<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - naTemat extra]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii naTemat extra w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/41,natemat-extra</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,41,natemat-extra" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647273,patologia-w-szkolach-rodzice-zalatwiaja-lewe-orzeczenia-by-ulatwic-egzaminy-uczniowie-sie-tym-chwala</guid><link>https://natemat.pl/647273,patologia-w-szkolach-rodzice-zalatwiaja-lewe-orzeczenia-by-ulatwic-egzaminy-uczniowie-sie-tym-chwala</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 18:45:02 +0200</pubDate><title>Patologia w szkołach. &quot;Rodzice załatwiają lewe orzeczenia, by ułatwić egzaminy. Uczniowie się tym chwalą&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Widzę uczniów z orzeczeniami, którzy sami się z nich śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy. Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja. Chodziło oczywiście o dodatkowy czas na egzaminie. Kiedyś uczeń sami mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni, będę miał pół godziny więcej na maturze" – opowiada nauczyciel matematyki i fizyki w szkole średniej i wykładowca. W szczerej rozmowie z naTemat mówi o tym, jak rodzice zmienili się w adwokatów swoich dzieci i co z tego wynika.

Aleksandra Tchórzewska: Zdarza się, że wstawia pan o 15:00 dwójkę do Librusa, a o 15:05 ma pan już wiadomość od rodzica z pretensjami?
Marek (imię zmienione), nauczyciel: O tak. Szczególnie jeden raz utkwił mi w głowie. To było po bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Uczeń stwierdził na innej lekcji, że on trójki z matematyki mieć nie będzie, bo "ten (tu nieprzyjemny epitet określający mnie) mu jej nie wystawi". Nauczycielka wpisała mu uwagę, której ja jeszcze nawet nie zdążyłem przeczytać. 
Tak się złożyło, że ten chłopak – skądinąd całkiem niezły z matematyki – dostał u mnie jedynkę. Wstawiłem ją do systemu i natychmiast dostałem SMS-a od matki: "Dlaczego mści się Pan na moim synu?".
Zadzwoniłem do niej, mówię, że nie rozumiem, o co chodzi. Matka dostała słowotoku. To był czysty atak: że się mszczę, że ona tego tak nie zostawi, że pójdzie na skargę. 
Zaprosiłem ich na spotkanie. Przyszli, ale ani razu nie padło słowo "przepraszam". Ani od chłopaka, ani od matki. Udało się ich uspokoić, ale do nich w ogóle nie dotarło, że stało się coś skandalicznego.
Zostałem oskarżony o zemstę, zanim w ogóle zdążyłem o niej pomyśleć.
Ja nie mam numeru do żadnego z nauczycieli mojej córki. Komunikujemy się tylko przez Librusa albo na zebraniach.
Kiedyś byłem ogromnym przeciwnikiem podawania prywatnego numeru, ale pokonała mnie bezsilność. Nie wszyscy rodzice czytają Librusa. Ta mama akurat czytała, bo powiadomienie przyszło jej od razu, ale wielu tam nie zagląda. Żeby mieć pewność, że informacja dotarła, zacząłem pisać SMS-y i dzwonić.
Teraz mam numery wszystkich rodziców swoich wychowanków wklepane w telefon. W "razie W" dzwonię. Na początku roku podaję swój numer i przyzwalam na kontakt w ciągu dnia. Mówię tylko: "Weekendy mi darujcie". Czasem to dobre wyjście – gdy dziecko nagle zachoruje albo wydarzy się coś w rodzinie, rodzic informuje mnie na bieżąco. 
To jest okej.
A co nie jest okej?
Kiedy uczeń ucieka z ostatniej lekcji, a ja od razu dostaję wiadomość od rodzica: "Proszę to usprawiedliwić".
Albo inna scena: mam godzinę wychowawczą, mówię chłopcom, że przez nieobecności będą mieli obniżone oceny z zachowania. Nie mija godzina, a w Librusie mam już komplet usprawiedliwień bez podania przyczyny. Jak pytam o powód, słyszę, że rodzic "nie musi podawać". 
To są często pojedyncze godziny w środku dnia. Rodzic daje przyzwolenie na wagary, a potem, gdy pojawia się zagrożenie jedynką na koniec roku, idzie po rozum do głowy i pyta, co z tym zrobić. Staram się wówczas tłumaczyć rodzicowi, że dziecko narobiło sobie zaległości przez liczne nieobecności, które były bezrefleksyjnie usprawiedliwiane, ale z reguły jest już wtedy po prostu za późno na cokolwiek.
Czy zdarza się, że rodzice podważają sens nauki matematyki czy fizyki, mówiąc, że "to i tak się w życiu nie przyda"?
Miałem taką sytuację: matka, jeszcze gdy córka była w czwartej klasie, stwierdziła, że skoro sama ma wyższe wykształcenie i nie zna tabliczki mnożenia, to nie będzie tego wymagała od własnego dziecka. Kiedy uczeń słyszy coś takiego od autorytetu, utwierdza się w przekonaniu, że uczyć się nie musi. 
Ale w szkole tego wymagają. Powstaje dysonans, dziecko się gubi i nie wie, po której stronie stanąć.
Dziś tego dziecka w szkole częściej nie ma, niż jest. A do matki powoli dociera, że jest współwinna temu, co się dzieje, więc próbuje teraz w poradniach diagnozować u córki fobię szkolną.
Tyle że ta fobia nie wzięła się znikąd. Nie spadła na to dziecko jak łaska Boża, nie została nim naznaczona przy chrzcie. Według mnie to w dużej mierze wina rodzica.
Zamiast zaangażować się w pomoc, gdy pojawiły się pierwsze problemy, mama to bagatelizowała. 
Moja żona w podstawówce ma podobny problem – ma uczennicę, którą matka chroni od czwartej klasy, bagatelizując każde niepowodzenie szkolne. W efekcie dziewczynki więcej nie ma w szkole, niż jest. 
Da się naprawić te błędy?
Z niektórych źle obranych dróg bardzo trudno jest zawrócić. Rodzicielstwo to długotrwały, przemyślany proces. Nie można po prostu powołać młodego człowieka na świat i pozwolić mu, by "jakoś to było". 
Trzeba przy dziecku być i wychwytywać trudne momenty. Mnie jest o tyle łatwiej, że oboje z żoną jesteśmy nauczycielami. Nasze dzieci zawsze były pod tym względem zaopiekowane. Gdy pojawiał się problem, reagowaliśmy natychmiast. Nigdy nie umniejszaliśmy rangi żadnego przedmiotu. Nawet plastyka czy technika, często traktowane po macoszemu, u nas były ważne.
Choć sami z żoną mieliśmy mnóstwo uwag – bo na własne środowisko patrzy się surowiej – nasze dzieci nigdy nie usłyszały od nas złego słowa o swoich nauczycielach. 
A jeśli dziecko słyszy taką krytykę w domu, to potem mamy to, co mamy. Dziś rodzice często wyrzucają z siebie żale z czasów, gdy sami nie radzili sobie w szkole.
Jakie są matki, a jacy ojcowie w relacji ze szkołą?
Mamy często chronią i wybielają. Mam ucznia z orzeczeniem, który powinien chodzić na zajęcia indywidualne, ale na nie nie dociera. Naopowiadał mamie, że rzekomo mówię o nim niestworzone rzeczy – że niby się do tej szkoły nie nadaje. 
Mama oczywiście natychmiast się na mnie obraziła i zupełnie przestała się odzywać. Zaprowadziła nawet syna do psychologa, bo nagle pojawiło się podejrzenie fobii szkolnej. A przecież przez rok była z placówki bardzo zadowolona. Chłopiec ma problemy emocjonalne, otoczyliśmy go opieką, dostał promocję. Ale teraz szkoła jest "be", bo poskarżyłem się, że wagaruje.
Kiedy mam problem z chłopakiem – a mam teraz klasę samych chłopców – i wiem, że jest w domu ojciec, to dzwonię zawsze do niego, nigdy do matki. Bo matka powie: "to nieprawda" albo "porozmawiam z nim" i nic się nie zmienia. 
A jak dziecko jest po rozmowie z ojcem, to widzę szansę na zmianę.
Ojcowie teraz się bardziej angażują. Ostatnio jeden z nich nawet trochę mnie wzruszył, bo przyznał mi wprost, że nie radzi sobie z synem w domu. Powiedział: "Wie pan, ja wiem, że on w szkole zachowuje się źle, ale naprawdę nie wiem, co z tym zrobić". To była naprawdę fajna, merytoryczna rozmowa z człowiekiem, który po prostu przyznał, że jest bezsilny.
Łatwiej rozmawiać z uczniem niż z rodzicem?
Tak, prędzej dogadam się z nastolatkiem. Obecnie mam dosyć problematyczną klasę, ale staramy się rozwiązywać konflikty wewnątrz grupy. 
Czasem śmieję się na godzinie wychowawczej: "Słuchajcie chłopaki, macie tyle uwag, a przecież każdy z was był kiedyś słodkim trzylatkiem w piaskownicy. Nic nie zapowiadało, że będziecie dokuczać pani od angielskiego, lekceważyć nauczycieli czy chodzić sobie po klasie". Kiedy rozmawia się z nimi szczerze, często przyznają mi rację. 
Wymyśliliśmy nawet w szkole projekt "Dama i dżentelmen". Uczymy w nim kultury osobistej. Program trwa cały rok i widzimy świetne efekty. Te dzieci zaczynają rozumieć, że ich życie zależy od nich, a rodzic nie będzie zawsze ich tarczą. 
Dziś rodzice idą na skargę do dyrektora albo kuratora. U nas zdarzył się wypadek autokarowy podczas wycieczki. Nikomu nic się nie stało, a mimo to rodzic napisał skargę do kuratorium. 
Zamiast przyjść, porozmawiać, wylał złość na papierze, twierdząc, że wyjazd był źle zorganizowany. A przecież wypadek może się zdarzyć zawsze, wszędzie. Ruch drogowy jest nieprzewidywalny, ktoś zajedzie drogę kierowcy i gotowe. To mogło się stać w każdych okolicznościach.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, powiedział pan, że w 2022 roku powrócił do szkoły po ośmiu latach przerwy.
W szkole pracowałem od 2002 roku. W 2014 poszedłem na roczny urlop zdrowotny i po nim już nie wróciłem, bo wystartowałem w konkursie na dyrektora Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wygrałem go. Przez pięć lat pełniłem tę funkcję, a później dostałem ofertę z firmy VULCAN – to fiński gigant edukacyjny Sanoma.
Zajmowałem się kontaktami z samorządami. To był akurat okres pandemii. Po około trzech latach dostałem propozycję powrotu do szkoły. Myślałem nad tym pół roku i stwierdziłem: "Czemu nie?". 
Praca w korporacji była męcząca. Jako menedżer średniego szczebla musiałem bardzo często jeździć do Wrocławia i te podróże po prostu mnie wyczerpały. 
I tak znów pracuję w szkole ponadpodstawowej.
Zastał pan jakąś nową rzeczywistość po tej przerwie?
Tak. Pierwsza rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła, to skala biurokracji. Odchodziłem ze szkoły z wielu powodów, ale "papierologia" była głównym. Dziś cały proces edukacyjny to morze dokumentów. 
Przybyło dzieci z opiniami i orzeczeniami. Do tego dochodzi strach przed kuratorium. Myślę, że niemałe znaczenie miały tu rządy poprzedniej ekipy – przez te lata niemal każdy dyrektor zaczął zabezpieczać się z każdej strony dokumentem. 
Prowadzę zajęcia projektowe i muszę to dokumentować podwójnie: dla Urzędu Marszałkowskiego i w systemie szkolnym, żeby pozostał ślad, tak na wszelki wypadek.
Rodzicom musimy wysyłać tzw. wymagania edukacyjne, co jest kompletną bzdurą.
Dlaczego?
Nie wiem, czy rodzice się z tym dokumentem zapoznają. Myślę, że nie. To dziesięć stron branżowego słownictwa z każdego przedmiotu. Według mnie spora grupa rodziców nie rozumie, w jakim celu otrzymuje te wymagania edukacyjne i ich po prostu nie czyta. My jednak musimy zebrać potwierdzenie, że przyjęli dokument. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że to potwierdzeni nie jest zgodne ze stanem faktycznym.
Jeśli uczeń ma opinię lub orzeczenie, rodziców trzeba kilka razy w roku zaprosić na spotkanie. Od czterech lat "przerabiam" takie dzieci i w tym czasie zdarzyło mi się tylko jedno spotkanie, na które rodzic faktycznie przyszedł, bo tego chciał. 
Ich interesuje tylko – to moja opinia – święty spokój. Mam wrażenie, że gdy już zdobędą "papier", problem dla nich znika. To szkoła musi zrobić wszystko, by wywiązać się z zaleceń. 
Jeśli mam zalecenie, że uczeń ma mieć np. kartkówkę wydłużoną o pięć minut, siedzieć w pierwszej ławce czy dostawać test napisany większą czcionką, to muszę to wszystko skrupulatnie dokumentować. 
Wszystko po to, by w razie, gdy uczeń mimo tych dostosowań sobie nie poradzi i otrzyma ocenę niedostateczną na koniec roku, mieć twarde dowody, że z mojej strony dopełniłem każdego obowiązku i wywiązałem się z zaleceń, a uczeń po prostu nie opanował materiału.
A orzeczeń jest coraz więcej. 
Chciałby pan powiedzieć, że rodzice nadużywają tych przywilejów?
Część na pewno tak. Widzę uczniów z opiniami, którzy sami się z nich śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy.
Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja.
Po co jej ta opinia?
Chodziło oczywiście o dodatkowy czas na egzaminie. Z reguły to pół godziny. Myślę, że wielu rodziców po prostu to wykorzystuje. 
Kiedyś uczeń sami mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni, będę miał pół godziny więcej na maturze". 
Co pan wtedy czuje? Złość?
Utwierdzam się w przekonaniu, że jako naród cenimy sobie źle rozumiany spryt. Uważamy, że bycie cwaniakiem jest fajne. Kiedyś czułem wściekłość, teraz jest mi to obojętne. Z mojego doświadczenia wynika, że jak uczeń ma zdać, to zda. Te pół godziny niewiele zmieni, daje jedynie komfort psychiczny.
Jako przewodniczący komisji egzaminacyjnych widzę, że niemal nikt z tego czasu nie korzysta. Na matematyce 180 minut to naprawdę wystarczająco. Zauważam wręcz odwrotny problem – w dniu matury niemal wszyscy wychodzą przed czasem. 
Ci najzdolniejsi nawet godzinę przed dzwonkiem. Słabsi siedzą prawie do końca, ale nigdy do samego końca. Robią to, co im radzę: "Rozwiąż, co umiesz, nad resztą się zastanów, nie zostawiaj pustej kartki". Sprawdzają i wychodzą.
Dlatego uważam, że ten czas jest wystarczający. Rozumiem potrzeby uczniów chorych, np. na cukrzycę – oni muszą mieć bufor bezpieczeństwa. Ale nie potrafię się pogodzić z masowym "załatwianiem" lewych opinii tylko po to, by mieć fory.
Co jeszcze rodzice potrafią "załatwić"?
Mógłbym o tym napisać książkę. Z jednej strony mam sporą grupę rodziców, których zainteresowanie dzieckiem nazwałbym wzorowym. Ta relacja jest w porządku: rodzic trzyma rękę na pulsie, kontroluje frekwencję i oceny. Po prostu współpracujemy. Kiedy informuję, że uczeń wagaruje, spóźnia się czy ma słabsze stopnie, po dwóch tygodniach widzę zmianę. Rodzice reagują, podejmują w domu działania – wtedy jest super. 
Niestety nie zawsze tak to wygląda. Niektórzy rodzice sami nie wiedzą, czego chcą.
Miałem przypadek matki, która wychowywała dzieci samotnie. Miała syna i młodszą córkę. Poprosiła mnie o rozmowę z chłopakiem, bo byłem dla niego autorytetem. Chłopiec wagarował, oceny leciały w dół. Porozmawialiśmy konkretnie, nakreśliłem mu skutki takich działań. Mama była zadowolona, dziękowała mi.
I tak żyliśmy rok, aż ten chłopiec podpadł – na jednej z lekcji rzucił się z pięściami na nauczyciela. Skończyło się na naganie wychowawcy.
A kiedy ja dodatkowo wystąpiłem o naganę dyrektora, matka nagle całkowicie zmieniła front. Zarzuciła mi, że uwziąłem się na jej syna. Twierdziła, że wykorzystuję znajomość ich sytuacji domowej i że w ogóle nie powinienem z nim rozmawiać. 
Źródła agresji syna upatrywała w... naszej wcześniejszej rozmowie. Uznała, że on się po niej rzekomo załamał i stąd ten wybuch. Nagle wszystko stało się moją winą.
Rodzice zawsze bronią dzieci za wszelką cenę?
Rodzice po prostu tacy bywają: jak jest dobrze, kochają szkołę. Jak coś zgrzyta – szkoła staje się wrogiem. Są święcie przekonani, że dziecko mówi prawdę. Dopiero z czasem wychodzi na jaw, że młody człowiek po prostu nimi manipuluje. Ale rodzic się do tego nie przyzna. Będzie bronił tezy, że w domu jest okej, a zło dzieje się w szkole.
Dlaczego tak jest?
Nie mam pojęcia. Sam mam już dorosłe dzieci, ale nigdy nie przychodziło mi do głowy twierdzić, że moje dziecko jest "do rany przyłóż", jeśli w szkole nagle dostaje rogów. Młodzi ludzie często prowadzą podwójne życie. W klasie chcą zaimponować kolegom, a w domu zostają sami z rodzicami i tam nie ma miejsca na wygłupy. Rodzice przestali akceptować fakt, że ich dziecko ma tę drugą twarz.
Zapytałem, dlaczego okłamuje matkę. Odpowiedział brutalnie szczerze: "Mówię mamie to, co chce usłyszeć, żeby się nie czepiała". To dla mnie zagadka, dlaczego rodzice biorą to za pewnik.
Kiedyś mówiło się, że dziecko jest lustrem domu – że wynosi z niego kulturę, zachowanie i słownictwo. Dziś rodzic nie przyjmuje takiej narracji. Woli twierdzić, że szkoła i nauczyciele kłamią, oszukują i z jakiegoś złośliwego powodu oskarżają mu dziecko. To jest dla nich sytuacja nie do zaakceptowania.
Ostatnio dużo piszę o tym, że wszystko nagle stało się "traumą". Specjaliści, z którymi rozmawiam, mówią, że żyjemy w banieczkach dobrostanu i chronimy dzieci przed dyskomfortem. Czy pan też to widzi w szkole?
Tak jest. Prawo oświatowe mówi o ocenianiu bieżącym. Tymczasem rodzice bronią swoich dzieci jak Zawisza niepodległości. "Moje dziecko nie może dzisiaj, nie może jutro". I z oceniania bieżącego robi się w szkołach "sesja egzaminacyjna" w styczniu i czerwcu. Bo proszę okazać empatię... A potem w czerwcu jest wielkie zdziwienie.
Wczoraj dziewczynka pytała, kiedy może napisać sprawdzian. Mówię: "Dzisiaj". A ona: "No, niby mogę, ale i tak nic nie umiem, to przyjdę po świętach". 
Takie sytuacje to norma. 
Kiedyś matka błagała mnie, bym nie brał córki do tablicy, bo ona ma fobię szkolną z matematyki. Po trzech miesiącach przyniosła orzeczenie na nauczanie indywidualne. Po roku nauki, w czerwcu, uczennica przyszła zapytać, czy może zrezygnować z indywidualnych, bo "u pana jest inaczej". 
Wróciła na zajęcia z klasą. Radzi sobie znakomicie, a śladów fobii nie widać. Myślę, że to matka miała fobię szkolną i roztoczyła nad córką parasol ochronny.
Rodzice bardzo się zmienili przez te 24 lata pana kariery?
Zdecydowanie. Większość tych, którzy sami nie radzili w szkole, nie potrafi pomóc swoim dzieciom. Frustracja przechodzi na dziecko. Pamiętam, jak w 2002 roku mówiłem uczniom: "Nauczcie się ułamków, bo nie pomożecie swoim dzieciom". I dziś, gdy pytam ucznia: "Mama nie może ci pomóc?", słyszę: "Mama sama tego nie potrafi". To ma ogromne znaczenie. 
Miałem w klasie syna mojej byłej uczennicy. Chłopak w podstawówce był agresywny, rzucał krzesłami, a matka długo broniła się przed badaniami, nie przyjmując do wiadomości tego, że syn może potrzebować specjalistycznej pomocy. 
Dopiero pod koniec szkoły podstawowej zdecydowała się na badania i u chłopaka zdiagnozowano zespół Aspergera i autyzm, a kobieta przeszła ogromną zmianę, zrozumiała swoje błędy i przez lata nasza współpraca była czystą przyjemnością. Chłopak był najzdolniejszy w klasie.
Niestety tacy rodzice to wyjątki. 
Miasto, w którym pan mieszka i pracuje, to nie metropolia. Czy zdarza się, że rodzic pana zaczepia na ulicy o jedynkę?
Nie, na szczęście to się nie zdarza. Wydaje mi się, że mam dość dobrą opinię. Jestem wymagający i surowy, ale uczniowie mnie akceptują. Niedaleko mojego bloku, w sklepie, w którym codziennie robię zakupy, pracuje mama mojego byłego ucznia. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby zareagowała źle, choć jej syn aniołkiem nie był.
Raz to ja ją zagadałem przy kasie, gdy nie było innych ludzi. 
Dalsza część wywiadu poniżej
Zgodził się pan porozmawiać, choć nie mówi o rzeczach łatwych i przyjemnych. Dlaczego?
Bo taka jest moja opinia. Ja uważam, że moje zdanie nikogo nie krzywdzi. Tak po prostu jest. Ludzie dzielą się na dobrych i złych, mądrych i głupich. Pośrodku nie ma nikogo, bo nie można być "trochę mądrym".
Boli mnie to, że kiedyś mogliśmy bez oporów powiedzieć komuś: "Jesteś głupi" i nie było w tym złośliwości, tylko stwierdzenie faktu. Pamiętam kolegę z czwartej klasy, który odpisywał ode mnie ułamki. Mówię: "pisz 1/4, a on zaczął pisać słownie: "j-e-d-n-a...". Powiedziałem mu: "Człowieku, jesteś głupi". Przyznał mi rację, nie było afery. Dziś to nie do pomyślenia. 
Trzeba mówić wprost: nie poradzisz sobie w technikum czy liceum, jeśli po ośmiu latach podstawówki masz problem z ułamkami. Żadne orzeczenie tego nie zmieni.
Gdyby wiedział pan, co pana czeka w nowej szkolnej rzeczywistości, wróciłby pan do zawodu?
Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Szkoła mnie nie przeraża, zajmowałem się w życiu wieloma rzeczami. Byłem przez kilkanaście lat społecznym kuratorem sądowym – tego na przykład nie chciałbym już robić, to było znacznie bardziej obciążające psychicznie.
Ma pan nadzieję na zmianę rodziców po lekturze tego wywiadu?
Nie, nie mam ani cienia nadziei. Wszyscy w szkole "jedziemy już na oparach". Liczymy dni. Jesteśmy potwornie zmęczeni. W marcu miałem 70 nadgodzin – to tak, jakbym pracował na dwóch etatach. Za każdą godziną stoi wycieńczenie emocjonalne.
Nie ma już klasy, w której nikt by się nie spóźniał. Powody są różne: jeden utknął w toalecie, drugi ma fobię i boi się wejść do sali z resztą grupy, trzeci wymyśla jeszcze coś innego. Nie ma praktycznie lekcji, na której przynajmniej jeden uczeń by nie spał. Kiedyś byłby z tego raban, dziś to norma.
I ja z tymi jej emocjami zostaję sam.
W internecie możemy się wzajemnie "nakręcać", ale to niczego nie zmieni. Na zarobki już nawet nie narzekam – po prostu je zaakceptowałem. Żeby coś się zmieniło, musielibyśmy jak górnicy pojechać pod Sejm i spalić te wszystkie monitory interaktywne, tablice i kredy. Ale nasze środowisko jest zbyt podzielone.
I tak będziemy pchać ten wózek. Bo my zawsze robimy to, co trzeba. Jak trzeba będzie, to nawet zmartwychwstaniemy. 
I nikogo to nie wzruszy. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W polskich szkołach jest coraz więcej dzieci z różnymi orzeczeniami</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647566,maz-swietnie-zarabia-ja-nazywa-pasozytem-rozlicza-z-zakupow-co-do-grosza</guid><link>https://natemat.pl/647566,maz-swietnie-zarabia-ja-nazywa-pasozytem-rozlicza-z-zakupow-co-do-grosza</link><pubDate>Sat, 04 Apr 2026 08:00:02 +0200</pubDate><title>Mąż świetnie zarabia, ją nazywa &quot;pasożytem&quot;. Rozlicza z zakupów co do grosza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż mojej klientki przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Jej mąż potrafił kwestionować nawet zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku – opowiada mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa. Pytam prawniczkę, kiedy troska o domowy budżet zamienia się w wyrafinowaną przemoc ekonomiczną.

Aleksandra Tchórzewska: Kobieta wraca z zakupów i codziennie pokazuje mężowi każdy paragon. On je analizuje, podważa sens wydania każdej złotówki: "A po co to? Mogłaś tego nie kupować". Gdzie kończy się wspólne planowanie budżetu i zdrowe oszczędzanie, a zaczyna finansowa tresura?
mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa: To jest już przemoc ekonomiczna. Mamy tu do czynienia z podporządkowaniem jednej osoby drugiej i budowaniem toksycznej zależności. Taki układ wprost wpisuje się w definicję przemocy.
Kiedyś doradzałam kobiecie z małej miejscowości, która opowiedziała mi o "poniedziałkach paragonowych". Choć pracowała, to zarabiała niewiele, a głównym żywicielem rodziny był mąż. W domu mieszkała też teściowa. Moja klientka zajmowała się wszystkim: domem, gotowaniem, zakupami i opieką nad dziećmi.
W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Mąż potrafił kwestionować nawet zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku. Nie miała żadnej przestrzeni na własne wydatki, poza tym, co udało jej się odłożyć ze skromnej pensji. 
W tym związku brakowało szacunku, a ona była systematycznie upokarzana. To pokazuje, że takie sytuacje wciąż dzieją się w polskich domach, a my – kobiety – czasem nieświadomie się im poddajemy.
Co pani sądzi o sytuacjach, w których partnerzy wymagają dostępu do loginu i hasła żony, aby sprawdzać stan jej konta?
Żądanie loginu i hasła to już ewidentne przekroczenie granicy. W takiej sytuacji warto zastosować zasadę wzajemności: "Chcesz, bym była wobec ciebie transparentna? Bądź taki sam wobec mnie i podaj mi swoje dane". Jeśli obie strony dobrowolnie zgadzają się na taki układ – w porządku. Jeśli jednak żądania płyną tylko z jednej strony, należy zachować ogromną ostrożność. To prosta droga do toksycznej kontroli, inwigilacji i w konsekwencji – przemocy ekonomicznej.
Ta przemoc opiera się na potrzebie władzy. Osoba zarządzająca finansami używa pieniędzy jako narzędzia dominacji, wprowadzając ograniczenia i upokarzając drugą stronę. Musimy być na to bardzo uważne.
Czy prawo nakłada na nas obowiązek takiej jawności?
Nikt nie ma prawnego obowiązku podawania swoich haseł. Jeśli partner czuje nieufność lub uważa, że wydajemy za dużo, można umówić się na pokazywanie wyciągów co jakiś czas. Ale podawanie danych do logowania? To całkowicie zbędne i naruszające prywatność. Po co komu login, skoro można po prostu szczerze porozmawiać o wydatkach?
Zgoda kobiety na taki układ często otwiera drzwi do relacji przemocowej. Partner zaczyna wnikliwie analizować każdy ruch na koncie, co szybko prowadzi do poczucia osaczenia. Gdyby zależało mi na relacji, starałabym się znaleźć rozwiązanie typu "wilk syty i owca cała". Jeśli transparentność jest dla partnera tak ważna, można umówić się na przesyłanie screenów z konta, by uspokoić go, że nie sprzeniewierzamy wspólnych środków. Jednak oddawanie pełnego dostępu do swojej prywatności cyfrowej to błąd, z którego potem bardzo trudno się wycofać.
Znam kobiety, które zarabiają pieniądze, a mimo to panicznie boją się kupić sobie coś nowego. Kupują sweter i mówią mężowi: "A to stare" albo "Dostałam za darmo". Dlaczego dorosła kobieta czuje się wtedy jak dziecko przyłapane na kradzieży?
Tu wchodzimy w schematy wypracowane przez lata. Znam klientki, które zarabiają więcej niż mężowie, a mimo wspólności majątkowej czują, że te pieniądze są "wspólne" tylko w sposób, który je ogranicza. To bariera mentalna, często kwestia psychologiczna, a niekoniecznie prawna.
Z punktu widzenia prawa, jeśli nie czujemy swobody w rozporządzaniu finansami – mimo że same je wypracowujemy – może to oznaczać dominację jednej ze stron. Nie zawsze jednak jest ona narzucona przez mężczyznę. 
Często mam wrażenie, że kobiety same narzucają sobie ograniczenia, chcąc poświęcić się dla dobra rodziny. Wtedy nie kwalifikowałabym tego jako przemocy, a raczej jako formę autosabotażu.
Czym to się objawia w praktyce?
Niedawno rozmawiałam z kobietą, która zarabia znacznie mniej niż jej mąż. Ma wgląd w rachunek i jest jego pełnomocniczką, ale po dwudziestu latach małżeństwa nie ma w sobie odwagi, by wypłacić z tego konta pieniądze na własne potrzeby. Kiedy czegoś potrzebuje, prosi dzieci, by to one porozmawiały z ojcem. 
To właśnie ta mentalna granica. A przecież przy wspólności majątkowej te pieniądze w połowie należą do niej.
A co w sytuacji, gdy mąż kupuje żonie drogą torebkę czy futro, żeby pokazać znajomym, jaki jest hojny, ale żałuje jej pieniędzy na dentystę, leki czy kurs zawodowy? Na zewnątrz luksus, w domu surowe restrykcje. Czy to przemoc? I czy ktoś uwierzy kobiecie, że doznaje krzywdy, skoro obnosi się z drogimi prezentami?
W świetle prawa małżonkowie mają obowiązek wzajemnie się wspierać i zaspokajać swoje potrzeby. Pytanie brzmi: czy droga torebka jest potrzebą życiową? Raczej nie. W pierwszej kolejności powinniśmy priorytetyzować wydatki na edukację, leczenie czy mieszkanie. Jeżeli te podstawowe potrzeby nie są zaspokajane, a realizowane są jedynie te "ponadstandardowe" i to pod dyktando męża, to tak – mamy do czynienia z formą kontroli i przemocy.
Teoretycznie istnieje podstawa do domagania się alimentów od współmałżonka jeszcze w trakcie małżeństwa. Rozumiem jednak, że kobiety się tego boją. Pozwanie męża, z którym się mieszka i chce jeszcze ratować relację, może tę więź ostatecznie zniszczyć. Dlatego kobiety rzadko się na to decydują – chyba że wiedzą już, że związek jest pozorny. Znam wiele takich relacji "na pokaz": na zewnątrz zamożność i luksus, a w domu wyliczanie co do złotówki pieniędzy na chleb.
Ja w pewnym związku nieformalnym często słyszałam: "Po co ci nowy płaszcz? Przecież masz". Nie mieszkaliśmy razem i nie tworzyliśmy wspólnego gospodarstwa domowego. 
W takim związku nie ma wspólności majątkowej, więc druga strona nie powinna ingerować w nasze wydatki. Tu obowiązuje zasada: "moje jest moje, twoje jest twoje". 
Problem polega na tym, że wciąż bardzo mało rozmawiamy o finansach. 
Kobiety boją się pytać, by nie zostać uznane za materialistki. Boją się reakcji: "Po co ci to wiedzieć? Kombinujesz coś?". Brak przejrzystości staje się potem jedną z najczęstszych przyczyn rozpadu małżeństw.
W małżeństwie, o ile nie ma intercyzy, mamy wspólnotę, a więc i obowiązek wspólnego decydowania o majątku. Nie powinno być tak, że jedna strona samodzielnie podejmuje istotne decyzje, jak zakup samochodu, działki czy inwestycje w akcje.
Czy często zdarza się, że kobiety nie wiedzą o takich inwestycjach?
Niestety, bardzo często. Potwierdzają to statystyki: kluczowe decyzje dotyczące wspólnego majątku nierzadko zapadają bez udziału kobiet. Pytanie, czy one same oddały tę sferę partnerowi, czy on zwyczajnie nie liczy się z ich zdaniem. Niezależnie od przyczyny, takie samodzielne działanie jednego z małżonków może mieć poważne konsekwencje prawne i finansowe dla obu stron.
Czy można prawnie wywalczyć prawo do informacji o stanie majątku?
Nie istnieje jedno uniwersalne postępowanie pozwalające na pełne zobowiązanie drugiej strony do ujawnienia całego majątku. W określonych sytuacjach np. w trakcie trwania małżeństwa, na podstawie przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, możliwe jest żądanie informacji o majątku wspólnym, jednak jego egzekwowanie bywa ograniczone.
W praktyce pełny obraz majątku najczęściej ujawnia się dopiero w toku postępowania o jego podział, kiedy sąd prowadzi postępowanie dowodowe i może zobowiązać strony do przedstawienia dokumentów oraz informacji o składnikach majątku.
Doradziłam jej, że jeśli nie uda się podpisać umowy u notariusza, jedynym wyjściem będzie pozew o tzw. przymusową rozdzielność majątkową. To pozwala zabezpieczyć siebie, dzieci i wspólne aktywa, jak mieszkanie czy działka. W przypadku hazardu – który jest chorobą – nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się problem z zadłużeniem czy komornik pukający do drzwi.
Trzeba jednak pamiętać, że w sądzie należy uzasadnić taką decyzję. Powodem może być brak zaufania czy komunikacji, ale też uzależnienie partnera od alkoholu czy właśnie hazardu. Najlepiej poprzeć to dokumentacją. Sąd przesłuchuje obie strony i podejmuje decyzję, kierując się przede wszystkim dobrem rodziny. To rozwiązanie rekomenduję zawsze, gdy kobieta nie ma jasności co do finansów, a ma uzasadnione podejrzenia, że dzieje się coś niepokojącego.
Niestety, nie ma dziś idealnych narzędzi prawnych, które skutecznie zmuszałyby małżonka do pełnej jawności jeszcze w trakcie trwania małżeństwa. Zresztą pary rzadko decydują się na tak radykalne kroki przed rozwodem – zwykle oznacza to, że w relacji dzieje się już na tyle źle, że trudno liczyć na jej odbudowę.
Czyli najczęściej dowiadujemy się o wszystkim, gdy jest już za późno?
Niestety, często tak. Statystycznie to kobiety bywają bierne w sprawach finansów domowych albo są z nich wykluczane przez partnerów. W wielu domach nadal funkcjonuje model patriarchalny. Jeśli jednak pojawiają się sygnały ostrzegawcze – dziwne pisma, monity, wizyty windykatorów czy nagły stres u partnera, o którym nie chce rozmawiać – warto poważnie rozważyć ustanowienie rozdzielności majątkowej.
Rozdzielność chroni przed nowymi zobowiązaniami, które mógłby zaciągnąć partner. Można ją ustanowić dobrowolnie u notariusza, ale wymaga to zgody obu stron. Jeśli mąż się nie zgadza, pozostaje droga sądowa.
Czy rozdzielność majątkowa to wciąż rzadkość, czy staje się już trendem?
Rozdzielność majątkowa jest niezbędna w sytuacjach newralgicznych: gdy brakuje szczerej komunikacji, pojawiają się uzależnienia albo gdy decyzje finansowe są podejmowane impulsywnie, ze szkodą dla rodziny.
Rozdzielność sprawdza się także wtedy, gdy jedno z małżonków prowadzi biznes obarczony dużym ryzykiem. Wtedy ewentualne niepowodzenia firmy nie obciążają całej rodziny i chronią ją przed utratą dorobku życia. 
Jeśli biznes jest skalowalny i narażony na wahania, taka umowa u notariusza zabezpiecza aktywa. Jedna osoba podejmuje ryzyko, ale rodzina nie musi się bać, że w razie niepowodzenia straci dom, mieszkanie czy samochód.
Dla kogo rozdzielność majątkowa nie jest dobrym rozwiązaniem?
Weźmy model, w którym kobieta nie pracuje zawodowo, bo zajmuje się domem i dziećmi. To wciąż częsty układ: mężczyzna zarabia i rozwija się zawodowo, a kobieta przez lata dba o gospodarstwo. W takiej sytuacji rozdzielność może być dla niej skrajnie niekorzystna. Praca w domu nie generuje dochodu, więc kobieta nie buduje własnego majątku.
Przy wspólności ustawowej funkcjonuje tzw. "wspólny worek". W razie rozwodu majątek podlega podziałowi, co jest sprawiedliwe – nawet jeśli kobieta nie zarabiała, jej wkład umożliwił partnerowi robienie kariery i pomnażanie pieniędzy. Wtedy należy jej się połowa.
A przy rozdzielności?
Po rozstaniu mężczyzna może zostać z domem i oszczędnościami, a kobieta bez żadnego zabezpieczenia. Z punktu widzenia prawa nie przysługuje jej wtedy praktycznie nic, chyba że wniosła do związku własny majątek przed ślubem albo otrzymała darowizny czy spadki.
Warto przy tym zrozumieć, że w małżeństwie funkcjonują trzy majątki: wspólny oraz dwa osobiste – każdego z małżonków. Do majątku osobistego należy to, co zgromadziliśmy przed ślubem, a także spadki i darowizny otrzymane już w trakcie małżeństwa. Druga strona nie ma do nich żadnych praw, niezależnie od tego, czy mamy rozdzielność, czy nie.
Dlatego też rozdzielność majątkowa nie dla każdego będzie dobrym rozwiązaniem. 
Czy pani mecenas zawsze doradza kobietom, by jednak pracowały?
Nieustannie powtarzam, że niezależność finansowa jest kluczowa. Prowadzę zbyt wiele trudnych rozmów, żeby móc myśleć inaczej. Czasem naprawdę nie wiem, co powiedzieć, by pomóc im odbudować życie od podstaw.
Widzę kobiety z małych miejscowości, które przez lata nie pracowały i tkwią w toksycznych relacjach. Często nie mają bliskich, nie prowadzą samochodu, nie stać ich na opiekę nad dziećmi. Są całkowicie uzależnione od partnera, który stosuje wobec nich przemoc psychiczną. Słyszą, że są nic niewarte, że bez niego sobie nie poradzą, że "wylądują pod mostem". To rujnuje zdrowie psychiczne i fizyczne. 
To pułapka pełnej zależności – kobieta, nawet jeśli chce odejść, ma poczucie, że nie ma dokąd pójść. Najczęściej to ona, ratując siebie i dzieci, musi szukać wsparcia w fundacjach, o ile w ogóle ma do kogo się zwrócić.
Prawo nie zawsze wystarcza, by ten lęk przełamać?
Jako prawnik mogę wskazać konkretne kroki, powiedzieć, gdzie złożyć pozew, ale procedury trwają. W tym czasie kobieta nadal mieszka pod jednym dachem z osobą, której się boi. 
W zeszłym tygodniu rozmawiałam z panią, która bała się złożyć pozew o zaspokojenie potrzeb rodziny. Jej mąż – mimo świetnych zarobków – był skrajnie kontrolujący. Wydzielał jej grosze na zakupy, z których musiała się rozliczać, a przy tym upokarzał ją, nazywając "pasożytem". 
Doradziłam jej kroki prawne, ale paraliżował ją strach przed tym, co stanie się w domu, gdy mąż dowie się o pozwie. To jest lęk o własne bezpieczeństwo, który uniemożliwia walkę o swoje prawa.
Jakie oblicze może mieć jeszcze przemoc ekonomiczna?
Miałam ostatnio ciekawą rozmowę z panią z Warszawy. Do niedawna bardzo dobrze zarabiała, ale straciła pracę. Przez ostatnich 15 lat to ona całkowicie utrzymywała rodzinę, ponieważ jej mąż od kilkunastu lat nie pracuje. Zapytałam ją, czy mąż choruje, czy ma jakieś bariery, które wykluczają go z rynku pracy. Odpowiedziała, że nie. To inżynier – o pracę nie powinno być mu trudno. 
Okazało się, że on po prostu nie chce pracować. To nie był ich wspólny wybór, że ona robi karierę, a on zajmuje się domem. On po prostu jest leniwy, a ona przez lata mu na to pozwalała.
Zapytałam ją: "Skoro on jest w domu, to pewnie dużo pomaga? Gotuje, ogarnia dzieci i zajęcia pozalekcyjne?". Odpowiedziała, że czasem coś ugotuje, ale sprzątanie czy wożenie dzieci i tak w dużej mierze należy do niej. 
Ona ciągnie dwa etaty, a on ma się jak pączek w maśle. Teraz, gdy straciła pracę i przeżywa ogromny stres, on w ogóle nie poczuwa się do odpowiedzialności – jedynie "dopinguje" ją, żeby jak najszybciej znalazła nowe zatrudnienie.
Nazwała to pani przemocą?
Zapytałam ją wprost: "Czy zdaje sobie pani sprawę, że jest pani ofiarą przemocy ekonomicznej?". Zamurowało ją. Powiedziałam otwarcie: "Ma pani na sobie hubę. Jest pani ofiarą". To nie jest układ, w którym mąż nadrabia braki finansowe czułością czy troską – wręcz przeciwnie, on jest wymagający i krytyczny. Ta kobieta jest kompletnie wypalona zawodowo i mentalnie.
Podkreślam: to też jest przemoc ekonomiczna. Nie tylko sytuacja, w której ktoś nas rozlicza z paragonów, ale też taka, w której jesteśmy wykorzystywane jako jedyne źródło dochodu i jedyna siła robocza w domu, podczas gdy partner jedynie "pachnie i wygląda".
Takich przypadków w dużych miastach jest coraz więcej i są równie niszczące.
Kobiety często zgadzają się na takie układy "dla dobra dzieci". Jednak w momencie, gdy nastoletnia córka zaczyna zauważać, że matka się po prostu zajeżdża, dostajemy sygnał: to poświęcenie wcale nie było dobre.
Mogłabym mnożyć podobne przykłady. Wiem, że wielu uważa mnie przez to za radykalną feministkę, ale to nie jest wymierzone przeciwko mężczyznom.
Edukowanie kobiet ma na celu budowanie świadomości, która służy wszystkim. Współodpowiedzialność za finanse jest kluczowa. Jeśli tylko jedna osoba czuje na sobie cały ciężar utrzymania rodziny, w pewnym momencie dopada ją poczucie totalnego przytłoczenia.
Dalsza część tekstu poniżej
Często słyszę od kobiet na macierzyńskim, że ich partnerzy mówią: "Masz swój zasiłek, kupuj za to pieluchy i rób wyprawkę". Czy mężczyźni mają rację, uznając, że sami nie muszą już dokładać się ze swojej pensji?
Absolutnie nie, to tak nie działa. Zasiłek macierzyński to świadczenie, które – podobnie jak wynagrodzenie za pracę – wpada do "wspólnego worka". Podobnie dzieje się z wypłatą męża. Często to podkreślam, bo kobiety błądzą w tej kwestii. Myślą, że pieniądze na ich osobistym rachunku są tylko ich, a na koncie męża – tylko jego. Tymczasem przy wspólności majątkowej nie ma znaczenia, na czyje konto wpływają środki. To są wasze wspólne pieniądze.
Czyli niezależnie od tego, kto fizycznie dysponuje kwotą, jest ona wspólna?
Tak. Co więcej, utrzymanie dziecka jest obowiązkiem obojga rodziców. Zgodnie z Kodeksem rodzinnym oboje powinni w nim partycypować. Jednak rodzic, który sprawuje bezpośrednią opiekę nad dzieckiem – czyli realizuje tzw. alimentację niematerialną, poświęcając czas i energię – ma ograniczone możliwości zarobkowe. W takiej sytuacji powinien zostać odciążony finansowo.
Drugi rodzic, który pracuje zawodowo, musi wziąć na siebie większy nakład materialny. To są fundamentalne zasady, które bierze się pod uwagę choćby przy ustalaniu alimentów.
Skoro o alimentach mowa – wiele kobiet boi się prosić o ich podwyższenie. Słyszą: "Przecież dostajesz 800 plus", albo boją się stereotypu, że wydadzą te pieniądze na własne przyjemności, na przykład na przysłowiowe paznokcie. 
To niestety standard. Często przychodzą do mnie mężczyźni z pytaniem, czy mogą wpłacać pieniądze bezpośrednio na konto dziecka, byle nie przelewać ich matce. Muszę im tłumaczyć, że alimenty mają stabilizować sytuację życiową dziecka jako całości. Jeśli dziecko mieszka z mamą, to ona zarządza tymi środkami i układa plan wydatków, także tych nieprzewidzianych.
Mężczyzn często boli to, że muszą przelać pieniądze byłej partnerce – boją się, że dzięki nim będzie jej się lepiej żyło. To kwestia mentalności. Warto jednak pamiętać: dziecko powinno żyć na podobnej stopie życiowej co rodzice. Jeśli ojciec pławi się w luksusach, nie może być tak, że dziecka nie stać na podstawowe potrzeby czy wakacje. Sądy badają takie dysproporcje.
Co chciałaby pani powiedzieć kobiecie, która czytając ten tekst, odnajduje siebie w tych historiach? Jaki powinien być jej pierwszy krok, by odzyskać godność i kontrolę nad życiem?
To trudne pytanie, bo każda sytuacja jest inna i nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Zawsze analizuję z klientkami ich konkretne położenie: czy wciąż kochają partnera? Czy są szczęśliwe na innych płaszczyznach związku? Czy naprawdę rozważają odejście? 
Kluczowe są też kompetencje zawodowe, realna sytuacja finansowa oraz to, czy kobieta ma grupę wsparcia – kogoś, kto pomoże jej finansowo lub zapewni dach nad głową w razie kryzysu.
Jeśli jednak czujesz, że ten problem dotyczy właśnie ciebie, moja najważniejsza wskazówka brzmi: zweryfikuj swoją sytuację ze specjalistą. Skonsultuj się z kimś doświadczonym w tej dziedzinie i wykonaj audyt swojego bezpieczeństwa prawnego. To pierwszy i najważniejszy krok, by przestać się bać i zacząć świadomie decydować o swojej przyszłości.
Pamiętaj też, że brak wiedzy działa na twoją niekorzyść, ale wiedza, nawet trudna, daje ci realny wpływ. Nie musisz dziś podejmować ostatecznych decyzji. Wystarczy, że zrobisz pierwszy krok i zaczniesz rozumieć swoją sytuację. Powodzenia!
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy, że jest ofiarą przemocy ekonomicznej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646957,dziecko-jest-agresywne-rodzic-tlumaczy-to-maly-wojownik-ono-kiedys-dorosnie-i-co-wtedy</guid><link>https://natemat.pl/646957,dziecko-jest-agresywne-rodzic-tlumaczy-to-maly-wojownik-ono-kiedys-dorosnie-i-co-wtedy</link><pubDate>Fri, 03 Apr 2026 13:30:02 +0200</pubDate><title>Dziecko jest agresywne, rodzic tłumaczy: to mały wojownik. &quot;Ono kiedyś dorośnie i co wtedy?&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę. Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka – ostrzega dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju.

