<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - naTemat extra]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii naTemat extra w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/41,natemat-extra</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,41,natemat-extra" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651607,henryk-r-ps-lomiarz-na-wolnosci-ludzie-w-panice-prof-platek-dlug-zostal-splacony</guid><link>https://natemat.pl/651607,henryk-r-ps-lomiarz-na-wolnosci-ludzie-w-panice-prof-platek-dlug-zostal-splacony</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 15:00:02 +0200</pubDate><title>Henryk R. ps. &quot;Łomiarz&quot; na wolności, ludzie w panice. Prof. Płatek: Dług został spłacony</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Strach, oburzenie i nawoływania do zaostrzenia prawa – tak wygląda dziś reakcja na wyjście Henryka R. na wolność. – Ludzie się boją, bo się ich straszy. Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – mówi naTemat.pl prof. Monika Płatek, prawniczka i wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego.

– Chciałam porozmawiać o "Łomiarzu", który po wieloletniej karze pozbawienia wolności opuścił zakład karny pod dozorem elektronicznym – zaczynam rozmowę z prof. Moniką Płatek, prawniczką i wykładowczynią Uniwersytetu Warszawskiego.
– A dlaczego używa pani pseudonimu "Łomiarz", a nie inicjałów tego człowieka? – reaguje natychmiast, niemal odruchowo, prawniczka. – To jest groźne, ponieważ wyłącza myślenie, a uruchamia prymitywne instynkty związane z lękiem i odrazą. Takie pojęcia przekreślają kilkanaście lat pracy ludzi w zakładach karnych oraz szansę człowieka na normalne funkcjonowanie.
Tłumaczę się pośpiechem, skrótowością. Ale prawda jest taka, że w głowie mam też dziesiątki krzykliwych nagłówków, które od dni zalewają sieć: "Łomiarz wychodzi na wolność", "Łomiarz opuszcza więzienie". 
Tak jak inni dziennikarze chcę porozmawiać o mężczyźnie, który po 10 latach opuścił mury więzienia – o Henryku R. To jednak tylko ostatni rozdział historii, która zaczęła się ponad trzy dekady temu.
Spłacony dług czy tykająca bomba? 
Czarna seria rozpoczęła się w 1992 roku. Wtedy to Henryk R. po raz pierwszy zaatakował kobietę, zadając jej brutalne ciosy w głowę. Przez kolejne półtora roku Śródmieście Warszawy stało się miejscem kolejnych ataków.
Policja powołała specjalną grupę operacyjną o kryptonimie "Amnezja". Nazwa nie była przypadkowa – uderzenia w tył głowy były tak silne, że ofiary, które przeżyły, często nie pamiętały przebiegu zdarzenia.
Pseudonim "Łomiarz" przylgnął do sprawcy na stałe, choć – jak ustalono – narzędziem ataku nie był łom, lecz metalowy przedmiot przypominający rurkę lub sprężynę. Schemat działania był jednak niezmienny: atak z zaskoczenia, brutalny cios i kradzież torebki. Jego ofiarami padały zarówno młode kobiety, jak i seniorki.
Zatrzymany we wrześniu 1993 roku usłyszał zarzuty dotyczące ataków na 29 kobiet. Pięć z nich zmarło w wyniku obrażeń. Początkowo został skazany na 25 lat więzienia, jednak po apelacji kara została obniżona do 15 lat.
Gdy w 2008 roku Henryk R. wyszedł na wolność, system wierzył w jego resocjalizację. Nadzieje te pękły już rok później, gdy zaatakował ponownie. To właśnie podczas przesłuchań w 2009 roku padły słowa, które do dziś mrożą krew w żyłach:
"Nienawidzę kobiet, to silniejsze ode mnie. Jak widzę kobietę, to myślę: jest do eliminacji".
Dziś Henryk R. ponownie jest na wolności.
Podczas gdy jedni na to reagują oburzeniem ("W jakim kraju my żyjemy?") lub pomstują ("Przywrócić karę śmierci"), u innych uruchamia się strach przed tym, że ktoś taki może wrócić do sąsiedztwa, że znów pojawi się na ulicy, że znów zaatakuje. 
Ludzie mówią, że system nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa. 
Ale prof. Płatek tonuje te emocje. Mówi wprost, że wyjście na wolność Henryka R. nie jest błędem systemu, lecz jego naturalną konsekwencją. Karę więzienia porównuje do długu, który w pewnym momencie zostaje spłacony.
– Kara więzienia nie jest karą śmierci ani dożywotnim odosobnieniem – przypomina. – Więzienie nie służy do przetrzymywania ludzi w nieskończoność na koszt podatników. Jeśli ktoś nie został skazany na dożywocie, oznacza to, że jego kara po prostu dobiegła końca – i to stanowi podstawę wyjścia. Dług zostaje spłacony: człowiek ma czyste konto i odzyskuje wolność.
Ale dlaczego wolność, jaka wolność? Część opinii publicznej uważa, że 63-latek resztę życia powinien spędzić w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. 
Jak wyjaśnia prawniczka, decyzję w takich sprawach podejmuje sąd cywilny. Jednocześnie podkreśla, że sam ośrodek w Gostyninie od początku budzi poważne wątpliwości prawne.
– Gostynin od początku jest instytucją, która narusza podstawowe zasady prawa karnego i Konstytucji – mówi. – W praktyce prowadzi do sytuacji, w której dochodzi do ponownego karania za czyn, za który kara została już odbyta. Co więcej, jest to kara surowsza, bo bezterminowa.
Jej zdaniem takie rozwiązanie wypacza sens kary pozbawienia wolności. 
– Więzienie nie powinno być "magazynem" dla ludzi, lecz miejscem pracy nad ich powrotem do społeczeństwa. Zgodnie z art. 67 Kodeksu karnego wykonawczego chodzi o to, by wzbudzić w skazanym wolę przestrzegania zasad życia społecznego – wyjaśnia.
Izolowanie kogoś, kto odsiedział wyrok co do dnia, to w opinii profesor nie środek bezpieczeństwa, lecz prawne bezprawie – dopychanie sprawiedliwości kolanem. Karze się tu człowieka nie za to, co zrobił, ale za to, co moglibyśmy poczuć, gdyby znów stanął obok nas. A takie mechanizmy, jak przypomina Płatek, mają w polskiej historii swoje najczarniejsze karty.
– Mamy przerażającą skłonność do skazywania ludzi bez wyroku. Proszę nie zapominać, w jakim kraju żyjemy. To kraj Tomasza Komendy – rzuca twardo prawniczka, a w jej głosie słychać ostrzeżenie przed społecznym linczem, który z prawem nie ma nic wspólnego. 
Po wyjściu na wolność Henryk R. zostanie objęty dozorem elektronicznym – jego miejsce pobytu będzie monitorowane za pomocą bransoletki cały czas, minuta po minucie, 24 godziny na dobę. 
A co jeśli zawiedzie? Jeśli Henryk R. przetnie bransoletkę lub złamie zakaz zbliżania się? Tu prof. Płatek ucina wszelkie spekulacje chłodnym, proceduralnym konkretem.
– Konsekwencje są precyzyjnie zapisane w warunkach dozoru, które wyznaczył sąd. Jeśli złamie prawo, zostanie osądzony. Kropka – mówi stanowczo. – Jako prawniczka nie zamierzam wydawać wyroku przed faktem. W państwie prawa, po odbyciu kary, człowiek podlega dokładnie tym samym regułom, co każdy inny obywatel. Ani lżejszym, ani surowszym.
Dla profesor recydywa to jednak nie tylko policyjna statystyka, ale bolesne świadectwo wystawione nam wszystkim.
– Recydywa to nie jest wyłącznie błąd jednostki. To przede wszystkim wskaźnik tego, na ile my jako społeczeństwo jesteśmy w ogóle zdolni przyjąć z powrotem kogoś, kto zapłacił za swoje winy – zaznacza. – Jeśli od progu witamy go wyłącznie nienawiścią i izolacją, to sami domykamy to błędne koło.
– A co z rodzinami ofiar? Czy ich poczucie bezpieczeństwa nie jest tu kluczowe? – dopytuję, próbując przebić się przez chłodny, prawniczy mur.
Prof. Płatek nie daje się sprowokować do emocjonalnych deklaracji. Wykłada na stół systemowe narzędzia ochrony.
– Prawo przewiduje bardzo konkretne mechanizmy: ofiary są informowane o tym, że sprawca opuszcza zakład karny, a dozór elektroniczny pozwala na nałożenie zakazu zbliżania się – wylicza.
Zwraca też uwagę na mechanizm, który w polskiej debacie publicznej niemal nie istnieje: mediację po wyroku. 
– W mediacji wcale nie chodzi o to, żeby doprowadzać do wybaczania, bo nie na tym rzecz polega – zaznacza profesor. – Jej celem jest obniżenie poczucia zagrożenia u ofiar. To ma im po prostu pozwolić ruszyć do przodu i zacząć znowu żyć normalnie. 
Na koniec profesor uderza w czuły punkt debaty – całkowitą niewidzialność tych, którzy ze skazanymi pracują na co dzień. 
– Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – zauważa.– Tyle że o takich historiach mówi się znacznie rzadziej.
– Ale jednak ludzie się boją – nie odpuszczam. 
– Ludzie się boją, bo się ich straszy. Strach społeczny jest często wzmacniany przez sposób, w jaki mówi się o takich sprawach – kwituje. 
Dalsza część tekstu poniżej
Gdy prawnicy i specjaliści od resocjalizacji mówią o "czystym koncie" i "nowej szansie", medycyna patrzy na te założenia znacznie bardziej chłodno.
Pytam dr. n. med. Sławomira Murawca, psychiatrę i psychoterapeutę, czy umysł człowieka, który dekady temu dopuszczał się brutalnych ataków, może rzeczywiście ulec przemianie.
– Osobowość traktujemy jako względnie trwałą predyspozycję – tłumaczy prof. Murawiec. – To nie jest typowy epizod chorobowy, jak choćby depresja, z której po odpowiednim leczeniu pacjent może wrócić do normy. Zaburzenia osobowości to coś innego: to trwała cecha struktury człowieka, sposobu, w jaki funkcjonuje i reguluje emocje.
Psychiatra porównuje ludzką psychikę do architektury – jest jak konstrukcja, szkielet budynku. Jak dodaje, tego "szkieletu", szczególnie po sześćdziesiątce, nie da się już wymienić.
Terapia? W tym wieku to raczej trening kontroli
W powszechnym przekonaniu wiek łagodzi obyczaje. W psychiatrii nie jest to takie oczywiste.
– Wiek może pewne cechy wręcz zaostrzać. To powszechnie znana obserwacja kliniczna: wraz z postępującym wiekiem charakter częściej się wyostrza, niż łagodnieje – podkreśla psychiatra.
Zwraca też uwagę, że zmiany organiczne zachodzące w mózgu wraz z wiekiem rzadko sprzyjają samokontroli. Jest wręcz przeciwnie.
– Zachowania, które wcześniej były hamowane, mogą pod wpływem zmian biologicznych po prostu wymykać się spod kontroli – ostrzega.
Henryk R. na wolności ma zostać poddany terapii. Jak zaznacza dr n. med. Sławomir Murawiec, jej znaczenie w takich przypadkach bywa ograniczone.
– Terapia w zaburzeniach osobowości jest potrzebna, ale jej celem jest raczej trening kontroli zachowań i funkcjonowania społecznego. Natomiast w wieku 63 lat głęboka przemiana osobowościowa pod wpływem terapii jest, mówiąc wprost, mało prawdopodobna – mówi wprost.
– Nie jestem jednym z tych psychologów społecznych, którzy uważają, że każdemu należy dawać nieograniczoną liczbę nowych szans. Ten człowiek swoją szansę już miał – podsumowuje. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c53cc7a481c2e1e7ca9554ef045cdd48,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Henryk R. ps. &quot;Łomiarz&quot; wyszedł na wolność. Czy społeczeństwo ma się czego obawiać?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650140,scenariusz-z-black-mirror-zmienia-sie-w-rzeczywistosc-cieszymy-sie-choc-to-miala-byc-przestroga</guid><link>https://natemat.pl/650140,scenariusz-z-black-mirror-zmienia-sie-w-rzeczywistosc-cieszymy-sie-choc-to-miala-byc-przestroga</link><pubDate>Sun, 26 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Scenariusz z Black Mirror zmienia się w rzeczywistość. Cieszymy się, choć to miała być przestroga</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/acddab6154d0459c1975cccc3eca8951,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zmarł pięć, dziesięć, może trzydzieści lat temu. Jak wyglądałby dzisiaj? Czy uśmiechałby się tak samo, jak jego brat? Polacy masowo zaczynają "ożywiać" swoich zmarłych. Scenariusz dystopijnego serialu "Czarne lustro" właśnie staje się naszą codziennością.

Wszystko zaczęło się od wizji Charliego Brookera, twórcy i producenta "Czarnego lustra", brytyjskiego serialu Netflixa. W kultowym już odcinku "Zaraz wracam" poznajemy Asha – mężczyznę, który nie potrafi wytrzymać godziny bez sprawdzenia powiadomień w telefonie. 
Każdy jego post, lajk i udostępnione zdjęcie budowały nieświadomie jego cyfrowy autoportret. Gdy Ash ginie w wypadku samochodowym, jego ciężarna partnerka Martha zostaje z obezwładniającą pustką.
W rozpaczy sięga po usługę, która na podstawie cyfrowych śladów – wiadomości, zdjęć, maili – tworzy jego wirtualnego sobowtóra. Wszystko zaczyna się niewinnie: od chatbota, który pisze dokładnie tak jak Ash. Potem przychodzi czas na głos. A na końcu – syntetyczne ciało, niemal nie do odróżnienia od zmarłego.
Problem w tym, że ten nowy "człowiek" jest tylko zbiorem danych. Może i potrafi naśladować uśmiech, ale nie potrafi czuć.
To, co wtedy wydawało się artystyczną wizją twórcy serialu, dziś zaczyna powoli spełniać się na naszych oczach. Sztuczna inteligencja wkracza do codzienności i pozwala – choćby symbolicznie – "przywracać" zmarłych do życia.
I tak: ojciec, który zmarł 30 lat temu, "bierze na ręce" wnuka. Babcia z wyblakłej fotografii zaczyna mrugać i uśmiechać się do nas z ekranu. Syn, którego rodzina straciła w wypadku, "siada" na kanapie obok swojego rodzeństwa i obejmuje je ramieniem.
"Wiem, że to nieprawda. Ale w sercu trochę lżej"
Dzięki narzędziom sztucznej inteligencji można dziś "ożywić" osoby, które zmarły wiele lat temu, a nawet tworzyć obrazy sytuacji, które nigdy nie miały miejsca – jak spotkanie dziadka z wnukiem, którego nie zdążył poznać. 
I to nie jest niszowa ciekawostka, tylko masowe zjawisko. Widać to choćby w mediach społecznościowych. Jedna z grup na Facebooku – Przerabiamy zdjęcia (ożywianie, naprawa starych fotografii itp.)” – zgromadziła już ponad 600 tysięcy osób.
Jedni proszą o takie przeróbki, inni je wykonują. Wszystkich łączy jedno: potrzeba przywrócenia choćby namiastki obecności tych, których już nie ma.
Wszyscy oni, świadomie lub nie, weszli do świata, który Charlie Brooker wymyślił jako przestrogę.
Urszula "Czarnego lustra" nie oglądała. W 2002 roku jej syn wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Zginął w wypadku. Kolega, który wtedy prowadził auto, jechał za szybko.  
Rana nigdy się nie zagoiła i już nie zagoi. Urszula mówi, że musiała żyć dla córki. 
Po synu została tylko pamięć. 
– Kamil żył w zupełnie innych czasach – zauważa. – Nikt nie miał tysięcy zdjęć w telefonie. Zresztą… chyba nawet takich telefonów wtedy nie było – zastanawia się głośno. – Jeździłam do miasta, do zakładu fotograficznego wywoływać zdjęcia. Ale syn nie miał ich za wiele. Jakoś nie lubił pozować.
Na jednym z nich Kamil siedzi na kanapie i się uśmiecha. – To był dobry chłopak. Zawsze miał serce do dzieci we wsi. To kogoś zagadał, to piłkę pokopał. Pożartował trochę.  – Urszula na samo wspomnienie rozpromienia na chwilę. – Córka czasem mówi: "Mamo, Kamil by był świetnym wujkiem". Bo ona synka ma małego.
Ta myśl nie dawała Urszuli spokoju.
– Bardzo chciałam zobaczyć, jak mój syn ukochany bierze na kolana mojego Oskarka, mojego jedynego wnuka – mówi ciszej. – Sama nie umiałam tego zrobić, więc poprosiłam o pomoc ludzi w internecie. 
Ktoś odpowiedział i przerobił stare zdjęcie.
– I mam teraz takie zdjęcie… jak on Oskarka na kolanach trzyma. Córka się ucieszyła. A ja? Wiem, że to nieprawda. Ale w sercu trochę lżej.
Iwona na grupie pisze wprost: "Czy mogę prosić o ożywienie zdjęcia syna? Zmarł 3 lata temu, kilka dni przed świętami. Chciałabym go zobaczyć jak żywego. Proszę".
Wrzuca zdjęcie pięknego blondyna z falowanymi włosami. Pod postem setki komentarzy z wyrazami współczucia, ale także opowieściami o swojej stracie. Jeden z internautów sprawia Iwonie niespodziankę i wrzuca animację. Młody mężczyzna ze zdjęcia kręci głową, uśmiecha się promiennie i patrzy w górę. Internauci reagują zachwytem. 
"Jak żywy", "aż ciarki przechodzą", "piękne" – komentują.
Pomocny internauta idzie więc o krok dalej: "ożywia" całą postać i prowadzi ją ulicami miasta. 
"My, matki, potrzebujemy tego po latach – przekonuje jedna z użytkowniczek grupy. – Mój syn nie żyje od 23 lat. Zmarł tragicznie, mając 10 lat. Jesteście wspaniali".
"To zdjęcie naszej córki, która odeszła z tego świata" –  kolejny internauta wrzuca zdjęcie dziewczyny w czerwonej sukni. – Czy można zmienić tło i "ożywić" fotografię w formie krótkiego filmu? Chciałbym, aby wyglądało to tak, że stoi u bram nieba, macha nam na pożegnanie, następnie robi kilka kroków w ich kierunku. Przed ich przekroczeniem odwraca się jeszcze do nas, przesyła buziaka, a w momencie przejścia przez bramę zamienia się w anioła"
Na efekty nie musi długo czekać.  Pod postem pojawia się animacja z córką – aniołem. 
Pracując nad tym tekstem, obejrzałam setki animacji i przeróbek zdjęć – od subtelnych, niemal niezauważalnych zmian, po pełne "ożywienia", w których zmarli zaczynają się poruszać, uśmiechać i "spotykać" z żyjącymi. 
Czy tego typu "cyfrowe wskrzeszanie" to naturalna potrzeba podtrzymywania więzi, czy już niebezpieczne przekraczanie granic?
Zdaniem Izabeli Jachnickiej, projektantki i celebrantki pogrzebów humanistycznych, edukatorki o śmierci i konsultantki w żałobie, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Wszystko sprowadza się do intencji, z jaką sięgamy po technologię.
– To zależy przede wszystkim od tego, czemu ma to służyć i jaka osoba za tym stoi – podkreśla Izabela Jachnicka. – Jeśli ktoś dostaje zdjęcie sklejone z dziadkiem, którego nigdy nie poznał, może to być dla niego ważny symbol łączności. Jeżeli ktoś to robi, to znaczy, że jest to dla niego ważne, dlatego zawsze musimy szukać motywu.
Ekspertka podaje konkretny, poruszający przykład: – Wyobraźmy sobie sytuację: straciłam tatę, ale jest dla mnie ważne, żeby mieć jakieś zdjęcie czy krótki filmik, na którym mój ojciec tuli mojego syna, którego nigdy nie zobaczył. W ten sposób, za pomocą cyfrowego awatara, zaspokajam swoją potrzebę łączności. Choć ta rodzina minęła się w czasie, to dzięki środkom cyfrowym może być przez chwilę razem. Dopóki mam świadomość, że to tylko AI i portret, który postawię na szafce, by koił moją tęsknotę – to jest w porządku.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy technologia zaczyna zastępować proces żałoby. 
– Ryzyko pojawia się wtedy, gdy technologia staje się narzędziem do "nie-pożegnania" – ostrzega Jachnicka. – Wyobraźmy sobie kogoś, kto stracił narzeczonego, ale jeździ na wakacje i wkleja go na wszystkie zdjęcia. I oni się tam, w tej cyfrowej rzeczywistości, całują przy wodospadzie. To jest już sytuacja bardzo ryzykowna. Taka osoba powinna być w pierwszej kolejności zaopiekowana psychologicznie czy psychiatrycznie. Takie narzędzie może wtedy przynieść ogromną szkodę, bo zamiast pomagać przejść przez stratę, utrwala nas w świecie, który nie istnieje.
Nowe technologie coraz śmielej wkraczają również do samej przestrzeni ceremonii pogrzebowych. – One już tam są – mówi ekspertka. – Pokazy zdjęć czy prezentacje multimedialne stały się standardem. Dzięki telefonom mamy dostęp do ogromnych archiwów cyfrowych. Coraz częściej podczas ceremonii odtwarzane są nagrania głosowe zmarłych – na przykład wiadomości z komunikatorów, które idealnie wpisują się w kontekst pożegnania.
Choć dla wielu osób to wciąż kontrowersyjne, podobne reakcje towarzyszyły wcześniejszym zmianom kulturowym. Jachnicka przypomina, że lęk przed takimi zmianami towarzyszy nam od dekad. – Kiedyś na wsiach cała rodzina ustawiała się do zdjęcia przy otwartej trumnie – to była ważna tradycja. Kiedy przychodziły pierwsze fotografie, ludzie bali się, że aparat "kradnie duszę". Z czasem to się znormalizowało i tak samo będzie z AI.
Ekspertka przewiduje, że wkrótce branża pogrzebowa przejdzie kolejną rewolucję. 
To jednak rodzi poważne pytania etyczne. – Bez odpowiednich regulacji to bardzo niebezpieczne – ocenia Jachnicka. – Jeśli wszystko pozostaje w rękach prywatnych firm, liczy się przede wszystkim zysk, a nie dobro osób w żałobie. 
W dobie technologii, która potrafi "cofnąć" czas na ekranie telefonu, coraz trudniej przychodzi nam akceptacja nieuchronnego.
– Śmierć jest dla nas skrajnie niewygodna, bo to jedyna ostateczna rzecz w naszym życiu – podsumowuje Izabela Jachnicka. – Wszystko inne można naprawić: można się rozwieść i zejść z powrotem. A tutaj tego nie umiemy cofnąć. Najtrudniej jest nam uświadomić sobie, że po prostu urodziliśmy się śmiertelni. I żadne AI tego programu nie zmieni.
Czy zmarły ma prawo do świętego spokoju?
Choć technologia AI zdaje się nie znać granic, polskie prawo stawia je bardzo wyraźnie. Jak podkreśla mec. Adrianna Pilecka, śmierć danej osoby wcale nie oznacza, że jej wizerunek może być wykorzystywany w dowolny sposób, bez jakichkolwiek ograniczeń prawnych.
– Ochrona wizerunku również post mortem przewidziana jest m.in. w przepisach ustawy o prawie autorskim – wyjaśnia mec. Pilecka. – Zasada jest tu konkretna: rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. Jeśli więc za życia nie było zgody na takie wykorzystanie wizerunku, po śmierci nie powinien być on rozpowszechniany w ogóle.
Jak dodaje, jest ona ograniczona, jeśli chodzi o osoby powszechnie znane, których wizerunek został wykonany w związku z pełnieniem przez nie funkcji publicznych. 
–  (W takich przypadkach- przyp. red.) zgoda na rozpowszechnianie nie jest wymagana, ale tylko, gdy publikacja ma charakter związany z pełnionymi przez zmarłego funkcjami. Wykluczone są zatem publikacje wizerunków takich osób bez ich zgody dla innych celów np. komercyjnych – precyzuje prawniczka. 
Dalsza część tekstu poniżej
Kto w takim razie może zaprotestować, gdy w sieci pojawia się "ożywione" zdjęcie bliskiego? Mecenas Pilecka wskazuje, że choć przepisy nie wymieniają ich literalnie, w drodze wykładni przyjmuje się, że prawo do decyzji przechodzi na najbliższych: małżonka, a w jego braku kolejno na zstępnych, rodziców lub rodzeństwo.
– Co ważne, ochrona taka przysługuje przez 20 lat od śmierci osoby, której wizerunek został rozpowszechniony – zauważa adwokatka. – W praktyce legalne korzystanie z wizerunku zmarłego w tym okresie jest uzależnione od zgody tych właśnie osób. Jeśli jej zabraknie, rodzina może żądać zaniechania działań, usunięcia skutków naruszenia, a nawet publicznych oświadczeń.
Istnieje jednak jeszcze druga, bardziej osobista ścieżka ochrony, która nie wygasa po dwóch dekadach. To przepisy Kodeksu cywilnego dotyczące dóbr osobistych, takich jak prywatność czy dobre imię.
– Chociaż prawo zmarłego do obrony wizerunku po śmierci wygasa, mogą to uczynić osoby bliskie – tłumaczy Adrianna Pilecka. – W ten sposób chronią one swoje własne prawo do poszanowania pamięci o zmarłym, wynikające z ich osobistej relacji. 
Co istotne dla "cyfrowych wskrzeszeń", w tym przypadku krąg osób bliskich jest znacznie szerszy. Ochrony mogą dochodzić nie tylko krewni, ale wszyscy, których ze zmarłym łączyła silna więź emocjonalna. – Prawo do ochrony kultu zmarłego nie wygasa po 20 latach. Może być dochodzone przez cały okres życia bliskich, a o naruszeniu zawsze decydować będzie treść przekazu i kontekst, w jakim wizerunek został wykorzystany – podsumowuje mecenas Pilecka.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/acddab6154d0459c1975cccc3eca8951,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/acddab6154d0459c1975cccc3eca8951,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Odcinek serialu &quot;Black Mirror&quot; pt. &quot;Zaraz wracam&quot; miał być przestrogą, ale czy będzie?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650650,gdy-true-crime-wchodzi-za-mocno-dzis-kazdy-chce-byc-detektywem-nie-kazdy-powinien</guid><link>https://natemat.pl/650650,gdy-true-crime-wchodzi-za-mocno-dzis-kazdy-chce-byc-detektywem-nie-kazdy-powinien</link><pubDate>Sat, 25 Apr 2026 20:00:02 +0200</pubDate><title>Gdy true crime wchodzi za mocno. Dziś każdy chce być detektywem, nie każdy powinien</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1fa6b2002c2c58ef019abf1f62826eba,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kręci nas zbrodnia. Kochamy kryminały, seriale z motywem śledczym i opowieści o walce dobra ze złem. Ale dziś to już nie tylko bierna rozrywka. Coraz częściej chcemy wejść w sam środek historii – analizować tropy, podważać ustalenia i na własną rękę szukać odpowiedzi. A pod lupę bierzemy już tylko nie fabułę. – W przypadku prawdziwych spraw ludzie dostarczają sobie jeszcze silniejszych emocji. Wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja – mówi psycholog kryminalny, biegły sądowy i najsłynniejszy w Polsce profiler Jan Gołębiowski.

Kinga Gieraga w mediach społecznościowych stworzyła przestrzeń, w której niewyjaśnione zbrodnie i zaginięcia wychodzą poza policyjne archiwa i wracają do publicznej dyskusji. Jej grupa na Facebooku "Zbrodnie, Zaginięcia, Tajemnica" oraz strona "Historie, które nie dają spać" gromadzą setki tysięcy osób.
A ona sama nie kryje dumy. 
– Wyświetleń jest dużo, od trzystu tysięcy do nawet miliona. Nagłaśniamy sprawy, o których inni woleliby nie pamiętać. Najczęściej to same rodziny proszą nas o pomoc. Chcą, żeby o ich tragedii znowu zaczęło się mówić – opowiada Kinga.
Dodaje, że tworzy również scenariusze dla polskich twórców true crime. Sama kryminałów nie czyta, ale wiele godzin spędza na analizie zagranicznych źródeł, takich jak BBC. 
– Po moim tekście napisał do mnie człowiek, który rozpoznał zabójcę z portretu pamięciowego. Zgłosił to na policję. To daje poczucie, że ta praca ma głęboki sens – mówi.
Jednak nikt jej za to nie płaci. Robi to z pasji, hobbystycznie, choć nie ukrywa, że chciałaby w przyszłości przekuć to w źródło zarobku. Dla niej zajmowanie się takimi historiami jest jednocześnie sposobem radzenia sobie z własnymi trudnościami.
– Choruję. Skupienie się na pomaganiu innym i analizowaniu spraw pozwala mi odciągnąć myśli od własnych problemów. Czuję, że to, co robię, ma wyższy cel – podkreśla.
Od sprawiedliwości są sądy
Choć poruszane przez nią tematy budzą silne emocje, Kinga stara się kontrolować dyskusję w swoich grupach i nie dopuszczać do internetowych linczów.
– Nie tolerujemy tekstów typu "spalić”, "zabić" czy "wykastrować". Takie komentarze są usuwane. Nie pozwalam na to. A od sprawiedliwości są sądy – podkreśla, kiedy pytam ją o to, czy nie obawia się internetowego linczu na sprawcach. 
Jak mówi, nie interesuje jej wchodzenie w psychikę sprawców, bo "nie da się ich zrozumieć".
– Zależy na czymś innym – na upamiętnieniu ofiar. To ogromna niesprawiedliwość, gdy sprawca przez lata żyje normalnie, a rodzina ofiary każdego dnia mierzy się z bólem.  Mam nadzieję, że taka presja może doprowadzić do wznowienia postępowań i że sprawiedliwość, nawet po wielu latach, w końcu zostanie wymierzona – podsumowuje.
Weronika pamięta dokładnie moment, w którym po raz pierwszy wciągnęła ją historia niewyjaśnionego zaginięcia. Był 2010 rok, a sprawa Iwona Wieczorek pojawiała się w mediach niemal codziennie. 
Miała wtedy kilkanaście lat. Nie korzystała jeszcze z Facebooka, nie śledziła forów internetowych. O zaginięciu mówiło się jednak w jej domu rodzinnym, a później – po wakacjach – także na szkolnych korytarzach.
– To była pierwsza taka sprawa, która naprawdę mnie poruszyła. Pamiętam, że oglądałam każdy materiał i próbowałam zrozumieć, co mogło się wydarzyć. To było coś więcej niż zwykła ciekawość – wspomina. – Ale to przełożyło się też na moje życie, bo rodzice zaczęli się strasznie o mnie martwić, gdy wychodziłam na dłużej. 
Nowy rozdział otworzył się kilkanaście lat później, gdy założyła konto w mediach społecznościowych. Poszukiwania informacji o sprawie Wieczorek doprowadziły ją prosto do grup dyskusyjnych.
– Byłam zaskoczona, że ludzie wciąż o tym rozmawiają. Że analizują szczegóły, których wcześniej nawet nie brałam pod uwagę – przyznaje.
Najpierw tylko czytała komentarze i wątki, ale z czasem zaczęła coraz bardziej angażować się w dyskusje. Dołączała do kolejnych grup, śledziła nowe tropy, porównywała teorie.
Dziś jest aktywną uczestniczką kilku społeczności skupionych wokół spraw kryminalnych. Jak mówi, z niektórymi osobami z grup utrzymuje nawet prywatne kontakty.
– Mam stamtąd nawet przyjaźnie, bo wiele dyskusji przenosi się potem na prywatne rozmowy – dodaje.
Szczerze przyznaje jednak, że jedna z najbardziej znanych spraw zaczęła ją z czasem nużyć.
– To się już strasznie długo ciągnie, a ja byłam bardzo młoda, kiedy to się zaczęło – usprawiedliwia się.
Po chwili dodaje: – A ja zauważyłam, że lubię nowinki, jakbym była uzależniona od  adrenaliny.
Dalsza część tekstu poniżej

