<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Rozrywka naTemat]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Rozrywka naTemat w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/457,rozrywka-natemat</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,457,rozrywka-natemat" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647689,3-najlepsze-dokumenty-true-crime-na-hbo-max-przerazaja-bardziej-niz-fikcja</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647689,3-najlepsze-dokumenty-true-crime-na-hbo-max-przerazaja-bardziej-niz-fikcja</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 22:27:01 +0200</pubDate><title>3 najlepsze dokumenty true crime na HBO Max. Przerażają bardziej niż fikcja</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/30a102e298d299c788ae90444f16e355,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />HBO Max to prawdziwa kopalnia dokumentów true crime. Wybraliśmy 3 tytuły, które nie tylko opowiadają o przerażających zbrodniach, ale też o błędach systemu, mrocznej psychice bogaczy i obsesji, która potrafi zniszczyć życie. Te historie wydarzyły się naprawdę i (niestety!) zostaną w waszych głowach na długo.

Filmy dokumentalne o prawdziwych zbrodniach od lat są jednym z najchętniej wybieranych gatunków w streamingu. Nic nie przeraża bardziej niż świadomość, że zło może czaić się tuż za ścianą, a rzeczywistość często pisze scenariusze bardziej nieprawdopodobne niż najdroższe thrillery z Hollywood. 
Najlepsze dokumenty true crime na HBO Max
Pogrzebaliśmy w obszernej bibliotece dokumentów true crime na HBO Max. Oto trzy tytuły, które każdy fan gatunku musi znać.
1. Raj utracony: Zabójstwa dzieci w Robin Hood Hills (1996)
Absolutny fundament gatunku i jeden z najważniejszych dokumentów true crime w historii kina. "Raj utracony: Zabójstwa dzieci w Robin Hood Hills" opowiada o morderstwie trzech ośmioletnich chłopców w West Memphis w 1993 roku. O zbrodnię oskarżono trzech nastolatków, których jedyną winą było to, że słuchali Metalliki, nosili czarne ubrania i interesowali się okultyzmem.
To wstrząsający zapis "polowania na czarownice" w konserwatywnej Ameryce, w której szalała wówczas tzw. satanic panic. Film nie tylko dokumentuje proces, ale realnie wpłynął na losy skazanych, doprowadzając do powstania ogromnego ruchu społecznego na ich rzecz. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce zobaczyć, jak uprzedzenia mogą zniszczyć niewinnym ludziom życie.
Dalsza część artykułu poniżej.
2. Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta (2015)
Jeśli myśleliście, że widzieliście już wszystko, "Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta" wyprowadzi was z błędu. To historia Roberta Dursta, dziedzica ogromnej fortuny nowojorskich potentatów nieruchomości, wokół którego przez dekady znikały lub ginęły bliskie mu osoby. Durst, człowiek niezwykle inteligentny, dziwny i budzący dreszcze, sam zgłosił się do twórców, by opowiedzieć swoją wersję wydarzeń.
Finał tego sześcioodcinkowego serialu przeszedł do historii telewizji. To, co wydarzyło się w ostatniej scenie – przy włączonym mikrofonie w łazience – do dziś uznawane jest za jeden z najbardziej szokujących momentów w dziejach true crime. To serial o bezkarności wynikającej z bogactwa i o sprawiedliwości, która po latach dogania winnego w najbardziej nieoczekiwany sposób.
3. Obsesja zbrodni (2020)
Dokument "Obsesja zbrodni" to hołd dla Michelle McNamary, dziennikarki i blogerki, która poświęciła lata swojego życia na wytropienie seryjnego mordercy i gwałciciela znanego jako Golden State Killer. Przestępca terroryzował Kalifornię w latach 70. i 80., a potem zapadł się pod ziemię na kilka dekad.
Oparte na książce McNamary "I'll Be Gone in the Dark" to połączenie mrocznego śledztwa z osobistym dramatem autorki, która zmarła przed zakończeniem swojej misji. Serial pokazuje, jak niszczycielska może być fascynacja złem, ale też jaką siłę ma determinacja jednostki. To mroczna, melancholijna i niezwykle wciągająca opowieść o potworze, który przez lata ukrywał się na widoku i był "zwyczajnym sąsiadem".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/30a102e298d299c788ae90444f16e355,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/30a102e298d299c788ae90444f16e355,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">HBO Max ma pokaźną bibliotekę dokumentów true crime</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647863,cillian-murphy-u-christophera-nolana-gral-az-6-razy-jedna-role-mogliscie-przegapic</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647863,cillian-murphy-u-christophera-nolana-gral-az-6-razy-jedna-role-mogliscie-przegapic</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 21:05:02 +0200</pubDate><title>Cillian Murphy u Christophera Nolana grał aż 6 razy. Jedną rolę mogliście przegapić</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f51b1ee8af2350964176982156161e5b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ich współpraca to jeden z najbardziej fascynujących i owocnych romansów artystycznych w historii współczesnego kina. Od przesłuchania do roli Batmana, które zakończyło się narodzinami kultowego złoczyńcy, aż po oscarowy triumf "Oppenheimera" – Cillian Murphy i Christopher Nolan stworzyli duet, który odmienił oblicze Hollywood. Przypominamy ikoniczne role Murphy'ego u reżysera nadchodzącej "Odysei".