Aleksandra Tchórzewska: Są rodzice, którzy za wszelką cenę bronią swoich dzieci, nawet gdy te ewidentnie nabroiły. Dziecko notorycznie przeszkadza na lekcjach, a rodzic twierdzi, że to wspaniale, bo jest "towarzyskie i wygadane", więc na pewno poradzi sobie w życiu. Dziecko kogoś pobiło? Rodzic argumentuje, że widocznie nie radzi sobie z emocjami lub zostało sprowokowane. Zawsze stoją murem za dzieckiem. To dobrze czy źle? Czy faktycznie trzeba być przy swoim dziecku zawsze, bez względu na wszystko?
dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju: Trzeba, ale nie zawsze w taki albo podobny sposób. Przykłady, które pani przytoczyła, są dość ekstremalne – rodzic przyjmuje tu postawę obronną w kontrze do otoczenia. Wymaga to odrzucenia opinii innych ludzi, którzy wskazują, że dane zachowanie jest nieakceptowalne lub niezgodne z regułami. Rodzic uznaje te zasady za mało ważne i za wszelką cenę forsuje przekonanie, że jego dziecko może zachowywać się tak, jak mu się podoba.
To jest oczywiście dysfunkcyjne. Nie pomaga dziecku budować realnego obrazu świata ani kompetencji społecznych niezbędnych do funkcjonowania w instytucjach, relacjach, grupach.
Trzeba mieć świadomość, że dziecko w końcu dorośnie. Jako dorosły nie będzie mogło zachowywać się na studiach, w pracy czy w relacjach tak, jak mu się żywnie podoba. 
Raz zdarzyło mi się, że po oblanym egzaminie studentki przyszła do mnie jej mama. Pytała, co córka może zrobić, żeby poprawić ocenę, bo rodzina bardzo się tym niepokoi. Córka z kolei miała być bardzo zestresowana sytuacją. 
I co pan powiedział tej mamie?
Jedyne, co mogłem odpowiedzieć – również ze względów prawnych – to że nie mogę rozmawiać z nią o sytuacji edukacyjnej dorosłej osoby. Jeśli córka ma sprawę, musi przyjść osobiście. 
Nie mogłem nawet udzielić informacji, czy ta osoba zdała egzamin, dopóki sama nie wyraziłaby na to zgody.
Co to mówi o tych rodzicach? Czy problem tkwi w nich, bo traktują dziecko jak "superprojekt" albo własną wizytówkę?
Niestety, często właśnie tak jest. Nasze rodzicielstwo stało się rolą poddaną nieustannej obserwacji i ocenie. Nauczyciele oceniają nasze dzieci non stop: ich wyniki, zachowanie, kulturę. Ale także rodzice są przecież oceniani. Przez samych siebie, przez przyjaciół, rodzinę, a wreszcie, szeroko pojętą kulturę popularną.
Dla wielu rodziców jest to informacja zwrotna o nich samych. Jeśli dziecko sobie nie radzi, rodzic czuje, że to uderza w niego osobiście: "Czemu ono tak słabo się uczy? Czy ja go źle wychowuję?". Obrona dziecka staje się wtedy mechanizmem obronnym własnej samooceny. Taki rodzic po prostu nie dopuszcza do siebie myśli, że powinien coś w swoich metodach zmodyfikować.
Inną przyczyną jest rosnąca popularność stylu wychowania, który nazwałbym skrajnie liberalnym lub "podążającym". To model, w którym to dziecko przewodzi, a rodzic nie stawia niemal żadnych wymagań ani granic. Taka postawa opiera się na całkowitej akceptacji każdego zachowania jako czegoś "naturalnego".
Istnieje grupa ludzi wierzących, że skoro dziecko ma siedem lat, to wszystko, co robi, jest po prostu przejawem jego natury. To nie jest prawda. Jeśli rodzic uważa, że dziecko ma prawo żyć wyłącznie po swojemu, to każda negatywna opinia z zewnątrz jest traktowana jako atak na jego system wartości. A to rodzi konflikty. 
Bo wtedy pojawia się nauczyciel, który mówi: "Nie, w szkole nie wolno rzucać jabłkami, nie wolno wyrywać drzwi w toalecie, nie wolno krzyczeć na innych". Dla takiego rodzica to automatycznie oznacza konfrontację.
Dlaczego rodzice tak postępują?
Wszystko to opiera się na błędnym przekonaniu o tym, co jest dla dziecka dobre. Wiem, że większość rodziców chce jak najlepiej. Mają pozytywną motywację. Problem polega na tym, że ci rodzice często po prostu nie wiedzą, co realnie dziecku pomaga, a co mu szkodzi.
Postawa skrajnie liberalna bywa w przyszłości źródłem cierpienia. Dzieci, którym nie stawia się granic, nie umieją regulować swoich emocji. Stają się chwiejne – raz wszystko jest super, a za chwilę popadają w rozpacz z powodu błahostek.
Dzieje się tak, ponieważ dom nie był dla nich poligonem doświadczalnym w zakresie kontroli emocjonalnej. Gdzie mamy uczyć się panowania nad trudnymi emocjami, jeśli nie w domu? To tam mama powinna powiedzieć: "Nie, nie dostaniesz ciastka przed obiadem. Deser zjemy po południu. Taka jest zasada w naszej rodzinie". 
Wyjaśniamy to spokojnie: "Rozumiem, że chcesz słodycze teraz, ale poczekaj pół godziny, zjemy obiad, a potem będzie nagroda".
W ten sposób dziecko uczy się regulacji emocji. Na początku czuje frustrację i złość, ale dzięki naszej konsekwencji uczy się z tymi uczuciami radzić. To jest właśnie to, czego najbardziej brakuje dzieciom zaniedbanym wychowawczo przez zbyt dużą swobodę.
Dziś wiemy, że nie wystarczy kupić klocków – trzeba usiąść i bawić się nimi razem z dzieckiem. 
Podobnie jest z ignorowaniem problemów. Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę. 
Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka.
Czyli miłość rodzicielska powinna mieć w sobie pierwiastek krytycyzmu, żeby nie stać się toksyczną bańką?
Tak, ale z zachowaniem czujności. Nauczyciele nie są grupą, której musimy ufać bezkrytycznie. W tym środowisku jest wiele problemów – wypalenie, frustracja.
Przez całą moją karierę rodzicielską nigdy nie przyjmowałem opinii nauczycieli o moim dziecku "na słowo". Zawsze weryfikowałem te informacje, rozmawiając z własnym dzieckiem. 
To jest właściwa droga: nie bądźmy w stu procentach ani po stronie dziecka, ani nauczyciela. Musimy zrozumieć obie strony, ale przede wszystkim dać naszemu dziecku prawo do robienia głupich rzeczy. Musimy je kochać zwłaszcza wtedy, gdy popełni błąd.
Jest jednak i druga strona medalu. Istnieje postawa odwrotna, która moim zdaniem jest nawet częstsza: rodzic staje się sprzymierzeńcem nauczyciela przeciwko dziecku. Gdy dziecko otrzymuje od nauczyciela informację, że źle się zachowało, rodzic patrzy na nie karcąco i żąda natychmiastowych wyjaśnień.
Kiedy dziecko próbuje się bronić, mówiąc np. że Maciek go sprowokował, nauczyciel ucina: "Ale to ty zrobiłeś to i to". W ten sposób dziecko staje w obliczu dwójki dorosłych, którzy patrzą na nie z góry i oceniają wyłącznie jego negatywne zachowanie.
Jak więc znaleźć złoty środek, żeby nie być ani ślepym obrońcą, ani prokuratorem we własnym domu?
Odradzam obie skrajności. Musimy pamiętać o jednej rzeczy: nie jesteśmy nauczycielami własnego dziecka, lecz jego rodzicami. Mamy inną rolę. Nauczyciel ma oczywiście prawo wymagać i reagować na błędy, ale my musimy dać dziecku prawo do ich popełniania i akceptować je mimo to. Do kogo ma się ono odwołać, jeśli uzna, że zostało ocenione niesprawiedliwie? 
Nauczyciele rzadko znają pełny kontekst – widzą tylko skutek. Jeśli uczeń dostaje karę, a rodzic bezkrytycznie dołącza do ataku, dziecko zostaje kompletnie samo. Może przecież być tak, że ono tylko "nie chciało wsypać kumpla" i wzięło winę na siebie.
Co powinniśmy wtedy zrobić?
Pamiętać, że nasza funkcja jest przede wszystkim opiekuńcza. Dziecko musi mieć pewność, że gdy świat się wali, rodzice je przyjmą, zrozumieją błąd i pozwolą się wypłakać. Nie jesteśmy od straszenia: "Źle się zachowujesz, zmarnujesz sobie życie!". Rodzic powinien raczej powiedzieć: "Postąpiłeś źle, widzisz, jakie są konsekwencje. Następnym razem spróbuj inaczej".
Można podpowiedzieć konkretne rozwiązanie: "Mnie w pracy pomaga to i to. Kiedy poczujesz w szkole nudę, zamiast chodzić po klasie, spróbuj porysować w zeszycie". Jeśli to nie zadziała i problem wróci, nadal bądźmy matką czy ojcem, a nie policjantem. 
Pytajmy: "Co się stało?". Nigdy się tego nie dowiemy, jeśli nie przyjmiemy postawy wspierającej. Przymierze rodzica z nauczycielem przeciwko dziecku niszczy relację. Stajemy się dla własnego dziecka wrogiem.
Co robić, gdy idziemy do szkoły "na dywanik"?
Kluczowe jest to, czy towarzyszy nam dziecko. Ono nas wtedy uważnie obserwuje. Patrzy, jak reagujemy na zarzuty o ucieczkach z lekcji czy słabych ocenach. Jeśli ojciec jest wściekły i ledwo się kontroluje, mamy raczej gotowy przepis na katastrofę niż na happy end.
Zalecam spokój. Należy powiedzieć: "Rozumiemy sytuację. Wrócimy do domu i porozmawiamy o tym z synem. Chcemy poznać jego zdanie, a potem wrócimy do naszej rozmowy. Proszę nam zaufać, zajmiemy się sprawą". I tyle. Wychodzimy.
Właściwa rozmowa powinna odbyć się później, bez świadków. Nigdy nie róbmy tego przy nauczycielce. Nie wykrzykujmy: "Mówiłam ci tyle razy! Widzisz, co teraz pani mówi? Tylko kłopoty przez ciebie!".
To brzmi brutalnie.
Bo to jest doświadczenie niezwykle stresujące i przykre. Dziecko nabiera wtedy przekonania, że dorośli są w zmowie i mają o nim fatalne zdanie. Podczas gdy ono musi czuć, że to my mu pomożemy i że jesteśmy "w przymierzu" z nim, a nie z innymi.
Sami nie chcielibyśmy, aby naszą sytuację zawodową szef omawiał w  obecności innych. 
Oczywiście nie chodzi o zaprzeczanie faktom. 
To, co wydarzy się w domu, to nasza wewnętrzna sprawa. Tam jest miejsce na reprymendę: "Krzyśku, tak nie wolno, rozmawialiśmy o tym pięć razy". Ale robimy to w kręgu rodziny.
Dziecko nie może mieć poczucia, że wszystko mu wolno, ale nie powinno też czuć się osaczone. Pamiętajmy: każde dziecko robi głupoty. My też je robiliśmy. 
To, że ktoś kilka razy ucieknie z lekcji, nie rujnuje mu przyszłości – to po prostu typowe, ryzykowne zachowanie. Kilka lat temu w szkole mojego dziecka ktoś zdjął drzwi z kabiny w toalecie i je wyniósł. Nauczycielka biegała wściekła, co zrozumiałe, ale przy tej okazji ja pomyślałem: Bardzo pomysłowe! Bycie nastolatkiem właśnie takie jest.
Gdyby okazało się, że to moje dziecko wyniosło te drzwi, w rozmowie z nauczycielką zachowałbym kamienną (mam nadzieję) twarz. Dopiero w domu zapytałbym: "O co chodziło? Po co to było?". Tłumaczyłbym mu konkretne skutki: "Przez ciebie koleżanki nie mogły korzystać z toalety. Nie rób tego więcej". To jest moja rola jako ojca – wyjaśnić błąd w relacji opartej na zaufaniu, a nie na publicznym linczu.
Dalsza część wywiadu poniżej
A zgadza się pan z tezą, że mamy obecnie kryzys rodzicielski? Spotkałam się z opinią, że to nie psychiatria dziecięca jest w zapaści, ale właśnie rodzicielstwo – że z każdą trudnością biegniemy do psychologa lub psychiatry, zamiast przyjrzeć się temu, co dzieje się w naszych domach.
Gdy słyszę o "kryzysie rodzicielstwa", myślę o liczbach: w Polsce około 30 proc. młodych rodziców jest wypalonych lub poważnie zagrożonych wypaleniem. To realny kryzys – ogromna grupa ludzi wyczerpanych, czujących, że ta rola ich przerasta. 
Z jednej strony rodzicielstwo jest dziś bardzo obciążające czasowo i emocjonalnie, a z drugiej – wymagania są kosmiczne. Dobrostan dziecka jest pod silną ochroną, co samo w sobie jest świetne, ale sprawia, że rodzice żyją pod ciągłym nadzorem. Prawo, specjaliści, media społecznościowe – wszyscy mówią: rozmawiać, nie krzyczeć, poświęcać czas, dbać o zdrowie psychiczne, uważać na przemoc rówieśniczą. 
Współczesny rodzic żyje w ciągłym lęku, że coś sknoci. Dominującym uczuciem stało się poczucie winy i paraliżujący perfekcjonizm.
Kiedyś było inaczej?
Sam wspominam dzieciństwo w małym miasteczku pod Warszawą – wtedy nauczyciel, podobnie jak ksiądz czy policjant, był świętością. Gdy na zebraniu mówiono, że uciekłem z lekcji, rodzic automatycznie stawał po stronie szkoły. Nikt mnie nie słuchał, bo 30 lat temu dzieci miały być przede wszystkim posłuszne. 
Dziś jest inaczej, i dobrze. Warto zapytać samego siebie: czy naprawdę chcemy wychować posłusznego człowieka? To ma być nasz cel jako rodziców? Czy chce pani, żeby pani córka była w dorosłym życiu bezkrytycznie posłuszna? Jeśli nie, to nie można oczekiwać, że będzie taką pięciolatką. 
Chcemy przecież, żeby jako dorosła kobieta potrafiła się postawić, gdy ktoś będzie naruszał jej granice. Nie możemy więc wymagać, by dziecko słuchało nauczyciela zupełnie bezkrytycznie. Nauczyciele to też ludzie i czasem robią rzeczy, od których włos jeży się na głowie.
W relacjach społecznych trudno o czarno-białe oceny. Jeśli trzylatek uderzy kogoś łopatką w piaskownicy, to nie dlatego, że jest "zły", tylko dlatego, że w tym wieku nie kontroluje jeszcze impulsów. Tak jak nie kontrolujemy pęcherza bez dostępu do toalety, tak trzylatek nie panuje nad tego typu zachowaniami, gdy w grę wchodzą emocje. Trzeba mu powiedzieć, że tak nie wolno, ale za tydzień pewnie zrobi to samo. Dopiero jako sześciolatek zyska nad tym realną kontrolę. 
Złota rada na koniec?
Trzeba po prostu być przy dziecku, rozumieć jego etap rozwoju i podążać za nim – nie w stu procentach bezkrytycznie, ale przynajmniej w takim stopniu, aby dać mu święte prawo do bycia dzieckiem.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Agresywne dziecko to nie mały wojownik</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646889,rekordzista-mial-70-mln-dlugu-zaczyna-sie-od-rat-na-iphone-a-zeby-nie-czuc-sie-gorszym</guid><link>https://natemat.pl/646889,rekordzista-mial-70-mln-dlugu-zaczyna-sie-od-rat-na-iphone-a-zeby-nie-czuc-sie-gorszym</link><pubDate>Sun, 29 Mar 2026 08:39:09 +0200</pubDate><title>Rekordzista miał 70 mln długu. &quot;Zaczyna się od rat na iPhone’a, żeby nie czuć się gorszym&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Pamiętam sprawę przedsiębiorców, którym biznes posypał się z powodów zupełnie niezależnych od nich. Wpadli w zadłużenie, które ciągnęło się za nimi przez długie lata. Wyglądali, jakby przejechał po nich walec, a potem poprawił kombajn. Zestresowani, zapadnięte oczy, drżące ręce. Gdy pokazałem im światełko w tunelu, widziałem, jak schodzi z nich magazynowane latami ciśnienie – zupełnie jakby ktoś przekłuł balon – opowiada mec. Tomasz Lewandowski, licencjonowany doradca restrukturyzacyjny i syndyk, który pomaga ludziom wyjść z długów.

Aleksandra Tchórzewska: Ile dzieli nas od zostania dłużnikiem?
mec. Tomasz Lewandowski, doradca restrukturyzacyjny i syndyk: Niezależnie od tego, kim jesteśmy, od niewypłacalności dzieli nas zazwyczaj jedna kartka papieru, jeden podpis albo ta jedna godzina, kiedy wracamy do domu za wcześnie.
O jakiej godzinie pan mówi?
O tej, w której zastaje się małżonka lub partnera z drugą osobą w sytuacji niedwuznacznej. To klasyczny początek końca. Oczywiście, w tym przypadku czynnikiem jest zdrada jako taka, a nie jej wykrycie, niemniej jednak chodzi o moment, w którym dowiadujemy się o niej.
A kartką papieru może być wypowiedzenie z pracy, wynik badań diagnostycznych albo niezapłacona faktura od kluczowego kontrahenta – zwłaszcza u osób, które teoretycznie pracują jako przedsiębiorcy na B2B, a w rzeczywistości wykonują pracę etatową, nie korzystając jednak z ochronnych warunków zatrudnienia. Kartką papieru może być również akt urodzenia – mam bowiem coraz więcej przypadków, kiedy to dziecko wchodzi w dorosłość z długiem odziedziczonym po rodzicach.
Podpis to oczywiście sytuacja, w której poręczamy czyjeś zobowiązanie – na zasadzie wzajemnej samopomocy w pracy, czy też po znajomości lub w rodzinie. No niestety, wtedy bierzemy odpowiedzialność za cudze życie i cudze decyzje.
Od tego bardzo często się zaczyna, ale oczywiście takich krytycznych sytuacji jest więcej.
Czy istnieje coś takiego jak bezpieczny dług, czy każda, nawet najmniejsza kwota może stać się pułapką?
Każdy dług może stać się pułapką, choć z różnych powodów. Zadłużenie rzędu 100 000 zł to typowa kwota konsolidacyjna: nowe meble, remont mieszkania, kupno czy kosztowniejsza naprawa samochodu, zapłacenie zaległych rachunków, pokrycie debetu czy spłacenie karty kredytowej – i tak się ta "stówka" uzbiera.
Niskie długi – 1000, 2000 czy 3000 zł – są niebezpieczne o tyle, że zaczynają formować intelekt przyszłego dłużnika. Pojawia się myślenie: "stać mnie na to; skoro już raz pożyczyłem i oddałem, to wezmę trochę więcej i też nie będę miał problemów". Częstą wymówką przy takich drobniejszych zadłużeniach jest chęć budowania zdolności kredytowej. 
W ten sposób nakręca się spirala konsumpcji i zadłużenia, która do pewnego momentu daje się kontrolować. Z naciskiem na "do pewnego momentu".
I wtedy dłużnicy kierują swoje kroki do pana kancelarii. Kim są?
To właściwie wszyscy. Od ludzi na bardzo wysokich stanowiskach w korporacjach i osób medialnych, po emerytów, którzy mają dość życia z komornikiem zajmującym im jedną czwartą świadczenia.
Trafiają do mnie też osoby bardzo młode, poniżej 26. roku życia, które przegrały 200–300 tysięcy złotych w wirtualnym kasynie, na instrumentach finansowych, kryptowalutach lub na zakładach sportowych.
Gros klientów stanowią jednak "normalsi", którym na przykład zachorowało dziecko albo stracili pracę. Ci ludzie, dopóki nie pojawiło się zdarzenie krytyczne, bez problemu regulowali raty.
Wstydzą się?
Z reguły tak, zazwyczaj jest to mieszanka wstydu i poczucia swego rodzaju życiowej porażki. Utrata kontroli nad finansami to nie jest coś, czym ktokolwiek chciałby się chwalić. 
Poza tym – zgodnie z zasadą, że analiza wsteczna jest zawsze skuteczna – dopiero po czasie dociera do nich, ile błędów popełnili i z jaką łatwością potrafili "przepalać" pieniądze na dyrdymałki. I chyba ta świadomość jest najbardziej obciążająca.
Kiedy następuje moment, w którym człowiek wie, że sam sobie nie poradzi?
Wtedy, gdy dociera do niego, że albo zapłaci raty kredytów i/lub spłaci pożyczki, albo kupi jedzenie i lekarstwa. Wiele osób wtedy zaczyna myśleć o wzięciu chwilówki, żeby spłacić zaległości, zwłaszcza jeżeli windykacja "ciśnie" na jak najszybszą spłatę.
W tym momencie można albo od razu się poddać i pomyśleć o upadłości, albo przez rok czy dwa rolować dług chwilówkami. Tyle że ten dług rośnie wtedy niczym kula śnieżna, bo pożyczki pozabankowe tanie nie są. Od razu zaznaczam: z moich doświadczeń restrukturyzacja na poziomie bankowym to legenda.
Jeżeli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji i trafi do mnie, to wtedy po prostu biorę kartkę, długopis i wypisujemy kwoty zadłużenia, zestawiając z dochodami. Obrazuję tym ludziom, że już w tym punkcie są niewypłacalni. Jeśli ktoś nie jest w stanie obsługiwać bieżących rat – kredytu, który przecież zazwyczaj udzielany jest na podstawie analizy zdolności kredytowej – to znaczy, że tę zdolność po prostu stracił.
Czyli przy dużych długach upadłość konsumencka to jedyne rozwiązanie?
Moim zdaniem tak. Na rynku wprawdzie działają kancelarie obiecujące "cuda wianki", jak zmniejszenie kosztów kredytu z uwagi na niedozwolone zapisy w umowie (czyli słynną sankcję kredytu darmowego), czy kancelarie mamiące przedłużeniem terminów zapłaty (już na etapie sądowym) pod warunkiem płacenia abonamentu.
Prawda jest jednak brutalna: jeśli pożyczasz pieniądze i nie oddajesz ich na czas, to prędzej czy później musisz się zmierzyć z tym, że ktoś się o nie upomni, a to upomnienie się może kosztować naprawdę dużo. 
Jak sprawa trafi do sądu, to dochodzi nawet 7000 zł kosztów procesowych. A jak sprawa trafi do komornika, to taki dłużnik płaci dodatkowe tysiące kosztów egzekucyjnych. Dla kogoś, kto zarabia 4500-5000 zł na rękę i musi wydawać na życie 4000 zł, taki dług jest praktycznie nie do spłacenia. 
Odnośnie mniejszych zobowiązań – nie z każdym współpracuję, bo upadłość nie jest dla każdego. Jeśli przychodzi do mnie osoba, która ma cztery chwilówki na łącznie 20 000 zł i chce skorzystać z upadłości, to ja odradzam takie rozwiązanie, nawet jeżeli mam świadomość, że na rynku jest masa pseudodoradców, którzy będą ją przekonywać, że upadłość to najlepsza rzecz pod słońcem. Dla mnie taka osoba nie jest niewypłacalna – delikatnie mówiąc, brakuje jej woli do tego, aby zmierzyć się z problemem.
Przepraszam bardzo: ile ma pani lat?
Czterdzieści.
Ja w tym roku kończę 48. Mamy podobne doświadczenia pokoleniowe: jak brakowało pieniędzy, to jechało się na szparagi czy truskawki do Niemiec i zarabiało. Zawsze powtarzam klientom: jeśli macie 25 000 zł długu, to nie macie 25 000 zł, tylko 6 000 euro. Jeden dobry sezon i macie to spłacone.
Oczywiście, nie każdy może wyjechać, chociażby z powodów rodzinnych, ale przecież w Polsce też mamy liczne możliwości dorobienia do budżetu. Można też spróbować negocjować z wierzycielami albo nie negocjować tylko po prostu systematycznie spłacać. Generalnie to kwestia chęci i podejścia.
Jest pan moderatorem grupy "Pokonaj swoje długi" na Facebooku. Autorzy postów rzeczywiście mają pętlę na szyi, czy po prostu brakuje im odpowiedniego podejścia do problemu?
Najczęściej ci ludzie są w obiektywnie dramatycznej sytuacji, aczkolwiek nie nam oceniać, czy każdy taki przypadek faktycznie jest tragiczny. Jeśli ktoś mówi, że dziecko mu zachorowało i zabrakło na raty, albo musiał  zaciągnąć chwilówkę na leczenie, później drugą, a później "jakoś samo poszło", trudno o jednoznacznie negatywną ocenę. 
Sam mam dwójkę dzieci i wiem, co to znaczy "ciąg chorobowy", gdy przez dwa lata jedno zdrowieje, a drugie zaczyna chorować i "nie wiadomo, w co ręce włożyć". Taka sytuacja nie sprzyja na pewno racjonalnym decyzjom, również finansowym. Z drugiej strony taka choroba dziecka to często tylko wymówka, bo faktycznie 2000 zł idzie na leczenie, ale kolejne tysiące już nie wiadomo za bardzo na co. 
Ale pół biedy, jeżeli ktoś lekkomyślnie popadł w zadłużenie i szuka sposobów na wyjście z nich. Coraz częściej zdarzają się osoby, które przyjmują postawę bardzo pasywną, licząc na to, że problemy rozwiążą się same. Z roku na rok przybywa użytkowników oczekujących gotowych rozwiązań bez własnego zaangażowania. 
Widać to chociażby po pytaniach na grupie o kwestie, które były wałkowane setki razy, jak na przykład złożenie sprzeciwu do e-Sądu w Lublinie. Jeśli brakuje tego pierwszego kroku, by pomóc samemu sobie, to trudno mówić o odpowiedzialnym podejściu do swoich zobowiązań.
Ile czasu mija od momentu, gdy w człowieku zakiełkuje myśl o upadłości, do złożenia wniosku?
Tu nie ma reguły. Zajmuję się stricte upadłością konsumencką, nie pseudorestrukturyzacjami, których ofert na rynku nie brakuje, a które są przedstawiane jako cudowna alternatywa dla upadłości. Doskonale rozumiem, że klienci potrzebują czasu na przemyślenie. Czasami już po godzinie mam odpowiedź, że ktoś chce współpracować, bo wcześniej sam analizował temat, a ja jako fachowiec tylko postawiłem kropkę nad "i". 
Są jednak tacy, którzy pół roku zastanawiają się nad tym krokiem, a w międzyczasie zaciągają nowe długi. Rekordzista dumał dwa lata. W końcu wydumał i zastanawiał się potem, dlaczego tyle zwlekał.
Co powinniśmy zrobić, gdy dostajemy pierwsze ponaglenia do zapłaty? Niektórzy pewnie chowają je do szuflady z myślą: "jakoś to będzie"?
No jakoś nie będzie, bo jakoś to już było, jak się zaciągało zobowiązanie. Teraz mleko wylało się i trzeba posprzątać. Przede wszystkim, trzeba uodpornić się na presję windykacji. Wiele osób wpada w spiralę zadłużenia właśnie dlatego, że ulega windykatorom. 
To są ludzie doskonale wyszkoleni, by osiągnąć efekt w postaci spłaty, bo z tego mają pieniądze. Często zdarza się, że pod wpływem ich nacisków ktoś, kto ma raptem zaległą ratę w banku, bierze chwilówkę, żeby tylko telefon przestał dzwonić. A po miesiącu ma do spłaty kolejną ratę i dodatkową pożyczkę.  
Przede wszystkim trzeba na spokojnie przeanalizować sytuację. Jeżeli ponaglenie dotyczy niewielkiej zaległości, to trzeba potraktować je jako sygnał alarmowy. Może to czas na nadgodziny, dodatkowe zlecenie albo szczerą rozmowę z rodziną o wsparciu?
Jeżeli mamy do czynienia z wypowiedzeniem kredytu to można dla własnego spokoju porozmawiać z bankiem o ewentualnej restrukturyzacji albo – jeżeli nie ma innych rozwiązań – pomyśleć o upadłości. 
Dalsza część wywiadu poniżej
Ciekawią mnie emocje dłużników. Czy mają momenty zawahania?
Jeżeli mówimy o osobach zadłużonych, które zmagają się z negatywnymi emocjami, to generalną emocją jest poczucie ulgi, ponieważ ktoś, kto decyduje się na skorzystanie z upadłości, podejmuje pierwszy krok w kierunku odzyskania kontroli nad własnym życiem.
W przypadku osób, które dopiero co wpadły w długi i decydują się na upadłość poczucie ulgi ma również praktyczny wymiar – mamy do czynienia z nagłym uwolnieniem budżetu. Jeżeli bowiem ktoś zarabia 6 000 zł, a raty wynoszą 5 500 zł i nagle dowiaduje się, że nie musi ich spłacać, czuje niemal radość. W każdym domu zawsze znajdzie się powód, by wydać te odzyskane pieniądze – od dentysty dla dziecka po nowe żelazko.
Stres traktowany jako porażka życiowa zdarza się rzadziej, ale skutki stresu potrafią wpłynąć na życie człowieka. Długi, zwłaszcza długoletnie, degradują człowieka i jego najbliższe otoczenia nie tylko finansowo, ale i emocjonalnie i fizycznie.
Pamiętam taką sprawę przedsiębiorców, którym biznes posypał się z powodów zupełnie niezależnych od nich – mieli wykonywać zadania dla gminy, poczynili w tym kierunku inwestycje, jednak zmieniła się lokalna władza, a ci nowi mieli inną koncepcję współpracy. Utrata płynności spowodowała, że szybko wpadli w zadłużenie, które ciągnęło się za nimi przez długie lata. 
Gdy ich odwiedziłem, wyglądali, jakby przejechał po nich walec, a potem poprawił kombajn. Zestresowani, zapadnięte oczy, drżące ręce. W trakcie ponad godzinnej rozmowy, gdy pokazałem im światełko w tunelu, widziałem, jak schodzi z nich magazynowane latami ciśnienie – zupełnie jakby ktoś przekłuł balon. 
Dojrzały człowiek miał łzy w oczach i nie mógł przestać mi dziękować. Wreszcie zobaczył nadzieję.
Co jest pana sukcesem w pracy? Całkowite umorzenie długów czy atrakcyjny plan spłaty?
Oczywiście moim celem jako pełnomocnika jest uzyskanie jak najlepszych warunków oddłużenia – plan spłaty możliwie krótki i możliwie najniższa rata planu spłaty. Jednak nie można zapominać, że postępowanie upadłościowe wcale nie musi skończyć się oddłużeniem. Jeśli dłużnik na kilka lat przed złożeniem wniosku dokonał czynności fraudacyjnych – czyli sprzedawał majątek lub robił fikcyjne darowizny z pokrzywdzeniem wierzycieli – sąd może odmówić oddłużenia.
Miałem na przykład taką sprawę, w której klientka miała sprawę karną za działanie na szkodę wierzyciela. Udało się jednak przekonać sąd do ustalenia planu spłaty. Dostała srogie warunki, wymagające od niej wielu wyrzeczeń, ale dzięki niemu pozbędzie się długów cztery lub pięć razy większych niż to, co ostatecznie spłaci. I nie będzie żyła z długami do końca życia.
Sukcesem jest poczucie, że zrobiło się wszystko, by danej osobie pomóc i osiągnąć najlepszy możliwy wynik w jej konkretnej sytuacji. Nie można zapominać, że nadrzędnym celem postępowania upadłościowego, przynajmniej dla mnie jako pełnomocnika, jest przywrócenie człowieka do normalnego funkcjonowania, równowagi emocjonalnej i życia rodzinnego. Zwrócenie mu spokoju w życiu. Reszta to technikalia.
System prawny wspiera dłużników czy wręcz przeciwnie?
Moim zdaniem obecne polskie prawo upadłościowe jest jednym z najbardziej liberalnych wobec osób zadłużonych. Prawo jako takie sprzyja dłużnikowi, jednak warto byłoby wzmocnić system w sferze kadrowej i organizacyjnej – w Polsce mamy mniej niż 300 sędziów sądów upadłościowych, którzy muszą obsługiwać ponad 20 000 nowych spraw rocznie, plus kilkadziesiąt tysięcy z lat poprzednich – i to samych spraw konsumenckich, do których dochodzą jeszcze sprawy gospodarcze. To powoduje przeciążenie pracą i wpływa na czas postępowań.
A jakie my popełniamy błędy? Co robimy nie tak, że w ogóle wpadamy w długi?
Odpowiedź jest banalna: wydajemy więcej, niż zarabiamy, i pożyczamy więcej, niż jesteśmy w stanie oddać. Do tego dochodzi całkowity brak myślenia strategicznego, w tym tworzenia poduszki finansowej. Ludzie nie biorą pod uwagę, że mogą np. złamać rękę czy w inny sposób podupaść na zdrowiu, że mogą stracić pracę. Zadłużają się pod korek, co nie jest aż takim problemem, póki wszystko jest dobrze. A życie jest tak skonstruowane, że prędzej czy później pojawiają się problemy.
Obserwujemy teraz szał konsumpcyjny. Pieniądze i przedmioty są bardzo łatwo dostępne. Wystarczy wyjść na ulicę w Warszawie i zobaczyć, ilu ludzi chodzi z iPhone’ami 17 Pro Max. Telefony takiej klasy nie są im do niczego potrzebne, ale kupują je i to często na kredyt – bo inni mają. Tak samo z markową odzieżą – ludzie zadłużają się po to, aby kupić sobie akcesoria znanych i kosztownych marek, które może i chwilowo dodają prestiżu, ale potrafią spowodować długoterminowe problemy z pieniędzmi. 
Tę dostępność dóbr konsumpcyjnych widać najlepiej w przypadku samochodów – pamiętam, gdy wzięcie Skody w leasing wymagało formalności porównywalnych do dzisiejszej procedury przy kredycie hipotecznym. Obecnie droższe samochody dostępne są niemal od ręki, a raty za nie pożerają budżet, który mógłby zostać po prostu zaoszczędzony.
Często rodzice biorą kredyt na drogie gadżety dla dzieci, żeby nie czuły się wykluczone. Potem to spłacają.
Znam takie sytuacje. Wchodzę do całkiem normalnej rodziny, a tam wszyscy siedzą w ekosystemie Apple’a, jakby zawodowo zajmowali się grafiką komputerową czy profesjonalną obróbką filmów. A to wszystko kosztuje – kupuje się to tylko po to, żeby dziecko nie poczuło się gorsze. 
Tak samo jest z wyjazdami wakacyjnymi, dodatkowymi zajęciami etc. Rodzice – zamiast odkładać pieniądze na wypadek kryzysu – poniekąd przejadają je po to, aby dzieci dorównywały rówieśnikom (chociaż tak naprawdę rodzice często leczą swoje kompleksy). 
Jakie było największe zadłużenie, z jakim miał pan do czynienia?
Siedemdziesiąt milionów złotych. To był dług wobec fiskusa. Żona pozwoliła mężowi zarejestrować na siebie działalność, mąż dokonywał licznych transakcji, które po latach podważył urząd, doszły odsetki i tak uzbierała się ta kwota. Jeśli chodzi o "czysty" dług konsumencki, rekordem było około 400 000 złotych.
Jaką ma pan radę, żeby uniknąć takich makabrycznych historii?
Podstawowa rada to zachować we wszystkim zdrowy rozsądek. W dzisiejszych czasach trudno funkcjonować bez kredytu, który jest instrumentem do realizowania planów życiowych czy budowania majątku. Planując kredyt, warto równocześnie zadbać o zabezpieczenie w postaci poduszki finansowej. Zastanowić się, czy dany kredyt jest naprawdę potrzebny? Pomyśleć o negatywnych scenariuszach życiowych i przygotować się na nie. I uczyć dzieci rówieśniczej asertywności. 
A co robić jak już pojawiają się problemy? Rozmawiamy w dniu meczu naszej reprezentacji, zatem posłużę się terminologią piłkarską. Żółta kartka to sytuacja, w której myślimy o kredycie konsolidacyjnym, bo nie wyrabiamy z ratami w aktualnej wysokości. Notabene, to podstawowy błąd kredytobiorców. 
Zawsze lepiej mieć 3-4 kredyty i w przypadku problemów ze spłatą manewrować z ratami (banki wcale tak szybko nie wypowiadają umów) i nie dopuścić do wypowiedzenia, niż za jakiś czas męczyć się z jedną dużą.
Czerwona kartka jest wtedy, gdy myślimy o chwilówce, aby spłacić zaległe raty kredytu konsolidacyjnego. To już czas na pomyślenie o upadłości. 
Aby było jasne, upadłość nie jest uniwersalnym rozwiązaniem, nie jest ani lekka, ani łatwa, ani przyjemna. Ale często to jedyne rozwiązanie. 
Na przestrzeni lat widzi pan więcej osób zadłużonych, czy po prostu częściej szukają one pomocy?
W mojej subiektywnej ocenie liczba dłużników utrzymuje się na podobnym poziomie. Część się oddłuża, wielu po prostu umiera, na ich miejsce wchodzą nowi. Zmienia się siłą rzeczy struktura – obecnie coraz więcej osób zadłużonych to ludzie młodzi, którzy bawią się w kryptowaluty, kasyna internetowe czy zakłady bukmacherskie, bo wydaje im się, że pieniądze w jakimś sensie rosną na drzewie.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Każdy dług może stać się pułapką, choć z różnych powodów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646703,40-latek-na-garnuszku-matki-jesli-nie-pomagaja-rozmowy-pomoze-komornik</guid><link>https://natemat.pl/646703,40-latek-na-garnuszku-matki-jesli-nie-pomagaja-rozmowy-pomoze-komornik</link><pubDate>Fri, 27 Mar 2026 19:20:02 +0100</pubDate><title>40-latek na garnuszku matki. Jeśli nie pomagają rozmowy, pomoże komornik</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Czym innym jest wspólne mieszkanie oparte na porozumieniu i podziale kosztów, a czym innym sytuacja, w której dorosły człowiek zachowuje się jak dziecko – oczekuje, że ktoś za niego posprząta, ugotuje i zrobi zakupy. W takim przypadku rodzice mają pełne podstawy, by się sprzeciwić – mówi mec. Marlena Pacocha, prawniczka, mediatorka sądowa. W rozmowie z naTemat wyjaśnia, jakie kroki prawne mogą podjąć zdesperowani rodzice.