Zagadki kryminalne nigdy za to nie interesowały Michała. Do czasu aż zobaczył film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy". – Zacząłem szukać informacji na temat tej strasznej sprawy, o którą został oskarżony.
W trakcie poszukiwań trafił na jedną z internetowych grup poświęconych sprawie z Miłoszyc.
– Ktoś wrzucił tam zdjęcia starych gazet, w których dziennikarze pisali, że Komenda na pewno pójdzie siedzieć. To było mocne, bo widać było, jak bardzo wszyscy byli wtedy przekonani o jego winie – mówi.
Z czasem zaczął zaglądać tam coraz częściej. Jak podkreśla, szybko zorientował się, że w takich miejscach można znaleźć materiały, do których trudno dotrzeć gdzie indziej.
– Zobaczyłem, że są tam rzeczy, których nie ma w mediach: zeznania świadków, skany dokumentów, stare zdjęcia osób związanych ze sprawą, a nawet protokoły oględzin. To wciąga, bo masz wrażenie, że masz dostęp do jakichś tajnych akt – mówi z fascynacją w głosie. 
Nie udziela się w internetowych dyskusjach, ale przyznaje, sprawa tragicznie zmarłej Małgosi coraz bardziej go intryguje. – Nie wierzę w winę tego Norberta, co go posadzili. Mam swoją teorię, ale nie może pani tego napisać. 
Jan Gołębiowski, słynny profiler: Ludzie wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja
Choć dziś wydaje nam się, że żyjemy w erze wyjątkowego "boomu" na zbrodnię, historia pokazuje, że fascynacja mrocznymi zagadkami towarzyszy nam od wieków. 
– Ludzie od bardzo dawna interesują się kryminałami i tematyką przestępczości. Wszystko zaczęło się od ogromnego zainteresowania w końcówce XIX wieku i w okresie międzywojennym. W Polsce w latach 20. i 30. wychodziło czasopismo „Tajny Detektyw”, które dziś jest już legendarne. Sprzedawało się znakomicie, co dowodzi, że te historie zawsze przyciągały tłumy – zauważa Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny, biegły sądowy i słynny profiler.
Dziś, jak podkreśla, rynek ten wyraźnie dzieli się na dwa nurty. Z jednej strony mamy literaturę kryminalną, czyli fikcyjne światy tworzone przez popularnych autorów. Z drugiej – dynamicznie rozwijający się nurt true crime.
– Obok prozy Remigiusza Mroza czy Katarzyny Bondy funkcjonuje drugi front, który w Polsce rozwija się niezwykle intensywnie: prawdziwa zbrodnia. Myślę, że "internetowi detektywi" to specyficzna odmiana fanów tego gatunku – mówi profiler.
Jak dodaje, dla wielu osób zaangażowanie w internetowe grupy śledcze staje się formą swoistej gry i wejścia w rolę.
– Widziałem reklamy gier planszowych lub też RPG, gdzie gracze wcielają się w detektywów w fikcyjnych historiach. W przypadku prawdziwych spraw ludzie dostarczają sobie po prostu jeszcze silniejszych emocji. Wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja. U niektórych może się w tym pojawiać również poczucie misji – analizuje Gołębiowski.
Ekspert zwraca uwagę, że obok amatorów w tej przestrzeni funkcjonują także dziennikarze śledczy, których motywacje bywają mieszane – od prestiżu i zarobku po realne zaangażowanie w ujawnianie przestępstw.
Jednak internet stał się również przestrzenią dla zupełnie innych intencji. Jak mówi profiler, wątpliwości budzi zjawisko budowania kariery na popularnych i tragicznych sprawach, takich jak na przykład zaginięcie Beaty Klimek.
– Wiele osób pozakładało kanały w serwisie YouTube, choć wcześniej zajmowały się zupełnie innymi tematami. Część zaczęła uważać się za jasnowidzów lub osoby funkcjonujące w nurcie metafizycznym. Ich wcześniejsze materiały miały charakter psychotroniczny, a następnie przeszli w stronę "detektywistyki". Pojawiają się wahadełka, różdżkarstwo czy odczyty jasnowidzące, bo takie treści generują ogromne zasięgi – wskazuje Gołębiowski.
Kolejnym mechanizmem, na który zwraca uwagę, jest przedstawianie starych informacji jako nowych odkryć.
Profiler bierze pod lupę także finansowy wymiar działalności niektórych internetowych "śledczych", który nie zawsze jest przejrzysty.
– Był przypadek mężczyzny, który prowadził zbiórkę na sonary do badań podwodnych. Nie wiadomo, czy sprzęt faktycznie został kupiony ani czy jakiekolwiek działania zostały przeprowadzone, ale środki były zbierane. Jak widać, motywacje są bardzo różne – nie zawsze chodzi o realną pomoc — podsumowuje Jan Gołębiowski.
Tam, gdzie my widzimy fascynującą zagadkę, policjanci widzą skomplikowane procedury i paragrafy. Czy te dwa światy – pełen pasji świat internautów i profesjonalny świat służb – mogą się spotkać?
O realiach pracy operacyjnej mówi mi Jakub (prawdziwe imię oraz nazwisko do wiadomości redakcji), policjant pionu dochodzeniowo-śledczego.
– Obserwujemy tu efekt Dunninga-Krugera: im mniej ktoś o czymś wie, tym chętniej i głośniej się wypowiada. Prawdziwi eksperci często w ogóle nie podejmują publicznych dyskusji, bo mają świadomość własnych ograniczeń oraz luk w wiedzy na konkretnym etapie sprawy – tłumaczy śledczy.
Według niego, aktywność internautów rzadko ma na celu realne wsparcie organów ścigania.
– Ludzie lubią dzielić się swoimi teoriami, by podgrzewać emocje. Często nie kryje się za tym żaden głębszy cel poza samym generowaniem poruszenia, co idzie w parze z brakiem rzetelnej wiedzy.
Największym problemem w odbiorze pracy policji jest fakt, że jej najbardziej kluczowe elementy muszą pozostać niejawne.
Policjant podkreśla, że społeczna ocena tempa śledztwa zazwyczaj opiera się na niepełnych danych.
– Odbiorca widzi tylko wierzchołek góry lodowej. W każdej poważnej sprawie, szczególnie medialnej, uruchamiamy wszelkie możliwe źródła osobowe i kontakty. Cały zespół pracuje z zaangażowaniem, którego postronny obserwator nie jest w stanie ocenić na podstawie szczątkowych komunikatów.
W dobie natychmiastowego przepływu informacji, opinia publiczna oczekuje raportów z postępów niemal w czasie rzeczywistym. Tymczasem prawo i taktyka kryminalistyczna narzucają ścisłą dyscyplinę.
– Kluczowe są zawsze pierwsze dni – Kodeks postępowania karnego wspomina o "czynnościach niecierpiących zwłoki". To wtedy zbierane są najważniejsze informacje. Opinia publiczna o nich nie wie, ponieważ są zastrzeżone wyłącznie dla prokuratury oraz policjantów. W dużej mierze stanowią dokumentację operacyjną, która nigdy nie może ujrzeć światła dziennego.
Czy tysiące telefonów od "uważnych obywateli" pomagają w śledztwie? Jakub przyznaje, że to broń obosieczna.
– Zgłoszenia pomagają tylko wtedy, gdy świadek jest na tyle pewny swoich słów, że decyduje się złożyć formalne zeznania do protokołu. Same domniemania to najczęściej sygnały, które policja zdążyła już zweryfikować. Choć na etapie gromadzenia danych każda wiadomość może być przydatna, nie każda ma wartość pozwalającą stać się kluczowym elementem sprawy.
Nawet jeśli trop okazuje się fałszywy, jego sprawdzenie konsumuje czas i zasoby.
– Weryfikacja plotki jest istotna, bo pozwala wykluczyć błędny trop i "zamknąć" pewną drogę poszukiwań. Ma to jednak sens tylko wtedy, gdy ustalenia te zostaną rzetelnie włączone w materiał dowodowy.
Policjant: To nie serial CSI
Częstym motywem w serialach kryminalnych jest postać zdesperowanego członka rodziny, który walczy z "opieszałą" policją. Jakub twierdzi, że rzeczywistość rzadko przypomina ten schemat.
– Rodziny zazwyczaj wykazują dużą wolę współpracy. Empatia pozwala nam uzyskać od nich znacznie więcej kluczowych informacji w spokojnej atmosferze. Presja nie płynie od poszkodowanych, lecz od osób postronnych, oczekujących natychmiastowego "publicznego linczu". Gdy sprawcy nie udaje się ująć od razu, winą obarczają policję.
Rosnąca popularność podcastów true crime, które zamieniają prawdziwe tragedie w angażujące historie odsłuchiwane między codziennymi obowiązkami oraz amatorskich śledztw prowadzonych w sieci budzi u profesjonalistów mieszane uczucia. 
– Widzę w nich braki merytoryczne i luki w zrozumieniu procedur – mówi o popularnych podcastach. – Twórcy często chcieliby, aby śledztwo wyglądało jak w serialu CSI, stawiając tezy bez pojęcia o realiach gromadzenia dowodów. Patrzę na to pragmatycznie: sprawdzam tylko, czy w tym szumie nie pojawi się informacja, która faktycznie mogłaby nam się przydać – podkreśla policjant. 
Największy żal śledczy mają jednak o to, że w medialnym show rzadko znajduje się miejsce na drugą stronę medalu.
– W takich audycjach praktycznie nigdy nie broni się działań policji. Nie możemy merytorycznie odpowiedzieć na krytykę, ponieważ wiąże nas tajemnica śledztwa. Twórcy contentu o tym zapominają, budując jednostronną narrację – podsumowuje.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1fa6b2002c2c58ef019abf1f62826eba,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1fa6b2002c2c58ef019abf1f62826eba,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dziś każdy chce być detektywem. Choć nie każdy powinien</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/649555,komornik-mowi-jak-kombinuja-dluznicy-pomagaja-im-szefowie-i-rodziny-a-historie-sa-absurdalne</guid><link>https://natemat.pl/649555,komornik-mowi-jak-kombinuja-dluznicy-pomagaja-im-szefowie-i-rodziny-a-historie-sa-absurdalne</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 09:28:01 +0200</pubDate><title>Komornik mówi, jak kombinują dłużnicy. Pomagają im szefowie i rodziny, a historie są absurdalne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/79c1a8a75699f681fc84fe241c41f7f6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Matka dłużnika – pani w wieku ponad 75 lat – oświadczyła, że stojący na posesji motocykl crossowy należy do niej, ponieważ... regularnie na nim jeździ. Co ciekawe, pani nie posiadała uprawnień do kierowania takim pojazdem. Mimo oczywistego absurdu kobieta składała te oświadczenia do protokołu i nie chciała się z nich wycofać nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań – opowiada Przemysław Małecki, komornik sądowy, rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Aleksandra Tchórzewska: Groził ktoś kiedyś panu śmiercią? 
Przemysław Małecki, komornik sądowy, rzecznik prasowy KRK: Bezpośrednio – nie. Natomiast w komentarzach internetowych jak najbardziej.  
Hejt wobec nas jest zjawiskiem powszechnym. 
Zgłosił pan sprawę na policję? 
Zapewne pamięta pani, że nieco ponad trzy lata temu nasza koleżanka w Łukowie została zamordowana. Jako rzecznik wielokrotnie zabierałem głos w mediach na ten temat.  
Po tamtych tragicznych wydarzeniach utworzyliśmy specjalną skrzynkę e-mail, na którą komornicy z całego kraju przesyłają zawiadomienia o atakach, groźbach i wszelkich negatywnych incydentach, które nas spotykają. Dokumentację tę przekazujemy następnie do Ministerstwa Sprawiedliwości oraz właściwych prokuratur. Niestety, większość tych postępowań jest umarzana.  
Jeśli pyta pani o moją osobistą reakcję – nie podjąłem żadnych formalnych kroków. Po prostu przestałem czytać komentarze. 
Dlaczego sprawy są umarzane? Jaka jest argumentacja śledczych? 
Odnoszę wrażenie, że służby nie przykładają należytej wagi do wyjaśniania takich spraw. Często – nawet ze strony dziennikarzy – słyszymy argument, że groźby są "wpisane w specyfikę naszego zawodu" i powinniśmy się z nimi liczyć.  
Absolutnie się z tym nie zgadzam. 
Ja też nie. Zresztą dziennikarze również bywają obiektem nienawiści. Sama dostałam groźby po publikacjach dotyczących covidu – ktoś napisał, że mnie "zniszczy". 
Niezrozumiałe jest takie podejście organów ścigania. Przykładowo: w internecie przez ponad rok widniał "wyrok śmierci" wydany na naszą koleżankę z Warszawy przez samozwańczy "sąd". Mimo to prokuratura, sąd i policja przez długi czas pozostawały bezradne w kwestii zablokowania czy usunięcia tej strony.  
To dobitnie pokazuje, że jako funkcjonariusze publiczni – a komornicy sądowi nimi są – nie otrzymujemy w praktyce takiej ochrony, jaką gwarantują nam przepisy. 
Status funkcjonariusza publicznego jest tożsamy ze statusem policjanta czy nauczyciela. Teoretycznie powinny płynąć z tego tytułu konkretne gwarancje bezpieczeństwa, ale z pana słów wynika, że to fikcja. 
Tak, nie odczuwamy tej ochrony. Statystyki umorzonych postępowań potwierdzają, że mamy do czynienia jedynie z teorią, która nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości. 
Niech to wybrzmi wyraźnie w tym wywiadzie. A czy zdarzają się inne, nietypowe próby zastraszania? Na przykład ktoś panu złorzeczy albo przeklina pana? 
Z takimi metodami się nie spotkałem. Pamiętam jednak sytuację z czasów, gdy byłem jeszcze asesorem. Podczas czynności dłużnik wyciągnął nóż. Nie wyartykułował groźby wprost, ale operował tym narzędziem w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że może go użyć. Wycofałem się wówczas z lokalu i wezwałem asystę policji. 
Gdy dłużnik uświadomił sobie, że emocje wzięły górę, a za chwilę na miejscu pojawi się patrol, natychmiast się uspokoił. Zaczął współpracować, a przy funkcjonariuszach stał się wręcz wzorowym obywatelem. 
Dłużnicy chwytają się najróżniejszych sposobów, by uniknąć egzekucji. Choć komornik nie jest winien ich sytuacji i pojawia się dopiero na samym końcu pewnej historii, by wyegzekwować to, co zasądził sąd, to właśnie na nas skupia się cała agresja.  
Stajemy się twarzą ich błędnych decyzji biznesowych, przeszłych potknięć czy niewyjaśnionych spraw.  
To my przychodzimy im o tym wszystkim przypomnieć. 
A czy wchodząc na posesję, nie czuje pan lęku? 
Bywają sytuacje, w których odczuwam dyskomfort czy pewien niepokój. Jednak w większości trudnych przypadków, jak choćby przy eksmisjach, zawsze towarzyszy mi asysta policji. To gwarant bezpieczeństwa, który skutecznie tonuje agresywne zapędy.  
Tam, gdzie przewiduję, że może być niebezpiecznie, zawsze korzystam z prawa do wezwania funkcjonariuszy, którzy towarzyszą mi podczas czynności. 
Jak wygląda droga od długu do momentu, w którym puka pan do drzwi? 
Najpierw ktoś komuś nie płaci. Wierzyciel wielokrotnie prosi o zwrot środków, wzywa do zapłaty, wysyła pisma. Następnie składa pozew, trwa proces sądowy.  
Komornik zawsze działa na podstawie orzeczenia sądowego. Abyśmy mogli przystąpić do egzekucji i udzielić realnej pomocy wierzycielowi, niezbędny jest prawomocny wyrok sądu opatrzony klauzulą wykonalności. Dopiero z takim dokumentem w ręku możemy wszcząć postępowanie egzekucyjne. Bez niego nie mamy ustawowego prawa podjąć żadnych czynności, nawet jeśli sytuacja właściciela wydaje się najbardziej oczywista. 
Dłużnik ma prawo odwołać się od wyroku, jeśli się z nim nie zgadza. W polskim systemie prawnym to są lata, a nie miesiące.  
I na samym końcu, gdy wszystko jest już stwierdzone prawomocnym wyrokiem, pojawiamy się my. Często jesteśmy pierwszymi prawnikami, z którymi dłużnik spotyka się twarzą w twarz. 
I co wtedy robi? Bierze na litość? 
Powiedziałbym inaczej: dłużnicy bardzo często nadużywają przysługujących im uprawnień procesowych, by za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności. Doskonałym przykładem jest postępowanie prowadzone przy sądzie w Wołominie. W jego toku dłużnicy złożyli łącznie aż 956 skarg i wniosków – domagali się umorzenia postępowania, wyłączenia komornika, sędziów, a nawet całych składów orzekających. W efekcie sprawa o odzyskanie lokalu mieszkalnego trwała dziewięć lat.  
To dobitnie pokazuje, że obecne przepisy dają dłużnikom zbyt szerokie pole do odwlekania tego, co zostało już prawomocnie stwierdzone wyrokiem. Jest to rażąco nieuczciwe wobec wierzyciela, który przez niemal dekadę musi czekać na odzyskanie swojego majątku. 
Zdarzają się również osoby, które drastycznie wyolbrzymiają swoją trudną sytuację życiową, celowo zapominając o niewygodnych dla nich faktach.  
Pamiętam sprawę o alimenty, w której zająłem dłużnikowi samochód osobowy.  
I jak się skończyła? 
Pan stawił się w mojej kancelarii wraz z obecną partnerką. Sporządziłem protokół zajęcia ruchomości, który oboje bez zastrzeżeń podpisali. Poinformowałem dłużnika, że może nadal korzystać z auta do czasu wypracowania porozumienia co do spłaty długu – zaznaczyłem jednak, że w przypadku braku wpłat będę musiał pojazd zlicytować. Początkowo wszystko przebiegało spokojnie. 
Jednak po kilku dniach dłużnik nagle "przypomniał sobie", że ten samochód tak naprawdę... sprzedał. 
I żeby było zabawniej – nabywcą miała być ta sama pani, która kilka dni wcześniej siedziała obok niego w kancelarii. Ona również doznała nagłego "olśnienia" i uznała, że kupiła to auto tuż przed dokonaniem zajęcia.  
O proszę. Jaki zbieg okoliczności. 
W takich sytuacjach nie pozostaje nam nic innego, jak zawiadomić prokuraturę. Usuwanie mienia zagrożonego zajęciem lub podlegającego egzekucji jest przestępstwem. Dłużnicy często nie zdają sobie z tego sprawy, traktując takie działania jako sprytny unik, a nie złamanie prawa karnego. 
Niestety, w Polsce wciąż pokutuje swoiste społeczne przyzwolenie na niepłacenie zobowiązań. Z perspektywy komornika widzę to aż nazbyt wyraźnie: dłużnik bywa postrzegany jako postać pozytywna, jako ktoś zaradny, kto "oszukał system" i mu się upiekło. I jeszcze ma w tym sprzymierzeńców. 
Kogo? 
Pomagają rodziny, pomagają też nieuczciwi pracodawcy. Wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, w której dłużnik wykazuje wysokie dochody na umowie o pracę, ale w momencie, gdy do firmy wpływa zajęcie komornicze, jego pensja nagle topnieje do kwoty minimalnej.  
Bywa i tak, że dłużnik oficjalnie zostaje zwolniony, mimo że wierzyciel dostarcza mi zdjęcia dokumentujące, że ten człowiek codziennie stawia się w pracy. Po prostu przeszedł do "szarej strefy", a pracodawca czynnie pomaga mu ukrywać dochody przed egzekucją. 
Czy alimenciarzom również pomagają w unikaniu płatności? 
Im chyba najczęściej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tacy dłużnicy nie oszukują systemu ani mnie – oni oszukują własne dzieci. Dla mnie, jako ojca, jest to po prostu przerażające. Często słyszę w kancelarii od ojca czy matki – bo kobiety również bywają dłużniczkami alimentacyjnymi – że nie będą płacić "swojemu byłemu" czy "byłej".  
Kiedy tłumaczę, że wyrok jasno wskazuje, iż są to pieniądze dla dziecka, a nie dla partnera, słyszę w odpowiedzi, że i tak nie zapłacą, bo "te środki zostaną źle spożytkowane". Konflikty dorosłych są tu bezlitośnie przenoszone na dzieci, a tak być po prostu nie powinno. 
A czy zdarzyło się panu poczuć, że dzięki pana interwencji realnie zmieniło się czyjeś życie? Że faktycznie pomógł pan kobiecie w trudnej sytuacji? 
Tak. Są sytuacje, w których wizyta u komornika przywraca kobiecie spokój w codziennym egzystowaniu. Często słyszę od wierzycielek, że bały się do nas zgłosić. Wstydziły się reakcji rodziny czy znajomych; pytań w rodzaju: "jak to, chcesz własnego byłego męża zgłosić do komornika?". 
Miałem taką sprawę: pewna pani zwlekała ze złożeniem wniosku bardzo długo. Przyszła dopiero wtedy, gdy fizycznie nie dawała już rady pracować na kilku etatach, by utrzymać dzieci. Po czasie przyznała, że egzekucja wcale nie jest tak straszna, jak się jej wydawało.  
Pieniądze ściągane z wynagrodzenia jej byłego męża pozwoliły jej w końcu odetchnąć i poświęcić czas dzieciom. Przez kilka lat żyła w przekonaniu, że jeśli zgłosi się do komornika, to ona zostanie uznana za "tą złą", a nie partner, który uporczywie uchylał się od obowiązku łożenia na dzieci. 
Sama śledziłam grupy na Facebooku, gdzie dłużnicy wzajemnie się motywują i wymieniają sposobami na "obejście" komornika. Czy w pana pracy da się bezbłędnie odróżnić osobę z realnym dramatem życiowym od kogoś, kto po prostu cynicznie unika płacenia? 
Oczywiście, to widać bardzo wyraźnie. Ludzie, którzy popadli w tarapaty nie z własnej woli – w wyniku ciężkiej choroby, nagłej utraty pracy czy skomplikowanej sytuacji rodzinnej – zazwyczaj jako pierwsi pojawiają się w kancelarii. Przychodzą, chcą rozmawiać, aktywnie szukają rozwiązania. Jestem głęboko przekonany, że jeśli ktoś naprawdę chce wyjść z długów, zawsze znajdzie do tego drogę. 
Jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, w której wierzyciel – wiedząc, że po drugiej stronie jest osoba uczciwie szukająca porozumienia – nie wyraziłby zgody na ugodę. Strony zazwyczaj szybko dochodzą do konsensusu, zwłaszcza gdy mediacja odbywa się za pośrednictwem komornika. My dysponujemy narzędziami, by zweryfikować stan majątkowy dłużnika w systemach. 
Kiedy wierzyciel otrzymuje od funkcjonariusza publicznego potwierdzone informacje o faktycznych możliwościach płatniczych dłużnika, znacznie łatwiej podejmuje decyzję o rozłożeniu długu na raty. 
Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku osób, które unikają kontaktu, nie odbierają korespondencji lub kłamią podczas czynności, twierdząc, że posiadany majątek nie należy do nich. Takie osoby rzadko wychodzą na tym dobrze – w ich przypadku egzekucja musi być po prostu bardziej restrykcyjna. 
Usłyszał pan kiedyś tak kreatywną wymówkę, że aż trudno było w nią uwierzyć? 
Miałem przypadek, w którym matka i córka nosiły identyczne imiona i nazwiska. Podczas czynności dłużniczka uparcie twierdziła, że nie jest osobą wskazaną w tytule wykonawczym, lecz swoją własną córką. Próbowała podać dane osobowe córki, by uchronić majątek przed zajęciem. Kluczowa okazała się jednak weryfikacja numeru PESEL oraz asysta policji, która na miejscu potwierdziła tożsamość. Była to jedynie próba czasowego odwleczenia egzekucji; kłamstwo i tak musiało wyjść na jaw. 
Innym razem matka dłużnika – pani w wieku ponad 75 lat – oświadczyła, że stojący na posesji motocykl crossowy należy do niej, ponieważ... regularnie na nim jeździ. Co ciekawe, pani nie posiadała uprawnień do kierowania takim pojazdem. 
Próbowała mnie przekonać, że syn przyjechał tym motocyklem tylko po to, by skosić jej trawę. Zapomniała jednak o drobnym szczególe: był początek stycznia, panował siarczysty mróz, a podwórko przykrywała gruba warstwa śniegu.  
Mimo oczywistego absurdu kobieta składała te oświadczenia do protokołu i nie chciała się z nich wycofać nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.
Dalsza część wywiadu poniżej
Pan jest ostatnią deską ratunku dla wierzycieli, gdy wszystkie inne metody zawiodły? 
Komornik to jedyne "okno" wymiaru sprawiedliwości, które może realnie i skutecznie pomóc w takich momentach. Tylko my posiadamy ustawowe uprawnienia, by zająć majątek i przekazać go drugiej stronie – bez względu na to, czy mówimy o środkach na rachunkach bankowych, wynagrodzeniu, czy nieruchomościach podlegających licytacji. 
Wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy po wyczerpującej batalii sądowej byli przeszczęśliwi, że mają już wyrok w ręku. Niestety, często okazywało się, że dłużnik, mimo prawomocnego orzeczenia, nadal nie zamierza go realizować.  
Wierzyciele, mając świadomość, że po drugiej stronie jest ich były znajomy czy kontrahent, często wahają się przed pójściem do komornika. Jednak gdy w końcu podejmują tę decyzję i udaje się odzyskać środki, słyszę w ich głosie ogromną ulgę. 
A jak wyglądają statystyki? 
Niezbyt kolorowo. Skuteczność egzekucji w naszym kraju wynosi obecnie poniżej 25 proc.. W praktyce oznacza to, że tylko co czwarte postępowanie kończy się pełną spłatą należności. Pozostałych trzech wierzycieli, mimo przejścia tej samej, kosztownej drogi sądowej i uzyskania wyroku, nie odzyskuje swoich pieniędzy. 
Kiedy eksmituje pan kogoś z mieszkania, potrafi pan oddzielić emocje od sztywnych procedur? 
Całkowite odcięcie się od emocji nie jest możliwe. Wbrew powszechnemu przekonaniu komornicy to też ludzie; mamy uczucia i to, co widzimy podczas czynności, znacząco na nas wpływa. Pomaga jednak głęboka świadomość tego, co robimy i dlaczego to robimy – to pozwala nam zachować profesjonalizm. 
Warto przy tym wyraźnie podkreślić, że w dzisiejszej Polsce nie istnieje pojęcie "eksmisji na bruk". Wykonując opróżnienie lokalu, muszę mieć zapewniony lokal zastępczy dla dłużnika – może to być lokal socjalny lub pomieszczenie tymczasowe wskazane przez gminę. 
Dłużnik musi zmienić miejsce zamieszkania, to fakt, ale jego podstawowe potrzeby mieszkaniowe pozostają zabezpieczone. 
Mimo to takie sytuacje budzą ogromne napięcie po obu stronach. Komornik występuje tu w roli bufora: wierzyciel chce odzyskać swoją własność, dłużnik za wszelką cenę chce ją zatrzymać. Moją rolą jest dopilnowanie, by cały proces odbył się nie tylko zgodnie z przepisami, ale przede wszystkim z poszanowaniem godności obu stron. 
Kluczem jest dialog. Jeśli dłużnikowi rzetelnie wytłumaczy się konsekwencje i wskaże realne możliwości wyjścia z sytuacji, zazwyczaj udaje się przeprowadzić te czynności w sposób cywilizowany i jak najmniej dotkliwy. 
Czy dłużnicy walczą do końca? Zamykają przed panem drzwi, barykadują się w środku? 
Tak, takie sytuacje się zdarzają, choć przyznam, że często nie rozumiem motywacji, która za nimi stoi. Bywa, że ludzie nie chcą wydać lokali, w których od lat w ogóle nie mieszkają.  
W zeszłym tygodniu przeprowadzałem czynność w mieszkaniu, które stało puste od trzech lat. Dłużnik regularnie odbierał korespondencję, był w pełni świadomy sytuacji, a mimo to uparcie odmawiał zwrotu kluczy. 
W efekcie, aby odzyskać ten nieużywany pustostan, trzeba było zaangażować cały aparat państwa: uzyskać wyrok sądowy, skierować na miejsce komornika, policję i ślusarza. To ogromne marnotrawstwo czasu i zasobów wielu ludzi tylko po to, by otworzyć drzwi do pustego lokalu. 
To zwykła gra na zwłokę? 
Bardzo często. Dłużnicy unikają odbierania pism lub nagle, tuż przed egzekucją, "przypominają sobie" o nowych okolicznościach, które rzekomo nie były znane na etapie procesu. Komornik musi każdy taki sygnał zweryfikować. 
Robił to "dla zasady". Dłużnikom często wydaje się, że ignorowanie problemu lub piętrzenie trudności sprawi, że egzekucja zostanie wstrzymana na zawsze. Jednak wcześniej czy później nadchodzi dzień konfrontacji z rzeczywistością. 
Co jeszcze zdarzyło się panu zająć?  
Zainteresowanych odsyłam na stronę licytacje.komornik.pl. W publikowanych tam obwieszczeniach widać pełen przekrój majątku, który trafia "pod młotek". Poza standardowymi przedmiotami, takimi jak pojazdy czy nieruchomości, przedmiotem licytacji bywają również zwierzęta.  
Pamiętam sprawę jednego z kolegów, który licytował stado koni – było ich około stu. Aukcja przyciągnęła tłumy, setki osób przyjechały licytować te zwierzęta. Na takich licytacjach naprawdę można trafić na rzeczy nietuzinkowe. 
Co w sytuacji, gdy dłużnik oficjalnie nie ma nic na koncie, ale obraca kryptowalutami albo posiada cenne przedmioty w grach online?  
W tej chwili polskie przepisy nie są jeszcze w pełni dostosowane do prowadzenia egzekucji z kryptowalut, takich jak Bitcoin. Podobnie sprawa wygląda ze środkami przechowywanymi poza granicami kraju, na przykład w popularnych aplikacjach typu Revolut. Są to instytucje finansowe z siedzibami za granicą, a polski komornik może działać wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej.  
Jeśli majątek znajduje się poza Polską, nie możemy po niego sięgnąć bezpośrednio – może to zrobić jedynie właściwy organ egzekucyjny państwa, w którym dany bank ma swoją siedzibę. 
Jeśli chodzi o same kryptowaluty, wiem, że w Ministerstwie Sprawiedliwości trwają prace nad uregulowaniem tych kwestii. Chodzi o to, by w niedalekiej przyszłości komornicy mogli skutecznie prowadzić egzekucję również z takich cyfrowych aktywów. 
Zdarzyło się, że ktoś oficjalnie deklarował brak jakiegokolwiek majątku, a w tym samym czasie chwalił się zdjęciami z pokładu luksusowego jachtu na Instagramie? 
Ja osobiście nie prowadzę takiego "śledztwa", ale wyręczają mnie w tym strony postępowania. Wierzyciele bardzo często przesyłają mi zdjęcia z portali społecznościowych jako bezpośredni dowód w sprawie. Dokumentują one brutalny kontrast: dłużnik w pismach procesowych twierdzi, że nie posiada absolutnie niczego, a w rzeczywistości publikuje zdjęcia, na których jeździ drogim samochodem, wypoczywa w egzotycznych kurortach czy prezentuje luksusowy zegarek.  
Wierzyciele sami wyciągają te informacje i przedkładają je komornikowi, by wykazać faktyczny poziom życia dłużnika. 
Czy zdarzają się panu dłużnicy z tzw. "górnej półki" lub z pierwszych stron gazet?  
Oczywiście, że tak. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że problemy finansowe mogą dotknąć każdego. Uważam, że samo posiadanie niezapłaconego zobowiązania nie jest powodem do wstydu – kluczem do sukcesu jest po prostu znalezienie konstruktywnej drogi wyjścia z takiej sytuacji.  
Wielokrotnie celebryci czy osoby powszechnie znane bywały stronami postępowań egzekucyjnych – i to w obu rolach: zarówno jako dłużnicy, jak i wierzyciele desperacko starający się odzyskać swoje należności. Spektrum społeczne w naszej pracy jest pełne; dług nie wybiera ze względu na status czy wysokość pensji. 
A czy sam komornik może mieć długi? 
Jeśli nie reguluje swoich zobowiązań, to jak najbardziej. Proszę pamiętać, że my również mamy rodziny, a kancelarie prowadzimy na własny rachunek i własne ryzyko ekonomiczne. Państwo w żaden sposób nas nie dotuje.
Utrzymujemy się wyłącznie z prowizji od opłat egzekucyjnych. Co istotne i warte podkreślenia: opłaty, które generuję w toku postępowań, nie trafiają bezpośrednio do mojej kieszeni – stanowią one w całości dochód Skarbu Państwa, a ja otrzymuję od nich jedynie określony procent w formie prowizji. 
Z tych środków muszę w pełni sfinansować działalność kancelarii: opłacić lokal, wypłacić pensje pracownikom, zakupić sprzęt i oprogramowanie. Funkcjonujemy więc jak każdy inny przedsiębiorca. Komuś może po prostu "nie wyjść" w biznesie i wówczas, jak każdy inny obywatel, musi zmierzyć się z konsekwencjami i spłatą własnych długów. 
Idzie pan na imprezę, poznaje nowych ludzi. Gdy pada pytanie o zawód, odpowiada pan zgodnie z prawdą. Jakie są reakcje? 
Najczęściej słyszę: "O matko, to tak wygląda komornik?!". Odpowiadam wtedy, że nie wiem, jak go sobie wyobrażali, ale tak właśnie wyglądam. Ludzie są bardzo ciekawi kulis tej pracy. Oczywiście wszyscy porównują ją do słynnego filmu "Komornik" z Andrzejem Chyrą. 
Kiedy jednak uświadamiam moim rozmówcom, że ekranowa wizja to jedno, a nasza codzienność to drugie, lawina pytań dopiero się zaczyna. 
Zazwyczaj też w towarzystwie znajduje się ktoś, kto miał już do czynienia z egzekucją – po jednej lub drugiej stronie – i dzieli się swoimi doświadczeniami. Zazwyczaj jestem odbierany pozytywnie i z dużym zainteresowaniem. 
Dlaczego wybrał pan ten zawód? 
To profesja prawnicza, która w moim odczuciu wiąże się z największą dawką pracy z drugim człowiekiem. Tu praca nie kończy się na siedzeniu za biurkiem. 
Samodzielnym komornikiem jestem od 2022 roku, ale z egzekucją jestem związany znacznie dłużej – od 2009 roku. Przez lata zdobywałem doświadczenie jako asesor komorniczy. 
Choć dziś egzekucja jest w dużej mierze zinformatyzowana – zajęcia rachunków czy zapytania odbywają się elektronicznie – kluczowym elementem tej pracy wciąż pozostaje teren. Wyjeżdżamy, doręczamy korespondencję, przeprowadzamy eksmisje, ustalamy majątek. To wymaga nie tylko znajomości przepisów, ale też dużej aktywności i umiejętności pracy z ludźmi. 
Dla porównania: notariusz zazwyczaj czeka w kancelarii, aż klient przyjdzie do niego. My wychodzimy do ludzi. 
Zależało mi na pracy, która nie jest schematyczna. Każda sprawa to inni ludzie i inne historie. I choć w statystykach wyglądają podobnie, w rzeczywistości każda jest inna. 
To zawód, w którym efekty widać bardzo szybko. Widać ulgę wierzyciela, kiedy sprawa rusza do przodu. Ale – co może zaskakiwać – w ramach procedur można też realnie pomóc dłużnikom. 
W jaki sposób komornik może pomóc osobie zadłużonej? 
Podam konkretny przykład. Prowadzę postępowanie przeciwko dwóm panom, którzy od lat wspólnie prowadzą biznes. W długi popadli w wyniku perturbacji rynkowych w czasie pandemii. Gdy tylko dowiedzieli się o egzekucji, natychmiast stawili się w kancelarii i uczciwie przedstawili sytuację. Już od niemal trzech lat sumiennie spłacają swoje zobowiązania w ratach. 
Dzięki temu, za zgodą wierzyciela, nie zlicytowałem ich majątku ani sprzętów niezbędnych do pracy. Dzięki temu oni nadal zarabiają, prowadzą firmę i sukcesywnie wychodzą z zadłużenia. To klasyczna sytuacja typu "win-win", w której obie strony ostatecznie wygrywają. 
Czyli zdarza się, że dłużnik nie tylko nie żywi urazy, ale wręcz dziękuje za takie podejście? 
Zdarza się. Rzadko, to prawda, ale takie sytuacje są w tej pracy najbardziej budujące. 
Zabawne jest to, jak szybko potrafi zmienić się ludzka perspektywa. Miałem kiedyś dłużnika, który był skrajnie niezadowolony z postępowania. Sprawa trwała krótko, około trzech tygodni, ale w tym czasie pojawił się w kancelarii kilkanaście razy, dzwonił codziennie, pisał maile i nieustannie wyrażał oburzenie moimi działaniami. 
Zakończyłem tę sprawę i zdążyłem już o niej zapomnieć. Po kilku miesiącach ten sam człowiek znów pojawił się w kancelarii. Pomyślałem: "Znowu skarga albo pretensje". 
A on mówi: "Panie komorniku, mam wyrok przeciwko swojemu dłużnikowi. Chciałbym, żeby pan go wyegzekwował. Tylko wie pan… z nim to proszę bardziej stanowczo niż ze mną! Bo to jest oszust i jego trzeba docisnąć!" 
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 
Tylko się uśmiechnąłem i powiedziałem: "Panie Marku, jakże szybko zmieniła się panu perspektywa". Zaczął tłumaczyć, że wcześniej to były emocje, a ten jego dłużnik to przypadek szczególny. Odpowiedziałem mu, że potraktuję tę sprawę z taką samą rzetelnością jak każdą inną i zrobię wszystko, by odzyskał pieniądze.  
To dobitnie pokazuje, że nasze postrzeganie egzekucji zmienia się w momencie, gdy to my stajemy się tymi, którzy potrzebują pomocy państwa. 
Zdarzyło się panu kiedyś wrócić do domu i płakać po interwencji? 
Jest jedna sprawa, którą przeżywałem wyjątkowo długo. Nie prowadziłem jej wtedy samodzielnie – byłem jeszcze asesorem i towarzyszyłem komornikowi podczas czynności. Z informacji, które mieliśmy przed wejściem, wynikało, że to małżeństwo prowadzące dużą działalność gospodarczą, które uchyla się od spłaty zobowiązań. 
Na miejscu okazało się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Ci państwo mieli bardzo chore dziecko i poświęcali wszystko, żeby je ratować. Ich sytuację cynicznie wykorzystali inni – pracownicy i członkowie rodziny. Okradali ich i podsuwali dokumenty, którymi zaciągali kolejne zobowiązania. 
Dłużnicy podpisywali je, ufając bliskim i skupiając się na walce o życie syna. Niestety, dziecko zmarło. W tym samym czasie zaczęły zapadać wyroki sądowe. Nagle znaleźli się w sytuacji, w której stracili nie tylko dziecko, ale i dorobek całego życia. 
Po naszej wizycie ruszyły pewne procesy naprawcze i zaczęli powoli wychodzić z tej sytuacji, ale świadomość tego, jak okrutny potrafi być los i jak bezwzględni bywają inni ludzie, została ze mną na długo.  
To była dla nie tylko dla mnie bardzo poruszająca sprawa, ale też dla komornika, który przeprowadzał czynności.  
Czy z biegiem lat człowiek w tym zawodzie mimo wszystko się znieczula? 
Jestem przekonany, że gdybym się znieczulił, musiałbym zrezygnować z tego zawodu. To profesja, w której – poza przepisami – zawsze jest człowiek. Trzeba o tym pamiętać przy każdej czynności. 
Jeśli ktoś przestaje to widzieć, nie powinien być komornikiem.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/79c1a8a75699f681fc84fe241c41f7f6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/79c1a8a75699f681fc84fe241c41f7f6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Komornik puka do drzwi i zwykłych obywateli, i ludzi z pierwszych stron gazet</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/649228,matki-ktore-nie-lubia-swoich-dzieci-nigdy-nie-dalam-tego-po-sobie-poznac</guid><link>https://natemat.pl/649228,matki-ktore-nie-lubia-swoich-dzieci-nigdy-nie-dalam-tego-po-sobie-poznac</link><pubDate>Thu, 16 Apr 2026 14:14:16 +0200</pubDate><title>Matki, które nie lubią swoich dzieci. &quot;Nigdy nie dałam tego po sobie poznać&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fa1359341e3cfd222cd5d6a5de42d457,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Kiedy na jednej z grup dla rodziców przeczytałam, że inne mamy też nie lubią swoich dzieci, poczułam ulgę. Ogromną ulgę – przyznaje Milena. – Bo myślałam, że jestem jedyna, wybrakowana, zepsuta, kiedy przez myśl przeszło mi, że ja też Oliwki nie lubię. Choć kocham ją bardzo – dodaje.

Milena przegląda zdjęcia Oliwki i czuje ścisk w żołądku. 
Z żalu. 
Patrzy na roześmianą, pucatą buźkę i nie może uwierzyć, że "nic z tamtego dziecka już nie zostało".
Kocham, ale nie lubię
Dziś Oliwia ma 14 lat. Wchodzi do domu, ciska plecak w kąt, kładzie nogi na stole. Rzuca półsłówka wymieszane z wulgaryzmami, wzrusza ramionami, przewraca oczami. 
Uśmiecha się kpiąco.
Milena mówi mi, że z mężem próbowali wszystkiego: od pełnego empatii podejścia "po dobroci", po surowe i bezkompromisowe egzekwowanie zasad. Ale nic z tego. 
W szkole panie ich córką się zachwycają: pilna uczennica, angażuje się w kiermasze i zbiórki dla chorych dzieci.
W domu jest zupełnie inna.
Miło się odzywa właściwie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. A lista potrzeb jest długa.
– A to kolejna mgiełka Sol de Janeiro, buty UGG oczywiście oryginalne, nowy iPhone, bo "wszyscy już mają" – wymienia Milena.
Z pokoju nastolatka wychodzi rzadko. Koleżankom żali się, że jej rodzice są "toxic". Wszystko, co jej zaproponują, to "cringe". Nie ma szans nawet na wspólne zjedzenie obiadu.
Próbowali różnych rozwiązań. – Każda próba rozmowy kończy się awanturą. Ona potrafi być naprawdę przykra – przyznaje Milena.
Nie raz przez zachowanie córki płakała.
– Kupiłam jej bluzę, modny fason, prawie 200 złotych. Spojrzała na nią z pogardą i powiedziała, że jest "w takim g****, to ona chodzić nie będzie". To nie chodzi o ubranie. Chodzi o ten brak szacunku – do nas, do pieniędzy, do tego, że się staramy – irytuje się.
Każdy wakacyjny plan staje się zarzewiem konfliktu.
– Wakacje nad morzem, które tak lubiła, teraz wyśmiewa. Zaproponowaliśmy więc z mężem Bułgarię. Powiedziała, że tylko Japonia wchodzi w grę. Nie stać nas na takie wyprawy.
I dodaje: – Oliwka komentuje wszystko. Złośliwie, uszczypliwie. Powiedziała mi, że jestem gruba. 
Trudna relacja z córką rzutuje na jej małżeństwo. 
– Jesteśmy sfrustrowani, zmęczeni, wyładowujemy się na sobie. Całe życie pracowaliśmy na to, żeby miała lepiej niż my. A teraz mamy wrażenie, że w zamian dostajemy tylko pogardę.
"Kocham swoje dziecko, ale go nie lubię" – to zdanie co jakiś czas powraca na rodzicielskich forach. Czasem w łagodniejszej wersji: "Kocham moją córkę, ale trudno mi ją po prostu lubić". 
Za tymi wyznaniami rzadko stoi obojętność. Zwykle w tle są zmęczenie, konflikty, poczucie bezsilności i codzienna walka, która zamiast budować bliskość, zaczyna ją podkopywać.
Kamila mówi, że dziś jest już po tej drugiej stronie. Moment, w którym "nielubienie" własnego dziecka przestało być jej codziennością, pamięta bardzo wyraźnie. Co ciekawe – nastąpił, kiedy córka zaczęła dojrzewać.
– Dopiero później poczułam, że nie tylko ją kocham, ale też ją lubię – opowiada.
Pierwsze lata macierzyństwa wspomina bez sentymentu.
– Moja córka była bardzo trudnym dzieckiem. Krnąbrnym, złośliwym do granic. Wiem, że teraz mówi się inaczej, że wszędzie szuka się zaburzeń, diagnoz… Ale taka była prawda. To było dziecko wychuchane, zaopiekowane, przebadane przez psychologów. A jednocześnie potrafiła patrzeć mi prosto w oczy i wylewać coś na podłogę. Skrzypiała krzesłami, robiła wszystko na przekór. To, co jej ubrałam, zaraz zdejmowała. A wiedziała, że się spieszę do pracy – wspomina.
I dodaje: – Jak o tym myślę, mam gęsią skórkę. To był bardzo trudny czas.
Przełom przyszedł dopiero kilka lat później.
– Coraz lepiej zaczęło być gdzieś w trzeciej klasie podstawówki. Zaczęła współpracować, więcej słuchać. Dało się z nią rozmawiać – mówi Kamila.
Wcześniej, choć robiła wszystko "jak trzeba", czegoś brakowało.
– Opiekowałam się nią najlepiej, jak umiałam. Nigdy nie dałam po sobie poznać, jak jest mi trudno. Ale w środku… nie czułam, że ją lubię. I to było dla mnie strasznie trudne do przyjęcia.
Najtrudniejsze okazało się jednak nie samo doświadczenie, ale przyznanie się do niego.
– Bałam się powiedzieć o tym komukolwiek. Koleżankom, rodzinie… Bałam się nawet przyznać to sama przed sobą. Bo która matka tak ma? – nie oczekuje odpowiedzi.
Dziś patrzy na to inaczej.
–To był tylko etap naszej relacji. I on na szczęście minął.

Na forach rodzicielskich pojawiają się także regularnie wyznania typu: "Nie lubię bawić się z własnym dzieckiem", "Męczy mnie spędzanie z nim czasu", "Nie cierpię siedzieć z dzieckiem w piaskownicy".
Magda długo nie była w stanie tego wypowiedzieć na głos.
– Wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak – przyznaje. – Bo przecież jak patrzyłam na inne matki, to one siedziały na dywanie, układały klocki, bawiły się lalkami i jeszcze wyglądały na szczęśliwe. A ja po pięciu minutach miałam ochotę uciec.
Jej syn był dzieckiem, które uwielbiało wspólną zabawę. Domagał się jej niemal bez przerwy.
– "Mamo, pobaw się", "Mamo, chodź tutaj", "Mamo, zobacz". A ja naprawdę się starałam. Siadałam na tym dywanie, brałam te klocki do ręki… i czułam, jak narasta we mnie frustracja.
Najbardziej męczyło ją poczucie, że "powinna".
– To, co robiliśmy razem, było dla mnie potwornie nudne. Mechaniczne i bez sensu. Miałam wrażenie, że tracę czas, że zaraz eksploduję.
Zaczęła unikać zabaw z synem. Tłumaczyła się obowiązkami, sprzątaniem, pracą. Potem miała ogromne wyrzuty sumienia. 
A razem z wyrzutami sumienia pojawiło się poczucie, że może nie lubi własnego dziecka?
Co z tym zrobiła?
– Postanowiłam zmienić aktywności. Zaczęliśmy razem gotować, chodzić na spacery, robić różne rzeczy w domu. Ja przestałam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.
I coś się zmieniło. Zaczęła naprawdę lubić ten czas razem.
Potem Kacper dorósł. Jest wesołym jedenastolatkiem. Ma swoje towarzystwo, kolegów. 
Ale mama nadal jest dla niego ważna. Pokazuje jej gry. Słuchają też jego ulubionych przebojów. 
 – Nie lubię ani jednego, ani drugiego – śmieje się. – Ale wiem na pewno, że lubię swojego syna. 
Dziś o tamtych wątpliwościach mówi bez wstydu.
– Myślę, że wiele matek nie lubi aktywności z dzieckiem, tylko się do tego nie przyznają. Bo "dobra" mama powinna kochać każdą minutę z dzieckiem. A to po prostu nie jest prawda.
Niezagojona rana
Czy można kochać swoje dziecko, a jednocześnie go nie lubić? Pytam o to Żanetę Rachwaniec, psycholożkę i socjolożkę.
– Miłość, szczególnie ta dojrzała, zakłada chęć spędzania czasu z drugą osobą, czerpanie radości z rozmowy, wspólne plany – tak jak w relacji partnerskiej – tłumaczy. – Jeśli matka mówi otwarcie, że nie lubi spędzać czasu ze swoim dzieckiem, musimy zapytać, co właściwie oznacza dla niej ta miłość. Często sprowadza się ona wtedy do biologicznego instynktu: "zaspokajam podstawowe potrzeby, dbam o przetrwanie, ale nie ma w tym więzi emocjonalnej".
Jak podkreśla ekspertka, takie odczucia nie biorą się znikąd. Ich źródła często sięgają dużo głębiej niż codzienne trudności wychowawcze. – Przyczyn warto szukać w historiach tych kobiet. Jaką one miały relację z własnymi matkami? Może nie dostały wzorca bliskości, może matka była kimś obcym albo wrogim? 
W sieci nie brakuje wyznań anonimowych matek, które piszą wprost: "Oddałabym za dziecko życie, ale nie lubię z nim przebywać". Jedna z kobiet przyznaje, że stresuje się na myśl o powrocie córki ze szkoły – bo "znowu będzie pyskować". Jednocześnie tęskni za czasem, gdy dziecko było "słodkim bobasem".
– To pokazuje brak zrozumienia dla etapów rozwoju – komentuje Żaneta Rachwaniec. – Bunt nastoletni, choć trudny, jest niezbędny, żeby dziecko mogło zbudować własną tożsamość. Jeśli go nie przejdzie, nigdy nie dowie się, kim jest. Ta wypowiedź brzmi bardzo instrumentalnie: "dopóki dziecko było takie, jak chciałam – grzeczne i uległe – to je kochałam. Kiedy zaczęło sprawiać trudności, przestałam je lubić". To postawa obciążająca dla dziecka.
Nie wszystkie matki, które zmagają się z niechęcią wobec własnych dzieci, ukrywają się za anonimowymi nickami. W mediach społecznościowych bez trudu można znaleźć grupy, w których rodzice –  często pod imieniem i nazwiskiem –  piszą wprost: "nie lubię swojego dziecka".
– To jest ryzykowanie zadania dziecku nieuleczalnej rany – mówi psycholożka. – Dla dziecka przeczytanie czegoś takiego jest traumatyczne, bo oczekuje od rodzica bezwarunkowej akceptacji. Publiczne wyznawanie takich uczuć świadczy o ogromnej niedojrzałości.
Jak podkreśla Żaneta Rachwaniec, istnieje ogromna różnica między mówieniem o własnej bezradności a odrzuceniem dziecka jako osoby.  – Można powiedzieć: "jest mi bardzo trudno z zachowaniami mojego dziecka, czuję się bezradna wobec jego buntu". To komunikat o emocjach rodzica. Ale słowo "nie lubię" jest w tym kontekście okrutne – ono ocenia całego człowieka, a nie jego konkretne zachowanie.
I właśnie to rozróżnienie okazuje się kluczowe.
– W psychologii to absolutna podstawa – wyjaśnia psycholożka. – Czym innym jest powiedzenie "moje dziecko jest niegrzeczne", a czym innym "moje dziecko zachowało się w sposób, którego nie akceptuję". Ten drugi komunikat niesie ważną informację: "kocham cię, ale z niektórymi twoimi zachowaniami jest mi bardzo trudno, bo też jestem tylko człowiekiem". To otwiera drogę do dialogu, zamiast zostawiać po sobie ranę.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fa1359341e3cfd222cd5d6a5de42d457,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fa1359341e3cfd222cd5d6a5de42d457,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czy matka ma prawo nie lubić swojego dziecka?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647267,policyjny-negocjator-rozmawiam-z-przestepcami-i-osobami-w-kryzysie-maja-te-sama-potrzebe</guid><link>https://natemat.pl/647267,policyjny-negocjator-rozmawiam-z-przestepcami-i-osobami-w-kryzysie-maja-te-sama-potrzebe</link><pubDate>Sat, 11 Apr 2026 19:00:02 +0200</pubDate><title>Policyjny negocjator: Rozmawiam z przestępcami i osobami w kryzysie. Mają tę samą potrzebę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4ee81f5882dd530763deaf8cda987e8b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Do każdego człowieka podchodzę z troską i zrozumieniem. Po prostu – po ludzku – mu współczuję. Zawsze mam z tyłu głowy myśl, że ja sam albo ktoś z moich bliskich, mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji. Życie bywa nieprzewidywalne. Chciałbym wierzyć, że gdybym kiedyś znalazł się po drugiej stronie, ktoś podałby mi rękę i pomógł – mówi kom. Paweł Frąckiewicz, krajowy koordynator ds. negocjacji policyjnych w szczerej rozmowie z naTemat.