Christopher Nolan, jeden z najlepszych współczesnych reżyserów i laureat Oscara za "Oppenheimera", nie szczędzi Cillianowi Murphy'emu komplementów, opisując go jako jednego z najwybitniejszych aktorów swojego pokolenia – zarówno na scenie, jak i na ekranie. Fani żartują nawet, że Brytyjczyk to największy fan błękitnych oczu Irlandczyka, którymi nieraz zachwycał się publicznie.
Z kolei dla gwiazdy "Peaky Blinders", reżyser "Interstellar" to postać, która całkowicie odmieniła jego życie zawodowe i kreatywne. – Zawsze mówiłem publicznie i prywatnie Chrisowi: jeśli jestem dostępny i chcesz mnie w swoim filmie, będę tam. Rozmiar roli nie ma dla mnie znaczenia – mówił w jednym z wywiadów.
W "Odysei", nadchodzącym, epickim widowisku Nolana, Murphy się jednak nie pojawi, co zasmuciło wielu fanów Irlandczyka (swoją drogą fanowskiego faworyta do roli Lorda Voldermorta w nadchodzącym serialu "Harry Potter"). Aktor żartował, że odczuwa "ROMO" (Relief of missing out), czyli ulgę z powodu przegapienia czegoś. Nie może się jednak doczekać premiery. 
– Jeśli jakikolwiek reżyser na świecie miałby zmierzyć się z "Odyseją", to właśnie Christopher Nolan. Jestem niezwykle podekscytowany. On jest jeden na milion. Był ogromną częścią mojego aktorskiego życia. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, co z tym zrobi – mówił w "Variety". Premiera już 17 lipca. 
Filmy Christophera Nolana z Cillianem Murphym. Od "Batmana"  do "Oppenheimera"
To idealny moment, by przypomnieć wszystkie role Cilliana Murphy'ego w filmach Christophera Nolana. A były aż cztery, ale w sześciu filmach. 
Trylogia Mrocznego Rycerza (2005–2012)
Wszystko zaczęło się w 2003 roku od zdjęcia w gazecie. Nolan, pracując nad scenariuszem do "Batmana: Początek", zobaczył fotografię Murphy'ego z ogoloną głową i przeszywającym wzrokiem w kultowym horrorze "28 dni później" Danny'ego Boyle'a.
– Pamiętam, że uderzyła mnie twoja obecność, dosłownie z tego jednego zdjęcia. Zacząłem sprawdzać, kim jesteś i co zrobiłeś. Byłem bardzo podekscytowany pomysłem spotkania z tobą i zaproszenia cię na zdjęcia próbne do roli Batmana – wspominał Nolan w rozmowie z "Entertainment Weekly".
Choć podczas pierwszej wspólnej kolacji w Los Angeles obaj przeczuwali, że Cillian nie do końca pasuje do kostiumu Bruce'a Wayne'a, reżyser desperacko chciał go mieć w swoim zespole. Postanowił przekonać sceptycznych szefów studia i nagrać próbny materiał z Murphym. 
Nolan dopiął swego: "Zrobiliśmy te testy ekranowe bardzo misternie, na taśmie 35 mm. Gdy zacząłeś grać, wśród ekipy zapanowała niesamowita atmosfera. Kiedy powiedziałem szefom: 'Okej, Christian Bale jest Batmanem, ale co powiecie na Cilliana w roli Stracha na Wróble?', nie było sprzeciwu. Wcześniej tych złoczyńców grały gwiazdy formatu Jacka Nicholsona czy Jima Carreya. To był wielki akt wiary".
Rola dr. Jonathana Crane'a, czyli superzłoczyńcy Stracha na Wróble, stała się ikoniczna. Murphy jako jedyny antagonista pojawił się we wszystkich trzech częściach kultowej trylogii ("Batman: Początek", "Mroczny Rycerz", "Mroczny Rycerz powstaje"), stając się mrocznym łącznikiem całego uniwersum.
Incepcja (2010)
W swojej spektakularnej "Incepcji" Nolan powierzył Murphy'emu rolę Roberta Fischera – dziedzica potężnego imperium, który staje się celem zespołu Domm Cobba (Leonardo DiCaprio). Choć film oszałamiał wizualnie, to właśnie wątek Fischera i jego skomplikowanej relacji z umierającym ojcem stanowił emocjonalne jądro opowieści.
Nolan wspomina tę współpracę jako "szalone doświadczenie". – Bardzo mi zależało, byś znów wystąpił w tym filmie. To było niesamowite przeżycie, kręcenie na całym świecie, bycie na szczycie góry, gdy wszyscy próbowali jeździć na nartach w potwornej śnieżycy. Dobrze było mieć tam sojusznika – wspominał. 
Z kolei Murphy wyznał, że praca u boku tak wybitnej obsady była dla niego oszałamiająca. – Ten film naprawdę rozwalił mi system. Wiesz, praca z Leo i całą tą niesamowitą obsadą... – mówił aktor. Dodajmy, że "Incepcja" umocniła jego pozycję w Hollywood.
Dunkierka (2017)
Wojenny epos Nolana pokazał, że dla Murphy'ego nie ma ról za małych. Jako "trzęsący się żołnierz" – ofiara zespołu stresu pourazowego (PTSD) znaleziona na wraku statku – Cillian stał się symbolem psychologicznego kosztu wojny.
Choć aktor początkowo żartował, czy nie mógłby zagrać pilota Spitfire'a, ostatecznie stworzył jedną z najbardziej poruszających i surowych kreacji w swojej karierze – niektórzy widzowie mogli ją jednak przeoczyć w wielowątkowej "Dunkierce" ze sporą obsadą. Dla Nolana rola ta była "mała, ale absolutnie kluczowa".
Oppenheimer (2023)
Przez lata Cillian Murphy był dla Nolana niezawodnym aktorem drugoplanowym, ale w głębi duszy Irlandczyk marzył o czymś więcej. W rozmowie z Associated Press przyznał szczerze: "Zawsze mówiłem Chrisowi, że będę u niego grał, nie dbając o wielkość roli. Ale głęboko w środku, po cichu, byłem zdesperowany, by zagrać u niego główną rolę".
To marzenie spełniło się w najbardziej spektakularny sposób: w biograficznym "Oppenheimerze" o ojcu bomby atomowej. Nolan zadzwonił do Murphy'ego bez żadnego uprzedzenia. – To był jeden z moich ulubionych momentów w branży filmowej. Powiedziałem: "To jest ten film, w którym niesiesz całą produkcję na barkach i naprawdę pokazujesz, co potrafisz" – wspominał.
Dla Murphy'ego to był "najlepszy dzień w życiu". – Rzecz w tym, że nie miałem pojęcia. Nie było żadnych wstępów, po prostu odebrałem telefon. To było niesamowicie ekscytujące, a jednocześnie onieśmielające i przerażające. (...) To najlepszy scenariusz, jaki kiedykolwiek czytałem, to na pewno – wspominał.
Finał tej historii znamy wszyscy – film stał się kulturowym fenomenem i zdobył 7 Oscarów, a Cillian Murphy odebrał swoją pierwszą złotą statuetkę, pieczętując status ulubionego aktora jednego z największych wizjonerów kina. Rola J. Roberta Oppenheimera, który tonął w wyrzutach sumieniach po skonstruowaniu pierwszej bomby nuklearnej, przeszła już do historii. 
Choć tym razem przy "Odysei" Christopher Nolan i Cillian Murphy robią sobie przerwę, możemy być pewni jednego: gdy brytyjski reżyser znów sięgnie po telefon, gwiazdor "Peaky Blinders" bez wahania odbierze.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f51b1ee8af2350964176982156161e5b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f51b1ee8af2350964176982156161e5b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Cillian Muprhy grał u Nolana aż 6 razy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647920,swietny-serial-kryminalny-netfliksa-ktory-polacy-przeoczyli-nie-bierze-jencow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647920,swietny-serial-kryminalny-netfliksa-ktory-polacy-przeoczyli-nie-bierze-jencow</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 19:39:01 +0200</pubDate><title>Świetny serial kryminalny Netfliksa, który Polacy przeoczyli. Nie bierze jeńców</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/462e67ccc6880852985b249aa051885c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zapomnijcie o pocztówkowych widokach i wakacyjnym klimacie nadmorskich kurortów. "Hightown" zabiera nas tam, gdzie turyści nie zaglądają – w sam środek epidemii opioidów, brudnych interesów i osobistych tragedii. Dostępny na Netfliksie amerykański serial kryminalny z 2020 roku to pozycja obowiązkowa dla fanów mrocznych i realistycznych dramatów z bohaterami pełnymi wad.