Aleksandra Tchórzewska: Czytałam o Włoszce, która pozwała swojego 31-letniego syna do sądu. Chciała, żeby się wyprowadził – nie dokładał się do rachunków, nie sprzątał. Sprawę wygrała. Zastanawia mnie, jak to wygląda u nas. Załóżmy, że polska mama mieszka z 40-letnim synem. Powinna sądownie zmusić go do płacenia rachunków? A może wyrzucić z mieszkania? Jak to wygląda w świetle prawa?
mec. Marlena Pacocha, prawniczka, mediatorka sądowa: To zależy od okoliczności konkretnej sprawy. Co do zasady przyjmuje się, że zdrowy, 40-letni człowiek posiadający kwalifikacje zawodowe czy konkretny fach, powinien być w stanie utrzymać się samodzielnie.
Kluczowe jest to, czy taka osoba faktycznie ma możliwość samodzielnego utrzymania się, a jeśli nie – czy podejmuje wszelkie starania, aby ten stan zmienić. 
Warto pamiętać, że obowiązek alimentacyjny rodziców nie wygasa automatycznie wraz z osiągnięciem przez dziecko pełnoletności. Trwa tak długo, aż dziecko będzie w stanie utrzymać się samo. Jednak ma to oczywiście swoje granice. Jeżeli dorosłe dziecko pracuje i osiąga dochody, obowiązek ten co do zasady wygasa. 
Sprawny 40-latek, o którym wspominamy, zwykle powinien już być niezależny. Jeśli więc dorosły syn nie chce partycypować w kosztach utrzymania ani dobrowolnie się wyprowadzić, a rodzic nie chce dalej go utrzymywać ani mieszkać razem z nim, ma prawo wystąpić z powództwem o eksmisję. Warunkiem powodzenia takiej sprawy jest wykazanie, że obowiązek alimentacyjny ustał – czyli że dorosłe dziecko jest w stanie samodzielnie zaspokoić swoje potrzeby życiowe.
Matki w Polsce często decydują się na wystąpienie o eksmisję własnych dorosłych dzieci?
Przyznam szczerze, że osobiście nie prowadziłam jeszcze takiej sprawy. Widuję jednak takie przypadki z innej perspektywy – udzielając się jako kurator społeczny w Wydziale Rodziny i Nieletnich Sądu Rejonowego. 
Odwiedzam domy, w których z rodzicami mieszkają dorosłe dzieci, niekiedy mające nawet 50 lat. Statystyki potwierdzają moje obserwacje: to zazwyczaj mężczyźni zostają w domu rodzinnym znacznie dłużej niż kobiety.
W mniejszych ośrodkach miejskich takich sytuacji jest naprawdę dużo. Mimo to w swojej praktyce nie spotkałam się jeszcze z przypadkiem, aby rodzice faktycznie zdecydowali się na ostateczny krok i wystąpili o eksmisję. 
Widzę natomiast, że z każdym rokiem taki człowiek – dorosłe dziecko mieszkające z rodzicami – staje się coraz bardziej nieporadny życiowo i coraz silniej uzależniony od rodziców, którzy przecież nie będą żyli wiecznie. Wierzę w ludzi, ale w takich przypadkach szanse na usamodzielnienie się są niewielkie. 
Moim zdaniem to poważny problem systemowy. Dzisiaj bardzo ciężko jest samodzielnie wejść w dorosłość i stanąć na nogi. Wpływ na to ma sytuacja gospodarcza, koszty nieruchomości, inflacja i wiele innych aspektów. 
Nie da się ukryć, że młodzi ludzie coraz później opuszczają domy rodzinne. Być może czują się mniej bezpiecznie niż dawniej. 
Ja sama szybko wyszłam z domu, nie mając solidnych podstaw ani przygotowania, ale zaryzykowałam, bo chciałam być samodzielna. Mam wrażenie, że dzisiejsze dzieciaki chcą mieć stuprocentową pewność, że są gotowe, zanim podejmą ten krok. To chyba cecha naszych czasów.
Co się dzieje w domach, które pani odwiedza?
Najczęściej problemem są uzależnienia, głównie choroba alkoholowa, i idące z nią w parze współuzależnienie. Często spotykam model, w którym najpierw uzależniony był ojciec, a później w ten sam nałóg wpadają dorośli synowie.
Czy zauważa pani coś jeszcze w kontaktach między dorosłymi, pomijając skrajną patologię?
Moim zdaniem problemem jest często nadopiekuńczość rodziców. Mam przed oczami konkretną rodzinę: syn jest człowiekiem naprawdę radzącym sobie w życiu, choć uzależnionym. Walczy z nałogiem, ma długie okresy normalności i ogromnej zaradności życiowej. Mimo to dostrzegam u jego matki brak gotowości na to, by syn opuścił dom. 
Wynika to pewnie z obawy, że bez jej opieki szybciej wróci do nałogu. Ta nadopiekuńczość jest bardzo widoczna, szczególnie w stosunku do mężczyzn.
Sama mam dwie młode, ale dorosłe już córki. Jedna już się wyprowadziła, druga nadal z nami mieszka. Jako matka mam ochotę powiedzieć: "może zostań jeszcze trochę, odłożysz więcej pieniędzy". Wiadomo, że koszty życia z rodzicami są znacznie niższe. 
Trzeba jednak znaleźć w sobie siłę, by widząc niepewność dziecka, które chce wyjść z domu, delikatnie i z troską je "wypchnąć". Dać sygnał: "jestem tu, ale spróbuj". Łatwo ten moment przegapić, a potem jest już tylko trudniej.
Mieszkanie z rodzicami jest bez wątpienia wygodniejsze, ale myślę, że przychodzi taki moment, w którym dla dobra obu stron trzeba podjąć decyzję i pomóc dziecku opuścić dom, jeśli samo nie kwapi się do wyprowadzki.
We Włoszech syn pracował, był zdrowy i sprawny, ale po prostu nie chciał dokładać się do rachunków ani nawet sprzątać po sobie. Czy z takimi skargami matek również się pani spotyka?
Oczywiście. Jako kurator widzę domy, w których cała organizacja życia codziennego spoczywa wyłącznie na barkach rodziców, a konkretnie matek. Trudno byłoby jednak orzec eksmisję wyłącznie z powodu nieutrzymywania porządku – mogłoby to stanowić natomiast jeden z aspektów, które sąd brałby pod uwagę. Sąd jednak musiałby spojrzeć na sprawę znacznie szerzej.
Zazwyczaj nie chodzi tylko o samo niesprzątanie. Dochodzą do tego inne kwestie: brak partycypacji w kosztach utrzymania domu oraz nieustanne kłótnie i awantury. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek rodzic patrzył bez słowa na 40-letnie dziecko, które z nim mieszka, i w ogóle go nie wspiera.
Czym innym jest wspólne mieszkanie oparte na porozumieniu i podziale kosztów, a czym innym sytuacja, w której dorosły człowiek zachowuje się jak dziecko – oczekuje, że ktoś za niego posprząta, ugotuje i zrobi zakupy. W takim przypadku rodzice mają pełne podstawy, by się sprzeciwić. 
Mogą wystąpić do sądu z powództwem o eksmisję lub o uchylenie obowiązku alimentacyjnego, jeśli istnieją przesłanki potwierdzające, że dziecko jest w stanie utrzymać się samodzielnie.
Dalsza część wywiadu poniżej
Kiedyś pisałam o przemocy dorosłych dzieci wobec starszych rodziców. Policjant mówił mi, że rodzice często nie są w stanie poskarżyć się na własne dzieci, bo… to rodzina.
Właśnie. Im mniejsze miasto i im bardziej ograniczone środowisko, tym trudniej – sąsiedzi wszystko o sobie wiedzą. Ja też to obserwuję – dotyczy to zarówno dzieci, jak i współmałżonków. 
Często wiąże się to z uzależnieniem, a kończy awanturami, niszczeniem sprzętów, naruszaniem miru domowego, groźbami i zastraszeniem rodziców. 
Rodzicom jednak niezwykle ciężko jest zdecydować się na "walkę" z własnym dzieckiem.
Zastanawiam się, czy rodzice w ogóle zakładają dzieciom Niebieskie Karty? Czy to domena relacji między małżonkami?
Większość przypadków, które znam, dotyczy faktycznie małżonków – zakładane są one zarówno mężom, jak i żonom. Jednak miałam raz sytuację, w której syn miał założoną Niebieską Kartę. Wynikało to z jego uzależnienia oraz agresywnego zachowania wobec domowników.
Sytuacje, w których dorosłe dziecko nie ma własnych środków na utrzymanie i w całości polega na rodzicu – nawet w kwestii zakupu drobnych rzeczy codziennego użytku – są bardzo trudne. Jeśli dochodzi do tego alkohol lub inne uzależnienia, rodzi to ogromną frustrację, która niestety często przeradza się w otwartą agresję.
Czasami zachowania, które z pozoru wydają się normalne, małymi, subtelnymi krokami ewoluują w stronę agresji, czego rodzic może początkowo nie zauważać.
Pamiętajmy, że agresja nie zawsze musi być głośna. Może objawiać się na przykład w postaci manipulowania rodzicem w celu zmuszenia go do ponoszenia wydatków przekraczających jego możliwości finansowe. To wszystko są formy przemocy domowej.
Załóżmy, że się udało – rodzic wygrał sprawę o eksmisję dorosłego dziecka. On jednak rozkłada ręce i mówi, że nie stać go na stancję albo nie znalazł dachu nad głową. Co wtedy się dzieje?
Jeżeli rodzice mają prawomocny wyrok sądu o eksmisję, to musi on mieć nadaną klauzulę wykonalności. Z takim dokumentem sprawa trafia do komornika sądowego, który zajmuje się wykonaniem eksmisji.
Oczywiście sąd, orzekając o eksmisji, zawsze bada, czy osoba eksmitowana jest uprawniona do lokalu socjalnego. Natomiast w przypadku dorosłych, sprawnych, zdrowych dzieci – często posiadających własny dochód – przyznanie lokalu socjalnego właściwie się nie zdarza.
Wówczas to komornik ma zadanie usunięcia takiej osoby z zajmowanego lokalu. Najpierw stara się to zrobić w sposób dobrowolny, ale jeśli to nie przyniesie rezultatu, ma narzędzia prawne, aby przymusić taką osobę do opuszczenia mieszkania.
Spotkałam się z takim wyrażeniem jak wypowiedzenie umowy użyczenia lokalu. Czy to jest to samo, o czym mówimy?
Tak. Wypowiedzenie umowy użyczenia powinno nastąpić jeszcze na etapie przedsądowym. Przyjmuje się bowiem, że dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami korzystają z nieruchomości właśnie na podstawie dorozumianej umowy użyczenia. Oznacza to, że bezpłatnie zajmują całość lub część lokalu przez pewien czas.
Zazwyczaj uznaje się, że jest to umowa na czas nieoznaczony, ponieważ trudno spotkać przypadek, w którym rodzice podpisywaliby z dziećmi formalne dokumenty regulujące te kwestie. 
W takiej sytuacji rodzic powinien najpierw oficjalnie wypowiedzieć taką umowę – czyli wezwać dziecko do wyprowadzki i wyznaczyć mu konkretny termin. Dopiero po bezskutecznym upływie tego terminu można złożyć w sądzie pozew o eksmisję.
Co do zasady taki stosunek prawny traktujemy jako użyczenie, o ile oczywiście rodzice posiadają tytuł prawny do lokalu, czyli są jego właścicielami lub współwłaścicielami. Ich uprawnienia do nakazania opuszczenia lokalu przez dorosłe dziecko, a następnie, w przypadku bierności dorosłego dziecka, do wystąpienia z powództwem o eksmisję, wynikają wprost z przepisów Kodeksu cywilnego dotyczących ochrony prawa własności.
Czy pani mecenas, jako mediatorka, musiała kiedyś zażegnać konflikt między dorosłym rodzicem a dorosłym dzieckiem?
Nie zdarzyło mi się to, ale myśląc o tym teraz, uważam, że to świetny "materiał" na mediację. To doskonały kazus, ponieważ istotą mediacji jest nie tylko polubowne rozwiązanie konfliktu, ale i możliwość utrzymania relacji w niepogorszonym stanie. W tym przypadku mówimy o bliskich więziach między rodzicami a dziećmi. 
Najlepiej byłoby rozwiązać problem, zachowując te relacje w stanie co najmniej akceptowalnym dla obu stron. Mediacja jest ku temu najlepszym narzędziem.
W trakcie takiej mediacji można by doprowadzić do zawarcia umowy użyczenia lokalu. Jeżeli rodzice dopuszczają możliwość dalszego zamieszkiwania dziecka z nimi, ale pod pewnymi warunkami – takimi jak partycypowanie w kosztach utrzymania rodziny czy podział obowiązków – to taka umowa mogłaby stanowić element ugody, wieńczącej mediację. 
Przypomniała mi się teraz sytuacja sprzed kilkunastu lat. Trzydziestolatek wrócił do domu rodzinnego, bo "coś mu nie wyszło" i dostał oddzielną półkę w lodówce. Nie mógł sięgać po inne produkty.
To z kolei odwrotna sytuacja – rodzice bardzo mocno określili zasady. 
Czy to jest w porządku? 
Wydaje mi się, że to kwestia subiektywna. W niektórych domach takie zachowanie będzie czymś naturalnym, a w innych osoba, wobec której zachowano się w ten sposób, poczuje, że stosowana jest wobec niej przemoc. Tu jest zbyt mało danych, by jednoznacznie ocenić tę "jedną półkę w lodówce".
Taki podział jest czymś typowym, gdy dzieli się mieszkanie – na przykład ze współlokatorami na studiach. Wyznaczanie sobie nawzajem obszarów w domu, w tym i w lodówce wydaje się naturalne. Jeśli ogranicza się to tylko do kwestii półki, nie traktowałabym tego jako przemocy.
Jakie błędy popełniają rodzice, mieszkając z dorosłymi dziećmi? Czy nie walczą o swój teren?
Myślę, że największym błędem jest godzenie się na taką sytuację i jej akceptowanie – oczywiście w przypadkach, gdy rodzicom to wcale nie odpowiada. Czym innym jest sytuacja, w której rodzice potrzebują pomocy i wsparcia ze strony dziecka, a dziecko się na to godzi i wówczas wspólne zamieszkanie jest efektem zgodnej decyzji podjętej przez obie strony.
Największym błędem jest czekanie na dzień, w którym dziecko się usamodzielni i podejmie decyzję o wyjściu z domu. Z moich obserwacji wynika, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, takie dorosłe dziecko staje się coraz bardziej zależne od rodziców a czasami po prostu jest tak mu wygodniej. 
Mówimy tutaj oczywiście o sytuacjach skrajnych, a więc o trzydziesto- czy czterdziestolatkach. 
Polskie sądy stają bardziej po stronie seniorów, którzy mają prawo do własnej przestrzeni, czy raczej po stronie dorosłych dzieci?
Tutaj trudno o jednoznaczną odpowiedź, choć uważam, że co do zasady sądy opowiadają się po stronie rodziców. Oczywiście każdy przypadek jest inny, ale jeżeli dziecko jest w pełni sprawne fizycznie i intelektualnie, zdrowe oraz posiada wykształcenie lub zawód, to nie ma podstaw, by musiało mieszkać z rodzicami.
W orzecznictwie można spotkać bardzo rozbieżne podejścia. Zdarzają się wyroki, w których sądy uznają, że sam fakt pobierania zasiłku dla bezrobotnych jest już próbą usamodzielnienia się. 
Z drugiej strony są orzeczenia mówiące, że podjęcie kolejnego kierunku studiów – o ile dziecko ma dobre wyniki w nauce i rzetelnie się uczy – stanowi podstawę do tego, by nadal pozostawało na utrzymaniu rodziców.
Zasadniczo jednak, jeśli dziecko nie posiada prawa własności ani współwłasności do lokalu, w którym zamieszkuje wraz z rodzicami, jest dorosłe i ma realną możliwość samodzielnego utrzymania się, sytuacja jest jasna. Rodzice nie mają obowiązku utrzymywania takiego dziecka. Musimy bowiem odróżnić brak możliwości samodzielnego utrzymania się od braku chęci. 
Jeśli ktoś ma wykształcenie wyższe, ale twierdzi, że nie ma dla niego pracy, która zadowalałaby go pod każdym względem, finansowym czy zawodowym, to nie można mówić o braku możliwości zarobkowych. Na idealną pracę można czekać całe życie. W takiej sytuacji rodzice nie mają obowiązku utrzymywania dorosłego dziecka. 
Myślę, że takich sytuacji jest najwięcej i wówczas sądy stają po stronie rodziców.
Ile czasu mija od momentu podjęcia decyzji o eksmisji dorosłego dziecka do faktycznego wykonania wyroku?
To zależy od zawiłości i stopnia skomplikowania sprawy. Może to trwać kilka miesięcy – pięć lub sześć – ale może też przeciągnąć się do kilkunastu. Jeżeli dziecku przysługuje prawo do lokalu socjalnego, proces ten trwa jeszcze dłużej, nawet lata. Czas oczekiwania zależy chociażby od obłożenia sądu sprawami. Z uwagi na to, w większych miastach czas oczekiwania będzie dłuższy. 
Jeśli dziecko nie jest uprawnione do lokalu socjalnego, postępowanie może zamknąć się w ciągu kilku miesięcy. Natomiast w przypadku przyznania takiego lokalu przez sąd w wyroku, sąd nakaże wstrzymanie eksmisji do czasu zawarcia umowy najmu lokalu socjalnego. Tutaj także sytuacja wygląda różnie, w zależności od gminy, ponieważ to gmina taki lokal zapewnia. Trzeba mieć na uwadze, że większość gmin zmaga się z deficytem takich mieszkań. 
Wówczas sprawa może trwać latami i do czasu wskazania lokalu przez gminę dziecko nadal będzie mieszkało z rodzicami. Oczywiście rodzicom przysługuje wtedy roszczenie odszkodowawcze wobec gminy za wydłużający się okres oczekiwania.
Pewne narzędzia ma też komornik, niemniej jednak jest to proces długotrwały.
A jeżeli dziecko nadal wymusza możliwość mieszkania i chce czerpać z tego korzyści, to jak rodzic może się bronić?
Zaczęłabym na pewno od próby polubownego rozwiązania sporu. Jeżeli bezpośrednia rozmowa między rodzicami a dzieckiem nie przynosi efektów, warto spróbować zaangażować innego członka rodziny, z którym dziecko się liczy – na przykład dziadków lub rodzeństwo, mające u takiego dorosłego dziecka autorytet.
Kolejnym krokiem mogłaby być mediacja, czyli rozmowa z udziałem obiektywnej, niezależnej osoby, która wie, jak poprowadzić dialog, aby osiągnąć konsensus satysfakcjonujący obie strony. Należy jednak pamiętać, że mediacja jest dobrowolna i obie strony muszą wyrazić na nią zgodę, co w omawianym temacie może nie być wcale łatwe. 
Jeśli metody polubowne zawiodą, jedynym narzędziem prawnym pozostaje wypowiedzenie umowy użyczenia lokalu i złożenie pozwu o eksmisję. 
W sytuacjach skrajnych, gdy dochodzi do agresji i przemocy ze strony dorosłych dzieci, mamy także do dyspozycji narzędzia, które daje ustawa o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Na podstawie tej ustawy sąd może zobowiązać taką agresywną osobę do natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania. 
Ma to miejsce w sytuacji, gdy taka osoba stwarza zagrożenie dla pozostałych domowników, w omawianym przez nas przypadku – rodziców. Rodzice powinni w takiej sytuacji wezwać policję. 
Dodatkowe narzędzia znajdujemy też w ustawie o ochronie praw lokatorów mieszkaniowym zasobie gminy i zmianie Kodeksu cywilnego, której przepisy pozwalają, w przypadku uporczywego zakłócania miru domowego, wystąpić do sądu z powództwem o usunięcie takiej osoby z zajmowanego lokalu. 


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dorosłe dziecko można wyrzucić z domu z pomocą sądu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645880,zemsta-po-polsku-oskarzyla-meza-o-znecanie-sie-zapomniala-o-istotnym-fakcie</guid><link>https://natemat.pl/645880,zemsta-po-polsku-oskarzyla-meza-o-znecanie-sie-zapomniala-o-istotnym-fakcie</link><pubDate>Thu, 26 Mar 2026 12:45:59 +0100</pubDate><title>Zemsta po polsku. &quot;Oskarżyła męża o znęcanie się, zapomniała o istotnym fakcie&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Moja klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, że wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła nawet obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, że zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się na realną odpowiedzialność karną – opowiada dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. Zapytałam prawniczkę o to, jak mszczą się Polacy.

Aleksandra Tchórzewska: Czy możliwa jest sytuacja, w której dorosłe dzieci chcą zemścić się na rodzicach – na przykład za to, że ci przed laty opublikowali na Facebooku ich zdjęcie na nocniku?
dr hab. mec. Olga Piaskowska: Osobiście jeszcze się z tym nie spotkałam, ale spodziewam się, że takie sprawy zaczną się pojawiać. To niezwykle trudny i ważny temat związany z wykonywaniem władzy rodzicielskiej. Zachęciłam nawet jedną z moich doktorantek, by poświęciła mu swoją pracę.
Przepisy dotyczące władzy rodzicielskiej od wielu lat pozostają niezmienione i nie przystają do współczesnej, cyfrowej rzeczywistości.
Skala postów, w których rodzice dzielą się wizerunkiem swoich dzieci, jest ogromna. Często dzieje się to bez zgody i wiedzy zainteresowanych. A nawet jeśli dziecko ma tego świadomość, pojawia się pytanie o jej zakres – czy dziesięciolatek jest w stanie w pełni ocenić konsekwencje i świadomie wyrazić zgodę na upublicznienie swojego wizerunku w mediach społecznościowych?
Myślę, że w przyszłości takich spraw może być bardzo dużo. Na razie poruszamy się w swoistej "szarej strefie" – ani rodzice, ani dzieci często nie zastanawiają się nad tym głębiej.
Wynika to również z faktu, że dzieci od najmłodszych lat funkcjonują w tej przestrzeni: rodzic ma profil w mediach społecznościowych, a dziecko – dorastając – zakłada własny i traktuje to jako normę.
Nie wykluczam jednak, że z czasem liczba takich pozwów i prób wyciągania konsekwencji będzie rosła.
Klienci mówią wprost: "chcę zemsty"? Czy może raczej ubierają to w ładne słowa o poczuciu sprawiedliwości i dbaniu o siebie?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Zazwyczaj nie jest tak, że klient już podczas pierwszej wizyty otwarcie ujawnia taką motywację. Jestem jednak przekonana, że wiele osób – nawet jeśli nie artykułuje tego wprost – przychodzi z zamiarem dokuczenia komuś lub, jak to pani ujęła, zemszczenia się za doznane krzywdy.
Wiele zależy od rodzaju sprawy i konkretnej sytuacji. Sytuacje, w których klient przychodzi do prawnika i mówi wprost: "chcę się zemścić na Iksińskim, proszę mi powiedzieć, co mogę zrobić", należą do rzadkości. Zresztą z etycznego punktu widzenia byłoby to niedopuszczalne.
Istnieją jednak kategorie spraw, w których aspekt emocjonalny i motywacyjny odgrywa znacznie większą rolę.
Jak można się domyślić, są to przede wszystkim sprawy rodzinne – w szczególności rozwody, ale także kwestie alimentacyjne. To właśnie tam najczęściej spotykamy się z sytuacjami, w których dwie osoby dążą do utrudnienia sobie życia, co nierzadko motywowane jest chęcią odwetu za doznane krzywdy – zarówno rzeczywiste, jak i subiektywnie odczuwane.
Zdarzyło się pani odmówić przyjęcia sprawy ze względu na to, że wyczuwała pani u klienta złe, nieetyczne intencje?
Zgodnie z zasadami etyki zawodowej same negatywne intencje klienta nie stanowią bezpośredniej podstawy do odmowy udzielenia pomocy prawnej. Rzadko zdarza się, by ktoś wszedł do kancelarii i powiedział wprost: "chcę się zemścić, proszę mi powiedzieć, co mam zrobić". Zazwyczaj klienci przychodzą z konkretnym problemem, który musimy ocenić pod kątem prawnym.
Gdzie właściwie kończy się walka o swoje, a zaczyna uporczywe nękanie i chęć zemsty? Jak pani to rozróżnia, chociażby w sprawach o alimenty? Kiedy jest to realna walka o pieniądze, które matka powinna otrzymać na dziecko, a kiedy działanie wymierzone bezpośrednio w drugiego człowieka? 
To zawsze kwestia indywidualnego przypadku. Pamiętam jednak sytuacje jeszcze z czasów mojej pracy w sądzie, gdy matka wnosiła o podwyższenie alimentów, a ojciec niemal automatycznie – o ich obniżenie. Gdy tylko kończyła się jedna sprawa, inicjowali kolejną. Trudno było znaleźć uzasadnienie dla tak notorycznego wytaczania powództw, skoro sytuacja życiowa stron w ogóle się nie zmieniała. Takie cykle postępowań potrafiły trwać latami – i zazwyczaj tak właśnie było.
W takich, choć skrajnych, przypadkach chęć odwetu jest wyraźnie widoczna. Rolą pełnomocnika jest niedopuszczenie do tego, by klient – mówiąc potocznie – "wyżywał się" w toku postępowania. Musimy pomóc mu opanować emocje i wyjaśnić obowiązujące zasady: co jest prawnie możliwe, a co nie.
Oczywiście nie mamy wpływu na to, czy klient zaakceptuje to emocjonalnie i weźmie nasze rady do serca, ale naszym obowiązkiem jest rzetelne doradztwo. Powinniśmy uświadamiać, że działania motywowane wyłącznie emocjami często nie przynoszą żadnej realnej korzyści.
Co na sali rozpraw panią najbardziej zaskoczyło?
Nie wszystko, co trafia do kancelarii, znajduje swój finał na sali rozpraw. Jeśli jednak mówimy o celowym „dokuczaniu” drugiej stronie, można zaobserwować pewne powtarzające się tendencje.
Pomijając moralny wymiar takiego zachowania, dostrzegam w nim jeszcze jedno poważne zagrożenie, o którym klienci często nie myślą. Fałszywe oskarżenia uderzają bowiem rykoszetem w osoby, które rzeczywiście padły ofiarą takich przestępstw. 
Posługując się hipotetycznym przykładem: jeśli na dziesięć oskarżeń dziewięć okaże się nieprawdziwych, to ta jedna osoba, która faktycznie doświadczyła krzywdy, może zostać odebrana zupełnie inaczej. Jej wiarygodność drastycznie spada przez falę kłamstw pojawiających się w innych sprawach.
Miałam kiedyś dość specyficzną sytuację: klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, że wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła nawet obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, że zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się tym samym na realną odpowiedzialność karną.
Właśnie dlatego zdecydowałam się do pani zadzwonić. Widziałam ostatnio post dziewczyny, która nie może pogodzić się z rozstaniem i szuka sposobów na "bezpieczną, legalną zemstę". Pomyślałam, że chciałabym o tym porozmawiać właśnie z prawnikiem.
Nie powiedziałabym, że istnieje coś takiego jak "bezpieczna, legalna zemsta". Sama natura zemsty jest z założenia negatywna. Rozumiem to w ten sposób, że dana osoba chciałaby wykorzystać wszelkie dostępne środki prawne po to, by komuś dokuczyć – właściwie bez istotnego powodu. Rozpad związku jest przecież czymś, co się zdarza; nie jest to sytuacja wyjątkowa.
Pytanie brzmi: jaki jest cel takiego działania? To raczej kwestia dla psychologa, ale z mojej perspektywy nie jest to dobre rozwiązanie nawet dla osoby, która taką zemstę planuje.
Oczywiście teoretycznie można podjąć pewne kroki – na przykład, jeśli ktoś prowadzi działalność gospodarczą, zawiadomić odpowiednie organy o rzekomo "podejrzanych" transakcjach albo doprowadzić do wszczęcia różnego rodzaju kontroli.
Możliwości więc istnieją, ale pojawia się pytanie o zasadność i sens takich działań. W praktyce ktoś traci własną energię, czas i zasoby wyłącznie po to, by bez potrzeby zaszkodzić drugiej osobie.
Metody zemsty się zmieniają? Kiedyś na kartce papieru pisało się donosy do urzędu skarbowego. A jak to wygląda dzisiaj?
Niestety wiele takich zachowań przeniosło się obecnie do internetu. Szczególnie w dobie AI możliwości są ogromne. Wystarczy stworzyć deepfake, wykorzystując czyjś wizerunek, aby nagrać kompromitujący film i wyrządzić realną krzywdę drugiej osobie.
Często zdarza się też zakładanie fałszywych kont na portalach społecznościowych przy użyciu zdjęć byłego partnera lub partnerki, które wciąż przechowujemy w telefonie – przecież po rozstaniu nie kasujemy wszystkiego od razu. Wszystkie te działania mają na celu oczernienie drugiej osoby. 
Zdarza się również wysyłanie do pracodawcy – kiedyś były to listy, dziś raczej e-maile – informacji o tym, jak rzekomo zachowuje się dany pracownik w domu. Takie zachowania przede wszystkim odbijają się na tym, kto je podejmuje, ale głównym celem pozostaje dokuczenie byłemu partnerowi.
Oczywiście za publiczne zniesławianie i rozpowszechnianie fałszywych informacji grozi odpowiedzialność prawna, jednak wielu osób to nie powstrzymuje. Nie powstrzymuje ich też przed włamaniem do telefonu partnera. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że w telefonie przechowujemy nie tylko prywatne zdjęcia, ale też dane firmowe czy dostęp do bankowości. Nieuprawniony wgląd w takie informacje może oznaczać naruszenie tajemnicy skarbowej i jest przestępstwem.
Jako prawnicy możemy wskazać klientowi konkretne zarzuty i konsekwencje, jakie groziłyby drugiej stronie. 
Prawda jest jednak taka, że w bliskich relacjach wiele osób finalnie nie ponosi kary. Często słyszę od klientów: "Nie zgłoszę tego, bo to przecież matka mojego dziecka. Co by się stało, gdyby trafiła do więzienia?'".
A to prowadzi do sytuacji, w której sprawca nie ponosi absolutnie żadnych konsekwencji za swoje zachowania.
Czy prawo nadąża za sztuczną inteligencją i tym, co dzieje się obecnie w internecie?
Istnieją przepisy, które zapewniają ochronę w takich sytuacjach. Problem polega jednak na tym, że dziś niemal każdy czuje się dziennikarzem i uważa, że może bezkarnie publikować dowolne treści.
To tak nie działa. Odpowiedzialność ponosimy nawet za samo udostępnianie – tak zwane share’owanie – linków na swoich profilach, jeśli w ten sposób pomawiamy kogoś, zniesławiamy lub bezpodstawnie nazywamy przestępcą.
W przypadku deepfake’ów największym wyzwaniem jest ich wykrycie. Żyjemy w zalewie nieprawdziwych informacji, więc duża część naszej pracy polega na żmudnym odsiewaniu fałszu od prawdy. Musimy ustalać, czy dane zdarzenie faktycznie miało miejsce, czy materiał został stworzony przez człowieka lub sztuczną inteligencję.
Można powiedzieć, że prawo nadąża za tymi zmianami głównie dzięki praktyce. Przepisy nie muszą zmieniać się za każdym razem, gdy powstaje nowa technologia utrwalania treści. Istnieją ramy prawne, które pozwalają uwzględnić nowo ukształtowane formy przekazu w postępowaniu, choć ich ostateczna ocena zawsze należy do sądu.
Dalsza część wywiadu poniżej
A czy zdarza się, że komuś przypomina się krzywda sprzed lat i chce się zemścić po długim czasie? 
Nie spotkałam się z tym. Musiałby wystąpić jakiś konkretny bodziec – "trigger" – który po takim czasie przywołałby te wspomnienia. Zdarza się to jednak bardzo rzadko.
W sprawach rozwodowych funkcjonuje takie powiedzenie: jeśli chcesz naprawdę poznać swojego męża lub żonę, musisz się z tą osobą rozwieść. Dopiero wtedy okazuje się, z kim tak naprawdę się związałeś. Podczas rozstania wypływa mnóstwo historii i nagle dowiadujemy się o sobie nawzajem rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
A kto częściej pała żądzą zemsty? Kobiety czy mężczyźni?
To dość niefortunne pytanie, ponieważ nie dysponujemy żadnymi statystykami w tym zakresie. Powiedziałabym, że płeć ma tu znacznie mniejsze znaczenie niż osobowość, temperament czy dotychczasowe doświadczenia życiowe. Najłatwiej byłoby ulec stereotypowi i wskazać kobiety, ale rzeczywistość wygląda inaczej.
 Wszystko zależy od indywidualnych emocji i tego, u kogo w danym momencie pojawia się tak silne spiętrzenie uczuć, że rodzi potrzebę dokuczenia partnerowi lub partnerce.
Czy zdarza się, że przychodzi do pani osoba z nieograniczonymi zasobami finansowymi i deklaruje, że pieniądze nie grają roli? Ktoś, kto wręcz żąda konkretnego działania, bo jest gotów zapłacić każdą cenę?
Zakładam, że takie sytuacje mają miejsce, choć w mojej praktyce osobiście się z nimi nie spotkałam. Pytanie jednak brzmi: czego konkretnie można w takiej sytuacji oczekiwać od nas?
Zazwyczaj klienci szukają profesjonalnej pomocy prawnej i merytorycznego wsparcia. Raczej nie traktują prawników jako narzędzi do realizacji prywatnych celów, choć oczywiście trudno jednoznacznie stwierdzić, co siedzi w głowie każdego człowieka.
Z moich obserwacji wynika, że ludzie trafiają do kancelarii najczęściej wtedy, gdy już "nabroją" i przekroczą pewne granice.
Ile właściwie kosztuje zemsta i czy gra jest warta świeczki? Czy zdarza się, że ktoś chce się zemścić za drobiazg, a wydaje setki tysięcy złotych na koszty sądowe?
Uważam, że najwyższym kosztem dla takiej osoby nie są pieniądze, lecz koszty emocjonalne, o których zazwyczaj się nie myśli. Wydatki finansowe na pomoc prawną są oczywiście zmienne, ale to właśnie koszty emocjonalne są tymi, których absolutnie nigdy nie odzyskamy. Tego nie da się "odrobić".
Pieniądze zawsze można zarobić ponownie, ale spokoju i czasu poświęconego na negatywne emocje – już nie.
Co po sprawie mówią klienci? Czy po zakończeniu sprawy czują realną ulgę, czy może raczej pustkę?
Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sam fakt, że ktoś kieruje się chęcią dokuczenia drugiej osobie, nie oznacza jeszcze, że mu się to uda – ramy prawne nie zawsze na to pozwalają. My jako pełnomocnicy działamy wyłącznie w granicach prawa.
Mój świętej pamięci wujek zawsze powtarzał, że łatwiej przewidzieć wyrok Sądu Ostatecznego niż wyrok sądu polskiego. To powiedzenie trafnie oddaje rzeczywistość, w której funkcjonujemy – bywa przecież, że orzeczenie jest kompletnym zaskoczeniem dla obu stron sporu.
A czy można zemścić się na kimś po śmierci? W filmach popularny jest motyw, w którym ostatnia wola staje się bolesnym zaskoczeniem dla rodziny. Czy polskie prawo dopuszcza taki pośmiertny "odwet"?
W naszym systemie prawnym istnieją oczywiście przepisy pozwalające na wydziedziczenie, jednak wbrew pozorom nie jest to prosta procedura. Klasyczna zemsta spadkowa w polskim prawie raczej nie funkcjonuje, choć próby jej dokonania się zdarzają.
Przytoczę może nieco absurdalny, ale obrazowy przykład dotyczący darowizny. Miałam przypadek, w którym babcia postanowiła odwołać darowiznę mieszkania, a sprawa trafiła do sądu. Według niej "rażącą niewdzięcznością" wnuczka był fakt, że postanowił ożenić się z inną kobietą niż ta, którą ona dla niego wybrała. Babcia uznała, że skoro przekazała mu nieruchomość, wnuczek powinien teraz robić wszystko zgodnie z jej wolą.
Oczywiście babcia subiektywnie czuła się skrzywdzona, co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe. Jednak w świetle prawa nie był to żaden powód do odwołania darowizny. Sprawę finalnie przegrała i nie odzyskała mieszkania, przez co jej poczucie krzywdy zapewne jeszcze się pogłębiło – nie dość, że "zawiódł" ją wnuczek, to jeszcze system wymiaru sprawiedliwości nie stanął po jej stronie. 
To pokazuje, jak skomplikowane bywają sytuacje, w których prawo styka się z silnymi, osobistymi emocjami.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czy Polacy mszczą się w sądzie i czy to w ogóle ma jakikolwiek sens?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645604,szukalam-terapeutki-znalazlam-terapeutke-wnetrz-nowy-zawod-wchodzi-do-polskich-domow</guid><link>https://natemat.pl/645604,szukalam-terapeutki-znalazlam-terapeutke-wnetrz-nowy-zawod-wchodzi-do-polskich-domow</link><pubDate>Thu, 26 Mar 2026 07:03:02 +0100</pubDate><title>Szukałam terapeutki, znalazłam... terapeutkę wnętrz. Nowy zawód wchodzi do polskich domów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Zauważyłam, że często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać. Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości – mówi Milena Skórska, organizatorka przestrzeni znana w sieci jako Terapeutka wnętrz.