Aleksandra Tchórzewska: Ile najdłużej przekonywał pan człowieka, że jednak warto żyć?
Paweł Frąckiewicz, krajowy koordynator ds. negocjacji policyjnych: Całą noc – od wieczora aż do świtu. Chłopak stał na wiadukcie, a my przez cały czas z nim rozmawialiśmy. Kiedy nadszedł poranek, po prostu wypiliśmy razem kawę, tam, na miejscu.
Do samego końca nie mógł uwierzyć, że policjant poświęcił mu całą noc, a na koniec chce po prostu wypić z nim tę kawę i podziękować za rozmowę.
Miał jakieś obawy?
Przez cały czas był przekonany, że to podstęp. Bał się, że gdy tylko weźmie kubek do ręki, zostanie obezwładniony. Musiałem mu tłumaczyć, że negocjator działa inaczej niż typowe służby porządkowe. W końcu nam zaufał. Po całonocnej rozmowie poszedł z nami do karetki, gdzie zajęli się nim lekarze.
To był dwudziestoparolatek z bagażem trudnych doświadczeń – problemy z używkami, kłopoty rodzinne, rozstanie z dziewczyną. Poturbowany przez życie. Skumulowało się w nim tyle nieszczęść, że nie widział innego wyjścia.
Myślę jednak, że to zakończenie go zaskoczyło. Zobaczył, że nawet w tak dramatycznych okolicznościach można spotkać się ze zwykłą, ludzką dobrocią.
Co najczęściej doprowadza człowieka do momentu, w którym nie widzi już innego wyjścia?
To zależy od sytuacji. Zazwyczaj, zanim ktoś zdecyduje się na tak radykalny krok, kumuluje się kilka negatywnych czynników. Rzadko jest to jedna przyczyna – najczęściej to cała lawina problemów, która w pewnym momencie staje się nie do zniesienia.
Zdarzają się jednak wyjątki, kiedy intencją nie jest śmierć, lecz manifestacja. Pamiętam historię nauczyciela, który wszedł na słup wysokiego napięcia. To był bardzo inteligentny człowiek, od razu podjął z nami dialog. Ryzykował życie samym przebywaniem na wysokości, ale nie chciał skakać – chciał zaprotestować przeciwko złemu traktowaniu pracowników przez dyrekcję szkoły.
Udało się go przekonać do zejścia?
Tak, po kilku godzinach zszedł. Policja podjęła odpowiednie działania wobec dyrekcji, o czym został poinformowany. Dyrekcja musiała odnieść się do jego zarzutów.
Finał był taki, że wrócił do pracy i nadal uczy w tej samej szkole. Z tego, co wiem, tamtej dyrekcji już w placówce nie ma. To pokazuje, że negocjator czasem pomaga nie tylko w bezpośrednim kryzysie, ale też pośrednio przyczynia się do rozwiązania problemów, które doprowadziły człowieka na tę krawędź.
W drodze na miejsce wie pan już, co powie temu człowiekowi, który stoi na krawędzi dachu?
Nie, absolutnie nie. W praktyce często nie wiemy nawet dokładnie, do czego jedziemy. Gdy powoływany jest zespół, dysponujemy jedynie strzępkami informacji. Wiemy na przykład, że ktoś się zabarykadował – być może z rodziną, a czasem, niestety, nawet z dzieckiem – i grozi jemu oraz sobie.
W około 80 procentach przypadków są to osoby w kryzysie sam***jczym. Najczęściej miejscem zdarzenia jest most, okno albo wiadukt. To dla nas mało komfortowa sytuacja, bo przy tak skąpych danych trudno na początku zbudować konkretny plan działania. Dopiero gdy docierają kolejne informacje, możemy układać scenariusze i decydować, w którą stronę prowadzić rozmowę.
Nie znamy historii ani powodów, które doprowadziły osobę do tej decyzji; tego dowiadujemy się dopiero w trakcie rozmowy.
Równolegle intensywnie zbieramy informacje na temat tego człowieka. Im więcej wiemy – o ewentualnych problemach z prawem, sytuacji rodzinnej czy używkach – tym łatwiej jest nam nawiązać kontakt i wejść w dialog.
Stał ktoś kiedyś naprzeciw pana z granatem albo bombą?
Na szczęście nie. Zdarzała się broń palna, ale była skierowana przeciwko osobom trzecim, nie bezpośrednio do mnie. 
Nikt mi osobiście nie groził, choć w Polsce dochodziło do sytuacji, w których sprawcy atakowali negocjatorów, na przykład maczetami, albo oddawali strzały. Na szczęście w moich akcjach nikt nie odniósł obrażeń.
Czy podczas negocjacji miał pan zawsze na sobie kamizelkę kuloodporną?
Tak, to podstawowa zasada. I broń.
Jak wyglądała chwila, w której dostał pan wezwanie? Co pan wtedy czuł? Jest wyrzut adrenaliny czy raczej pełne skupienie? 
To proces, który z czasem się zmienia. Na początku drogi negocjatora pojawiają się obawy, lęk, strach. Z tyłu głowy od razu rodzi się pytanie: "czy dam radę?". Czy czegoś nie zawalę? 
Z biegiem lat to się jednak zmienia. Doświadczenie i stały kontakt z takimi sytuacjami sprawiają, że człowiek nabiera pewności, że wykonuje swoją pracę coraz lepiej.
Z czasem zamiast emocji pojawia się przede wszystkim skupienie. Przestajemy koncentrować się na sobie, a zaczynamy na tym, co może nas spotkać na miejscu. W głowie układamy możliwe scenariusze i analizujemy rozwój wydarzeń.
Wcześniej mówił pan o zespole. Rozumiem więc, że nie działa pan w pojedynkę?
Negocjator nigdy nie działa sam. To mit rodem z hollywoodzkich filmów, w których jedna osoba załatwia wszystko.
Nawet amerykańscy negocjatorzy, od których czerpaliśmy wiedzę, zawsze pracują zespołowo. Nasz system jest zresztą wzorowany bezpośrednio na rozwiązaniach FBI.
Ilu specjalistów liczy taki zespół?
Określa to jawny akt prawny – Zarządzenie nr 67 Komendanta Głównego Policji z dnia 14 grudnia 2018 r. w sprawie negocjacji policyjnych. Powstało ono na bazie doświadczeń amerykańskich, a później zostało uzupełnione o nasze, polskie praktyki.
Zgodnie z przepisami zespół powinien liczyć co najmniej trzy osoby i w takim składzie przystępujemy do działania.
Jak dzielą się państwo zadaniami? Co robi pierwszy, drugi i trzeci negocjator?
Role są ściśle określone. "Jedynka" to negocjator prowadzący – to on rozmawia z osobą w kryzysie i zazwyczaj inicjuje dialog. W zależności od rozwoju sytuacji może się to jednak zmienić.
"Dwójka" pełni rolę wspierającą, natomiast "trójka" jest nieformalnym dowódcą zespołu negocjacyjnego. Odpowiada za kontakt z dowódcą całej operacji, dba o organizację pracy i komfort zespołu, tak aby "jedynka" mogła skupić się wyłącznie na rozmowie. Zapewnia też wsparcie logistyczne – nawet w tak prozaicznych sprawach, jak kawa czy herbata, jeśli negocjacje się przedłużają.
To dla państwa czy dla osoby, z którą prowadzicie rozmowy?
"Kawa, herbata, papieros" – to u nas niemal przysłowiowy zestaw. Czasem człowiek stojący na moście czy na krawędzi dachu ulega po prostu fizjologii. Chce mu się palić, pić albo potrzebuje czegoś zimnego – choćby napoju.
Zastanawia mnie inna kwestia fizjologiczna. Jak radził sobie pan z brakiem toalety podczas akcji, która trwa na przykład kilkanaście godzin? Czy przy trzyosobowym zespole ktoś może na chwilę opuścić stanowisko?
Właśnie po to pracujemy w zespole. Gdyby negocjator działał sam, byłby w praktyce "uwiązany" na miejscu. Przy trzech osobach możemy się rotować i zadbać o podstawowe potrzeby.
Jeśli akcja trwa wiele godzin, "trójka" dba o to, by każdy miał chwilę na regenerację. To kluczowe – zmęczenie i dyskomfort fizyczny mogą wpłynąć na jakość rozmowy i bezpieczeństwo całej operacji.
Można tak po prostu zostawić osobę w kryzysie?
Można opuścić stanowisko, ale nie oznacza to przerwania kontaktu. Informujemy rozmówcę wprost, że na chwilę odchodzimy.
W tym czasie stosujemy rotację: "dwójka" płynnie przejmuje rozmowę od "jedynki". Najważniejsza zasada jest jedna – kontakt z osobą w kryzysie musi być nieprzerwany. 
A pan najczęściej którą "cyfrą" bywał?
To wyglądało różnie. Jest tu jeden istotny aspekt: negocjatorzy tworzą bardzo zżyte środowisko. Znamy się nie tylko zawodowo, ale i prywatnie, wiemy, kto, w jakiej jest formie.
Decyzję o tym, kto będzie "jedynką", "dwójką", a kto dowódcą, podejmujemy wspólnie – najczęściej już na miejscu. Zazwyczaj "jedynką" zostaje osoba, która w danej chwili jest w najlepszej kondycji albo po prostu zgłosi się na ochotnika.
To rola najbardziej obciążająca psychicznie. Negocjator nie jest z kamienia ani robotem – zdarzają się gorsze dni, nieprzespane noce i wtedy ktoś może nie chcieć iść na pierwszy ogień.
Właśnie po to jest zespół – żebyśmy mogli się wspierać i asekurować. Każdy ma też swoje preferencje: jedni lepiej czują się jako liderzy rozmowy, inni wolą pełnić rolę wspierającą lub dowódczą.
A co robi negocjator, gdy druga strona w ogóle nie chce rozmawiać? Jak "ugryźć" kogoś, kto milczy?
To największa trudność w naszej pracy. Taktyk negocjacyjnych jest wiele, ale brak jakiegokolwiek dialogu to najtrudniejszy scenariusz.
Czasem trzeba to po prostu przeczekać. Doświadczenie pokazuje, że prędzej czy później człowiek zaczyna się otwierać. Nie ma jednego uniwersalnego klucza – musimy próbować różnych sposobów, szukać punktu zaczepienia.
Jeśli ta osoba w końcu podejmie rozmowę, możemy mówić o połowie sukcesu.
A czy negocjator może obiecać coś niemożliwego, żeby tylko uratować życie?
Nie. Podstawowa zasada brzmi: negocjator nigdy nie kłamie. Cała nasza praca opiera się na zaufaniu. Negocjator musi mówić prawdę i nie może obiecywać rzeczy niemożliwych.
Gdyby negocjator stracił wiarygodność w oczach rozmówcy, wszystkie działania byłyby przekreślone. Nawet wprowadzenie kolejnej osoby nic by nie dało – pojawiłaby się podejrzliwość, a plan mógłby się rozsypać.
Zdarzało się panu słyszeć jakieś absurdalne prośby?
Może nie absurdalne, ale na pewno nietypowe. Muszę jednak rozczarować fanów kina – nie przypominam sobie sytuacji, w której ktoś żądałby helikoptera czy miliona dolarów.
Rzeczywistość jest dużo prostsza: sprawcy najczęściej proszą o alkohol. Przepisy i odpowiedzialność, która na nas ciąży, są jednak jednoznaczne – nie możemy podać nawet przysłowiowego piwa. Czasem taka jedna rzecz mogłaby szybko zakończyć sytuację, ale ze względów bezpieczeństwa jest to wykluczone.
Jak reagują, gdy spotykają się z odmową?
Na początku zdarzają się żarty, próby sprawdzenia nas, czasem prowokacje. Z biegiem czasu sytuacja jednak poważnieje.
Rozmówca zaczyna dostrzegać, że negocjator działa profesjonalnie, ale też z empatią. Widzi w nas człowieka, któremu naprawdę zależy. I wtedy zwykle zaczyna się ta właściwa, szczera rozmowa.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarza się panu spotkać te osoby później – na ulicy, w sklepie? Rozpoznają pana?
Tak, zdarzało się. Ja ich rozpoznaję – mam świetną pamięć do twarzy. Czasem, gdy widzę znajomą twarz w tłumie albo trafiam na zdjęcie z akcji, wspomnienia wracają.
Czy oni rozpoznają mnie, tego nie wiem. 
Staramy się jednak dbać o anonimowość. W przypadku prób sam***jczych zwykle nie jest to problem. Po zakończeniu akcji taka osoba trafia do karetki, gdzie zajmuje się nią psychiatra. Czasem po kilku dniach wraca do domu – o wszystkim decyduje lekarz.
Zupełnie inaczej podchodzimy do sprawców, których można określić jako szczególnie niebezpiecznych – osób grożących rodzinie czy osobom trzecim. W takich sytuacjach musimy być znacznie bardziej ostrożni i rygorystycznie dbać o anonimowość. Każdy z nas ma rodzinę, a nigdy do końca nie wiemy, z kim mamy do czynienia.
A co pan czuje do tych ludzi? 
Do każdego człowieka podchodzę z troską i zrozumieniem. Po prostu – po ludzku – mu współczuję.
Zawsze mam z tyłu głowy myśl, że ja sam, albo ktoś z moich bliskich, mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji. Dziś jestem po tej bezpiecznej stronie barykady, ale życie bywa nieprzewidywalne. Chciałbym wierzyć, że gdybym kiedyś znalazł się po drugiej stronie, ktoś podałby mi rękę i pomógł.
Właśnie – a gdyby osobą w kryzysie okazał się ktoś z pana rodziny, czy mógłby pan prowadzić negocjacje?
Zazwyczaj w takich sytuacjach negocjator jest odsuwany od bezpośrednich działań. Emocje związane z bliską osobą mogłyby utrudnić profesjonalne prowadzenie rozmowy.
Taki policjant może wspierać zespół z boku, ale bezpośredni dialog to rzadkość. Z drugiej strony wiele zależy od konkretnego przypadku i od tego, czy dana osoba czuje się na siłach.
Teoretycznie znajomość rozmówcy może być atutem – daje gotowy fundament relacji. Ostatecznie jednak to negocjator musi sam ocenić, czy podoła tej roli, czy lepiej pozostać w tle i wspierać zespół.
A gdy zapada decyzja o wejściu siłowym, czuje pan porażkę? Pojawia się myśl, że coś się nie udało?
Nie mamy wpływu na wszystko. Jako negocjatorzy musimy być cierpliwi, ale to nie my podejmujemy decyzję o wejściu siłowym – to wyłączna kompetencja dowódcy.
Oczywiście dowódca konsultuje z nami przebieg rozmów, a my przedstawiamy mu aktualną sytuację, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile jeszcze potrwa dialog. Jeśli pojawia się bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia, decyzja o wejściu podejmowana jest bez wahania.
Mamy określone zadanie i realizujemy je najlepiej, jak potrafimy, zgodnie z procedurami i doświadczeniem. Robimy wszystko, co w naszej mocy. Jeśli finał akcji jest inny, niż zakładaliśmy, musimy to zaakceptować – na część decyzji i okoliczności po prostu nie mamy wpływu.
Były zdarzenia, które nie zakończyły się sukcesem?
Pamiętam jedną taką sytuację. Działaliśmy w zespole i osoba, którą próbowaliśmy odwieść od tego kroku, ostatecznie skoczyła. Na szczęście przeżyła. Połamała sobie nogi.
W innym przypadku, po długim czasie trwania akcji, zapadła decyzja o jej zakończeniu i wejściu siłowym. Do działań skierowano jednostkę kontrterrorystyczną (SPKP). W momencie wejścia funkcjonariuszy ten człowiek skoczył. Na miejscu był przygotowany skokochron, jednak go przeskoczył i uderzył o podłoże.
To doświadczenie bardzo nas dotknęło. Jeden z kolegów przeżył to szczególnie mocno. Poczucie bezsilności było ogromne – w tamtym momencie nie mogliśmy już nic zrobić.
Ma pan bardzo ładny tembr głosu. Trudno mi wyobrazić sobie w tej roli kogoś o wysokim, nerwowym tonie, który mógłby tylko potęgować stres u osoby w kryzysie. 
Spokój i opanowanie w głosie to ogromny atut. Myślę, że większość negocjatorów ma świadomość, jak pracować głosem.
Na początku akcji sprawca nas często nie widzi, a jedynie słyszy. Jeśli głos będzie odrzucający, tracimy szansę już na starcie. Jeśli natomiast budzi zaufanie i zachęca do rozmowy, znacznie ułatwia to kontakt.
Czy musiał pan dostosowywać swój głos do rozmówcy? Jeśli on krzyczał, pan też podnosił głos?
Działamy odwrotnie. Pojawiają się teorie, że trzeba "wejść" w emocje rozmówcy – jeśli krzyczy, to krzyczeć razem z nim. W praktyce tego nie stosujemy.
Jeśli ktoś podnosi głos, my zachowujemy spokój. Emocje oczywiście są w nas, ale uczymy się je kontrolować – służą do tego odpowiednie treningi. Chodzi o to, by naszym spokojem "wpływać" na rozmówcę. Z czasem on sam się wycisza, bo zwyczajnie męczy się własnymi emocjami i krzykiem. W tej pracy cierpliwość jest kluczowa.
Co pomagało panu zachować opanowanie podczas zdarzenia?
Największe poczucie bezpieczeństwa daje nam zespół. System jest tak skonstruowany, że zawsze mamy oparcie w drugiej osobie. Kiedy ja rozmawiam jako "jedynka", "dwójka" stoi tuż za mną.
Pamiętam sytuację, gdy rozmowa była wyjątkowo trudna i czułem, że zaczynam się denerwować, że ktoś próbuje wyprowadzić mnie z równowagi. Wtedy drugi negocjator po prostu położył mi rękę na barku. To wystarczyło – od razu się uspokoiłem.
Musimy obserwować nie tylko sprawcę, ale też siebie nawzajem i swoje emocje. Ten efekt współpracy i wzajemnego wsparcia pozwala nam skutecznie działać i ratować życie.
Czy można przewidzieć zachowanie człowieka w kryzysie? Mieć pewność, że już nie skoczy?
Podobnie jak w każdej interwencji policyjnej – nigdy nie wiemy dokładnie, do czego jedziemy i co nas spotka. Każda sytuacja jest inna i nawet podczas ćwiczeń pojawia się element zaskoczenia.
Jestem negocjatorem policyjnym od 10 lat. Doświadczenie pozwala budować pewne założenia, ale nigdy nie daje pełnej przewidywalności. Istnieją schematy, które mogą się powtarzać, jednak każda sprawa ma w sobie coś unikalnego.
Trzeba też pamiętać, że na zachowanie człowieka wpływa wiele czynników – emocje, alkohol czy inne substancje, a czasem ich mieszanka. Jeśli dochodzi do tego choroba psychiczna, na przykład schizofrenia, sytuacja staje się szczególnie nieprzewidywalna. W takich warunkach nie da się w pełni przewidzieć reakcji drugiego człowieka.
Czy zdarza się czasem negocjatorowi przełamać schemat dla dobra sprawy?
Pamiętam młodego chłopaka, bardzo poranionego przez życie. Zabarykadował się w domu z nożem i zaczął się nim ranić w ramiona. Na szczęście rany nie zagrażały jeszcze bezpośrednio jego życiu.
Początkowo nie było z nim żadnego kontaktu. Próbowaliśmy rozmawiać, ale jako że był pod wpływem substancji psychoaktywnych, komunikacja była bardzo utrudniona. Z czasem dialog się poprawił, choć wciąż daleko było do przełomu.
Na miejscu pojawił się jego ojciec, który bardzo przeżywał całą sytuację. Wtedy zapadła decyzja, która w praktyce policyjnej jest rzadkością i wykracza poza standardowe procedury – dopuszczono ojca do rozmowy.
Nie mieliśmy pewności, jak chłopak zareaguje. Jego ojciec był przekonany, że syn nic mu nie zrobi. My oczywiście cały czas pozostawaliśmy w pobliżu i utrzymywaliśmy z nim kontakt.
Gdy chłopak zobaczył ojca i usłyszał jego prośbę, by odłożył nóż, stało się coś niezwykłego – rzeczywiście to zrobił.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci chwila tuż po tym. Za moimi plecami byli już gotowi do wejścia funkcjonariusze pododdziału kontrterrorystycznego. Kiedy zobaczyłem nóż leżący na ziemi, zwróciłem się do dowódcy i powiedziałem: "On już odłożył nóż, proszę o delikatne podejście".
I posłuchali?
Procedury są jednoznaczne – po wejściu grupy następuje szybkie obezwładnienie. Funkcjonariusze weszli i wykonali swoje zadanie. Chłopakowi nic się nie stało, a my wykonaliśmy swoją pracę.
Ile takich zdarzeń miał pan średnio w ciągu roku?
Trudno tu o sztywne statystyki. Zdarza się, że przez dwa miesiące panuje całkowity spokój, a potem w krótkim czasie pojawiają się dwie–trzy akcje w jednym miesiącu. Widać też pewną sezonowość – najwięcej prób samobójczych odnotowujemy jesienią i zimą. 
W ostatnim czasie, ze względu na sytuację geopolityczną, mamy także więcej zdarzeń wymagających udziału pododdziałów kontrterrorystycznych (SPKP). Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w których osoby się barykadują, co wymusza natychmiastowe działania całego zespołu.
Jako negocjatorzy patrzymy też z pewną obawą na przyszłość, szczególnie w kontekście możliwych skutków zakończenia wojny za naszą wschodnią granicą. Powroty do domów, traumy i trudne sytuacje rodzinne mogą sprawić, że takich dramatycznych incydentów będzie w Polsce więcej.
Co się dzieje po powrocie do domu? Po takiej nocy, gdy uratował pan czyjeś życie – wraca pan do codzienności, czy to wciąż w panu zostaje?
Staramy się wracać do normalnego funkcjonowania, choć przez jakiś czas w głowie trwa analiza: co można było zrobić lepiej, inaczej. Po każdej akcji spotykamy się jako zespół, by na chłodno omówić przebieg zdarzeń.
Takie historie trafiają też później jako studia przypadków na spotkania negocjatorów – zarówno lokalne, jak i ogólnopolskie.
Wracamy do codzienności, mając świadomość, że podobne sytuacje będą się zdarzać i że każda z nich czegoś nas uczy.
Jak w takim razie dba pan o swoją psychikę? Ma pan wsparcie psychologa?
Oczywiście. W każdej komendzie wojewódzkiej oraz Komendzie Głównej pracują psycholodzy, do których zawsze można się zwrócić. Jako koordynator krajowy zwracam szczególną uwagę moim koordynatorom wojewódzkim, by zachęcali negocjatorów do korzystania z tej pomocy – zwłaszcza po najtrudniejszych akcjach. Nie ma tu miejsca na strach czy wstyd przed sięgnięciem po wsparcie specjalisty.
Mamy bardzo dobrych psychologów, którzy często pełnią również rolę konsultantów podczas samych negocjacji, więc doskonale rozumieją specyfikę naszej pracy.
Bardzo ważne jest też to, żeby mieć wspierającą rodzinę, jakieś hobby i móc "upuścić emocje". Czasem zwykła rozmowa i możliwość wyrzucenia z siebie trudnych doświadczeń działa oczyszczająco i po prostu pomaga.
Dalsza część wywiadu poniżej
Czy zdarza się panu stosować techniki negocjacyjne w życiu prywatnym? Czy potrafi pan to oddzielić?
Negocjator nie kłamie i nie manipuluje.
Pewne mechanizmy przenikają do codziennego życia, często w sposób nieświadomy. Osoby, które wiedzą, czym się zajmuję, mogą dostrzegać w moim sposobie komunikacji rzeczy, których ja sam nie zauważam. Zdarza się, że w rozmowie wpływamy na innych i osiągamy określony efekt – i myślę, że dzieje się to u mnie naturalnie, zarówno w pracy, jak i poza nią.
Niedawno w pociągu miałem nieprzyjemną sytuację z agresywnym pasażerem – on zachowywał się bardzo impulsywnie i rzucał się w moją stronę, a ja starałem się reagować spokojnie i w sposób opanowany.
Zdarza się, że negocjatorzy rezygnują? Że wypalają się albo po prostu nie dają rady psychicznie?
Była w Polsce sytuacja, w której negocjatorowi skoczył sam***jca. Był to przypadek śmiertelny. Policjant z własnej inicjatywy został odsunięty od działań na kilka lat, ponieważ to zdarzenie bardzo mocno na nim odcisnęło swoje piętno. Co istotne – po tym czasie wrócił do służby.
Częściej jednak powodem rezygnacji nie jest samo obciążenie związane z akcjami, ale trudność w pogodzeniu roli negocjatora z życiem prywatnym. Gdy pojawia się dziecko albo współmałżonek zmienia pracę, pozostawanie w stałej dyspozycyjności 24 godziny na dobę staje się ogromnym wyzwaniem. 
To praca bardzo wymagająca zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a ciągłe nocne wyjazdy i czuwanie odbijają się także na życiu rodzinnym.
To dużo jak na jeden etat.
To panią zaskoczę: w Polsce negocjator policyjny nie jest funkcją etatową – działamy w strukturach nieetatowych. Oznacza to, że każdy z nas ma swoje codzienne, podstawowe obowiązki. 
To czym pan się zajmuje, gdy akurat nie trwają negocjacje?
Na co dzień pracuję w sztabie i zajmuję się szeroko pojętym zarządzaniem kryzysowym. Podobnie jest z koordynatorami wojewódzkimi – to oficerowie sztabowi, którzy oprócz nadzoru nad zespołami negocjacyjnymi wykonują również wiele bieżących zadań planistycznych i operacyjnych w komendach wojewódzkich.
Wspomniał pan o dyspozycyjności 24 h na dobę. Jak ona wygląda w praktyce? Czy jeśli siedzi pan z żoną w kinie i dzwoni telefon, to musi pan rzucić wszystko i jechać na akcje? Nie macie stałych grafików?
Przy naszej obecnej liczbie stworzenie sztywnego i sprawiedliwego grafiku jest po prostu niemożliwe. Zasada jest jedna: telefon ma się przy sobie 24 godziny na dobę i w każdym momencie może on zadzwonić.
Pamiętam choćby naszą rocznicę ślubu – byliśmy z żoną w restauracji, uroczysta kolacja, wspólny czas. I zadzwonił telefon. Trzeba było przerwać świętowanie i jechać do pracy. 
Ilu mamy obecnie negocjatorów w kraju?
Jest nas około 350–360. 
Czego ta praca nauczyła pana o ludziach, a może – czego dowiedział się pan dzięki niej o sobie?
To dobre pytanie. Ta praca nie tylko pozwala lepiej rozumieć mechanizmy działania innych, w których z czasem można dostrzec pewną powtarzalność, ale przede wszystkim daje możliwość poznania samego siebie w zupełnie nowych warunkach.
Na co dzień każdy z nas poddaje się samoocenie, patrzy w lustro i wydaje mu się, że wie, jak zachowa się w trudnej sytuacji. Jednak dopiero momenty skrajne i ekstremalne są prawdziwym sprawdzianem. Analizując później swoje działania, nieraz można się zaskoczyć własnymi reakcjami. To właśnie takie graniczne doświadczenia pokazują, kim w istocie jesteśmy.
Ta praca nauczyła mnie również, że w wielu sytuacjach ludzie przybierają pewnego rodzaju "maski". Jednak pod tą warstwą zawsze kryje się człowiek – ktoś, kto potrzebuje akceptacji, zrozumienia i zwykłej życzliwości.
Niezależnie od tego, czy rozmawiam z osobą, która popełniła poważne przestępstwo, czy z kimś głęboko poranionym przez życie, w każdej z nich można dostrzec to samo – potrzebę bycia zauważonym i zaakceptowanym, coś na kształt wewnętrznego "dziecka", które pragnie kontaktu i zrozumienia.

Gdzie szukać pomocy:
116 123 – bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych w kryzysie emocjonalnym, czynny przez 7 dni w tygodniu w godzinach 14–22
(22) 855 44 32 – Ośrodek Interwencji Kryzysowej – pomoc psychiatryczno-pedagogiczna, czynny 7 dni w tygodniu całodobowo
(22) 484 88 01 – Antydepresyjny Telefonia Zaufania fundacji ITAKA, czynny cały tydzień z wyjątkiem soboty, godziny dostępne na stronie stopdepresji.pl
(22) 594 91 00 – Antydepresyjny Telefon Forum Przeciwko Depresji, czynny w każdą środę i czwartek od 17 do 19
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4ee81f5882dd530763deaf8cda987e8b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4ee81f5882dd530763deaf8cda987e8b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak wygląda praca policyjnego negocjatora?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647273,patologia-w-szkolach-rodzice-zalatwiaja-lewe-orzeczenia-by-ulatwic-egzaminy-uczniowie-sie-tym-chwala</guid><link>https://natemat.pl/647273,patologia-w-szkolach-rodzice-zalatwiaja-lewe-orzeczenia-by-ulatwic-egzaminy-uczniowie-sie-tym-chwala</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 18:45:02 +0200</pubDate><title>Patologia w szkołach. &quot;Rodzice załatwiają lewe opinie, by ułatwić egzaminy. Uczniowie się tym chwalą&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Widzę uczniów, którzy mają opinie i sami się z tego śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy. Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja. Chodziło oczywiście o profity na egzaminie. Kiedyś uczeń sam mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni" i będę miał łatwiej – opowiada nauczyciel matematyki i fizyki w szkole średniej i wykładowca. W szczerej rozmowie z naTemat mówi o tym, jak rodzice zmienili się w adwokatów swoich dzieci i co z tego wynika.

Aleksandra Tchórzewska: Zdarza się, że wstawia pan o 15:00 dwójkę do Librusa, a o 15:05 ma pan już wiadomość od rodzica z pretensjami?
Marek (imię zmienione), nauczyciel: O tak. Szczególnie jeden raz utkwił mi w głowie. To było po bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Uczeń stwierdził na innej lekcji, że on trójki z matematyki mieć nie będzie, bo "ten (tu nieprzyjemny epitet określający mnie) mu jej nie wystawi". Nauczycielka wpisała mu uwagę, której ja jeszcze nawet nie zdążyłem przeczytać. 
Tak się złożyło, że ten chłopak – skądinąd całkiem niezły z matematyki – dostał u mnie jedynkę. Wstawiłem ją do systemu i natychmiast dostałem SMS-a od matki: "Dlaczego mści się Pan na moim synu?".
Zadzwoniłem do niej, mówię, że nie rozumiem, o co chodzi. Matka dostała słowotoku. To był czysty atak: że się mszczę, że ona tego tak nie zostawi, że pójdzie na skargę. 
Zaprosiłem ich na spotkanie. Przyszli, ale ani razu nie padło słowo "przepraszam". Ani od chłopaka, ani od matki. Udało się ich uspokoić, ale do nich w ogóle nie dotarło, że stało się coś skandalicznego.
Zostałem oskarżony o zemstę, zanim w ogóle zdążyłem o niej pomyśleć.
Ja nie mam numeru do żadnego z nauczycieli mojej córki. Komunikujemy się tylko przez Librusa albo na zebraniach.
Kiedyś byłem ogromnym przeciwnikiem podawania prywatnego numeru, ale pokonała mnie bezsilność. Nie wszyscy rodzice czytają Librusa. Ta mama akurat czytała, bo powiadomienie przyszło jej od razu, ale wielu tam nie zagląda. Żeby mieć pewność, że informacja dotarła, zacząłem pisać SMS-y i dzwonić.
Teraz mam numery wszystkich rodziców swoich wychowanków wklepane w telefon. W "razie W" dzwonię. Na początku roku podaję swój numer i przyzwalam na kontakt w ciągu dnia. Mówię tylko: "Weekendy mi darujcie". Czasem to dobre wyjście – gdy dziecko nagle zachoruje albo wydarzy się coś w rodzinie, rodzic informuje mnie na bieżąco. 
To jest okej.
A co nie jest okej?
Kiedy uczeń ucieka z ostatniej lekcji, a ja od razu dostaję wiadomość od rodzica: "Proszę to usprawiedliwić".
Albo inna scena: mam godzinę wychowawczą, mówię chłopcom, że przez nieobecności będą mieli obniżone oceny z zachowania. Nie mija godzina, a w Librusie mam już komplet usprawiedliwień bez podania przyczyny. Jak pytam o powód, słyszę, że rodzic "nie musi podawać". 
To są często pojedyncze godziny w środku dnia. Rodzic daje przyzwolenie na wagary, a potem, gdy pojawia się zagrożenie jedynką na koniec roku, idzie po rozum do głowy i pyta, co z tym zrobić. Staram się wówczas tłumaczyć rodzicowi, że dziecko narobiło sobie zaległości przez liczne nieobecności, które były bezrefleksyjnie usprawiedliwiane, ale z reguły jest już wtedy po prostu za późno na cokolwiek.
Czy zdarza się, że rodzice podważają sens nauki matematyki czy fizyki, mówiąc, że "to i tak się w życiu nie przyda"?
Miałem taką sytuację: matka, jeszcze gdy córka była w czwartej klasie, stwierdziła, że skoro sama ma wyższe wykształcenie i nie zna tabliczki mnożenia, to nie będzie tego wymagała od własnego dziecka. Kiedy uczeń słyszy coś takiego od autorytetu, utwierdza się w przekonaniu, że uczyć się nie musi. 
Ale w szkole tego wymagają. Powstaje dysonans, dziecko się gubi i nie wie, po której stronie stanąć.
Dziś tego dziecka w szkole częściej nie ma, niż jest. A do matki powoli dociera, że jest współwinna temu, co się dzieje, więc próbuje teraz w poradniach diagnozować u córki fobię szkolną.
Tyle że ta fobia nie wzięła się znikąd. Nie spadła na to dziecko jak łaska Boża, nie została nim naznaczona przy chrzcie. Według mnie to w dużej mierze wina rodzica.
Zamiast zaangażować się w pomoc, gdy pojawiły się pierwsze problemy, mama to bagatelizowała. 
Moja żona w podstawówce ma podobny problem – ma uczennicę, którą matka chroni od czwartej klasy, bagatelizując każde niepowodzenie szkolne. W efekcie dziewczynki więcej nie ma w szkole, niż jest. 
Da się naprawić te błędy?
Z niektórych źle obranych dróg bardzo trudno jest zawrócić. Rodzicielstwo to długotrwały, przemyślany proces. Nie można po prostu powołać młodego człowieka na świat i pozwolić mu, by "jakoś to było". 
Trzeba przy dziecku być i wychwytywać trudne momenty. Mnie jest o tyle łatwiej, że oboje z żoną jesteśmy nauczycielami. Nasze dzieci zawsze były pod tym względem zaopiekowane. Gdy pojawiał się problem, reagowaliśmy natychmiast. Nigdy nie umniejszaliśmy rangi żadnego przedmiotu. Nawet plastyka czy technika, często traktowane po macoszemu, u nas były ważne.
Choć sami z żoną mieliśmy mnóstwo uwag – bo na własne środowisko patrzy się surowiej – nasze dzieci nigdy nie usłyszały od nas złego słowa o swoich nauczycielach. 
A jeśli dziecko słyszy taką krytykę w domu, to potem mamy to, co mamy. Dziś rodzice często wyrzucają z siebie żale z czasów, gdy sami nie radzili sobie w szkole.
Jakie są matki, a jacy ojcowie w relacji ze szkołą?
Mamy często chronią i wybielają. Mam ucznia z orzeczeniem, który powinien chodzić na zajęcia indywidualne, ale na nie nie dociera. Naopowiadał mamie, że rzekomo mówię o nim niestworzone rzeczy – że niby się do tej szkoły nie nadaje. 
Mama oczywiście natychmiast się na mnie obraziła i zupełnie przestała się odzywać. Zaprowadziła nawet syna do psychologa, bo nagle pojawiło się podejrzenie fobii szkolnej. A przecież przez rok była z placówki bardzo zadowolona. Chłopiec ma problemy emocjonalne, otoczyliśmy go opieką, dostał promocję. Ale teraz szkoła jest "be", bo poskarżyłem się, że wagaruje.
Kiedy mam problem z chłopakiem – a mam teraz klasę samych chłopców – i wiem, że jest w domu ojciec, to dzwonię zawsze do niego, nigdy do matki. Bo matka powie: "to nieprawda" albo "porozmawiam z nim" i nic się nie zmienia. 
A jak dziecko jest po rozmowie z ojcem, to widzę szansę na zmianę.
Ojcowie teraz się bardziej angażują. Ostatnio jeden z nich nawet trochę mnie wzruszył, bo przyznał mi wprost, że nie radzi sobie z synem w domu. Powiedział: "Wie pan, ja wiem, że on w szkole zachowuje się źle, ale naprawdę nie wiem, co z tym zrobić". To była naprawdę fajna, merytoryczna rozmowa z człowiekiem, który po prostu przyznał, że jest bezsilny.
Łatwiej rozmawiać z uczniem niż z rodzicem?
Tak, prędzej dogadam się z nastolatkiem. Obecnie mam dosyć problematyczną klasę, ale staramy się rozwiązywać konflikty wewnątrz grupy. 
Czasem śmieję się na godzinie wychowawczej: "Słuchajcie chłopaki, macie tyle uwag, a przecież każdy z was był kiedyś słodkim trzylatkiem w piaskownicy. Nic nie zapowiadało, że będziecie dokuczać pani od angielskiego, lekceważyć nauczycieli czy chodzić sobie po klasie". Kiedy rozmawia się z nimi szczerze, często przyznają mi rację. 
Wymyśliliśmy nawet w szkole projekt "Dama i dżentelmen". Uczymy w nim kultury osobistej. Program trwa cały rok i widzimy świetne efekty. Te dzieci zaczynają rozumieć, że ich życie zależy od nich, a rodzic nie będzie zawsze ich tarczą. 
Dziś rodzice idą na skargę do dyrektora albo kuratora. U nas zdarzył się wypadek autokarowy podczas wycieczki. Nikomu nic się nie stało, a mimo to rodzic napisał skargę do kuratorium. 
Zamiast przyjść, porozmawiać, wylał złość na papierze, twierdząc, że wyjazd był źle zorganizowany. A przecież wypadek może się zdarzyć zawsze, wszędzie. Ruch drogowy jest nieprzewidywalny, ktoś zajedzie drogę kierowcy i gotowe. To mogło się stać w każdych okolicznościach.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, powiedział pan, że w 2022 roku powrócił do szkoły po ośmiu latach przerwy.
W szkole pracowałem od 2002 roku. W 2014 poszedłem na roczny urlop zdrowotny i po nim już nie wróciłem, bo wystartowałem w konkursie na dyrektora Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wygrałem go. Przez pięć lat pełniłem tę funkcję, a później dostałem ofertę z firmy VULCAN – to fiński gigant edukacyjny Sanoma.
Zajmowałem się kontaktami z samorządami. To był akurat okres pandemii. Po około trzech latach dostałem propozycję powrotu do szkoły. Myślałem nad tym pół roku i stwierdziłem: "Czemu nie?". 
Praca w korporacji była męcząca. Jako menedżer średniego szczebla musiałem bardzo często jeździć do Wrocławia i te podróże po prostu mnie wyczerpały. 
I tak znów pracuję w szkole ponadpodstawowej.
Zastał pan jakąś nową rzeczywistość po tej przerwie?
Tak. Pierwsza rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła, to skala biurokracji. Odchodziłem ze szkoły z wielu powodów, ale "papierologia" była głównym. Dziś cały proces edukacyjny to morze dokumentów. 
Przybyło dzieci z opiniami i orzeczeniami. Do tego dochodzi strach przed kuratorium. Myślę, że niemałe znaczenie miały tu rządy poprzedniej ekipy – przez te lata niemal każdy dyrektor zaczął zabezpieczać się z każdej strony dokumentem. 
Prowadzę zajęcia projektowe i muszę to dokumentować podwójnie: dla Urzędu Marszałkowskiego i w systemie szkolnym, żeby pozostał ślad, tak na wszelki wypadek.
Rodzicom musimy wysyłać tzw. wymagania edukacyjne, co jest kompletną bzdurą.
Dlaczego?
Nie wiem, czy rodzice się z tym dokumentem zapoznają. Myślę, że nie. To dziesięć stron branżowego słownictwa z każdego przedmiotu. Według mnie spora grupa rodziców nie rozumie, w jakim celu otrzymuje te wymagania edukacyjne i ich po prostu nie czyta. My jednak musimy zebrać potwierdzenie, że przyjęli dokument. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że to potwierdzeni nie jest zgodne ze stanem faktycznym.
Jeśli uczeń ma opinię lub orzeczenie, rodziców trzeba kilka razy w roku zaprosić na spotkanie. Od czterech lat "przerabiam" takie dzieci i w tym czasie zdarzyło mi się tylko jedno spotkanie, na które rodzic faktycznie przyszedł, bo tego chciał. 
Ich interesuje tylko – to moja opinia – święty spokój. Mam wrażenie, że gdy już zdobędą "papier", problem dla nich znika. To szkoła musi zrobić wszystko, by wywiązać się z zaleceń. 
Jeśli mam zalecenie, że uczeń ma mieć np. kartkówkę wydłużoną o pięć minut, siedzieć w pierwszej ławce czy dostawać test napisany większą czcionką, to muszę to wszystko skrupulatnie dokumentować. 
Wszystko po to, by w razie, gdy uczeń mimo tych dostosowań sobie nie poradzi i otrzyma ocenę niedostateczną na koniec roku, mieć twarde dowody, że z mojej strony dopełniłem każdego obowiązku i wywiązałem się z zaleceń, a uczeń po prostu nie opanował materiału.
A orzeczeń jest coraz więcej. 
Chciałby pan powiedzieć, że rodzice nadużywają tych przywilejów?
Część na pewno tak. Widzę uczniów z opiniami, którzy sami się z nich śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy.
Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja.
Po co jej ta opinia?
Chodziło oczywiście o ułatwienia na egzaminie.
Niektórzy, w zależności od zaświadczenia, mają np. dodatkowy czas na egzaminie. Z reguły to pół godziny. Myślę, że wielu rodziców po prostu to wykorzystuje. 
Kiedyś uczeń sami mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni, będę miał pół godziny więcej na maturze". 
Co pan wtedy czuje? Złość?
Utwierdzam się w przekonaniu, że jako naród cenimy sobie źle rozumiany spryt. Uważamy, że bycie cwaniakiem jest fajne. Kiedyś czułem wściekłość, teraz jest mi to obojętne. Z mojego doświadczenia wynika, że jak uczeń ma zdać, to zda. Te pół godziny niewiele zmieni, daje jedynie komfort psychiczny.
Jako przewodniczący komisji egzaminacyjnych widzę, że niemal nikt z tego czasu nie korzysta. Na matematyce 180 minut to naprawdę wystarczająco. Zauważam wręcz odwrotny problem – w dniu matury niemal wszyscy wychodzą przed czasem. 
Ci najzdolniejsi nawet godzinę przed dzwonkiem. Słabsi siedzą prawie do końca, ale nigdy do samego końca. Robią to, co im radzę: "Rozwiąż, co umiesz, nad resztą się zastanów, nie zostawiaj pustej kartki". Sprawdzają i wychodzą.
Dlatego uważam, że ten czas jest wystarczający. Rozumiem potrzeby uczniów chorych, np. na cukrzycę – oni muszą mieć bufor bezpieczeństwa. Ale nie potrafię się pogodzić z masowym "załatwianiem" lewych opinii tylko po to, by mieć fory.
Co jeszcze rodzice potrafią "załatwić"?
Mógłbym o tym napisać książkę. Z jednej strony mam sporą grupę rodziców, których zainteresowanie dzieckiem nazwałbym wzorowym. Ta relacja jest w porządku: rodzic trzyma rękę na pulsie, kontroluje frekwencję i oceny. Po prostu współpracujemy. Kiedy informuję, że uczeń wagaruje, spóźnia się czy ma słabsze stopnie, po dwóch tygodniach widzę zmianę. Rodzice reagują, podejmują w domu działania – wtedy jest super. 
Niestety nie zawsze tak to wygląda. Niektórzy rodzice sami nie wiedzą, czego chcą.
Miałem przypadek matki, która wychowywała dzieci samotnie. Miała syna i młodszą córkę. Poprosiła mnie o rozmowę z chłopakiem, bo byłem dla niego autorytetem. Chłopiec wagarował, oceny leciały w dół. Porozmawialiśmy konkretnie, nakreśliłem mu skutki takich działań. Mama była zadowolona, dziękowała mi.
I tak żyliśmy rok, aż ten chłopiec podpadł – na jednej z lekcji rzucił się z pięściami na nauczyciela. Skończyło się na naganie wychowawcy.
A kiedy ja dodatkowo wystąpiłem o naganę dyrektora, matka nagle całkowicie zmieniła front. Zarzuciła mi, że uwziąłem się na jej syna. Twierdziła, że wykorzystuję znajomość ich sytuacji domowej i że w ogóle nie powinienem z nim rozmawiać. 
Źródła agresji syna upatrywała w... naszej wcześniejszej rozmowie. Uznała, że on się po niej rzekomo załamał i stąd ten wybuch. Nagle wszystko stało się moją winą.
Rodzice zawsze bronią dzieci za wszelką cenę?
Rodzice po prostu tacy bywają: jak jest dobrze, kochają szkołę. Jak coś zgrzyta – szkoła staje się wrogiem. Są święcie przekonani, że dziecko mówi prawdę. Dopiero z czasem wychodzi na jaw, że młody człowiek po prostu nimi manipuluje. Ale rodzic się do tego nie przyzna. Będzie bronił tezy, że w domu jest okej, a zło dzieje się w szkole.
Dlaczego tak jest?
Nie mam pojęcia. Sam mam już dorosłe dzieci, ale nigdy nie przychodziło mi do głowy twierdzić, że moje dziecko jest "do rany przyłóż", jeśli w szkole nagle dostaje rogów. Młodzi ludzie często prowadzą podwójne życie. W klasie chcą zaimponować kolegom, a w domu zostają sami z rodzicami i tam nie ma miejsca na wygłupy. Rodzice przestali akceptować fakt, że ich dziecko ma tę drugą twarz.
Zapytałem, dlaczego okłamuje matkę. Odpowiedział brutalnie szczerze: "Mówię mamie to, co chce usłyszeć, żeby się nie czepiała". To dla mnie zagadka, dlaczego rodzice biorą to za pewnik.
Kiedyś mówiło się, że dziecko jest lustrem domu – że wynosi z niego kulturę, zachowanie i słownictwo. Dziś rodzic nie przyjmuje takiej narracji. Woli twierdzić, że szkoła i nauczyciele kłamią, oszukują i z jakiegoś złośliwego powodu oskarżają mu dziecko. To jest dla nich sytuacja nie do zaakceptowania.
Ostatnio dużo piszę o tym, że wszystko nagle stało się "traumą". Specjaliści, z którymi rozmawiam, mówią, że żyjemy w banieczkach dobrostanu i chronimy dzieci przed dyskomfortem. Czy pan też to widzi w szkole?
Tak jest. Prawo oświatowe mówi o ocenianiu bieżącym. Tymczasem rodzice bronią swoich dzieci jak Zawisza niepodległości. "Moje dziecko nie może dzisiaj, nie może jutro". I z oceniania bieżącego robi się w szkołach "sesja egzaminacyjna" w styczniu i czerwcu. Bo "proszę okazać empatię"... A potem w czerwcu jest wielkie zdziwienie.
Wczoraj dziewczynka pytała, kiedy może napisać sprawdzian. Mówię: "Dzisiaj". A ona: "No, niby mogę, ale i tak nic nie umiem, to przyjdę po świętach". 
Takie sytuacje to norma. 
Kiedyś matka błagała mnie, bym nie brał córki do tablicy, bo ona ma fobię szkolną z matematyki. Po trzech miesiącach przyniosła orzeczenie na nauczanie indywidualne. Po roku nauki, w czerwcu, uczennica przyszła zapytać, czy może zrezygnować z indywidualnych, bo "u pana jest inaczej". 
Wróciła na zajęcia z klasą. Radzi sobie znakomicie, a śladów fobii nie widać. Myślę, że to matka miała fobię szkolną i roztoczyła nad córką parasol ochronny.
Rodzice bardzo się zmienili przez te 24 lata pana kariery?
Zdecydowanie. Większość tych, którzy sami nie radzili w szkole, nie potrafi pomóc swoim dzieciom. Frustracja przechodzi na dziecko. Pamiętam, jak w 2002 roku mówiłem uczniom: "Nauczcie się ułamków, bo nie pomożecie swoim dzieciom". I dziś, gdy pytam ucznia: "Mama nie może ci pomóc?", słyszę: "Mama sama tego nie potrafi". To ma ogromne znaczenie. 
Miałem w klasie syna mojej byłej uczennicy. Chłopak w podstawówce był agresywny, rzucał krzesłami, a matka długo broniła się przed badaniami, nie przyjmując do wiadomości tego, że syn może potrzebować specjalistycznej pomocy. 
Dopiero pod koniec szkoły podstawowej zdecydowała się na badania i u chłopaka zdiagnozowano zespół Aspergera i autyzm, a kobieta przeszła ogromną zmianę, zrozumiała swoje błędy i przez lata nasza współpraca była czystą przyjemnością. Chłopak był najzdolniejszy w klasie.
Niestety tacy rodzice to wyjątki. 
Miasto, w którym pan mieszka i pracuje, to nie metropolia. Czy zdarza się, że rodzic pana zaczepia na ulicy o jedynkę?
Nie, na szczęście to się nie zdarza. Wydaje mi się, że mam dość dobrą opinię. Jestem wymagający i surowy, ale uczniowie mnie akceptują. Niedaleko mojego bloku, w sklepie, w którym codziennie robię zakupy, pracuje mama mojego byłego ucznia. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby zareagowała źle, choć jej syn aniołkiem nie był.
Raz to ja ją zagadałem przy kasie, gdy nie było innych ludzi. 
Dalsza część wywiadu poniżej
Zgodził się pan porozmawiać, choć nie mówi o rzeczach łatwych i przyjemnych. Dlaczego?
Bo taka jest moja opinia. Ja uważam, że moje zdanie nikogo nie krzywdzi. Tak po prostu jest. Ludzie dzielą się na dobrych i złych, mądrych i głupich. Pośrodku nie ma nikogo, bo nie można być "trochę mądrym".
Boli mnie to, że kiedyś mogliśmy bez oporów powiedzieć komuś: "Jesteś głupi" i nie było w tym złośliwości, tylko stwierdzenie faktu. Pamiętam kolegę z czwartej klasy, który odpisywał ode mnie ułamki. Mówię: "pisz 1/4, a on zaczął pisać słownie: "j-e-d-n-a...". Powiedziałem mu: "Człowieku, jesteś głupi". Przyznał mi rację, nie było afery. Dziś to nie do pomyślenia. 
Trzeba mówić wprost: nie poradzisz sobie w technikum czy liceum, jeśli po ośmiu latach podstawówki masz problem z ułamkami. Żadne orzeczenie tego nie zmieni.
Gdyby wiedział pan, co pana czeka w nowej szkolnej rzeczywistości, wróciłby pan do zawodu?
Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Szkoła mnie nie przeraża, zajmowałem się w życiu wieloma rzeczami. Byłem przez kilkanaście lat społecznym kuratorem sądowym – tego na przykład nie chciałbym już robić, to było znacznie bardziej obciążające psychicznie.
Ma pan nadzieję na zmianę rodziców po lekturze tego wywiadu?
Nie, nie mam ani cienia nadziei. Wszyscy w szkole "jedziemy już na oparach". Liczymy dni. Jesteśmy potwornie zmęczeni. W marcu miałem 70 nadgodzin – to tak, jakbym pracował na dwóch etatach. Za każdą godziną stoi wycieńczenie emocjonalne.
Nie ma już klasy, w której nikt by się nie spóźniał. Powody są różne: jeden utknął w toalecie, drugi ma fobię i boi się wejść do sali z resztą grupy, trzeci wymyśla jeszcze coś innego. Nie ma praktycznie lekcji, na której przynajmniej jeden uczeń by nie spał. Kiedyś byłby z tego raban, dziś to norma.
I ja z tymi jej emocjami zostaję sam.
W internecie możemy się wzajemnie "nakręcać", ale to niczego nie zmieni. Na zarobki już nawet nie narzekam – po prostu je zaakceptowałem. Żeby coś się zmieniło, musielibyśmy jak górnicy pojechać pod Sejm i spalić te wszystkie monitory interaktywne, tablice i kredy. Ale nasze środowisko jest zbyt podzielone.
I tak będziemy pchać ten wózek. Bo my zawsze robimy to, co trzeba. Jak trzeba będzie, to nawet zmartwychwstaniemy. 
I nikogo to nie wzruszy. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1ba9cf6f4f643c0d422098d5c3983a18,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W polskich szkołach jest coraz więcej dzieci z różnymi orzeczeniami</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647566,maz-swietnie-zarabia-ja-nazywa-pasozytem-rozlicza-z-zakupow-co-do-grosza</guid><link>https://natemat.pl/647566,maz-swietnie-zarabia-ja-nazywa-pasozytem-rozlicza-z-zakupow-co-do-grosza</link><pubDate>Sat, 04 Apr 2026 08:00:02 +0200</pubDate><title>Mąż świetnie zarabia, ją nazywa &quot;pasożytem&quot;. Rozlicza z zakupów co do grosza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż mojej klientki przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Jej mąż potrafił kwestionować nawet zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku – opowiada mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa. Pytam prawniczkę, kiedy troska o domowy budżet zamienia się w wyrafinowaną przemoc ekonomiczną.