Cape Cod, półwysep w amerykańskim stanie Massachusetts, kojarzy się z luksusowymi domkami letniskowymi, zamożnymi Amerykanami i nadmorskim spokojem, ale twórczyni kyminalnego serialu "Hightown" Rebecca Cutter postanowiła pokazać jego ciemną stronę. 
To tutaj, w Provincetown, poznajemy Jackie Quiñones (Monica Raymund, znana z "Chicago Fire" i "Żony idealnej"). Bohaterka nie jest genialną śledczą ani krystaliczną policjantką, ale agentką National Marine Fisheries Service, która dni spędza na patrolowaniu wód, a noce na imprezowaniu, piciu alkoholu i braniu narkotyków. 
Jej życie to chaos, dopóki na plaży nie znajduje ciała zamordowanej kobiety. Odkrycie staje się katalizatorem zmian i wciąga ją w sam środek śledztwa prowadzonego przez dwóch detektywów (Dohn Norwood i James Badge Dale).

                    
                "Hightown" to świetny serial kryminalny Netfliksa, który mało kto zna
To, co wyróżnia "Hightown" na tle całej masy seriali kryminalnych Netfliksa, to jego realizm. Serial nie oferuje nam zwyczajnego policyjnego procedurala – zamiast tego dostajemy gęsty klimat i mroczny światek, w którym handel narkotykami przeplata się z lokalną polityką, korupcją i beznadzieją.
Centralnym punktem opowieści jest epidemia opioidów, która pustoszy lokalną społeczność. Twórcy nie uciekają od brutalności i brzydoty życia na marginesie, pokazując nałóg bez filtrów – jako zniszczenie, które dotyka zarówno przestępców, jak i tych, którzy mają ich ścigać.
"Hightown" od samego początku cieszyło się uznaniem recenzentów, choć przez długi czas pozostawało w cieniu większych produkcji. Pierwszy sezon uzyskał solidne 80 proc. pozytywnych recenzji w serwisie Rotten Tomatoes, a kolejne serie tylko potwierdziły wysoką jakość amerykańskiego serialu.
Dalsza część artykułu poniżej.
Największe uznanie krytyków zebrała Monica Raymund, która stworzyła skomplikowaną, pełną wad Jackie zmagającą się z uzależnieniem. Chwalono także klimat Cape Cod, które w "Hightown" staje się niemal osobnym bohaterem: z jednej strony malowniczym i sielankowym, z drugiej – pustym i nieprzyjaznym poza sezonem. W recenzjach wyróżniano również Jamesa Badge'a Dale'a ("13 godzin: Tajna misja w Benghazi"), który jako detektyw Ray Abruzzo sam balansuje na granicy moralności.
Choć część krytyków zarzucała serialowi sięganie po ograny schematy kryminału, większość podkreślała, że jego bezkompromisowe podejście do tematu uzależnienia oraz ukazanie letniskowego Cape Cod jako swoistego piekła na ziemi nadają całości świeżości. Widzowie również polubili "Hightown", które na IMDb ma porządną ocenę 6,9/10, ale Polacy zupełnie tego serialu nie zauważyli – na Filmwebie ma tylko nieco ponad 300 ocen.
"Hightown" na Netflix ma trzy sezony
"Hightown" było pierwotnie wyprodukowane dla stacji Starz, ale w lutym 2026 roku trafiło do szerokiej dystrybucji na Netfliksie. Serial zakończył się dwa lata wcześniej po trzech sezonach, co daje łącznie 25 odcinków. 
Starz zdecydowało o zakończeniu serii ze względów finansowych, a nie artystycznych, co paradoksalnie jest dobrą wiadomością dla widzów – dostajemy spójną, zamknietą opowieść, które nie kończy się irytująco urwanym wątkiem. A jeśli szukacie innej perełki Netfliksa, sprawdźcie szalone "Ciała". 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/462e67ccc6880852985b249aa051885c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/462e67ccc6880852985b249aa051885c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Serial &quot;Hightown&quot; to ukryta perełka kryminalna na Netflix</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647929,steczkowska-o-szemplinskiej-przed-eurowizja-jej-slowa-chwytaja-za-serce</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647929,steczkowska-o-szemplinskiej-przed-eurowizja-jej-slowa-chwytaja-za-serce</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 18:29:05 +0200</pubDate><title>Steczkowska o Szemplińskiej przed Eurowizją. Jej słowa chwytają za serce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b4196879ab131651595d6316a6be1526,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Już za kilka tygodni Alicja Szemplińska wystąpi na eurowizyjnej scenie podczas pierwszego półfinału w Wiedniu. Może liczyć na wsparcie – ubiegłoroczna reprezentantka Polski, Justyna Steczkowska, postanowiła podzielić się radą z młodszą koleżanką po fachu. Wokalistce na pewno zrobi się miło.