Aleksandra Tchórzewska: Szczerość to podstawa. Trafiłam na panią zupełnie przypadkiem. Szukałam terapeutki do zupełnie innego tematu, a wyskoczyła mi "terapeutka wnętrz". Zaskoczyła mnie ta nazwa. Brzmi bardzo kojąco; kojarzy mi się z kimś, kto "uleczy" mój dom. Pomyślałam: chcę dowiedzieć się czegoś więcej o tym zawodzie.
Milena Skórska, organizatorka przestrzeni, Terapeutka wnętrz: "Terapeutka wnętrz" nie jest oficjalną nazwą zawodu, tylko nazwą mojej działalności. Ale faktycznie, nowym zawodem jest organizatorka przestrzeni czy declutterka. 
Nazwałam się tak jednak dlatego, że dla mnie to nie tylko praca z przedmiotami, ale bardzo często praca z emocjami i z tym, czego my tak naprawdę w życiu chcemy. Uważam, że podejście empatyczne jest tutaj konieczne – inaczej po prostu nie da się tego dobrze zrobić.
Czyli konkretnie czego?
Pomagam pozbywać się nadmiaru rzeczy zbędnych i nieużywanych, które często trzymamy przez lata z przyzwyczajenia lub poczucia winy. Później układam wszystko tak, aby przestrzeń była wygodna i intuicyjna w codziennym życiu. 
Chodzi o to, by wiedzieć, co i w jakiej ilości posiadamy. Chcę, aby nasz dom nas wspierał, a nie męczył. Dzięki temu unikamy np. kupowania kolejny raz tej samej rzeczy tylko dlatego, że nie mogliśmy znaleźć poprzedniej lub zapomnieliśmy, że mamy w szafie pięć czarnych topów. 
W praktyce zajmuję się upraszczaniem i uprzyjemnianiem codzienności – tak, aby dom nie był kolejnym zadaniem i źródłem stresu, lecz prawdziwym miejscem odpoczynku.
Czy ludzie reagują zdziwieniem na fakt, że istnieje ktoś, kto może im pomóc tak po prostu... zaopiekować się ich przestrzenią?
Bardzo często! Mało kto w ogóle wie, co te pojęcia oznaczają. Na początku pojawia się uśmiech i niedowierzanie, ale kiedy tłumaczę, na czym polega moja praca, wszystko od razu nabiera sensu. 
Większość z nas zna przecież to uczucie, gdy dom zaczyna przytłaczać i zamiast być miejscem odpoczynku, staje się kolejną listą spraw do ogarnięcia i męczącym obowiązkiem. W takich momentach próbujemy sobie pomóc na różne sposoby.
Na przykład posprzątać?
Problem jednak zazwyczaj nie leży w samym brudzie czy kurzu, lecz w nadmiarze przedmiotów, chaosie i braku systemu. Jeśli mamy mnóstwo rzeczy, które się nie mieszczą, których nie lubimy lub z których nie korzystamy, to nawet idealnie czyste mieszkanie nadal będzie nas męczyć.
Podświadomie wiemy przecież, co kryje się za zamkniętymi frontami szafek. Klasyczne sprzątanie nie rozwiązuje tego problemu – ono jedynie maskuje go na chwilę. Oczywiście, dbanie o czystość jest ważne, ale nie poczujemy prawdziwej ulgi, jeśli porządek będzie tylko powierzchowny. 
Ja jestem od tego, aby zaprowadzić ład tam, gdzie wzrok gości zazwyczaj nie sięga.
Ludzie muszą się przed panią odsłonić bardziej niż przed gośćmi. Jak sobie z tym radzą?
To prawda – najczęściej pokazują mi to, co skrzętnie chowają przed światem. Kiedy ktoś nas odwiedza, to nie zagląda do naszych "szuflad wstydu".
Klienci bardzo mocno się otwierają przede mną. Wydaje mi się, że to zaufanie nie rodzi się nagle w dniu spotkania, ale zaczyna się dużo wcześniej. Ludzie trafiają na moje treści w internecie, obserwują mnie przez jakiś czas i dopiero wtedy decydują się na kontakt.
Gdy już pojawiam się na miejscu, kluczowy okazuje się brak oceny. Ja naprawdę nie przychodzę po to, by kogoś osądzać, ale żeby zrozumieć sytuację i pomóc. Klienci bardzo szybko to wyczuwają, co zresztą często podkreślają później w opiniach.
Świadomość, że inni przeszli przez to samo i że ich prywatność została zachowana, działa na nowych klientów uspokajająco. To rzeczywiście trochę jak na terapii: trzeba się odsłonić, żeby mogła zajść realna zmiana. Ale zdecydowanie warto.
Czego tak właściwie oczekują od pani klienci? 
Najczęściej wyczuwam u nich ogromne zmęczenie i poczucie porażki. Słyszę: "nie daję już rady, sama tego nie ogarnę". To efekt podświadomego porównywania się do idealnych wnętrz z Instagrama, które z codziennością nie mają nic wspólnego. Moje usługi nie są dla "perfekcyjnych pań domu". Tu nie chodzi o dążenie do ideału, ale o system, który realnie ułatwia życie.
Chcę, aby każda rzecz miała swoje stałe miejsce – koniec z nerwowym szukaniem kluczy przed wyjściem, które psuje nam początek dnia. Dziś presja perfekcji jest ogromna; często dbamy o dom na pokaz, byle mieć ładne tło do kawy na relację. 
A w mojej pracy chodzi o to, by dom w końcu przestał być kolejnym zadaniem do odhaczenia, a stał się miejscem, które nas wspiera.
A kim właściwie są pani klienci?
Najczęściej są to kobiety w wieku między 30. a 50. rokiem życia. Często są to osoby aktywne zawodowo, na przykład mamy, które łączą w życiu wiele ról i po prostu brakuje im już zasobów, by nad tym wszystkim samodzielnie zapanować. Zgłaszają się też osoby bardzo świadome, które wiedzą, że taka pomoc istnieje i po prostu chcą z niej skorzystać, by usprawnić swoje życie.
Co ciekawe, moimi klientami bywają też pary, single czy osoby będące akurat po dużych zmianach życiowych. Wydaje mi się jednak, że kluczową kwestią nie jest tu wiek czy status materialny. Głównym czynnikiem, który sprawia, że ktoś się do mnie zgłasza, jest silna potrzeba zmiany. Bez niej proces ten nie może się udać.
Czy te decyzje łączą się zazwyczaj z jakimś przełomowym momentem w życiu? Takim poczuciem, że "teraz już muszę to zrobić", bo coś się wydarzyło – zaczynam nowe życie, rozstałam się albo dzieci wyprowadziły się z domu?
Tak, bardzo często są to momenty dużych życiowych zmian. Powiedziałabym, że numerem jeden są przeprowadzki, ale zaraz po nich pojawiają się sytuacje takie jak narodziny dziecka, kiedy naturalnie chcemy przygotować mu miejsce, pójście dziecka do szkoły czy wspomniane rozstania i zmiany zawodowe. Takie wydarzenia naturalnie uruchamiają w nas potrzebę uporządkowania przestrzeni i dostosowania jej do nowej rzeczywistości.
Jakie jeszcze?
Co ciekawe, coraz częściej zgłaszają się do mnie osoby starsze z bardzo konkretną intencją: chcą uporządkować swoje rzeczy, zanim odejdą. Nie chcą zostawiać po sobie chaosu i ciężaru bliskim; chcą świadomie zadecydować, co po nich zostanie – na przykład, czy ich stare listy i pamiętniki mają trafić w czyjeś ręce, czy wolą się ich pozbyć już teraz. 
To trend, który wywodzi się ze Szwecji – istnieje nawet określenie "szwedzkie sprzątanie przed śmiercią" (döstädning). Ideę tę spopularyzowała książka Margarety Magnusson. Myślę, że starsi ludzie w Polsce nie robią tego dlatego, że śledzą światowe trendy, ale dlatego, że po prostu czują taką wewnętrzną potrzebę zadbania o ład dla siebie i swoich bliskich.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarzają się osoby, które oczekują, że po prostu poprzestawia im pani meble, by w domu zapanowała "lepsza energia"?
Tak, niektórzy myślą, że przyjdę, wyciągnę czarodziejską różdżkę i od razu będzie super. Zawsze jednak tłumaczę, że jeśli nie zaczniemy od pozbycia się nadmiaru – tych wszystkich rzeczy niepotrzebnych, przekładanych z kąta w kąt, które od lat budzą w nas tylko poczucie winy – to nawet najlepiej zorganizowana przestrzeń nie przetrwa długo. Dobrze zorganizowany bałagan to nadal bałagan.
Jeśli jednak klient ma już etap odgracania za sobą i posiada tylko to, czego naprawdę potrzebuje, to faktycznie mogę zająć się logiką ustawienia przedmiotów. Tworzę wtedy system, który jest intuicyjny. 
Przykładowo w kuchni: planuję wszystko tak, by nie trzeba było biegać po całym pomieszczeniu w celu przygotowania posiłku. Układamy naczynia blisko zmywarki, przyprawy pod ręką – tak, aby całość miała logiczny sens i realnie wspierała domowników. 
Porządek ma bezpośredni wpływ na jakość relacji i ilość czasu, jaki mamy na odpoczynek. Kiedy w domu jest mniej napięcia i frustracji, a więcej spokoju, wszystko zaczyna lepiej funkcjonować.
Na ile klientom zależy po prostu na tym, by wnętrze było przyjemne i uporządkowane, a na ile na realnej zmianie w życiu? 
To jest sedno całej sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, że dom to tylko punkt wyjścia. Porządkując przedmioty, ludzie zaczynają zadawać sobie ważne pytania: "Co jest dla mnie naprawdę istotne, a co mnie obciąża?", "Z czego chcę zrezygnować?". Te refleksje wykraczają daleko poza szafki i półki.
Kiedy zaczynamy analizować, dlaczego coś trzymamy od lat, zaczyna nam się również układać w głowie. To jest najpiękniejszy i najważniejszy element całego tego procesu.
Co najbardziej frustruje pani klientów?
Często myślą, że ich największym problemem jest brak miejsca. W rzeczywistości okazuje się jednak, że albo brakuje im systemu, albo mają po prostu za dużo rzeczy – takich, których nie potrzebują, nie lubią, ale nie potrafią się ich pozbyć. To są decyzje odkładane latami.
Bardzo zależy mi na tym, by podkreślić jedną rzecz: to nie ma nic wspólnego z lenistwem czy bałaganiarstwem. To raczej brak narzędzi do radzenia sobie z nadmiarem oraz nieprzemyślana organizacja. Wielu z nas wyniosło z domu przekonanie, że rzeczy trzeba trzymać "na zaś", na wszelki wypadek, a jeśli coś działa, to nie wolno tego wyrzucać. Przez to zostawiamy przedmioty, których nie cierpimy, często z czystego poczucie winy.
Klasycznym przykładem jest bluzka: co z tego, że piękna, jeśli po założeniu jej czujemy się w niej źle? Zamiast ją oddać, trzymamy ją w szafie jako wyrzut sumienia – przypomnienie o nietrafionym wyborze lub wręcz karę za źle wydane pieniądze. 
Jedna bluzka to nie problem, ale gdy takich przedmiotów są dziesiątki, zaczyna się zagracenie. Prawdziwą przyczyną frustracji rzadko jest brak metrażu – to zazwyczaj nadmiar, odkładane decyzje i przestrzeń, która po prostu nie wspiera naszej codzienności.
Czy zdarza się, że klienci panią przepraszają?
Bardzo często! Już od progu słyszę: "Przepraszam za ten bałagan", "Nie wiem, jak to się stało", "Skąd się to wszystko wzięło?". 
Wstydzą się?
Myślę, że ludzie nie wstydzą się samego bałaganu, ale poczucia porażki: "powinnam sobie z tym radzić, a nie potrafię", "inni ogarniają, a ja nie". Od samego początku staram się zdjąć z nich to poczucie winy. To nie jest kwestia charakteru czy braku silnej woli.
Nikt nas nie nauczył radzenia sobie z nadmiarem, bo nasi rodzice żyli w czasach braku. My musimy nauczyć się obsługi tej nowej rzeczywistości od zera.
Jak już pani jest u klienta, to co się dzieje?
Moja metoda pracy polega na tym, że podczas realizacji wyciągamy z szafek absolutnie wszystko – tak, jakbyśmy się wyprowadzali. Sortujemy przedmioty kategoriami, a szafki przez jakiś czas zostają puste. Cały dobytek ląduje na podłodze i stołach. Wtedy dopiero widać prawdziwy ogrom posiadanych rzeczy. Klienci bywają przerażeni i zaskoczeni tą ilością. 
To pewnego rodzaju terapia szokowa, ale jest ona konieczna. Dopiero gdy zobaczymy na własne oczy stosy duplikatów i przedmioty niewidziane od lat, dociera do nas, że one nam nie pomagają, a jedynie nas przytłaczają.
Kto podejmuje ostateczną decyzję o tym, czy coś wyrzucamy, czy zostawiamy? 
Decyzję zawsze podejmuje klient. Nigdy nie wybieram za kogoś – moim zadaniem jest zadawanie pytań, które pomagają zrozumieć, co nam służy, a co tylko zajmuje miejsce. W odgracaniu nie chodzi o bezmyślne wyrzucanie, ale o świadomy wybór tego, co niesie dobre wspomnienia i radość. 
Często trzymamy nietrafione prezenty, np. od dorosłych dzieci, z czystego poczucia winy. To smutne, bo te rzeczy niszczeją w szafach, zamiast cieszyć kogoś innego.
Takie pożegnanie z przedmiotem to często pożegnanie z dawnym wyobrażeniem o sobie i swoimi marzeniami. Czasem warto to odpuścić, żeby odzyskać lekkość i móc pójść dalej.
Widzi pani związek między tym, co dzieje się w domu, a stanem emocjonalnym klienta?
Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Działa to w obie strony. Zauważyłam, że często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa (to słynne "a nuż się przyda"). 
Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać. 
Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości: "To jest ten kawałek rzeczywistości, który mam ogarnięty".
A czy taka jednorazowa wizyta wystarcza? Czy klienci dzwonią po pół roku, bo znowu "zarośli" rzeczami?
Jeśli klient był gotowy na rzetelne odgracanie, a potem wprowadzenie systemu – to po prostu działa. Zazwyczaj bywa tak, że nie wracam do tego samego pomieszczenia, ale jestem zapraszana do kolejnych. Ludzie, poczuwszy ulgę w jednym pokoju, chcą przenieść ten sam komfort do reszty domu.
Kuchnia zajmuje zazwyczaj od jednego do maksymalnie trzech dni. Kluczowe jest jednak to, że przy declutteringu obecność klienta jest niezbędna – ja nie mogę i nie chcę decydować za niego.
Jestem ciekawa, ile to kosztuje.
Jeśli chodzi o samo odgracanie, bez organizacji przestrzeni, to mój cennik jest prosty – 500 zł za 5 h sesji, każda dodatkowa godzina to 130 zł. Natomiast usługa organizacji – czyli stworzenie funkcjonalnego planu, zmierzenie, dobranie odpowiednich organizerów i już sama organizacja na miejscu – są wyliczane indywidualnie, w zależności m.in. od wielkości pomieszczenia, liczby szafek czy szuflad, ilości rzeczy itd.

A jak to jest u pani – czy "szewc bez butów chodzi"?
Nie, u mnie to by nie przeszło! Moja przygoda z tym zawodem zaczęła się właśnie od tego, że sama czułam się fatalnie w swojej przestrzeni. Chaos sprawiał, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Myślałam wtedy, że rozwiązaniem jest po prostu regularne sprzątanie, więc każdą sobotę poświęcałam na porządki. Jednak czułam, że marnuję życie.
Kiedy po urodzeniu córki wróciłam do pracy, uderzyło mnie, że popołudnia i weekendy spędzam na sprzątaniu zamiast z dzieckiem.
A czym zajmowała się pani wcześniej?
Pracowałam w obsłudze klienta niemieckojęzycznego. To poczucie, że "coś jest nie tak", doprowadziło mnie do ponownej lektury "Magii sprzątania" Marie Kondo. Postanowiłam odgracić nasz dom. Pozbyłam się wtedy połowy naszych rzeczy. Z każdym kartonem czułam się lżejsza.
Od tamtej pory po prostu tym żyję. To nie oznacza, że u mnie zawsze jest perfekcyjnie – zupełnie nie! Ale różnica polega na tym, że gdy w intensywnym czasie pojawi się chaos, jestem w stanie przywrócić dom do porządku w pół godziny. Mam swój system. 
Staram się też uczyć dbania o przestrzeń moje dzieci. Na Instagramie edukuję rodziców, jak uczyć pociechy dzielenia się i puszczania rzeczy (np. połamanych zabawek dla niemowlaka, gdy dziecko ma już 5 lat). Dzisiejsze dzieci wychowują się w ogromnym nadmiarze. Moją misją jest pomóc rodzicom sprawić, by ich rzeczywistość stała się lżejsza.
Jak klienci reagują na efekt końcowy?
To są często niezwykle wzruszające momenty. Najczęściej mówią o ogromnej uldze i poczuciu lekkości. Pamiętam męża jednej z moich klientek, który nie uczestniczył w samym procesie. Gdy wrócił pod koniec dnia i zaczął otwierać kolejne szuflady, nie potrafił powstrzymać emocji. Chodził od szafki do szafki, powtarzając: "Dziękuję ci! Tak bardzo ci dziękuję!". Choć to kobiety częściej reagują tak ekspresyjnie, on był autentycznie poruszony do łez.
Ostatnio miałam też klientkę, która z niedowierzaniem patrzyła na swoją szufladę z przyprawami. Pytała: "To naprawdę moja szuflada? Ja tu nie będę gotowała! Nic nie chcę ruszać, chcę tylko przychodzić i patrzeć”. Ale po chwili wróciła i uznała: "Nie, ja tu będę codziennie gotowała! Do tej pory tego nie robiłam, ale teraz będę, bo nie mogę uwierzyć, że to miejsce należy do mnie". 
I faktycznie, później dostawałam od niej zdjęcia szuflad. Pokazywała mi, że mimo że gotuje, nadal ma idealny porządek w szafkach. Kuchnia wciąż prezentowała się dokładnie tak, jak w dniu, w którym ją opuszczałam. 
Najbardziej napędza mnie świadomość, że widzę realną zmianę w życiu moich klientów – widzę ich radość tu i teraz. To właśnie daje mi największą energię do działania.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Terapeutka wnętrz pomaga Polakom uporządkować domy i przy okazji głowy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645445,feedback-zglaszany-jako-mobbing-swiat-korpo-oszalal-na-punkcie-dobrostanu-i-teraz-ma-problem</guid><link>https://natemat.pl/645445,feedback-zglaszany-jako-mobbing-swiat-korpo-oszalal-na-punkcie-dobrostanu-i-teraz-ma-problem</link><pubDate>Thu, 19 Mar 2026 12:21:01 +0100</pubDate><title>Feedback zgłaszany jako mobbing. Świat korpo oszalał na punkcie dobrostanu i teraz ma problem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Część osób zaczyna wierzyć, że jakikolwiek stres, niedogodność, konflikt czy presja w pracy to już naruszenie granic albo mobbing. Jeden z pracowników zadzwonił do mnie zapłakany, że jest mobbingowany, bo kierownik tymczasowo, po uprzednich wyjaśnieniach, przeniósł go do innego działu. Powód był prosty – w tamtym zespole była epidemia grypy i brakowało ludzi do pracy – opowiada Kasia Matyjewicz, ekspertka HR,  trenerka i aktywistka antymobbingowa.

Wyobraźmy sobie szefa chodzącego na paluszkach. Takiego, który ostrożnie waży każde słowo, byle tylko nie zostać posądzonym o mobbing. Szefa, który boi się przydzielać zadania, żeby – nie daj Boże – pracownik nie poczuł dyskomfortu i nie postanowił się zwolnić.
Jeszcze niedawno taka wizja wydawałaby się absurdalna.
A jednak coś się zmieniło.
To dobrze, że już się nie damy wykorzystywać. Jeśli szef będzie na nas wrzeszczał, ośmieszał czy upokarzał – zgłosimy to. Nie pozwolimy na trzaskanie drzwiami, złośliwe docinki ani komentowanie naszego wyglądu.
Wspaniale, że nauczyliśmy się stawiać granice i coraz skuteczniej ich pilnujemy. W zadbaniu o siebie ma pomóc także reforma resortu pracy, która upraszcza skomplikowaną definicję mobbingu. 
Nowa świadomość ma jednak także drugą stronę medalu, o której rzadziej mówimy: nie wszystko, co wywołuje dyskomfort, jest mobbingiem.
Nie każda uwaga szefa to przemoc.
Znam historie szefów, którzy – nawet gdy na zmianie mają tylko jednego pracownika – boją się odmówić urlopu. Menedżerów restauracji, którzy obawiają się zwrócić kelnerowi grzecznie uwagę, bojąc się, że następnego dnia nie pojawi się w pracy.
Znam też opowieści z drugiej strony: o chodzeniu na długie zwolnienia lekarskie, żeby "ukarać" szefa za to, że czegoś wymagał. O obrażaniu się i demonstracyjnym wycofywaniu z pracy.
I o tupaniu nogą, kiedy coś nie idzie po naszej myśli.
Mobbing też znam – niestety.
Ale czy wymagający menedżer to już oprawca? A może coraz częściej zwykłą krytykę traktujemy jak atak?
Stres w pracy to nie mobbing
Współczesny świat korporacyjny oszalał na punkcie dobrostanu. W działach HR "szczęście w pracy" i "well-being" odmienia się dziś przez wszystkie przypadki. To oczywiście kierunek słuszny i potrzebny, ale – jak ostrzega Kasia Matyjewicz, ekspertka HR,  trenerka i aktywistka antymobbingowa – wpadliśmy w pewną pułapkę.
Przez nieustanne podkreślanie komfortu pracy część pracowników zaczęła wierzyć, że biuro powinno być przestrzenią absolutnego błogostanu. W efekcie zwykłe egzekwowanie obowiązków coraz częściej bywa interpretowane jako mobbing. A to może prowadzić do groźnych nadużyć.
– W swojej pracy bardzo często spotykam się z sytuacjami, w których polecenia szefa są błędnie interpretowane przez pracowników. W HR funkcjonuje nawet określenie: staffing, czyli tzw. "mobbing odwrócony", czyli kiedy to przełożony pada ofiarą ze strony swoich pracowników – wyjaśnia Kasia Matyjewicz w rozmowie z naTemat.pl.
Jak wyjaśnia ekspertka, w ostatnich latach w korporacjach ogromną popularność zdobyły hasła związane z dobrostanem pracowników. Sam kierunek zmian jest dobry, jednak bywa błędnie rozumiany.
– Część osób zaczyna wierzyć, że jakikolwiek stres, niedogodność, konflikt czy presja w pracy to już naruszenie granic albo mobbing. Tymczasem zapominamy o czymś fundamentalnym: o stosunku podporządkowania. Podpisując umowę o pracę, zobowiązujemy się oddać osiem godzin dziennie pod czyjeś kierownictwo w zamian za wynagrodzenie – tłumaczy.
Problemy pojawiają się w momencie, gdy pracownik przestaje wywiązywać się ze swoich obowiązków.
– Rolą lidera jest wtedy udzielenie tzw. feedbacku korygującego. Musi on jednak opierać się na faktach, a nie na osobistych wycieczkach. Pracownik powinien usłyszeć jasno: co zrobił źle, dlaczego to problem i jaki jest plan poprawy – podkreśla Matyjewicz.
Jeśli rozmowy nie przynoszą efektu, kolejnym krokiem jest formalny plan naprawczy – czyli jasno określone cele i standardy do osiągnięcia w określonym czasie.
– I właśnie wtedy często pojawia się moment zapalny. Zdarza się, że zamiast podjąć wysiłek poprawy, pracownik wybiera strategię "obrony przez atak": idzie na zwolnienie lekarskie albo zgłasza mobbing – mówi ekspertka.
Jak zauważa Dariusz Dobrzyniecki, coach i trener biznesu, wbrew pozorom nie chodzi o to, co mówi szef, ale w jaki sposób to robi.
Ekspert przyznaje, że w swojej pracy coraz częściej spotyka się z sytuacjami, które trudno traktować poważnie.
– To są takie przykłady, w których ludzie mają bardzo daleko posunięte oczekiwania od firmy, które nie mają nic wspólnego z obowiązkami pracodawcy wynikającymi z kodeksu pracy. To są dość kuriozalne sytuacje – zauważa. 
Jak dodaje, problemem bywa już samo egzekwowanie obowiązków.
– Dość często zdarzają się przypadki, w których ludzie utyskują na mobbing, kiedy szef tylko oczekuje, że ktoś będzie w godzinach pracy pracował. Reprymendę za przeglądanie mediów społecznościowych w ciągu dnia odbierają jako szykanę. Jeśli szef zwraca na to uwagę, sama ta informacja zwrotna bywa traktowana jak przejaw przemocy – podkreśla ekspert.
Wymagający szef czy oprawca?
Jak odróżnić wymagającego menedżera od osoby stosującej przemoc psychiczną? – Kluczowa jest forma komunikacji. Lider powinien mówić wyłącznie o faktach i konsekwencjach. Na przykład: "We wtorek spóźniłeś się siedem minut, w środę dziesięć, a w piątek piętnaście. Przez to spotkania się wydłużają. Co możemy zrobić, żeby temu zapobiec?" – wyjaśnia Matyjewicz.
Zupełnie inaczej brzmi komunikat: "Ty zawsze się spóźniasz, jesteś nieogarnięty i wszystkich denerwujesz".
– W drugim przypadku, nawet jeśli menedżer ma rację co do problemu, narusza godność pracownika. Jeśli taka komunikacja się powtarza, możemy mówić o mobbingu – dodaje.
W podobnym tonie wypowiada się Dariusz Dobrzyniecki. 
Jak zaznacza, samo zwracanie uwagi pracownikowi jest naturalną częścią pracy menedżera.
– Przełożony powinien organizować pracę, wyznaczać cele, motywować ludzi, ale też korygować niewłaściwe działania. To element pracy każdego lidera.
Problem zaczyna się wtedy, gdy emocje zaczynają brać górę nad profesjonalizmem.
– Jeśli taka reakcja zdarzy się raz, bo ktoś nie zapanował nad sobą, można zrzucić to na karb tego, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ale jeśli powtarza się regularnie, mamy już do czynienia z zachowaniem przemocowym – mówi trener biznesu.
Świadomość, jak łatwo dziś przekroczyć tę granicę – lub zostać o jej przekroczenie posądzonym – paraliżuje wielu zarządzających. Rosnąca liczba oskarżeń sprawia, że część liderów zaczyna unikać stanowisk kierowniczych.
Problem często pojawia się w zespołach, które wcześniej miały bardzo przyjacielskiego szefa, podchodzącego do zarządzania dość luźno.
– Gdy przychodzi nowy menedżer i prosi o uporządkowanie procesów, raportowanie czy analizę czasu pracy, w zespole pojawia się opór. Pracownicy zaczynają mówić o nękaniu – tłumaczy.
Jeśli potem cały zespół zgłasza się do HR-u z takimi zarzutami, dział kadr może stanąć przed trudną decyzją.
– Łatwo ulec pokusie uznania, że skoro większość narzeka, to lider jest problemem. 
Dlatego – jej zdaniem – kluczowa jest edukacja zarówno pracowników, jak i menedżerów.
Pracodawcy powinni jasno tłumaczyć: czym jest mobbing, a czym nie jest, czego oczekuje się od pracowników i jakie standardy pracy obowiązują w organizacji. Jednocześnie liderzy muszą uczyć się przekazywania trudnych informacji w sposób profesjonalny i nienaruszający godności pracownika.
– Nikt nie lubi słyszeć trudnych rzeczy o swojej pracy. Ale to nie znaczy, że każda krytyczna uwaga jest przemocą – zaznacza Matyjewicz.
Znam sytuację, kiedy pracownik sam poprosił o feedback, ale ten nie był zbyt pozytywny. Oburzony merytorycznymi, ale mało entuzjastycznymi uwagami, jeszcze tego samego dnia zamanifestował swoją urazę w sieci. Wrzucił na LinkedIna post z zieloną ramką #OpenToWork, dając całemu światu (i swojemu szefowi) do zrozumienia, że czuje się niedoceniony i szuka kogoś, kto pozna się na jego talencie. Takie "trzaśnięcie drzwiami", tyle że w cyfrowym wydaniu.
Ekspertka zwraca też uwagę, że dziś zarzut mobbingu bywa używany jako narzędzie w konflikcie z pracodawcą.
– Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy pracownik czuje się zagrożony konsekwencjami słabych wyników. Wtedy pojawia się myśl: "nie mam nic do stracenia, zaatakuję pierwszy" – mówi.
Tymczasem – jak podkreśla – fałszywe oskarżenie również może być formą przemocy.
– Do człowieka bardzo szybko przylepia się łatka "mobbera". Nawet jeśli HR uzna zarzuty za bezpodstawne, w zespole często pozostaje cień podejrzenia. A to może zniszczyć czyjąś karierę – ostrzega.
"Są ludzie, którzy każdą krytykę przyjmują jako atak na siebie"
W swojej praktyce Matyjewicz spotykała się z bardzo różnymi zgłoszeniami.
– Jeden z pracowników zadzwonił do mnie zapłakany, że jest mobbingowany, bo kierownik tymczasowo, po uprzednich wyjaśnieniach, przeniósł go do innego działu. Powód był prosty – w tamtym zespole była epidemia grypy i brakowało ludzi do pracy – opowiada.
Innym razem ktoś chciał zgłosić mobbing, bo współpracownik nie odpowiadał mu "dzień dobry".
– Jeśli to jednorazowa sytuacja, mówimy o braku kultury, nie o mobbingu. Dopiero, gdyby było to elementem systematycznego wykluczania, można byłoby rozważać poważniejszy problem – wyjaśnia.
Aneta Krakowińska, psycholożka, socjolożka i ekonomistka: – Psychologia popularna bardzo chętnie etykietuje różne zachowania: ktoś jest "toksyczny", ktoś "narcyzem", ktoś "gaslightuje". Problem w tym, że takie szybkie nazwanie zjawiska zamyka dyskusję, zamiast ją otwierać – mówi Krakowińska.
Jej zdaniem relacje międzyludzkie są znacznie bardziej złożone. – W wielu sytuacjach potrzebujemy nie etykiety, ale refleksji nad procesami i emocjami, które stoją za danym zachowaniem – uzupełnia.
Szef Y, w pewnym wojewódzkim mieście szybko zyskał łatkę mobbera. Przekazał swoim pracownikom, że firma wprowadza nowe narzędzia. Wszak trzeba iść z duchem czasu.  Załatwił profesjonalne szkolenie, wyznaczył bardzo bezpieczny margines czasu na naukę nowych funkcji. Wszyscy chętnie doskonalili nowe umiejętności. 
Ale jedna z pracownic uznała to za ....nękanie i formę represji. Stwierdziła, że chce pracować tak jak dawniej, a nowe rzeczy, których ma się nauczyć ją stresują. Poszła na długie zwolnienie lekarskie, z którego nigdy już nie wróciła. 
Mimo że nie złożyła oficjalnego zawiadomienia, to wszem i wobec rozpowiadała, że "szef specjalnie wdrożył nowe programy, żeby się jej pozbyć". Opowiadała, że doświadczyła mobbingu. 
Dariusz Dobrzyniecki: – Są ludzie, którzy każdą krytykę przyjmują jako atak na siebie. Nie są przyzwyczajeni do tego, że ktokolwiek zwraca im uwagę. Oponują już na etapie wyznaczania celów, które w ich ocenie są zbyt ambitne.
Jego zdaniem konflikty w pracy bardzo często wynikają z braku odporności psychicznej albo niewłaściwego zarządzania emocjami – zarówno po stronie pracowników, jak i przełożonych.
Zdaniem Anety Krakowińskiej, wyzwaniem współczesności jest znalezienie równowagi. – Zdrowa troska o siebie nie polega na unikaniu każdej trudnej sytuacji. Chodzi raczej o umiejętność rozpoznawania granic i reagowania wtedy, gdy rzeczywiście są przekraczane – podkreśla. 
Jak dodaje, jeśli każde trudne doświadczenie będziemy nazywać przemocą, przestaniemy odróżniać realne zagrożenia od zwykłych napięć, które są naturalną częścią relacji międzyludzkich.
Czym tak naprawdę jest mobbing?
Zdaniem Kasi Matyjewicz wiele osób nie rozumie natury tego zjawiska. – Mobbing to uporczywe nękanie, taka zaplanowana strategia, której celem jest zniszczenie drugiego człowieka. Jeśli szef prosi o raport na czas albo zwraca uwagę na błędy w pracy – robiąc to z szacunkiem – to po prostu wykonuje swoje obowiązki – podkreśla.
Warto też pamiętać, że przełożony sam podlega rozliczeniu.
– Pracownicy często patrzą tylko ze swojej perspektywy. Tymczasem menedżer też ma szefa, który rozlicza go z wyników całego zespołu – dodaje.
Realizacja celów nie musi jednak oznaczać pracy ponad siły.
– Warto spojrzeć, jak pracują top menedżerowie. Dobry lider nie traktuje nadgodzin jako powodu do dumy. Jeśli widzi pracownika, który regularnie zostaje po godzinach, nie cieszy się z tego. Podchodzi i pyta: "Widzę, że często zostajesz dłużej. Z czego to wynika? Czy mogę ci w czymś pomóc? Czy zadania nie są zbyt duże?" – tłumaczy Dariusz Dobrzyniecki.
Jak podkreśla, fundamentem dobrego przywództwa jest empatia.
– Jeśli rekrutujemy kogoś na stanowisko menedżerskie, warto szukać osób z empatią. Empatia w dużej mierze wynika z tego, czy ktoś chce troszczyć się o innych. Jeśli ktoś jest jej pozbawiony, bardzo trudno będzie mu być dobrym liderem – podsumowuje.
Zdaniem Kasi Matyjewicz, obecna rzeczywistość pracy znajduje się w pewnym momencie przejściowym.
– Przez lata funkcjonowaliśmy w świecie, w którym przełożeni mogli pozwolić sobie na bardzo wiele. Dziś w kontrze wahadło wychyliło się w drugą stronę – w stronę nadmiernej ostrożności i lęku przed każdą trudną rozmową – zauważa.
I dodaje, że rozwiązaniem nie jest ani powrót do dawnych praktyk, ani całkowita rezygnacja z wymagań wobec pracowników.
– Potrzebujemy przede wszystkim wiedzy, jasnych zasad i dojrzałej komunikacji w miejscu pracy – podsumowuje.
Dalsza część tekstu poniżej
Czy nazywanie każdego trudnego doświadczenia krzywdą nie odbiera powagi prawdziwym ofiarom przemocy i mobbingu? Z tym pytaniem wracam do psycholożki, socjolożki i ekonomistki Anety Krakowińskiej. 
Mówi mi, że problem rzeczywiście istnieje – ale jest efektem głębokiej zmiany społecznej.
– Współczesny język self-care kojarzy mi się z tym, co nazywam "kulturą słonia na sznurku" – mówi ekspertka. I odwołuje się do znanej metafory.
– W przypowieści małego słonia przywiązuje się do palika mocnym sznurem. Zwierzę próbuje się uwolnić, ale nie ma wystarczającej siły. Kiedy dorasta i staje się potężne, nadal stoi w tym samym miejscu – nie dlatego, że nie może zerwać sznura, ale dlatego, że w jego głowie wciąż działa stary schemat: "nie dam rady" – tłumaczy Krakowińska.
Jej zdaniem podobny mechanizm można zauważyć dziś w relacjach społecznych i zawodowych. – Przez lata funkcjonowaliśmy w kulturze milczenia. Uczono nas, żeby nie dramatyzować, żeby dostosować się do systemu i jakoś wytrzymać – nawet kosztem własnego dobrostanu. Napięcie rosło tak długo, aż w końcu – podobnie jak u tego słonia – sznurek się urwał.
Problem polega jednak na tym, że po latach milczenia pojawiła się reakcja skrajna.
– Wchodzimy od razu w tryb ucieczki i zaczynamy używać bardzo mocnego, alarmowego języka. Nazywamy zjawiska toksycznością, mobbingiem czy manipulacją nie uwzględniając przy tym kontekstu, dynamiki relacji i struktury organizacyjnej. Brakuje nam pojęć pośrednich – zauważa psycholog.
Zdaniem ekspertki wynika to zarówno z napięć systemowych, jak i z kondycji psychicznej współczesnego człowieka. – Funkcjonujemy w rzeczywistości pełnej presji i niepewności, co wpływa na sposób interpretowania doświadczeń.
Jak tłumaczy Krakowińska, ogromną rolę odgrywają zmiany cywilizacyjne. – Rozwój nowych technologii, sztucznej inteligencji i niepewność na rynku pracy sprawiają, że ludzie czują się zagrożeni. To z kolei przekłada się na większą wrażliwość na komunikaty z otoczenia – mówi.
W takiej sytuacji nawet neutralna uwaga bywa odbierana jako atak. – Ludzie czują się osaczeni, więc reagują w sposób zero-jedynkowy i bardzo personalny.
Za wrażliwi na feedback
Ekspertka zwraca uwagę, że współczesna kultura dbania o dobrostan może nieść także nieoczywiste konsekwencje.
– Self-care słusznie kładzie nacisk na dobrostan jednostki i daje nam konkretne narzędzia. Jednocześnie niesie pewną pułapkę: przerzuca całą odpowiedzialność za odporność psychiczną na pracownika. To on ma się adaptować do zmian, podczas gdy sama organizacja często pozostaje nienaruszona – mówi.
Jej zdaniem potrzebujemy spojrzenia na człowieka jako część większego systemu relacji.
– Musimy zacząć zagospodarowywać przestrzeń między milczeniem a "językiem alarmu". Chodzi o bieżące rozwiązywanie napięć, zanim urosną do rangi poważnego kryzysu – precyzuje. Paradoksalnie – jak zauważa psycholog – współczesna kultura harmonii sprawia, że coraz bardziej unikamy konfrontacji.
To jednak może prowadzić do odwrotnego skutku. – Nierozwiązane spory merytoryczne z czasem eskalują i zmieniają się w konflikty personalne, którym towarzyszy już bardzo silny język emocjonalny.
Sytuację dodatkowo komplikuje praca zdalna.
Brak bezpośredniego kontaktu sprawia, że częściej nadinterpretujemy treść maili czy krótkich wiadomości, budując całe scenariusze oparte wyłącznie na własnej interpretacji jednego zdania z komunikatora – mówi psycholożka. 
To z kolei potęguje lęk i poczucie zagrożenia.
– W takiej sytuacji bardzo łatwo jest uruchomić język alarmowy i przypisać drugiej osobie złe intencje – zauważa. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pracownicy coraz częściej mylą zwykłe uwagi szefa z przemocą. – Szczęście w pracy to dobry kierunek, ale wpadliśmy w pewną pułapkę – ostrzega ekspertka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644983,10-tys-zl-za-udowodnienie-zdrady-detektyw-klienci-nawet-biora-na-to-kredyt</guid><link>https://natemat.pl/644983,10-tys-zl-za-udowodnienie-zdrady-detektyw-klienci-nawet-biora-na-to-kredyt</link><pubDate>Sun, 15 Mar 2026 07:06:02 +0100</pubDate><title>10 tys. zł za udowodnienie zdrady. Detektyw: Klienci nawet biorą na to kredyt</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Jeździliśmy za nią dwa tygodnie. A ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Wydał pan już mnóstwo pieniędzy, a ja widzę, że pana żona jest czysta". On jednak szedł w zaparte: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, po czym to wnosi, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u”. Ręce mi opadły – opowiada Maciej Hajnus, detektyw.