Aleksandra Tchórzewska: Kobieta wraca z zakupów i codziennie pokazuje mężowi każdy paragon. On je analizuje, podważa sens wydania każdej złotówki: "A po co to? Mogłaś tego nie kupować". Gdzie kończy się wspólne planowanie budżetu i zdrowe oszczędzanie, a zaczyna finansowa tresura?
mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa: To jest już przemoc ekonomiczna. Mamy tu do czynienia z podporządkowaniem jednej osoby drugiej i budowaniem toksycznej zależności. Taki układ wprost wpisuje się w definicję przemocy.
Kiedyś doradzałam kobiecie z małej miejscowości, która opowiedziała mi o "poniedziałkach paragonowych". Choć pracowała, to zarabiała niewiele, a głównym żywicielem rodziny był mąż. W domu mieszkała też teściowa. Moja klientka zajmowała się wszystkim: domem, gotowaniem, zakupami i opieką nad dziećmi.
W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Mąż potrafił kwestionować nawet zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku. Nie miała żadnej przestrzeni na własne wydatki, poza tym, co udało jej się odłożyć ze skromnej pensji. 
W tym związku brakowało szacunku, a ona była systematycznie upokarzana. To pokazuje, że takie sytuacje wciąż dzieją się w polskich domach, a my – kobiety – czasem nieświadomie się im poddajemy.
Co pani sądzi o sytuacjach, w których partnerzy wymagają dostępu do loginu i hasła żony, aby sprawdzać stan jej konta?
Żądanie loginu i hasła to już ewidentne przekroczenie granicy. W takiej sytuacji warto zastosować zasadę wzajemności: "Chcesz, bym była wobec ciebie transparentna? Bądź taki sam wobec mnie i podaj mi swoje dane". Jeśli obie strony dobrowolnie zgadzają się na taki układ – w porządku. Jeśli jednak żądania płyną tylko z jednej strony, należy zachować ogromną ostrożność. To prosta droga do toksycznej kontroli, inwigilacji i w konsekwencji – przemocy ekonomicznej.
Ta przemoc opiera się na potrzebie władzy. Osoba zarządzająca finansami używa pieniędzy jako narzędzia dominacji, wprowadzając ograniczenia i upokarzając drugą stronę. Musimy być na to bardzo uważne.
Czy prawo nakłada na nas obowiązek takiej jawności?
Nikt nie ma prawnego obowiązku podawania swoich haseł. Jeśli partner czuje nieufność lub uważa, że wydajemy za dużo, można umówić się na pokazywanie wyciągów co jakiś czas. Ale podawanie danych do logowania? To całkowicie zbędne i naruszające prywatność. Po co komu login, skoro można po prostu szczerze porozmawiać o wydatkach?
Zgoda kobiety na taki układ często otwiera drzwi do relacji przemocowej. Partner zaczyna wnikliwie analizować każdy ruch na koncie, co szybko prowadzi do poczucia osaczenia. Gdyby zależało mi na relacji, starałabym się znaleźć rozwiązanie typu "wilk syty i owca cała". Jeśli transparentność jest dla partnera tak ważna, można umówić się na przesyłanie screenów z konta, by uspokoić go, że nie sprzeniewierzamy wspólnych środków. Jednak oddawanie pełnego dostępu do swojej prywatności cyfrowej to błąd, z którego potem bardzo trudno się wycofać.
Znam kobiety, które zarabiają pieniądze, a mimo to panicznie boją się kupić sobie coś nowego. Kupują sweter i mówią mężowi: "A to stare" albo "Dostałam za darmo". Dlaczego dorosła kobieta czuje się wtedy jak dziecko przyłapane na kradzieży?
Tu wchodzimy w schematy wypracowane przez lata. Znam klientki, które zarabiają więcej niż mężowie, a mimo wspólności majątkowej czują, że te pieniądze są "wspólne" tylko w sposób, który je ogranicza. To bariera mentalna, często kwestia psychologiczna, a niekoniecznie prawna.
Z punktu widzenia prawa, jeśli nie czujemy swobody w rozporządzaniu finansami – mimo że same je wypracowujemy – może to oznaczać dominację jednej ze stron. Nie zawsze jednak jest ona narzucona przez mężczyznę. 
Często mam wrażenie, że kobiety same narzucają sobie ograniczenia, chcąc poświęcić się dla dobra rodziny. Wtedy nie kwalifikowałabym tego jako przemocy, a raczej jako formę autosabotażu.
Czym to się objawia w praktyce?
Niedawno rozmawiałam z kobietą, która zarabia znacznie mniej niż jej mąż. Ma wgląd w rachunek i jest jego pełnomocniczką, ale po dwudziestu latach małżeństwa nie ma w sobie odwagi, by wypłacić z tego konta pieniądze na własne potrzeby. Kiedy czegoś potrzebuje, prosi dzieci, by to one porozmawiały z ojcem. 
To właśnie ta mentalna granica. A przecież przy wspólności majątkowej te pieniądze w połowie należą do niej.
A co w sytuacji, gdy mąż kupuje żonie drogą torebkę czy futro, żeby pokazać znajomym, jaki jest hojny, ale żałuje jej pieniędzy na dentystę, leki czy kurs zawodowy? Na zewnątrz luksus, w domu surowe restrykcje. Czy to przemoc? I czy ktoś uwierzy kobiecie, że doznaje krzywdy, skoro obnosi się z drogimi prezentami?
W świetle prawa małżonkowie mają obowiązek wzajemnie się wspierać i zaspokajać swoje potrzeby. Pytanie brzmi: czy droga torebka jest potrzebą życiową? Raczej nie. W pierwszej kolejności powinniśmy priorytetyzować wydatki na edukację, leczenie czy mieszkanie. Jeżeli te podstawowe potrzeby nie są zaspokajane, a realizowane są jedynie te "ponadstandardowe" i to pod dyktando męża, to tak – mamy do czynienia z formą kontroli i przemocy.
Teoretycznie istnieje podstawa do domagania się alimentów od współmałżonka jeszcze w trakcie małżeństwa. Rozumiem jednak, że kobiety się tego boją. Pozwanie męża, z którym się mieszka i chce jeszcze ratować relację, może tę więź ostatecznie zniszczyć. Dlatego kobiety rzadko się na to decydują – chyba że wiedzą już, że związek jest pozorny. Znam wiele takich relacji "na pokaz": na zewnątrz zamożność i luksus, a w domu wyliczanie co do złotówki pieniędzy na chleb.
Ja w pewnym związku nieformalnym często słyszałam: "Po co ci nowy płaszcz? Przecież masz". Nie mieszkaliśmy razem i nie tworzyliśmy wspólnego gospodarstwa domowego. 
W takim związku nie ma wspólności majątkowej, więc druga strona nie powinna ingerować w nasze wydatki. Tu obowiązuje zasada: "moje jest moje, twoje jest twoje". 
Problem polega na tym, że wciąż bardzo mało rozmawiamy o finansach. 
Kobiety boją się pytać, by nie zostać uznane za materialistki. Boją się reakcji: "Po co ci to wiedzieć? Kombinujesz coś?". Brak przejrzystości staje się potem jedną z najczęstszych przyczyn rozpadu małżeństw.
W małżeństwie, o ile nie ma intercyzy, mamy wspólnotę, a więc i obowiązek wspólnego decydowania o majątku. Nie powinno być tak, że jedna strona samodzielnie podejmuje istotne decyzje, jak zakup samochodu, działki czy inwestycje w akcje.
Czy często zdarza się, że kobiety nie wiedzą o takich inwestycjach?
Niestety, bardzo często. Potwierdzają to statystyki: kluczowe decyzje dotyczące wspólnego majątku nierzadko zapadają bez udziału kobiet. Pytanie, czy one same oddały tę sferę partnerowi, czy on zwyczajnie nie liczy się z ich zdaniem. Niezależnie od przyczyny, takie samodzielne działanie jednego z małżonków może mieć poważne konsekwencje prawne i finansowe dla obu stron.
Czy można prawnie wywalczyć prawo do informacji o stanie majątku?
Nie istnieje jedno uniwersalne postępowanie pozwalające na pełne zobowiązanie drugiej strony do ujawnienia całego majątku. W określonych sytuacjach np. w trakcie trwania małżeństwa, na podstawie przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, możliwe jest żądanie informacji o majątku wspólnym, jednak jego egzekwowanie bywa ograniczone.
W praktyce pełny obraz majątku najczęściej ujawnia się dopiero w toku postępowania o jego podział, kiedy sąd prowadzi postępowanie dowodowe i może zobowiązać strony do przedstawienia dokumentów oraz informacji o składnikach majątku.
Doradziłam jej, że jeśli nie uda się podpisać umowy u notariusza, jedynym wyjściem będzie pozew o tzw. przymusową rozdzielność majątkową. To pozwala zabezpieczyć siebie, dzieci i wspólne aktywa, jak mieszkanie czy działka. W przypadku hazardu – który jest chorobą – nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się problem z zadłużeniem czy komornik pukający do drzwi.
Trzeba jednak pamiętać, że w sądzie należy uzasadnić taką decyzję. Powodem może być brak zaufania czy komunikacji, ale też uzależnienie partnera od alkoholu czy właśnie hazardu. Najlepiej poprzeć to dokumentacją. Sąd przesłuchuje obie strony i podejmuje decyzję, kierując się przede wszystkim dobrem rodziny. To rozwiązanie rekomenduję zawsze, gdy kobieta nie ma jasności co do finansów, a ma uzasadnione podejrzenia, że dzieje się coś niepokojącego.
Niestety, nie ma dziś idealnych narzędzi prawnych, które skutecznie zmuszałyby małżonka do pełnej jawności jeszcze w trakcie trwania małżeństwa. Zresztą pary rzadko decydują się na tak radykalne kroki przed rozwodem – zwykle oznacza to, że w relacji dzieje się już na tyle źle, że trudno liczyć na jej odbudowę.
Czyli najczęściej dowiadujemy się o wszystkim, gdy jest już za późno?
Niestety, często tak. Statystycznie to kobiety bywają bierne w sprawach finansów domowych albo są z nich wykluczane przez partnerów. W wielu domach nadal funkcjonuje model patriarchalny. Jeśli jednak pojawiają się sygnały ostrzegawcze – dziwne pisma, monity, wizyty windykatorów czy nagły stres u partnera, o którym nie chce rozmawiać – warto poważnie rozważyć ustanowienie rozdzielności majątkowej.
Rozdzielność chroni przed nowymi zobowiązaniami, które mógłby zaciągnąć partner. Można ją ustanowić dobrowolnie u notariusza, ale wymaga to zgody obu stron. Jeśli mąż się nie zgadza, pozostaje droga sądowa.
Czy rozdzielność majątkowa to wciąż rzadkość, czy staje się już trendem?
Rozdzielność majątkowa jest niezbędna w sytuacjach newralgicznych: gdy brakuje szczerej komunikacji, pojawiają się uzależnienia albo gdy decyzje finansowe są podejmowane impulsywnie, ze szkodą dla rodziny.
Rozdzielność sprawdza się także wtedy, gdy jedno z małżonków prowadzi biznes obarczony dużym ryzykiem. Wtedy ewentualne niepowodzenia firmy nie obciążają całej rodziny i chronią ją przed utratą dorobku życia. 
Jeśli biznes jest skalowalny i narażony na wahania, taka umowa u notariusza zabezpiecza aktywa. Jedna osoba podejmuje ryzyko, ale rodzina nie musi się bać, że w razie niepowodzenia straci dom, mieszkanie czy samochód.
Dla kogo rozdzielność majątkowa nie jest dobrym rozwiązaniem?
Weźmy model, w którym kobieta nie pracuje zawodowo, bo zajmuje się domem i dziećmi. To wciąż częsty układ: mężczyzna zarabia i rozwija się zawodowo, a kobieta przez lata dba o gospodarstwo. W takiej sytuacji rozdzielność może być dla niej skrajnie niekorzystna. Praca w domu nie generuje dochodu, więc kobieta nie buduje własnego majątku.
Przy wspólności ustawowej funkcjonuje tzw. "wspólny worek". W razie rozwodu majątek podlega podziałowi, co jest sprawiedliwe – nawet jeśli kobieta nie zarabiała, jej wkład umożliwił partnerowi robienie kariery i pomnażanie pieniędzy. Wtedy należy jej się połowa.
A przy rozdzielności?
Po rozstaniu mężczyzna może zostać z domem i oszczędnościami, a kobieta bez żadnego zabezpieczenia. Z punktu widzenia prawa nie przysługuje jej wtedy praktycznie nic, chyba że wniosła do związku własny majątek przed ślubem albo otrzymała darowizny czy spadki.
Warto przy tym zrozumieć, że w małżeństwie funkcjonują trzy majątki: wspólny oraz dwa osobiste – każdego z małżonków. Do majątku osobistego należy to, co zgromadziliśmy przed ślubem, a także spadki i darowizny otrzymane już w trakcie małżeństwa. Druga strona nie ma do nich żadnych praw, niezależnie od tego, czy mamy rozdzielność, czy nie.
Dlatego też rozdzielność majątkowa nie dla każdego będzie dobrym rozwiązaniem. 
Czy pani mecenas zawsze doradza kobietom, by jednak pracowały?
Nieustannie powtarzam, że niezależność finansowa jest kluczowa. Prowadzę zbyt wiele trudnych rozmów, żeby móc myśleć inaczej. Czasem naprawdę nie wiem, co powiedzieć, by pomóc im odbudować życie od podstaw.
Widzę kobiety z małych miejscowości, które przez lata nie pracowały i tkwią w toksycznych relacjach. Często nie mają bliskich, nie prowadzą samochodu, nie stać ich na opiekę nad dziećmi. Są całkowicie uzależnione od partnera, który stosuje wobec nich przemoc psychiczną. Słyszą, że są nic niewarte, że bez niego sobie nie poradzą, że "wylądują pod mostem". To rujnuje zdrowie psychiczne i fizyczne. 
To pułapka pełnej zależności – kobieta, nawet jeśli chce odejść, ma poczucie, że nie ma dokąd pójść. Najczęściej to ona, ratując siebie i dzieci, musi szukać wsparcia w fundacjach, o ile w ogóle ma do kogo się zwrócić.
Prawo nie zawsze wystarcza, by ten lęk przełamać?
Jako prawnik mogę wskazać konkretne kroki, powiedzieć, gdzie złożyć pozew, ale procedury trwają. W tym czasie kobieta nadal mieszka pod jednym dachem z osobą, której się boi. 
W zeszłym tygodniu rozmawiałam z panią, która bała się złożyć pozew o zaspokojenie potrzeb rodziny. Jej mąż – mimo świetnych zarobków – był skrajnie kontrolujący. Wydzielał jej grosze na zakupy, z których musiała się rozliczać, a przy tym upokarzał ją, nazywając "pasożytem". 
Doradziłam jej kroki prawne, ale paraliżował ją strach przed tym, co stanie się w domu, gdy mąż dowie się o pozwie. To jest lęk o własne bezpieczeństwo, który uniemożliwia walkę o swoje prawa.
Jakie oblicze może mieć jeszcze przemoc ekonomiczna?
Miałam ostatnio ciekawą rozmowę z panią z Warszawy. Do niedawna bardzo dobrze zarabiała, ale straciła pracę. Przez ostatnich 15 lat to ona całkowicie utrzymywała rodzinę, ponieważ jej mąż od kilkunastu lat nie pracuje. Zapytałam ją, czy mąż choruje, czy ma jakieś bariery, które wykluczają go z rynku pracy. Odpowiedziała, że nie. To inżynier – o pracę nie powinno być mu trudno. 
Okazało się, że on po prostu nie chce pracować. To nie był ich wspólny wybór, że ona robi karierę, a on zajmuje się domem. On po prostu jest leniwy, a ona przez lata mu na to pozwalała.
Zapytałam ją: "Skoro on jest w domu, to pewnie dużo pomaga? Gotuje, ogarnia dzieci i zajęcia pozalekcyjne?". Odpowiedziała, że czasem coś ugotuje, ale sprzątanie czy wożenie dzieci i tak w dużej mierze należy do niej. 
Ona ciągnie dwa etaty, a on ma się jak pączek w maśle. Teraz, gdy straciła pracę i przeżywa ogromny stres, on w ogóle nie poczuwa się do odpowiedzialności – jedynie "dopinguje" ją, żeby jak najszybciej znalazła nowe zatrudnienie.
Nazwała to pani przemocą?
Zapytałam ją wprost: "Czy zdaje sobie pani sprawę, że jest pani ofiarą przemocy ekonomicznej?". Zamurowało ją. Powiedziałam otwarcie: "Ma pani na sobie hubę. Jest pani ofiarą". To nie jest układ, w którym mąż nadrabia braki finansowe czułością czy troską – wręcz przeciwnie, on jest wymagający i krytyczny. Ta kobieta jest kompletnie wypalona zawodowo i mentalnie.
Podkreślam: to też jest przemoc ekonomiczna. Nie tylko sytuacja, w której ktoś nas rozlicza z paragonów, ale też taka, w której jesteśmy wykorzystywane jako jedyne źródło dochodu i jedyna siła robocza w domu, podczas gdy partner jedynie "pachnie i wygląda".
Takich przypadków w dużych miastach jest coraz więcej i są równie niszczące.
Kobiety często zgadzają się na takie układy "dla dobra dzieci". Jednak w momencie, gdy nastoletnia córka zaczyna zauważać, że matka się po prostu zajeżdża, dostajemy sygnał: to poświęcenie wcale nie było dobre.
Mogłabym mnożyć podobne przykłady. Wiem, że wielu uważa mnie przez to za radykalną feministkę, ale to nie jest wymierzone przeciwko mężczyznom.
Edukowanie kobiet ma na celu budowanie świadomości, która służy wszystkim. Współodpowiedzialność za finanse jest kluczowa. Jeśli tylko jedna osoba czuje na sobie cały ciężar utrzymania rodziny, w pewnym momencie dopada ją poczucie totalnego przytłoczenia.
Dalsza część tekstu poniżej
Często słyszę od kobiet na macierzyńskim, że ich partnerzy mówią: "Masz swój zasiłek, kupuj za to pieluchy i rób wyprawkę". Czy mężczyźni mają rację, uznając, że sami nie muszą już dokładać się ze swojej pensji?
Absolutnie nie, to tak nie działa. Zasiłek macierzyński to świadczenie, które – podobnie jak wynagrodzenie za pracę – wpada do "wspólnego worka". Podobnie dzieje się z wypłatą męża. Często to podkreślam, bo kobiety błądzą w tej kwestii. Myślą, że pieniądze na ich osobistym rachunku są tylko ich, a na koncie męża – tylko jego. Tymczasem przy wspólności majątkowej nie ma znaczenia, na czyje konto wpływają środki. To są wasze wspólne pieniądze.
Czyli niezależnie od tego, kto fizycznie dysponuje kwotą, jest ona wspólna?
Tak. Co więcej, utrzymanie dziecka jest obowiązkiem obojga rodziców. Zgodnie z Kodeksem rodzinnym oboje powinni w nim partycypować. Jednak rodzic, który sprawuje bezpośrednią opiekę nad dzieckiem – czyli realizuje tzw. alimentację niematerialną, poświęcając czas i energię – ma ograniczone możliwości zarobkowe. W takiej sytuacji powinien zostać odciążony finansowo.
Drugi rodzic, który pracuje zawodowo, musi wziąć na siebie większy nakład materialny. To są fundamentalne zasady, które bierze się pod uwagę choćby przy ustalaniu alimentów.
Skoro o alimentach mowa – wiele kobiet boi się prosić o ich podwyższenie. Słyszą: "Przecież dostajesz 800 plus", albo boją się stereotypu, że wydadzą te pieniądze na własne przyjemności, na przykład na przysłowiowe paznokcie. 
To niestety standard. Często przychodzą do mnie mężczyźni z pytaniem, czy mogą wpłacać pieniądze bezpośrednio na konto dziecka, byle nie przelewać ich matce. Muszę im tłumaczyć, że alimenty mają stabilizować sytuację życiową dziecka jako całości. Jeśli dziecko mieszka z mamą, to ona zarządza tymi środkami i układa plan wydatków, także tych nieprzewidzianych.
Mężczyzn często boli to, że muszą przelać pieniądze byłej partnerce – boją się, że dzięki nim będzie jej się lepiej żyło. To kwestia mentalności. Warto jednak pamiętać: dziecko powinno żyć na podobnej stopie życiowej co rodzice. Jeśli ojciec pławi się w luksusach, nie może być tak, że dziecka nie stać na podstawowe potrzeby czy wakacje. Sądy badają takie dysproporcje.
Co chciałaby pani powiedzieć kobiecie, która czytając ten tekst, odnajduje siebie w tych historiach? Jaki powinien być jej pierwszy krok, by odzyskać godność i kontrolę nad życiem?
To trudne pytanie, bo każda sytuacja jest inna i nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Zawsze analizuję z klientkami ich konkretne położenie: czy wciąż kochają partnera? Czy są szczęśliwe na innych płaszczyznach związku? Czy naprawdę rozważają odejście? 
Kluczowe są też kompetencje zawodowe, realna sytuacja finansowa oraz to, czy kobieta ma grupę wsparcia – kogoś, kto pomoże jej finansowo lub zapewni dach nad głową w razie kryzysu.
Jeśli jednak czujesz, że ten problem dotyczy właśnie ciebie, moja najważniejsza wskazówka brzmi: zweryfikuj swoją sytuację ze specjalistą. Skonsultuj się z kimś doświadczonym w tej dziedzinie i wykonaj audyt swojego bezpieczeństwa prawnego. To pierwszy i najważniejszy krok, by przestać się bać i zacząć świadomie decydować o swojej przyszłości.
Pamiętaj też, że brak wiedzy działa na twoją niekorzyść, ale wiedza, nawet trudna, daje ci realny wpływ. Nie musisz dziś podejmować ostatecznych decyzji. Wystarczy, że zrobisz pierwszy krok i zaczniesz rozumieć swoją sytuację. Powodzenia!
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8eecc6d8040d3c6e3525d3572318e657,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy, że jest ofiarą przemocy ekonomicznej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646957,dziecko-jest-agresywne-rodzic-tlumaczy-to-maly-wojownik-ono-kiedys-dorosnie-i-co-wtedy</guid><link>https://natemat.pl/646957,dziecko-jest-agresywne-rodzic-tlumaczy-to-maly-wojownik-ono-kiedys-dorosnie-i-co-wtedy</link><pubDate>Fri, 03 Apr 2026 13:30:02 +0200</pubDate><title>Dziecko jest agresywne, rodzic tłumaczy: to mały wojownik. &quot;Ono kiedyś dorośnie i co wtedy?&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę. Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka – ostrzega dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju.

Aleksandra Tchórzewska: Są rodzice, którzy za wszelką cenę bronią swoich dzieci, nawet gdy te ewidentnie nabroiły. Dziecko notorycznie przeszkadza na lekcjach, a rodzic twierdzi, że to wspaniale, bo jest "towarzyskie i wygadane", więc na pewno poradzi sobie w życiu. Dziecko kogoś pobiło? Rodzic argumentuje, że widocznie nie radzi sobie z emocjami lub zostało sprowokowane. Zawsze stoją murem za dzieckiem. To dobrze czy źle? Czy faktycznie trzeba być przy swoim dziecku zawsze, bez względu na wszystko?
dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju: Trzeba, ale nie zawsze w taki albo podobny sposób. Przykłady, które pani przytoczyła, są dość ekstremalne – rodzic przyjmuje tu postawę obronną w kontrze do otoczenia. Wymaga to odrzucenia opinii innych ludzi, którzy wskazują, że dane zachowanie jest nieakceptowalne lub niezgodne z regułami. Rodzic uznaje te zasady za mało ważne i za wszelką cenę forsuje przekonanie, że jego dziecko może zachowywać się tak, jak mu się podoba.
To jest oczywiście dysfunkcyjne. Nie pomaga dziecku budować realnego obrazu świata ani kompetencji społecznych niezbędnych do funkcjonowania w instytucjach, relacjach, grupach.
Trzeba mieć świadomość, że dziecko w końcu dorośnie. Jako dorosły nie będzie mogło zachowywać się na studiach, w pracy czy w relacjach tak, jak mu się żywnie podoba. 
Raz zdarzyło mi się, że po oblanym egzaminie studentki przyszła do mnie jej mama. Pytała, co córka może zrobić, żeby poprawić ocenę, bo rodzina bardzo się tym niepokoi. Córka z kolei miała być bardzo zestresowana sytuacją. 
I co pan powiedział tej mamie?
Jedyne, co mogłem odpowiedzieć – również ze względów prawnych – to że nie mogę rozmawiać z nią o sytuacji edukacyjnej dorosłej osoby. Jeśli córka ma sprawę, musi przyjść osobiście. 
Nie mogłem nawet udzielić informacji, czy ta osoba zdała egzamin, dopóki sama nie wyraziłaby na to zgody.
Co to mówi o tych rodzicach? Czy problem tkwi w nich, bo traktują dziecko jak "superprojekt" albo własną wizytówkę?
Niestety, często właśnie tak jest. Nasze rodzicielstwo stało się rolą poddaną nieustannej obserwacji i ocenie. Nauczyciele oceniają nasze dzieci non stop: ich wyniki, zachowanie, kulturę. Ale także rodzice są przecież oceniani. Przez samych siebie, przez przyjaciół, rodzinę, a wreszcie, szeroko pojętą kulturę popularną.
Dla wielu rodziców jest to informacja zwrotna o nich samych. Jeśli dziecko sobie nie radzi, rodzic czuje, że to uderza w niego osobiście: "Czemu ono tak słabo się uczy? Czy ja go źle wychowuję?". Obrona dziecka staje się wtedy mechanizmem obronnym własnej samooceny. Taki rodzic po prostu nie dopuszcza do siebie myśli, że powinien coś w swoich metodach zmodyfikować.
Inną przyczyną jest rosnąca popularność stylu wychowania, który nazwałbym skrajnie liberalnym lub "podążającym". To model, w którym to dziecko przewodzi, a rodzic nie stawia niemal żadnych wymagań ani granic. Taka postawa opiera się na całkowitej akceptacji każdego zachowania jako czegoś "naturalnego".
Istnieje grupa ludzi wierzących, że skoro dziecko ma siedem lat, to wszystko, co robi, jest po prostu przejawem jego natury. To nie jest prawda. Jeśli rodzic uważa, że dziecko ma prawo żyć wyłącznie po swojemu, to każda negatywna opinia z zewnątrz jest traktowana jako atak na jego system wartości. A to rodzi konflikty. 
Bo wtedy pojawia się nauczyciel, który mówi: "Nie, w szkole nie wolno rzucać jabłkami, nie wolno wyrywać drzwi w toalecie, nie wolno krzyczeć na innych". Dla takiego rodzica to automatycznie oznacza konfrontację.
Dlaczego rodzice tak postępują?
Wszystko to opiera się na błędnym przekonaniu o tym, co jest dla dziecka dobre. Wiem, że większość rodziców chce jak najlepiej. Mają pozytywną motywację. Problem polega na tym, że ci rodzice często po prostu nie wiedzą, co realnie dziecku pomaga, a co mu szkodzi.
Postawa skrajnie liberalna bywa w przyszłości źródłem cierpienia. Dzieci, którym nie stawia się granic, nie umieją regulować swoich emocji. Stają się chwiejne – raz wszystko jest super, a za chwilę popadają w rozpacz z powodu błahostek.
Dzieje się tak, ponieważ dom nie był dla nich poligonem doświadczalnym w zakresie kontroli emocjonalnej. Gdzie mamy uczyć się panowania nad trudnymi emocjami, jeśli nie w domu? To tam mama powinna powiedzieć: "Nie, nie dostaniesz ciastka przed obiadem. Deser zjemy po południu. Taka jest zasada w naszej rodzinie". 
Wyjaśniamy to spokojnie: "Rozumiem, że chcesz słodycze teraz, ale poczekaj pół godziny, zjemy obiad, a potem będzie nagroda".
W ten sposób dziecko uczy się regulacji emocji. Na początku czuje frustrację i złość, ale dzięki naszej konsekwencji uczy się z tymi uczuciami radzić. To jest właśnie to, czego najbardziej brakuje dzieciom zaniedbanym wychowawczo przez zbyt dużą swobodę.
Dziś wiemy, że nie wystarczy kupić klocków – trzeba usiąść i bawić się nimi razem z dzieckiem. 
Podobnie jest z ignorowaniem problemów. Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę. 
Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka.
Czyli miłość rodzicielska powinna mieć w sobie pierwiastek krytycyzmu, żeby nie stać się toksyczną bańką?
Tak, ale z zachowaniem czujności. Nauczyciele nie są grupą, której musimy ufać bezkrytycznie. W tym środowisku jest wiele problemów – wypalenie, frustracja.
Przez całą moją karierę rodzicielską nigdy nie przyjmowałem opinii nauczycieli o moim dziecku "na słowo". Zawsze weryfikowałem te informacje, rozmawiając z własnym dzieckiem. 
To jest właściwa droga: nie bądźmy w stu procentach ani po stronie dziecka, ani nauczyciela. Musimy zrozumieć obie strony, ale przede wszystkim dać naszemu dziecku prawo do robienia głupich rzeczy. Musimy je kochać zwłaszcza wtedy, gdy popełni błąd.
Jest jednak i druga strona medalu. Istnieje postawa odwrotna, która moim zdaniem jest nawet częstsza: rodzic staje się sprzymierzeńcem nauczyciela przeciwko dziecku. Gdy dziecko otrzymuje od nauczyciela informację, że źle się zachowało, rodzic patrzy na nie karcąco i żąda natychmiastowych wyjaśnień.
Kiedy dziecko próbuje się bronić, mówiąc np. że Maciek go sprowokował, nauczyciel ucina: "Ale to ty zrobiłeś to i to". W ten sposób dziecko staje w obliczu dwójki dorosłych, którzy patrzą na nie z góry i oceniają wyłącznie jego negatywne zachowanie.
Jak więc znaleźć złoty środek, żeby nie być ani ślepym obrońcą, ani prokuratorem we własnym domu?
Odradzam obie skrajności. Musimy pamiętać o jednej rzeczy: nie jesteśmy nauczycielami własnego dziecka, lecz jego rodzicami. Mamy inną rolę. Nauczyciel ma oczywiście prawo wymagać i reagować na błędy, ale my musimy dać dziecku prawo do ich popełniania i akceptować je mimo to. Do kogo ma się ono odwołać, jeśli uzna, że zostało ocenione niesprawiedliwie? 
Nauczyciele rzadko znają pełny kontekst – widzą tylko skutek. Jeśli uczeń dostaje karę, a rodzic bezkrytycznie dołącza do ataku, dziecko zostaje kompletnie samo. Może przecież być tak, że ono tylko "nie chciało wsypać kumpla" i wzięło winę na siebie.
Co powinniśmy wtedy zrobić?
Pamiętać, że nasza funkcja jest przede wszystkim opiekuńcza. Dziecko musi mieć pewność, że gdy świat się wali, rodzice je przyjmą, zrozumieją błąd i pozwolą się wypłakać. Nie jesteśmy od straszenia: "Źle się zachowujesz, zmarnujesz sobie życie!". Rodzic powinien raczej powiedzieć: "Postąpiłeś źle, widzisz, jakie są konsekwencje. Następnym razem spróbuj inaczej".
Można podpowiedzieć konkretne rozwiązanie: "Mnie w pracy pomaga to i to. Kiedy poczujesz w szkole nudę, zamiast chodzić po klasie, spróbuj porysować w zeszycie". Jeśli to nie zadziała i problem wróci, nadal bądźmy matką czy ojcem, a nie policjantem. 
Pytajmy: "Co się stało?". Nigdy się tego nie dowiemy, jeśli nie przyjmiemy postawy wspierającej. Przymierze rodzica z nauczycielem przeciwko dziecku niszczy relację. Stajemy się dla własnego dziecka wrogiem.
Co robić, gdy idziemy do szkoły "na dywanik"?
Kluczowe jest to, czy towarzyszy nam dziecko. Ono nas wtedy uważnie obserwuje. Patrzy, jak reagujemy na zarzuty o ucieczkach z lekcji czy słabych ocenach. Jeśli ojciec jest wściekły i ledwo się kontroluje, mamy raczej gotowy przepis na katastrofę niż na happy end.
Zalecam spokój. Należy powiedzieć: "Rozumiemy sytuację. Wrócimy do domu i porozmawiamy o tym z synem. Chcemy poznać jego zdanie, a potem wrócimy do naszej rozmowy. Proszę nam zaufać, zajmiemy się sprawą". I tyle. Wychodzimy.
Właściwa rozmowa powinna odbyć się później, bez świadków. Nigdy nie róbmy tego przy nauczycielce. Nie wykrzykujmy: "Mówiłam ci tyle razy! Widzisz, co teraz pani mówi? Tylko kłopoty przez ciebie!".
To brzmi brutalnie.
Bo to jest doświadczenie niezwykle stresujące i przykre. Dziecko nabiera wtedy przekonania, że dorośli są w zmowie i mają o nim fatalne zdanie. Podczas gdy ono musi czuć, że to my mu pomożemy i że jesteśmy "w przymierzu" z nim, a nie z innymi.
Sami nie chcielibyśmy, aby naszą sytuację zawodową szef omawiał w  obecności innych. 
Oczywiście nie chodzi o zaprzeczanie faktom. 
To, co wydarzy się w domu, to nasza wewnętrzna sprawa. Tam jest miejsce na reprymendę: "Krzyśku, tak nie wolno, rozmawialiśmy o tym pięć razy". Ale robimy to w kręgu rodziny.
Dziecko nie może mieć poczucia, że wszystko mu wolno, ale nie powinno też czuć się osaczone. Pamiętajmy: każde dziecko robi głupoty. My też je robiliśmy. 
To, że ktoś kilka razy ucieknie z lekcji, nie rujnuje mu przyszłości – to po prostu typowe, ryzykowne zachowanie. Kilka lat temu w szkole mojego dziecka ktoś zdjął drzwi z kabiny w toalecie i je wyniósł. Nauczycielka biegała wściekła, co zrozumiałe, ale przy tej okazji ja pomyślałem: Bardzo pomysłowe! Bycie nastolatkiem właśnie takie jest.
Gdyby okazało się, że to moje dziecko wyniosło te drzwi, w rozmowie z nauczycielką zachowałbym kamienną (mam nadzieję) twarz. Dopiero w domu zapytałbym: "O co chodziło? Po co to było?". Tłumaczyłbym mu konkretne skutki: "Przez ciebie koleżanki nie mogły korzystać z toalety. Nie rób tego więcej". To jest moja rola jako ojca – wyjaśnić błąd w relacji opartej na zaufaniu, a nie na publicznym linczu.
Dalsza część wywiadu poniżej
A zgadza się pan z tezą, że mamy obecnie kryzys rodzicielski? Spotkałam się z opinią, że to nie psychiatria dziecięca jest w zapaści, ale właśnie rodzicielstwo – że z każdą trudnością biegniemy do psychologa lub psychiatry, zamiast przyjrzeć się temu, co dzieje się w naszych domach.
Gdy słyszę o "kryzysie rodzicielstwa", myślę o liczbach: w Polsce około 30 proc. młodych rodziców jest wypalonych lub poważnie zagrożonych wypaleniem. To realny kryzys – ogromna grupa ludzi wyczerpanych, czujących, że ta rola ich przerasta. 
Z jednej strony rodzicielstwo jest dziś bardzo obciążające czasowo i emocjonalnie, a z drugiej – wymagania są kosmiczne. Dobrostan dziecka jest pod silną ochroną, co samo w sobie jest świetne, ale sprawia, że rodzice żyją pod ciągłym nadzorem. Prawo, specjaliści, media społecznościowe – wszyscy mówią: rozmawiać, nie krzyczeć, poświęcać czas, dbać o zdrowie psychiczne, uważać na przemoc rówieśniczą. 
Współczesny rodzic żyje w ciągłym lęku, że coś sknoci. Dominującym uczuciem stało się poczucie winy i paraliżujący perfekcjonizm.
Kiedyś było inaczej?
Sam wspominam dzieciństwo w małym miasteczku pod Warszawą – wtedy nauczyciel, podobnie jak ksiądz czy policjant, był świętością. Gdy na zebraniu mówiono, że uciekłem z lekcji, rodzic automatycznie stawał po stronie szkoły. Nikt mnie nie słuchał, bo 30 lat temu dzieci miały być przede wszystkim posłuszne. 
Dziś jest inaczej, i dobrze. Warto zapytać samego siebie: czy naprawdę chcemy wychować posłusznego człowieka? To ma być nasz cel jako rodziców? Czy chce pani, żeby pani córka była w dorosłym życiu bezkrytycznie posłuszna? Jeśli nie, to nie można oczekiwać, że będzie taką pięciolatką. 
Chcemy przecież, żeby jako dorosła kobieta potrafiła się postawić, gdy ktoś będzie naruszał jej granice. Nie możemy więc wymagać, by dziecko słuchało nauczyciela zupełnie bezkrytycznie. Nauczyciele to też ludzie i czasem robią rzeczy, od których włos jeży się na głowie.
W relacjach społecznych trudno o czarno-białe oceny. Jeśli trzylatek uderzy kogoś łopatką w piaskownicy, to nie dlatego, że jest "zły", tylko dlatego, że w tym wieku nie kontroluje jeszcze impulsów. Tak jak nie kontrolujemy pęcherza bez dostępu do toalety, tak trzylatek nie panuje nad tego typu zachowaniami, gdy w grę wchodzą emocje. Trzeba mu powiedzieć, że tak nie wolno, ale za tydzień pewnie zrobi to samo. Dopiero jako sześciolatek zyska nad tym realną kontrolę. 
Złota rada na koniec?
Trzeba po prostu być przy dziecku, rozumieć jego etap rozwoju i podążać za nim – nie w stu procentach bezkrytycznie, ale przynajmniej w takim stopniu, aby dać mu święte prawo do bycia dzieckiem.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ea7fe9e9b19e5ff3368efc7a26037367,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Agresywne dziecko to nie mały wojownik</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646889,rekordzista-mial-70-mln-dlugu-zaczyna-sie-od-rat-na-iphone-a-zeby-nie-czuc-sie-gorszym</guid><link>https://natemat.pl/646889,rekordzista-mial-70-mln-dlugu-zaczyna-sie-od-rat-na-iphone-a-zeby-nie-czuc-sie-gorszym</link><pubDate>Sun, 29 Mar 2026 08:39:09 +0200</pubDate><title>Rekordzista miał 70 mln długu. &quot;Zaczyna się od rat na iPhone’a, żeby nie czuć się gorszym&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Pamiętam sprawę przedsiębiorców, którym biznes posypał się z powodów zupełnie niezależnych od nich. Wpadli w zadłużenie, które ciągnęło się za nimi przez długie lata. Wyglądali, jakby przejechał po nich walec, a potem poprawił kombajn. Zestresowani, zapadnięte oczy, drżące ręce. Gdy pokazałem im światełko w tunelu, widziałem, jak schodzi z nich magazynowane latami ciśnienie – zupełnie jakby ktoś przekłuł balon – opowiada mec. Tomasz Lewandowski, licencjonowany doradca restrukturyzacyjny i syndyk, który pomaga ludziom wyjść z długów.