Alicja Szemplińska zaśpiewa swój utwór "Pray" już 12 maja w Wiedniu. W pierwszym półfinale 70. Konkursu Piosenki Eurowizji wystąpi jako czternasta – czyli przedostatnia w stawce liczącej 15 państw. To jedna z najmocniejszych pozycji startowych, jeśli chodzi o szanse na awans do finału. Jak wyliczył "Dziennik Eurowizyjny", w latach 2008–2025 aż 77 proc. utworów z tego miejsca przechodziło dalej.
Justyna Steczkowska ma radę dla Alicji Szemplińskiej na Eurowizję. 23-latce będzie miło
W ubiegłym roku Polskę reprezentowała Justyna Steczkowska, która wróciła na Eurowizję po 30 latach. Gwiazda zajęła ze swoim hitem "Gaja" 14. miejsce – zdobyła łącznie 156 punktów, z czego 139 pochodziło od widzów, a tylko 17 od jury, co mocno wkurzyło polskich widzów.
Teraz ikona nadwiślańskiej muzyki postanowiła udzielić Alicji Szemplińskiej przedeurowizyjnej rady. Przy okazji nie szczędziła 23-latce komplementów. – To jest mądra, utalentowana wokalistka o wielkim głosie. Jaką ja mogę mieć dla niej radę? Żeby ogarnęła tylko nerwy i stres, którego zapewne nie brakuje – powiedziała w rozmowie z "Telemagazynem".
– Kiedy wychodzisz na tę wielką scenę, wszyscy wiwatują, wszystko umiesz, wszystko wiesz, ale nie wszystko zależy od ciebie. Od ciebie zależy, jak zaśpiewasz, a zawsze kamerzysta może źle pokazać. To jest żywioł, to jest tylko raz. Trzymam kciuki, żeby ogarnęła stres, żeby była świetna, ale wierzę, że tak będzie, bo dlaczego miałoby być inaczej? – dodała Steczkowska.
Przy okazji gwiazda nie wykluczyła, że jeszcze wróci na Eurowizję. – Śmialiśmy się, że jak będę miała sześćdziesiątkę, co jest za siedem lat, albo siedemdziesiątkę, to znowu wejdę w obciśniętym kombinezonie. Zobaczymy, co będzie, a nuż wpadnie mi to jeszcze raz do głowy i wygram preselekcje w Polsce? Musi jednak minąć 10 lat, żeby to było naprawdę takie wyzwanie dla mnie samej, której dotyczy wiek, starzenie się i wszystko, co z tym związane – mówiła "Telemagazynowi".
Dalsza część artykułu poniżej.
Alicja Szemplińska miała już reprezentować Polskę w 2020 roku. Wraca po sześciu latach
Alicja Szemplińska wraca na Eurowizję po kilku latach. W 2020 roku wygrała "Szansę na Sukces" i miała reprezentować Polskę z balladą "Empires", jednak konkurs został odwołany z powodu pandemii. Rok później TVP postawiła na Rafała Brzozowskiego, mimo że większość krajów wysłało artystów wybranych rok wcześniej.
Mimo świetnej pozycji startowej w pierwszym półfinale Polska nie jest wysoko oceniana przez zagranicznych fanów i bukmacherów, na co mógł wpłynąć średnio udany występ z preselekcji (Szemplińska obiecała całkowitą zmianę show). W aplikacji Scoreboard, w której słuchacze z całej Europy i świata oceniają wszystkich artystów, jest 31. na 35. państw. Za nami są jedynie Estonia, Portugalia, San Marino i Azerbejdżan. 
Z kolei w typowaniach bukmacherskich dotyczących pierwszego półfinału Alicji daje się zaledwie 1 proc. szans na awans. W prognozach dotyczących całej Eurowizji nasz kraj zajmuje obecnie również 31. miejsce, czyli czwarte od końca. Liderem jest Finlandia (30 proc szans na wygraną), za nią plasują się Francja (11 proc.), Dania (10 proc.), Australia (8 proc.) i Grecja (8 proc.).
Półfinały Eurowizji 2026 odbędą się 12 i 14 maja, a wielki finał zaplanowano na 16 maja. Po zwycięstwie Johannesa "JJ" Pietscha z "Wasted Love" gospodarzem europejskiego święta muzyki będzie Wiedeń.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b4196879ab131651595d6316a6be1526,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b4196879ab131651595d6316a6be1526,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Justyna Steczkowska udzieliła rady Alicji Szemplińskiej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647905,najlepsze-polskie-filmy-na-netfliksie-3-tytuly-ktore-powinien-znac-kazdy</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647905,najlepsze-polskie-filmy-na-netfliksie-3-tytuly-ktore-powinien-znac-kazdy</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 16:57:01 +0200</pubDate><title>Najlepsze polskie filmy na Netfliksie. 3 tytuły, które powinien znać każdy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/a3fe557a4af8df2f88d24555dd64d515,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Netflix to nie tylko fabryka nowych polskich produkcji, które jednego dnia podbijają TOP 10, a drugiego znikają bez śladu. To także miejsce, gdzie można nadrobić najważniejsze filmy znad Wisły ostatnich lat – nagradzane, głośne, naprawdę znakomite. Wybrałam trzy, których nie wypada nie znać.

