost, że skoro rozpieszczają, to sami też chcą się czuć rozpieszczeni.
Dla kobiety biżuteria, dla faceta skarpeta
Mamy 2024 rok i era gentlemanów, którzy zabiegali o damę wszelkimi możliwymi sposobami, a w zamian oczekiwali łaskawego spojrzenia, dawno się skończyła. Faceci mówią: chcecie partnerstwa? My też, dlatego my dajemy kwiaty a wy... No właśnie, co?
Dużo większym problemem jest dla mojego kolegi Macieja sformułowanie, co naprawdę chciałby dostać. Nie da się nie zauważyć, że w kategoriach prezenty dla kobiet częściej pojawiają się te estetyczne czy luksusowe. Kwiaty, czekoladki, perfumy, biżuteria. 
A kobiety nierzadko chwalą się, że swoim partnerom na specjalną okazję kupiły bokserki albo skarpety. Pytam Macieja, czy to dobry prezent. – Może jeszcze otwieracz do konserw wypasiony i puszkę tyrolskiej. Skarpety, piwo, a co ja jestem? – odpowiada dość oburzony.
– Ja bym się ucieszył raczej z jakiejś bransoletki czy innej pierdółki do noszenia – dodaje.
Po dłuższym zastanowieniu mówi, że najlepszą randką byłaby taka od podstaw przygotowana przez jego partnerkę (aktualnie jest singlem). 
– Mogłaby ugotować jakieś danie od podstaw, przygotować butelkę wina, ubrać się jakoś seksownie, a potem byśmy jakoś zakończyli ten wieczór – snuje.
I tutaj dochodzimy do innej kwestii, bo niektórzy faceci uważają, że jednym z ich prezentów w dzień 14 lutego jest to, co rozpakują w sypialni. Uwaga – tylko niektórzy!
"Blowjobs are like flowers for men", czyli seks na walentynki
Nie mówcie, że walentynki nie kojarzą wam się z seksem – wystarczy spojrzeć na reklamy, które atakują nas tego dnia z każdej strony. W restauracji na walentynki – menu z afrodyzjakami, w reklamach hoteli – łoże obsypane różami, reklamy seksownej bielizny, promocje na gadżety erotyczne...
Potwierdzają to badania. Z najnowszych ankiet przeprowadzonych przez Glovo wynika, że Polacy coraz częściej korzystają z usługi zamawiania gadżetów erotycznych z dostawą tego samego dnia. 
Jak wynika z badania "Czy i jak Polacy korzystają z gadżetów erotycznych?" do najpopularniejszych tego typu produktów zamawianych przez użytkowników Glovo w walentynki należy popularny wibrator pingwinek. 
Równie chętnie zamawiane są tampony gąbkowe (poprawiające komfort seksu w okres) oraz prezerwatywy. Powiedzmy to wprost – 14 lutego seks jest oczekiwany!
Z popkultury i mediów też bije przekaz – najpierw prezent, potem kolacja, dzień zakochanych nie będzie dopełniony, jeśli nie zakończy się miłosnymi igraszkami. Niektórzy mężczyźni stosunek w walentynki zaczynają traktować tak, że można nazwać go "kuponem na seks".
Jeden z moich znajomych mówi bez ogródek, że w walentynki najbardziej szczęśliwy byłby, gdyby wieczór zakończył się szczęśliwym dla niego finałem. Marzy nawet nie tyle o romantycznym seksie, ile o seksualnej niespodziance tylko dla niego.
Przeglądając fora z męskimi dyskusjami o walentynkach, wpadam nawet na wątek, w którym komentujący wskazują, że 14 lutego mają nadzieję na otrzymanie od swoich partnerek seksu oralnego. "Blowjobs are like flowers for men" – odpisuje mi jeden z nich, gdy pytam internetową społeczność o  prezentowy ekwiwalent kwiatów dla mężczyzn.
Niektórzy panowie traktują seks jako prezent, który powinni dostać, a w walentynki grają wręcz "kuponem na seks", czyli kartą – "zapewniłem ci romantyczny wieczór, więc należy mi się".
Każdy seksuolog powie tymczasem, że nie powinniśmy traktować seksu jako nagrody w relacji, a nad jakością i satysfakcją ze współżycia pracować razem. Poza tym – ich żądania są tak samo przykre, jak to, że z satysfakcjonującym stosunkiem muszą czekać do jednego dnia w roku... Ale tak jak podkreślałam – "not all men". 
Walentynki? "Miłość okazuję codziennie"
Dominik mówi wprost, że miłość powinno się okazywać każdego dnia. I nie wyobraża sobie, że seks w jego życiu odgrywałby tak małą rolę, że miałby czekać z nadzieją na jeden dzień w roku. 
Poza tym wskazuje, że uczucia okazuje się cały rok, tak jak wręcza prezenty czy robi niespodzianki drugiej połówce. O walentynkach mówi: "chodzi w tym o komercję, a nie uczucia". I ze swoją partnerką umówił się od początku, że walentynek nie obchodzą. Potem dodaje przewrotnie – "My mamy walentynki codziennie".