Aleksandra Tchórzewska: Ile dzieli nas od zostania dłużnikiem?
mec. Tomasz Lewandowski, doradca restrukturyzacyjny i syndyk: Niezależnie od tego, kim jesteśmy, od niewypłacalności dzieli nas zazwyczaj jedna kartka papieru, jeden podpis albo ta jedna godzina, kiedy wracamy do domu za wcześnie.
O jakiej godzinie pan mówi?
O tej, w której zastaje się małżonka lub partnera z drugą osobą w sytuacji niedwuznacznej. To klasyczny początek końca. Oczywiście, w tym przypadku czynnikiem jest zdrada jako taka, a nie jej wykrycie, niemniej jednak chodzi o moment, w którym dowiadujemy się o niej.
A kartką papieru może być wypowiedzenie z pracy, wynik badań diagnostycznych albo niezapłacona faktura od kluczowego kontrahenta – zwłaszcza u osób, które teoretycznie pracują jako przedsiębiorcy na B2B, a w rzeczywistości wykonują pracę etatową, nie korzystając jednak z ochronnych warunków zatrudnienia. Kartką papieru może być również akt urodzenia – mam bowiem coraz więcej przypadków, kiedy to dziecko wchodzi w dorosłość z długiem odziedziczonym po rodzicach.
Podpis to oczywiście sytuacja, w której poręczamy czyjeś zobowiązanie – na zasadzie wzajemnej samopomocy w pracy, czy też po znajomości lub w rodzinie. No niestety, wtedy bierzemy odpowiedzialność za cudze życie i cudze decyzje.
Od tego bardzo często się zaczyna, ale oczywiście takich krytycznych sytuacji jest więcej.
Czy istnieje coś takiego jak bezpieczny dług, czy każda, nawet najmniejsza kwota może stać się pułapką?
Każdy dług może stać się pułapką, choć z różnych powodów. Zadłużenie rzędu 100 000 zł to typowa kwota konsolidacyjna: nowe meble, remont mieszkania, kupno czy kosztowniejsza naprawa samochodu, zapłacenie zaległych rachunków, pokrycie debetu czy spłacenie karty kredytowej – i tak się ta "stówka" uzbiera.
Niskie długi – 1000, 2000 czy 3000 zł – są niebezpieczne o tyle, że zaczynają formować intelekt przyszłego dłużnika. Pojawia się myślenie: "stać mnie na to; skoro już raz pożyczyłem i oddałem, to wezmę trochę więcej i też nie będę miał problemów". Częstą wymówką przy takich drobniejszych zadłużeniach jest chęć budowania zdolności kredytowej. 
W ten sposób nakręca się spirala konsumpcji i zadłużenia, która do pewnego momentu daje się kontrolować. Z naciskiem na "do pewnego momentu".
I wtedy dłużnicy kierują swoje kroki do pana kancelarii. Kim są?
To właściwie wszyscy. Od ludzi na bardzo wysokich stanowiskach w korporacjach i osób medialnych, po emerytów, którzy mają dość życia z komornikiem zajmującym im jedną czwartą świadczenia.
Trafiają do mnie też osoby bardzo młode, poniżej 26. roku życia, które przegrały 200–300 tysięcy złotych w wirtualnym kasynie, na instrumentach finansowych, kryptowalutach lub na zakładach sportowych.
Gros klientów stanowią jednak "normalsi", którym na przykład zachorowało dziecko albo stracili pracę. Ci ludzie, dopóki nie pojawiło się zdarzenie krytyczne, bez problemu regulowali raty.
Wstydzą się?
Z reguły tak, zazwyczaj jest to mieszanka wstydu i poczucia swego rodzaju życiowej porażki. Utrata kontroli nad finansami to nie jest coś, czym ktokolwiek chciałby się chwalić. 
Poza tym – zgodnie z zasadą, że analiza wsteczna jest zawsze skuteczna – dopiero po czasie dociera do nich, ile błędów popełnili i z jaką łatwością potrafili "przepalać" pieniądze na dyrdymałki. I chyba ta świadomość jest najbardziej obciążająca.
Kiedy następuje moment, w którym człowiek wie, że sam sobie nie poradzi?
Wtedy, gdy dociera do niego, że albo zapłaci raty kredytów i/lub spłaci pożyczki, albo kupi jedzenie i lekarstwa. Wiele osób wtedy zaczyna myśleć o wzięciu chwilówki, żeby spłacić zaległości, zwłaszcza jeżeli windykacja "ciśnie" na jak najszybszą spłatę.
W tym momencie można albo od razu się poddać i pomyśleć o upadłości, albo przez rok czy dwa rolować dług chwilówkami. Tyle że ten dług rośnie wtedy niczym kula śnieżna, bo pożyczki pozabankowe tanie nie są. Od razu zaznaczam: z moich doświadczeń restrukturyzacja na poziomie bankowym to legenda.
Jeżeli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji i trafi do mnie, to wtedy po prostu biorę kartkę, długopis i wypisujemy kwoty zadłużenia, zestawiając z dochodami. Obrazuję tym ludziom, że już w tym punkcie są niewypłacalni. Jeśli ktoś nie jest w stanie obsługiwać bieżących rat – kredytu, który przecież zazwyczaj udzielany jest na podstawie analizy zdolności kredytowej – to znaczy, że tę zdolność po prostu stracił.
Czyli przy dużych długach upadłość konsumencka to jedyne rozwiązanie?
Moim zdaniem tak. Na rynku wprawdzie działają kancelarie obiecujące "cuda wianki", jak zmniejszenie kosztów kredytu z uwagi na niedozwolone zapisy w umowie (czyli słynną sankcję kredytu darmowego), czy kancelarie mamiące przedłużeniem terminów zapłaty (już na etapie sądowym) pod warunkiem płacenia abonamentu.
Prawda jest jednak brutalna: jeśli pożyczasz pieniądze i nie oddajesz ich na czas, to prędzej czy później musisz się zmierzyć z tym, że ktoś się o nie upomni, a to upomnienie się może kosztować naprawdę dużo. 
Jak sprawa trafi do sądu, to dochodzi nawet 7000 zł kosztów procesowych. A jak sprawa trafi do komornika, to taki dłużnik płaci dodatkowe tysiące kosztów egzekucyjnych. Dla kogoś, kto zarabia 4500-5000 zł na rękę i musi wydawać na życie 4000 zł, taki dług jest praktycznie nie do spłacenia. 
Odnośnie mniejszych zobowiązań – nie z każdym współpracuję, bo upadłość nie jest dla każdego. Jeśli przychodzi do mnie osoba, która ma cztery chwilówki na łącznie 20 000 zł i chce skorzystać z upadłości, to ja odradzam takie rozwiązanie, nawet jeżeli mam świadomość, że na rynku jest masa pseudodoradców, którzy będą ją przekonywać, że upadłość to najlepsza rzecz pod słońcem. Dla mnie taka osoba nie jest niewypłacalna – delikatnie mówiąc, brakuje jej woli do tego, aby zmierzyć się z problemem.
Przepraszam bardzo: ile ma pani lat?
Czterdzieści.
Ja w tym roku kończę 48. Mamy podobne doświadczenia pokoleniowe: jak brakowało pieniędzy, to jechało się na szparagi czy truskawki do Niemiec i zarabiało. Zawsze powtarzam klientom: jeśli macie 25 000 zł długu, to nie macie 25 000 zł, tylko 6 000 euro. Jeden dobry sezon i macie to spłacone.
Oczywiście, nie każdy może wyjechać, chociażby z powodów rodzinnych, ale przecież w Polsce też mamy liczne możliwości dorobienia do budżetu. Można też spróbować negocjować z wierzycielami albo nie negocjować tylko po prostu systematycznie spłacać. Generalnie to kwestia chęci i podejścia.
Jest pan moderatorem grupy "Pokonaj swoje długi" na Facebooku. Autorzy postów rzeczywiście mają pętlę na szyi, czy po prostu brakuje im odpowiedniego podejścia do problemu?
Najczęściej ci ludzie są w obiektywnie dramatycznej sytuacji, aczkolwiek nie nam oceniać, czy każdy taki przypadek faktycznie jest tragiczny. Jeśli ktoś mówi, że dziecko mu zachorowało i zabrakło na raty, albo musiał  zaciągnąć chwilówkę na leczenie, później drugą, a później "jakoś samo poszło", trudno o jednoznacznie negatywną ocenę. 
Sam mam dwójkę dzieci i wiem, co to znaczy "ciąg chorobowy", gdy przez dwa lata jedno zdrowieje, a drugie zaczyna chorować i "nie wiadomo, w co ręce włożyć". Taka sytuacja nie sprzyja na pewno racjonalnym decyzjom, również finansowym. Z drugiej strony taka choroba dziecka to często tylko wymówka, bo faktycznie 2000 zł idzie na leczenie, ale kolejne tysiące już nie wiadomo za bardzo na co. 
Ale pół biedy, jeżeli ktoś lekkomyślnie popadł w zadłużenie i szuka sposobów na wyjście z nich. Coraz częściej zdarzają się osoby, które przyjmują postawę bardzo pasywną, licząc na to, że problemy rozwiążą się same. Z roku na rok przybywa użytkowników oczekujących gotowych rozwiązań bez własnego zaangażowania. 
Widać to chociażby po pytaniach na grupie o kwestie, które były wałkowane setki razy, jak na przykład złożenie sprzeciwu do e-Sądu w Lublinie. Jeśli brakuje tego pierwszego kroku, by pomóc samemu sobie, to trudno mówić o odpowiedzialnym podejściu do swoich zobowiązań.
Ile czasu mija od momentu, gdy w człowieku zakiełkuje myśl o upadłości, do złożenia wniosku?
Tu nie ma reguły. Zajmuję się stricte upadłością konsumencką, nie pseudorestrukturyzacjami, których ofert na rynku nie brakuje, a które są przedstawiane jako cudowna alternatywa dla upadłości. Doskonale rozumiem, że klienci potrzebują czasu na przemyślenie. Czasami już po godzinie mam odpowiedź, że ktoś chce współpracować, bo wcześniej sam analizował temat, a ja jako fachowiec tylko postawiłem kropkę nad "i". 
Są jednak tacy, którzy pół roku zastanawiają się nad tym krokiem, a w międzyczasie zaciągają nowe długi. Rekordzista dumał dwa lata. W końcu wydumał i zastanawiał się potem, dlaczego tyle zwlekał.
Co powinniśmy zrobić, gdy dostajemy pierwsze ponaglenia do zapłaty? Niektórzy pewnie chowają je do szuflady z myślą: "jakoś to będzie"?
No jakoś nie będzie, bo jakoś to już było, jak się zaciągało zobowiązanie. Teraz mleko wylało się i trzeba posprzątać. Przede wszystkim, trzeba uodpornić się na presję windykacji. Wiele osób wpada w spiralę zadłużenia właśnie dlatego, że ulega windykatorom. 
To są ludzie doskonale wyszkoleni, by osiągnąć efekt w postaci spłaty, bo z tego mają pieniądze. Często zdarza się, że pod wpływem ich nacisków ktoś, kto ma raptem zaległą ratę w banku, bierze chwilówkę, żeby tylko telefon przestał dzwonić. A po miesiącu ma do spłaty kolejną ratę i dodatkową pożyczkę.  
Przede wszystkim trzeba na spokojnie przeanalizować sytuację. Jeżeli ponaglenie dotyczy niewielkiej zaległości, to trzeba potraktować je jako sygnał alarmowy. Może to czas na nadgodziny, dodatkowe zlecenie albo szczerą rozmowę z rodziną o wsparciu?
Jeżeli mamy do czynienia z wypowiedzeniem kredytu to można dla własnego spokoju porozmawiać z bankiem o ewentualnej restrukturyzacji albo – jeżeli nie ma innych rozwiązań – pomyśleć o upadłości. 
Dalsza część wywiadu poniżej
Ciekawią mnie emocje dłużników. Czy mają momenty zawahania?
Jeżeli mówimy o osobach zadłużonych, które zmagają się z negatywnymi emocjami, to generalną emocją jest poczucie ulgi, ponieważ ktoś, kto decyduje się na skorzystanie z upadłości, podejmuje pierwszy krok w kierunku odzyskania kontroli nad własnym życiem.
W przypadku osób, które dopiero co wpadły w długi i decydują się na upadłość poczucie ulgi ma również praktyczny wymiar – mamy do czynienia z nagłym uwolnieniem budżetu. Jeżeli bowiem ktoś zarabia 6 000 zł, a raty wynoszą 5 500 zł i nagle dowiaduje się, że nie musi ich spłacać, czuje niemal radość. W każdym domu zawsze znajdzie się powód, by wydać te odzyskane pieniądze – od dentysty dla dziecka po nowe żelazko.
Stres traktowany jako porażka życiowa zdarza się rzadziej, ale skutki stresu potrafią wpłynąć na życie człowieka. Długi, zwłaszcza długoletnie, degradują człowieka i jego najbliższe otoczenia nie tylko finansowo, ale i emocjonalnie i fizycznie.
Pamiętam taką sprawę przedsiębiorców, którym biznes posypał się z powodów zupełnie niezależnych od nich – mieli wykonywać zadania dla gminy, poczynili w tym kierunku inwestycje, jednak zmieniła się lokalna władza, a ci nowi mieli inną koncepcję współpracy. Utrata płynności spowodowała, że szybko wpadli w zadłużenie, które ciągnęło się za nimi przez długie lata. 
Gdy ich odwiedziłem, wyglądali, jakby przejechał po nich walec, a potem poprawił kombajn. Zestresowani, zapadnięte oczy, drżące ręce. W trakcie ponad godzinnej rozmowy, gdy pokazałem im światełko w tunelu, widziałem, jak schodzi z nich magazynowane latami ciśnienie – zupełnie jakby ktoś przekłuł balon. 
Dojrzały człowiek miał łzy w oczach i nie mógł przestać mi dziękować. Wreszcie zobaczył nadzieję.
Co jest pana sukcesem w pracy? Całkowite umorzenie długów czy atrakcyjny plan spłaty?
Oczywiście moim celem jako pełnomocnika jest uzyskanie jak najlepszych warunków oddłużenia – plan spłaty możliwie krótki i możliwie najniższa rata planu spłaty. Jednak nie można zapominać, że postępowanie upadłościowe wcale nie musi skończyć się oddłużeniem. Jeśli dłużnik na kilka lat przed złożeniem wniosku dokonał czynności fraudacyjnych – czyli sprzedawał majątek lub robił fikcyjne darowizny z pokrzywdzeniem wierzycieli – sąd może odmówić oddłużenia.
Miałem na przykład taką sprawę, w której klientka miała sprawę karną za działanie na szkodę wierzyciela. Udało się jednak przekonać sąd do ustalenia planu spłaty. Dostała srogie warunki, wymagające od niej wielu wyrzeczeń, ale dzięki niemu pozbędzie się długów cztery lub pięć razy większych niż to, co ostatecznie spłaci. I nie będzie żyła z długami do końca życia.
Sukcesem jest poczucie, że zrobiło się wszystko, by danej osobie pomóc i osiągnąć najlepszy możliwy wynik w jej konkretnej sytuacji. Nie można zapominać, że nadrzędnym celem postępowania upadłościowego, przynajmniej dla mnie jako pełnomocnika, jest przywrócenie człowieka do normalnego funkcjonowania, równowagi emocjonalnej i życia rodzinnego. Zwrócenie mu spokoju w życiu. Reszta to technikalia.
System prawny wspiera dłużników czy wręcz przeciwnie?
Moim zdaniem obecne polskie prawo upadłościowe jest jednym z najbardziej liberalnych wobec osób zadłużonych. Prawo jako takie sprzyja dłużnikowi, jednak warto byłoby wzmocnić system w sferze kadrowej i organizacyjnej – w Polsce mamy mniej niż 300 sędziów sądów upadłościowych, którzy muszą obsługiwać ponad 20 000 nowych spraw rocznie, plus kilkadziesiąt tysięcy z lat poprzednich – i to samych spraw konsumenckich, do których dochodzą jeszcze sprawy gospodarcze. To powoduje przeciążenie pracą i wpływa na czas postępowań.
A jakie my popełniamy błędy? Co robimy nie tak, że w ogóle wpadamy w długi?
Odpowiedź jest banalna: wydajemy więcej, niż zarabiamy, i pożyczamy więcej, niż jesteśmy w stanie oddać. Do tego dochodzi całkowity brak myślenia strategicznego, w tym tworzenia poduszki finansowej. Ludzie nie biorą pod uwagę, że mogą np. złamać rękę czy w inny sposób podupaść na zdrowiu, że mogą stracić pracę. Zadłużają się pod korek, co nie jest aż takim problemem, póki wszystko jest dobrze. A życie jest tak skonstruowane, że prędzej czy później pojawiają się problemy.
Obserwujemy teraz szał konsumpcyjny. Pieniądze i przedmioty są bardzo łatwo dostępne. Wystarczy wyjść na ulicę w Warszawie i zobaczyć, ilu ludzi chodzi z iPhone’ami 17 Pro Max. Telefony takiej klasy nie są im do niczego potrzebne, ale kupują je i to często na kredyt – bo inni mają. Tak samo z markową odzieżą – ludzie zadłużają się po to, aby kupić sobie akcesoria znanych i kosztownych marek, które może i chwilowo dodają prestiżu, ale potrafią spowodować długoterminowe problemy z pieniędzmi. 
Tę dostępność dóbr konsumpcyjnych widać najlepiej w przypadku samochodów – pamiętam, gdy wzięcie Skody w leasing wymagało formalności porównywalnych do dzisiejszej procedury przy kredycie hipotecznym. Obecnie droższe samochody dostępne są niemal od ręki, a raty za nie pożerają budżet, który mógłby zostać po prostu zaoszczędzony.
Często rodzice biorą kredyt na drogie gadżety dla dzieci, żeby nie czuły się wykluczone. Potem to spłacają.
Znam takie sytuacje. Wchodzę do całkiem normalnej rodziny, a tam wszyscy siedzą w ekosystemie Apple’a, jakby zawodowo zajmowali się grafiką komputerową czy profesjonalną obróbką filmów. A to wszystko kosztuje – kupuje się to tylko po to, żeby dziecko nie poczuło się gorsze. 
Tak samo jest z wyjazdami wakacyjnymi, dodatkowymi zajęciami etc. Rodzice – zamiast odkładać pieniądze na wypadek kryzysu – poniekąd przejadają je po to, aby dzieci dorównywały rówieśnikom (chociaż tak naprawdę rodzice często leczą swoje kompleksy). 
Jakie było największe zadłużenie, z jakim miał pan do czynienia?
Siedemdziesiąt milionów złotych. To był dług wobec fiskusa. Żona pozwoliła mężowi zarejestrować na siebie działalność, mąż dokonywał licznych transakcji, które po latach podważył urząd, doszły odsetki i tak uzbierała się ta kwota. Jeśli chodzi o "czysty" dług konsumencki, rekordem było około 400 000 złotych.
Jaką ma pan radę, żeby uniknąć takich makabrycznych historii?
Podstawowa rada to zachować we wszystkim zdrowy rozsądek. W dzisiejszych czasach trudno funkcjonować bez kredytu, który jest instrumentem do realizowania planów życiowych czy budowania majątku. Planując kredyt, warto równocześnie zadbać o zabezpieczenie w postaci poduszki finansowej. Zastanowić się, czy dany kredyt jest naprawdę potrzebny? Pomyśleć o negatywnych scenariuszach życiowych i przygotować się na nie. I uczyć dzieci rówieśniczej asertywności. 
A co robić jak już pojawiają się problemy? Rozmawiamy w dniu meczu naszej reprezentacji, zatem posłużę się terminologią piłkarską. Żółta kartka to sytuacja, w której myślimy o kredycie konsolidacyjnym, bo nie wyrabiamy z ratami w aktualnej wysokości. Notabene, to podstawowy błąd kredytobiorców. 
Zawsze lepiej mieć 3-4 kredyty i w przypadku problemów ze spłatą manewrować z ratami (banki wcale tak szybko nie wypowiadają umów) i nie dopuścić do wypowiedzenia, niż za jakiś czas męczyć się z jedną dużą.
Czerwona kartka jest wtedy, gdy myślimy o chwilówce, aby spłacić zaległe raty kredytu konsolidacyjnego. To już czas na pomyślenie o upadłości. 
Aby było jasne, upadłość nie jest uniwersalnym rozwiązaniem, nie jest ani lekka, ani łatwa, ani przyjemna. Ale często to jedyne rozwiązanie. 
Na przestrzeni lat widzi pan więcej osób zadłużonych, czy po prostu częściej szukają one pomocy?
W mojej subiektywnej ocenie liczba dłużników utrzymuje się na podobnym poziomie. Część się oddłuża, wielu po prostu umiera, na ich miejsce wchodzą nowi. Zmienia się siłą rzeczy struktura – obecnie coraz więcej osób zadłużonych to ludzie młodzi, którzy bawią się w kryptowaluty, kasyna internetowe czy zakłady bukmacherskie, bo wydaje im się, że pieniądze w jakimś sensie rosną na drzewie.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9793f46809be8acd4f29bbd76b0a42d8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Każdy dług może stać się pułapką, choć z różnych powodów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646703,40-latek-na-garnuszku-matki-jesli-nie-pomagaja-rozmowy-pomoze-komornik</guid><link>https://natemat.pl/646703,40-latek-na-garnuszku-matki-jesli-nie-pomagaja-rozmowy-pomoze-komornik</link><pubDate>Fri, 27 Mar 2026 19:20:02 +0100</pubDate><title>40-latek na garnuszku matki. Jeśli nie pomagają rozmowy, pomoże komornik</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Czym innym jest wspólne mieszkanie oparte na porozumieniu i podziale kosztów, a czym innym sytuacja, w której dorosły człowiek zachowuje się jak dziecko – oczekuje, że ktoś za niego posprząta, ugotuje i zrobi zakupy. W takim przypadku rodzice mają pełne podstawy, by się sprzeciwić – mówi mec. Marlena Pacocha, prawniczka, mediatorka sądowa. W rozmowie z naTemat wyjaśnia, jakie kroki prawne mogą podjąć zdesperowani rodzice.

Aleksandra Tchórzewska: Czytałam o Włoszce, która pozwała swojego 31-letniego syna do sądu. Chciała, żeby się wyprowadził – nie dokładał się do rachunków, nie sprzątał. Sprawę wygrała. Zastanawia mnie, jak to wygląda u nas. Załóżmy, że polska mama mieszka z 40-letnim synem. Powinna sądownie zmusić go do płacenia rachunków? A może wyrzucić z mieszkania? Jak to wygląda w świetle prawa?
mec. Marlena Pacocha, prawniczka, mediatorka sądowa: To zależy od okoliczności konkretnej sprawy. Co do zasady przyjmuje się, że zdrowy, 40-letni człowiek posiadający kwalifikacje zawodowe czy konkretny fach, powinien być w stanie utrzymać się samodzielnie.
Kluczowe jest to, czy taka osoba faktycznie ma możliwość samodzielnego utrzymania się, a jeśli nie – czy podejmuje wszelkie starania, aby ten stan zmienić. 
Warto pamiętać, że obowiązek alimentacyjny rodziców nie wygasa automatycznie wraz z osiągnięciem przez dziecko pełnoletności. Trwa tak długo, aż dziecko będzie w stanie utrzymać się samo. Jednak ma to oczywiście swoje granice. Jeżeli dorosłe dziecko pracuje i osiąga dochody, obowiązek ten co do zasady wygasa. 
Sprawny 40-latek, o którym wspominamy, zwykle powinien już być niezależny. Jeśli więc dorosły syn nie chce partycypować w kosztach utrzymania ani dobrowolnie się wyprowadzić, a rodzic nie chce dalej go utrzymywać ani mieszkać razem z nim, ma prawo wystąpić z powództwem o eksmisję. Warunkiem powodzenia takiej sprawy jest wykazanie, że obowiązek alimentacyjny ustał – czyli że dorosłe dziecko jest w stanie samodzielnie zaspokoić swoje potrzeby życiowe.
Matki w Polsce często decydują się na wystąpienie o eksmisję własnych dorosłych dzieci?
Przyznam szczerze, że osobiście nie prowadziłam jeszcze takiej sprawy. Widuję jednak takie przypadki z innej perspektywy – udzielając się jako kurator społeczny w Wydziale Rodziny i Nieletnich Sądu Rejonowego. 
Odwiedzam domy, w których z rodzicami mieszkają dorosłe dzieci, niekiedy mające nawet 50 lat. Statystyki potwierdzają moje obserwacje: to zazwyczaj mężczyźni zostają w domu rodzinnym znacznie dłużej niż kobiety.
W mniejszych ośrodkach miejskich takich sytuacji jest naprawdę dużo. Mimo to w swojej praktyce nie spotkałam się jeszcze z przypadkiem, aby rodzice faktycznie zdecydowali się na ostateczny krok i wystąpili o eksmisję. 
Widzę natomiast, że z każdym rokiem taki człowiek – dorosłe dziecko mieszkające z rodzicami – staje się coraz bardziej nieporadny życiowo i coraz silniej uzależniony od rodziców, którzy przecież nie będą żyli wiecznie. Wierzę w ludzi, ale w takich przypadkach szanse na usamodzielnienie się są niewielkie. 
Moim zdaniem to poważny problem systemowy. Dzisiaj bardzo ciężko jest samodzielnie wejść w dorosłość i stanąć na nogi. Wpływ na to ma sytuacja gospodarcza, koszty nieruchomości, inflacja i wiele innych aspektów. 
Nie da się ukryć, że młodzi ludzie coraz później opuszczają domy rodzinne. Być może czują się mniej bezpiecznie niż dawniej. 
Ja sama szybko wyszłam z domu, nie mając solidnych podstaw ani przygotowania, ale zaryzykowałam, bo chciałam być samodzielna. Mam wrażenie, że dzisiejsze dzieciaki chcą mieć stuprocentową pewność, że są gotowe, zanim podejmą ten krok. To chyba cecha naszych czasów.
Co się dzieje w domach, które pani odwiedza?
Najczęściej problemem są uzależnienia, głównie choroba alkoholowa, i idące z nią w parze współuzależnienie. Często spotykam model, w którym najpierw uzależniony był ojciec, a później w ten sam nałóg wpadają dorośli synowie.
Czy zauważa pani coś jeszcze w kontaktach między dorosłymi, pomijając skrajną patologię?
Moim zdaniem problemem jest często nadopiekuńczość rodziców. Mam przed oczami konkretną rodzinę: syn jest człowiekiem naprawdę radzącym sobie w życiu, choć uzależnionym. Walczy z nałogiem, ma długie okresy normalności i ogromnej zaradności życiowej. Mimo to dostrzegam u jego matki brak gotowości na to, by syn opuścił dom. 
Wynika to pewnie z obawy, że bez jej opieki szybciej wróci do nałogu. Ta nadopiekuńczość jest bardzo widoczna, szczególnie w stosunku do mężczyzn.
Sama mam dwie młode, ale dorosłe już córki. Jedna już się wyprowadziła, druga nadal z nami mieszka. Jako matka mam ochotę powiedzieć: "może zostań jeszcze trochę, odłożysz więcej pieniędzy". Wiadomo, że koszty życia z rodzicami są znacznie niższe. 
Trzeba jednak znaleźć w sobie siłę, by widząc niepewność dziecka, które chce wyjść z domu, delikatnie i z troską je "wypchnąć". Dać sygnał: "jestem tu, ale spróbuj". Łatwo ten moment przegapić, a potem jest już tylko trudniej.
Mieszkanie z rodzicami jest bez wątpienia wygodniejsze, ale myślę, że przychodzi taki moment, w którym dla dobra obu stron trzeba podjąć decyzję i pomóc dziecku opuścić dom, jeśli samo nie kwapi się do wyprowadzki.
We Włoszech syn pracował, był zdrowy i sprawny, ale po prostu nie chciał dokładać się do rachunków ani nawet sprzątać po sobie. Czy z takimi skargami matek również się pani spotyka?
Oczywiście. Jako kurator widzę domy, w których cała organizacja życia codziennego spoczywa wyłącznie na barkach rodziców, a konkretnie matek. Trudno byłoby jednak orzec eksmisję wyłącznie z powodu nieutrzymywania porządku – mogłoby to stanowić natomiast jeden z aspektów, które sąd brałby pod uwagę. Sąd jednak musiałby spojrzeć na sprawę znacznie szerzej.
Zazwyczaj nie chodzi tylko o samo niesprzątanie. Dochodzą do tego inne kwestie: brak partycypacji w kosztach utrzymania domu oraz nieustanne kłótnie i awantury. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek rodzic patrzył bez słowa na 40-letnie dziecko, które z nim mieszka, i w ogóle go nie wspiera.
Czym innym jest wspólne mieszkanie oparte na porozumieniu i podziale kosztów, a czym innym sytuacja, w której dorosły człowiek zachowuje się jak dziecko – oczekuje, że ktoś za niego posprząta, ugotuje i zrobi zakupy. W takim przypadku rodzice mają pełne podstawy, by się sprzeciwić. 
Mogą wystąpić do sądu z powództwem o eksmisję lub o uchylenie obowiązku alimentacyjnego, jeśli istnieją przesłanki potwierdzające, że dziecko jest w stanie utrzymać się samodzielnie.
Dalsza część wywiadu poniżej
Kiedyś pisałam o przemocy dorosłych dzieci wobec starszych rodziców. Policjant mówił mi, że rodzice często nie są w stanie poskarżyć się na własne dzieci, bo… to rodzina.
Właśnie. Im mniejsze miasto i im bardziej ograniczone środowisko, tym trudniej – sąsiedzi wszystko o sobie wiedzą. Ja też to obserwuję – dotyczy to zarówno dzieci, jak i współmałżonków. 
Często wiąże się to z uzależnieniem, a kończy awanturami, niszczeniem sprzętów, naruszaniem miru domowego, groźbami i zastraszeniem rodziców. 
Rodzicom jednak niezwykle ciężko jest zdecydować się na "walkę" z własnym dzieckiem.
Zastanawiam się, czy rodzice w ogóle zakładają dzieciom Niebieskie Karty? Czy to domena relacji między małżonkami?
Większość przypadków, które znam, dotyczy faktycznie małżonków – zakładane są one zarówno mężom, jak i żonom. Jednak miałam raz sytuację, w której syn miał założoną Niebieską Kartę. Wynikało to z jego uzależnienia oraz agresywnego zachowania wobec domowników.
Sytuacje, w których dorosłe dziecko nie ma własnych środków na utrzymanie i w całości polega na rodzicu – nawet w kwestii zakupu drobnych rzeczy codziennego użytku – są bardzo trudne. Jeśli dochodzi do tego alkohol lub inne uzależnienia, rodzi to ogromną frustrację, która niestety często przeradza się w otwartą agresję.
Czasami zachowania, które z pozoru wydają się normalne, małymi, subtelnymi krokami ewoluują w stronę agresji, czego rodzic może początkowo nie zauważać.
Pamiętajmy, że agresja nie zawsze musi być głośna. Może objawiać się na przykład w postaci manipulowania rodzicem w celu zmuszenia go do ponoszenia wydatków przekraczających jego możliwości finansowe. To wszystko są formy przemocy domowej.
Załóżmy, że się udało – rodzic wygrał sprawę o eksmisję dorosłego dziecka. On jednak rozkłada ręce i mówi, że nie stać go na stancję albo nie znalazł dachu nad głową. Co wtedy się dzieje?
Jeżeli rodzice mają prawomocny wyrok sądu o eksmisję, to musi on mieć nadaną klauzulę wykonalności. Z takim dokumentem sprawa trafia do komornika sądowego, który zajmuje się wykonaniem eksmisji.
Oczywiście sąd, orzekając o eksmisji, zawsze bada, czy osoba eksmitowana jest uprawniona do lokalu socjalnego. Natomiast w przypadku dorosłych, sprawnych, zdrowych dzieci – często posiadających własny dochód – przyznanie lokalu socjalnego właściwie się nie zdarza.
Wówczas to komornik ma zadanie usunięcia takiej osoby z zajmowanego lokalu. Najpierw stara się to zrobić w sposób dobrowolny, ale jeśli to nie przyniesie rezultatu, ma narzędzia prawne, aby przymusić taką osobę do opuszczenia mieszkania.
Spotkałam się z takim wyrażeniem jak wypowiedzenie umowy użyczenia lokalu. Czy to jest to samo, o czym mówimy?
Tak. Wypowiedzenie umowy użyczenia powinno nastąpić jeszcze na etapie przedsądowym. Przyjmuje się bowiem, że dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami korzystają z nieruchomości właśnie na podstawie dorozumianej umowy użyczenia. Oznacza to, że bezpłatnie zajmują całość lub część lokalu przez pewien czas.
Zazwyczaj uznaje się, że jest to umowa na czas nieoznaczony, ponieważ trudno spotkać przypadek, w którym rodzice podpisywaliby z dziećmi formalne dokumenty regulujące te kwestie. 
W takiej sytuacji rodzic powinien najpierw oficjalnie wypowiedzieć taką umowę – czyli wezwać dziecko do wyprowadzki i wyznaczyć mu konkretny termin. Dopiero po bezskutecznym upływie tego terminu można złożyć w sądzie pozew o eksmisję.
Co do zasady taki stosunek prawny traktujemy jako użyczenie, o ile oczywiście rodzice posiadają tytuł prawny do lokalu, czyli są jego właścicielami lub współwłaścicielami. Ich uprawnienia do nakazania opuszczenia lokalu przez dorosłe dziecko, a następnie, w przypadku bierności dorosłego dziecka, do wystąpienia z powództwem o eksmisję, wynikają wprost z przepisów Kodeksu cywilnego dotyczących ochrony prawa własności.
Czy pani mecenas, jako mediatorka, musiała kiedyś zażegnać konflikt między dorosłym rodzicem a dorosłym dzieckiem?
Nie zdarzyło mi się to, ale myśląc o tym teraz, uważam, że to świetny "materiał" na mediację. To doskonały kazus, ponieważ istotą mediacji jest nie tylko polubowne rozwiązanie konfliktu, ale i możliwość utrzymania relacji w niepogorszonym stanie. W tym przypadku mówimy o bliskich więziach między rodzicami a dziećmi. 
Najlepiej byłoby rozwiązać problem, zachowując te relacje w stanie co najmniej akceptowalnym dla obu stron. Mediacja jest ku temu najlepszym narzędziem.
W trakcie takiej mediacji można by doprowadzić do zawarcia umowy użyczenia lokalu. Jeżeli rodzice dopuszczają możliwość dalszego zamieszkiwania dziecka z nimi, ale pod pewnymi warunkami – takimi jak partycypowanie w kosztach utrzymania rodziny czy podział obowiązków – to taka umowa mogłaby stanowić element ugody, wieńczącej mediację. 
Przypomniała mi się teraz sytuacja sprzed kilkunastu lat. Trzydziestolatek wrócił do domu rodzinnego, bo "coś mu nie wyszło" i dostał oddzielną półkę w lodówce. Nie mógł sięgać po inne produkty.
To z kolei odwrotna sytuacja – rodzice bardzo mocno określili zasady. 
Czy to jest w porządku? 
Wydaje mi się, że to kwestia subiektywna. W niektórych domach takie zachowanie będzie czymś naturalnym, a w innych osoba, wobec której zachowano się w ten sposób, poczuje, że stosowana jest wobec niej przemoc. Tu jest zbyt mało danych, by jednoznacznie ocenić tę "jedną półkę w lodówce".
Taki podział jest czymś typowym, gdy dzieli się mieszkanie – na przykład ze współlokatorami na studiach. Wyznaczanie sobie nawzajem obszarów w domu, w tym i w lodówce wydaje się naturalne. Jeśli ogranicza się to tylko do kwestii półki, nie traktowałabym tego jako przemocy.
Jakie błędy popełniają rodzice, mieszkając z dorosłymi dziećmi? Czy nie walczą o swój teren?
Myślę, że największym błędem jest godzenie się na taką sytuację i jej akceptowanie – oczywiście w przypadkach, gdy rodzicom to wcale nie odpowiada. Czym innym jest sytuacja, w której rodzice potrzebują pomocy i wsparcia ze strony dziecka, a dziecko się na to godzi i wówczas wspólne zamieszkanie jest efektem zgodnej decyzji podjętej przez obie strony.
Największym błędem jest czekanie na dzień, w którym dziecko się usamodzielni i podejmie decyzję o wyjściu z domu. Z moich obserwacji wynika, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, takie dorosłe dziecko staje się coraz bardziej zależne od rodziców a czasami po prostu jest tak mu wygodniej. 
Mówimy tutaj oczywiście o sytuacjach skrajnych, a więc o trzydziesto- czy czterdziestolatkach. 
Polskie sądy stają bardziej po stronie seniorów, którzy mają prawo do własnej przestrzeni, czy raczej po stronie dorosłych dzieci?
Tutaj trudno o jednoznaczną odpowiedź, choć uważam, że co do zasady sądy opowiadają się po stronie rodziców. Oczywiście każdy przypadek jest inny, ale jeżeli dziecko jest w pełni sprawne fizycznie i intelektualnie, zdrowe oraz posiada wykształcenie lub zawód, to nie ma podstaw, by musiało mieszkać z rodzicami.
W orzecznictwie można spotkać bardzo rozbieżne podejścia. Zdarzają się wyroki, w których sądy uznają, że sam fakt pobierania zasiłku dla bezrobotnych jest już próbą usamodzielnienia się. 
Z drugiej strony są orzeczenia mówiące, że podjęcie kolejnego kierunku studiów – o ile dziecko ma dobre wyniki w nauce i rzetelnie się uczy – stanowi podstawę do tego, by nadal pozostawało na utrzymaniu rodziców.
Zasadniczo jednak, jeśli dziecko nie posiada prawa własności ani współwłasności do lokalu, w którym zamieszkuje wraz z rodzicami, jest dorosłe i ma realną możliwość samodzielnego utrzymania się, sytuacja jest jasna. Rodzice nie mają obowiązku utrzymywania takiego dziecka. Musimy bowiem odróżnić brak możliwości samodzielnego utrzymania się od braku chęci. 
Jeśli ktoś ma wykształcenie wyższe, ale twierdzi, że nie ma dla niego pracy, która zadowalałaby go pod każdym względem, finansowym czy zawodowym, to nie można mówić o braku możliwości zarobkowych. Na idealną pracę można czekać całe życie. W takiej sytuacji rodzice nie mają obowiązku utrzymywania dorosłego dziecka. 
Myślę, że takich sytuacji jest najwięcej i wówczas sądy stają po stronie rodziców.
Ile czasu mija od momentu podjęcia decyzji o eksmisji dorosłego dziecka do faktycznego wykonania wyroku?
To zależy od zawiłości i stopnia skomplikowania sprawy. Może to trwać kilka miesięcy – pięć lub sześć – ale może też przeciągnąć się do kilkunastu. Jeżeli dziecku przysługuje prawo do lokalu socjalnego, proces ten trwa jeszcze dłużej, nawet lata. Czas oczekiwania zależy chociażby od obłożenia sądu sprawami. Z uwagi na to, w większych miastach czas oczekiwania będzie dłuższy. 
Jeśli dziecko nie jest uprawnione do lokalu socjalnego, postępowanie może zamknąć się w ciągu kilku miesięcy. Natomiast w przypadku przyznania takiego lokalu przez sąd w wyroku, sąd nakaże wstrzymanie eksmisji do czasu zawarcia umowy najmu lokalu socjalnego. Tutaj także sytuacja wygląda różnie, w zależności od gminy, ponieważ to gmina taki lokal zapewnia. Trzeba mieć na uwadze, że większość gmin zmaga się z deficytem takich mieszkań. 
Wówczas sprawa może trwać latami i do czasu wskazania lokalu przez gminę dziecko nadal będzie mieszkało z rodzicami. Oczywiście rodzicom przysługuje wtedy roszczenie odszkodowawcze wobec gminy za wydłużający się okres oczekiwania.
Pewne narzędzia ma też komornik, niemniej jednak jest to proces długotrwały.
A jeżeli dziecko nadal wymusza możliwość mieszkania i chce czerpać z tego korzyści, to jak rodzic może się bronić?
Zaczęłabym na pewno od próby polubownego rozwiązania sporu. Jeżeli bezpośrednia rozmowa między rodzicami a dzieckiem nie przynosi efektów, warto spróbować zaangażować innego członka rodziny, z którym dziecko się liczy – na przykład dziadków lub rodzeństwo, mające u takiego dorosłego dziecka autorytet.
Kolejnym krokiem mogłaby być mediacja, czyli rozmowa z udziałem obiektywnej, niezależnej osoby, która wie, jak poprowadzić dialog, aby osiągnąć konsensus satysfakcjonujący obie strony. Należy jednak pamiętać, że mediacja jest dobrowolna i obie strony muszą wyrazić na nią zgodę, co w omawianym temacie może nie być wcale łatwe. 
Jeśli metody polubowne zawiodą, jedynym narzędziem prawnym pozostaje wypowiedzenie umowy użyczenia lokalu i złożenie pozwu o eksmisję. 
W sytuacjach skrajnych, gdy dochodzi do agresji i przemocy ze strony dorosłych dzieci, mamy także do dyspozycji narzędzia, które daje ustawa o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Na podstawie tej ustawy sąd może zobowiązać taką agresywną osobę do natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania. 
Ma to miejsce w sytuacji, gdy taka osoba stwarza zagrożenie dla pozostałych domowników, w omawianym przez nas przypadku – rodziców. Rodzice powinni w takiej sytuacji wezwać policję. 
Dodatkowe narzędzia znajdujemy też w ustawie o ochronie praw lokatorów mieszkaniowym zasobie gminy i zmianie Kodeksu cywilnego, której przepisy pozwalają, w przypadku uporczywego zakłócania miru domowego, wystąpić do sądu z powództwem o usunięcie takiej osoby z zajmowanego lokalu. 


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2dc38d074b37951eee63694acef7fc72,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dorosłe dziecko można wyrzucić z domu z pomocą sądu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645880,zemsta-po-polsku-oskarzyla-meza-o-znecanie-sie-zapomniala-o-istotnym-fakcie</guid><link>https://natemat.pl/645880,zemsta-po-polsku-oskarzyla-meza-o-znecanie-sie-zapomniala-o-istotnym-fakcie</link><pubDate>Thu, 26 Mar 2026 12:45:59 +0100</pubDate><title>Zemsta po polsku. &quot;Oskarżyła męża o znęcanie się, zapomniała o istotnym fakcie&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Moja klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, że wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła nawet obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, że zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się na realną odpowiedzialność karną – opowiada dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. Zapytałam prawniczkę o to, jak mszczą się Polacy.

Aleksandra Tchórzewska: Czy możliwa jest sytuacja, w której dorosłe dzieci chcą zemścić się na rodzicach – na przykład za to, że ci przed laty opublikowali na Facebooku ich zdjęcie na nocniku?
dr hab. mec. Olga Piaskowska: Osobiście jeszcze się z tym nie spotkałam, ale spodziewam się, że takie sprawy zaczną się pojawiać. To niezwykle trudny i ważny temat związany z wykonywaniem władzy rodzicielskiej. Zachęciłam nawet jedną z moich doktorantek, by poświęciła mu swoją pracę.
Przepisy dotyczące władzy rodzicielskiej od wielu lat pozostają niezmienione i nie przystają do współczesnej, cyfrowej rzeczywistości.
Skala postów, w których rodzice dzielą się wizerunkiem swoich dzieci, jest ogromna. Często dzieje się to bez zgody i wiedzy zainteresowanych. A nawet jeśli dziecko ma tego świadomość, pojawia się pytanie o jej zakres – czy dziesięciolatek jest w stanie w pełni ocenić konsekwencje i świadomie wyrazić zgodę na upublicznienie swojego wizerunku w mediach społecznościowych?
Myślę, że w przyszłości takich spraw może być bardzo dużo. Na razie poruszamy się w swoistej "szarej strefie" – ani rodzice, ani dzieci często nie zastanawiają się nad tym głębiej.
Wynika to również z faktu, że dzieci od najmłodszych lat funkcjonują w tej przestrzeni: rodzic ma profil w mediach społecznościowych, a dziecko – dorastając – zakłada własny i traktuje to jako normę.
Nie wykluczam jednak, że z czasem liczba takich pozwów i prób wyciągania konsekwencji będzie rosła.
Klienci mówią wprost: "chcę zemsty"? Czy może raczej ubierają to w ładne słowa o poczuciu sprawiedliwości i dbaniu o siebie?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Zazwyczaj nie jest tak, że klient już podczas pierwszej wizyty otwarcie ujawnia taką motywację. Jestem jednak przekonana, że wiele osób – nawet jeśli nie artykułuje tego wprost – przychodzi z zamiarem dokuczenia komuś lub, jak to pani ujęła, zemszczenia się za doznane krzywdy.
Wiele zależy od rodzaju sprawy i konkretnej sytuacji. Sytuacje, w których klient przychodzi do prawnika i mówi wprost: "chcę się zemścić na Iksińskim, proszę mi powiedzieć, co mogę zrobić", należą do rzadkości. Zresztą z etycznego punktu widzenia byłoby to niedopuszczalne.
Istnieją jednak kategorie spraw, w których aspekt emocjonalny i motywacyjny odgrywa znacznie większą rolę.
Jak można się domyślić, są to przede wszystkim sprawy rodzinne – w szczególności rozwody, ale także kwestie alimentacyjne. To właśnie tam najczęściej spotykamy się z sytuacjami, w których dwie osoby dążą do utrudnienia sobie życia, co nierzadko motywowane jest chęcią odwetu za doznane krzywdy – zarówno rzeczywiste, jak i subiektywnie odczuwane.
Zdarzyło się pani odmówić przyjęcia sprawy ze względu na to, że wyczuwała pani u klienta złe, nieetyczne intencje?
Zgodnie z zasadami etyki zawodowej same negatywne intencje klienta nie stanowią bezpośredniej podstawy do odmowy udzielenia pomocy prawnej. Rzadko zdarza się, by ktoś wszedł do kancelarii i powiedział wprost: "chcę się zemścić, proszę mi powiedzieć, co mam zrobić". Zazwyczaj klienci przychodzą z konkretnym problemem, który musimy ocenić pod kątem prawnym.
Gdzie właściwie kończy się walka o swoje, a zaczyna uporczywe nękanie i chęć zemsty? Jak pani to rozróżnia, chociażby w sprawach o alimenty? Kiedy jest to realna walka o pieniądze, które matka powinna otrzymać na dziecko, a kiedy działanie wymierzone bezpośrednio w drugiego człowieka? 
To zawsze kwestia indywidualnego przypadku. Pamiętam jednak sytuacje jeszcze z czasów mojej pracy w sądzie, gdy matka wnosiła o podwyższenie alimentów, a ojciec niemal automatycznie – o ich obniżenie. Gdy tylko kończyła się jedna sprawa, inicjowali kolejną. Trudno było znaleźć uzasadnienie dla tak notorycznego wytaczania powództw, skoro sytuacja życiowa stron w ogóle się nie zmieniała. Takie cykle postępowań potrafiły trwać latami – i zazwyczaj tak właśnie było.
W takich, choć skrajnych, przypadkach chęć odwetu jest wyraźnie widoczna. Rolą pełnomocnika jest niedopuszczenie do tego, by klient – mówiąc potocznie – "wyżywał się" w toku postępowania. Musimy pomóc mu opanować emocje i wyjaśnić obowiązujące zasady: co jest prawnie możliwe, a co nie.
Oczywiście nie mamy wpływu na to, czy klient zaakceptuje to emocjonalnie i weźmie nasze rady do serca, ale naszym obowiązkiem jest rzetelne doradztwo. Powinniśmy uświadamiać, że działania motywowane wyłącznie emocjami często nie przynoszą żadnej realnej korzyści.
Co na sali rozpraw panią najbardziej zaskoczyło?
Nie wszystko, co trafia do kancelarii, znajduje swój finał na sali rozpraw. Jeśli jednak mówimy o celowym „dokuczaniu” drugiej stronie, można zaobserwować pewne powtarzające się tendencje.
Pomijając moralny wymiar takiego zachowania, dostrzegam w nim jeszcze jedno poważne zagrożenie, o którym klienci często nie myślą. Fałszywe oskarżenia uderzają bowiem rykoszetem w osoby, które rzeczywiście padły ofiarą takich przestępstw. 
Posługując się hipotetycznym przykładem: jeśli na dziesięć oskarżeń dziewięć okaże się nieprawdziwych, to ta jedna osoba, która faktycznie doświadczyła krzywdy, może zostać odebrana zupełnie inaczej. Jej wiarygodność drastycznie spada przez falę kłamstw pojawiających się w innych sprawach.
Miałam kiedyś dość specyficzną sytuację: klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, że wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła nawet obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, że zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się tym samym na realną odpowiedzialność karną.
Właśnie dlatego zdecydowałam się do pani zadzwonić. Widziałam ostatnio post dziewczyny, która nie może pogodzić się z rozstaniem i szuka sposobów na "bezpieczną, legalną zemstę". Pomyślałam, że chciałabym o tym porozmawiać właśnie z prawnikiem.
Nie powiedziałabym, że istnieje coś takiego jak "bezpieczna, legalna zemsta". Sama natura zemsty jest z założenia negatywna. Rozumiem to w ten sposób, że dana osoba chciałaby wykorzystać wszelkie dostępne środki prawne po to, by komuś dokuczyć – właściwie bez istotnego powodu. Rozpad związku jest przecież czymś, co się zdarza; nie jest to sytuacja wyjątkowa.
Pytanie brzmi: jaki jest cel takiego działania? To raczej kwestia dla psychologa, ale z mojej perspektywy nie jest to dobre rozwiązanie nawet dla osoby, która taką zemstę planuje.
Oczywiście teoretycznie można podjąć pewne kroki – na przykład, jeśli ktoś prowadzi działalność gospodarczą, zawiadomić odpowiednie organy o rzekomo "podejrzanych" transakcjach albo doprowadzić do wszczęcia różnego rodzaju kontroli.
Możliwości więc istnieją, ale pojawia się pytanie o zasadność i sens takich działań. W praktyce ktoś traci własną energię, czas i zasoby wyłącznie po to, by bez potrzeby zaszkodzić drugiej osobie.
Metody zemsty się zmieniają? Kiedyś na kartce papieru pisało się donosy do urzędu skarbowego. A jak to wygląda dzisiaj?
Niestety wiele takich zachowań przeniosło się obecnie do internetu. Szczególnie w dobie AI możliwości są ogromne. Wystarczy stworzyć deepfake, wykorzystując czyjś wizerunek, aby nagrać kompromitujący film i wyrządzić realną krzywdę drugiej osobie.
Często zdarza się też zakładanie fałszywych kont na portalach społecznościowych przy użyciu zdjęć byłego partnera lub partnerki, które wciąż przechowujemy w telefonie – przecież po rozstaniu nie kasujemy wszystkiego od razu. Wszystkie te działania mają na celu oczernienie drugiej osoby. 
Zdarza się również wysyłanie do pracodawcy – kiedyś były to listy, dziś raczej e-maile – informacji o tym, jak rzekomo zachowuje się dany pracownik w domu. Takie zachowania przede wszystkim odbijają się na tym, kto je podejmuje, ale głównym celem pozostaje dokuczenie byłemu partnerowi.
Oczywiście za publiczne zniesławianie i rozpowszechnianie fałszywych informacji grozi odpowiedzialność prawna, jednak wielu osób to nie powstrzymuje. Nie powstrzymuje ich też przed włamaniem do telefonu partnera. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że w telefonie przechowujemy nie tylko prywatne zdjęcia, ale też dane firmowe czy dostęp do bankowości. Nieuprawniony wgląd w takie informacje może oznaczać naruszenie tajemnicy skarbowej i jest przestępstwem.
Jako prawnicy możemy wskazać klientowi konkretne zarzuty i konsekwencje, jakie groziłyby drugiej stronie. 
Prawda jest jednak taka, że w bliskich relacjach wiele osób finalnie nie ponosi kary. Często słyszę od klientów: "Nie zgłoszę tego, bo to przecież matka mojego dziecka. Co by się stało, gdyby trafiła do więzienia?'".
A to prowadzi do sytuacji, w której sprawca nie ponosi absolutnie żadnych konsekwencji za swoje zachowania.
Czy prawo nadąża za sztuczną inteligencją i tym, co dzieje się obecnie w internecie?
Istnieją przepisy, które zapewniają ochronę w takich sytuacjach. Problem polega jednak na tym, że dziś niemal każdy czuje się dziennikarzem i uważa, że może bezkarnie publikować dowolne treści.
To tak nie działa. Odpowiedzialność ponosimy nawet za samo udostępnianie – tak zwane share’owanie – linków na swoich profilach, jeśli w ten sposób pomawiamy kogoś, zniesławiamy lub bezpodstawnie nazywamy przestępcą.
W przypadku deepfake’ów największym wyzwaniem jest ich wykrycie. Żyjemy w zalewie nieprawdziwych informacji, więc duża część naszej pracy polega na żmudnym odsiewaniu fałszu od prawdy. Musimy ustalać, czy dane zdarzenie faktycznie miało miejsce, czy materiał został stworzony przez człowieka lub sztuczną inteligencję.
Można powiedzieć, że prawo nadąża za tymi zmianami głównie dzięki praktyce. Przepisy nie muszą zmieniać się za każdym razem, gdy powstaje nowa technologia utrwalania treści. Istnieją ramy prawne, które pozwalają uwzględnić nowo ukształtowane formy przekazu w postępowaniu, choć ich ostateczna ocena zawsze należy do sądu.
Dalsza część wywiadu poniżej
A czy zdarza się, że komuś przypomina się krzywda sprzed lat i chce się zemścić po długim czasie? 
Nie spotkałam się z tym. Musiałby wystąpić jakiś konkretny bodziec – "trigger" – który po takim czasie przywołałby te wspomnienia. Zdarza się to jednak bardzo rzadko.
W sprawach rozwodowych funkcjonuje takie powiedzenie: jeśli chcesz naprawdę poznać swojego męża lub żonę, musisz się z tą osobą rozwieść. Dopiero wtedy okazuje się, z kim tak naprawdę się związałeś. Podczas rozstania wypływa mnóstwo historii i nagle dowiadujemy się o sobie nawzajem rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
A kto częściej pała żądzą zemsty? Kobiety czy mężczyźni?
To dość niefortunne pytanie, ponieważ nie dysponujemy żadnymi statystykami w tym zakresie. Powiedziałabym, że płeć ma tu znacznie mniejsze znaczenie niż osobowość, temperament czy dotychczasowe doświadczenia życiowe. Najłatwiej byłoby ulec stereotypowi i wskazać kobiety, ale rzeczywistość wygląda inaczej.
 Wszystko zależy od indywidualnych emocji i tego, u kogo w danym momencie pojawia się tak silne spiętrzenie uczuć, że rodzi potrzebę dokuczenia partnerowi lub partnerce.
Czy zdarza się, że przychodzi do pani osoba z nieograniczonymi zasobami finansowymi i deklaruje, że pieniądze nie grają roli? Ktoś, kto wręcz żąda konkretnego działania, bo jest gotów zapłacić każdą cenę?
Zakładam, że takie sytuacje mają miejsce, choć w mojej praktyce osobiście się z nimi nie spotkałam. Pytanie jednak brzmi: czego konkretnie można w takiej sytuacji oczekiwać od nas?
Zazwyczaj klienci szukają profesjonalnej pomocy prawnej i merytorycznego wsparcia. Raczej nie traktują prawników jako narzędzi do realizacji prywatnych celów, choć oczywiście trudno jednoznacznie stwierdzić, co siedzi w głowie każdego człowieka.
Z moich obserwacji wynika, że ludzie trafiają do kancelarii najczęściej wtedy, gdy już "nabroją" i przekroczą pewne granice.
Ile właściwie kosztuje zemsta i czy gra jest warta świeczki? Czy zdarza się, że ktoś chce się zemścić za drobiazg, a wydaje setki tysięcy złotych na koszty sądowe?
Uważam, że najwyższym kosztem dla takiej osoby nie są pieniądze, lecz koszty emocjonalne, o których zazwyczaj się nie myśli. Wydatki finansowe na pomoc prawną są oczywiście zmienne, ale to właśnie koszty emocjonalne są tymi, których absolutnie nigdy nie odzyskamy. Tego nie da się "odrobić".
Pieniądze zawsze można zarobić ponownie, ale spokoju i czasu poświęconego na negatywne emocje – już nie.
Co po sprawie mówią klienci? Czy po zakończeniu sprawy czują realną ulgę, czy może raczej pustkę?
Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sam fakt, że ktoś kieruje się chęcią dokuczenia drugiej osobie, nie oznacza jeszcze, że mu się to uda – ramy prawne nie zawsze na to pozwalają. My jako pełnomocnicy działamy wyłącznie w granicach prawa.
Mój świętej pamięci wujek zawsze powtarzał, że łatwiej przewidzieć wyrok Sądu Ostatecznego niż wyrok sądu polskiego. To powiedzenie trafnie oddaje rzeczywistość, w której funkcjonujemy – bywa przecież, że orzeczenie jest kompletnym zaskoczeniem dla obu stron sporu.
A czy można zemścić się na kimś po śmierci? W filmach popularny jest motyw, w którym ostatnia wola staje się bolesnym zaskoczeniem dla rodziny. Czy polskie prawo dopuszcza taki pośmiertny "odwet"?
W naszym systemie prawnym istnieją oczywiście przepisy pozwalające na wydziedziczenie, jednak wbrew pozorom nie jest to prosta procedura. Klasyczna zemsta spadkowa w polskim prawie raczej nie funkcjonuje, choć próby jej dokonania się zdarzają.
Przytoczę może nieco absurdalny, ale obrazowy przykład dotyczący darowizny. Miałam przypadek, w którym babcia postanowiła odwołać darowiznę mieszkania, a sprawa trafiła do sądu. Według niej "rażącą niewdzięcznością" wnuczka był fakt, że postanowił ożenić się z inną kobietą niż ta, którą ona dla niego wybrała. Babcia uznała, że skoro przekazała mu nieruchomość, wnuczek powinien teraz robić wszystko zgodnie z jej wolą.
Oczywiście babcia subiektywnie czuła się skrzywdzona, co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe. Jednak w świetle prawa nie był to żaden powód do odwołania darowizny. Sprawę finalnie przegrała i nie odzyskała mieszkania, przez co jej poczucie krzywdy zapewne jeszcze się pogłębiło – nie dość, że "zawiódł" ją wnuczek, to jeszcze system wymiaru sprawiedliwości nie stanął po jej stronie. 
To pokazuje, jak skomplikowane bywają sytuacje, w których prawo styka się z silnymi, osobistymi emocjami.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/69a5712331596396f2dd69fd78074476,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Czy Polacy mszczą się w sądzie i czy to w ogóle ma jakikolwiek sens?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645604,szukalam-terapeutki-znalazlam-terapeutke-wnetrz-nowy-zawod-wchodzi-do-polskich-domow</guid><link>https://natemat.pl/645604,szukalam-terapeutki-znalazlam-terapeutke-wnetrz-nowy-zawod-wchodzi-do-polskich-domow</link><pubDate>Thu, 26 Mar 2026 07:03:02 +0100</pubDate><title>Szukałam terapeutki, znalazłam... terapeutkę wnętrz. Nowy zawód wchodzi do polskich domów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Zauważyłam, że często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać. Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości – mówi Milena Skórska, organizatorka przestrzeni znana w sieci jako Terapeutka wnętrz.