Choć Netflix coraz śmielej inwestuje w polskie filmy (większość z miejsca staje się hitami, nawet jeśli oceny pozostawiają wiele do życzenia) jego rola nie kończy się na premierach. Platforma udostępnia również rodzime tytuły, które wcześniej mogliśmy obejrzeć na wielkim ekranie albo zdążyły już zapisać się w historii współczesnego polskiego kina. W bibliotece giganta streamingu można znaleźć prawdziwe perełki.
Bardzo dobre polskie filmy na Netflixie. 3 perełki
Polskiego kina na platformie nie brakuje, ale łatwo się w tym wszystkim pogubić. Dlatego wybrałam 3 filmy z ostatnich lat – głośne, nagradzane, świetne – które robią coś więcej niż tylko "dobrze się oglądają". 
1. Zimna wojna (2018)
Czarno-biała historia miłości, która od początku skazana jest na porażkę. On i ona spotykają się w powojennej Polsce, ale ich relacja rozciąga się na lata i kolejne miejsca – od Berlina po Paryż. To uczucie pełne namiętności, ale też konfliktów, niedopasowania i nieustannego mijania się w czasie.
Paweł Pawlikowski, laureat oscarowej "Idy", opowiada tę historię oszczędnie, minimalistycznie, a jednocześnie z ogromnym emocjonalnym ładunkiem. "Zimna wojna" zachwyciła krytyków na całym świecie – zdobyła nagrodę za reżyserię w Cannes i trzy nominacje do Oscara. Gwiazda "Ołowianych dzieci" Joanna Kulig i Tomasz Kot tworzą tu jeden z najbardziej hipnotyzujących ekranowych duetów ostatnich lat.
Dalsza część artykułu poniżej.
2. Boże Ciało (2019)
Punktem wyjścia jest prawdziwa historia jak z filmu. Daniel, chłopak po poprawczaku, przez przypadek trafia do małej miejscowości i zaczyna udawać księdza. Szybko okazuje się, że ta rola daje mu coś, czego wcześniej nie miał: szacunek, sens, spełnienie i możliwość zmierzenia się z cudzym bólem.
Film Jana Komasy ("Sala samobójców") to coś znacznie więcej niż tylko prowokujący pomysł. To opowieść o wierze, potrzebie odkupienia i mechanizmach wykluczenia. "Boże Ciało" to jeden z z największych sukcesów polskiego kina ostatnich lat: nominacja do Oscara, triumf na festiwalu w Gdyni i aż 11 Orłów. Bartosz Bielenia w głównej roli jest absolutnie fenomenalny. 
3. Ostatnia rodzina (2016)
Dramatyczna historia polskiego malarza Zdzisława Beksińskiego, jego żony Zofii i syna Tomasza mogłaby być opowiedziana jak sensacyjna biografia, ale Jan P. Matuszyński ("Przesmyk") idzie w zupełnie inną stronę. Zamiast sensacyjnych punktów zwrotnych dostajemy codzienność: rozmowy przy stole, spięcia i emocje, które trudno nazwać.
To portret rodziny pełnej sprzeczności, w której nie brakuje zarówno bliskości, jak samotności. Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna i Dawid Ogrodnik tworzą tu trio absolutnie wybitne, a sam film jest jednym z najbardziej przejmujących studiów relacji rodzinnych w polskim kinie ostatnich lat. "Ostatnia rodzina" dostała sześć nagród w Gdyni i aż cztery Orły, w tym za role Serweryna i Koniecznej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/a3fe557a4af8df2f88d24555dd64d515,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/a3fe557a4af8df2f88d24555dd64d515,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647572,najlepszy-thriller-na-netflix-to-jazda-bez-trzymanki-aktorzy-zmiota-was-z-planszy</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647572,najlepszy-thriller-na-netflix-to-jazda-bez-trzymanki-aktorzy-zmiota-was-z-planszy</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 14:51:02 +0200</pubDate><title>Najlepszy thriller na Netflix to jazda bez trzymanki. Aktorzy zmiotą was z planszy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5c93fe0226510385bc757bc8c2703437,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W zalewie współczesnych produkcji, które często stawiają na CGI kosztem scenariusza, biblioteka Netfliksa skrywa prawdziwą perłę z końcówki lat 90. "Negocjator" z Samuelem L. Jacksonem i Kevinem Spacey'em przypomina, na czym polega magia rasowego thrillera sensacyjnego. Jeśli szukacie filmu na wieczór, który nie obrazi waszej inteligencji i przykuje was do ekranu, to właśnie go znaleźliście.