Aleksandra Tchórzewska: Ma pan broń?
Maciej Hajnus, detektyw: Prawdziwej nie – tylko taką na śruty. I to nie dlatego, że nie mógłbym jej mieć, bo mógłbym. Po prostu nie chcę. 
Wie pani, dzisiaj nawet po oddaniu strzału w powietrze trzeba pisać sprawozdanie: do czego broń została użyta i w jakich okolicznościach. To wszystko za bardzo komplikuje sprawę.
Noszę przy sobie gaz pieprzowy. 
Bywa niebezpiecznie? Ktoś kiedyś próbował pana zaatakować?
Miałem kiedyś taką sytuację podczas imprezy firmowej. Obserwowałem jednego z mężczyzn – robiłem mu zdjęcia i nagrywałem krótkie ujęcia, kiedy tańczył na parkiecie. Gdy wychodziłem z lokalu, nagle ruszyło za mną pięciu osiłków.
Dogonili mnie i zapytali wprost: "Słuchaj, co ty tu o nas nagrywałeś?". Odpowiedziałem spokojnie, że nic. Wyciągnięcie legitymacji detektywa byłoby w tamtej chwili najgorszym możliwym pomysłem – mam wrażenie, że mógłbym z tego nie wyjść cało.
Byli wyraźnie podpici i zażądali, żebym pokazał im telefon. Powiedziałem wtedy: "Dobra, pokażę ci, ale jeśli nic nie znajdziesz, stawiasz flaszkę". Jeden z nich, chyba trochę bardziej trzeźwy od reszty, zgodził się na taki układ.
Otworzyłem więc w telefonie albumy z Facebooka. Był na tyle pijany, że nawet nie bardzo orientował się, co przegląda. Po chwili oddał mi telefon i stwierdził, że rzeczywiście nic tam nie ma. Odpuścili, a ja spokojnie wyszedłem z imprezy.
To tylko na filmach wszyscy noszą przy sobie broń i wszyscy do siebie strzelają.
Jakie jeszcze mity chciałby pan obalić?
Największym mitem jest przekonanie, że detektyw może zakładać podsłuchy czy ukryte kamery. Klienci bardzo często o to pytają, tymczasem ustawa o usługach detektywistycznych jasno tego zabrania.
Ludzie muszą zrozumieć, że nie mamy takich możliwości jak policja czy służby. Często słyszę: "Niech pan pójdzie do urzędu, pokaże legitymację, to panu wszystko powiedzą". Otóż nie powiedzą.
Każda informacja – PESEL, numer księgi wieczystej czy adres – to efekt żmudnej pracy, a czasem także konieczności podania się za kogoś innego, żeby w ogóle rozpocząć rozmowę. Odkąd weszło RODO, praca w terenie stała się dużo trudniejsza.
Dawniej wchodziło się do bloku, sprawdzało listę lokatorów na tablicy i od razu było wiadomo, kto gdzie mieszka. Dzisiaj takich spisów już nie ma. Często muszę śledzić człowieka aż pod same drzwi mieszkania, żeby mieć pewność, pod którym numerem faktycznie przebywa.
Czyli nuda, a nie adrenalina?
To zależy od charakteru sprawy. Jeśli zapyta mnie pani o zdrady małżeńskie, to jest to największa nuda, jaką można sobie wyobrazić. Najczęściej oznacza to osiem godzin siedzenia w samochodzie i czekania, aż coś się wydarzy. I nieważne, czy jest trzydzieści stopni upału, czy dwadzieścia stopni mrozu. 
Zupełnie inaczej wyglądają sprawy gospodarcze: sprawdzanie wiarygodności kontrahentów czy poszukiwanie osób. Tam faktycznie cały czas coś się dzieje.
A to nie jest tak, że w telefonie znajdzie się wszystko?
Ludzie naoglądali się filmów i myślą, że detektyw to może się wszędzie włamywać. Rzeczywistość jest inna: nie mamy takich uprawnień jak policja czy służby specjalne. Za założenie kamer w czyimś mieszkaniu czy włamanie na telefon traci się licencję – to po prostu przestępstwo. My tego nie robimy.
Owszem, klienci mogą kupić oprogramowanie szpiegowskie na własną rękę, jeśli mają fizyczny dostęp do telefonu partnera, i sami sprawdzać, z kim on pisze. Często przynoszą mi gotowe wydruki z WhatsAppa. 
Zdrady wychodzą w banalny sposób? Podpatrzy pan kogoś w hotelu, w samochodzie, podczas pocałunku? Jak to wygląda w praktyce?
Czasem bywa to wręcz uderzająco proste, bo ludzie sami chwalą się zdradą na Facebooku. Pamiętam sprawę kobiety, która regularnie wyjeżdżała ze swoim szefem. Oficjalnie były to delegacje. Długo nie mogłem jednak ustalić, dokąd jeździli – zawsze jakoś udawało im się wymknąć obserwacji.
Aż pewnego razu zobaczyłem jej zdjęcie na Facebooku. Siedziała nad basenem w męskiej koszuli. Dzięki temu, że często bywam w różnych hotelach, rozpoznałem charakterystyczny skos okien. Wiedziałem, że to może być tylko jedno miejsce. Pojechałem tam i oczywiście ich zastałem.
Podejrzenia klientów często się sprawdzają?
Muszę pani powiedzieć, że statystyka jest bezlitosna. Jeśli przychodzi do mnie kobieta podejrzewająca męża o zdradę, ma rację w 90 procentach przypadków. Jeśli jednak przychodzi mężczyzna, trafia rzadziej niż w połowie.
Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Śledziliśmy ją przez dwa tygodnie, a ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Proszę pana, obserwujemy ją już dwa tygodnie. Wydał pan mnóstwo pieniędzy, a z mojego doświadczenia wynika, że pańska żona jest czysta". On jednak upierał się przy swoim: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, na czym opiera swoje podejrzenia, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u".
Ręce mi opadły.
I co było dalej?
Klient był bardzo zawzięty i chciał, żebyśmy dalej jeździli za jego żoną. Ale ja nie chcę, żeby ktoś później przeżył szok, gdy wystawię mu rachunek na kwotę, której nie będzie w stanie udźwignąć. Powiedziałem mu więc: "Proszę pana, niech mi pan zaufa. Obserwowałem w życiu tysiące osób. Pana żona nie ma żadnych znamion kobiety, która zdradza. Nigdy nie spotkała się z nikim podejrzanym, nawet na kawę". W końcu odpuścił.
Niektórzy mężczyźni przychodzą do mnie, bo coś uroiło im się w głowie. Jeden z klientów wysłał mnie kiedyś za swoją żoną do sanatorium. Wykupił mi wszystko: pobyt, zabiegi, pełen pakiet.
Haczyk polegał na tym, że żona miała 83 lata, a on i tak był przekonany, że go tam zdradza. Chodziłem więc za tą panią, a ona – jak to w tym wieku – spacerowała, chodziła na zabiegi i właściwie nic więcej się nie działo.
Przynajmniej pan sobie wypoczął w sanatorium. 
Tak, zafundowałem sobie zabiegi na plecy, bo przy tej siedzącej pracy to prawdziwe zbawienie. 
Czy zdarzają się historie par, które kończą się inaczej niż rozwodem? Na przykład pan dostarcza dowody zdrady, ale klient jednak decyduje się na wybaczenie i nowy start?
Oczywiście. Około 20 proc. moich spraw kończy się w ten sposób – ludzie po prostu się dogadują. Wiem to stąd, że gdy dochodzi do rozwodu, zazwyczaj jestem wzywany do sądu jako świadek, bo mój raport trafia do akt sprawy. Jeśli sąd mnie nie wzywa, to dla mnie jasny sygnał, że strony doszły do porozumienia.
A jak sądy podchodzą do pracy detektywów? Traktują was poważnie?
Bardzo poważnie. Miałem sytuację, w której pełnomocnik strony przeciwnej, chcąc mnie zdyskredytować, zapytał, czy posiadam legitymację detektywa i wpis do ewidencji działalności. Potwierdziłem. Kiedy mecenas poprosiła o okazanie dokumentów, sędzia uciął krótko: "Pani mecenas, nie czas na to. Pan zeznaje pod przysięgą i złożył sprawozdanie, więc mu wierzę. Jeśli pani nie wierzy, sprawdzi sobie pani dokumenty po rozprawie".
Co ciekawe, sądy często bardziej polegają na moich bezpośrednich zeznaniach niż na samych zdjęciach czy filmach. Materiały wizualne traktuję raczej jako zabezpieczenie – na wypadek, gdyby strona przeciwna twierdziła, że jej tam nie było albo że sytuacja wyglądała inaczej. Wykonuję swoją pracę solidnie i rzetelnie, więc w moich zeznaniach nie ma miejsca na przekłamania.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarzyło się panu odmówić przyjęcia zlecenia, bo uznał pan, że klient kłamie, jest nieetyczny albo po prostu chce się na kimś zemścić?
Raz musiałem odmówić zlecenia, bo klient okazał się moim znajomym – w takiej sytuacji nie da się zachować niezbędnego obiektywizmu. Jeśli chodzi o złe intencje czy kłamstwa, rzadko udaje się je wyczuć już na pierwszym spotkaniu. Prawda zazwyczaj wychodzi w trakcie zlecenia.
W takich przypadkach moja praca jest krótka: napisałem raport stwierdzający, że mąż nie dopuścił się zdrady, i podziękowałem za współpracę. 
Zdarza się, że klienci są niecierpliwi? Że chcą znać prawdę już następnego dnia i zaczynają na pana naciskać?
Tacy klienci trafiają się regularnie. Zazwyczaj staram się ich wyciszyć i wytłumaczyć, że nie da się zrobić wszystkiego "na już". Jeśli zależy pani na dyskrecji i rzetelności, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Pamiętam sytuację z adwokatem jednego z moich klientów. Kiedy udowodniłem, że mąż klientki jest wierny, prawnik miał pretensje. Twierdził, że skoro od razu zauważyłem brak zdrady, mogłem to napisać natychmiast, a nie ciągnąć sprawę. Pomyślałem wtedy: "Niezły z pana fachowiec".
Przecież, żeby z całą pewnością stwierdzić, że ktoś nie zdradza, muszę wykonać olbrzymią pracę. Nie podpiszę się pod raportem, jeśli nie mam stuprocentowej pewności. Niektórzy prawnicy zupełnie nie rozumieją tej dynamiki.
A od ilu lat jest pan w zawodzie? To było marzenie z dzieciństwa, czy czysty przypadek?
Kompletnie nie wiedziałem, że zostanę detektywem. Po studiach na SGH w Warszawie pracowałem jak każdy – w pewnym momencie byłem nawet dyrektorem handlowym. Później otworzyłem firmę windykacyjną, bo na rynku brakowało takich usług, a ja czułem temat.
Z czasem okazało się, że skuteczna windykacja wymaga rzetelnego wywiadu gospodarczego. Aby zdobyć informacje, które nie opierają się tylko na ogólnodostępnych rejestrach typu KRS, trzeba mieć odpowiednie uprawnienia. Zrobiłem je w 2014 roku, choć samym wywiadem zajmuję się od blisko dwudziestu lat.
Wtedy też zaczęła się współpraca z emerytowanymi policjantami i – obok obsługi firm – pojawiły się zlecenia od osób prywatnych. Właśnie te zdrady i sprawy rodzinne.
Zdarzyło się panu kiedyś prześwietlać nianię na zlecenie podejrzliwych rodziców?
Nigdy. Natomiast są rodzice, którzy chcą ode mnie wypożyczyć sprzęt do monitoringu domu. Wtedy odmawiam.
A co z rodzicami, którzy chcą sprawdzić własne, dorastające dzieci?
Tacy klienci zdarzają się bardzo często. Zazwyczaj zgłaszają się do mnie rodzice, którzy – mówiąc wprost – przez lata nie mieli dla swoich dzieci czasu. 
Finały bywają skrajne. Czasami okazuje się, że dziecko po prostu zapisało się na treningi, o których zapomniało powiedzieć rodzicom, i wszystko jest w porządku. Ale bywa i tak, że faktycznie znajdujemy je w parkach, gdzie piją, ćpają i wpadają w bardzo złe towarzystwo.
Zdarza się panu wchodzić ze śledzonymi w interakcję? Zagaduje pan, udaje przypadkowego przechodnia, czy raczej unika jakiegokolwiek kontaktu?
To zależy od zlecenia. Jeśli sytuacja tego wymaga, przyjmuję inną tożsamość i po prostu rozmawiam. Przy sprawach o zdradę zazwyczaj nie ma takiej potrzeby – tam najlepiej sprawdza się całkowita niewidoczność.
Kontakt staje się niezbędny, gdy musimy wykazać przed sądem czyjeś realne zarobki. Często zdarza się, że mąż oficjalnie udaje biednego, twierdząc, że nic nie zarabia, podczas gdy w rzeczywistości pracuje na czarno. Wtedy muszę do niego podejść, udając klienta, który chce go wynająć do konkretnej pracy. Pytam o stawki, terminy, ustalam szczegóły.
Taka osoba jest później bardzo zaskoczona, gdy widzi mnie na sali rozpraw w roli świadka. 
Zdjęcia i nagrania przekazuje pan klientowi bezpośrednio, czy trafiają one dopiero do sądu?
Zgodnie z ustawą o usługach detektywistycznych, wszystko, co zbiorę, jest własnością klienta. Przekazuję mu komplet materiałów, które on zazwyczaj oddaje swojemu adwokatowi. 
Moim obowiązkiem jest natomiast niezwłoczne wykasowanie wszystkich tych plików z moich baz. Nie mam prawa ich przechowywać. W momencie przekazania teczki klientowi, dla mnie ta sprawa definitywnie się kończy.
Moment przekazania zdjęć czy nagrań bywa trudny? Musi pan dźwigać rozpacz kobiety, która po dwudziestu latach dowiaduje się, że mąż ma inną?
Płacz w moim biurze to częsty widok. Zazwyczaj scenariusz jest ten sam: klientka przychodzi pełna złości, wyzywa męża od drani, jest pewna, że on sypia z jakąś "Zośką". Ale kiedy kładę na stół dowody i okazuje się, że ta "Zośka" to bolesna prawda, pewność siebie znika, a zaczynają się łzy. Kobiety niby wiedzą, czego się spodziewać, ale konfrontacja z faktami zawsze boli.
Z drugiej strony bywają momenty, których się nie zapomina – jak uśmiech mężczyzny, który dowiaduje się, że jego podejrzenia były bezpodstawne i wychodzi z biura po prostu szczęśliwy. To są dwie skrajności tej pracy.
Dalsza część wywiadu poniżej
Ma pan swój ranking sygnałów, które niemal zawsze świadczą o zdradzie?
Podstawą jest telefon. Jeśli ktoś nagle zaczyna z nim uciekać, trzyma go cały czas w kieszeni, nie wypuszcza z ręki nawet idąc do toalety, albo wychodzi z domu, żeby swobodnie pogadać – to jest pierwszy alarm. 
Drugi to nagła metamorfoza: karnet na siłownię, dieta pudełkowa, wybielanie zębów. Jeśli facet, który przez lata o siebie nie dbał, nagle robi się na bóstwo, to niemal zawsze stoi za tym ktoś trzeci. 
Kim są ludzie, którzy pana wynajmują? To osoby majętne czy raczej zdesperowane, które muszą zapożyczyć się na detektywa?
Z klientami bywa różnie. Paradoksalnie, ci bardzo majętni, dla których kwota rzędu dziesięciu tysięcy nie jest wielkim problemem, potrafią być najtrudniejsi przy rozliczeniu. Umawiamy się na konkretną stawkę, wykonuję robotę, oni są zadowoleni z efektów, ale na samym końcu... zaczynają negocjować. Muszą jeszcze coś "urwać". Zawsze im powtarzam: negocjuje się na początku, nie po zrobieniu sprawy.
Z kolei ci mniej zamożni często biorą na detektywa kredyt. Oni nigdy nie dyskutują o cenie. Przychodzą, płacą tyle, na ile się umówiliśmy, i po prostu czekają na rzetelne informacje. Często kalkulują to sobie jako inwestycję – wiedzą, że jeśli dowód będzie solidny, te pieniądze zwrócą im się później w sądzie podczas podziału majątku czy walki o alimenty.
Od kiedy w Polsce mówi się o boomie na usługi detektywistyczne?
Zmiany zaczęły się, gdy zawód został uwolniony i zasady jego wykonywania przestały być tak restrykcyjne. Kiedyś zdobycie licencji wymagało trudnego egzaminu w komendzie wojewódzkiej, a dziś system rejestracji i ewidencjonowania jest prostszy, co sprawiło, że na rynku pojawiło się więcej usług detektywistycznych. 
Przychodzą do mnie ludzie, którzy mają licencję, ale zerowe pojęcie o robocie. Pamiętam człowieka ze średnim wykształceniem, który całe życie był listonoszem i nagle chciał być detektywem. Bez znajomości kodeksu, bez wyczucia, co można, a czego nie wolno klientowi doradzić, w tej pracy giniesz. Trzeba czuć prawo, żeby nie wpakować siebie i klienta w kłopoty.
Właśnie – gdzie kończy się profesjonalizm, a zaczyna stalking? Jakie granice są dla pana nieprzekraczalne?
Stalking w moim zawodzie nie istnieje. Pracuję na bazie licencji, która daje mi prawo do obserwacji i fotografowania. Granicą profesjonalizmu jest bycie niewidzialnym. Żeby ktoś mógł mnie posądzić o stalking, musiałby najpierw zorientować się, że jest śledzony.
Jeśli tylko poczuję, że osoba obserwowana zaczyna coś podejrzewać, natychmiast wycofujemy się na chwilę z akcji. W takich momentach robimy pauzę, zmieniamy samochód.
Czekamy kilka dni, a potem wracamy do gry w nowym składzie. I doprowadzamy sprawę do końca.
A jaki jest najdziwniejszy gadżet, jakiego używał pan w pracy?
Kiedy zaczynałem jako młody detektyw, dałem się nabrać na "magię" sklepów szpiegowskich. Sprzedali mi kamerę guzikową – miała być rewelacyjna. W rzeczywistości to był kompletny niewypał. Nie miałem żadnej kontroli nad tym, co nagrywam. Raz nagrałem niebo, innym razem ziemię, a obserwowanej osoby wcale.
Teraz mam nowoczesne i świetne narzędzia, ale nie mogę zdradzić, o jakie chodzi.
Czy pan cały czas jest głową w pracy?
W tygodniu tak – cały czas myślę o sprawie, którą prowadzę, i o tej, którą muszę przygotować. W wolne weekendy staram się wyjeżdżać z rodziną i wtedy faktycznie odpoczywam. Ale to nie jest praca "od-do". Nie polega na tym, że chowam notes i wracam do domu. Czasem wpadam tylko na chwilę, a wieczorem albo w nocy znów muszę gdzieś jechać.
Ciekawi mnie, jak ludzie reagują na pana zawód. Jako dziennikarka często spotykam się z dystansem – ludzie boją się, że "zbieram materiał" nawet w prywatnej rozmowie. Pan też jest postrzegany jako ktoś, kto cały czas "skanuje" i wietrzy podstęp?
Zdarzają się takie sytuacje. Pamiętam sprawę dłużnika mojego klienta, który przyjechał do firmy na rozmowy. Klient chciał, żebym był przy tym obecny, ale tamten człowiek kategorycznie zażądał, żebym wyszedł. Wziął mojego klienta na bok i powiedział, że przy mnie nie będzie rozmawiał, bo na pewno go nagrywam i nie wiadomo, co z tym potem zrobię.
A dzieci? Tata-detektyw, to chyba musi być ekscytujące?
Starszy syn jest już lekarzem. Kiedy studiował, często brałem go ze sobą do pracy na wakacje, żeby dorobił i zobaczył, jak wygląda prawdziwa praca śledcza. Powiedział później, że lekarz też musi być dobrym detektywem – najważniejsze jest zebranie rzetelnego wywiadu od pacjenta.
Młodszego syna, który studiuje w Krakowie, też nieraz biorę do pomocy. Córka ma dwanaście lat. Jej koleżanki i nauczycielki są zafascynowane moim zawodem, ale ona sama nie garnie się do tego. Pamiętam, jak miała sześć lat i podczas poranków w kinie Helios strażak zapytał ją przed wszystkimi dziećmi, kim chce zostać, gdy dorośnie. Odpowiedziała: "Wiadomo, jak mój brat – lekarzem". Strażacy nie byli zadowoleni, że nie chce iść w ich ślady.
Po tylu latach patrzenia na ludzi w ich najgorszych momentach – kiedy kłamią, zdradzają albo szukają haków na najbliższych – potrafi pan jeszcze po prostu im ufać? Tak zwyczajnie?
Potrafię. Może też dlatego, że trafiłem w życiu na taką kobietę, jaką jest moja żona. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ile kosztuje wykrycie zdrady partnera?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644266,rosnie-pokolenie-bez-pauzy-logopeda-mowimy-coraz-gorzej-winne-wideo</guid><link>https://natemat.pl/644266,rosnie-pokolenie-bez-pauzy-logopeda-mowimy-coraz-gorzej-winne-wideo</link><pubDate>Fri, 13 Mar 2026 13:02:01 +0100</pubDate><title>Rośnie pokolenie &quot;bez pauzy&quot;. Logopeda: Mówimy coraz gorzej, winne wideo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Najczęstszym błędem, który obecnie obserwuję, jest zbyt szybkie tempo mówienia. Mówimy w takim pośpiechu, jakbyśmy chcieli wyrzucić z siebie wszystkie myśli naraz. Przez to skracamy sylaby, zjadamy końcówki i gubimy wyrazy, co sprawia, że przekaz staje się nieczytelny i trudny do zrozumienia dla słuchacza – mówi Kamil Kijonka, logopeda dla dorosłych w rozmowie z naTemat.

Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym zacząć od pytania o pana opinię na temat kondycji współczesnej mowy. Czy faktycznie mówimy dziś gorzej, czy to tylko mylne wrażenie?
Kamil Kijonka, logopeda dla dorosłych: Myślę, że pod względem jakości – tego, jak mowa brzmi, czy jest wyrazista, jakie ma tempo, intonację i akcenty – faktycznie mówimy inaczej, a nawet gorzej. Widzę to po moich dorosłych klientach. Coraz częściej pojawiają się problemy z niewyraźną mową; ludzie mówią coraz szybciej i w sposób bardzo napięciowy.
To napięcie kumuluje się w obrębie twarzy, żuchwy i całego aparatu artykulacyjnego. W efekcie wargi przestają się ruszać, a my mówimy przez zaciśnięte zęby, z minimalnym ruchem. Kiedy aparat nie pracuje w pełnym zakresie, artykulacja automatycznie staje się mniej czytelna.
Wpływa na to również wszechobecny, wieczny pośpiech, którym jesteśmy atakowani z każdej strony. W rezultacie zaczynamy zjadać końcówki, skracać słowa i spłaszczać intonację, co utrudnia odbiór mowy. Zmienia się też status samego języka: budujemy coraz krótsze zdania, używamy mniej przymiotników i epitetów. Ma być szybko, konkretnie i w jak najprostszy sposób.
Wspomniał pan o napięciach w obrębie żuchwy. Podobno jesteśmy bardzo zestresowanym narodem.
Tak, stres ma na to ogromny wpływ, ponieważ automatycznie powoduje napięcie mięśni. Sprawia on również, że zaczynamy oddychać płytko – pojawia się wtedy tzw. oddech szczytowy.
To z kolei powoduje, że nasz głos staje się zaciśnięty i jakby schowany. Może to prowadzić do szybkiego męczenia się podczas mówienia, przez co paradoksalnie zaczynamy jeszcze bardziej przyspieszać. Stres jest podstawowym czynnikiem wpływającym na wymowę, ponieważ często objawia się także zaciskaniem zębów, a to bezpośrednio odbiera mowie jej wyrazistość.
Wielu z nas rozmawia przez komunikatory. Przestajemy ćwiczyć aparat mowy tak, jak robiliśmy to dawniej?
W pewnym sensie tak. Przez to, że coraz więcej piszemy, mowa jest po prostu rzadziej używana. Zauważam, że budujemy coraz krótsze zdania – nawet popularne wśród młodych ludzi wiadomości głosowe muszą być szybkie i konkretne, pozbawione rozbudowanych opowieści. Przenosimy naszą komunikację do świata pisanego.
To przekłada się na fakt, że bezpośrednia rozmowa, podczas której widzimy rozmówcę, zaczyna ludzi stresować. Budzi niepokój i brak pewności siebie. To jeden z głównych powodów, dla których klienci trafiają do mnie na konsultacje – przestają czuć się dobrze z tym, jak mówią, co wynika po prostu z braku codziennej praktyki.
Czy tę zmianę nawyków komunikacyjnych powinniśmy oceniać negatywnie?
Staram się nie oceniać, czy te zmiany są dobre, czy złe. To po prostu nowa rzeczywistość. Jednak jako osoba pracująca z komunikacją werbalną na co dzień, uważam ją za jedną z kluczowych umiejętności, która realnie wpływa na nasze funkcjonowanie w społeczeństwie.
Obserwuję obecnie pewien powrót do rozmów twarzą w twarz. Wiele osób czuje już zmęczenie światem online, ciągłym nagrywaniem, pisaniem maili i szybkich wiadomości. Wracają spotkania na żywo, a wraz z nimi rośnie zainteresowanie zajęciami z dykcji i wymowy. Moi klienci często nie przychodzą z konkretną wadą wymowy, lecz chcą po prostu nauczyć się mówić wolniej i pewniej. Zauważają bowiem, że to, jak mówimy, jest naszą wizytówką.
W jakim stopniu sposób, w jaki mówimy, wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani przez innych?
Myślę, że w bardzo dużym. To może być nieco przykre, a nawet niepokojące, ale jesteśmy oceniani już po pierwszym zdaniu. Rozmówca – często podświadomie – wyrabia sobie opinię na nasz temat. Odczytuje, czy jesteśmy pewni siebie i brzmimy profesjonalnie, czy raczej chaotycznie. W tym drugim przypadku możemy zostać odebrani jako osoby mniej kompetentne. Mowa jest więc pewnym sposobem przedstawienia siebie.
Czy pokolenie wychowane na TikToku i krótkich formach wideo będzie w przyszłości pana głównym pacjentem? Czy ich szybki sposób mówienia stanie się normą wymagającą korekty?
Myślę, że tak może się stać. Młodzi odbiorcy przyzwyczajają się do bardzo szybkiego, dynamicznie zmontowanego przekazu. Mało kto zdaje sobie sprawę, że nagrania na TikToku czy reelsach są często lekko przyspieszane, na przykład do poziomu 1.1. W efekcie mowa od razu staje się szybsza, a młodzi ludzie zaczynają ten wzorzec naśladować.
Myślę jednak, że z czasem ci młodzi ludzie trafią do gabinetów – ich świadomość wzrośnie, gdy zrozumieją, że to, jak mówią, realnie wpływa na ich status.
Maseczki ochronne, które nosiliśmy w czasie pandemii, mogły zaszkodzić naszej dykcji? Czy to zbyt daleko idący wniosek?
To bardzo ciekawe pytanie. W okresie pandemii maseczki fizycznie zasłaniały dolną część twarzy, która jest kluczowa dla artykulacji. Często wymuszały też oddychanie przez usta, co zmieniało napięcie mięśniowe – język leżał nisko, a żuchwa była obniżona.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy maseczki trwale zmieniły fizjologię pracy języka, czy krtani. Z pewnością jednak pokazały, jak dużą rolę w komunikacji odgrywa odczytywanie ruchu warg i mimiki. Nagła utrata tych wskazówek uświadomiła wielu osobom, że w dużym stopniu polegamy na obserwowaniu twarzy rozmówcy.
Jak pana zdaniem będzie ewoluować nasza mowa w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat?
Jestem ciekaw, co przyniesie przyszłość. I jestem optymistą. W przestrzeni publicznej komunikacja staje się coraz bardziej bezpośrednia i spontaniczna. Dzięki mediom społecznościowym, transmisjom na żywo i podcastom, w mowie naturalnie pojawia się więcej potoczności, skrótów myślowych oraz niedbałości artykulacyjnej.
Często przypomina to mowę codzienną, która różni się od mowy "wyższej" czy oficjalnych wystąpień. Z jednej strony to dobrze, bo komunikacja staje się autentyczna i bliższa odbiorcy. Z drugiej strony w zawodach takich jak dziennikarz, nauczyciel, dyrektor czy lider zespołu, wyraźna mowa wzorcowa pozostaje kluczowym narzędziem pracy. To na niej buduje się autorytet, za jej pomocą inspiruje się innych i przekazuje wiedzę.
Mimo że wysoka jakość mowy stała się dziś mniej oczywistą kompetencją i ogólny poziom jej odbioru jest niższy, ja osobiście chciałbym, aby dążono do wyższych standardów.
Ciekawe, czy kontakt werbalny za kilkadziesiąt lat będzie dla nas jeszcze ważny. Czy w ogóle będzie nam się chciało rozmawiać? 
Uważam, że kontakt z drugim człowiekiem jest dla nas tak ważny, że zawsze będziemy do niego dążyć. Fakt, że prowadzimy dziś rozmowy ze sztuczną inteligencją, tylko potwierdza naszą potrzebę posiadania rozmówcy.
Przebywanie z drugą osobą pozwala nam obserwować jej emocje i to, jak reaguje na nasze słowa. Obecnie widzę wyraźny trend powrotu do spotkań na żywo. Szczególnie osoby dojrzalsze, zmęczone nadmiarem kontaktów online, coraz częściej rezygnują z konsultacji zdalnych na rzecz rozmów twarzą w twarz.
Przejdźmy do codziennych nawyków – jak żucie gumy wpływa na aparat mowy? I co pan sądzi o modzie na mechaniczne rozbudowywanie żuchwy za pomocą specjalnych gum?
Żucie zwykłej gumy od czasu do czasu nie jest problemem, ale długotrwałe żucie nie wspiera narządu żucia. Jeśli chodzi o specjalne gumy do "trenowania" żuchwy, zdecydowanie ich nie polecam. Fizjoterapeuci stomatologiczni, którzy są ekspertami od stawu skroniowo-żuchwowego, również odradzają te praktyki. Generują one ogromne napięcia i liczne przeciążenia, co nam po prostu nie służy.
Podobnie jest z popularnym niegdyś ćwiczeniem z korkiem od wina między zębami, stosowanym często w szkołach aktorskich. Dziś wiemy, że nie jest ono wspierające – powoduje efekt odwrotny do zamierzonego i silnie spina mięśnie. Wrażenie wyraźniejszej mowy tuż po wyjęciu korka jest złudne; wynika tylko z faktu, że nagle puściliśmy uścisk. W rzeczywistości przecież nie mówimy z czymś zaciśniętym w zębach. 
W pracy nad dykcją powinniśmy dążyć do rozluźnienia, ruszania wargami i pełnej realizacji samogłosek, a nie do napinania i stresowania całego układu.
Jakie bezpieczne ćwiczenia artykulacyjne możemy wprowadzić do codziennej rutyny, by poprawić swoją wymowę?
Mówienie to praca mięśni, dlatego aparat mowy potrzebuje rozgrzewki. Tak jak biegacz nie startuje w maratonie bez przygotowania, tak my nie powinniśmy prowadzić wystąpień bez wcześniejszego rozruszania aparatu artykulacyjnego.
Warto rozruszać wargi (dziubek, uśmiech), poklaskać językiem czy porobić różne miny. Do tego krótka praca z oddechem – i artykulacja od razu staje się wyraźniejsza. To element higieny mówienia. Najlepiej jednak dopasować zestaw ćwiczeń indywidualnie ze specjalistą.
Jakie są pana zdaniem najpoważniejsze błędy, które popełniamy w codziennej komunikacji?
Najczęstszym błędem, który obecnie obserwuję, jest zbyt szybkie tempo mówienia. Mówimy w takim pośpiechu, jakbyśmy chcieli wyrzucić z siebie wszystkie myśli naraz. Przez to skracamy sylaby, zjadamy końcówki i gubimy wyrazy, co sprawia, że przekaz staje się nieczytelny i trudny do zrozumienia dla słuchacza.
Drugim błędem jest mówienie przy minimalnym ruchu warg i żuchwy. Prawie nie otwieramy ust, mówiąc przez zaciśnięte zęby. Przy tak małym zakresie ruchu głoski stają się bardzo niewyraźne. 
Trzecią kwestią jest całkowity brak pauz. Boimy się ciszy, więc wypowiadamy całe sekwencje zdań na jednym oddechu, aż do złapania zadyszki. Tymczasem pauza służy nie tylko nabraniu powietrza, ale pozwala też rozmówcy przyswoić to, co słyszy. Gdy rezygnujemy z pauz, w ich miejsce wchodzą wypełniacze i wtrącenia typu "yyy" lub "tak jakby". Nadużywamy ich, bo wydaje nam się, że musimy mówić bez przerwy, nie dając czasu na złapanie myśli sobie ani odbiorcy.
To są narzędzia, które można wytrenować: świadome robienie pauz, otwieranie ust i spowalnianie mowy. Przede wszystkim musimy jednak przestać słuchać wszystkiego na przyspieszeniu. Powszechne słuchanie podcastów czy filmów na YouTube w tempie "razy dwa" sprawia, że nienaturalnie szybka mowa zaczyna nam się wydawać normą.
To fascynujące, jak silnie na nas wpływa to, czego słuchamy – fakt, że podświadomie przejmujemy te wzorce i sami zaczynamy je naśladować.
Dokładnie tak. Kiedy pracuję z klientami nad tempem wypowiedzi, często rzucam im wyzwanie: przez kolejne dwa tygodnie lub miesiąc mają całkowity zakaz słuchania czegokolwiek w przyspieszeniu. Wtedy nagle okazuje się, że ludzie w rzeczywistości mówią znacznie wolniej, niż im się wydawało.
Największym problemem jest błędne wrażenie, że gdy sami zaczynamy mówić w sposób naturalny, robimy to zbyt wolno. Z drugiej strony, słuchając kogoś, kto posługuje się normalnym tempem, nie potrafimy się skupić, bo brakuje nam tego nienaturalnego pędu, do którego przyzwyczailiśmy mózg. Dlatego musimy wrócić do słuchania naturalnej, dobrej mowy – to na niej musimy się wzorować.
Na koniec – jaką jedną, uniwersalną radę dałby pan rodzinom, które chcą dbać o jakość wspólnej komunikacji?
Polecam ją od lat: głośne czytanie. Ta bardzo prosta czynność ma ogromną wartość dla rozwoju języka zarówno u dzieci, jak i u dorosłych. Czytając na głos, w sposób naturalny ćwiczymy artykulację, tempo, intonację i oddech. Musimy wyraźnie wypowiadać słowa i dbać o strukturę zdań, by zachować sens wypowiedzi – to właściwie trening mowy w czystej formie.
Dla dzieci jest to szczególnie ważne, ponieważ słuchając tekstu, uczą się melodii języka, wzbogacają słownictwo i przyswajają prawidłowe wzorce. Mogą obserwować, jak dorosły akcentuje słowa i gdzie robi pauzy. Warto podkreślić, że nawet najlepszy audiobook czy bajka na ekranie nie zastąpią kontaktu twarzą w twarz. Nasz mózg zupełnie inaczej odczytuje informacje, gdy możemy z bliska obserwować ruchy twarzy i mimikę.
Z kolei dla dorosłych, żyjących w świecie krótkich wiadomości i skrótów, chwila spokojnego czytania na głos jest doskonałym ćwiczeniem. Pozwala zaobserwować własne tempo, sposób artykulacji czy umiejętność robienia pauz. Czytajmy więc – po pierwsze, by wzbogacać słownictwo, a po drugie, by w pędzącym świecie dbać o to, by nasza mowa pozostała wyrazista i spokojna.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Porażający efekt rewolucji wideo w internecie. Logopeda: Mówimy coraz gorzej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/643168,pokolenie-komfortu-wszystko-nazywa-dzis-trauma-ekspert-ostrzegalem-przed-skutkami</guid><link>https://natemat.pl/643168,pokolenie-komfortu-wszystko-nazywa-dzis-trauma-ekspert-ostrzegalem-przed-skutkami</link><pubDate>Sun, 08 Mar 2026 13:11:01 +0100</pubDate><title>&quot;Pokolenie komfortu&quot; wszystko nazywa dziś traumą. Ekspert: Ostrzegałem przed skutkami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Rodzice, obawiając się, że każde ich słowo lub odmowa może mieć negatywne skutki dla całego życia dziecka, zaczynają funkcjonować w przekonaniu, że właściwie nie da się wychowywać bez wywołania traumy. W efekcie natychmiast spełniają większość jego oczekiwań, bo w tle pojawia się wyobrażona konsekwencja: "jeśli powiem nie, pozostawi to ślad na całe życie" –  mówi w rozmowie z naTemat dr n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta.