Aleksandra Tchórzewska: Szczerość to podstawa. Trafiłam na panią zupełnie przypadkiem. Szukałam terapeutki do zupełnie innego tematu, a wyskoczyła mi "terapeutka wnętrz". Zaskoczyła mnie ta nazwa. Brzmi bardzo kojąco; kojarzy mi się z kimś, kto "uleczy" mój dom. Pomyślałam: chcę dowiedzieć się czegoś więcej o tym zawodzie.
Milena Skórska, organizatorka przestrzeni, Terapeutka wnętrz: "Terapeutka wnętrz" nie jest oficjalną nazwą zawodu, tylko nazwą mojej działalności. Ale faktycznie, nowym zawodem jest organizatorka przestrzeni czy declutterka. 
Nazwałam się tak jednak dlatego, że dla mnie to nie tylko praca z przedmiotami, ale bardzo często praca z emocjami i z tym, czego my tak naprawdę w życiu chcemy. Uważam, że podejście empatyczne jest tutaj konieczne – inaczej po prostu nie da się tego dobrze zrobić.
Czyli konkretnie czego?
Pomagam pozbywać się nadmiaru rzeczy zbędnych i nieużywanych, które często trzymamy przez lata z przyzwyczajenia lub poczucia winy. Później układam wszystko tak, aby przestrzeń była wygodna i intuicyjna w codziennym życiu. 
Chodzi o to, by wiedzieć, co i w jakiej ilości posiadamy. Chcę, aby nasz dom nas wspierał, a nie męczył. Dzięki temu unikamy np. kupowania kolejny raz tej samej rzeczy tylko dlatego, że nie mogliśmy znaleźć poprzedniej lub zapomnieliśmy, że mamy w szafie pięć czarnych topów. 
W praktyce zajmuję się upraszczaniem i uprzyjemnianiem codzienności – tak, aby dom nie był kolejnym zadaniem i źródłem stresu, lecz prawdziwym miejscem odpoczynku.
Czy ludzie reagują zdziwieniem na fakt, że istnieje ktoś, kto może im pomóc tak po prostu... zaopiekować się ich przestrzenią?
Bardzo często! Mało kto w ogóle wie, co te pojęcia oznaczają. Na początku pojawia się uśmiech i niedowierzanie, ale kiedy tłumaczę, na czym polega moja praca, wszystko od razu nabiera sensu. 
Większość z nas zna przecież to uczucie, gdy dom zaczyna przytłaczać i zamiast być miejscem odpoczynku, staje się kolejną listą spraw do ogarnięcia i męczącym obowiązkiem. W takich momentach próbujemy sobie pomóc na różne sposoby.
Na przykład posprzątać?
Problem jednak zazwyczaj nie leży w samym brudzie czy kurzu, lecz w nadmiarze przedmiotów, chaosie i braku systemu. Jeśli mamy mnóstwo rzeczy, które się nie mieszczą, których nie lubimy lub z których nie korzystamy, to nawet idealnie czyste mieszkanie nadal będzie nas męczyć.
Podświadomie wiemy przecież, co kryje się za zamkniętymi frontami szafek. Klasyczne sprzątanie nie rozwiązuje tego problemu – ono jedynie maskuje go na chwilę. Oczywiście, dbanie o czystość jest ważne, ale nie poczujemy prawdziwej ulgi, jeśli porządek będzie tylko powierzchowny. 
Ja jestem od tego, aby zaprowadzić ład tam, gdzie wzrok gości zazwyczaj nie sięga.
Ludzie muszą się przed panią odsłonić bardziej niż przed gośćmi. Jak sobie z tym radzą?
To prawda – najczęściej pokazują mi to, co skrzętnie chowają przed światem. Kiedy ktoś nas odwiedza, to nie zagląda do naszych "szuflad wstydu".
Klienci bardzo mocno się otwierają przede mną. Wydaje mi się, że to zaufanie nie rodzi się nagle w dniu spotkania, ale zaczyna się dużo wcześniej. Ludzie trafiają na moje treści w internecie, obserwują mnie przez jakiś czas i dopiero wtedy decydują się na kontakt.
Gdy już pojawiam się na miejscu, kluczowy okazuje się brak oceny. Ja naprawdę nie przychodzę po to, by kogoś osądzać, ale żeby zrozumieć sytuację i pomóc. Klienci bardzo szybko to wyczuwają, co zresztą często podkreślają później w opiniach.
Świadomość, że inni przeszli przez to samo i że ich prywatność została zachowana, działa na nowych klientów uspokajająco. To rzeczywiście trochę jak na terapii: trzeba się odsłonić, żeby mogła zajść realna zmiana. Ale zdecydowanie warto.
Czego tak właściwie oczekują od pani klienci? 
Najczęściej wyczuwam u nich ogromne zmęczenie i poczucie porażki. Słyszę: "nie daję już rady, sama tego nie ogarnę". To efekt podświadomego porównywania się do idealnych wnętrz z Instagrama, które z codziennością nie mają nic wspólnego. Moje usługi nie są dla "perfekcyjnych pań domu". Tu nie chodzi o dążenie do ideału, ale o system, który realnie ułatwia życie.
Chcę, aby każda rzecz miała swoje stałe miejsce – koniec z nerwowym szukaniem kluczy przed wyjściem, które psuje nam początek dnia. Dziś presja perfekcji jest ogromna; często dbamy o dom na pokaz, byle mieć ładne tło do kawy na relację. 
A w mojej pracy chodzi o to, by dom w końcu przestał być kolejnym zadaniem do odhaczenia, a stał się miejscem, które nas wspiera.
A kim właściwie są pani klienci?
Najczęściej są to kobiety w wieku między 30. a 50. rokiem życia. Często są to osoby aktywne zawodowo, na przykład mamy, które łączą w życiu wiele ról i po prostu brakuje im już zasobów, by nad tym wszystkim samodzielnie zapanować. Zgłaszają się też osoby bardzo świadome, które wiedzą, że taka pomoc istnieje i po prostu chcą z niej skorzystać, by usprawnić swoje życie.
Co ciekawe, moimi klientami bywają też pary, single czy osoby będące akurat po dużych zmianach życiowych. Wydaje mi się jednak, że kluczową kwestią nie jest tu wiek czy status materialny. Głównym czynnikiem, który sprawia, że ktoś się do mnie zgłasza, jest silna potrzeba zmiany. Bez niej proces ten nie może się udać.
Czy te decyzje łączą się zazwyczaj z jakimś przełomowym momentem w życiu? Takim poczuciem, że "teraz już muszę to zrobić", bo coś się wydarzyło – zaczynam nowe życie, rozstałam się albo dzieci wyprowadziły się z domu?
Tak, bardzo często są to momenty dużych życiowych zmian. Powiedziałabym, że numerem jeden są przeprowadzki, ale zaraz po nich pojawiają się sytuacje takie jak narodziny dziecka, kiedy naturalnie chcemy przygotować mu miejsce, pójście dziecka do szkoły czy wspomniane rozstania i zmiany zawodowe. Takie wydarzenia naturalnie uruchamiają w nas potrzebę uporządkowania przestrzeni i dostosowania jej do nowej rzeczywistości.
Jakie jeszcze?
Co ciekawe, coraz częściej zgłaszają się do mnie osoby starsze z bardzo konkretną intencją: chcą uporządkować swoje rzeczy, zanim odejdą. Nie chcą zostawiać po sobie chaosu i ciężaru bliskim; chcą świadomie zadecydować, co po nich zostanie – na przykład, czy ich stare listy i pamiętniki mają trafić w czyjeś ręce, czy wolą się ich pozbyć już teraz. 
To trend, który wywodzi się ze Szwecji – istnieje nawet określenie "szwedzkie sprzątanie przed śmiercią" (döstädning). Ideę tę spopularyzowała książka Margarety Magnusson. Myślę, że starsi ludzie w Polsce nie robią tego dlatego, że śledzą światowe trendy, ale dlatego, że po prostu czują taką wewnętrzną potrzebę zadbania o ład dla siebie i swoich bliskich.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarzają się osoby, które oczekują, że po prostu poprzestawia im pani meble, by w domu zapanowała "lepsza energia"?
Tak, niektórzy myślą, że przyjdę, wyciągnę czarodziejską różdżkę i od razu będzie super. Zawsze jednak tłumaczę, że jeśli nie zaczniemy od pozbycia się nadmiaru – tych wszystkich rzeczy niepotrzebnych, przekładanych z kąta w kąt, które od lat budzą w nas tylko poczucie winy – to nawet najlepiej zorganizowana przestrzeń nie przetrwa długo. Dobrze zorganizowany bałagan to nadal bałagan.
Jeśli jednak klient ma już etap odgracania za sobą i posiada tylko to, czego naprawdę potrzebuje, to faktycznie mogę zająć się logiką ustawienia przedmiotów. Tworzę wtedy system, który jest intuicyjny. 
Przykładowo w kuchni: planuję wszystko tak, by nie trzeba było biegać po całym pomieszczeniu w celu przygotowania posiłku. Układamy naczynia blisko zmywarki, przyprawy pod ręką – tak, aby całość miała logiczny sens i realnie wspierała domowników. 
Porządek ma bezpośredni wpływ na jakość relacji i ilość czasu, jaki mamy na odpoczynek. Kiedy w domu jest mniej napięcia i frustracji, a więcej spokoju, wszystko zaczyna lepiej funkcjonować.
Na ile klientom zależy po prostu na tym, by wnętrze było przyjemne i uporządkowane, a na ile na realnej zmianie w życiu? 
To jest sedno całej sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, że dom to tylko punkt wyjścia. Porządkując przedmioty, ludzie zaczynają zadawać sobie ważne pytania: "Co jest dla mnie naprawdę istotne, a co mnie obciąża?", "Z czego chcę zrezygnować?". Te refleksje wykraczają daleko poza szafki i półki.
Kiedy zaczynamy analizować, dlaczego coś trzymamy od lat, zaczyna nam się również układać w głowie. To jest najpiękniejszy i najważniejszy element całego tego procesu.
Co najbardziej frustruje pani klientów?
Często myślą, że ich największym problemem jest brak miejsca. W rzeczywistości okazuje się jednak, że albo brakuje im systemu, albo mają po prostu za dużo rzeczy – takich, których nie potrzebują, nie lubią, ale nie potrafią się ich pozbyć. To są decyzje odkładane latami.
Bardzo zależy mi na tym, by podkreślić jedną rzecz: to nie ma nic wspólnego z lenistwem czy bałaganiarstwem. To raczej brak narzędzi do radzenia sobie z nadmiarem oraz nieprzemyślana organizacja. Wielu z nas wyniosło z domu przekonanie, że rzeczy trzeba trzymać "na zaś", na wszelki wypadek, a jeśli coś działa, to nie wolno tego wyrzucać. Przez to zostawiamy przedmioty, których nie cierpimy, często z czystego poczucie winy.
Klasycznym przykładem jest bluzka: co z tego, że piękna, jeśli po założeniu jej czujemy się w niej źle? Zamiast ją oddać, trzymamy ją w szafie jako wyrzut sumienia – przypomnienie o nietrafionym wyborze lub wręcz karę za źle wydane pieniądze. 
Jedna bluzka to nie problem, ale gdy takich przedmiotów są dziesiątki, zaczyna się zagracenie. Prawdziwą przyczyną frustracji rzadko jest brak metrażu – to zazwyczaj nadmiar, odkładane decyzje i przestrzeń, która po prostu nie wspiera naszej codzienności.
Czy zdarza się, że klienci panią przepraszają?
Bardzo często! Już od progu słyszę: "Przepraszam za ten bałagan", "Nie wiem, jak to się stało", "Skąd się to wszystko wzięło?". 
Wstydzą się?
Myślę, że ludzie nie wstydzą się samego bałaganu, ale poczucia porażki: "powinnam sobie z tym radzić, a nie potrafię", "inni ogarniają, a ja nie". Od samego początku staram się zdjąć z nich to poczucie winy. To nie jest kwestia charakteru czy braku silnej woli.
Nikt nas nie nauczył radzenia sobie z nadmiarem, bo nasi rodzice żyli w czasach braku. My musimy nauczyć się obsługi tej nowej rzeczywistości od zera.
Jak już pani jest u klienta, to co się dzieje?
Moja metoda pracy polega na tym, że podczas realizacji wyciągamy z szafek absolutnie wszystko – tak, jakbyśmy się wyprowadzali. Sortujemy przedmioty kategoriami, a szafki przez jakiś czas zostają puste. Cały dobytek ląduje na podłodze i stołach. Wtedy dopiero widać prawdziwy ogrom posiadanych rzeczy. Klienci bywają przerażeni i zaskoczeni tą ilością. 
To pewnego rodzaju terapia szokowa, ale jest ona konieczna. Dopiero gdy zobaczymy na własne oczy stosy duplikatów i przedmioty niewidziane od lat, dociera do nas, że one nam nie pomagają, a jedynie nas przytłaczają.
Kto podejmuje ostateczną decyzję o tym, czy coś wyrzucamy, czy zostawiamy? 
Decyzję zawsze podejmuje klient. Nigdy nie wybieram za kogoś – moim zadaniem jest zadawanie pytań, które pomagają zrozumieć, co nam służy, a co tylko zajmuje miejsce. W odgracaniu nie chodzi o bezmyślne wyrzucanie, ale o świadomy wybór tego, co niesie dobre wspomnienia i radość. 
Często trzymamy nietrafione prezenty, np. od dorosłych dzieci, z czystego poczucia winy. To smutne, bo te rzeczy niszczeją w szafach, zamiast cieszyć kogoś innego.
Takie pożegnanie z przedmiotem to często pożegnanie z dawnym wyobrażeniem o sobie i swoimi marzeniami. Czasem warto to odpuścić, żeby odzyskać lekkość i móc pójść dalej.
Widzi pani związek między tym, co dzieje się w domu, a stanem emocjonalnym klienta?
Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Działa to w obie strony. Zauważyłam, że często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa (to słynne "a nuż się przyda"). 
Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać. 
Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości: "To jest ten kawałek rzeczywistości, który mam ogarnięty".
A czy taka jednorazowa wizyta wystarcza? Czy klienci dzwonią po pół roku, bo znowu "zarośli" rzeczami?
Jeśli klient był gotowy na rzetelne odgracanie, a potem wprowadzenie systemu – to po prostu działa. Zazwyczaj bywa tak, że nie wracam do tego samego pomieszczenia, ale jestem zapraszana do kolejnych. Ludzie, poczuwszy ulgę w jednym pokoju, chcą przenieść ten sam komfort do reszty domu.
Kuchnia zajmuje zazwyczaj od jednego do maksymalnie trzech dni. Kluczowe jest jednak to, że przy declutteringu obecność klienta jest niezbędna – ja nie mogę i nie chcę decydować za niego.
Jestem ciekawa, ile to kosztuje.
Jeśli chodzi o samo odgracanie, bez organizacji przestrzeni, to mój cennik jest prosty – 500 zł za 5 h sesji, każda dodatkowa godzina to 130 zł. Natomiast usługa organizacji – czyli stworzenie funkcjonalnego planu, zmierzenie, dobranie odpowiednich organizerów i już sama organizacja na miejscu – są wyliczane indywidualnie, w zależności m.in. od wielkości pomieszczenia, liczby szafek czy szuflad, ilości rzeczy itd.

A jak to jest u pani – czy "szewc bez butów chodzi"?
Nie, u mnie to by nie przeszło! Moja przygoda z tym zawodem zaczęła się właśnie od tego, że sama czułam się fatalnie w swojej przestrzeni. Chaos sprawiał, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Myślałam wtedy, że rozwiązaniem jest po prostu regularne sprzątanie, więc każdą sobotę poświęcałam na porządki. Jednak czułam, że marnuję życie.
Kiedy po urodzeniu córki wróciłam do pracy, uderzyło mnie, że popołudnia i weekendy spędzam na sprzątaniu zamiast z dzieckiem.
A czym zajmowała się pani wcześniej?
Pracowałam w obsłudze klienta niemieckojęzycznego. To poczucie, że "coś jest nie tak", doprowadziło mnie do ponownej lektury "Magii sprzątania" Marie Kondo. Postanowiłam odgracić nasz dom. Pozbyłam się wtedy połowy naszych rzeczy. Z każdym kartonem czułam się lżejsza.
Od tamtej pory po prostu tym żyję. To nie oznacza, że u mnie zawsze jest perfekcyjnie – zupełnie nie! Ale różnica polega na tym, że gdy w intensywnym czasie pojawi się chaos, jestem w stanie przywrócić dom do porządku w pół godziny. Mam swój system. 
Staram się też uczyć dbania o przestrzeń moje dzieci. Na Instagramie edukuję rodziców, jak uczyć pociechy dzielenia się i puszczania rzeczy (np. połamanych zabawek dla niemowlaka, gdy dziecko ma już 5 lat). Dzisiejsze dzieci wychowują się w ogromnym nadmiarze. Moją misją jest pomóc rodzicom sprawić, by ich rzeczywistość stała się lżejsza.
Jak klienci reagują na efekt końcowy?
To są często niezwykle wzruszające momenty. Najczęściej mówią o ogromnej uldze i poczuciu lekkości. Pamiętam męża jednej z moich klientek, który nie uczestniczył w samym procesie. Gdy wrócił pod koniec dnia i zaczął otwierać kolejne szuflady, nie potrafił powstrzymać emocji. Chodził od szafki do szafki, powtarzając: "Dziękuję ci! Tak bardzo ci dziękuję!". Choć to kobiety częściej reagują tak ekspresyjnie, on był autentycznie poruszony do łez.
Ostatnio miałam też klientkę, która z niedowierzaniem patrzyła na swoją szufladę z przyprawami. Pytała: "To naprawdę moja szuflada? Ja tu nie będę gotowała! Nic nie chcę ruszać, chcę tylko przychodzić i patrzeć”. Ale po chwili wróciła i uznała: "Nie, ja tu będę codziennie gotowała! Do tej pory tego nie robiłam, ale teraz będę, bo nie mogę uwierzyć, że to miejsce należy do mnie". 
I faktycznie, później dostawałam od niej zdjęcia szuflad. Pokazywała mi, że mimo że gotuje, nadal ma idealny porządek w szafkach. Kuchnia wciąż prezentowała się dokładnie tak, jak w dniu, w którym ją opuszczałam. 
Najbardziej napędza mnie świadomość, że widzę realną zmianę w życiu moich klientów – widzę ich radość tu i teraz. To właśnie daje mi największą energię do działania.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/71a4a700021dd3d8923fa37ce63c342c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Terapeutka wnętrz pomaga Polakom uporządkować domy i przy okazji głowy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645445,feedback-zglaszany-jako-mobbing-swiat-korpo-oszalal-na-punkcie-dobrostanu-i-teraz-ma-problem</guid><link>https://natemat.pl/645445,feedback-zglaszany-jako-mobbing-swiat-korpo-oszalal-na-punkcie-dobrostanu-i-teraz-ma-problem</link><pubDate>Thu, 19 Mar 2026 12:21:01 +0100</pubDate><title>Feedback zgłaszany jako mobbing. Świat korpo oszalał na punkcie dobrostanu i teraz ma problem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Część osób zaczyna wierzyć, że jakikolwiek stres, niedogodność, konflikt czy presja w pracy to już naruszenie granic albo mobbing. Jeden z pracowników zadzwonił do mnie zapłakany, że jest mobbingowany, bo kierownik tymczasowo, po uprzednich wyjaśnieniach, przeniósł go do innego działu. Powód był prosty – w tamtym zespole była epidemia grypy i brakowało ludzi do pracy – opowiada Kasia Matyjewicz, ekspertka HR,  trenerka i aktywistka antymobbingowa.

Wyobraźmy sobie szefa chodzącego na paluszkach. Takiego, który ostrożnie waży każde słowo, byle tylko nie zostać posądzonym o mobbing. Szefa, który boi się przydzielać zadania, żeby – nie daj Boże – pracownik nie poczuł dyskomfortu i nie postanowił się zwolnić.
Jeszcze niedawno taka wizja wydawałaby się absurdalna.
A jednak coś się zmieniło.
To dobrze, że już się nie damy wykorzystywać. Jeśli szef będzie na nas wrzeszczał, ośmieszał czy upokarzał – zgłosimy to. Nie pozwolimy na trzaskanie drzwiami, złośliwe docinki ani komentowanie naszego wyglądu.
Wspaniale, że nauczyliśmy się stawiać granice i coraz skuteczniej ich pilnujemy. W zadbaniu o siebie ma pomóc także reforma resortu pracy, która upraszcza skomplikowaną definicję mobbingu. 
Nowa świadomość ma jednak także drugą stronę medalu, o której rzadziej mówimy: nie wszystko, co wywołuje dyskomfort, jest mobbingiem.
Nie każda uwaga szefa to przemoc.
Znam historie szefów, którzy – nawet gdy na zmianie mają tylko jednego pracownika – boją się odmówić urlopu. Menedżerów restauracji, którzy obawiają się zwrócić kelnerowi grzecznie uwagę, bojąc się, że następnego dnia nie pojawi się w pracy.
Znam też opowieści z drugiej strony: o chodzeniu na długie zwolnienia lekarskie, żeby "ukarać" szefa za to, że czegoś wymagał. O obrażaniu się i demonstracyjnym wycofywaniu z pracy.
I o tupaniu nogą, kiedy coś nie idzie po naszej myśli.
Mobbing też znam – niestety.
Ale czy wymagający menedżer to już oprawca? A może coraz częściej zwykłą krytykę traktujemy jak atak?
Stres w pracy to nie mobbing
Współczesny świat korporacyjny oszalał na punkcie dobrostanu. W działach HR "szczęście w pracy" i "well-being" odmienia się dziś przez wszystkie przypadki. To oczywiście kierunek słuszny i potrzebny, ale – jak ostrzega Kasia Matyjewicz, ekspertka HR,  trenerka i aktywistka antymobbingowa – wpadliśmy w pewną pułapkę.
Przez nieustanne podkreślanie komfortu pracy część pracowników zaczęła wierzyć, że biuro powinno być przestrzenią absolutnego błogostanu. W efekcie zwykłe egzekwowanie obowiązków coraz częściej bywa interpretowane jako mobbing. A to może prowadzić do groźnych nadużyć.
– W swojej pracy bardzo często spotykam się z sytuacjami, w których polecenia szefa są błędnie interpretowane przez pracowników. W HR funkcjonuje nawet określenie: staffing, czyli tzw. "mobbing odwrócony", czyli kiedy to przełożony pada ofiarą ze strony swoich pracowników – wyjaśnia Kasia Matyjewicz w rozmowie z naTemat.pl.
Jak wyjaśnia ekspertka, w ostatnich latach w korporacjach ogromną popularność zdobyły hasła związane z dobrostanem pracowników. Sam kierunek zmian jest dobry, jednak bywa błędnie rozumiany.
– Część osób zaczyna wierzyć, że jakikolwiek stres, niedogodność, konflikt czy presja w pracy to już naruszenie granic albo mobbing. Tymczasem zapominamy o czymś fundamentalnym: o stosunku podporządkowania. Podpisując umowę o pracę, zobowiązujemy się oddać osiem godzin dziennie pod czyjeś kierownictwo w zamian za wynagrodzenie – tłumaczy.
Problemy pojawiają się w momencie, gdy pracownik przestaje wywiązywać się ze swoich obowiązków.
– Rolą lidera jest wtedy udzielenie tzw. feedbacku korygującego. Musi on jednak opierać się na faktach, a nie na osobistych wycieczkach. Pracownik powinien usłyszeć jasno: co zrobił źle, dlaczego to problem i jaki jest plan poprawy – podkreśla Matyjewicz.
Jeśli rozmowy nie przynoszą efektu, kolejnym krokiem jest formalny plan naprawczy – czyli jasno określone cele i standardy do osiągnięcia w określonym czasie.
– I właśnie wtedy często pojawia się moment zapalny. Zdarza się, że zamiast podjąć wysiłek poprawy, pracownik wybiera strategię "obrony przez atak": idzie na zwolnienie lekarskie albo zgłasza mobbing – mówi ekspertka.
Jak zauważa Dariusz Dobrzyniecki, coach i trener biznesu, wbrew pozorom nie chodzi o to, co mówi szef, ale w jaki sposób to robi.
Ekspert przyznaje, że w swojej pracy coraz częściej spotyka się z sytuacjami, które trudno traktować poważnie.
– To są takie przykłady, w których ludzie mają bardzo daleko posunięte oczekiwania od firmy, które nie mają nic wspólnego z obowiązkami pracodawcy wynikającymi z kodeksu pracy. To są dość kuriozalne sytuacje – zauważa. 
Jak dodaje, problemem bywa już samo egzekwowanie obowiązków.
– Dość często zdarzają się przypadki, w których ludzie utyskują na mobbing, kiedy szef tylko oczekuje, że ktoś będzie w godzinach pracy pracował. Reprymendę za przeglądanie mediów społecznościowych w ciągu dnia odbierają jako szykanę. Jeśli szef zwraca na to uwagę, sama ta informacja zwrotna bywa traktowana jak przejaw przemocy – podkreśla ekspert.
Wymagający szef czy oprawca?
Jak odróżnić wymagającego menedżera od osoby stosującej przemoc psychiczną? – Kluczowa jest forma komunikacji. Lider powinien mówić wyłącznie o faktach i konsekwencjach. Na przykład: "We wtorek spóźniłeś się siedem minut, w środę dziesięć, a w piątek piętnaście. Przez to spotkania się wydłużają. Co możemy zrobić, żeby temu zapobiec?" – wyjaśnia Matyjewicz.
Zupełnie inaczej brzmi komunikat: "Ty zawsze się spóźniasz, jesteś nieogarnięty i wszystkich denerwujesz".
– W drugim przypadku, nawet jeśli menedżer ma rację co do problemu, narusza godność pracownika. Jeśli taka komunikacja się powtarza, możemy mówić o mobbingu – dodaje.
W podobnym tonie wypowiada się Dariusz Dobrzyniecki. 
Jak zaznacza, samo zwracanie uwagi pracownikowi jest naturalną częścią pracy menedżera.
– Przełożony powinien organizować pracę, wyznaczać cele, motywować ludzi, ale też korygować niewłaściwe działania. To element pracy każdego lidera.
Problem zaczyna się wtedy, gdy emocje zaczynają brać górę nad profesjonalizmem.
– Jeśli taka reakcja zdarzy się raz, bo ktoś nie zapanował nad sobą, można zrzucić to na karb tego, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ale jeśli powtarza się regularnie, mamy już do czynienia z zachowaniem przemocowym – mówi trener biznesu.
Świadomość, jak łatwo dziś przekroczyć tę granicę – lub zostać o jej przekroczenie posądzonym – paraliżuje wielu zarządzających. Rosnąca liczba oskarżeń sprawia, że część liderów zaczyna unikać stanowisk kierowniczych.
Problem często pojawia się w zespołach, które wcześniej miały bardzo przyjacielskiego szefa, podchodzącego do zarządzania dość luźno.
– Gdy przychodzi nowy menedżer i prosi o uporządkowanie procesów, raportowanie czy analizę czasu pracy, w zespole pojawia się opór. Pracownicy zaczynają mówić o nękaniu – tłumaczy.
Jeśli potem cały zespół zgłasza się do HR-u z takimi zarzutami, dział kadr może stanąć przed trudną decyzją.
– Łatwo ulec pokusie uznania, że skoro większość narzeka, to lider jest problemem. 
Dlatego – jej zdaniem – kluczowa jest edukacja zarówno pracowników, jak i menedżerów.
Pracodawcy powinni jasno tłumaczyć: czym jest mobbing, a czym nie jest, czego oczekuje się od pracowników i jakie standardy pracy obowiązują w organizacji. Jednocześnie liderzy muszą uczyć się przekazywania trudnych informacji w sposób profesjonalny i nienaruszający godności pracownika.
– Nikt nie lubi słyszeć trudnych rzeczy o swojej pracy. Ale to nie znaczy, że każda krytyczna uwaga jest przemocą – zaznacza Matyjewicz.
Znam sytuację, kiedy pracownik sam poprosił o feedback, ale ten nie był zbyt pozytywny. Oburzony merytorycznymi, ale mało entuzjastycznymi uwagami, jeszcze tego samego dnia zamanifestował swoją urazę w sieci. Wrzucił na LinkedIna post z zieloną ramką #OpenToWork, dając całemu światu (i swojemu szefowi) do zrozumienia, że czuje się niedoceniony i szuka kogoś, kto pozna się na jego talencie. Takie "trzaśnięcie drzwiami", tyle że w cyfrowym wydaniu.
Ekspertka zwraca też uwagę, że dziś zarzut mobbingu bywa używany jako narzędzie w konflikcie z pracodawcą.
– Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy pracownik czuje się zagrożony konsekwencjami słabych wyników. Wtedy pojawia się myśl: "nie mam nic do stracenia, zaatakuję pierwszy" – mówi.
Tymczasem – jak podkreśla – fałszywe oskarżenie również może być formą przemocy.
– Do człowieka bardzo szybko przylepia się łatka "mobbera". Nawet jeśli HR uzna zarzuty za bezpodstawne, w zespole często pozostaje cień podejrzenia. A to może zniszczyć czyjąś karierę – ostrzega.
"Są ludzie, którzy każdą krytykę przyjmują jako atak na siebie"
W swojej praktyce Matyjewicz spotykała się z bardzo różnymi zgłoszeniami.
– Jeden z pracowników zadzwonił do mnie zapłakany, że jest mobbingowany, bo kierownik tymczasowo, po uprzednich wyjaśnieniach, przeniósł go do innego działu. Powód był prosty – w tamtym zespole była epidemia grypy i brakowało ludzi do pracy – opowiada.
Innym razem ktoś chciał zgłosić mobbing, bo współpracownik nie odpowiadał mu "dzień dobry".
– Jeśli to jednorazowa sytuacja, mówimy o braku kultury, nie o mobbingu. Dopiero, gdyby było to elementem systematycznego wykluczania, można byłoby rozważać poważniejszy problem – wyjaśnia.
Aneta Krakowińska, psycholożka, socjolożka i ekonomistka: – Psychologia popularna bardzo chętnie etykietuje różne zachowania: ktoś jest "toksyczny", ktoś "narcyzem", ktoś "gaslightuje". Problem w tym, że takie szybkie nazwanie zjawiska zamyka dyskusję, zamiast ją otwierać – mówi Krakowińska.
Jej zdaniem relacje międzyludzkie są znacznie bardziej złożone. – W wielu sytuacjach potrzebujemy nie etykiety, ale refleksji nad procesami i emocjami, które stoją za danym zachowaniem – uzupełnia.
Szef Y, w pewnym wojewódzkim mieście szybko zyskał łatkę mobbera. Przekazał swoim pracownikom, że firma wprowadza nowe narzędzia. Wszak trzeba iść z duchem czasu.  Załatwił profesjonalne szkolenie, wyznaczył bardzo bezpieczny margines czasu na naukę nowych funkcji. Wszyscy chętnie doskonalili nowe umiejętności. 
Ale jedna z pracownic uznała to za ....nękanie i formę represji. Stwierdziła, że chce pracować tak jak dawniej, a nowe rzeczy, których ma się nauczyć ją stresują. Poszła na długie zwolnienie lekarskie, z którego nigdy już nie wróciła. 
Mimo że nie złożyła oficjalnego zawiadomienia, to wszem i wobec rozpowiadała, że "szef specjalnie wdrożył nowe programy, żeby się jej pozbyć". Opowiadała, że doświadczyła mobbingu. 
Dariusz Dobrzyniecki: – Są ludzie, którzy każdą krytykę przyjmują jako atak na siebie. Nie są przyzwyczajeni do tego, że ktokolwiek zwraca im uwagę. Oponują już na etapie wyznaczania celów, które w ich ocenie są zbyt ambitne.
Jego zdaniem konflikty w pracy bardzo często wynikają z braku odporności psychicznej albo niewłaściwego zarządzania emocjami – zarówno po stronie pracowników, jak i przełożonych.
Zdaniem Anety Krakowińskiej, wyzwaniem współczesności jest znalezienie równowagi. – Zdrowa troska o siebie nie polega na unikaniu każdej trudnej sytuacji. Chodzi raczej o umiejętność rozpoznawania granic i reagowania wtedy, gdy rzeczywiście są przekraczane – podkreśla. 
Jak dodaje, jeśli każde trudne doświadczenie będziemy nazywać przemocą, przestaniemy odróżniać realne zagrożenia od zwykłych napięć, które są naturalną częścią relacji międzyludzkich.
Czym tak naprawdę jest mobbing?
Zdaniem Kasi Matyjewicz wiele osób nie rozumie natury tego zjawiska. – Mobbing to uporczywe nękanie, taka zaplanowana strategia, której celem jest zniszczenie drugiego człowieka. Jeśli szef prosi o raport na czas albo zwraca uwagę na błędy w pracy – robiąc to z szacunkiem – to po prostu wykonuje swoje obowiązki – podkreśla.
Warto też pamiętać, że przełożony sam podlega rozliczeniu.
– Pracownicy często patrzą tylko ze swojej perspektywy. Tymczasem menedżer też ma szefa, który rozlicza go z wyników całego zespołu – dodaje.
Realizacja celów nie musi jednak oznaczać pracy ponad siły.
– Warto spojrzeć, jak pracują top menedżerowie. Dobry lider nie traktuje nadgodzin jako powodu do dumy. Jeśli widzi pracownika, który regularnie zostaje po godzinach, nie cieszy się z tego. Podchodzi i pyta: "Widzę, że często zostajesz dłużej. Z czego to wynika? Czy mogę ci w czymś pomóc? Czy zadania nie są zbyt duże?" – tłumaczy Dariusz Dobrzyniecki.
Jak podkreśla, fundamentem dobrego przywództwa jest empatia.
– Jeśli rekrutujemy kogoś na stanowisko menedżerskie, warto szukać osób z empatią. Empatia w dużej mierze wynika z tego, czy ktoś chce troszczyć się o innych. Jeśli ktoś jest jej pozbawiony, bardzo trudno będzie mu być dobrym liderem – podsumowuje.
Zdaniem Kasi Matyjewicz, obecna rzeczywistość pracy znajduje się w pewnym momencie przejściowym.
– Przez lata funkcjonowaliśmy w świecie, w którym przełożeni mogli pozwolić sobie na bardzo wiele. Dziś w kontrze wahadło wychyliło się w drugą stronę – w stronę nadmiernej ostrożności i lęku przed każdą trudną rozmową – zauważa.
I dodaje, że rozwiązaniem nie jest ani powrót do dawnych praktyk, ani całkowita rezygnacja z wymagań wobec pracowników.
– Potrzebujemy przede wszystkim wiedzy, jasnych zasad i dojrzałej komunikacji w miejscu pracy – podsumowuje.
Dalsza część tekstu poniżej
Czy nazywanie każdego trudnego doświadczenia krzywdą nie odbiera powagi prawdziwym ofiarom przemocy i mobbingu? Z tym pytaniem wracam do psycholożki, socjolożki i ekonomistki Anety Krakowińskiej. 
Mówi mi, że problem rzeczywiście istnieje – ale jest efektem głębokiej zmiany społecznej.
– Współczesny język self-care kojarzy mi się z tym, co nazywam "kulturą słonia na sznurku" – mówi ekspertka. I odwołuje się do znanej metafory.
– W przypowieści małego słonia przywiązuje się do palika mocnym sznurem. Zwierzę próbuje się uwolnić, ale nie ma wystarczającej siły. Kiedy dorasta i staje się potężne, nadal stoi w tym samym miejscu – nie dlatego, że nie może zerwać sznura, ale dlatego, że w jego głowie wciąż działa stary schemat: "nie dam rady" – tłumaczy Krakowińska.
Jej zdaniem podobny mechanizm można zauważyć dziś w relacjach społecznych i zawodowych. – Przez lata funkcjonowaliśmy w kulturze milczenia. Uczono nas, żeby nie dramatyzować, żeby dostosować się do systemu i jakoś wytrzymać – nawet kosztem własnego dobrostanu. Napięcie rosło tak długo, aż w końcu – podobnie jak u tego słonia – sznurek się urwał.
Problem polega jednak na tym, że po latach milczenia pojawiła się reakcja skrajna.
– Wchodzimy od razu w tryb ucieczki i zaczynamy używać bardzo mocnego, alarmowego języka. Nazywamy zjawiska toksycznością, mobbingiem czy manipulacją nie uwzględniając przy tym kontekstu, dynamiki relacji i struktury organizacyjnej. Brakuje nam pojęć pośrednich – zauważa psycholog.
Zdaniem ekspertki wynika to zarówno z napięć systemowych, jak i z kondycji psychicznej współczesnego człowieka. – Funkcjonujemy w rzeczywistości pełnej presji i niepewności, co wpływa na sposób interpretowania doświadczeń.
Jak tłumaczy Krakowińska, ogromną rolę odgrywają zmiany cywilizacyjne. – Rozwój nowych technologii, sztucznej inteligencji i niepewność na rynku pracy sprawiają, że ludzie czują się zagrożeni. To z kolei przekłada się na większą wrażliwość na komunikaty z otoczenia – mówi.
W takiej sytuacji nawet neutralna uwaga bywa odbierana jako atak. – Ludzie czują się osaczeni, więc reagują w sposób zero-jedynkowy i bardzo personalny.
Za wrażliwi na feedback
Ekspertka zwraca uwagę, że współczesna kultura dbania o dobrostan może nieść także nieoczywiste konsekwencje.
– Self-care słusznie kładzie nacisk na dobrostan jednostki i daje nam konkretne narzędzia. Jednocześnie niesie pewną pułapkę: przerzuca całą odpowiedzialność za odporność psychiczną na pracownika. To on ma się adaptować do zmian, podczas gdy sama organizacja często pozostaje nienaruszona – mówi.
Jej zdaniem potrzebujemy spojrzenia na człowieka jako część większego systemu relacji.
– Musimy zacząć zagospodarowywać przestrzeń między milczeniem a "językiem alarmu". Chodzi o bieżące rozwiązywanie napięć, zanim urosną do rangi poważnego kryzysu – precyzuje. Paradoksalnie – jak zauważa psycholog – współczesna kultura harmonii sprawia, że coraz bardziej unikamy konfrontacji.
To jednak może prowadzić do odwrotnego skutku. – Nierozwiązane spory merytoryczne z czasem eskalują i zmieniają się w konflikty personalne, którym towarzyszy już bardzo silny język emocjonalny.
Sytuację dodatkowo komplikuje praca zdalna.
Brak bezpośredniego kontaktu sprawia, że częściej nadinterpretujemy treść maili czy krótkich wiadomości, budując całe scenariusze oparte wyłącznie na własnej interpretacji jednego zdania z komunikatora – mówi psycholożka. 
To z kolei potęguje lęk i poczucie zagrożenia.
– W takiej sytuacji bardzo łatwo jest uruchomić język alarmowy i przypisać drugiej osobie złe intencje – zauważa. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/4ec32fbdacff7b60c11415098d1b0f98,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pracownicy coraz częściej mylą zwykłe uwagi szefa z przemocą. – Szczęście w pracy to dobry kierunek, ale wpadliśmy w pewną pułapkę – ostrzega ekspertka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644983,10-tys-zl-za-udowodnienie-zdrady-detektyw-klienci-nawet-biora-na-to-kredyt</guid><link>https://natemat.pl/644983,10-tys-zl-za-udowodnienie-zdrady-detektyw-klienci-nawet-biora-na-to-kredyt</link><pubDate>Sun, 15 Mar 2026 07:06:02 +0100</pubDate><title>10 tys. zł za udowodnienie zdrady. Detektyw: Klienci nawet biorą na to kredyt</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Jeździliśmy za nią dwa tygodnie. A ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Wydał pan już mnóstwo pieniędzy, a ja widzę, że pana żona jest czysta". On jednak szedł w zaparte: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, po czym to wnosi, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u”. Ręce mi opadły – opowiada Maciej Hajnus, detektyw.