Punkt wyjścia "Negocjatora" jest prosty. Danny Roman (Samuel L. Jackson) to najlepszy policyjny negocjator w Chicago. Człowiek, który potrafi wyprowadzić z opresji każdego zakładnika, nagle sam staje się oskarżonym. Wrobiony w morderstwo partnera i defraudację funduszu emerytalnego, Roman orientuje się, że spisek sięga samych szczytów policji. Nie mając nic do stracenia, barykaduje się w biurze Wydziału Spraw Wewnętrznych i bierze zakładników.
"Negocjator" to świetny thriller z Samuelem L. Jacksonem. Jest w tej roli genialny
To paradoks, który napędza cały film: negocjator staje się porywaczem. Jackson jest znakomitym aktorem, ale tutaj gra fenomenalnie – jest wściekły, zdesperowany, ale jednocześnie niesamowicie opanowany. To jedna z jego najbardziej niedocenianych ról, w której balansuje między szaleństwem a chłodną kalkulacją profesjonalisty.
Prawdziwy ogień pojawia się jednak wtedy, gdy Roman wysuwa swoje żądanie: chce rozmawiać tylko z kimś spoza swojego kręgu, z kimś, kogo nie zna. Na miejsce przybywa Chris Sabian (dwukrotny laureat Oscara Kevin Spacey, który dziś budzi kontrowersje) – inny wybitny negocjator, który wyznaje zasadę "żadnych strzałów, tylko rozmowa".
Sceny, w których obaj rozmawiają przez telefon lub przez zamknięte drzwi, to czyste aktorskie złoto – intelektualny pojedynek na argumenty, blefy i psychologiczne zagrywki. Sabian próbuje przejąć kontrolę nad sytuacją, podczas gdy Roman stara się udowodnić swoją niewinność, demaskując skorumpowanych kolegów. Chemia między tą dwójką jest niemal namacalna.
Dalsza część artykułu poniżej.
Reżyser F. Gary Gray ("Straight Outta Compton", "Szybcy i wściekli 8") naprawdę potrafi budować napięcie w małych przestrzeniach. Genialnie ogrywa motyw osaczenia – z jednej strony mamy Romana zamkniętego w budynku, z drugiej oddziały SWAT gotowe do szturmu, a w środku Sabiana, który jako jedyny zaczyna wierzyć, że porywacz mówi prawdę i... jest w kropce.
Film "Negocjator" unika typowych dla lat 90. kiczowatych przerysowań. Owszem, są tu wybuchy i efektowne strzelaniny, ale służą one historii, a nie odwrotnie. Każdy ruch policji na zewnątrz i każda reakcja Romana wewnątrz ma swoje logiczne uzasadnienie. To sprawia, że thriller z Jacsonem i  Spacey'em ogląda się z wypiekami na twarzy nawet 26 lat po premierze.
Gdzie obejrzeć "Negocjatora"?
"Negocjator" to reprezentant gatunku, który powoli wymiera – mocnego thrillera opartego głównie na dialogu i charyzmie aktorów. Jeśli ominęliście ten tytuł lub po prostu chcecie przypomnieć sobie, jak wygląda kino sensacyjne najwyższej próby, obejrzycie go w ramach abonamentu na Netfliksie, a także na CDA Premium i Prime Video.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5c93fe0226510385bc757bc8c2703437,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5c93fe0226510385bc757bc8c2703437,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Negocjator&quot; z Samuelem L. Jacksonem przykuje was do ekranu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647543,mystic-festival-coraz-blizej-wybralismy-3-koncerty-ktorych-nie-mozesz-przegapic</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647543,mystic-festival-coraz-blizej-wybralismy-3-koncerty-ktorych-nie-mozesz-przegapic</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 12:35:01 +0200</pubDate><title>Mystic Festival coraz bliżej. Wybraliśmy 3 koncerty, których nie możesz przegapić</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/27eec0e8585fc6bbdd52a1325e99b28a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Już na początku czerwca w Stoczni Gdańskiej odbędzie się kolejna edycja Mystic Festival. Tym razem będzie wyjątkowa: swój pożegnalny koncert dla polskiej publiki zagra legendarna grupa Megadeth. Oprócz niej wystąpią jednak mniej znani, ale równie intrygujący artyści. Podpowiadamy, których koncertów nie powinien przegapić fan ciężkiego grania.