Aleksandra Tchórzewska: Zamieścił pan na swoim profilu w mediach społecznościowych mój tekst o mrocznej stronie dbania o siebie. Wywiązała się pod nim gęsta dyskusja. Jedni się zgadzali, inni ostro protestowali.
Dr hab. n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra, psychoterapeuta: To, co działo się w komentarzach, to idealny przykład coraz bardziej nasilającego się współcześnie  sposobu przetwarzania informacji. Ludzie dostrzegają jakiś fragment informacji, który im rezonuje z własnymi poglądami, ale nie zawsze rozumieją całościowy przekaz tej publikacji – czują za to przymus natychmiastowego ocenienia, skomentowania lub zaprotestowania. Przy dzisiejszym stylu reagowania, odbiorca często sugeruje się tym, co już ma w głowie, a nie tym, co zostało napisane. Nie dociera swoim rozumieniem do sedna tekstu. Pojawia się słowo-klucz, np. "self-care", i natychmiast uruchamia lawinę uprzednich skojarzeń.
Ludzie, którzy uważają, że trzeba o siebie dbać, od razu przekonują: "Jak to, przecież nie wolno się zaniedbywać!". I oczywiście mają rację, tyle że pani w rozmowie o self-care próbowała zasygnalizować i dotknąć czegoś znacznie bardziej zniuansowanego. Moim głównym wrażeniem z tamtej dyskusji była bezradność wobec faktu, że każdy mówi "swoje", ignorując sens tekstu. 
Nie mogę powiedzieć, że się nie zgadzałem z większością tych komentarzy, one były sensowne, nie polemizowałem z nimi. Tylko dotyczyły różnych innych tematów, które się osobom komentującym skojarzyły. 
Bałam się, że zostanę "zjedzona" za podważanie prawa do stawiania siebie na pierwszym miejscu. W końcu walczyły o to nasze matki i babki. A jednak to pan zareagował na ten tekst najmocniej.
Zareagowałem, bo widzę w tym głębsze zjawisko kulturowe. Ale, jak ja zrozumiałem, pisała pani o roli nadmiernie eksponowanego dbania o własny komfort jako zjawisku codziennym. Natomiast dbanie o siebie w sytuacjach kryzysowych – gdy jesteśmy wyczerpani opieką nad innymi lub gdy samolot spada i trzeba najpierw założyć maskę tlenową sobie, potem pomoc innym – jest absolutnie niezbędne. To zdrowy rozsądek.
Problem polega na tym, że tę argumentację z sytuacji ekstremalnych przenosi się na codzienne, zwykłe życie. To droga do izolacji. Nie mówimy tu o ucieczce z przemocowej rodziny, z której trzeba wyjść, ale o sytuacjach, które nie są stanem wyczerpania ani zagrożenia życia. Tamta argumentacja służy zupełnie czemuś innemu.
Spytam wprost: można "przedawkować" samego siebie? Tak bardzo o siebie dbać, że aż staje się to obsesyjne?
Pewnie tak. Widzę tu dwa zjawiska. Pierwsze to imperatyw komfortu: "muszę czuć się zawsze dobrze, zawsze w zgodzie ze swoim dobrostanem". Z tym powiązany jest nieco starszy koncept: "wszystko inne jest naruszeniem moich granic". W tym sensie pojawia się rozumienie stanu idealnego istnienia jako życia pozbawionego stanów dyskomfortu i  wymagań ze strony innych ludzi. 
Jeśli ustawimy tak swoje wyobrażenia, że za jedyny pożądany stan zaczynamy przyjmować stałe poczucie komfortu, to każda relacja szybko staje się jakoś dyskomfortowa. 
Wracając do pani pytania o przedawkowanie samego siebie, możemy pomyśleć, że wyobrażenie, które mamy w umyśle, decyduje. Z punktu widzenia tego wyobrażenia oceniamy i podejmujemy decyzje. 
I tu pojawia się mechanizm, który ja widzę w kategoriach wpływu popularnych przekazów psychologicznych na codzienność. Język terapeutyczny ma często zastosowanie do opisu sytuacji, w których ludzie przychodzą po pomoc. Kiedy szukamy profesjonalnej pomocy w sytuacjach skrajnych – przemocy, nadużyć czy głębokich konfliktów – korzystamy z konkretnych narzędzi. 
Problem pojawia się, gdy te same szablony przenosimy na grunt codziennych relacji i nieuniknionych napięć społecznych. Zaczynamy wtedy opisywać zwykłe życie za pomocą definicji stworzonych dla sytuacji kryzysowych. 
W rezultacie, zamiast regulować relacje, zaczynamy je redukować lub zniekształcać: ograniczamy kontakt, wycofujemy się i uciekamy przed trudnymi emocjami, wszędzie dopatrując się "przekroczenia granic". Tracimy przy tym szansę na naukę akceptacji złożoności drugiego człowieka i budowanie autentycznej, trwałej więzi.
Paradoks może polegać na tym, że im bardziej ktoś próbuje zabezpieczyć swój dobrostan poprzez eliminację wszelkiego dyskomfortu, tym mocnej staje się wrażliwy na najmniejsze obciążenia psychiczne.
A jakie jest drugie zjawisko?
Drugim zjawiskiem jest to, co można by nazwać autoreferencyjnością – stałym odnoszeniem napływających informacji do własnej osoby i filtrowaniem ich przez pytanie: "Co to mówi o mnie i czy wypadam wystarczająco dobrze?". Oglądamy media społecznościowe i natychmiast pojawia się porównywanie siebie oraz własnego życia do innych. Nawet gdy zamkniemy aplikację i się wylogujemy – to porównywanie i ocenianie zostaje w nas. Wewnętrznie się nie wylogowujemy.
Uwaga przestaje być skierowana na rzeczywistość zewnętrzną taką, jaka ona jest, a zaczyna koncentrować się na sobie jako obiekcie myślenia, porównań i autoprezentacji. Zastanawiamy się, jaki post zamieścić, by przebić to, co widzieliśmy, albo chociaż podtrzymać uwagę świata.
W praktyce oznacza to, że doświadczenia innych ludzi nie są przeżywane jako informacje o świecie, lecz jako komunikaty o naszej własnej wartości. Wakacje znajomych oglądane w mediach społecznościowych nie są wtedy odbierane jako neutralna informacja, ale jako niejawne porównanie i dowód: "Ja sobie radzę gorzej", "Moje życie jest mniej udane". A to prowadzi do ocen: "Jestem do niczego", "Jestem przegrany". Widok znajomych pod palmami, w wyniku ciągu przekształceń, zamienia się w surową ocenę samego siebie.
Dalsza część tekstu poniżej
Powstaje szczególny paradoks. W pewnym sensie jesteśmy na sobie nieustannie skupieni, czyli "przedawkowujemy siebie" – ale nie dlatego, że siebie akceptujemy, lecz dlatego, że bez przerwy się obserwujemy. Nie akceptując siebie, musimy gorączkowo podciągać własną wartość w oczach innych. Zamiast uczestniczyć w życiu, monitorujemy własne funkcjonowanie w świecie globalnych porównań. Nawet po zakończonej rozmowie czy spotkaniu uwaga nie wraca do świata, tylko do autoewaluacji: "Jak wypadłem?", "Czy powiedziałem coś głupiego?", "Co oni teraz o mnie myślą?". 
To nie jest już zwykła refleksyjność, lecz utrwalony tryb funkcjonowania poznawczego, przypominający permanentny egzamin, w którym człowiek jest jednocześnie zdającym i surowym egzaminatorem.
Zjawisko to nasila się szczególnie u osób młodych oraz u kobiet, prawdopodobnie dlatego, że podlegają one silniejszej społecznej ocenie wyglądu, kompetencji i pozycji, a środowisko komunikacji internetowej dostarcza nieustannej, natychmiastowej informacji zwrotnej w postaci reakcji, komentarzy i porównań. 
W efekcie rośnie koncentracja na własnym wizerunku psychicznym i społecznym, a maleje zdolność do spontanicznego doświadczania chwili bez kontekstu porównywania się. Wyjeżdżamy w końcu pod te upragnione palmy – i myślimy głównie o tym, jakie zdjęcie zrobić i pokazać, a nie o tym, jak jest tu pięknie. Umysł pozostaje stale zajęty porównaniami i eksponowaniem siebie.
Kiedyś było inaczej? Ta potrzeba porównywania się nie była tak silna?
W czasach analogowych człowiekowi by to do głowy nie przyszło. Człowiek wracał z pracy i poza domownikami nikt nie miał do niego dostępu. Jakieś globalne porównania z osobami z Paryża nie były nawet wyobrażalne. Ekspozycja społeczna była epizodyczna, a nie ciągła – można było się pokazać odświętnie, na jakimś święcie, np. w zakładzie pracy. Raz do roku wystroić, zaprezentować i na tym sprawa się kończyła. Zdjąć odświętne ubrania w domu i zająć się czymś. Następował powrót do zwyczajnego życia, bez stałego, nieświadomego monitorowania własnego wizerunku wobec setek oczu... 
Dziś proces porównywania trwa właściwie bez przerwy, bo przestrzeń społeczna nie ma już wyraźnych granic czasowych i określonego miejsca: jest dostępna przez całą dobę i stale dostarcza skłaniających do oceny siebie okazji. Smartfony są z nami zawsze, a więc zawsze mogę się zacząć zastanawiać nad swoją wartością, oceną, przeglądać w lustrze polubień.
Ma to także swoje korzenie w przemianach kulturowych okresu transformacji. Gdy kończył się komunizm i zaczynał kapitalizm, pojawiły się nowe przekazy normatywne  między innymi popularne kolorowe magazyny, które promowały ideę indywidualnego samospełnienia: "liczysz się przede wszystkim ty", "jeśli coś ci nie odpowiada, odejdź". Dla wielu osób był to ważny i potrzebny impuls emancypacyjny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zasada ta zostaje potraktowana jako uniwersalna strategia regulowania wszystkich relacji.
Bo relacje – poza sytuacjami przemocy czy nadużyć – z natury rzeczy zawierają napięcie, rozczarowanie i konieczność kompromisu. Jeśli podstawową odpowiedzią na trudność staje się wycofanie, to owszem, krótkoterminowo przynosi ono ulgę, ale długoterminowo prowadzi do samotności. To jest koszt, o którym uproszczone przekazy psychologiczne rzadko mówią: chroniąc się przed dyskomfortem relacyjnym, chronimy się jednocześnie przed więzią.
Czyli ta dzisiejsza "dyktatura komfortu" to po prostu nowa odsłona tego samego mechanizmu?
Właśnie tak. Z mojej perspektywy przekazy medialne i uproszczone komunikaty psychologiczne co pewien czas podsuwają ludziom gotowe instrukcje życia. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że dana instrukcja, przedstawiana jako jedyna i optymalna przez kilka lat, w pewnych obszarach okazuje się dysfunkcyjna i nie przystaje do realnych zasad funkcjonowania człowieka i społeczeństwa. Pojawia się więc kolejna propozycja, która ma ją zastąpić. Problem polega na tym, że pokolenia, które wcześniej w tę poprzednią wizję uwierzyły i według niej podejmowały ważne decyzje życiowe, zostają z jej konsekwencjami – na przykład z poczuciem pustki, rozczarowania i porażki życiowej.
Trochę przypomina to sytuację z mediami społecznościowymi: najpierw były powszechnie używane, a dopiero po latach zaczęto otwarcie mówić o ich kosztach psychologicznych. Teraz pojawia się refleksja i próby ochrony młodszych – ograniczanie dostępu, regulacje, zalecenia ostrożności – natomiast ci, którzy przez wiele lat kształtowali swoje życie i relacje w tamtym środowisku, pozostają z jego skutkami. 
Oczywiście dobrze, że taka refleksja się pojawia, ale osoby, które przez długi czas kierowały się proponowanymi im "prawdami", mogą znaleźć się w sytuacji, w której trudno im już zmienić to, co zostało wyuczone w okresie nabywania wiedzy o świecie...
Czy w pana gabinecie pojawia się nowy typ pacjenta? Taki "przedawkowany samym sobą"?
Tak. Szczególnie widzę to u osób funkcjonujących w wyobrażeniu konieczności osiągnięcia w młodym wieku globalnego, spektakularnego sukcesu. W ich przeżywaniu normą przestaje być stopniowo budowana kariera i doświadczenia życiowe, a podstawowym punktem odniesienia staje się wyobrażenie o wyjątkowych osiągnięciach. 
Jeżeli na przykład do dwudziestego pierwszego albo do trzydziestego roku życia nie pojawia się pozycja kojarzona z ponadprzeciętnym powodzeniem, rodzi to poczucie porażki oraz przekonanie, że "jest już za późno", "moje życie się skończyło", mimo że przecież proces kształtowania drogi życiowej dopiero się rozpoczyna.
Jednocześnie obserwuję zjawisko przeciwne – u części jeszcze młodszego pokolenia pojawia się raczej pustka tożsamościowa niż nadmierna ambicja. Nie chodzi już o to, że nie osiągnęli sukcesu, ale o to, że nie bardzo wiedzą, do czego mieliby dążyć. Coraz częściej słyszę pytanie nie "jak żyć?", lecz "po co w ogóle żyć?". 
Stała presja porównawcza i konieczność nieustannego określania własnej wartości wobec abstrakcyjnych standardów dezorganizuje wielu osobom codzienne funkcjonowanie, utrudnia podejmowanie zobowiązań i budowanie długofalowych planów.
Czy to słynne pokolenie "płatków śniegu"?
Nazwałbym to inaczej. Jonathan Haidt w książce "Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych" opisuje, jak przeszliśmy z podwórka opartego na eksploracji i autonomii, do dzieciństwa opartego na ekranach i totalnym nadzorze. Dominująca dziś postawa społeczna każe usuwać spod nóg dziecka wszelkie przeszkody i niedogodności. Dziecko musi być w ciągłym komforcie.
Efekt? Młody człowiek dorasta w świecie obrazów, a nie działania. Gdy potem idzie do pracy i szef zwróci mu uwagę, to nie jest informacja zwrotna, tylko niemal "trauma". Brak konfrontacji z realnym trudem sprawia, że każde pęknięcie na obrazie "idealnego ja" staje się katastrofą.
To zresztą kolejny paradoks. 
Tymczasem również takie postępowanie ma rezultaty na całe życie. Dziecko nie uczy się doświadczać ograniczeń, czekać ani znosić napięcia związanego z niespełnieniem potrzeby. W dorosłości może to prowadzić do niskiej tolerancji frustracji, trudności w podejmowaniu wysiłku i regulowaniu emocji, a także do przekonania, że każda przeszkoda jest czymś nienormalnym, a nie naturalną częścią życia.
Wszystko dziś nazywamy traumą?
Nawet niezapakowane kredki do plecaka potrafią być dziś nazywane "traumą rozwojową". Jeśli wszystko jest traumą, to nic nią nie jest. To rozmywa prawdziwe cierpienie i paraliżuje naszą odporność. Skoro "ekspert" na Instagramie mówi, że masz prawo odciąć się od każdego, kto sprawia ci dyskomfort, ludzie to robią. Budują sobie w ten sposób emocjonalne więzienie.
Ostrzega pan przed tym od lat. Co pan czuje?
Czuję bezradność, bo ten zredukowany, skrajnie uproszczony przekaz psychologiczny stał się dominujący. Próbowałem o tym mówić, polecałem lektury w rodzaju "Psychobzdur" Stephena Briersa, ale machina pop-psychologii i coachingu jest silniejsza. Nawet rozsądne osoby reagowały mówieniem, że groźne jest poruszanie tych tematów w przestrzeni społecznej. Ludzie słyszą te rady ze wszystkich stron i traktują je jak prawdy objawione. 
Widać to nawet na przykładzie pani artykułu. Gdy tylko zaczyna się o tym mówić, temat zostaje natychmiast zakrzyczany i obrócony w absurd. Pani opisuje ważne zjawisko społeczne, a w odpowiedzi słyszy: "Tak, tak, to ja mam być wyczerpana? Przecież wreszcie mogę postawić na swoim!". To jest całkowite niezrozumienie sedna problemu.
Jaka jest pana puenta dla tych, którzy chcą wyjść z tej pułapki?
Paradoksalnie, im bardziej jesteśmy skupieni na sobie i monitorowaniu własnego komfortu, tym częściej czujemy się nieszczęśliwi i odizolowani. Prawdziwe życie oraz relacje z innymi ludźmi nierozerwalnie wiążą się z wysiłkiem i dyskomfortem. Jeśli będziemy ich unikać w imię źle pojętego "self-care", niszczymy tkankę społeczną i własną odporność. Musimy na nowo nauczyć się odróżniać sytuacje ratowania życia od zwykłej codzienności.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Żyjemy w &quot;dyktaturze komfortu&quot;. Nie zauważamy, jak bardzo nas ona osłabia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/641380,nie-kocham-cie-powiedzieli-sobie-i-dalej-zyja-razem-czy-potrzebna-nam-jest-dzis-milosc</guid><link>https://natemat.pl/641380,nie-kocham-cie-powiedzieli-sobie-i-dalej-zyja-razem-czy-potrzebna-nam-jest-dzis-milosc</link><pubDate>Sat, 14 Feb 2026 07:00:02 +0100</pubDate><title>&quot;Nie kocham cię&quot; – powiedzieli sobie i dalej żyją razem. Czy potrzebna nam jest dziś miłość?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dziś walentynki, ale w prognozach socjologicznych próżno szukać optymizmu. – Cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby. W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami – mówi naTemat prof. Tomasz Szlendak, socjolog, autor głośnej książki "Miłość nie istnieje".

Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym zacząć od pewnego obrazka z życia. Niedawno moja znajoma usłyszała od swojego partnera: "Nie kocham cię". Odpowiedziała spokojnie: "Ja ciebie też nie". A jednak wciąż są razem – mieszkają pod jednym dachem, planują wakacje, funkcjonują jak typowa, stabilna para po czterdziestce. Znam w gruncie rzeczy sporo takich historii, kiedy ludzie są w związkach bez większych emocji i motyli w brzuchu. Najczęściej to są osoby, które poznały się po przejściach. Czy to oznacza, że żyjemy w czasach, w których miłość przestała być w ogóle potrzebna do stworzenia związku?
Prof. Tomasz Szlendak, socjolog: Spojrzałabym na tę sytuację nieco inaczej, choć oczywiście wpisuje się ona w mój obraz współczesnych relacji. Podobne zjawisko było już obserwowane pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku, a jako pierwsi pisali o tym socjologowie francuscy.
Zwracali uwagę, że ludzie często nie wiążą się ze sobą dlatego, że przeżywają wielkie zakochanie czy deklarują wzajemną miłość. Nie zawsze decydują o tym też względy racjonalne – kalkulacja, że warto być razem albo że łączą ich wspólne interesy.
Czasem jest wręcz odwrotnie: ludzie są razem, bo… po prostu nie rozstają się. Spotkali się przypadkiem, coś ich ze sobą związało, mają wspólne doświadczenia i brak im jakiejś wewnętrznej mocy, by się rozdzielić. Po prostu trwają w związku. 
Można więc powiedzieć, że dziś wiele par jest ze sobą po prostu dlatego, że jest łatwiej być razem niż przechodzić przez trudności i koszty związane z rozstaniem. Zdarza się też, że emocje, takie jak miłość, nie odgrywają już decydującej roli, a o wspólnym życiu decydują raczej okoliczności sprzyjające codziennemu funkcjonowaniu.
Jednocześnie jednak częściej bywa tak, że brak miłości raczej utrudnia powstawanie nowych związków, niż podtrzymuje już istniejące – po prostu do nich nie dochodzi. W tym sensie historia pani znajomej jest dość oryginalna. 
To, co pan powiedział, brzmi bardzo smutno.
Jeżeli tradycyjne mechanizmy kojarzenia ludzi przestają działać – nie ma już swatek, rodzice nie łączą dzieci w związki jak dawniej, a siła romantycznej miłości, kiedyś bardzo mocno spajająca ludzi, słabnie – coraz większą rolę zaczyna odgrywać przypadek.
Dziś spotkanie "drugiej połówki", która pasowałaby do romantycznego scenariusza, bywa trudne. A jeśli już do takiego spotkania dochodzi, jeśli coś wydarzy się niejako mimochodem, część osób po prostu z tego korzysta, nawet gdy nie towarzyszą temu silne emocje czy głębokie uczucia.
Ludzie nie są ze sobą, dlatego że łączy ich wielka miłość, lecz dlatego, że się nie rozstają. Wiele współczesnych relacji funkcjonuje właśnie w taki sposób – jako związki raczej "letnie", niewyrosłe z gwałtownych emocji, lecz z okoliczności i przygodnych spotkań.
W swojej książce "Miłość nie istnieje" wspomina pan, że niektórzy traktują poszukiwanie partnera jak "wyjście na shopping". Co dokładnie ma pan na myśli?
Najpierw chciałbym powiedzieć, że nie jest to niczyja wina. To po prostu mechanizm wynikający z reguł współczesnego kapitalizmu. Jest on nastawiony na to, aby każda osoba realizowała swoje potrzeby i stawiała siebie w centrum życia. 
Jeśli koncentrujesz się na zaspokajaniu własnych potrzeb, w naturalny sposób zaczynasz traktować wszystkie elementy świata w sposób konsumpcyjny – również potencjalnego partnera. Ma on wtedy przede wszystkim spełniać twoje potrzeby, podkreślać atrakcyjność lub wzmacniać pozycję społeczną. 
To trochę jak wybieranie najlepszego telefonu – patrzysz, co oferuje, ile kosztuje i co najlepiej pasuje do twojego stylu życia oraz oczekiwań. 
W relacjach międzyludzkich mechanizm konsumpcyjny działa bardzo podobnie – partner staje się przedmiotem wyboru, towarem, który ma spełnić nasze oczekiwania.
Przy tym rzadko zastanawiamy się, czego chce druga strona, a czasem w ogóle o tym nie myślimy.
A wybór mamy duży…
Aplikacje randkowe i mechanika sieciowa sprowadzają partnerów do roli towaru, bo mamy dostęp tylko do dwóch rodzajów informacji: wyglądu i statusu społecznego. Wygląd jest oczywiście fałszywy, bo wszyscy kłamią, wstawiając do sieci zdjęcia. Co więcej, ludzie zaczynają wierzyć we własnoręcznie zafałszowane obrazy, myśląc, że naprawdę tak wyglądają – że są bardziej symetryczni i atrakcyjni niż w rzeczywistości. Drugi typ informacji to status społeczny: co dana osoba posiada i jaki wykonuje zawód. I to właściwie wszystko.
Nie jesteśmy w stanie rozpoznać zapachu drugiej osoby ani poczuć jej obecności fizycznej. Nie możemy też ocenić, czy ktoś jest opiekuńczy, czy nadaje się do związku, czy w ogóle trenował związki – czyli tych wszystkich rzeczy, które są naprawdę istotne dla zbudowania długotrwałej relacji.
Z drugiej strony w książce pisze pan o tzw. "amputacji wyobraźni". Trudno o cokolwiek zapytać na randce, skoro partner ma podpięte na Tinderze linki do swoich social mediów. 
W tradycyjnej miłości romantycznej, aby scenariusz mógł się zrealizować, druga osoba musiała w dużym stopniu pozostać tajemnicą. Musieliśmy przez długie randki, miesiące obserwowania siebie nawzajem karmić wyobraźnię tym, co kryje druga osoba, nie odkrywając wszystkich kart od razu.
Dziś, niestety, dzięki sieci mamy poczucie, że wszystko już wiemy i nic nas nie zaskoczy. To zjawisko obserwuję od dawna, jeszcze od czasów, gdy funkcjonowały pierwsze portale randkowe, zanim pojawiły się aplikacje smartfonowe. Badania pokazywały, że ludzie wiązali się z kimś tylko wtedy, gdy osoba pojawiająca się na prawdziwej randce przewyższała swój profil w sieci – była lepsza niż to, co pokazywała online.
A ile osób spotkanych przez aplikację rzeczywiście przewyższa swój profil? Niewiele. Z jednej strony kompletnie amputuje to wyobraźnię i sprawia, że idziemy na spotkanie z kimś nieznanym znudzeni. Z drugiej strony rodzi się przekonanie, że możliwości wyboru nigdy się nie kończą i że zawsze możemy trafić na kogoś "lepszego" później.
Albo przestać szukać. Tym bardziej że korzyści, jakie mężczyźni czerpią z trwałych związków, wydają się dziś maleć – wiele spraw mogą załatwić sami: ugotować, zrobić pranie, a potrzeby seksualne zaspokoić bez zobowiązań i większego wysiłku, choćby w internecie. To pan napisał w swojej książce. 
Żyjemy w czasach silnych przemian emancypacyjnych, niezależnie od tego, jak oceniamy ich skalę w Polsce, widać to w różnych wskaźnikach.
Dzisiaj posiadanie rodziny w zasadzie nie jest już w żaden sposób związane ze statusem społecznym czy ekonomicznym mężczyzny. Można mieć wysoki status, po prostu będąc samodzielnym mężczyzną. W takich okolicznościach pojawia się pytanie, czy w ogóle warto inwestować w związki i rodzinę.
Mężczyźni, którzy mogą zaspokajać swoje potrzeby se*sualne dzięki po***grafii internetowej, to zazwyczaj ci, którzy w oczach kobiet pozostają niewidoczni, z dolnych pięter struktury społecznej i w pewnym sensie nie mają szans na tradycyjne relacje.
Z drugiej strony mamy sytuację, w której mężczyźni o wysokim statusie, pożądani na rynku matrymonialnym, mogą po prostu nie okazywać zaangażowania. W efekcie cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby.
W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami.
Ale to drogo tak żyć w pojedynkę!
Tak, oczywiście. Nauki społeczne – w tym moja macierzysta socjologia – od dawna podkreślały, że związek i małżeństwo były instytucjami ekonomiczno-reprodukcyjnymi, zabezpieczającymi podstawowe interesy życiowe. We dwójkę zawsze łatwiej było iść przez życie. Kiedyś, życząc komuś samotności, w istocie życzyło się biedy – braku oparcia i trudniejszego życia w najzwyklejszym, materialnym sensie.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Wyrównywanie wynagrodzeń, które jeszcze niedawno silnie różniły się ze względu na płeć, sprawia, że życie w pojedynkę staje się realnie możliwe. Luka płacowa w Polsce jest stosunkowo niewielka, a w niektórych zawodach kobiety zarabiają nawet więcej niż mężczyźni.
Wiele osób potrafi samodzielnie poukładać sobie życie i poradzić finansowo, także z wyzwaniami takimi jak wynajem czy kredyt mieszkaniowy. Skoro jest to możliwe, nie trzeba już szukać partnera wyłącznie po to, by wspólnie utrzymać gospodarstwo domowe. Ten motyw przestaje być decydujący.
W efekcie współczesność odsłania prawdziwą liczbę osób, które rzeczywiście chcą żyć w związkach. Choć wiele osób deklaruje pragnienie miłości, codzienne wybory często pokazują coś innego – życie poza związkiem wcale nie jest dla nich nie do pomyślenia, a bywa po prostu wygodniejsze.
A co z tradycyjną presją społeczną, by wziąć ślub? Co z tymi "ciotkami" i "babkami", które podczas każdych świąt pytają, czy "ułożyłyśmy sobie życie"?
Zastanówmy się nad tym. Oczywiście takie sytuacje czasem się zdarzają – na przykład kobiety pracujące lub studiujące w dużych miastach podczas świąt czy rodzinnych spotkań mogą odczuwać pewną presję, by znaleźć chłopaka.
W praktyce jednak dzieje się to coraz rzadziej. Zmienia się styl życia, podejście do wychowania i sposób myślenia o tym, co jest dobre dla dzieci. Rodzice i osoby starsze, które statystycznie mają coraz wyższe wykształcenie, rzadziej wywierają presję na zawieranie związków. To już nie są te przysłowiowe ‘ciotki i wujkowie z wesel’, których kiedyś było pełno. Zresztą samych wesel jest mniej, więc i okazji do podobnych komentarzy po prostu ubywa.
Dziś naciski w rodzaju "musisz być w związku" pojawiają się coraz rzadziej. Zwykle chodzi raczej o dobro dziecka – rodzice chcą, aby ich dzieci były szczęśliwe. A szczęście nie jest już tak jednoznacznie utożsamiane z byciem w związku, zwłaszcza że doświadczenia wielu rodziców w tym zakresie nie były idealne – w Polsce rozpada się około jedna trzecia małżeństw.
Wciąż w rodzinach funkcjonuje pojęcie, którego osobiście nie znoszę – "samotna matka". Przecież jeśli kobieta ma dziecko, to nie jest samotna i już nigdy w pewnym sensie nie będzie sama. Niestety, z tym określeniem często wiąże się spojrzenie pełne ubolewania czy współczucia: "Na pewno ją zostawił z dzieckiem". Takie myślenie odbiera kobietom sprawczość, bo scenariusze bywają różne – czasem to właśnie kobieta decyduje się odejść.
Na szczęście dziś pojęcie "samotnej matki"  istnieje właściwie tylko w dokumentach prawnych. Analizy ustaw czy regulacji dotyczących rodzicielstwa wciąż je czasem zawierają, ale w praktyce to relikt przeszłości. Sam piszę o "samodzielnych matkach", bo one po prostu są samodzielne, a nie samotne. Zawsze otoczone są bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Jak słusznie pani zauważyła: jeśli kobieta ma dziecko, nie jest samotna. W Polsce to pojęcie powoli odchodzi w niepamięć.
Trzeba jednak powiedzieć wprost: nie wszystkie kobiety kierują się dziś wyłącznie interesami reprodukcyjnymi. Widać to bardzo wyraźnie w ich wyborach i stylu życia. Mówiąc po ludzku – nie wszystkie chcą mieć dzieci. Wiele zaczyna sobie to uświadamiać, bo mają inne priorytety i cele w życiu. Osiągnęły pewien status dzięki wykształceniu i pracy, i myślą raczej o inwestowaniu czasu w podróże, samorozwój czy doświadczenia, a nie w wychowywanie dziecka, którego w rzeczywistości nie pragną.
Współczesne czasy pokazują prawdziwą skalę tego zjawiska: duża część ludzi w ogóle nie chce być w związkach ani mieć dzieci. A jeśli nie chce mieć dzieci, naturalnie nie musi też wchodzić w związek.
No właśnie. À propos tego – ile mamy w Polsce singli? Osiem milionów?
Jeśli przyjmiemy definicję socjologiczną, czyli osoby funkcjonujące bez partnera, niebędące w długoterminowym związku, do mniej więcej czterdziestego roku życia (bo po tym czasie, w przypadku kobiet, interesy reprodukcyjne przestają być aktualne),  to wychodzi około 2,2–2,7 miliona osób.
To wciąż bardzo dużo, ale nie osiem milionów. 
Chyba chodzi pani o samodzielne gospodarstwa domowe. W tym przypadku trzeba też uwzględnić osoby w wieku emerytalnym, które mieszkają same. Faktycznie, wielu ludzi nie żyje w małżeństwie, ale liczba młodych, niezwiązanych osób nie sięga ośmiu milionów.
Eksperci prognozują, że za kilka lat jeszcze więcej osób będzie żyło solo i że ten problem będzie się pogłębiał. A jednocześnie lekarze mówią, że mamy wręcz epidemię samotności, która jest bardzo niezdrowa dla ludzi.
Teraz wchodzimy w subtelności. Zastanówmy się, czy singielka jest samotna. W sensie psychologicznym – nie jest. Samotność psychologiczna oznacza brak bliskości, brak możliwości realizacji potrzeby intymności. To sytuacja, w której przez ostatni rok nikt jej nie dotykał i nie miała żadnej bliskości. Taka samotność jest rzeczywiście bardzo niezdrowa – jesteśmy zwierzętami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi.
Większość singielek tak jednak nie żyje. Są otoczone przyjaciółmi, rodziną, mają różne relacje społeczne – te sieci są rozbudowane. Brak partnera sek*ualnego, z którym mieszka, nie jest więc równoznaczny z samotnością w sensie psychologicznym.
Znam kobiety, które odżyły dopiero po rozwodzie albo gdy zostały wdowami…
Albo wtedy, gdy dzieci wyfrunęły z domu. W różnych krajach, na przykład we Francji czy w Polsce, kobiety często decydują się mieszkać osobno od partnera, bo mają go już dosyć w codziennym życiu u jego boku. 
Odżywają wtedy towarzysko, wyjeżdżają na wycieczki, angażują się w różne aktywności. Choć ludzie rzadko przyznają się do tego głośno, badania pokazują, że taki scenariusz jest całkiem powszechny.
A jak jest z mężczyznami?
Sytuacja młodych samotnych mężczyzn często wygląda zupełnie inaczej. Ci, którzy nie mają partnerki, zazwyczaj również nie mają bliskich przyjaciół. Nasza kultura monogamiczna sprawia, że męskie przyjaźnie bywają trudne do zbudowania, czasem są podejrzane, a nawiązywanie ich jest skomplikowane.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość mężczyzn miała żony i mogło się wydawać, że to one są ich najlepszymi przyjaciółkami. Dziś wielu mężczyzn nie ma ani partnerki, ani bliskich przyjaciół. To jest samotność w sensie psychologicznym. Duża część mężczyzn, nawet do 29. roku życia, doświadcza jej naprawdę intensywnie – i nie tylko w młodym wieku, ale często przez całe życie.
Wygląda na to, że samotność psychologiczna szkodzi mężczyznom znacznie bardziej niż kobietom. Kobiety są pod tym względem dużo bardziej elastyczne  – potrafią układać sobie życie, gospodarstwo domowe, kontakty społeczne. Mężczyźni, jeśli są samotni, po prostu pozostają samotni.
W dzisiejszym świecie miłość romantyczna ma jeszcze jakichś sprzymierzeńców?Kto w ogóle powinien być sprzymierzeńcem miłości romantycznej? Komu powinno na niej zależeć?
System polityczny powinien być sprzymierzeńcem miłości, bo to jedyna "maszyna", która rzeczywiście wiązała długotrwałe pary, co przekładało się na reprodukcję.
No i kapitalizm mógłby w końcu dojść do wniosku, że naprawdę wiele traci. Przepraszam, że antropomorfizuję system ekonomiczny, ale on naprawdę jest stratny. Gdy koncentruje się wyłącznie na potrzebach jednostki – ty jesteś ważny, ty coś kup, ty zrób to, ty jedź tam – przymyka oczy na fakt, że traci zyski płynące z par.
Kiedy para się łączy, buduje wspólne gospodarstwo domowe, kupuje talerze, wyposażenie, myśli o dziecku, rodzą się kolejne wydatki. A dziś mamy mniej związków, więc te pieniądze po prostu nie wpływają do gospodarki. 
To może brzmieć dziwnie, ale sprzymierzeńcem miłości romantycznej mogłaby być kapitalistyczna maszyneria, która nagle odkryje, że traci. Mało tego – w wyniku swojego dotychczasowego modelu oddziaływania ma coraz mniej konsumentów, bo mniej dzieci się rodzi. To sprawia, że warto się zastanowić nad sensownością systemu ekonomicznego, w którym żyjemy.
No właśnie, kapitalizm też ma swoje twarze – i o tym pan mówi, pokazując właścicieli aplikacji randkowych. W "Miłość nie istnieje" pisze pan, że wcale nie zależy im na tym, żebyśmy tworzyli trwałe pary. Bo na tym właśnie zarabiają.
Są takie korporacje, które zajmują się aplikacjami randkowymi. Oczywiście nie zależy im na tym, żebyśmy się łączyli w pary, tylko żebyśmy w tych aplikacjach codziennie spędzali godzinę. 
Co z tego, że korporacje medialne czy te zajmujące się aplikacjami będą czerpać zyski? To tylko część gospodarki, która chciałaby zarabiać. Reszta może mocno na tym stracić.
To właśnie z tych przemyśleń powstała pana książka?
Zacząłem swoją drogę akademicką od doktoratu poświęconego miłości romantycznej – dawno temu, jakieś dwadzieścia kilka lat. Później prowadziłem różne badania – czasem dotyczące męskości, czasem życia rodzinnego, czasem wychowywania dzieci – przyglądając się przemianom, które zachodziły w sferze miłości.
W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy mechanizmy miłości, które opisywałem dwadzieścia lat temu, w ogóle jeszcze działają. Czy rzeczywiście nadal wiążą ludzi?
No i doszedłem do wniosku, że nawarstwiła się dzisiaj cała seria procesów i zjawisk społecznych, które utrudniają ludziom realizację scenariusza miłości romantycznej. 
fot. arch. prywatne
Panie profesorze, mamy dzisiaj walentynki. I chcemy wierzyć, że miłość jednak istnieje. Poproszę o optymistyczne przesłanie. Czy jest dla nas szansa? 
Może właśnie w walentynki różne branże, różne sektory kapitalizmu w końcu zauważą, że nie mają komu sprzedawać tych wszystkich rzeczy. Nie mają po co produkować serduszek i innych gadżetów, bo ludzie po prostu, na wczesnych etapach życia, kiedy powinni wejść na rynek matrymonialny, tego nie robią.
Może odkryją, że połowa dwudziestolatków w ogóle nigdy nie była w związku. Może zrozumieją, że walentynki za chwilę będą dla nikogo albo dla bardzo małej grupy ludzi?