Aleksandra Tchórzewska: Ma pan broń?
Maciej Hajnus, detektyw: Prawdziwej nie – tylko taką na śruty. I to nie dlatego, że nie mógłbym jej mieć, bo mógłbym. Po prostu nie chcę. 
Wie pani, dzisiaj nawet po oddaniu strzału w powietrze trzeba pisać sprawozdanie: do czego broń została użyta i w jakich okolicznościach. To wszystko za bardzo komplikuje sprawę.
Noszę przy sobie gaz pieprzowy. 
Bywa niebezpiecznie? Ktoś kiedyś próbował pana zaatakować?
Miałem kiedyś taką sytuację podczas imprezy firmowej. Obserwowałem jednego z mężczyzn – robiłem mu zdjęcia i nagrywałem krótkie ujęcia, kiedy tańczył na parkiecie. Gdy wychodziłem z lokalu, nagle ruszyło za mną pięciu osiłków.
Dogonili mnie i zapytali wprost: "Słuchaj, co ty tu o nas nagrywałeś?". Odpowiedziałem spokojnie, że nic. Wyciągnięcie legitymacji detektywa byłoby w tamtej chwili najgorszym możliwym pomysłem – mam wrażenie, że mógłbym z tego nie wyjść cało.
Byli wyraźnie podpici i zażądali, żebym pokazał im telefon. Powiedziałem wtedy: "Dobra, pokażę ci, ale jeśli nic nie znajdziesz, stawiasz flaszkę". Jeden z nich, chyba trochę bardziej trzeźwy od reszty, zgodził się na taki układ.
Otworzyłem więc w telefonie albumy z Facebooka. Był na tyle pijany, że nawet nie bardzo orientował się, co przegląda. Po chwili oddał mi telefon i stwierdził, że rzeczywiście nic tam nie ma. Odpuścili, a ja spokojnie wyszedłem z imprezy.
To tylko na filmach wszyscy noszą przy sobie broń i wszyscy do siebie strzelają.
Jakie jeszcze mity chciałby pan obalić?
Największym mitem jest przekonanie, że detektyw może zakładać podsłuchy czy ukryte kamery. Klienci bardzo często o to pytają, tymczasem ustawa o usługach detektywistycznych jasno tego zabrania.
Ludzie muszą zrozumieć, że nie mamy takich możliwości jak policja czy służby. Często słyszę: "Niech pan pójdzie do urzędu, pokaże legitymację, to panu wszystko powiedzą". Otóż nie powiedzą.
Każda informacja – PESEL, numer księgi wieczystej czy adres – to efekt żmudnej pracy, a czasem także konieczności podania się za kogoś innego, żeby w ogóle rozpocząć rozmowę. Odkąd weszło RODO, praca w terenie stała się dużo trudniejsza.
Dawniej wchodziło się do bloku, sprawdzało listę lokatorów na tablicy i od razu było wiadomo, kto gdzie mieszka. Dzisiaj takich spisów już nie ma. Często muszę śledzić człowieka aż pod same drzwi mieszkania, żeby mieć pewność, pod którym numerem faktycznie przebywa.
Czyli nuda, a nie adrenalina?
To zależy od charakteru sprawy. Jeśli zapyta mnie pani o zdrady małżeńskie, to jest to największa nuda, jaką można sobie wyobrazić. Najczęściej oznacza to osiem godzin siedzenia w samochodzie i czekania, aż coś się wydarzy. I nieważne, czy jest trzydzieści stopni upału, czy dwadzieścia stopni mrozu. 
Zupełnie inaczej wyglądają sprawy gospodarcze: sprawdzanie wiarygodności kontrahentów czy poszukiwanie osób. Tam faktycznie cały czas coś się dzieje.
A to nie jest tak, że w telefonie znajdzie się wszystko?
Ludzie naoglądali się filmów i myślą, że detektyw to może się wszędzie włamywać. Rzeczywistość jest inna: nie mamy takich uprawnień jak policja czy służby specjalne. Za założenie kamer w czyimś mieszkaniu czy włamanie na telefon traci się licencję – to po prostu przestępstwo. My tego nie robimy.
Owszem, klienci mogą kupić oprogramowanie szpiegowskie na własną rękę, jeśli mają fizyczny dostęp do telefonu partnera, i sami sprawdzać, z kim on pisze. Często przynoszą mi gotowe wydruki z WhatsAppa. 
Zdrady wychodzą w banalny sposób? Podpatrzy pan kogoś w hotelu, w samochodzie, podczas pocałunku? Jak to wygląda w praktyce?
Czasem bywa to wręcz uderzająco proste, bo ludzie sami chwalą się zdradą na Facebooku. Pamiętam sprawę kobiety, która regularnie wyjeżdżała ze swoim szefem. Oficjalnie były to delegacje. Długo nie mogłem jednak ustalić, dokąd jeździli – zawsze jakoś udawało im się wymknąć obserwacji.
Aż pewnego razu zobaczyłem jej zdjęcie na Facebooku. Siedziała nad basenem w męskiej koszuli. Dzięki temu, że często bywam w różnych hotelach, rozpoznałem charakterystyczny skos okien. Wiedziałem, że to może być tylko jedno miejsce. Pojechałem tam i oczywiście ich zastałem.
Podejrzenia klientów często się sprawdzają?
Muszę pani powiedzieć, że statystyka jest bezlitosna. Jeśli przychodzi do mnie kobieta podejrzewająca męża o zdradę, ma rację w 90 procentach przypadków. Jeśli jednak przychodzi mężczyzna, trafia rzadziej niż w połowie.
Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Śledziliśmy ją przez dwa tygodnie, a ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Proszę pana, obserwujemy ją już dwa tygodnie. Wydał pan mnóstwo pieniędzy, a z mojego doświadczenia wynika, że pańska żona jest czysta". On jednak upierał się przy swoim: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, na czym opiera swoje podejrzenia, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u".
Ręce mi opadły.
I co było dalej?
Klient był bardzo zawzięty i chciał, żebyśmy dalej jeździli za jego żoną. Ale ja nie chcę, żeby ktoś później przeżył szok, gdy wystawię mu rachunek na kwotę, której nie będzie w stanie udźwignąć. Powiedziałem mu więc: "Proszę pana, niech mi pan zaufa. Obserwowałem w życiu tysiące osób. Pana żona nie ma żadnych znamion kobiety, która zdradza. Nigdy nie spotkała się z nikim podejrzanym, nawet na kawę". W końcu odpuścił.
Niektórzy mężczyźni przychodzą do mnie, bo coś uroiło im się w głowie. Jeden z klientów wysłał mnie kiedyś za swoją żoną do sanatorium. Wykupił mi wszystko: pobyt, zabiegi, pełen pakiet.
Haczyk polegał na tym, że żona miała 83 lata, a on i tak był przekonany, że go tam zdradza. Chodziłem więc za tą panią, a ona – jak to w tym wieku – spacerowała, chodziła na zabiegi i właściwie nic więcej się nie działo.
Przynajmniej pan sobie wypoczął w sanatorium. 
Tak, zafundowałem sobie zabiegi na plecy, bo przy tej siedzącej pracy to prawdziwe zbawienie. 
Czy zdarzają się historie par, które kończą się inaczej niż rozwodem? Na przykład pan dostarcza dowody zdrady, ale klient jednak decyduje się na wybaczenie i nowy start?
Oczywiście. Około 20 proc. moich spraw kończy się w ten sposób – ludzie po prostu się dogadują. Wiem to stąd, że gdy dochodzi do rozwodu, zazwyczaj jestem wzywany do sądu jako świadek, bo mój raport trafia do akt sprawy. Jeśli sąd mnie nie wzywa, to dla mnie jasny sygnał, że strony doszły do porozumienia.
A jak sądy podchodzą do pracy detektywów? Traktują was poważnie?
Bardzo poważnie. Miałem sytuację, w której pełnomocnik strony przeciwnej, chcąc mnie zdyskredytować, zapytał, czy posiadam legitymację detektywa i wpis do ewidencji działalności. Potwierdziłem. Kiedy mecenas poprosiła o okazanie dokumentów, sędzia uciął krótko: "Pani mecenas, nie czas na to. Pan zeznaje pod przysięgą i złożył sprawozdanie, więc mu wierzę. Jeśli pani nie wierzy, sprawdzi sobie pani dokumenty po rozprawie".
Co ciekawe, sądy często bardziej polegają na moich bezpośrednich zeznaniach niż na samych zdjęciach czy filmach. Materiały wizualne traktuję raczej jako zabezpieczenie – na wypadek, gdyby strona przeciwna twierdziła, że jej tam nie było albo że sytuacja wyglądała inaczej. Wykonuję swoją pracę solidnie i rzetelnie, więc w moich zeznaniach nie ma miejsca na przekłamania.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarzyło się panu odmówić przyjęcia zlecenia, bo uznał pan, że klient kłamie, jest nieetyczny albo po prostu chce się na kimś zemścić?
Raz musiałem odmówić zlecenia, bo klient okazał się moim znajomym – w takiej sytuacji nie da się zachować niezbędnego obiektywizmu. Jeśli chodzi o złe intencje czy kłamstwa, rzadko udaje się je wyczuć już na pierwszym spotkaniu. Prawda zazwyczaj wychodzi w trakcie zlecenia.
W takich przypadkach moja praca jest krótka: napisałem raport stwierdzający, że mąż nie dopuścił się zdrady, i podziękowałem za współpracę. 
Zdarza się, że klienci są niecierpliwi? Że chcą znać prawdę już następnego dnia i zaczynają na pana naciskać?
Tacy klienci trafiają się regularnie. Zazwyczaj staram się ich wyciszyć i wytłumaczyć, że nie da się zrobić wszystkiego "na już". Jeśli zależy pani na dyskrecji i rzetelności, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Pamiętam sytuację z adwokatem jednego z moich klientów. Kiedy udowodniłem, że mąż klientki jest wierny, prawnik miał pretensje. Twierdził, że skoro od razu zauważyłem brak zdrady, mogłem to napisać natychmiast, a nie ciągnąć sprawę. Pomyślałem wtedy: "Niezły z pana fachowiec".
Przecież, żeby z całą pewnością stwierdzić, że ktoś nie zdradza, muszę wykonać olbrzymią pracę. Nie podpiszę się pod raportem, jeśli nie mam stuprocentowej pewności. Niektórzy prawnicy zupełnie nie rozumieją tej dynamiki.
A od ilu lat jest pan w zawodzie? To było marzenie z dzieciństwa, czy czysty przypadek?
Kompletnie nie wiedziałem, że zostanę detektywem. Po studiach na SGH w Warszawie pracowałem jak każdy – w pewnym momencie byłem nawet dyrektorem handlowym. Później otworzyłem firmę windykacyjną, bo na rynku brakowało takich usług, a ja czułem temat.
Z czasem okazało się, że skuteczna windykacja wymaga rzetelnego wywiadu gospodarczego. Aby zdobyć informacje, które nie opierają się tylko na ogólnodostępnych rejestrach typu KRS, trzeba mieć odpowiednie uprawnienia. Zrobiłem je w 2014 roku, choć samym wywiadem zajmuję się od blisko dwudziestu lat.
Wtedy też zaczęła się współpraca z emerytowanymi policjantami i – obok obsługi firm – pojawiły się zlecenia od osób prywatnych. Właśnie te zdrady i sprawy rodzinne.
Zdarzyło się panu kiedyś prześwietlać nianię na zlecenie podejrzliwych rodziców?
Nigdy. Natomiast są rodzice, którzy chcą ode mnie wypożyczyć sprzęt do monitoringu domu. Wtedy odmawiam.
A co z rodzicami, którzy chcą sprawdzić własne, dorastające dzieci?
Tacy klienci zdarzają się bardzo często. Zazwyczaj zgłaszają się do mnie rodzice, którzy – mówiąc wprost – przez lata nie mieli dla swoich dzieci czasu. 
Finały bywają skrajne. Czasami okazuje się, że dziecko po prostu zapisało się na treningi, o których zapomniało powiedzieć rodzicom, i wszystko jest w porządku. Ale bywa i tak, że faktycznie znajdujemy je w parkach, gdzie piją, ćpają i wpadają w bardzo złe towarzystwo.
Zdarza się panu wchodzić ze śledzonymi w interakcję? Zagaduje pan, udaje przypadkowego przechodnia, czy raczej unika jakiegokolwiek kontaktu?
To zależy od zlecenia. Jeśli sytuacja tego wymaga, przyjmuję inną tożsamość i po prostu rozmawiam. Przy sprawach o zdradę zazwyczaj nie ma takiej potrzeby – tam najlepiej sprawdza się całkowita niewidoczność.
Kontakt staje się niezbędny, gdy musimy wykazać przed sądem czyjeś realne zarobki. Często zdarza się, że mąż oficjalnie udaje biednego, twierdząc, że nic nie zarabia, podczas gdy w rzeczywistości pracuje na czarno. Wtedy muszę do niego podejść, udając klienta, który chce go wynająć do konkretnej pracy. Pytam o stawki, terminy, ustalam szczegóły.
Taka osoba jest później bardzo zaskoczona, gdy widzi mnie na sali rozpraw w roli świadka. 
Zdjęcia i nagrania przekazuje pan klientowi bezpośrednio, czy trafiają one dopiero do sądu?
Zgodnie z ustawą o usługach detektywistycznych, wszystko, co zbiorę, jest własnością klienta. Przekazuję mu komplet materiałów, które on zazwyczaj oddaje swojemu adwokatowi. 
Moim obowiązkiem jest natomiast niezwłoczne wykasowanie wszystkich tych plików z moich baz. Nie mam prawa ich przechowywać. W momencie przekazania teczki klientowi, dla mnie ta sprawa definitywnie się kończy.
Moment przekazania zdjęć czy nagrań bywa trudny? Musi pan dźwigać rozpacz kobiety, która po dwudziestu latach dowiaduje się, że mąż ma inną?
Płacz w moim biurze to częsty widok. Zazwyczaj scenariusz jest ten sam: klientka przychodzi pełna złości, wyzywa męża od drani, jest pewna, że on sypia z jakąś "Zośką". Ale kiedy kładę na stół dowody i okazuje się, że ta "Zośka" to bolesna prawda, pewność siebie znika, a zaczynają się łzy. Kobiety niby wiedzą, czego się spodziewać, ale konfrontacja z faktami zawsze boli.
Z drugiej strony bywają momenty, których się nie zapomina – jak uśmiech mężczyzny, który dowiaduje się, że jego podejrzenia były bezpodstawne i wychodzi z biura po prostu szczęśliwy. To są dwie skrajności tej pracy.
Dalsza część wywiadu poniżej
Ma pan swój ranking sygnałów, które niemal zawsze świadczą o zdradzie?
Podstawą jest telefon. Jeśli ktoś nagle zaczyna z nim uciekać, trzyma go cały czas w kieszeni, nie wypuszcza z ręki nawet idąc do toalety, albo wychodzi z domu, żeby swobodnie pogadać – to jest pierwszy alarm. 
Drugi to nagła metamorfoza: karnet na siłownię, dieta pudełkowa, wybielanie zębów. Jeśli facet, który przez lata o siebie nie dbał, nagle robi się na bóstwo, to niemal zawsze stoi za tym ktoś trzeci. 
Kim są ludzie, którzy pana wynajmują? To osoby majętne czy raczej zdesperowane, które muszą zapożyczyć się na detektywa?
Z klientami bywa różnie. Paradoksalnie, ci bardzo majętni, dla których kwota rzędu dziesięciu tysięcy nie jest wielkim problemem, potrafią być najtrudniejsi przy rozliczeniu. Umawiamy się na konkretną stawkę, wykonuję robotę, oni są zadowoleni z efektów, ale na samym końcu... zaczynają negocjować. Muszą jeszcze coś "urwać". Zawsze im powtarzam: negocjuje się na początku, nie po zrobieniu sprawy.
Z kolei ci mniej zamożni często biorą na detektywa kredyt. Oni nigdy nie dyskutują o cenie. Przychodzą, płacą tyle, na ile się umówiliśmy, i po prostu czekają na rzetelne informacje. Często kalkulują to sobie jako inwestycję – wiedzą, że jeśli dowód będzie solidny, te pieniądze zwrócą im się później w sądzie podczas podziału majątku czy walki o alimenty.
Od kiedy w Polsce mówi się o boomie na usługi detektywistyczne?
Zmiany zaczęły się, gdy zawód został uwolniony i zasady jego wykonywania przestały być tak restrykcyjne. Kiedyś zdobycie licencji wymagało trudnego egzaminu w komendzie wojewódzkiej, a dziś system rejestracji i ewidencjonowania jest prostszy, co sprawiło, że na rynku pojawiło się więcej usług detektywistycznych. 
Przychodzą do mnie ludzie, którzy mają licencję, ale zerowe pojęcie o robocie. Pamiętam człowieka ze średnim wykształceniem, który całe życie był listonoszem i nagle chciał być detektywem. Bez znajomości kodeksu, bez wyczucia, co można, a czego nie wolno klientowi doradzić, w tej pracy giniesz. Trzeba czuć prawo, żeby nie wpakować siebie i klienta w kłopoty.
Właśnie – gdzie kończy się profesjonalizm, a zaczyna stalking? Jakie granice są dla pana nieprzekraczalne?
Stalking w moim zawodzie nie istnieje. Pracuję na bazie licencji, która daje mi prawo do obserwacji i fotografowania. Granicą profesjonalizmu jest bycie niewidzialnym. Żeby ktoś mógł mnie posądzić o stalking, musiałby najpierw zorientować się, że jest śledzony.
Jeśli tylko poczuję, że osoba obserwowana zaczyna coś podejrzewać, natychmiast wycofujemy się na chwilę z akcji. W takich momentach robimy pauzę, zmieniamy samochód.
Czekamy kilka dni, a potem wracamy do gry w nowym składzie. I doprowadzamy sprawę do końca.
A jaki jest najdziwniejszy gadżet, jakiego używał pan w pracy?
Kiedy zaczynałem jako młody detektyw, dałem się nabrać na "magię" sklepów szpiegowskich. Sprzedali mi kamerę guzikową – miała być rewelacyjna. W rzeczywistości to był kompletny niewypał. Nie miałem żadnej kontroli nad tym, co nagrywam. Raz nagrałem niebo, innym razem ziemię, a obserwowanej osoby wcale.
Teraz mam nowoczesne i świetne narzędzia, ale nie mogę zdradzić, o jakie chodzi.
Czy pan cały czas jest głową w pracy?
W tygodniu tak – cały czas myślę o sprawie, którą prowadzę, i o tej, którą muszę przygotować. W wolne weekendy staram się wyjeżdżać z rodziną i wtedy faktycznie odpoczywam. Ale to nie jest praca "od-do". Nie polega na tym, że chowam notes i wracam do domu. Czasem wpadam tylko na chwilę, a wieczorem albo w nocy znów muszę gdzieś jechać.
Ciekawi mnie, jak ludzie reagują na pana zawód. Jako dziennikarka często spotykam się z dystansem – ludzie boją się, że "zbieram materiał" nawet w prywatnej rozmowie. Pan też jest postrzegany jako ktoś, kto cały czas "skanuje" i wietrzy podstęp?
Zdarzają się takie sytuacje. Pamiętam sprawę dłużnika mojego klienta, który przyjechał do firmy na rozmowy. Klient chciał, żebym był przy tym obecny, ale tamten człowiek kategorycznie zażądał, żebym wyszedł. Wziął mojego klienta na bok i powiedział, że przy mnie nie będzie rozmawiał, bo na pewno go nagrywam i nie wiadomo, co z tym potem zrobię.
A dzieci? Tata-detektyw, to chyba musi być ekscytujące?
Starszy syn jest już lekarzem. Kiedy studiował, często brałem go ze sobą do pracy na wakacje, żeby dorobił i zobaczył, jak wygląda prawdziwa praca śledcza. Powiedział później, że lekarz też musi być dobrym detektywem – najważniejsze jest zebranie rzetelnego wywiadu od pacjenta.
Młodszego syna, który studiuje w Krakowie, też nieraz biorę do pomocy. Córka ma dwanaście lat. Jej koleżanki i nauczycielki są zafascynowane moim zawodem, ale ona sama nie garnie się do tego. Pamiętam, jak miała sześć lat i podczas poranków w kinie Helios strażak zapytał ją przed wszystkimi dziećmi, kim chce zostać, gdy dorośnie. Odpowiedziała: "Wiadomo, jak mój brat – lekarzem". Strażacy nie byli zadowoleni, że nie chce iść w ich ślady.
Po tylu latach patrzenia na ludzi w ich najgorszych momentach – kiedy kłamią, zdradzają albo szukają haków na najbliższych – potrafi pan jeszcze po prostu im ufać? Tak zwyczajnie?
Potrafię. Może też dlatego, że trafiłem w życiu na taką kobietę, jaką jest moja żona. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fcb6bf8a44015bd3be6f1a4aee3ad2eb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ile kosztuje wykrycie zdrady partnera?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644266,rosnie-pokolenie-bez-pauzy-logopeda-mowimy-coraz-gorzej-winne-wideo</guid><link>https://natemat.pl/644266,rosnie-pokolenie-bez-pauzy-logopeda-mowimy-coraz-gorzej-winne-wideo</link><pubDate>Fri, 13 Mar 2026 13:02:01 +0100</pubDate><title>Rośnie pokolenie &quot;bez pauzy&quot;. Logopeda: Mówimy coraz gorzej, winne wideo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Najczęstszym błędem, który obecnie obserwuję, jest zbyt szybkie tempo mówienia. Mówimy w takim pośpiechu, jakbyśmy chcieli wyrzucić z siebie wszystkie myśli naraz. Przez to skracamy sylaby, zjadamy końcówki i gubimy wyrazy, co sprawia, że przekaz staje się nieczytelny i trudny do zrozumienia dla słuchacza – mówi Kamil Kijonka, logopeda dla dorosłych w rozmowie z naTemat.

Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym zacząć od pytania o pana opinię na temat kondycji współczesnej mowy. Czy faktycznie mówimy dziś gorzej, czy to tylko mylne wrażenie?
Kamil Kijonka, logopeda dla dorosłych: Myślę, że pod względem jakości – tego, jak mowa brzmi, czy jest wyrazista, jakie ma tempo, intonację i akcenty – faktycznie mówimy inaczej, a nawet gorzej. Widzę to po moich dorosłych klientach. Coraz częściej pojawiają się problemy z niewyraźną mową; ludzie mówią coraz szybciej i w sposób bardzo napięciowy.
To napięcie kumuluje się w obrębie twarzy, żuchwy i całego aparatu artykulacyjnego. W efekcie wargi przestają się ruszać, a my mówimy przez zaciśnięte zęby, z minimalnym ruchem. Kiedy aparat nie pracuje w pełnym zakresie, artykulacja automatycznie staje się mniej czytelna.
Wpływa na to również wszechobecny, wieczny pośpiech, którym jesteśmy atakowani z każdej strony. W rezultacie zaczynamy zjadać końcówki, skracać słowa i spłaszczać intonację, co utrudnia odbiór mowy. Zmienia się też status samego języka: budujemy coraz krótsze zdania, używamy mniej przymiotników i epitetów. Ma być szybko, konkretnie i w jak najprostszy sposób.
Wspomniał pan o napięciach w obrębie żuchwy. Podobno jesteśmy bardzo zestresowanym narodem.
Tak, stres ma na to ogromny wpływ, ponieważ automatycznie powoduje napięcie mięśni. Sprawia on również, że zaczynamy oddychać płytko – pojawia się wtedy tzw. oddech szczytowy.
To z kolei powoduje, że nasz głos staje się zaciśnięty i jakby schowany. Może to prowadzić do szybkiego męczenia się podczas mówienia, przez co paradoksalnie zaczynamy jeszcze bardziej przyspieszać. Stres jest podstawowym czynnikiem wpływającym na wymowę, ponieważ często objawia się także zaciskaniem zębów, a to bezpośrednio odbiera mowie jej wyrazistość.
Wielu z nas rozmawia przez komunikatory. Przestajemy ćwiczyć aparat mowy tak, jak robiliśmy to dawniej?
W pewnym sensie tak. Przez to, że coraz więcej piszemy, mowa jest po prostu rzadziej używana. Zauważam, że budujemy coraz krótsze zdania – nawet popularne wśród młodych ludzi wiadomości głosowe muszą być szybkie i konkretne, pozbawione rozbudowanych opowieści. Przenosimy naszą komunikację do świata pisanego.
To przekłada się na fakt, że bezpośrednia rozmowa, podczas której widzimy rozmówcę, zaczyna ludzi stresować. Budzi niepokój i brak pewności siebie. To jeden z głównych powodów, dla których klienci trafiają do mnie na konsultacje – przestają czuć się dobrze z tym, jak mówią, co wynika po prostu z braku codziennej praktyki.
Czy tę zmianę nawyków komunikacyjnych powinniśmy oceniać negatywnie?
Staram się nie oceniać, czy te zmiany są dobre, czy złe. To po prostu nowa rzeczywistość. Jednak jako osoba pracująca z komunikacją werbalną na co dzień, uważam ją za jedną z kluczowych umiejętności, która realnie wpływa na nasze funkcjonowanie w społeczeństwie.
Obserwuję obecnie pewien powrót do rozmów twarzą w twarz. Wiele osób czuje już zmęczenie światem online, ciągłym nagrywaniem, pisaniem maili i szybkich wiadomości. Wracają spotkania na żywo, a wraz z nimi rośnie zainteresowanie zajęciami z dykcji i wymowy. Moi klienci często nie przychodzą z konkretną wadą wymowy, lecz chcą po prostu nauczyć się mówić wolniej i pewniej. Zauważają bowiem, że to, jak mówimy, jest naszą wizytówką.
W jakim stopniu sposób, w jaki mówimy, wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani przez innych?
Myślę, że w bardzo dużym. To może być nieco przykre, a nawet niepokojące, ale jesteśmy oceniani już po pierwszym zdaniu. Rozmówca – często podświadomie – wyrabia sobie opinię na nasz temat. Odczytuje, czy jesteśmy pewni siebie i brzmimy profesjonalnie, czy raczej chaotycznie. W tym drugim przypadku możemy zostać odebrani jako osoby mniej kompetentne. Mowa jest więc pewnym sposobem przedstawienia siebie.
Czy pokolenie wychowane na TikToku i krótkich formach wideo będzie w przyszłości pana głównym pacjentem? Czy ich szybki sposób mówienia stanie się normą wymagającą korekty?
Myślę, że tak może się stać. Młodzi odbiorcy przyzwyczajają się do bardzo szybkiego, dynamicznie zmontowanego przekazu. Mało kto zdaje sobie sprawę, że nagrania na TikToku czy reelsach są często lekko przyspieszane, na przykład do poziomu 1.1. W efekcie mowa od razu staje się szybsza, a młodzi ludzie zaczynają ten wzorzec naśladować.
Myślę jednak, że z czasem ci młodzi ludzie trafią do gabinetów – ich świadomość wzrośnie, gdy zrozumieją, że to, jak mówią, realnie wpływa na ich status.
Maseczki ochronne, które nosiliśmy w czasie pandemii, mogły zaszkodzić naszej dykcji? Czy to zbyt daleko idący wniosek?
To bardzo ciekawe pytanie. W okresie pandemii maseczki fizycznie zasłaniały dolną część twarzy, która jest kluczowa dla artykulacji. Często wymuszały też oddychanie przez usta, co zmieniało napięcie mięśniowe – język leżał nisko, a żuchwa była obniżona.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy maseczki trwale zmieniły fizjologię pracy języka, czy krtani. Z pewnością jednak pokazały, jak dużą rolę w komunikacji odgrywa odczytywanie ruchu warg i mimiki. Nagła utrata tych wskazówek uświadomiła wielu osobom, że w dużym stopniu polegamy na obserwowaniu twarzy rozmówcy.
Jak pana zdaniem będzie ewoluować nasza mowa w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat?
Jestem ciekaw, co przyniesie przyszłość. I jestem optymistą. W przestrzeni publicznej komunikacja staje się coraz bardziej bezpośrednia i spontaniczna. Dzięki mediom społecznościowym, transmisjom na żywo i podcastom, w mowie naturalnie pojawia się więcej potoczności, skrótów myślowych oraz niedbałości artykulacyjnej.
Często przypomina to mowę codzienną, która różni się od mowy "wyższej" czy oficjalnych wystąpień. Z jednej strony to dobrze, bo komunikacja staje się autentyczna i bliższa odbiorcy. Z drugiej strony w zawodach takich jak dziennikarz, nauczyciel, dyrektor czy lider zespołu, wyraźna mowa wzorcowa pozostaje kluczowym narzędziem pracy. To na niej buduje się autorytet, za jej pomocą inspiruje się innych i przekazuje wiedzę.
Mimo że wysoka jakość mowy stała się dziś mniej oczywistą kompetencją i ogólny poziom jej odbioru jest niższy, ja osobiście chciałbym, aby dążono do wyższych standardów.
Ciekawe, czy kontakt werbalny za kilkadziesiąt lat będzie dla nas jeszcze ważny. Czy w ogóle będzie nam się chciało rozmawiać? 
Uważam, że kontakt z drugim człowiekiem jest dla nas tak ważny, że zawsze będziemy do niego dążyć. Fakt, że prowadzimy dziś rozmowy ze sztuczną inteligencją, tylko potwierdza naszą potrzebę posiadania rozmówcy.
Przebywanie z drugą osobą pozwala nam obserwować jej emocje i to, jak reaguje na nasze słowa. Obecnie widzę wyraźny trend powrotu do spotkań na żywo. Szczególnie osoby dojrzalsze, zmęczone nadmiarem kontaktów online, coraz częściej rezygnują z konsultacji zdalnych na rzecz rozmów twarzą w twarz.
Przejdźmy do codziennych nawyków – jak żucie gumy wpływa na aparat mowy? I co pan sądzi o modzie na mechaniczne rozbudowywanie żuchwy za pomocą specjalnych gum?
Żucie zwykłej gumy od czasu do czasu nie jest problemem, ale długotrwałe żucie nie wspiera narządu żucia. Jeśli chodzi o specjalne gumy do "trenowania" żuchwy, zdecydowanie ich nie polecam. Fizjoterapeuci stomatologiczni, którzy są ekspertami od stawu skroniowo-żuchwowego, również odradzają te praktyki. Generują one ogromne napięcia i liczne przeciążenia, co nam po prostu nie służy.
Podobnie jest z popularnym niegdyś ćwiczeniem z korkiem od wina między zębami, stosowanym często w szkołach aktorskich. Dziś wiemy, że nie jest ono wspierające – powoduje efekt odwrotny do zamierzonego i silnie spina mięśnie. Wrażenie wyraźniejszej mowy tuż po wyjęciu korka jest złudne; wynika tylko z faktu, że nagle puściliśmy uścisk. W rzeczywistości przecież nie mówimy z czymś zaciśniętym w zębach. 
W pracy nad dykcją powinniśmy dążyć do rozluźnienia, ruszania wargami i pełnej realizacji samogłosek, a nie do napinania i stresowania całego układu.
Jakie bezpieczne ćwiczenia artykulacyjne możemy wprowadzić do codziennej rutyny, by poprawić swoją wymowę?
Mówienie to praca mięśni, dlatego aparat mowy potrzebuje rozgrzewki. Tak jak biegacz nie startuje w maratonie bez przygotowania, tak my nie powinniśmy prowadzić wystąpień bez wcześniejszego rozruszania aparatu artykulacyjnego.
Warto rozruszać wargi (dziubek, uśmiech), poklaskać językiem czy porobić różne miny. Do tego krótka praca z oddechem – i artykulacja od razu staje się wyraźniejsza. To element higieny mówienia. Najlepiej jednak dopasować zestaw ćwiczeń indywidualnie ze specjalistą.
Jakie są pana zdaniem najpoważniejsze błędy, które popełniamy w codziennej komunikacji?
Najczęstszym błędem, który obecnie obserwuję, jest zbyt szybkie tempo mówienia. Mówimy w takim pośpiechu, jakbyśmy chcieli wyrzucić z siebie wszystkie myśli naraz. Przez to skracamy sylaby, zjadamy końcówki i gubimy wyrazy, co sprawia, że przekaz staje się nieczytelny i trudny do zrozumienia dla słuchacza.
Drugim błędem jest mówienie przy minimalnym ruchu warg i żuchwy. Prawie nie otwieramy ust, mówiąc przez zaciśnięte zęby. Przy tak małym zakresie ruchu głoski stają się bardzo niewyraźne. 
Trzecią kwestią jest całkowity brak pauz. Boimy się ciszy, więc wypowiadamy całe sekwencje zdań na jednym oddechu, aż do złapania zadyszki. Tymczasem pauza służy nie tylko nabraniu powietrza, ale pozwala też rozmówcy przyswoić to, co słyszy. Gdy rezygnujemy z pauz, w ich miejsce wchodzą wypełniacze i wtrącenia typu "yyy" lub "tak jakby". Nadużywamy ich, bo wydaje nam się, że musimy mówić bez przerwy, nie dając czasu na złapanie myśli sobie ani odbiorcy.
To są narzędzia, które można wytrenować: świadome robienie pauz, otwieranie ust i spowalnianie mowy. Przede wszystkim musimy jednak przestać słuchać wszystkiego na przyspieszeniu. Powszechne słuchanie podcastów czy filmów na YouTube w tempie "razy dwa" sprawia, że nienaturalnie szybka mowa zaczyna nam się wydawać normą.
To fascynujące, jak silnie na nas wpływa to, czego słuchamy – fakt, że podświadomie przejmujemy te wzorce i sami zaczynamy je naśladować.
Dokładnie tak. Kiedy pracuję z klientami nad tempem wypowiedzi, często rzucam im wyzwanie: przez kolejne dwa tygodnie lub miesiąc mają całkowity zakaz słuchania czegokolwiek w przyspieszeniu. Wtedy nagle okazuje się, że ludzie w rzeczywistości mówią znacznie wolniej, niż im się wydawało.
Największym problemem jest błędne wrażenie, że gdy sami zaczynamy mówić w sposób naturalny, robimy to zbyt wolno. Z drugiej strony, słuchając kogoś, kto posługuje się normalnym tempem, nie potrafimy się skupić, bo brakuje nam tego nienaturalnego pędu, do którego przyzwyczailiśmy mózg. Dlatego musimy wrócić do słuchania naturalnej, dobrej mowy – to na niej musimy się wzorować.
Na koniec – jaką jedną, uniwersalną radę dałby pan rodzinom, które chcą dbać o jakość wspólnej komunikacji?
Polecam ją od lat: głośne czytanie. Ta bardzo prosta czynność ma ogromną wartość dla rozwoju języka zarówno u dzieci, jak i u dorosłych. Czytając na głos, w sposób naturalny ćwiczymy artykulację, tempo, intonację i oddech. Musimy wyraźnie wypowiadać słowa i dbać o strukturę zdań, by zachować sens wypowiedzi – to właściwie trening mowy w czystej formie.
Dla dzieci jest to szczególnie ważne, ponieważ słuchając tekstu, uczą się melodii języka, wzbogacają słownictwo i przyswajają prawidłowe wzorce. Mogą obserwować, jak dorosły akcentuje słowa i gdzie robi pauzy. Warto podkreślić, że nawet najlepszy audiobook czy bajka na ekranie nie zastąpią kontaktu twarzą w twarz. Nasz mózg zupełnie inaczej odczytuje informacje, gdy możemy z bliska obserwować ruchy twarzy i mimikę.
Z kolei dla dorosłych, żyjących w świecie krótkich wiadomości i skrótów, chwila spokojnego czytania na głos jest doskonałym ćwiczeniem. Pozwala zaobserwować własne tempo, sposób artykulacji czy umiejętność robienia pauz. Czytajmy więc – po pierwsze, by wzbogacać słownictwo, a po drugie, by w pędzącym świecie dbać o to, by nasza mowa pozostała wyrazista i spokojna.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/592aa9f65f0bde6dc2d10209bdbc5508,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Porażający efekt rewolucji wideo w internecie. Logopeda: Mówimy coraz gorzej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/643168,pokolenie-komfortu-wszystko-nazywa-dzis-trauma-ekspert-ostrzegalem-przed-skutkami</guid><link>https://natemat.pl/643168,pokolenie-komfortu-wszystko-nazywa-dzis-trauma-ekspert-ostrzegalem-przed-skutkami</link><pubDate>Sun, 08 Mar 2026 13:11:01 +0100</pubDate><title>&quot;Pokolenie komfortu&quot; wszystko nazywa dziś traumą. Ekspert: Ostrzegałem przed skutkami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Rodzice, obawiając się, że każde ich słowo lub odmowa może mieć negatywne skutki dla całego życia dziecka, zaczynają funkcjonować w przekonaniu, że właściwie nie da się wychowywać bez wywołania traumy. W efekcie natychmiast spełniają większość jego oczekiwań, bo w tle pojawia się wyobrażona konsekwencja: "jeśli powiem nie, pozostawi to ślad na całe życie" –  mówi w rozmowie z naTemat dr n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta.

Aleksandra Tchórzewska: Zamieścił pan na swoim profilu w mediach społecznościowych mój tekst o mrocznej stronie dbania o siebie. Wywiązała się pod nim gęsta dyskusja. Jedni się zgadzali, inni ostro protestowali.
Dr hab. n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra, psychoterapeuta: To, co działo się w komentarzach, to idealny przykład coraz bardziej nasilającego się współcześnie  sposobu przetwarzania informacji. Ludzie dostrzegają jakiś fragment informacji, który im rezonuje z własnymi poglądami, ale nie zawsze rozumieją całościowy przekaz tej publikacji – czują za to przymus natychmiastowego ocenienia, skomentowania lub zaprotestowania. Przy dzisiejszym stylu reagowania, odbiorca często sugeruje się tym, co już ma w głowie, a nie tym, co zostało napisane. Nie dociera swoim rozumieniem do sedna tekstu. Pojawia się słowo-klucz, np. "self-care", i natychmiast uruchamia lawinę uprzednich skojarzeń.
Ludzie, którzy uważają, że trzeba o siebie dbać, od razu przekonują: "Jak to, przecież nie wolno się zaniedbywać!". I oczywiście mają rację, tyle że pani w rozmowie o self-care próbowała zasygnalizować i dotknąć czegoś znacznie bardziej zniuansowanego. Moim głównym wrażeniem z tamtej dyskusji była bezradność wobec faktu, że każdy mówi "swoje", ignorując sens tekstu. 
Nie mogę powiedzieć, że się nie zgadzałem z większością tych komentarzy, one były sensowne, nie polemizowałem z nimi. Tylko dotyczyły różnych innych tematów, które się osobom komentującym skojarzyły. 
Bałam się, że zostanę "zjedzona" za podważanie prawa do stawiania siebie na pierwszym miejscu. W końcu walczyły o to nasze matki i babki. A jednak to pan zareagował na ten tekst najmocniej.
Zareagowałem, bo widzę w tym głębsze zjawisko kulturowe. Ale, jak ja zrozumiałem, pisała pani o roli nadmiernie eksponowanego dbania o własny komfort jako zjawisku codziennym. Natomiast dbanie o siebie w sytuacjach kryzysowych – gdy jesteśmy wyczerpani opieką nad innymi lub gdy samolot spada i trzeba najpierw założyć maskę tlenową sobie, potem pomoc innym – jest absolutnie niezbędne. To zdrowy rozsądek.
Problem polega na tym, że tę argumentację z sytuacji ekstremalnych przenosi się na codzienne, zwykłe życie. To droga do izolacji. Nie mówimy tu o ucieczce z przemocowej rodziny, z której trzeba wyjść, ale o sytuacjach, które nie są stanem wyczerpania ani zagrożenia życia. Tamta argumentacja służy zupełnie czemuś innemu.
Spytam wprost: można "przedawkować" samego siebie? Tak bardzo o siebie dbać, że aż staje się to obsesyjne?
Pewnie tak. Widzę tu dwa zjawiska. Pierwsze to imperatyw komfortu: "muszę czuć się zawsze dobrze, zawsze w zgodzie ze swoim dobrostanem". Z tym powiązany jest nieco starszy koncept: "wszystko inne jest naruszeniem moich granic". W tym sensie pojawia się rozumienie stanu idealnego istnienia jako życia pozbawionego stanów dyskomfortu i  wymagań ze strony innych ludzi. 
Jeśli ustawimy tak swoje wyobrażenia, że za jedyny pożądany stan zaczynamy przyjmować stałe poczucie komfortu, to każda relacja szybko staje się jakoś dyskomfortowa. 
Wracając do pani pytania o przedawkowanie samego siebie, możemy pomyśleć, że wyobrażenie, które mamy w umyśle, decyduje. Z punktu widzenia tego wyobrażenia oceniamy i podejmujemy decyzje. 
I tu pojawia się mechanizm, który ja widzę w kategoriach wpływu popularnych przekazów psychologicznych na codzienność. Język terapeutyczny ma często zastosowanie do opisu sytuacji, w których ludzie przychodzą po pomoc. Kiedy szukamy profesjonalnej pomocy w sytuacjach skrajnych – przemocy, nadużyć czy głębokich konfliktów – korzystamy z konkretnych narzędzi. 
Problem pojawia się, gdy te same szablony przenosimy na grunt codziennych relacji i nieuniknionych napięć społecznych. Zaczynamy wtedy opisywać zwykłe życie za pomocą definicji stworzonych dla sytuacji kryzysowych. 
W rezultacie, zamiast regulować relacje, zaczynamy je redukować lub zniekształcać: ograniczamy kontakt, wycofujemy się i uciekamy przed trudnymi emocjami, wszędzie dopatrując się "przekroczenia granic". Tracimy przy tym szansę na naukę akceptacji złożoności drugiego człowieka i budowanie autentycznej, trwałej więzi.
Paradoks może polegać na tym, że im bardziej ktoś próbuje zabezpieczyć swój dobrostan poprzez eliminację wszelkiego dyskomfortu, tym mocnej staje się wrażliwy na najmniejsze obciążenia psychiczne.
A jakie jest drugie zjawisko?
Drugim zjawiskiem jest to, co można by nazwać autoreferencyjnością – stałym odnoszeniem napływających informacji do własnej osoby i filtrowaniem ich przez pytanie: "Co to mówi o mnie i czy wypadam wystarczająco dobrze?". Oglądamy media społecznościowe i natychmiast pojawia się porównywanie siebie oraz własnego życia do innych. Nawet gdy zamkniemy aplikację i się wylogujemy – to porównywanie i ocenianie zostaje w nas. Wewnętrznie się nie wylogowujemy.
Uwaga przestaje być skierowana na rzeczywistość zewnętrzną taką, jaka ona jest, a zaczyna koncentrować się na sobie jako obiekcie myślenia, porównań i autoprezentacji. Zastanawiamy się, jaki post zamieścić, by przebić to, co widzieliśmy, albo chociaż podtrzymać uwagę świata.
W praktyce oznacza to, że doświadczenia innych ludzi nie są przeżywane jako informacje o świecie, lecz jako komunikaty o naszej własnej wartości. Wakacje znajomych oglądane w mediach społecznościowych nie są wtedy odbierane jako neutralna informacja, ale jako niejawne porównanie i dowód: "Ja sobie radzę gorzej", "Moje życie jest mniej udane". A to prowadzi do ocen: "Jestem do niczego", "Jestem przegrany". Widok znajomych pod palmami, w wyniku ciągu przekształceń, zamienia się w surową ocenę samego siebie.
Dalsza część tekstu poniżej
Powstaje szczególny paradoks. W pewnym sensie jesteśmy na sobie nieustannie skupieni, czyli "przedawkowujemy siebie" – ale nie dlatego, że siebie akceptujemy, lecz dlatego, że bez przerwy się obserwujemy. Nie akceptując siebie, musimy gorączkowo podciągać własną wartość w oczach innych. Zamiast uczestniczyć w życiu, monitorujemy własne funkcjonowanie w świecie globalnych porównań. Nawet po zakończonej rozmowie czy spotkaniu uwaga nie wraca do świata, tylko do autoewaluacji: "Jak wypadłem?", "Czy powiedziałem coś głupiego?", "Co oni teraz o mnie myślą?". 
To nie jest już zwykła refleksyjność, lecz utrwalony tryb funkcjonowania poznawczego, przypominający permanentny egzamin, w którym człowiek jest jednocześnie zdającym i surowym egzaminatorem.
Zjawisko to nasila się szczególnie u osób młodych oraz u kobiet, prawdopodobnie dlatego, że podlegają one silniejszej społecznej ocenie wyglądu, kompetencji i pozycji, a środowisko komunikacji internetowej dostarcza nieustannej, natychmiastowej informacji zwrotnej w postaci reakcji, komentarzy i porównań. 
W efekcie rośnie koncentracja na własnym wizerunku psychicznym i społecznym, a maleje zdolność do spontanicznego doświadczania chwili bez kontekstu porównywania się. Wyjeżdżamy w końcu pod te upragnione palmy – i myślimy głównie o tym, jakie zdjęcie zrobić i pokazać, a nie o tym, jak jest tu pięknie. Umysł pozostaje stale zajęty porównaniami i eksponowaniem siebie.
Kiedyś było inaczej? Ta potrzeba porównywania się nie była tak silna?
W czasach analogowych człowiekowi by to do głowy nie przyszło. Człowiek wracał z pracy i poza domownikami nikt nie miał do niego dostępu. Jakieś globalne porównania z osobami z Paryża nie były nawet wyobrażalne. Ekspozycja społeczna była epizodyczna, a nie ciągła – można było się pokazać odświętnie, na jakimś święcie, np. w zakładzie pracy. Raz do roku wystroić, zaprezentować i na tym sprawa się kończyła. Zdjąć odświętne ubrania w domu i zająć się czymś. Następował powrót do zwyczajnego życia, bez stałego, nieświadomego monitorowania własnego wizerunku wobec setek oczu... 
Dziś proces porównywania trwa właściwie bez przerwy, bo przestrzeń społeczna nie ma już wyraźnych granic czasowych i określonego miejsca: jest dostępna przez całą dobę i stale dostarcza skłaniających do oceny siebie okazji. Smartfony są z nami zawsze, a więc zawsze mogę się zacząć zastanawiać nad swoją wartością, oceną, przeglądać w lustrze polubień.
Ma to także swoje korzenie w przemianach kulturowych okresu transformacji. Gdy kończył się komunizm i zaczynał kapitalizm, pojawiły się nowe przekazy normatywne  między innymi popularne kolorowe magazyny, które promowały ideę indywidualnego samospełnienia: "liczysz się przede wszystkim ty", "jeśli coś ci nie odpowiada, odejdź". Dla wielu osób był to ważny i potrzebny impuls emancypacyjny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zasada ta zostaje potraktowana jako uniwersalna strategia regulowania wszystkich relacji.
Bo relacje – poza sytuacjami przemocy czy nadużyć – z natury rzeczy zawierają napięcie, rozczarowanie i konieczność kompromisu. Jeśli podstawową odpowiedzią na trudność staje się wycofanie, to owszem, krótkoterminowo przynosi ono ulgę, ale długoterminowo prowadzi do samotności. To jest koszt, o którym uproszczone przekazy psychologiczne rzadko mówią: chroniąc się przed dyskomfortem relacyjnym, chronimy się jednocześnie przed więzią.
Czyli ta dzisiejsza "dyktatura komfortu" to po prostu nowa odsłona tego samego mechanizmu?
Właśnie tak. Z mojej perspektywy przekazy medialne i uproszczone komunikaty psychologiczne co pewien czas podsuwają ludziom gotowe instrukcje życia. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że dana instrukcja, przedstawiana jako jedyna i optymalna przez kilka lat, w pewnych obszarach okazuje się dysfunkcyjna i nie przystaje do realnych zasad funkcjonowania człowieka i społeczeństwa. Pojawia się więc kolejna propozycja, która ma ją zastąpić. Problem polega na tym, że pokolenia, które wcześniej w tę poprzednią wizję uwierzyły i według niej podejmowały ważne decyzje życiowe, zostają z jej konsekwencjami – na przykład z poczuciem pustki, rozczarowania i porażki życiowej.
Trochę przypomina to sytuację z mediami społecznościowymi: najpierw były powszechnie używane, a dopiero po latach zaczęto otwarcie mówić o ich kosztach psychologicznych. Teraz pojawia się refleksja i próby ochrony młodszych – ograniczanie dostępu, regulacje, zalecenia ostrożności – natomiast ci, którzy przez wiele lat kształtowali swoje życie i relacje w tamtym środowisku, pozostają z jego skutkami. 
Oczywiście dobrze, że taka refleksja się pojawia, ale osoby, które przez długi czas kierowały się proponowanymi im "prawdami", mogą znaleźć się w sytuacji, w której trudno im już zmienić to, co zostało wyuczone w okresie nabywania wiedzy o świecie...
Czy w pana gabinecie pojawia się nowy typ pacjenta? Taki "przedawkowany samym sobą"?
Tak. Szczególnie widzę to u osób funkcjonujących w wyobrażeniu konieczności osiągnięcia w młodym wieku globalnego, spektakularnego sukcesu. W ich przeżywaniu normą przestaje być stopniowo budowana kariera i doświadczenia życiowe, a podstawowym punktem odniesienia staje się wyobrażenie o wyjątkowych osiągnięciach. 
Jeżeli na przykład do dwudziestego pierwszego albo do trzydziestego roku życia nie pojawia się pozycja kojarzona z ponadprzeciętnym powodzeniem, rodzi to poczucie porażki oraz przekonanie, że "jest już za późno", "moje życie się skończyło", mimo że przecież proces kształtowania drogi życiowej dopiero się rozpoczyna.
Jednocześnie obserwuję zjawisko przeciwne – u części jeszcze młodszego pokolenia pojawia się raczej pustka tożsamościowa niż nadmierna ambicja. Nie chodzi już o to, że nie osiągnęli sukcesu, ale o to, że nie bardzo wiedzą, do czego mieliby dążyć. Coraz częściej słyszę pytanie nie "jak żyć?", lecz "po co w ogóle żyć?". 
Stała presja porównawcza i konieczność nieustannego określania własnej wartości wobec abstrakcyjnych standardów dezorganizuje wielu osobom codzienne funkcjonowanie, utrudnia podejmowanie zobowiązań i budowanie długofalowych planów.
Czy to słynne pokolenie "płatków śniegu"?
Nazwałbym to inaczej. Jonathan Haidt w książce "Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych" opisuje, jak przeszliśmy z podwórka opartego na eksploracji i autonomii, do dzieciństwa opartego na ekranach i totalnym nadzorze. Dominująca dziś postawa społeczna każe usuwać spod nóg dziecka wszelkie przeszkody i niedogodności. Dziecko musi być w ciągłym komforcie.
Efekt? Młody człowiek dorasta w świecie obrazów, a nie działania. Gdy potem idzie do pracy i szef zwróci mu uwagę, to nie jest informacja zwrotna, tylko niemal "trauma". Brak konfrontacji z realnym trudem sprawia, że każde pęknięcie na obrazie "idealnego ja" staje się katastrofą.
To zresztą kolejny paradoks. 
Tymczasem również takie postępowanie ma rezultaty na całe życie. Dziecko nie uczy się doświadczać ograniczeń, czekać ani znosić napięcia związanego z niespełnieniem potrzeby. W dorosłości może to prowadzić do niskiej tolerancji frustracji, trudności w podejmowaniu wysiłku i regulowaniu emocji, a także do przekonania, że każda przeszkoda jest czymś nienormalnym, a nie naturalną częścią życia.
Wszystko dziś nazywamy traumą?
Nawet niezapakowane kredki do plecaka potrafią być dziś nazywane "traumą rozwojową". Jeśli wszystko jest traumą, to nic nią nie jest. To rozmywa prawdziwe cierpienie i paraliżuje naszą odporność. Skoro "ekspert" na Instagramie mówi, że masz prawo odciąć się od każdego, kto sprawia ci dyskomfort, ludzie to robią. Budują sobie w ten sposób emocjonalne więzienie.
Ostrzega pan przed tym od lat. Co pan czuje?
Czuję bezradność, bo ten zredukowany, skrajnie uproszczony przekaz psychologiczny stał się dominujący. Próbowałem o tym mówić, polecałem lektury w rodzaju "Psychobzdur" Stephena Briersa, ale machina pop-psychologii i coachingu jest silniejsza. Nawet rozsądne osoby reagowały mówieniem, że groźne jest poruszanie tych tematów w przestrzeni społecznej. Ludzie słyszą te rady ze wszystkich stron i traktują je jak prawdy objawione. 
Widać to nawet na przykładzie pani artykułu. Gdy tylko zaczyna się o tym mówić, temat zostaje natychmiast zakrzyczany i obrócony w absurd. Pani opisuje ważne zjawisko społeczne, a w odpowiedzi słyszy: "Tak, tak, to ja mam być wyczerpana? Przecież wreszcie mogę postawić na swoim!". To jest całkowite niezrozumienie sedna problemu.
Jaka jest pana puenta dla tych, którzy chcą wyjść z tej pułapki?
Paradoksalnie, im bardziej jesteśmy skupieni na sobie i monitorowaniu własnego komfortu, tym częściej czujemy się nieszczęśliwi i odizolowani. Prawdziwe życie oraz relacje z innymi ludźmi nierozerwalnie wiążą się z wysiłkiem i dyskomfortem. Jeśli będziemy ich unikać w imię źle pojętego "self-care", niszczymy tkankę społeczną i własną odporność. Musimy na nowo nauczyć się odróżniać sytuacje ratowania życia od zwykłej codzienności.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/03842217bc57546a93b2d12325e349d7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Żyjemy w &quot;dyktaturze komfortu&quot;. Nie zauważamy, jak bardzo nas ona osłabia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/641380,nie-kocham-cie-powiedzieli-sobie-i-dalej-zyja-razem-czy-potrzebna-nam-jest-dzis-milosc</guid><link>https://natemat.pl/641380,nie-kocham-cie-powiedzieli-sobie-i-dalej-zyja-razem-czy-potrzebna-nam-jest-dzis-milosc</link><pubDate>Sat, 14 Feb 2026 07:00:02 +0100</pubDate><title>&quot;Nie kocham cię&quot; – powiedzieli sobie i dalej żyją razem. Czy potrzebna nam jest dziś miłość?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dziś walentynki, ale w prognozach socjologicznych próżno szukać optymizmu. – Cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby. W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami – mówi naTemat prof. Tomasz Szlendak, socjolog, autor głośnej książki "Miłość nie istnieje".

Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym zacząć od pewnego obrazka z życia. Niedawno moja znajoma usłyszała od swojego partnera: "Nie kocham cię". Odpowiedziała spokojnie: "Ja ciebie też nie". A jednak wciąż są razem – mieszkają pod jednym dachem, planują wakacje, funkcjonują jak typowa, stabilna para po czterdziestce. Znam w gruncie rzeczy sporo takich historii, kiedy ludzie są w związkach bez większych emocji i motyli w brzuchu. Najczęściej to są osoby, które poznały się po przejściach. Czy to oznacza, że żyjemy w czasach, w których miłość przestała być w ogóle potrzebna do stworzenia związku?
Prof. Tomasz Szlendak, socjolog: Spojrzałabym na tę sytuację nieco inaczej, choć oczywiście wpisuje się ona w mój obraz współczesnych relacji. Podobne zjawisko było już obserwowane pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku, a jako pierwsi pisali o tym socjologowie francuscy.
Zwracali uwagę, że ludzie często nie wiążą się ze sobą dlatego, że przeżywają wielkie zakochanie czy deklarują wzajemną miłość. Nie zawsze decydują o tym też względy racjonalne – kalkulacja, że warto być razem albo że łączą ich wspólne interesy.
Czasem jest wręcz odwrotnie: ludzie są razem, bo… po prostu nie rozstają się. Spotkali się przypadkiem, coś ich ze sobą związało, mają wspólne doświadczenia i brak im jakiejś wewnętrznej mocy, by się rozdzielić. Po prostu trwają w związku. 
Można więc powiedzieć, że dziś wiele par jest ze sobą po prostu dlatego, że jest łatwiej być razem niż przechodzić przez trudności i koszty związane z rozstaniem. Zdarza się też, że emocje, takie jak miłość, nie odgrywają już decydującej roli, a o wspólnym życiu decydują raczej okoliczności sprzyjające codziennemu funkcjonowaniu.
Jednocześnie jednak częściej bywa tak, że brak miłości raczej utrudnia powstawanie nowych związków, niż podtrzymuje już istniejące – po prostu do nich nie dochodzi. W tym sensie historia pani znajomej jest dość oryginalna. 
To, co pan powiedział, brzmi bardzo smutno.
Jeżeli tradycyjne mechanizmy kojarzenia ludzi przestają działać – nie ma już swatek, rodzice nie łączą dzieci w związki jak dawniej, a siła romantycznej miłości, kiedyś bardzo mocno spajająca ludzi, słabnie – coraz większą rolę zaczyna odgrywać przypadek.
Dziś spotkanie "drugiej połówki", która pasowałaby do romantycznego scenariusza, bywa trudne. A jeśli już do takiego spotkania dochodzi, jeśli coś wydarzy się niejako mimochodem, część osób po prostu z tego korzysta, nawet gdy nie towarzyszą temu silne emocje czy głębokie uczucia.
Ludzie nie są ze sobą, dlatego że łączy ich wielka miłość, lecz dlatego, że się nie rozstają. Wiele współczesnych relacji funkcjonuje właśnie w taki sposób – jako związki raczej "letnie", niewyrosłe z gwałtownych emocji, lecz z okoliczności i przygodnych spotkań.
W swojej książce "Miłość nie istnieje" wspomina pan, że niektórzy traktują poszukiwanie partnera jak "wyjście na shopping". Co dokładnie ma pan na myśli?
Najpierw chciałbym powiedzieć, że nie jest to niczyja wina. To po prostu mechanizm wynikający z reguł współczesnego kapitalizmu. Jest on nastawiony na to, aby każda osoba realizowała swoje potrzeby i stawiała siebie w centrum życia. 
Jeśli koncentrujesz się na zaspokajaniu własnych potrzeb, w naturalny sposób zaczynasz traktować wszystkie elementy świata w sposób konsumpcyjny – również potencjalnego partnera. Ma on wtedy przede wszystkim spełniać twoje potrzeby, podkreślać atrakcyjność lub wzmacniać pozycję społeczną. 
To trochę jak wybieranie najlepszego telefonu – patrzysz, co oferuje, ile kosztuje i co najlepiej pasuje do twojego stylu życia oraz oczekiwań. 
W relacjach międzyludzkich mechanizm konsumpcyjny działa bardzo podobnie – partner staje się przedmiotem wyboru, towarem, który ma spełnić nasze oczekiwania.
Przy tym rzadko zastanawiamy się, czego chce druga strona, a czasem w ogóle o tym nie myślimy.
A wybór mamy duży…
Aplikacje randkowe i mechanika sieciowa sprowadzają partnerów do roli towaru, bo mamy dostęp tylko do dwóch rodzajów informacji: wyglądu i statusu społecznego. Wygląd jest oczywiście fałszywy, bo wszyscy kłamią, wstawiając do sieci zdjęcia. Co więcej, ludzie zaczynają wierzyć we własnoręcznie zafałszowane obrazy, myśląc, że naprawdę tak wyglądają – że są bardziej symetryczni i atrakcyjni niż w rzeczywistości. Drugi typ informacji to status społeczny: co dana osoba posiada i jaki wykonuje zawód. I to właściwie wszystko.
Nie jesteśmy w stanie rozpoznać zapachu drugiej osoby ani poczuć jej obecności fizycznej. Nie możemy też ocenić, czy ktoś jest opiekuńczy, czy nadaje się do związku, czy w ogóle trenował związki – czyli tych wszystkich rzeczy, które są naprawdę istotne dla zbudowania długotrwałej relacji.
Z drugiej strony w książce pisze pan o tzw. "amputacji wyobraźni". Trudno o cokolwiek zapytać na randce, skoro partner ma podpięte na Tinderze linki do swoich social mediów. 
W tradycyjnej miłości romantycznej, aby scenariusz mógł się zrealizować, druga osoba musiała w dużym stopniu pozostać tajemnicą. Musieliśmy przez długie randki, miesiące obserwowania siebie nawzajem karmić wyobraźnię tym, co kryje druga osoba, nie odkrywając wszystkich kart od razu.
Dziś, niestety, dzięki sieci mamy poczucie, że wszystko już wiemy i nic nas nie zaskoczy. To zjawisko obserwuję od dawna, jeszcze od czasów, gdy funkcjonowały pierwsze portale randkowe, zanim pojawiły się aplikacje smartfonowe. Badania pokazywały, że ludzie wiązali się z kimś tylko wtedy, gdy osoba pojawiająca się na prawdziwej randce przewyższała swój profil w sieci – była lepsza niż to, co pokazywała online.
A ile osób spotkanych przez aplikację rzeczywiście przewyższa swój profil? Niewiele. Z jednej strony kompletnie amputuje to wyobraźnię i sprawia, że idziemy na spotkanie z kimś nieznanym znudzeni. Z drugiej strony rodzi się przekonanie, że możliwości wyboru nigdy się nie kończą i że zawsze możemy trafić na kogoś "lepszego" później.
Albo przestać szukać. Tym bardziej że korzyści, jakie mężczyźni czerpią z trwałych związków, wydają się dziś maleć – wiele spraw mogą załatwić sami: ugotować, zrobić pranie, a potrzeby seksualne zaspokoić bez zobowiązań i większego wysiłku, choćby w internecie. To pan napisał w swojej książce. 
Żyjemy w czasach silnych przemian emancypacyjnych, niezależnie od tego, jak oceniamy ich skalę w Polsce, widać to w różnych wskaźnikach.
Dzisiaj posiadanie rodziny w zasadzie nie jest już w żaden sposób związane ze statusem społecznym czy ekonomicznym mężczyzny. Można mieć wysoki status, po prostu będąc samodzielnym mężczyzną. W takich okolicznościach pojawia się pytanie, czy w ogóle warto inwestować w związki i rodzinę.
Mężczyźni, którzy mogą zaspokajać swoje potrzeby se*sualne dzięki po***grafii internetowej, to zazwyczaj ci, którzy w oczach kobiet pozostają niewidoczni, z dolnych pięter struktury społecznej i w pewnym sensie nie mają szans na tradycyjne relacje.
Z drugiej strony mamy sytuację, w której mężczyźni o wysokim statusie, pożądani na rynku matrymonialnym, mogą po prostu nie okazywać zaangażowania. W efekcie cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby.
W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami.
Ale to drogo tak żyć w pojedynkę!
Tak, oczywiście. Nauki społeczne – w tym moja macierzysta socjologia – od dawna podkreślały, że związek i małżeństwo były instytucjami ekonomiczno-reprodukcyjnymi, zabezpieczającymi podstawowe interesy życiowe. We dwójkę zawsze łatwiej było iść przez życie. Kiedyś, życząc komuś samotności, w istocie życzyło się biedy – braku oparcia i trudniejszego życia w najzwyklejszym, materialnym sensie.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Wyrównywanie wynagrodzeń, które jeszcze niedawno silnie różniły się ze względu na płeć, sprawia, że życie w pojedynkę staje się realnie możliwe. Luka płacowa w Polsce jest stosunkowo niewielka, a w niektórych zawodach kobiety zarabiają nawet więcej niż mężczyźni.
Wiele osób potrafi samodzielnie poukładać sobie życie i poradzić finansowo, także z wyzwaniami takimi jak wynajem czy kredyt mieszkaniowy. Skoro jest to możliwe, nie trzeba już szukać partnera wyłącznie po to, by wspólnie utrzymać gospodarstwo domowe. Ten motyw przestaje być decydujący.
W efekcie współczesność odsłania prawdziwą liczbę osób, które rzeczywiście chcą żyć w związkach. Choć wiele osób deklaruje pragnienie miłości, codzienne wybory często pokazują coś innego – życie poza związkiem wcale nie jest dla nich nie do pomyślenia, a bywa po prostu wygodniejsze.
A co z tradycyjną presją społeczną, by wziąć ślub? Co z tymi "ciotkami" i "babkami", które podczas każdych świąt pytają, czy "ułożyłyśmy sobie życie"?
Zastanówmy się nad tym. Oczywiście takie sytuacje czasem się zdarzają – na przykład kobiety pracujące lub studiujące w dużych miastach podczas świąt czy rodzinnych spotkań mogą odczuwać pewną presję, by znaleźć chłopaka.
W praktyce jednak dzieje się to coraz rzadziej. Zmienia się styl życia, podejście do wychowania i sposób myślenia o tym, co jest dobre dla dzieci. Rodzice i osoby starsze, które statystycznie mają coraz wyższe wykształcenie, rzadziej wywierają presję na zawieranie związków. To już nie są te przysłowiowe ‘ciotki i wujkowie z wesel’, których kiedyś było pełno. Zresztą samych wesel jest mniej, więc i okazji do podobnych komentarzy po prostu ubywa.
Dziś naciski w rodzaju "musisz być w związku" pojawiają się coraz rzadziej. Zwykle chodzi raczej o dobro dziecka – rodzice chcą, aby ich dzieci były szczęśliwe. A szczęście nie jest już tak jednoznacznie utożsamiane z byciem w związku, zwłaszcza że doświadczenia wielu rodziców w tym zakresie nie były idealne – w Polsce rozpada się około jedna trzecia małżeństw.
Wciąż w rodzinach funkcjonuje pojęcie, którego osobiście nie znoszę – "samotna matka". Przecież jeśli kobieta ma dziecko, to nie jest samotna i już nigdy w pewnym sensie nie będzie sama. Niestety, z tym określeniem często wiąże się spojrzenie pełne ubolewania czy współczucia: "Na pewno ją zostawił z dzieckiem". Takie myślenie odbiera kobietom sprawczość, bo scenariusze bywają różne – czasem to właśnie kobieta decyduje się odejść.
Na szczęście dziś pojęcie "samotnej matki"  istnieje właściwie tylko w dokumentach prawnych. Analizy ustaw czy regulacji dotyczących rodzicielstwa wciąż je czasem zawierają, ale w praktyce to relikt przeszłości. Sam piszę o "samodzielnych matkach", bo one po prostu są samodzielne, a nie samotne. Zawsze otoczone są bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Jak słusznie pani zauważyła: jeśli kobieta ma dziecko, nie jest samotna. W Polsce to pojęcie powoli odchodzi w niepamięć.
Trzeba jednak powiedzieć wprost: nie wszystkie kobiety kierują się dziś wyłącznie interesami reprodukcyjnymi. Widać to bardzo wyraźnie w ich wyborach i stylu życia. Mówiąc po ludzku – nie wszystkie chcą mieć dzieci. Wiele zaczyna sobie to uświadamiać, bo mają inne priorytety i cele w życiu. Osiągnęły pewien status dzięki wykształceniu i pracy, i myślą raczej o inwestowaniu czasu w podróże, samorozwój czy doświadczenia, a nie w wychowywanie dziecka, którego w rzeczywistości nie pragną.
Współczesne czasy pokazują prawdziwą skalę tego zjawiska: duża część ludzi w ogóle nie chce być w związkach ani mieć dzieci. A jeśli nie chce mieć dzieci, naturalnie nie musi też wchodzić w związek.
No właśnie. À propos tego – ile mamy w Polsce singli? Osiem milionów?
Jeśli przyjmiemy definicję socjologiczną, czyli osoby funkcjonujące bez partnera, niebędące w długoterminowym związku, do mniej więcej czterdziestego roku życia (bo po tym czasie, w przypadku kobiet, interesy reprodukcyjne przestają być aktualne),  to wychodzi około 2,2–2,7 miliona osób.
To wciąż bardzo dużo, ale nie osiem milionów. 
Chyba chodzi pani o samodzielne gospodarstwa domowe. W tym przypadku trzeba też uwzględnić osoby w wieku emerytalnym, które mieszkają same. Faktycznie, wielu ludzi nie żyje w małżeństwie, ale liczba młodych, niezwiązanych osób nie sięga ośmiu milionów.
Eksperci prognozują, że za kilka lat jeszcze więcej osób będzie żyło solo i że ten problem będzie się pogłębiał. A jednocześnie lekarze mówią, że mamy wręcz epidemię samotności, która jest bardzo niezdrowa dla ludzi.
Teraz wchodzimy w subtelności. Zastanówmy się, czy singielka jest samotna. W sensie psychologicznym – nie jest. Samotność psychologiczna oznacza brak bliskości, brak możliwości realizacji potrzeby intymności. To sytuacja, w której przez ostatni rok nikt jej nie dotykał i nie miała żadnej bliskości. Taka samotność jest rzeczywiście bardzo niezdrowa – jesteśmy zwierzętami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi.
Większość singielek tak jednak nie żyje. Są otoczone przyjaciółmi, rodziną, mają różne relacje społeczne – te sieci są rozbudowane. Brak partnera sek*ualnego, z którym mieszka, nie jest więc równoznaczny z samotnością w sensie psychologicznym.
Znam kobiety, które odżyły dopiero po rozwodzie albo gdy zostały wdowami…
Albo wtedy, gdy dzieci wyfrunęły z domu. W różnych krajach, na przykład we Francji czy w Polsce, kobiety często decydują się mieszkać osobno od partnera, bo mają go już dosyć w codziennym życiu u jego boku. 
Odżywają wtedy towarzysko, wyjeżdżają na wycieczki, angażują się w różne aktywności. Choć ludzie rzadko przyznają się do tego głośno, badania pokazują, że taki scenariusz jest całkiem powszechny.
A jak jest z mężczyznami?
Sytuacja młodych samotnych mężczyzn często wygląda zupełnie inaczej. Ci, którzy nie mają partnerki, zazwyczaj również nie mają bliskich przyjaciół. Nasza kultura monogamiczna sprawia, że męskie przyjaźnie bywają trudne do zbudowania, czasem są podejrzane, a nawiązywanie ich jest skomplikowane.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość mężczyzn miała żony i mogło się wydawać, że to one są ich najlepszymi przyjaciółkami. Dziś wielu mężczyzn nie ma ani partnerki, ani bliskich przyjaciół. To jest samotność w sensie psychologicznym. Duża część mężczyzn, nawet do 29. roku życia, doświadcza jej naprawdę intensywnie – i nie tylko w młodym wieku, ale często przez całe życie.
Wygląda na to, że samotność psychologiczna szkodzi mężczyznom znacznie bardziej niż kobietom. Kobiety są pod tym względem dużo bardziej elastyczne  – potrafią układać sobie życie, gospodarstwo domowe, kontakty społeczne. Mężczyźni, jeśli są samotni, po prostu pozostają samotni.
W dzisiejszym świecie miłość romantyczna ma jeszcze jakichś sprzymierzeńców?Kto w ogóle powinien być sprzymierzeńcem miłości romantycznej? Komu powinno na niej zależeć?
System polityczny powinien być sprzymierzeńcem miłości, bo to jedyna "maszyna", która rzeczywiście wiązała długotrwałe pary, co przekładało się na reprodukcję.
No i kapitalizm mógłby w końcu dojść do wniosku, że naprawdę wiele traci. Przepraszam, że antropomorfizuję system ekonomiczny, ale on naprawdę jest stratny. Gdy koncentruje się wyłącznie na potrzebach jednostki – ty jesteś ważny, ty coś kup, ty zrób to, ty jedź tam – przymyka oczy na fakt, że traci zyski płynące z par.
Kiedy para się łączy, buduje wspólne gospodarstwo domowe, kupuje talerze, wyposażenie, myśli o dziecku, rodzą się kolejne wydatki. A dziś mamy mniej związków, więc te pieniądze po prostu nie wpływają do gospodarki. 
To może brzmieć dziwnie, ale sprzymierzeńcem miłości romantycznej mogłaby być kapitalistyczna maszyneria, która nagle odkryje, że traci. Mało tego – w wyniku swojego dotychczasowego modelu oddziaływania ma coraz mniej konsumentów, bo mniej dzieci się rodzi. To sprawia, że warto się zastanowić nad sensownością systemu ekonomicznego, w którym żyjemy.
No właśnie, kapitalizm też ma swoje twarze – i o tym pan mówi, pokazując właścicieli aplikacji randkowych. W "Miłość nie istnieje" pisze pan, że wcale nie zależy im na tym, żebyśmy tworzyli trwałe pary. Bo na tym właśnie zarabiają.
Są takie korporacje, które zajmują się aplikacjami randkowymi. Oczywiście nie zależy im na tym, żebyśmy się łączyli w pary, tylko żebyśmy w tych aplikacjach codziennie spędzali godzinę. 
Co z tego, że korporacje medialne czy te zajmujące się aplikacjami będą czerpać zyski? To tylko część gospodarki, która chciałaby zarabiać. Reszta może mocno na tym stracić.
To właśnie z tych przemyśleń powstała pana książka?
Zacząłem swoją drogę akademicką od doktoratu poświęconego miłości romantycznej – dawno temu, jakieś dwadzieścia kilka lat. Później prowadziłem różne badania – czasem dotyczące męskości, czasem życia rodzinnego, czasem wychowywania dzieci – przyglądając się przemianom, które zachodziły w sferze miłości.
W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy mechanizmy miłości, które opisywałem dwadzieścia lat temu, w ogóle jeszcze działają. Czy rzeczywiście nadal wiążą ludzi?
No i doszedłem do wniosku, że nawarstwiła się dzisiaj cała seria procesów i zjawisk społecznych, które utrudniają ludziom realizację scenariusza miłości romantycznej. 
fot. arch. prywatne
Panie profesorze, mamy dzisiaj walentynki. I chcemy wierzyć, że miłość jednak istnieje. Poproszę o optymistyczne przesłanie. Czy jest dla nas szansa? 
Może właśnie w walentynki różne branże, różne sektory kapitalizmu w końcu zauważą, że nie mają komu sprzedawać tych wszystkich rzeczy. Nie mają po co produkować serduszek i innych gadżetów, bo ludzie po prostu, na wczesnych etapach życia, kiedy powinni wejść na rynek matrymonialny, tego nie robią.
Może odkryją, że połowa dwudziestolatków w ogóle nigdy nie była w związku. Może zrozumieją, że walentynki za chwilę będą dla nikogo albo dla bardzo małej grupy ludzi?

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/48eb238bc208616911600dbbebaa38c4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Miłość już nie jest nam do niczego potrzebna?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/640642,policjant-z-tolkmicka-wywolal-burze-nagraniem-z-posterunku-jest-mi-zle-i-niezrecznie</guid><link>https://natemat.pl/640642,policjant-z-tolkmicka-wywolal-burze-nagraniem-z-posterunku-jest-mi-zle-i-niezrecznie</link><pubDate>Fri, 06 Feb 2026 17:37:36 +0100</pubDate><title>Policjant z Tolkmicka wywołał burzę nagraniem z posterunku. &quot;Jest mi źle i niezręcznie&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli ktoś nie znał asp. szt. Sylwestra Rosoła z Tolkmicka, to właśnie poznał. A to za sprawą emocjonalnego filmiku, w którym otwarcie skarży się na warunki pracy. "Syf na posterunku, podłogi uje****, palić trzeba w piecu codziennie, przyjeżdżać w dni wolne, podwórko oczyszczać ze śniegu..." – słyszymy w nagraniu, które obiegło internet. – Jest mi źle i niezręcznie. Na pewno nikt z policjantów nie życzyłby sobie takiej popularności – mówi w rozmowie z naTemat.

Jestem pewna, że nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Moja pewność szybko topnieje, bo rozmawia chętnie i otwarcie. Zapewnia, że odpowie na wszystkie pytania. 
– Wielkim nieszczęściem dla policji było to, że kolega, któremu to wysłałem, puścił to dalej. Wiadomość rozlała się z prędkością światła najpierw na WhatsAppie i innych komunikatorach, potem w mediach. Film ujrzał światło dzienne niespodziewanie i zupełnie niepotrzebnie – mówi mi na wstępie Kierownik IV Rewiru Dzielnicowych w Tolkmicku (pow. elbląski), asp. szt. Sylwester Rosół. 
"Syf na posterunku, podłogi uje****"
Chodzi o filmik, w którym, najdelikatniej mówiąc, Sylwester Rosół skarży się na trudne warunki pracy w swojej jednostce. Mimo że piastuje stanowisko Kierownika IV Rewiru Dzielnicowych w Tolkmicku, musi przy okazji ogarniać bezpłatny etat sprzątacza, palacza i osoby odśnieżającej. A przy tym nadążać z wynikami swojej pracy, bo przecież liczą się statystyki. 
"Ale taką mam refleksję… K****! Od trzech miesięcy nie ma palacza i sprzątaczki, a raz wyniki nie poszły i jaki to jest k**** problem w tej komendzie. Syf na posterunku, podłogi uje****, palić trzeba w piecu codziennie, przyjeżdżać w dni wolne, podwórko oczyszczać ze śniegu... Wyniki niewysłane…"
Nie umieszczę nagrania tutaj, bo nie mam na to zgody. 
– Ulało się panu? Poczuł pan bezsilność? – pytam wprost.
– Ulało – przyznaje. – Ale te słowa nie były skierowane personalnie do nikogo. Wyrażały bezsilność wobec całego systemu, że w XXI wieku takie rzeczy wciąż się zdarzają. Filmik miał trafić do kolegi, który mi niedźwiedzią przysługę zrobił i go podał dalej. Myślę, że podobnych nagrań w sieci krąży codziennie setki, może nawet tysiące, wśród kumpli i przyjaciół. Użyłem języka pasującego do kotłowni. 
Ale stało się. Nagranie obiegło internet, szybko stało się viralem. 
Cała Polska stanęła murem za policjantem, który jeszcze niedawno ratował zalane Tolkmicko. Internauci piszą wspierające komentarze. 
– To naprawdę bardzo miłe, bo wiem, że nie zostałem z tym wszystkim sam. Ale wie pani, to chyba też świadczy o tym, że gdzieś jednak taki problem istnieje. Ludzie się z tym utożsamiają. To nie jest tak, że ktoś mnie nagle polubił, ludzie raczej chcą powiedzieć, że też potrzebne są zmiany tam, gdzie pracują – przypuszcza. 
Jednak bohater z nagrania nie czuje z tego tytułu satysfakcji. Wręcz przeciwnie. 
– Jest mi o tyle przykro, że uderza to w dobry wizerunek policji. Nie chciałbym, żeby ktoś na podstawie jednego nagrania budował przekłamany obraz naszej formacji. Codziennie dziesiątki tysięcy policjantów pracują, żeby obywatele Polski i osoby przebywające w naszym kraju czuły się bezpiecznie, i jestem przekonany, że naprawdę wykonują swoją pracę dobrze – podkreśla. 
Rzeczywiście, temat trudnych warunków pracy w jednostce chętnie podchwyciły prawicowe media. Satysfakcji nie kryje m.in. TV Republika, która z radością krytykuje ministra MSWiA Marcina Kierwińskiego i chętnie nagłaśnia różne skandale obyczajowe w policji.
– Jest mi strasznie niezręcznie, że to wypłynęło. Powiedziałem o tym też mojemu komendantowi wojewódzkiemu, który zaprosił mnie na rozmowę. To mnie podbudowało. Komendant już wprowadził wszystkie potrzebne rozwiązania, miał je przygotowane od razu. Pewnie może mieć trochę żalu do mnie, że wcześniej o tym wszystkim nie wiedział.
Rzeczywiście, Sylwester Rosół nie zdążył jeszcze dobrze ochłonąć po medialnej burzy, a już tego samego dnia został wezwany do insp. Mirosława Elszkowskiego, komendanta Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Ten zaprosił go na rozmowę, żeby omówić problemy, dojść do ich źródła i możliwie szybko je rozwiązać. 
Żal, owszem, komendant insp. Mirosław Elszkowski musiał mieć, bo jak czytam w oświadczeniu KWP, "poinformował funkcjonariusza, że jego zachowanie i sposób przekazania informacji zaprezentowany w nagraniu uważa za naganny i godzi w innych funkcjonariuszy oraz policyjny mundur". 
A policyjny mundur Sylwester Rosół założył w 1999 roku. Od 2007 roku jest kierownikiem IV rewiru dzielnicowych. W Tolkmicku cieszy się dużym szacunkiem, a mieszkańcy dopingują go także w tej sprawie.
Mówi mi, że dzielnicowy to taki lekarz pierwszego kontaktu. Musi być czasem wścibski, czasem pojawić się tam, gdzie inni policjanci nawet by nie zajrzeli.
I rzeczywiście, wystarczy przejrzeć lokalne serwisy. Dzielnicowy z Komendy Wojewódzkiej w Bydgoszczy ratuje mężczyznę w kryzysie bezdomności. Inny, z gminy Grabowiec, pomaga 47-latkowi, który przez kontuzję nogi nie był w stanie ogrzać domu i został praktycznie odcięty od świata. 
Co chwilę pojawiają się podobne historie: policjanci palą w piecach schorowanym starszym ludziom, robią im zakupy, zaglądają tam, gdzie ktoś od dawna nie otwiera drzwi.
– A pana nie ma kto uratować? – drążę.
– Ale mnie nie trzeba ratować. Nie czuję się zagrożony – odpiera. 
Zapewnia, że nie ma żalu do przełożonych. 
– Chciałem po prostu, żebyśmy mieli tutaj w miarę możliwości dobre warunki do pełnienia służby. Sprzęt, który mamy w policji naturalnie się zużywa. Obiekty podlegają eksploatacji i niszczeniu. Rozumiem to doskonale.
Komendant w Elblągu straci stanowisko
Po tym co się stało, Komendant miejski w Elblągu ma zostać odwołany. Minister Kierwiński, który mimo że "nie pochwala takiego języka w służbach", przyznał, że "w elbląskiej komendzie zabrakło właściwego zarządzania ludźmi".
Mój rozmówca nie chciał komentować dymisji. 
– To była decyzja komendanta wojewódzkiego. Jeśli komendant widział ku temu przesłanki, należy to uszanować – ucina. 
Niedługo po naszej rozmowie Sylwester Rosół opublikował na swoim profilu na Facebooku nagranie, w którym odniósł się do sprawy. 
Sytuacja rozpaliła środowisko policyjne. Udało mi się porozmawiać z funkcjonariuszami, którzy może i nie palą w piecu czy nie sprzątają, ale oceniają warunki swojej pracy jako skandaliczne. 
– Siedzimy wszyscy w jednym pokoju – tu ktoś kogoś przesłuchuje, tu pani płacze przy wypełnianiu Niebieskiej Karty, a ja, cóż, zdejmuję spodnie i przebieram się w mundur. Ktoś inny je kanapkę, a kolega rozmawia przez telefon. Metraż nie spełnia norm nawet dla jednej osoby, a jest nas więcej – opowiada Michał (imię zmienione), policjant z wieloletnim stażem. 
– Nie może pan się przebrać w szatni? – dopytuję.
– Ale my nie mamy szatni.
Jak mówi dalej, budynek, w którym pracuje, nie spełnia norm bezpieczeństwa.
Michał mówi, że ani on, ani jego koledzy, nie skarżą się przełożonym w obawie przed konsekwencjami. Z pracy nie odejdzie, ma rodzinę na utrzymaniu. 
I wylicza dalsze bolączki: – Mamy pomieszczenie socjalne, metr na metr. Mieści się tam tylko lodówka i zlew. Nie usiądziesz, bo nie ma ani gdzie, ani jak. W apteczce są bandaże, ale z 2012 roku. Zgłosiłem to. Usłyszałem: "Takie muszą być i tyle"
Aferę w Tolkmicku komentuje krótko i gorzko: – Pewnie już tam wszyscy jadą napalić w piecu. 

Inny funkcjonariusz, Grzegorz (imię zmienione), zdziwiony nagraniem nie był. 
– Policjant z Tolkmicka powiedział po prostu prawdę. Ujawnił, jak wygląda praca w tej formacji. Ani dla mnie, ani dla moich kolegów, nie jest to zaskoczenie, bo my wiemy, jak jest. Jedyne zaskoczenie to to, że tak nagle wystrzelił z tymi przekleństwami. Po prostu nie dał już rady. Nic dziwnego: ani palenie w piecu, ani sprzątanie, to nie są zadania dla policjanta. 
Grzegorza cieszy natomiast, że związki zawodowe stanęły murem za dzielnicowym z Tolkmicka. Rzeczywiście, jak wynika z oficjalnego stanowiska Zarządu Głównego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów, może on liczyć na wsparcie. 
"Policjanci mają prawo do emocji, gdy brakuje ludzi, sprzętu i realnego wsparcia organizacyjnego, a odpowiedzialność pozostaje taka sama – albo większa" – czytam w oświadczeniu. 

Wracam do Sylwestra Rosoła: – Nagranie przyniosło jakieś korzyści? – dopytuję. 
– Mam nadzieję, że mimo wszystko ten filmik pozwoli policjantom, którzy mają podobne problemy, porozmawiać ze swoimi przełożonymi. Być może w ich wydziałach i jednostkach również można usprawnić niektóre sprawy. Nie chodzi przecież o żadne "rarytasy", tylko o poprawę warunków pracy.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2e4e68c95142781c3eadff3efcc1c229,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W sieci szybko rozprzestrzeniło się nagranie Sylwestra Rosoła z Tolkmicka, w którym opowiada on w sposób dosadny o trudnych warunkach w pracy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/639970,duda-pluje-weteranom-w-twarz-byly-zolnierz-po-jaka-cholere-moi-koledzy-gineli</guid><link>https://natemat.pl/639970,duda-pluje-weteranom-w-twarz-byly-zolnierz-po-jaka-cholere-moi-koledzy-gineli</link><pubDate>Sat, 31 Jan 2026 09:01:02 +0100</pubDate><title>Duda pluje weteranom w twarz. Były żołnierz: Po jaką cholerę moi koledzy ginęli?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś? – mówi Grzegorz Banaszak, były żołnierz zawodowy, który służył w Kosowie, Iraku i Afganistanie, komentując wypowiedź byłego prezydenta.

Aleksandra Tchórzewska: Donald Trump stwierdził, że żołnierze NATO "nie byli potrzebni" w Afganistanie i "stali gdzieś z boku". Andrzej Duda uznał, że prezydent USA nie ma za co przepraszać. Jak się pan poczuł po tych słowach?
Grzegorz Banaszak, były żołnierz: A jak miałem się poczuć? Poczułem się jak pozycja w excelowej tabelce. Skoro nikt nas nie zapraszał, to po co w ogóle tam jechaliśmy? Najbardziej jednak ugryzły mnie słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który uznał, że Donald Trump nie musi przepraszać, bo "nic się nie stało".
To ja się pytam wprost: po jaką cholerę ginęli tam moi koledzy w Iraku czy w Afganistanie? Po co zginął Andrzej Filipek, z którym jechałem w jednym patrolu? (Andrzej Filipek, plutonowy Wojska Polskiego, pośmiertnie awansowany na stopień sierżanta, poległ w Iraku, osierocił żonę i dwójkę dzieci -red.) Dlaczego on? 
Dwa dni przed wyjazdem dowódca patrolu zamienił kolejność pojazdów w kolumnie. To ja miałem jechać na jego miejscu, a on na moim.
Nie rozumiem, jak Andrzej Duda w ogóle może w ten sposób się wypowiadać. Jaki ma szacunek do żołnierzy, którzy tam byli i oddali swoje życie oraz zdrowie? Do tych, którzy wrócili z PTSD, depresją i traumą, z którą muszą żyć do dziś?
W takim razie ja też nie mam do niego szacunku. Może pani to napisać. 

                    
                        
                    
                Jak powinien zareagować na słowa Trumpa były zwierzchnik sił zbrojnych?
Prawdziwy prezydent po takich słowach nie uśmiecha się nerwowo i nie tłumaczy cudzej pogardy na język dyplomatycznych pierdół. Prawdziwy prezydent staje twardo po stronie swoich żołnierzy, jasno i publicznie, bez żadnego "ale".
Upomina się o pamięć, o szacunek i o granice, których nikt nie ma prawa przekraczać, nawet jeśli nazywa się Donald Trump. Bo prezydent jest od tego, żeby reprezentować godność państwa, a nie robić za tłumacza cudzych chamstw.
A jak pan ocenia postawę prezydenta Karola Nawrockiego? W mediach społecznościowych napisał, że "Nie ma wątpliwości, że Polscy żołnierze to Bohaterowie. Zasługują na szacunek i słowa podziękowania za ich służbę".

Moim zdaniem zachował się poprawnie, godnie i bezpiecznie, podkreślając szacunek dla polskich żołnierzy. Zrobił to, co wypadało zrobić na poziomie tak zwanej elementarnej przyzwoitości. Stanął po właściwej stronie.
Ale od prezydenta Nawrockiego oczekiwałbym kroków bardziej radykalnych, ostrzejszych i jasnego postawienia granicy wobec słów, jakie wypowiedział Donald Trump na temat polskich żołnierzy.
Tym bardziej że później powiedział, że "jego zdaniem Donald Trump nie miał na myśli Polski".
A o tym to nie wiedziałem. 
Co powinien zrobić Nawrocki?
Jeśli zdarzy się sytuacja, że Trump przyleci do Polski – a podejrzewam, że przyleci, aż mam ciarki na plecach na samą myśl – to proponuję, żeby Nawrocki zaprowadził Trumpa pod tablicę upamiętniającą polskich żołnierzy w Warszawie.
I może niech przyjdą wtedy rodziny poległych żołnierzy, i niech Donald Trump prosto w oczy powie im, że ich tam nie było. 
Boryka się pan z trudnościami po przebytych misjach?
Mam za sobą zdiagnozowane PTSD, a obok tego także depresję. Jestem też introwertykiem. Połączenie introwersji, depresji i zespołu stresu pourazowego to – jak sam to nazywam – bomba w głowie z opóźnionym zapłonem.
Jak długo był pan na misjach?
Moje wyjazdy zaczęły się w 2003 roku. W latach 2003–2004 byłem w Kosowie, w 2005–2006 w Iraku, potem ponownie w Iraku w latach 2007–2008. Następnie trafiłem do Afganistanu – w 2008–2009 albo 2009–2010, dziś nie pamiętam dokładnie. Od 2003 roku wszystko szło właściwie jedno po drugim: pół roku, czasem rok w kraju i znowu wyjazd.
Wiem, że dziś znajdą się tacy, którzy powiedzą, że jeździliśmy dla pieniędzy. To nieprawda. 
Nawet teraz, choć mieszkam w Niemczech, gdyby w Polsce wybuchła wojna i była taka potrzeba, spakowałbym się i wrócił, żeby bronić kraju. To jest mój obowiązek. A skoro była możliwość bronić Polski także poza granicami – żeby ograniczyć terroryzm, żeby to, co dziś widzimy we Francji czy innych miastach Europy, nie dotknęło nas – to uważam, że było warto. W Polsce jest dziś cisza i spokój. I to nie wzięło się znikąd.
Trudno mi sobie nawet wyobrazić, z czym musiał pan mierzyć się podczas misji…
W Iraku przeżyłem chyba dwie miny- pułapki. W Afganistanie jedną. Już nie liczę wszystkich operacji wojskowych, które były przeprowadzane, ani wymian ognia i innych zdarzeń.
Irak i Afganistan całkowicie się różniły. W Afganistanie terroryści nie kalkulowali: jeśli mieli podłożyć 200 kilogramów materiału wybuchowego, po prostu to robili. Dodatkowo obowiązywały tam inne zasady, narzucone przez ówczesnego prezydenta Karzaja.
Było też tak, że podczas wymiany ognia, jeśli np. przeciwnik zakopał broń, nie można było do niego strzelać, bo formalnie był bezbronny – mimo że pół minuty wcześniej to on do mnie strzelał.
Polska wysłała tysiące żołnierzy, ale w trumpowym świecie tysiąc to nadal zero, jeśli nie są amerykańskie.

Życie przelatuje wtedy przed oczami?
Powiem szczerze, zawsze, gdy leciałem na "ajdiku", (w żargonie wojskowym IED, mina-pułapka - red.) mówiłem do kolegów: "K*wa, znowu ja". To było takie uderzenie… nie wiem, czy przelatywało mi życie przed oczami, ale po prostu poczułem "tąpnięcie" w samochód – raz w bok, drugi raz w maskę albo w cały przód auta.
Za pierwszym razem był delikatny szok, ale i ulga, że wszystko w porządku. Za drugim razem myślałem tylko: "K*rwa, dlaczego ja?"  Dowódca powiedział mi, że jeśli jeszcze raz wrócę z patrolu rozwalonym Hummerem, nie dotrę do domu. 
Śmialiśmy się z tego, ale wszyscy byliśmy szczęśliwi, że przeżyliśmy i jesteśmy cali i zdrowi.
Najgorsze jest jednak coś innego.
Co takiego?  
Widzisz swojego kolegę na misji na mszy, a dzień później w samochodzie jego mózg prawie cały rozbryzgnięty na szybie. To jest najgorsze.
Boryka się pan ze stresem pourazowym. Czy obrazy z misji wciąż pojawiają się w snach?
Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Na przykład w Iraku, podczas piątej zmiany, zginęła dziewczynka. Dziewięcioletnia. Podniosła niewybuch pocisku Pallad w miejscu, gdzie przeprowadzaliśmy prace rozbrajania. Często zdarzały się takie niewybuchy. Dziecko nie wiedziało, że to niebezpieczne.
Zwykle, gdy kończyliśmy pracę i wyjeżdżaliśmy z danego miejsca, dzieci przychodziły po wodę czy jedzenie, które zawsze mieliśmy dla nich. Było takie przekonanie, że jeśli dzieci są w pobliżu, to na pewno nic się nie stanie. Ale prace saperskie były niebezpieczne – trzeba było wyganiać dzieci, żeby nie znalazły się w strefie zagrożenia. Nie wiem, jak to się stało, że ona znalazła się tam tamtego dnia i co tam robiła.
Co jakiś czas te wspomnienia do mnie wracają. Nie lubię sztucznych ogni, wybuchów… Sylwestra też nie znoszę. Za dużo się wtedy dzieje, za dużo bodźców, a ja nie lubię tłumów. 
Bywa też, że siadam w domu, robię meldunek, a potem kładę się spać, jakby nic się nie stało. 
Czy oprócz traumatycznych doświadczeń z misji musiał pan mierzyć się także z bólem rozłąki, z poczuciem, że zostawił pan bliskich na długi czas?
Można o tym książkę napisać.  W 2004 roku, kiedy byłem na misji w Kosowie, urodził mi się syn. Rok później wyjechałem do Iraku – nadal byłem wtedy z tą samą kobietą. Gdy w latach 2007–2008 pojechałem na kolejną misję, nie miałem już do czego wracać. Po powrocie był rozwód. Jak wyjechałem do Afganistanu, byłem w luźnym związku. 
Uciekł pan w zdjęcia. To daje spokój?
Musiałem coś sobie znaleźć. Ale z fotografią mam do czynienia od dawna – kocham fotografię analogową. Klisze, negatywy, to jest to. Oczywiście teraz są czasy aparatów cyfrowych, agencje wymagają szybkiego przesłania zdjęć, więc trzeba było się przesiąść.
Ale prywatnie dla siebie wciąż robię zdjęcia na negatywach.
Obecnie pracuję w Niemczech. Robię mniej reporterskiej roboty, a więcej dla swoich klientów. Większość prac wykonuję na negatywach. Nie jest ich dużo, ale cieszę się, że są.
Byłby pan w stanie fotografować wojnę?
Byłem fotografować wojnę, choć w pewnym sensie pojechałem tam z polską misją medyczną. To było przed COVID-em. Najpierw odwiedziliśmy Jordanię, a stamtąd polecieliśmy do Iraku.
Jeździliśmy do obozów dla uchodźców. Wracając z jednego z takich obozów, przejeżdżaliśmy przez tzw. checkpoint. W tamtym rejonie wiedzieliśmy, że nadal mogą pojawiać się małe bojówki z uzbrojeniem.
Dojechaliśmy do hotelu, ale już wtedy słyszeliśmy strzały i wybuchy w okolicy. Kiedy później pytaliśmy recepcjonistę, co się stało, okazało się, że właśnie przy tym checkpoincie, przez który przejeżdżaliśmy, bojówka ISIS zaatakowała posterunek, zabijając wszystkich policjantów. 
Obcięli wszystkim głowy.
Co pan poczuł?
Usiadłem w hotelu i pomyślałem: "K*rwa, znowu". Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. Był to chyba drugi dzień pobytu w Iraku, w Irbilu. Nie mogłem wyjść nigdzie, jedyne miejsce, gdzie mogłem się choć trochę ruszyć, to patio przed hotelem. Siedziałem tam, piłem herbatę, bo nie mogłem spać – wszystko mi się przypominało, wszystko wracało.
Zadzwoniłem wtedy do mojej partnerki i mówię jej: "Nie dam rady wyjść z hotelu, wszystko do mnie wróciło". A ona, zamiast pocieszać, powiedziała: "To po coś tam k*wa poleciał". Nie spodziewałem się tego – po mojej drobnej, delikatnej partnerce. Obsztorcowała mnie, że ją obudziłem, powiedziała jeszcze:" Mam nadzieję, że przygotowałeś sobie baterie, karty masz już puste i aparat gotowy do zdjęć". I odłożyła słuchawkę. 
To dobrze, że tak powiedziała?
Siedząc na tym patio, poczułem, że ktoś w końcu postawił mnie do pionu. Ale rzeczywiście, w tamtym momencie nie wiedziałem, po co właściwie tu przyjechałem.
Opowiem pani jeszcze coś: my, fotoreporterzy, nosimy takie "szelki taktyczne" – można w nich umieścić dwa aparaty, obiektywy i tak dalej. Ja też je mam i zawsze wolałem siedzieć w samochodzie z prawej strony z przodu. Trzymałem prawą rękę w specyficzny sposób, jak przy karabinie, żeby była gotowa.
Co chwilę wracałem się do samochodu, bo czegoś mi brakowało przy tych szelkach. W pewnym momencie podeszła do mnie dziewczyna pracująca przy obozie dla uchodźców i mówi: "Grzesiek, ale ty przecież masz aparat". 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f500b2b3ad513abf06095fcce4b8852c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Duda nie uważa, że Donald Trump powinien przepraszać za wypowiedź dotyczącą roli żołnierzy NATO w Afganistanie</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