Ostrzeżenie: od 4 do 6 czerwca w Stoczni Gdańskiej znacznie wzrośnie stężenie metali ciężkich! Całe szczęście chodzi o Mystic Festival 2026, więc melomanom grozi wtedy tylko zachwycanie się jazgotliwymi solówkami gitarowymi, growlami (rodzaj bardzo niskiego wokalu przypominającego pomrukiwanie wściekłego niedźwiedzia) i blastami (ultraszybkie partie perkusji; legenda głosi, że prawidłowo potrafi odegrać je tylko bębniarz Morbid Angel).
Mystic Festival, czyli Mekka dla metalowców
Mystic Festival przez lata urósł do jednego z największych polskich festiwali. Dziś to "fest" z prawdziwego zdarzenia: od paru lat trwa cztery dni i gra na nim blisko ok. 90 zespołów. Kto zagra na "Mysticu" w tym roku? Podpowiadamy, których artystów warto zobaczyć na żywo, by potem nie żałować.
Dalsza częsć artykułu poniżej.
Megadeth, czyli pożegnalny koncert 
19 maja na Stadionie Śląskim zagra Metallica. Z kolei na Mystic Festival swoje największe hity zaprezentuje Megadeth, zespół założony w latach 80. przez Dave'a Mustaine'a, byłego gitarzystę twórców legendarnego "Kill'Em All".
Tym razem będzie to występ szczególny, gdyż grupa kończy działalność i obecnie gra trasę pożegnalną. Ostatnia szansa, by na żywo usłyszeć "Symphony of Destruction"? Szkoda byłoby przegapić taką okazję!

                    
                Black Label Society – gitarzysta Ozzy'ego w Polsce
Jedną z gwiazd festiwalu będzie też Black Label Society, formacja Zakka Wylde'a, gitarzysty, który przez lata współpracował z Ozzym Osbourne'm. Jego koncert to gratka dla fanów bardzo ciężkiego rocka, porywających solówek i utworów, które nierzadko brzmią jak hołd oddawany Black Sabbath. 

                    
                Behemoth, czyli diabeł z jasełek znowu oburza
Trzecią gwiazdą festiwalu będzie polski Behemoth. Tak, wiemy, że dla wielu to tylko zespół byłego chłopaka niejakiej Dody. W praktyce to jednak metalowa potęga, która od dekad gra trasy po całym świecie, a swoimi albumami rzuca na kolana krytyków.
Jeżeli z wizerunku grupy zedrze się jasełkowe popisy Nergala, otrzymujemy naprawdę ciekawą – choć przeznaczoną dla koneserów – muzykę: pełną blastów (przerabialiśmy już ten termin), niskich growli (także) i ukrytych w tej nawałnicy melodii.

                    
                Na Mystic Festival 2026 nie patrz tylko w gwiazdy
Nie jest jednak tak, że na Mystic Festival warto udać się tylko ze względu na koncerty gwiazd. Festiwale to także (a może przede wszystkim) okazja do poznania mniej znanych artystów.
Na tegorocznej edycji gdańskiego festiwalu warto będzie z pewnością zobaczyć występy: A.A. Williams (to jedna z najoryginalniejszych wokalistek ostatnich lat), Blood Incantation (łączą muzykę a la Pink Floyd z death metalem), pochodzącego z Indii zespołu Bloodywood czy Mastodona.
Koneserów bardziej ciężkostrawnych dźwięków organizatorzy zapraszają na koncerty szwedzkiego Marduka (to już coś dla ludzi o bardzo mocnych nerwach), szaleńców z Today is the Day (to także nie oferta dla wymoczków) czy grających techniczny, połamany thrash metal Szwajcarów z Coroner.
Nie można zapomnieć o hałasujących jazzmanach z Ciśnienia – wciąż zdecydowanie za mało znanej polskiej formacji freejazzowej – czy grupy Shining, z której Norwedzy łączą metal z jazzem.

                    
                Szukających w muzyce eksperymentów i specyficznego nastroju zaintryguje z kolei Gaahls Wyrd. A gratką dla fanów lat 90. będzie występ Cavalera, grupy Maxa i Igora Cavalerów, którzy przed laty stali na czele Sepultury: tym razem wykonają na żywo cały album tego zespołu "Chaos A.D.". W nostalgię wprowadzi was zapewne też Death to All, formacja byłych muzyków grupy Death.
Bilety na Mystic Festival są jeszcze dostępne. Śpieszcie się jednak z zakupami, gdyż ponoć rozchodzą się jak ciepłe pączki – oczywiście z metalowym nadzieniem. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/27eec0e8585fc6bbdd52a1325e99b28a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/27eec0e8585fc6bbdd52a1325e99b28a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mystic Festival już niedługo</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647794,ukryta-perelka-kryminalna-na-netfliksie-szalony-serial-ale-wciaga-jak-zly</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647794,ukryta-perelka-kryminalna-na-netfliksie-szalony-serial-ale-wciaga-jak-zly</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 10:08:02 +0200</pubDate><title>Ukryta perełka kryminalna na Netfliksie. Szalony serial, ale wciąga jak zły</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cd61ee12e097efe7e7237cfd3060a53d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />To samo ciało – z tą samą raną postrzałową i w tej samej pozie – zostaje znalezione przez czterech różnych detektywów w odstępie... 163 lat. Dziwne? I to jak. "Ciała" to jeden z najbardziej ambitnych i niedocenianych seriali ostatnich lat, który wciąga w mroczną intrygę kryminalną w sosie sci-fi i nie puszcza aż do ostatniej minuty. Jeśli szukacie czegoś świeżego na Netfliksie, ten tytuł jest pozycją obowiązkową.