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Miłość już nie jest nam do niczego potrzebna?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/640642,policjant-z-tolkmicka-wywolal-burze-nagraniem-z-posterunku-jest-mi-zle-i-niezrecznie</guid><link>https://natemat.pl/640642,policjant-z-tolkmicka-wywolal-burze-nagraniem-z-posterunku-jest-mi-zle-i-niezrecznie</link><pubDate>Fri, 06 Feb 2026 17:37:36 +0100</pubDate><title>Policjant z Tolkmicka wywołał burzę nagraniem z posterunku. &quot;Jest mi źle i niezręcznie&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli ktoś nie znał asp. szt. Sylwestra Rosoła z Tolkmicka, to właśnie poznał. A to za sprawą emocjonalnego filmiku, w którym otwarcie skarży się na warunki pracy. "Syf na posterunku, podłogi uje****, palić trzeba w piecu codziennie, przyjeżdżać w dni wolne, podwórko oczyszczać ze śniegu..." – słyszymy w nagraniu, które obiegło internet. – Jest mi źle i niezręcznie. Na pewno nikt z policjantów nie życzyłby sobie takiej popularności – mówi w rozmowie z naTemat.

Jestem pewna, że nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Moja pewność szybko topnieje, bo rozmawia chętnie i otwarcie. Zapewnia, że odpowie na wszystkie pytania. 
– Wielkim nieszczęściem dla policji było to, że kolega, któremu to wysłałem, puścił to dalej. Wiadomość rozlała się z prędkością światła najpierw na WhatsAppie i innych komunikatorach, potem w mediach. Film ujrzał światło dzienne niespodziewanie i zupełnie niepotrzebnie – mówi mi na wstępie Kierownik IV Rewiru Dzielnicowych w Tolkmicku (pow. elbląski), asp. szt. Sylwester Rosół. 
"Syf na posterunku, podłogi uje****"
Chodzi o filmik, w którym, najdelikatniej mówiąc, Sylwester Rosół skarży się na trudne warunki pracy w swojej jednostce. Mimo że piastuje stanowisko Kierownika IV Rewiru Dzielnicowych w Tolkmicku, musi przy okazji ogarniać bezpłatny etat sprzątacza, palacza i osoby odśnieżającej. A przy tym nadążać z wynikami swojej pracy, bo przecież liczą się statystyki. 
"Ale taką mam refleksję… K****! Od trzech miesięcy nie ma palacza i sprzątaczki, a raz wyniki nie poszły i jaki to jest k**** problem w tej komendzie. Syf na posterunku, podłogi uje****, palić trzeba w piecu codziennie, przyjeżdżać w dni wolne, podwórko oczyszczać ze śniegu... Wyniki niewysłane…"
Nie umieszczę nagrania tutaj, bo nie mam na to zgody. 
– Ulało się panu? Poczuł pan bezsilność? – pytam wprost.
– Ulało – przyznaje. – Ale te słowa nie były skierowane personalnie do nikogo. Wyrażały bezsilność wobec całego systemu, że w XXI wieku takie rzeczy wciąż się zdarzają. Filmik miał trafić do kolegi, który mi niedźwiedzią przysługę zrobił i go podał dalej. Myślę, że podobnych nagrań w sieci krąży codziennie setki, może nawet tysiące, wśród kumpli i przyjaciół. Użyłem języka pasującego do kotłowni. 
Ale stało się. Nagranie obiegło internet, szybko stało się viralem. 
Cała Polska stanęła murem za policjantem, który jeszcze niedawno ratował zalane Tolkmicko. Internauci piszą wspierające komentarze. 
– To naprawdę bardzo miłe, bo wiem, że nie zostałem z tym wszystkim sam. Ale wie pani, to chyba też świadczy o tym, że gdzieś jednak taki problem istnieje. Ludzie się z tym utożsamiają. To nie jest tak, że ktoś mnie nagle polubił, ludzie raczej chcą powiedzieć, że też potrzebne są zmiany tam, gdzie pracują – przypuszcza. 
Jednak bohater z nagrania nie czuje z tego tytułu satysfakcji. Wręcz przeciwnie. 
– Jest mi o tyle przykro, że uderza to w dobry wizerunek policji. Nie chciałbym, żeby ktoś na podstawie jednego nagrania budował przekłamany obraz naszej formacji. Codziennie dziesiątki tysięcy policjantów pracują, żeby obywatele Polski i osoby przebywające w naszym kraju czuły się bezpiecznie, i jestem przekonany, że naprawdę wykonują swoją pracę dobrze – podkreśla. 
Rzeczywiście, temat trudnych warunków pracy w jednostce chętnie podchwyciły prawicowe media. Satysfakcji nie kryje m.in. TV Republika, która z radością krytykuje ministra MSWiA Marcina Kierwińskiego i chętnie nagłaśnia różne skandale obyczajowe w policji.
– Jest mi strasznie niezręcznie, że to wypłynęło. Powiedziałem o tym też mojemu komendantowi wojewódzkiemu, który zaprosił mnie na rozmowę. To mnie podbudowało. Komendant już wprowadził wszystkie potrzebne rozwiązania, miał je przygotowane od razu. Pewnie może mieć trochę żalu do mnie, że wcześniej o tym wszystkim nie wiedział.
Rzeczywiście, Sylwester Rosół nie zdążył jeszcze dobrze ochłonąć po medialnej burzy, a już tego samego dnia został wezwany do insp. Mirosława Elszkowskiego, komendanta Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Ten zaprosił go na rozmowę, żeby omówić problemy, dojść do ich źródła i możliwie szybko je rozwiązać. 
Żal, owszem, komendant insp. Mirosław Elszkowski musiał mieć, bo jak czytam w oświadczeniu KWP, "poinformował funkcjonariusza, że jego zachowanie i sposób przekazania informacji zaprezentowany w nagraniu uważa za naganny i godzi w innych funkcjonariuszy oraz policyjny mundur". 
A policyjny mundur Sylwester Rosół założył w 1999 roku. Od 2007 roku jest kierownikiem IV rewiru dzielnicowych. W Tolkmicku cieszy się dużym szacunkiem, a mieszkańcy dopingują go także w tej sprawie.
Mówi mi, że dzielnicowy to taki lekarz pierwszego kontaktu. Musi być czasem wścibski, czasem pojawić się tam, gdzie inni policjanci nawet by nie zajrzeli.
I rzeczywiście, wystarczy przejrzeć lokalne serwisy. Dzielnicowy z Komendy Wojewódzkiej w Bydgoszczy ratuje mężczyznę w kryzysie bezdomności. Inny, z gminy Grabowiec, pomaga 47-latkowi, który przez kontuzję nogi nie był w stanie ogrzać domu i został praktycznie odcięty od świata. 
Co chwilę pojawiają się podobne historie: policjanci palą w piecach schorowanym starszym ludziom, robią im zakupy, zaglądają tam, gdzie ktoś od dawna nie otwiera drzwi.
– A pana nie ma kto uratować? – drążę.
– Ale mnie nie trzeba ratować. Nie czuję się zagrożony – odpiera. 
Zapewnia, że nie ma żalu do przełożonych. 
– Chciałem po prostu, żebyśmy mieli tutaj w miarę możliwości dobre warunki do pełnienia służby. Sprzęt, który mamy w policji naturalnie się zużywa. Obiekty podlegają eksploatacji i niszczeniu. Rozumiem to doskonale.
Komendant w Elblągu straci stanowisko
Po tym co się stało, Komendant miejski w Elblągu ma zostać odwołany. Minister Kierwiński, który mimo że "nie pochwala takiego języka w służbach", przyznał, że "w elbląskiej komendzie zabrakło właściwego zarządzania ludźmi".
Mój rozmówca nie chciał komentować dymisji. 
– To była decyzja komendanta wojewódzkiego. Jeśli komendant widział ku temu przesłanki, należy to uszanować – ucina. 
Niedługo po naszej rozmowie Sylwester Rosół opublikował na swoim profilu na Facebooku nagranie, w którym odniósł się do sprawy. 
Sytuacja rozpaliła środowisko policyjne. Udało mi się porozmawiać z funkcjonariuszami, którzy może i nie palą w piecu czy nie sprzątają, ale oceniają warunki swojej pracy jako skandaliczne. 
– Siedzimy wszyscy w jednym pokoju – tu ktoś kogoś przesłuchuje, tu pani płacze przy wypełnianiu Niebieskiej Karty, a ja, cóż, zdejmuję spodnie i przebieram się w mundur. Ktoś inny je kanapkę, a kolega rozmawia przez telefon. Metraż nie spełnia norm nawet dla jednej osoby, a jest nas więcej – opowiada Michał (imię zmienione), policjant z wieloletnim stażem. 
– Nie może pan się przebrać w szatni? – dopytuję.
– Ale my nie mamy szatni.
Jak mówi dalej, budynek, w którym pracuje, nie spełnia norm bezpieczeństwa.
Michał mówi, że ani on, ani jego koledzy, nie skarżą się przełożonym w obawie przed konsekwencjami. Z pracy nie odejdzie, ma rodzinę na utrzymaniu. 
I wylicza dalsze bolączki: – Mamy pomieszczenie socjalne, metr na metr. Mieści się tam tylko lodówka i zlew. Nie usiądziesz, bo nie ma ani gdzie, ani jak. W apteczce są bandaże, ale z 2012 roku. Zgłosiłem to. Usłyszałem: "Takie muszą być i tyle"
Aferę w Tolkmicku komentuje krótko i gorzko: – Pewnie już tam wszyscy jadą napalić w piecu. 

Inny funkcjonariusz, Grzegorz (imię zmienione), zdziwiony nagraniem nie był. 
– Policjant z Tolkmicka powiedział po prostu prawdę. Ujawnił, jak wygląda praca w tej formacji. Ani dla mnie, ani dla moich kolegów, nie jest to zaskoczenie, bo my wiemy, jak jest. Jedyne zaskoczenie to to, że tak nagle wystrzelił z tymi przekleństwami. Po prostu nie dał już rady. Nic dziwnego: ani palenie w piecu, ani sprzątanie, to nie są zadania dla policjanta. 
Grzegorza cieszy natomiast, że związki zawodowe stanęły murem za dzielnicowym z Tolkmicka. Rzeczywiście, jak wynika z oficjalnego stanowiska Zarządu Głównego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów, może on liczyć na wsparcie. 
"Policjanci mają prawo do emocji, gdy brakuje ludzi, sprzętu i realnego wsparcia organizacyjnego, a odpowiedzialność pozostaje taka sama – albo większa" – czytam w oświadczeniu. 

Wracam do Sylwestra Rosoła: – Nagranie przyniosło jakieś korzyści? – dopytuję. 
– Mam nadzieję, że mimo wszystko ten filmik pozwoli policjantom, którzy mają podobne problemy, porozmawiać ze swoimi przełożonymi. Być może w ich wydziałach i jednostkach również można usprawnić niektóre sprawy. Nie chodzi przecież o żadne "rarytasy", tylko o poprawę warunków pracy.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W sieci szybko rozprzestrzeniło się nagranie Sylwestra Rosoła z Tolkmicka, w którym opowiada on w sposób dosadny o trudnych warunkach w pracy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/639970,duda-pluje-weteranom-w-twarz-byly-zolnierz-po-jaka-cholere-moi-koledzy-gineli</guid><link>https://natemat.pl/639970,duda-pluje-weteranom-w-twarz-byly-zolnierz-po-jaka-cholere-moi-koledzy-gineli</link><pubDate>Sat, 31 Jan 2026 09:01:02 +0100</pubDate><title>Duda pluje weteranom w twarz. Były żołnierz: Po jaką cholerę moi koledzy ginęli?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś? – mówi Grzegorz Banaszak, były żołnierz zawodowy, który służył w Kosowie, Iraku i Afganistanie, komentując wypowiedź byłego prezydenta.

Aleksandra Tchórzewska: Donald Trump stwierdził, że żołnierze NATO "nie byli potrzebni" w Afganistanie i "stali gdzieś z boku". Andrzej Duda uznał, że prezydent USA nie ma za co przepraszać. Jak się pan poczuł po tych słowach?
Grzegorz Banaszak, były żołnierz: A jak miałem się poczuć? Poczułem się jak pozycja w excelowej tabelce. Skoro nikt nas nie zapraszał, to po co w ogóle tam jechaliśmy? Najbardziej jednak ugryzły mnie słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który uznał, że Donald Trump nie musi przepraszać, bo "nic się nie stało".
To ja się pytam wprost: po jaką cholerę ginęli tam moi koledzy w Iraku czy w Afganistanie? Po co zginął Andrzej Filipek, z którym jechałem w jednym patrolu? (Andrzej Filipek, plutonowy Wojska Polskiego, pośmiertnie awansowany na stopień sierżanta, poległ w Iraku, osierocił żonę i dwójkę dzieci -red.) Dlaczego on? 
Dwa dni przed wyjazdem dowódca patrolu zamienił kolejność pojazdów w kolumnie. To ja miałem jechać na jego miejscu, a on na moim.
Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś?
W takim razie ja też nie mam do niego szacunku. Może pani to napisać. 

                    
                        
                    
                Jak powinien zareagować na słowa Trumpa były zwierzchnik sił zbrojnych?
Prawdziwy prezydent po takich słowach nie uśmiecha się nerwowo i nie tłumaczy cudzej pogardy na język dyplomatycznych pierdół. Prawdziwy prezydent staje twardo po stronie swoich żołnierzy, jasno i publicznie, bez żadnego "ale".
Upomina się o pamięć, o szacunek i o granice, których nikt nie ma prawa przekraczać, nawet jeśli nazywa się Donald Trump. Bo prezydent jest od tego, żeby reprezentować godność państwa, a nie robić za tłumacza cudzych chamstw.
A jak pan ocenia postawę prezydenta Karola Nawrockiego? W mediach społecznościowych napisał, że "Nie ma wątpliwości, że Polscy żołnierze to Bohaterowie. Zasługują na szacunek i słowa podziękowania za ich służbę".

Moim zdaniem zachował się poprawnie, godnie i bezpiecznie, podkreślając szacunek dla polskich żołnierzy. Zrobił to, co wypadało zrobić na poziomie tak zwanej elementarnej przyzwoitości. Stanął po właściwej stronie.
Ale od prezydenta Nawrockiego oczekiwałbym kroków bardziej radykalnych, ostrzejszych i jasnego postawienia granicy wobec słów, jakie wypowiedział Donald Trump na temat polskich żołnierzy.
Tym bardziej że później powiedział, że "jego zdaniem Donald Trump nie miał na myśli Polski".
A o tym to nie wiedziałem. 
Co powinien zrobić Nawrocki?
Jeśli zdarzy się sytuacja, że Trump przyleci do Polski – a podejrzewam, że przyleci, aż mam ciarki na plecach na samą myśl – to proponuję, żeby Nawrocki zaprowadził Trumpa pod tablicę upamiętniającą polskich żołnierzy w Warszawie.
I może niech przyjdą wtedy rodziny poległych żołnierzy, i niech Donald Trump prosto w oczy powie im, że ich tam nie było. 
Boryka się pan z trudnościami po przebytych misjach?
Mam za sobą zdiagnozowane PTSD, a obok tego także depresję. Jestem też introwertykiem. Połączenie introwersji, depresji i zespołu stresu pourazowego to – jak sam to nazywam – bomba w głowie z opóźnionym zapłonem.
Jak długo był pan na misjach?
Moje wyjazdy zaczęły się w 2003 roku. W latach 2003–2004 byłem w Kosowie, w 2005–2006 w Iraku, potem ponownie w Iraku w latach 2007–2008. Następnie trafiłem do Afganistanu – w 2008–2009 albo 2009–2010, dziś nie pamiętam dokładnie. Od 2003 roku wszystko szło właściwie jedno po drugim: pół roku, czasem rok w kraju i znowu wyjazd.
Wiem, że dziś znajdą się tacy, którzy powiedzą, że jeździliśmy dla pieniędzy. To nieprawda. 
Nawet teraz, choć mieszkam w Niemczech, gdyby w Polsce wybuchła wojna i była taka potrzeba, spakowałbym się i wrócił, żeby bronić kraju. To jest mój obowiązek. A skoro była możliwość bronić Polski także poza granicami – żeby ograniczyć terroryzm, żeby to, co dziś widzimy we Francji czy innych miastach Europy, nie dotknęło nas – to uważam, że było warto. W Polsce jest dziś cisza i spokój. I to nie wzięło się znikąd.
Trudno mi sobie nawet wyobrazić, z czym musiał pan mierzyć się podczas misji…
W Iraku przeżyłem chyba dwie miny- pułapki. W Afganistanie jedną. Już nie liczę wszystkich operacji wojskowych, które były przeprowadzane, ani wymian ognia i innych zdarzeń.
Irak i Afganistan całkowicie się różniły. W Afganistanie terroryści nie kalkulowali: jeśli mieli podłożyć 200 kilogramów materiału wybuchowego, po prostu to robili. Dodatkowo obowiązywały tam inne zasady, narzucone przez ówczesnego prezydenta Karzaja.
Było też tak, że podczas wymiany ognia, jeśli np. przeciwnik zakopał broń, nie można było do niego strzelać, bo formalnie był bezbronny – mimo że pół minuty wcześniej to on do mnie strzelał.
Polska wysłała tysiące żołnierzy, ale w trumpowym świecie tysiąc to nadal zero, jeśli nie są amerykańskie.

Życie przelatuje wtedy przed oczami?
Powiem szczerze, zawsze, gdy leciałem na "ajdiku", (w żargonie wojskowym IED, mina-pułapka - red.) mówiłem do kolegów: "K*wa, znowu ja". To było takie uderzenie… nie wiem, czy przelatywało mi życie przed oczami, ale po prostu poczułem "tąpnięcie" w samochód – raz w bok, drugi raz w maskę albo w cały przód auta.
Za pierwszym razem był delikatny szok, ale i ulga, że wszystko w porządku. Za drugim razem myślałem tylko: "K*rwa, dlaczego ja?"  Dowódca powiedział mi, że jeśli jeszcze raz wrócę z patrolu rozwalonym Hummerem, nie dotrę do domu. 
Śmialiśmy się z tego, ale wszyscy byliśmy szczęśliwi, że przeżyliśmy i jesteśmy cali i zdrowi.
Najgorsze jest jednak coś innego.
Co takiego?  
Widzisz swojego kolegę na misji na mszy, a dzień później w samochodzie jego mózg prawie cały rozbryzgnięty na szybie. To jest najgorsze.
Boryka się pan ze stresem pourazowym. Czy obrazy z misji wciąż pojawiają się w snach?
Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Na przykład w Iraku, podczas piątej zmiany, zginęła dziewczynka. Dziewięcioletnia. Podniosła niewybuch pocisku Pallad w miejscu, gdzie przeprowadzaliśmy prace rozbrajania. Często zdarzały się takie niewybuchy. Dziecko nie wiedziało, że to niebezpieczne.
Zwykle, gdy kończyliśmy pracę i wyjeżdżaliśmy z danego miejsca, dzieci przychodziły po wodę czy jedzenie, które zawsze mieliśmy dla nich. Było takie przekonanie, że jeśli dzieci są w pobliżu, to na pewno nic się nie stanie. Ale prace saperskie były niebezpieczne – trzeba było wyganiać dzieci, żeby nie znalazły się w strefie zagrożenia. Nie wiem, jak to się stało, że ona znalazła się tam tamtego dnia i co tam robiła.
Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Nie lubię sztucznych ogni, wybuchów… Sylwestra też nie znoszę. Za dużo się wtedy dzieje, za dużo bodźców, a ja nie lubię tłumów. 
Bywa też, że siadam w domu, robię meldunek, a potem kładę się spać, jakby nic się nie stało. 
Czy oprócz traumatycznych doświadczeń z misji musiał pan mierzyć się także z bólem rozłąki, z poczuciem, że zostawił pan bliskich na długi czas?
Można o tym książkę napisać.  W 2004 roku, kiedy byłem na misji w Kosowie, urodził mi się syn. Rok później wyjechałem do Iraku – nadal byłem wtedy z tą samą kobietą. Gdy w latach 2007–2008 pojechałem na kolejną misję, nie miałem już do czego wracać. Po powrocie był rozwód. Jak wyjechałem do Afganistanu, byłem w luźnym związku. 
Uciekł pan w zdjęcia. To daje spokój?
Musiałem coś sobie znaleźć. Ale z fotografią mam do czynienia od dawna – kocham fotografię analogową. Klisze, negatywy, to jest to. Oczywiście teraz są czasy aparatów cyfrowych, agencje wymagają szybkiego przesłania zdjęć, więc trzeba było się przesiąść.
Ale prywatnie dla siebie wciąż robię zdjęcia na negatywach.
Obecnie pracuję w Niemczech. Robię mniej reporterskiej roboty, a więcej dla swoich klientów. Większość prac wykonuję na negatywach. Nie jest ich dużo, ale cieszę się, że są.
Byłby pan w stanie fotografować wojnę?
Byłem fotografować wojnę, choć w pewnym sensie pojechałem tam z polską misją medyczną. To było przed COVID-em. Najpierw odwiedziliśmy Jordanię, a stamtąd polecieliśmy do Iraku.
Jeździliśmy do obozów dla uchodźców. Wracając z jednego z takich obozów, przejeżdżaliśmy przez tzw. checkpoint. W tamtym rejonie wiedzieliśmy, że nadal mogą pojawiać się małe bojówki z uzbrojeniem.
Dojechaliśmy do hotelu, ale już wtedy słyszeliśmy strzały i wybuchy w okolicy. Kiedy później pytaliśmy recepcjonistę, co się stało, okazało się, że właśnie przy tym checkpoincie, przez który przejeżdżaliśmy, bojówka ISIS zaatakowała posterunek, zabijając wszystkich policjantów. 
Obcięli wszystkim głowy.
Co pan poczuł?
Usiadłem w hotelu i pomyślałem: "K*rwa, znowu". Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. Był to chyba drugi dzień pobytu w Iraku, w Irbilu. Nie mogłem wyjść nigdzie, jedyne miejsce, gdzie mogłem się choć trochę ruszyć, to patio przed hotelem. Siedziałem tam, piłem herbatę, bo nie mogłem spać – wszystko mi się przypominało, wszystko wracało.
Zadzwoniłem wtedy do mojej partnerki i mówię jej: "Nie dam rady wyjść z hotelu, wszystko do mnie wróciło". A ona, zamiast pocieszać, powiedziała: "To po coś tam k*wa poleciał". Nie spodziewałem się tego – po mojej drobnej, delikatnej partnerce. Obsztorcowała mnie, że ją obudziłem, powiedziała jeszcze:" Mam nadzieję, że przygotowałeś sobie baterie, karty masz już puste i aparat gotowy do zdjęć". I odłożyła słuchawkę. 
To dobrze, że tak powiedziała?
Siedząc na tym patio, poczułem, że ktoś w końcu postawił mnie do pionu. Ale rzeczywiście, w tamtym momencie nie wiedziałem, po co właściwie tu przyjechałem.
Opowiem pani jeszcze coś: my, fotoreporterzy, nosimy takie "szelki taktyczne" – można w nich umieścić dwa aparaty, obiektywy i tak dalej. Ja też je mam i zawsze wolałem siedzieć w samochodzie z prawej strony z przodu. Trzymałem prawą rękę w specyficzny sposób, jak przy karabinie, żeby była gotowa.
Co chwilę wracałem się do samochodu, bo czegoś mi brakowało przy tych szelkach. W pewnym momencie podeszła do mnie dziewczyna pracująca przy obozie dla uchodźców i mówi: "Grzesiek, ale ty przecież masz aparat". 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Duda nie uważa, że Donald Trump powinien przepraszać za wypowiedź dotyczącą roli żołnierzy NATO w Afganistanie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/637264,krzyz-w-koszu-rozpalil-kaszuby-zdobylam-zdjecie-dowodu-i-ustalilam-kilka-faktow</guid><link>https://natemat.pl/637264,krzyz-w-koszu-rozpalil-kaszuby-zdobylam-zdjecie-dowodu-i-ustalilam-kilka-faktow</link><pubDate>Fri, 09 Jan 2026 11:34:34 +0100</pubDate><title>Afera w Kielnie przez krzyż w koszu na śmieci. Zdobyłam zdjęcie &quot;dowodu&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e7a21749fbc3665a7f37c5530d88440b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Zaskoczyło mnie, że wydarzyło się to tak blisko, że ta historia jest tak namacalna. Nie gdzieś w głębi Polski czy w innym kraju, ale u nas, i to w szkole, do której chodziły moje dzieci. To było dla mnie tak szokujące, że aż wbiło mnie w fotel – nie kryje emocji Magdalena Dziurdzia, malarka z okolic Kielna. Rozmawiam z uczestnikami pikiety zorganizowanej w obronie krzyża. Następnego dnia dzięki pomocy KPP w Wejherowie oraz tamtejszej prokuratury dowiaduję się, że jednak to nie typowy krucyfiks trafił do kosza.

Tekst powstaje w czwartek. Tego dnia trwa pikieta w obronie krzyża. O sprawie rozpisują się media w całej Polsce. Jedni piszą, że był to krucyfiks, inni, że to przedmiot w kształcie krzyża z drukarki 3D. Nie lubię niedomówień. Nie zamierzam bawić się w domysły i zgadywanki. 
W piątkowy poranek kontaktuję się z Komendą Powiatowej Policji w Wejherowie. Rzeczniczka nie może udzielić informacji na temat krzyża, bo nie ma jeszcze opinii biegłego. Ale za zgodą Prokuratury Rejonowej w Wejherowie przesyła mi zdjęcie zabezpieczonego dowodu. 
Dla jednych będzie to "przedmiot przypominający krzyż". Dla innych: ważny symbol religijny, święty przedmiot. 
Adelę Czaplińską udaje mi się złapać w drodze. Rolniczka i niezależna polityczka wraca właśnie z Kielna do Starogardu Gdańskiego, gdzie mieszka. Brała udział w pikiecie w sprawie znieważenia krzyża. Nie zniechęciły jej ani kilometry do pokonania, ani trudne warunki pogodowe.
Krzyż ze szkoły w Kielnie w koszu. "Mamy do czynienia z chamstwem"
W Kielnie (gm. Szemud, powiat wejherowski) panował duży mróz, ale za to atmosfera gorąca. W czwartkowy poranek pod Szkołą Podstawową im. Bohaterów Westerplatte zgromadzili się politycy, rodzice i dziadkowie uczniów. Przyszli wyrazić swoje oburzenie. Choć Adela Czaplińska nie jest częścią lokalnej społeczności, zdecydowała się przyjechać na pikietę.
Chodzi o zdarzenie z 15 grudnia w jednej z klas siódmych. Nauczycielka języka angielskiego miała poprosić uczniów o zdjęcie krzyża wiszącego na ścianie. Gdy dzieci odmówiły, nauczycielka miała zdjąć krzyż i wyrzucić go do kosza (z oświadczenia wójta można wnioskować, że krzyż stanowił wyposażenie sali, jednak czekam jeszcze na potwierdzenie ze szkoły – przyp. red.)
W niewielkim Kielnie sprawa szybko wywołała poruszenie. Zarówno rodzice uczniów, jak i inni mieszkańcy miejscowości uznali to za profanację. Podkreślają, że niezależnie od osobistych poglądów nauczyciela, szkoła nie powinna być miejscem takich gestów. To – ich zdaniem – godzi w wiarę uczniów i ich rodzin.

                
                    
                
                Pikietę w obronie krzyża zorganizowały lokalne struktury Konfederacji Korony Polskiej. Inicjatywa wyszła od Konrada Niżnika, przewodniczącego okręgu Gdynia. Wzięły w niej udział lokalne struktury Ruchu Narodowego, Ruchu Obrony Granic, przedstawiciele PiS-u, ale także zwykli Polacy.
– Nie przyszłam tu bronić krzyża jako gorliwa katoliczka, lecz małego człowieka, który przede wszystkim powinien być uczony szacunku do prawa i konstytucji – mówi mi Adela Czaplińska. – A w tej sprawie doszło do złamania prawa. Naszym obowiązkiem jest dopilnować, by było ono przestrzegane także wobec dzieci.
Jak dodaje, sytuacja mogła zostać rozwiązana inaczej. – Nie byłoby problemu, gdyby załatwiono to w sposób kulturalny. Tymczasem mamy do czynienia z chamstwem – ocenia wyrzucenie krzyża do śmietnika. 
Uczestnicy pikiety przyszli z flagami i transparentami, na których widniały hasła, m.in. "Nie zdejmę krzyża z mojej ściany – za żadne skarby świata", "Niszczenie krzyża to brak tolerancji", "Krzyż – fundament mojej wiary", "Bóg, Honor, Ojczyzna", a także z różańcami i drewnianymi krucyfiksami. Modlili się i zaśpiewali Rotę.
Wśród nich była także Magdalena Dziurdzia, miejscowa artystka. Jak mówi, na początku nie mogła uwierzyć, że sytuacja wydarzyła się naprawdę. – Na początku myślałam, że to fejk, że ktoś puścił taką informację tylko po to, żeby ośmieszyć katolików i wywołać zamieszanie – tłumaczy. – Zaskoczyło mnie, że wydarzyło się to tak blisko, że ta historia jest tak namacalna. Nie gdzieś w głębi Polski czy w innym kraju, ale u nas, i to w szkole, do której chodziły moje dzieci. To było dla mnie tak szokujące, że aż wbiło mnie w fotel – dodaje.
Dziurdzia podkreśla, że nie miała wątpliwości, że powinna wziąć udział w pikiecie i bronić krzyża. Zajmuje się pisaniem ikon i jest osobą wierzącą.
– Poczułam, że mój głos musi wybrzmieć. Nie ma zgody na obrażanie Pana Boga – mówi artystka. – Jeśli ktoś obraża samego Pana Boga, to jednocześnie obraża przekonania tych dzieci i ich rodziców. Chciałam też wesprzeć dzieci i rodziców, którzy byli głównym bohaterami tego wydarzenia.
I dorzuca: – Chrześcijaństwo było z nami, gdy rodziła się Polska i Europa. Przyszło do nas w czasach, gdy w Europie nie istniała jeszcze żadna państwowość. To właśnie ta wiara stała u podstaw budowania Polski i Europy. Nie da się oderwać naszej tożsamości od tego faktu.
Cieszy ją, że pikieta miała charakter pokojowy. – Nie było żadnego skandowania, mowy nienawiści, żadnej prowokacji – podkreśla. 
Zapytałam ją o nauczycielkę. Jej zdaniem osoba, która nie szanuje przekonań religijnych innych ludzi, nie powinna uczyć i jednocześnie mówić dzieciom o tolerancji. – Te dwie rzeczy całkowicie się ze sobą kłócą – uważa.
Anna (imię na prośbę zmienione) z gm. Szemud nieśmiało broni nauczycielki. – Nie wiem, czemu to zrobiła, ale teraz wszyscy ją oceniają, mówią o niej. Nie wiadomo, co dalej z nią. Takie sytuacje zawsze są przykre. Nie pochwalam tego, co zrobiła, ale to nie jest jakaś morderczyni. 
Rzeczywiście, o Kielnie huczy cała Polska. A ja rozumiem emocje moich bohaterek. 
Sprawa nabiera nowego wymiaru, gdy w czwartek po południu pojawiają się sugestie, że mogło wcale nie chodzić o tradycyjny krucyfiks. Że to przedmiot z drukarki z 3D. A to by zmieniało jednak postać rzeczy. 
Portale prześcigają się w domysłach, co tak naprawdę nauczycielka wyrzuciła do kosza? 
Ja pytam u źródła. Zdjęcie przedmiotu przypominającego krzyż bez figurki Jezusa Chrystusa przesyła mi asp.sztab. Anetta Potrykus z KPP w Wejherowie. Rzeczniczka dostała zgodę na udostępnienie dowodu w sprawie, który jest w posiadaniu Prokuratury Rejonowej w Wejherowie. A my otrzymaliśmy zgodę na publikację. 
Wójt Szemudu: Ja się temu sprzeciwiam!
Dlaczego to zmienia postać rzeczy? A to dlatego, że na samym oburzeniu, pikiecie i emocjach się nie skończyło. Sprawa odbiła się szerokim echem. Mamy zawieszoną w obowiązkach służbowych do czasu wyjaśnienia okoliczności zdarzenia nauczycielkę, wójta gminy Szemud Ryszarda Kalkowskiego, który złożył w tej sprawie zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej w Wejherowie, zapewnił poszkodowanym pomoc psychologiczną i wyraził sprzeciw wobec tego, co się stało. 
"Pragnę jednoznacznie podkreślić, że jako wójt gminy sprzeciwiam się niszczeniu, usuwaniu lub znieważaniu jakichkolwiek symboli religijnych, niezależnie od wyznania. Gmina konsekwentnie stoi na stanowisku poszanowania wszelkich przekonań religijnych, wzajemnego szacunku oraz dialogu opartego na faktach" – czytam w komunikacie.
Mamy dyrektorkę szkoły, która zapewnia, że "prowadzi czynności mające na celu wszechstronne wyjaśnienie okoliczności związanych z wydarzeniem" i współpracuje z organem prowadzącym oraz Kuratorium Oświaty w Gdańsku.
Mamy też Metropolitę Gdańskiego, abp Tadeusza Wojdę, który wymaga dokładnych i rzetelnych wyjaśnień, również ze strony organu prowadzącego.
Do sprawy odniósł się nawet sam minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek.
"Uważam, że trzeba szanować polską tradycję i uczucia religijne" – podkreślił w rozmowie z Polsat News.
Ale najważniejsze: mamy nauczycielkę, na którą dziś patrzy cały kraj. I którą pół Polski oskarża i linczuje. 
I tak bardzo mi szkoda, że krzyż tak bardzo dzieli, w podzielonym już kraju.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e7a21749fbc3665a7f37c5530d88440b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e7a21749fbc3665a7f37c5530d88440b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Krzyż w śmietniku podzielił Polskę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/636744,zetki-robia-rewolucje-na-rynku-pracy-awans-tak-ale-tylko-na-ich-warunkach</guid><link>https://natemat.pl/636744,zetki-robia-rewolucje-na-rynku-pracy-awans-tak-ale-tylko-na-ich-warunkach</link><pubDate>Sat, 03 Jan 2026 13:28:24 +0100</pubDate><title>Zetki robią rewolucję na rynku pracy. Awans? Tak, ale tylko na ich warunkach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/632d3af2f883d6011e889f364cd70a3d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Boomerzy tego nie zrozumieją. Zmęczeni, całkowicie oddani firmie, poluzowujący krawaty po kolejnych nadgodzinach. Wszystko dla awansu. Młodzi? Nie chcą poświęcać całego życia dla hierarchii. – Jeśli awans oznacza nadgodziny, pracę w weekendy czy ciągłe bycie pod telefonem, większość Zetek po prostu odrzuca taką opcję. To musi być awans na ich własnych zasadach – komentuje Natalia Leśnikowska, coach i mentorka kariery. Czym jest career minimalism?

Długo i mozolnie. Szczebel po szczebelku. Za najniższą stawkę i od najniższego stanowiska. W pocie czoła, niezliczonych nadgodzinach, kosztem wielu wyrzeczeń. Tak wyglądała kiedyś droga do awansu. Stawką były pieniądze i prestiż. Sukces wymagał cierpliwości, poświęceń, podporządkowania i lojalności wobec pracodawcy. 
Career minimalism
Widzieliśmy to u rodziców i ich znajomych. Jeszcze zdążyliśmy (mam na myśli Millenialsów) zanotować w kajeciku: "Ucz się ucz, nauka to potęgi klucz", "Bez pracy nie ma kołaczy", "Grosz do grosza, a będzie kokosza". I uwierzyć, że bez ciężkiej pracy zostaniemy w tym miejscu, w którym zaczęliśmy. 
A potem przyszło pokolenie Z i tupnęło nogą. Bo Zetki delektujące się matchą, scrollujące social media i słuchające podcastów, nie chcą żyć jak ich rodzice czy dziadkowie.
Praca nie musi być dla nich drogą na szczyt. Nie musi wysysać całej energii. Awans? Owszem, ale nie za cenę prywatnego życia. Nie chcą piastować stanowisk, od których będą pękać z dumy. Wyższa pensja? Tak, jeśli nie oznacza całkowitej rezygnacji z czasu dla siebie. 
Zetki wybierają career minimalism. To świadome ograniczanie ambicji zawodowych na rzecz jakości życia i równowagi. Wiedzą, że praca służy życiu, a nie odwrotnie. Awans musi się opłacać. A nie być dodatkowym obciążeniem. 
Martyna ma 28 lat. Śmieje się, że jest starawą Zetką. Zdążyła jeszcze pożyć według schematu narzuconego przez rodziców: studia prawnicze, stypendia naukowe, plan kariery. A potem rzuciła wszystko i…zatrudniła się w państwówce za najniższą krajową. Koleżanki z pracy: dużo starsze, kręciły głowami z niedowierzaniem i robiły wielkie oczy. Tak zmarnować szansę!
Ale była nieprzejednana. Nie chciała powielić losów rodziców, wziętych prawników, których domem była kancelaria. 
Nieobecni. Tak jedno słowo oddaje wszystko, co Martyna chciałaby o nich powiedzieć. Mogłaby opowiadać godzinami, ale spieszy się na basen.
– Mam pracę w sztywnych godzinach. Nie zabieram jej do domu. Nie żyję pod telefonem, ani pod mailem – wylicza niemal jednym tchem. – Jeśli kiedyś będę mamą, mam szansę pogodzić obowiązki zawodowe z macierzyństwem. 
Sobotę zacznie treningiem na siłowni, w niedzielę wyskoczy na narty. Lubi mieć zapełniony kalendarz po brzegi, ale ma jeden warunek: to ona sama go sobie zapełnia. Nie szef. 
Pytam, czy kiedyś nie będzie żałować, że porzuciła perspektywę prawniczej kariery dla mało prestiżowego stanowiska.
– Wydaje mi się, że nie – ostrożnie waży słowa. – Póki co cenię sobie święty spokój. Nie chcę być pod presją, nie chcę wyścigu szczurów. Nie chcę padać ze zmęczenia jak moi rodzice. Lubię wiedzieć, że po pracy mogę po prostu wrócić do swojego życia. To dla mnie ważniejsze niż tytuły czy wyższe pensje.
Elastyczność i odwaga
Czy awans rzeczywiście przestał być zupełnie kuszący dla pokolenia Z? Zapytałam o to Natalię Leśnikowską, certyfikowanego coacha, trenerkę, mentorkę kariery i właścicielkę marki Promotion Coaching. 
– To, czy młodzi ludzie zdecydują się na awans, w dużej mierze zależy od jego kosztów. Jeśli pozwala łączyć życie zawodowe z prywatnym, oferuje ciekawe wyzwania i daje możliwość wykonywania pracy, która ma realną wartość, mogą się na niego zdecydować. Ale jeśli wiązałby się z nadgodzinami, pracą w weekendy czy ciągłym byciem pod telefonem, większość Zetek po prostu odrzuci taką opcję. To musiałby być awans na ich zasadach, w zgodzie z własnymi wartościami, a nie jedynie kolejny szczebel w hierarchii – tłumaczy ekspertka. 
Jak dodaje, młodzi ludzie chcą mieć poczucie sensu w tym, co robią. Nie chcą bezmyślnie "klepać w klawiaturę" – potrzebują przekonania, że ich praca ma znaczenie. Gdy tego poczucia brakuje, szukają zmiany.
– Elastyczność i odwaga do eksperymentowania to cechy, które wyróżniają pokolenie Z. Nie boją się zrezygnować z dotychczasowej pracy, gdy pojawia się ciekawsza okazja. Nie paraliżuje ich strach przed porażką ani obawa, że sobie nie poradzą. Wręcz przeciwnie – próbują, testują nowe możliwości i chętnie eksperymentują – opisuje Natalia Leśnikowska, komentując postawę Zetek na rynku pracy.
Janek zmieniał w 2025 roku pracę już trzy razy. Ukończył liceum, nie wiedział, co chce robić dalej. Przez chwilę był dostawcą jedzenia, potem kelnerem. Ostatnio zatrudnił się w ochronie. Świetnie zdana matura, certyfikaty z angielskiego. Wszystko to, co mogłoby otworzyć przed nim szerokie możliwości. 
A jednak Janka nie ciągnie do tradycyjnej ścieżki kariery. Nie kusi go biuro, nie pociąga pozycja ani prestiż. – Potrzebuję pieniędzy, żeby utrzymać się na stancji z dziewczyną. Praca nie musi być sensem mojego życia. Ma nakarmić i opłacić rachunki – twierdzi. 
Dziadek Janka chciałby, żeby wnuk został lekarzem. Ale Jankowi ta wizja jest zupełnie obca. 
Career minimalism wśród Zetek to trwały trend czy może chwilowa moda?
– To zjawisko z pewnością będzie się utrzymywać, bo młodzi ludzie bardzo cenią czas wolny i szeroko rozumianą wolność – prognozuje Natalia Leśnikowska. – Wielu z nich nie godzi się na narzucanie sztywnych zasad dotyczących tego, jak i gdzie mają pracować. Kiedy czują się nadmiernie kontrolowani lub zamknięci w ograniczających strukturach, decydują się na zmianę. Mają odwagę szukać dalej.
Jak dodaje, w przeciwieństwie do starszych pokoleń, takich jak X czy Y, nie kierują się lękiem przed utratą pracy ani przekonaniem, że każdej oferty należy się kurczowo trzymać. – To osoby otwarte na zmiany, chcące działać na własnych zasadach. Czas wolny, przestrzeń na rozwijanie pasji oraz możliwość podróżowania są dla nich wartościami równie istotnymi jak stabilność zawodowa – tłumaczy mentorka kariery. 
Po pandemii wiele osób zaczęło szukać pracy zdalnej, którą można wykonywać z dowolnego miejsca na świecie. – Wydaje się, że pokolenie Z doskonale odnalazło się w tym modelu – zauważa Leśnikowska. – Wiele Zetek, z którymi pracuję jako mentorka kariery, często deklaruje, że nie chce pracować do emerytury. Ich celem jest zarobić jak najwięcej możliwie szybko, a później samodzielnie zaplanować życie na emeryturze – często wcześniej niż w wieku 65 lat.
Jak podkreśla, dla młodych ludzi cenne są nie tylko elastyczność i czas, ale także warunki finansowe. – Stawiają wysokie wymagania płacowe, są świadomi swoich kompetencji i wartości, jakie wnoszą, i nie boją się otwarcie mówić o swoich oczekiwaniach – dodaje.
Zauważa, że dla Zetek coraz popularniejsze staje się łączenie różnych źródeł dochodu. Nie ograniczają się do etatu w jednej firmie. 
– W praktyce oznacza to prowadzenie kanałów na YouTubie, rozwijanie własnej marki osobistej, nagrywanie podcastów, wydawanie książek czy realizowanie innych projektów generujących dodatkowy dochód.
Jak zaznacza Natalia Leśnikowska, do tego dochodzi sprawne korzystanie z narzędzi cyfrowych i sztucznej inteligencji. 
– Wierzę, że w dłuższej perspektywie młodzi ludzie będą dążyć do tego, by nie poświęcać pracy aż pięciu dni w tygodniu. To naturalna konsekwencja ich podejścia do czasu, wolności i równowagi między życiem zawodowym a prywatnym – podsumowuje. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/632d3af2f883d6011e889f364cd70a3d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/632d3af2f883d6011e889f364cd70a3d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Career minimalism to świadome ograniczanie ambicji zawodowych.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/636372,huk-smrod-i-strach-ale-polska-w-sylwestra-znow-wytrze-sobie-gebe-tradycja</guid><link>https://natemat.pl/636372,huk-smrod-i-strach-ale-polska-w-sylwestra-znow-wytrze-sobie-gebe-tradycja</link><pubDate>Tue, 30 Dec 2025 14:14:05 +0100</pubDate><title>Huk. Smród. I strach. Ale Polska w Sylwestra znów wytrze sobie gębę tradycją</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/caa976947e8a5de0c00b7509282909be,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nadchodzi najgorsza noc w roku. Dzieci będą sinieć, starsi drżeć ze strachu, psy padać na zawały. A wszystko to w imię tradycji, huku i swądu spalenizny. Ale kasa musi się zgadzać.