Dodaje, że wyjścia do restauracji nie traktuje jak randki, a jak normę, na którą pozwala sobie chociaż raz w tygodniu. 
Walentynki: święto dla zaniedbywanych?
W rozmowach z obydwiema płciami jak mantra powraca jedno zdanie – miłość powinno się okazywać codziennie. Dalej jednak zaczynają się schody. Mam wrażenie, że kobiety, które na co dzień mogą liczyć na miłe gesty partnera jak wyjścia na randki czy prezenty bez okazji, wskazują, że w walentynki nie oczekują niczego specjalnego. 
Nierzadko jednak o tym, że "miłość okazuje się codziennie" trąbią ci, którzy nie pamiętają, kiedy ostatnio podarowali kwiaty partnerce. Jeśli ktoś na co dzień o prezencie bez okazji może pomarzyć, a na randkę z mężem czy partnerem wychodzi w rocznicę, to trudno dziwić się, że w walentynki czuje żal, jeśli nic nie dostanie.  
Dla osoby, która wie, że na miły gest ze strony swojego partnera może liczyć tylko od święta, zabranie jej takiej okazji jest po prostu przykre i niesprawiedliwe. Sebastian mówi, że jako mężczyzna z pokolenia Z za starszych roszczeniowych kolegów się co najwyżej wstydzi.
– Jeśli ktoś jak ja nie lubi wymuszonych świat, to nie widzę żadnego problemu, żeby kupić dziewczynie symboliczne kwiaty na walentynki, ale randkę zorganizować przed albo po 14 lutego. Co w tym strasznego, żeby wyjść z inicjatywą i się wykazać? Poza tym, jeśli jesteśmy w fajnych relacjach, to chyba sami powinniśmy się garnąć do tego, żeby organizować sobie czas – dodaje.
Na TikToku króluje natomiast trend, w którym dziewczyny udowadniają, że zrobić coś miłego dla swojej połówki facet może zawsze. Określiły go nawet znaczącym hasłem "jeśli on mówi, że nie ma czasu i pieniędzy, pokaż mu to:". Na filmikach w ciągu kilku sekund tworzą walentynkowe kosze, do których praktycznie na oślep wrzucają czekoladki, sztuczne kwiaty, misie czy różowe długopisy.
I chociaż prezentu tego nie można nazwać mianem oryginalnego ani nawet odmówić mu kiczu – wygląda na to, że wiele kobiet wolałoby nawet mały gest osiągnięty niskim kosztem niż nic. Dla bezpieczeństwa przed walentynkami lepiej porozmawiaj więc ze swoją drugą połówką.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7f52bef14a6731d3ee2aab44702d5d6e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7f52bef14a6731d3ee2aab44702d5d6e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mężczyźni nie znoszą Walentynek? &quot;Tylko my musimy pamiętać o tym dniu&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/539393,przeczytalem-wiadomosci-mojej-partnerki-z-ex-nie-moge-na-nia-patrzec</guid><link>https://natemat.pl/539393,przeczytalem-wiadomosci-mojej-partnerki-z-ex-nie-moge-na-nia-patrzec</link><pubDate>Sat, 03 Feb 2024 17:12:09 +0100</pubDate><title>&quot;Przeczytałem jej wiadomości z ex z czasów, gdy nie byliśmy razem. Teraz nie mogę na nią patrzeć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7770c43722048edf5e489d69535eb2b0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Wiem, że zrobiłem źle i nie mam prawa jej oceniać. Z drugiej strony obawiam się, że nie umiem już patrzeć na moją dziewczynę tak, jak wcześniej. Nie spodziewałem się tego po niej. Ciągle myślę o tym, kim naprawdę była, zanim mnie poznała i co robiła z innymi mężczyznami. Obrzydziłem sobie własną partnerkę. Wszystko zaczęło się od tego, że "trafiłem" na jej wiadomości z innymi facetami – z czasów zanim byliśmy razem" – opisuje swoją historię jeden z naszych czytelników.

Przeczytałem wiadomości mojej dziewczyny z czasów zanim zostaliśmy parą
"Sam sobie nawarzyłem tego piwa, tylko nie wiem, czy bardziej boli mnie to, co kiedyś robiła czy to, że mnie oszukała. Ale zacząć trzeba od początku. Z moją obecną partnerką zacząłem się spotykać zaledwie 4 miesiące od zerwania z wcześniejszą dziewczyną, z którą byliśmy razem 3 lata. 
Pod koniec relacji dowiedziałem się, że flirtowała z kimś online, nie wiem, czy się spotykali, ale do naszych problemów doszedł totalny brak zaufania, wreszcie się rozstaliśmy. Gdy poznałem moją obecną dziewczynę – nazwijmy ją Kasia – nareszcie odżyłem.