Byłam w piątej klasie podstawówki, kiedy koleżance wpadł do ucha odłamek petardy. Na jakiś czas ogłuchła. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba to stało się wiosenną porą. "Wspaniały" czas na takie eksplozje. 
Mieliśmy wtedy zajęcia z WF-u na boisku szkolnym: chłopcy i dziewczynki razem. Za siatką banda dzieciaków bawiła się petardami. Koleżanka niefortunnie stała najbliżej.
To były czasy, kiedy nikt się nie patyczkował, więc wuefista przeskoczył przez siatkę, wytargał bezmyślnego gagatka za ucho i nakazał natychmiast doprowadzić się pod drzwi mamusi. Na pewno była z syna dumna. W tym czasie inna nauczycielka wzywała karetkę. Wykrzywioną z bólu twarz koleżanki mam do dzisiaj przed oczami. 
Dźwięk jak tortura
Strzelanie petardami zawsze mnie właściwie intrygowało. Co właściwie daje temu, kto strzela? Adrenalinę? Podniecenie? Poczucie władzy? A może po prostu zabija nudę?
Bo o ile fajerwerki potrafią jeszcze choć na chwilę upiększyć ciemne niebo kolorami, o tyle petarda sprowadza się do dwóch słów: huk i smród. Ani w tym widowiska, ani piękna. Totalny absurd.
Może w tym odpalaniu chodzi o element niepewności: czy tym razem stracę palce, czy jeszcze nie? Kuszące ryzyko. 
I mogłabym tak sobie kpić i zrzucać winę na bandę dzieciaków, pijanych dorosłych albo miłośników tradycji. Ale petardy nie biorą się znikąd. To biznes. Na dodatek Polska jest w czołówce Europy: kilka dni w roku przynoszą wielomilionowe obroty.
Jednak ten huk ma też swoją cenę. Płacą ją ci, dla których Sylwester jest nocą strachu i paniki. Znam uroczą dziewczynkę, która ma nadwrażliwość na dźwięki. Kilka lat temu ktoś rzucił petardę niemal pod jej stopy. Zsiniała. Stała w bezruchu przez dłuższą chwilę, jakby ją zamroziło.
A przecież człowiek całe życie się uczy. Edukuje się. Jego świadomość rośnie. To, czego dwadzieścia lat temu jeszcze nie wiedzieliśmy, dziś jest oczywiste: taki dźwięk może być torturą dla osób w spektrum autyzmu. Autysta może zwymiotować ze strachu, może chcieć uciec, może zareagować agresją.
Pies może umrzeć na zawał. I umiera. Tak jak czworonóg przyjaciel mojej znajomej. 
I niby ta świadomość rośnie, ale jednak nie u wszystkich. Bo ktoś jednak kilkulatce rzucił petardę pod nogi. I kogoś to szalenie rozbawiło.
Najsmutniejsze jest to, że wszystko odbywa się w imię tradycji. Ot, słowo-wytrych. Łatwiej jest sobie wytrzeć gębę tradycją niż uderzyć się w pierś.
Nie wszędzie jednak na szczęście tradycja wygrywa z odpowiedzialnością. Są kraje, które uznały, że rachunek zysków i strat po prostu się nie zgadza. Na przykład taka Holandia:  zdecydowała się na ogólnokrajowy zakaz sprzedaży i używania fajerwerków. Ustawa ma wejść w życie w 2026 roku. Oczywiście, że branża pirotechniczna zapiera się rękami i nogami. I już liczy straty. 
Ale holenderskie władze są nieprzejednane. Mówią wprost, że chodzi im o dobro zwierząt, które każdej nocy sylwestrowej przeżywają traumę. Ale oczywiście chodzi też o ludzi. Nie tylko o tych, którzy reagują strachem na huk, ale także o tych, którzy fundują traumę innym. 
Co roku holenderskie szpitale przyjmują ofiary zabaw materiałami pirotechnicznymi. A widoki są średnie: pourywane palce, uszkodzony wzrok, trwałe urazy słuchu, poparzenia. 
Tylko podczas zeszłego sylwestra w Holandii z powodu wystrzałów zginęły dwie osoby, a 1162 wymagały natychmiastowej pomocy medycznej. To już nie przelewki.
Dlatego rząd w Hadze wzywa inne kraje Unii Europejskiej do współpracy – łatwiej połączyć siły. Jeśli handel kwitnie tuż za miedzą, trudno o ukrócenie tego procederu na większą skalę. Tym bardziej, że jest obawa, że zwiększy się szara strefa. 
Ważna sprawa: zakaz fajerwerków nie wynika z fanaberii ani ideologii. Wynika z liczb, z raportów, z danych ze szpitali i od służb ratunkowych. Ot, chłodna kalkulacja. 
A to Polska właśnie
Polskie oddziały ratunkowe też mają co robić w noc sylwestrową. Każdego roku karetki pędzą do ofiar wystrzałów petard i fajerwerków.
Nas rząd popiera ograniczenia, ale nie zamierza wprowadzać ogólnokrajowego zakazu. Zamiast tego decyzja trafia w ręce samorządów, które otrzymają uprawnienia do regulowania używania materiałów pirotechnicznych na swoim terenie. Władze Krakowa stanęły na wysokości zadania. 
Ostatnio Kraków mi naprawdę zaimponował – wprowadził coroczny zakaz używania fajerwerków. Owszem, w noc sylwestrową można będzie postrzelać, ale tylko przez cztery wyznaczone godziny. To zawsze lepiej, niż lepiej niż straszenie petardami, które trwa już czasem na kilka dni przed Sylwestrem. 
Żeby nie było tak słodko: wojewoda małopolski zapowiedział, że zaskarży tę uchwałę. Trzymam mocno kciuki, żeby mu się nie udało. 
O wprowadzenie podobnych regulacji na poziomie całego kraju walczą różne organizacje społeczne. Apelują, uświadamiają, starają się poruszyć opinię publiczną i wstrząsnąć tymi, którzy tego jeszcze nie rozumieją.
Na przykład Akcja Demokracja zaapelowała o natychmiastowy zakaz sprzedaży i odpalania fajerwerków. "Fajerwerki i petardy nie są niezbędnymi elementami dobrej zabawy. Są za to źródłem strachu, bólu i śmierci. Polska nie może być krajem, w którym jest na to pozwolenie" – podkreślają autorzy petycji skierowanej do rządu. 
I ja się pod nią podpisuję.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/caa976947e8a5de0c00b7509282909be,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/caa976947e8a5de0c00b7509282909be,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polska w Sylwestra znów wytrze sobie gębę tradycją fajerwerków.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/632705,list-czytelniczki-jestem-pro-life-znam-kobiety-takie-jak-ja-ktore-mialy-aborcje-i-to-rozumiem</guid><link>https://natemat.pl/632705,list-czytelniczki-jestem-pro-life-znam-kobiety-takie-jak-ja-ktore-mialy-aborcje-i-to-rozumiem</link><pubDate>Mon, 29 Dec 2025 07:07:26 +0100</pubDate><title>&quot;Jestem pro-life. W 2026 roku życzę wszystkim kobietom prawa do aborcji&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fc887901adfb439b2bbd8dbde918ed5a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Jestem pro-life. Ale bardzo łatwo mi jest być za życiem. Codziennie myślę o kobietach, które nie miały już takiego szczęścia" – pisze w liście do redakcji nasza czytelniczka.

Nigdy nie zrobiłabym aborcji. Jestem prolajfem. Nie miałam strzały na profilowym. Nie chodziłam na marsze. Nie protestowałam.
Ale też łatwo mi jest być pro-life. Mam zdrową córkę. Wychuchaną. Zaplanowaną. W momencie, kiedy ją sobie wymarzyłam, miałam związek i mieszkanie. Nic już z tego nie zostało. Ale jest ona. 
Po pozytywnym teście powiedziałam ojcu dziecka, że cokolwiek się stanie, to urodzę. W tej jednej sprawie byliśmy zgodni.
Ciąża książkowa. Boże, ja nawet ani razu nie wymiotowałam!
Nie wiedziałam, o co chodzi, kiedy koleżanki narzekały na mdłości, zaparcia i opuchliznę. Miałam figurę modelki i brzuch jak piłka. Ani jednego rozstępu. 
Wszystko szło jak z płatka. Po dziewięciu miesiącach niebo się rozstąpiło i oto ona: 10/10 w skali Apgar. 
Nie miała gdzie pójść 
Ale wiem, że wszystkie kobiety, to nie ja.
Kaśka miała ledwo skończone 18 lat. Pamiętam, jak huśtałyśmy się razem w dzieciństwie. Jej rodzice pili. Pięć osób mieszkało w dwóch pokojach.
Zakochała się w największym osiedlowym łobuzie. Później widziałam ją w za dużych swetrach. Urodziła Maciusia. Przerwała szkołę. Małe łóżeczko ustawiła między swoim łóżkiem a kanapą siostry. Przy ścianie spała babcia. Opowiadała mi o tym mama. Działała w Caritasie i nosiła im jedzenie. I ubranka dla Maciusia. Był zdrowy i piękny.
"Jak zajdziesz jeszcze raz w ciążę, to możesz wypier*alać z domu" – powiedział Kaśce ojciec.
Nie było miejsca, nie było co jeść. Czasy sprzed 500 plus. Kaśka z tego smutku zaczęła też popijać. Ale kochała syna. Tuliła go z całych sił. 
A potem ojciec Maciusia wyszedł z więzienia.
I Kaśka znów była w ciąży.
Dawne czasy. Ledwo weszliśmy w nowy wiek. Internet dopiero raczkował. Nie było grupek na Facebooku, gdzie można było znaleźć wsparcie. Nikt nie mówił: "zaopiekuj się sobą". Nikt nie pochylał się nad emocjami. Ojciec Kaśki pijany darł się z całych sił, że ma z Maciusiem wypierd*alać. 
Ale Kaśka nie miała gdzie pójść. Więc ciążę usunęła. 
Albo Basia. Życie w cieniu choroby siostry, która miała rzadką genetyczną chorobę. Siostra całe życie leżała i krzyczała. Z rodzicami raz w tygodniu wkładali ją do wanny. Ile to ona razy się przedźwigała. Zamieniali się przy niej. Robili rozpiskę. 
Nie jeździła na wycieczki szkolne, bo musiała być kasa na pampersy dla jej siostry.
Basia nie mogła się skupić na nauce. Była bardzo ambitna. Spotykałam ją na ławce w parku z nosem w książce. Marzyła o wielkiej miłości. Modliła się o dobrego męża. I wymodliła. Był piękny ślub, a potem ciąża.
Lekarze wykryli u jej dziecka poważną wadę. Nie pamiętam nazwy. Wiem tylko, że jej dziecko miało tak samo, jak jej siostra leżeć i krzyczeć. Przez całe swoje życie. 
Basia powiedziała, że nie da rady. Że już drugi raz tego nie przejdzie. Że Bóg tak wcale nie chciał. Że musiał się pomylić. 
Zrobiła aborcję. Mężowi powiedziała, że poroniła. 
"Co mam zrobić, pomóżcie"
To są stare historie. Ale codzienność kobiet, które są w ciąży, ale nie mogą urodzić, rok za rokiem wygląda dokładnie tak samo: strach, samotność, dramatyczne decyzje. Wystarczy poczytać posty na grupach na Facebooku. 
Zdania: "Gdzie zamówić tabletki, to już 7. tydzień?", "Jestem na lekach uspokajających", "Boję się", "Co mam zrobić, pomóżcie", nie świadczą raczej o pewności i zaopiekowaniu. 
Świadczą o tym, że nie ma legalnej aborcji. 
I nic w tej sprawie się nie dzieje. Jakieś rozmowy się toczą, politycy zapowiadają zmiany, komisje mają "zająć się projektami", media co jakiś czas donoszą, że "już zaraz, już niedługo". 
Największe nadzieje były chyba po zmianie rządu. Kiedy dwa lata temu władzę przejęła ekipa Donalda Tuska, wiele kobiet domagających się legalnej aborcji odetchnęło z ulgą. "Zadba o nas, zapewni". Ale nic takiego się nie stało.
Nowy marszałek Sejmu, Włodzimierz Czarzasty, zapowiedział, że rozmowy o zmianach w prawie aborcyjnym ruszą na początku przyszłego roku. Z jednej strony to dla wielu kobiet jakaś szansa, z drugiej uczucie irytacji, że znów ten temat się odracza. Nawet nie wiadomo na kiedy, bo nie padła konkretna data.
Kobiety wciąż muszą szukać pomocy w podziemiu aborcyjnym, ukrywać swoją sytuację, wyjeżdżać za granicę lub szukać wsparcia w internecie.
Kaśki, Baśki i Lidki.
Z Lidką było zupełnie inaczej. Miała taką samą wychuchaną córkę jak ja. I raczkującą depresję. A potem romans. Lidka pracowała na umowę o dzieło, mieszkała z córką na stancji. Rodzice nie żyli. Rodzeństwa brak. Zero oszczędności. Kilkadziesiąt tysięcy długu i komornik na karku.
Kochanek powiedział, że jak urodzi, to ją zniszczy. Że zrobi wszystko, żeby wylądowała z córką na ulicy. Lidka nigdy nie miała pewności siebie. Wierzyła w każde jego słowo. Bała się.
Ciążę usunęła. To było tuż po wyroku Trybunału. Obawiała się, że pójdzie do więzienia. 
W końcu aborcja jest nielegalna, a więc zła. Trzeba ją ukryć. No to kobiety ją ukrywają. Zamawiają tabletki od nieznanych sprzedawców. Nie mówią nikomu o swoich obawach. Będąc poza systemem, ryzykują swoje zdrowie.
Podobno 300 Polek dziennie przerywa ciążę.
Podejrzewam, że zabieg aborcji to nie jest wizyta u kosmetyczki. To nie jest tak: w poniedziałek dentysta, we wtorek pozbędę się zarodka.
Życie nie zawsze układa się według naszych przekonań. Choroba, przemoc, brak wsparcia czy po prostu dramatyczna sytuacja zmusza czasem do wyboru, którego nikt nie chciałby podjąć. I nie wolno nam ich oceniać.
Kończy się 2025 rok i mamy duży problem. Państwo nadal pozostaje bierne. Kobiety zostały w tym rozdarciu same: muszą żyć w kraju, gdzie o ich prawach się mówi, ale nikt ich nie chroni. Ponoszą koszty. W przenośni i dosłownie. Zabieg poza granicami kraju to ok. 10 tys. złotych.
Czy Polki jeszcze wierzą, że coś się zmieni? Czy wierzą w obietnice polityków, komisje, projekty leżące latami na półkach? 
Jestem pro–life. Ale życzę wszystkim kobietom w Polsce, żeby miały prawo wyboru. I jak już go dokonają, żeby nie musiały radzić sobie same. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fc887901adfb439b2bbd8dbde918ed5a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fc887901adfb439b2bbd8dbde918ed5a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Nigdy nie zrobiłabym aborcji, ale uważam, że kobiety powinny mieć do niej prawo&quot; - pisze nasza czytelniczka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/632540,prywatne-konce-swiata-nie-myslalam-ze-bede-umiala-dalej-zyc</guid><link>https://natemat.pl/632540,prywatne-konce-swiata-nie-myslalam-ze-bede-umiala-dalej-zyc</link><pubDate>Fri, 26 Dec 2025 13:16:33 +0100</pubDate><title>Prywatne końce świata. &quot;Nie myślałam, że będę umiała dalej żyć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/812baaf45ff113783b3ce3f5ac7b4a1b,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Moment końca świata. Twojego świata. Uczucie, że dalej nic się nie wydarzy. Że jutra już nie będzie. – Mam takie swoje powiedzonko: "ja nie umrę, bo ja już nie żyję”. Wiem, że w moim życiu stało się już coś, co absolutnie miało mnie zabić. A jestem. Mam tę siłę. Jest takie pojęcie dezintegracji pozytywnej. To oznacza, że trzeba rozpadu, żeby na nowo się zbudować – mówi Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka.

Alicja ma 40 lat i mówi, że składa się z "końców świata". Naliczyła trzy. 
Pierwszy był w dzieciństwie. Miała 9 lat, kiedy koleżanka powiedziała, że święty Mikołaj nie istnieje. A to rodzice robią prezenty. Zacisnęła piąstki. Wściekła się. Od razu pomyślała: "Przecież moi rodzice nie mają pieniędzy". A jednak prezenty dostaje. To znak, że Mikołaj musi przychodzić do dzieci.
– Najpierw na skargę poszłam do nauczycielki. Gdy wróciła do domu, od progu powiedziałam siostrze: "Ania kłamie z Mikołajem". Usłyszałam wtedy: "No już nie jesteś taka głupia. Już nie trzeba cię kłamać" – opowiada. 
Zapadła się w sobie. Czuła, jakby właśnie skończyło się dzieciństwo. I wszystko, w co przez ostatnie dziewięć lat wierzyła. Wszystko, na co czekała. 
– Od tego momentu święta mnie nie cieszą – przyznaje. Dziś sama ma córkę. I nie rozumie, dlaczego nikt wtedy w empatyczny sposób z nią nie porozmawiał. Nie ubrał w inne, mniej bolesne słowa tej opowieści. Nie ukoił jej smutku. 
Może to było przygotowanie na kolejne kryzysy. 
Przez faceta
Była wtedy na studiach. Od trzech lat w szczęśliwym związku. Chociaż on przeważnie nie miał dla niej czasu. – Zostawił otwartą pocztę. W mailu była wiadomość od kobiety: "Wspaniale całujesz. Nie mogę doczekać się kolejnego spotkania" – wyrzuca słowa. 
Dokładnie pamięta: miała na sobie obcisłe jeansy, top, półdługie włosy, a na nosie okulary. Łzy ciekły jej z oczu. Było upalne lato, a ona czuła się zamrożona. Sparaliżowana. 
Nie pomogło. W sercu czuła silny ucisk. Nie mogła oddychać. Upokorzenie. Chociaż wiedziała, że to nie ona powinna nosić wstyd. 
– Wtedy mi się wydawało, że jutra już nie będzie. Że jeśli się położę, to już nie wstanę. Nie obudzę się – mówi smukła blondynka. 
W kilka dni schudła 5 kilogramów. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że za kilka lat sytuacja się powtórzy. 
Zaczęło się przewrotnie. Historię miłości Alicja opowiada chronologicznie. Pracowała wtedy jako dziennikarka, publikowała teksty w internecie. – Dziesięć lat temu ktoś w internecie wylał mi na głowę wiadro pomyj. Wywlekał w komentarzach sprawy prywatne, wręcz intymne. To były kłamstwa na mój temat – dziś żałuje, że wtedy z tą sprawą nie poszła na policję. Bardzo to przeżyła.
Osiem lat później wróciła do mężczyzny, z którym przed laty się spotykała. Nie mieszkali razem. Przez dwa lata ze sobą żyli, choć w osobnych domach, na własne rachunki. Znał jej rodziców. Nosił na barana jej córkę. Mieli wspólne plany, wyjazdy. Milion zdjęć. 
– Na komunii mojej córki okazało się, że to on był... moim hejterem z 2015 roku. Sam się wydał. Okazało się, że to on wylewał na mnie wiadro pomyj. A potem napisał do mnie, że chce się spotkać, spróbować jeszcze raz. Mój hejter – denerwuje się Alicja. 
– Nie kochałam go, ale dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś, z kim jadłam, spałam i jeździłam na wycieczki okazał się takim skur***ynem – dorzuca.
Trzeci raz na głowę runął jej cały świat. Obrzydzenie, wstręt. Mówi, że nikomu już nigdy nie zaufa. Obrosła grubą skorupą. 
Ale wzięła też z historii swoich końców siłę. – Po pierwsze już wiem, że mam prawo do końca świata. Mam prawo po zdradzie się rozpaść. Tyle przeżyłam, że jestem gotowa na kolejne końce świata – śmieje się. Ale nie żartuje. 
Przez diagnozę 
Kiedy usłyszała diagnozę, czuła, jakby pękło jej serce. A ciało się zamroziło. Było bezwładne. Co robić, kiedy słyszysz, że mężowi, z którym żyjesz od kilkudziesięciu lat, zostało parę miesięcy życia? Ewie dotąd się wydawało, że działasz. Ale ona nie potrafiła. Jakby ktoś splątał jej ręce. Zamiast szukać terapii w Stanach Zjednoczonych, przewracała na patelni kotlety mielone. Na twarzy zero emocji. Blada jak ściana. 
– Nie umiem opisać, co wtedy czułam. Jakbym w ogóle tego nie pamiętała. Jakbym nie dopuszczała do siebie myśli, że to koniec – mówi 78-letnia Ewa. Minęło 12 lat.
Towarzyszyła mu w odchodzeniu, ale nieudolnie. Telefony do lekarzy, wizyty w szpitalach, wybieranie dresów, które nie będą uciskały schorowanego ciała – tym wszystkim zajmowały się dzieci i wnuki. Ona błądziła w swojej kuchni. 
– To był koniec życia, które znałam. Koniec mężczyzny, z którym byłam od zawsze. Patrzenie na jego cierpienie było okropne. Strach, że odejdzie, kiedy będę z nim sama – jeszcze większy – przyznaje. 
Po pogrzebie było jej ciężko. Zasypiała przy włączonym świetle. Najlepiej, kiedy któreś z dzieci zostawało na noc. 
– Długo nie widziałam sensu. Nie wiedziała, co mam robić i jak mam dalej żyć – dodaje. 
Ale przyszedł ten moment, kiedy poczuła, że da radę iść dalej sama. Że jej życie się nie kończy. Zmienia się tylko jego porządek. I że pustka po nim będzie już zawsze. 
Próbuje ją zasypać, zagłuszyć kryminałami, komediami, telenowelami. Ale wie, że na koniec dnia i tak się z nią zmierzy. 
– To okropne doświadczenie dało mi siłę. I już wiem, że koniec świata zawsze jest początkiem czegoś innego. No, chyba że się zdrowie posypie – żartuje. 
Przez pracę
Kiedy rozmawiamy o końcach świata, Kamila, 35 lat, od razu wypala: – Moje związane są z pracą. Ścieżkę kariery mam wyboistą. Ale w tym roku dobiłam do ściany. 
W ciągu dziewięciu miesięcy dwa razy straciła pracę. Pierwszą ze swojej winy. Ale nie przepadała za nią. Druga okazała się pracą marzeń. – Bardzo się starałam. Przez trzy miesiące zrobiłam więcej niż w poprzedniej robocie przez dwa lata – mówi. 
Kamila jest przesądna. Na okresie próbnym nie chciała mówić znajomym, gdzie pracuje. Żeby nie zapeszyć. Ale tym razem postanowiła powalczyć z wyniesionymi z domu uprzedzeniami. – Z takimi przekonaniami, że znowu na coś nie zasługuję. Że do niczego się nie nadaję – tłumaczy. 
Nieśmiało więc, ale chwaliła się nową pracą. – Ostatecznie wyszło, jak wyszło – rozkłada ręce. Po trzech miesiącach zlikwidowali jej stanowisko. Nie przedłużyli umowy. 
Przez pierwsze tygodnie trzymała się myśli, że może to pomyłka. – I byłabym w stanie wrócić do tej pracy, mimo że potraktowali mnie w taki sposób – mówi. 
Ale kiedy koleżanka z biurka obok przejęła jej obowiązki, nadzieja umarła. 
– Czy to twój pierwszy koniec? – pytam. 
– Podobnym momentem był koniec studiów. To przejście między karierą ucznia a pracą. Gdybym mogła coś zmienić, tobym to zrobiła. Ale tylko mając doświadczenie i mądrość z teraz. Ale wolałabym być na skraju końca swojego świata sprzed 12 lat niż teraz. Teraz najbardziej liczę na wygraną w Eurojackpot. 
Jak przejść przez "koniec świata"?
Daria Różańska: "Prywatny koniec świata”, moment, kiedy wydaje się, że jutro nie przyjdzie. Trafiają do pani pacjenci z takimi doświadczeniami?
Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka: Każdy na prywatny użytek inaczej nazywa ten swój koniec świata. To są i „trzęsienia ziemi”, i „całkowity rozpad”. 
Co to właściwie jest? 
Egzystencjaliści powiedzieliby, że są to sytuacje graniczne. Można je wykorzystać w sposób pozytywny. Ale można też w takim punkcie życia pozostać. W skrajnych przypadkach taki koniec świata może zakończyć się samobójstwem.
Każdy koniec świata to tak naprawdę przejście przez etapy żałoby. 
O żałobie nie mówimy tylko w kontekście odejścia kogoś bliskiego.
Tak, są różne rodzaje żałoby. Nie chodzi tylko o żałobę po śmierci, ale i o żałobę po rozpadzie związku. Budowaliśmy przecież z tym człowiekiem życie, rozpada się ten dom, nie będzie dziecka, które było w planach. 
Ale i nasze wyobrażenie o starości z człowiekiem, który jednak wybiera kogoś innego.
Dokładnie. To też może wpłynąć na naszą samoocenę. Bo to jednak prowokuje pytania: ile jestem warta, skoro odszedł do kogoś innego. 
Musimy dać sobie czas na przeżycie żałoby. Czasami pacjentki pytają mnie, ile to może trwać. Zawsze odpowiadam, że „tyle, ile trzeba”. Mamy przecież uniwersalne etapy żałoby. Badania pokazują jednak, że ich kolejność nie musi być standardowa. 
Jaki jest pierwszy etap takiej żałoby?
Na początku zwykle pojawia się szok, niedowierzania. Trochę na zasadzie, że to nie mogło się wydarzyć. 
Jedna z bohaterek powiedziała, że nie pamięta, co czuła, kiedy dowiedziała się o chorobie męża. 
Czasami nie pamięta się w ogóle tego odcinka czasu. Nie tylko emocji, ale też na przykład, kto i w jaki sposób nam to zakomunikował. 
Jakie są kolejne etapy żałoby?
Później zwykle przychodzi złość, która może być skierowana i na siebie, i na innych, i na świat. Wszystko zależy od okoliczności. Często złość jest traktowana jako emocja przyjemniejsza, jest energetyczna, wybija z odrętwienia. 
Kolejny etap to targowanie się, negocjacje. Ludzie wierzący zaczynają się wtedy na przykład modlić, składać jakieś obietnice. Byleby tylko wszystko jakoś się „odkręciło”. 
Kiedy człowiek się orientuje, że nie będzie lepiej, to przychodzi faza głębokiego smutku, poczucia beznadziei. Tu też często pojawiają się objawy somatyczne: zaburzenia snu, apetytu. Tak jakby człowiek był w depresji. I wreszcie przychodzi etap akceptacji. Ale nie każdy dotrze do tego punktu. 
Trzeba też pamiętać, by dawać sobie czas. Mówię często pacjentom, że „smutek musi się wysmucić”. Oczywiście robię rzeczy, które są dla mnie dobre (np. aktywność fizyczna, próba wyjścia do ludzi), ale jeśli potrzebuję poleżeć pod kocem i popłakać, to też mam na to prawo. 
Co dobrego z takich absolutnie patowych sytuacji zabrać?
Paradoksalnie to przede wszystkim ten koniec świata pokazuje nam, że wcale nie jest końcem świata. Mam takie swoje powiedzonko: „ja nie umrę, bo ja już nie żyję”. Wiem, że w moim życiu stało się już coś, co absolutnie miało mnie zabić. A jestem. Mam tę siłę.
Jest takie pojęcie dezintegracji pozytywnej. To oznacza, że trzeba rozpadu, żeby na nowo się zbudować. 
Imiona bohaterek zostały zmienione.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/812baaf45ff113783b3ce3f5ac7b4a1b,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/812baaf45ff113783b3ce3f5ac7b4a1b,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Każdy z nas przeżył moment, kiedy wydawało mu się, że to koniec jego świata.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/634922,boze-narodzenie-na-kredyt-za-szesc-lat-splace-ostatnia-rate</guid><link>https://natemat.pl/634922,boze-narodzenie-na-kredyt-za-szesc-lat-splace-ostatnia-rate</link><pubDate>Thu, 25 Dec 2025 08:41:35 +0100</pubDate><title>Boże Narodzenie na kredyt. &quot;Za sześć lat spłacę ostatnią ratę&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/06e374a870a56ab36cfb43e59c20947c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Świąteczne wydatki mogą kosztować więcej, niż budżet domowy jest w stanie udźwignąć. Dlatego niektórzy decydują się zadłużyć na ten czas. – Kredyt nie znika sam z siebie, tylko zostaje i prędzej czy później trzeba go spłacić. Kluczowe jest więc, by nie zamienił się w pułapkę – ostrzega prof. Andrzej Buszko, ekonomista.

Te święta Kaśka będzie spłacać przez 63 miesiące. Bank będzie pobierał od niej 63,70 zł miesięcznie, ale pierwszą ratę zapłaci dopiero w kwietniu, bo skorzystała z wakacji kredytowych lub jakiejś innej formy odroczenia spłaty. Sama dokładnie nie pamięta, jak ta opcja się nazywała – nie doczytała. Opowiada, że wniosek złożyła online, w nocy, ze ściśniętym żołądkiem, gdy zorientowała się, że do kolejnej wypłaty zostało jej tylko 1000 zł. To za mało, by przeżyć do końca miesiąca, a co dopiero zorganizować święta, kupić choinkę i prezenty. I jeszcze ubrać ładnie dzieci na kolację wigilijną. 
Święta zaskoczyły, jak co roku
– Kompletnie nie panuję nad finansami – przyznaje z rozbrajającą szczerością. – Niedawno była wypłata, ale tu dentysta, tam hydraulik, nowe buty i zimowe kurtki dla dzieci… i wszystko się rozeszło. Poza tym ja o świętach zawsze myślę na ostatnią chwilę.
Kaśka samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Alimenty? Najniższe. Podwójne 800 plus w całości pochłania edukacja: dodatkowy angielski, zajęcia sportowe, czasem prywatni specjaliści. Ma ADHD. Mówi, że nie jest w stanie regularnie zapisywać wydatków. Rachunki też często opłaca po terminie.
– Pamiętam, jak moja mama skrupulatnie notowała każdy wydatek w zeszycie. I choć żyliśmy skromnie, nie miała żadnych kredytów. A ja? Nawet ekspres do kawy kupiłam na raty – mówi bezradnie.
Liczy na to, że trafi jej się jakiś zastrzyk gotówki i spłaci kredyt wcześniej. Bo w 2031 roku tegorocznych świąt może już nawet nie pamiętać. Wtedy właśnie przypadnie jej ostatnia rata kredytu. 
Prezenty w PayPo
Wystarczyło jedno kliknięcie i mogła zapłacić później. Pamięta tę radość, kiedy w paczkomacie odbierała wymarzony zegarek do biegania i buty z górnej półki. Szykowała się do zawodów. Nie chciała jak co roku biec w byle czym. Ale magiczny przycisk okazał się ułudą. Bo i tak trzeba było zapłacić, tyle że później. 
– Niestety uzależniłam się od PayPo – przyznaje Monika. – Nie zarabiam wiele, mieszkam na stancji, a chciałabym żyć tak, jak moje towarzystwo. Teraz, przed świętami, wszystko biorę w odroczonych płatnościach. Wszystko, co się da. I sukienkę na święta, i prezenty. Nawet za dekorację do domu zapłacę za 30 dni. Najdroższe upominki zrobię rodzinie. Żeby myśleli, że mi się świetnie powodzi.
Czy często Polacy zaciągają kredyt na święta? Związek Banków Polskich wraz z firmą badawczą Minds&Roses pokusił się o zbadanie, w jaki sposób Polacy planują finansować Boże Narodzenie, czyli skąd wezmą pieniądze na prezenty, jedzenie, podróże itp. – czy z bieżących dochodów, oszczędności, czy z kredytu.
Wnioski wydają się dość optymistyczne, bo z najnowszego raportu Związku Banków Polskich "Świąteczny Portfel Polaków 2025" wynika, że Polacy raczej rzadko biorą kredyt specjalnie na święta. 
Kredyt jak pułapka
Są jednak i takie osoby, jak moje bohaterki, które wybrały takie rozwiązanie. 
– Kiedy zaciągnięcie kredytu na święta może być uzasadnione, a kiedy zdecydowanie nie? – pytam prof. Andrzeja Buszkę, ekonomistę. 
– Przede wszystkim trzeba pamiętać, że każdy kredyt trzeba spłacić – to najważniejsza zasada – odpowiada ekonomista. – Druga kwestia to cel. W przypadku świąt trudno udawać, że mogą się nie odbyć – są dzieci, rodzina, tradycja. Nic dziwnego, że chcemy je zorganizować i potrzebujemy na to środków.
– Kluczowe jest jednak dokładne przeanalizowanie warunków kredytu i ocena własnych możliwości jego spłaty – kontynuuje prof. Buszko. – Przede wszystkim trzeba dokładnie sprawdzić warunki, na jakich go bierzemy, i ocenić, czy rzeczywiście będziemy w stanie go spłacić. Wysokość zobowiązania powinna być dostosowana do naszych realnych możliwości finansowych. Jeśli dochody są wysokie, kredyt może być odpowiednio większy. Gdy jednak zarabiamy mniej, kwota zadłużenia powinna zostać "zoptymalizowana", czyli utrzymana na znacznie niższym poziomie. W parze z tym musi iść racjonalizacja wydatków – kredyt nie może przekraczać naszych możliwości.
Poprosiłam też profesora o skomentowanie danych mówiących o tym, że aż 82 proc. ankietowanych zamierza opłacić święta z bieżących dochodów, a jedynie 4 proc. zaciągnie kredyt na święta. Czy to optymistyczne wnioski z raportu?
– Do danych wskazujących, że jedynie 4 proc. osób korzysta z kredytu, podchodzę sceptycznie – przyznaje prof. Andrzej Buszko, ekonomista. – Dlaczego? Ponieważ istnieje wiele innych form finansowania, takich jak chwilówki czy oferty parabankowe.
Ekspert zwraca też uwagę na inną niepokojącą liczbę: 6 milionów Polaków funkcjonuje w obiektywnie trudnych warunkach ekonomicznych. – To nie jest skrajna bieda, ale ci ludzie żyją bardzo oszczędnie, licząc każdy wydatek. Na wiele produktów i usług zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić – podkreśla prof. Buszko.
Choć sytuacja gospodarcza w kraju wydaje się stabilna – inflacja spada, PKB rośnie, bezrobocie jest stosunkowo niskie – ogólna kondycja społeczna, w jego ocenie, wymaga głębszego namysłu i poprawy.

– Dlatego właśnie dla wielu rodzin problemem staje się organizacja świąt, które są najbardziej wyczekiwanym i wyjątkowym momentem w roku – zaznacza. – Oczywiście można apelować, by się nie zadłużać, ale trzeba pamiętać, że część osób żyje od kredytu do kredytu. Dla nich brak możliwości pożyczenia pieniędzy oznacza często brak elementarnego standardu życia.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/06e374a870a56ab36cfb43e59c20947c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/06e374a870a56ab36cfb43e59c20947c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele osób zadłuża się na święta</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