Znowu miałem motylki w brzuchu, w moim życiu pojawił się ktoś, z kim chciało mi się spędzać czas, a nie "współlokatorka" od kłótni, jak moja była. Chciałem o ten związek dbać, bo czułem, że jesteśmy jak bratnie dusze. Moja nowa dziewczyna lubiła organizować nam wieczory rozmów przy winku i jakiś czas temu wyciągnęła przy tej okazji gierkę w takie pytania dla par.
Tam były też takie z kategorii pikantniejszych i wylosowałem dla niej pytanie, czy uprawiała w swoim życiu ONS [one night stand – jednorazowy seks bez zobowiązań]. Odpowiedziała, że nigdy się jej to nie zdarzyło. Dalej graliśmy i o tym pytaniu zapomniałem.
Jakiś czas później zastanawiałem się, czy ona na pewno jest ze mną szczera. Myślałem o byłej, która za moimi plecami flirtowała z innymi i gdy pewnego razu poszła do sklepu i zostawiła przy mnie telefon, spojrzałem w niego, by zobaczyć, czy nie znajdę czegoś złego.
I tu zaczynają się schody. Nie znalazłem dowodów, że flirtowała z kimś, od kiedy jesteśmy razem. Ale znalazłem na jej telefonie SMS-y od niezapisanych numerów, wszedłem i zacząłem przewijać do ciekawego momentu – trafiłem na rozmowy z czasów zanim zaczęliśmy być parą. Wiem, że nie mam prawa mieć o to do niej pretensji, bo nie zdradzała mnie, ale to, co przeczytałem, sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze.
Facet pisał, że nie może się jej doczekać, ona odpisywała, że cały dzień myśli tylko o seksie z nim i chyba zerwie się wcześniej z pracy, żeby przyjechać szybciej. On w wulgarny sposób opisywał rzeczy "które z nią zrobi, jak się do niej dorwie", a ona odpisywała buziakami i serduszkami. 
...
Nie spodziewałem się czegoś takiego po niej. Mnie wydawała się zupełnie inną osobą, "grzeczną dziewczynką". W łóżku było nam dobrze, ale nigdy nie sądziłem, że uważałaby taką rozmowę za coś okej, sam nie umiałbym tak do niej pisać. 
Zachowywała się jak nastolatka piszcząca na widok gwiazdy serialu. Łasiła się do tego gościa i zacząłem się zastanawiać, czy jest jej ze mną tak dobrze, jak z nim.
Inna rozmowa toczyła się trzy miesiące przed tą. Pisała jakiemuś numerowi, że jest w klubie i czeka na niego. On odpisywał, że jest gdzieś ze znajomymi i nie wie, czy zdąży. Pisała, że ona za nim tęskni i "jak się nie pojawi, to się nie zabawią".
Nie wiem, czy chodziło jej o taniec i drinki, bo moja wyobraźnia podpowiada mi już seks w klubowej toalecie. Od kiedy przeczytałem te wiadomości, zacząłem wariować. Najchętniej rzuciłbym jej ten telefon w twarz i zapytał, z kim się jeszcze spotykała i co powinienem wiedzieć, ale gdy przyznam się, że to czytałem, to ja wyjdę na tego złego.
Sam nie wiem, czy bardziej boli mnie to, co robiła czy tak naprawdę to, że mnie okłamała. Czemu nie była szczera, gdy pytałem ją o ONS? Nie wiem, jak zareagowałbym, gdybym dowiedział się od razu. Ale teraz wyszło jeszcze gorzej.
Od tego czasu ona ciągle pyta mnie, co się stało. Ale ja nie umiem do niej podchodzić jak na początku. Mam wrażenie, że "obrzydziło" mi to ją. Przeczytałem słowa, których żaden facet nie chciałby usłyszeć powiedzianych do jego kobiety.
Ciągle wyobrażam sobie, co robiła ze swoimi byłymi, zastanawiam czy z nimi nie było jej lepiej. Zastanawiam się, kim była w "poprzednim życiu". Czy to są wiadomości, z jakimś byłym, z którym tak pikantnie flirtowała? A może to jacyś jej kochankowie, z którymi zdradzała partnera? Albo niezobowiązujący seks był w jej życiu normą i to, co przeczytałem to zaledwie procent jej historii.
Nie chcę o tym myśleć i jednocześnie nie mogę przestać o tym myśleć. Wiem, że wreszcie wybuchnę i skonfrontuje ją z tym. Trudno mi sobie wyobrazić, że będę z nią uprawiał seks i nie pomyślę o tym, co działo się w jej życiu łóżkowym. Mam wrażenie, że to koniec naszego związku. Może problem jest we mnie, ale nie mogę się z tym pogodzić".

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7770c43722048edf5e489d69535eb2b0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7770c43722048edf5e489d69535eb2b0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Przeczytałem wiadomości mojej partnerki z ex. Nie mogę na nią patrzeć</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