Brytyjski miniserial "Ciała" ("Bodies") z 2023 roku jest oparty na powieści graficznej Si Spencera i jest szalonym gatunkowym miksem, który łączy w sobie klasyczny kryminał, dramat historyczny, thriller i science-fiction. A jednak to wszystko trzyma się kupy, a co najważniejsze niemiłosiernie wciąga.
O czym są "Ciała"? To nietypowy serial kryminalny, który dzieje się... w czterech epokach
Punkt wyjścia jest prosty, a jednocześnie dziwaczny. Akcja serialu toczy się równolegle w czterech różnych osiach czasowych. W 1890 roku, w czasach Kuby Rozpruwacza, na zwłoki trafia inspektor Hillinghead. W 1941 roku, podczas bombardowania Londynu przez Luftwaffe, to samo ciało znajduje skorumpowany detektyw Whiteman.
Przenosimy się do 2023 roku, gdzie sprawą zajmuje się ambitna policjantka Shahara Hasan, a na koniec lądujemy w postapokaliptycznym roku 2053, w którym światem rządzi enigmatyczny przywódca. Tam detektywka Iris Maplewood odkrywa... dokładnie te same zwłoki.

                    
                Jak to możliwe? To pytanie napędza całą fabułę. Śledczy z różnych epok zaczynają rozumieć, że ich sprawy są ze sobą nierozerwalnie połączone, a w centrum spisku stoi wpływowy lider polityczny Elias Mannix (genialny Stephen Graham), którego motto "Know You Are Loved" ("Wiedz, że jesteś kochany") nabiera z czasem przerażającego znaczenia.
Siłą brytyjskich produkcji od zawsze było aktorstwo i "Ciała" nie są tu wyjątkiem. Obsada została dobrana perfekcyjnie, a każda z epok ma swój unikalny klimat m.in. dzięki świetnym kreacjom. Stephen Graham, gwiazdor "Dojrzewania", nowego filmu Jana Komasy i "Peaky Blinders: Nieśmiertelnego", po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najwybitniejszych brytyjskich aktorów swojego pokolenia. 
Partnerują mu świetni aktorzy, m.in. Shira Haas ("Unorthodox") jako twarda detektywka z przyszłości, Kyle Soller ("Poldark") w roli wiktoriańskiego inspektora odkrywającego własną tożsamość oraz Jacob Fortune-Lloyd ("Gambit królowej") jako detektyw bez skrupułów z czasów II wojny światowej. 
Dalsza część artykułu poniżej.
"Ciała" są niedoceniane, ale mają naprawdę dobre oceny. W serwisie Rotten Tomatoes cieszą się solidnym wynikiem od krytyków (81 procent pozytywnych recenzji) i nieco niższym, bo 73-procentowym uznaniem ze strony widzów. Z kolei na polskim Filmwebie serial utrzymuje porządną notę 6,9/10. 
Mieszane opinie udowadniają jednak, że to nie jest serial dla każdego. "Ciała" – podobnie jak "Dark" – jest skomplikowane i wymaga od widza skupienia. To nie jest serial do "prasowania" – jeśli mrugniecie w złym momencie, możecie zgubić kluczowy element czasoprzestrzennej układanki. Niektórzy zarzucają mu zbyt dużą komplikację w finale, ale dla fanów teorii spiskowych i paradoksów czasowych, to prawdziwa uczta.
"Napędzany znakomitą rolą Stephena Grahama 'Bodies' splata swoje wielowątkowe, rozgrywające się w różnych liniach czasowych historie w jedną satysfakcjonującą całość idealną do binge-watchingu" – brzmi konsensus na Rotten Tomatoes.
Gdzie obejrzeć "Ciała"?
Jeśli macie dość typowych kryminałów, jesteście fanami serialu "Dark" (a przynajmniej nie gardzicie science-fiction) i lubicie szalone fabuły, to "Ciała" są dla was. Cały 8-odcinkowy miniserial obejrzycie na Netfliksie. Przygotujcie się na długi wieczór, bo od tego serialu trudno się oderwać. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cd61ee12e097efe7e7237cfd3060a53d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cd61ee12e097efe7e7237cfd3060a53d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Ciała&quot; to bardzo nietypowy serial Netflixa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647764,schody-to-klasyk-true-crime-historia-smierci-ktora-wciaz-nie-daje-spokoju</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647764,schody-to-klasyk-true-crime-historia-smierci-ktora-wciaz-nie-daje-spokoju</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 08:44:01 +0200</pubDate><title>&quot;Schody&quot; to klasyk true crime. Historia śmierci, która wciąż nie daje spokoju</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8641c68d6f00a0537284c42623fc39c9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Szanowany pisarz dzwoni na numer alarmowy i w panice krzyczy, że jego żona spadła ze schodów. Kiedy przyjeżdża policja, zastaje dom cały we krwi, a wersja o "zwykłym upadku" przestaje trzymać się kupy z każdą minutą. "Schody" to dokumentalny majstersztyk o procesie, który ciągnął się przez 16 lat i do dziś dzieli opinię publiczną. Sprawa Michaela Petersona i śmierci Kathleen Peterson pokazuje, że prawda potrafi być dziwniejsza niż fikcja.

Wszystko zaczęło się w grudniu 2001 roku w Durham w Karolinie Północnej w USA. Michael Peterson, wzięty autor powieści wojennych i lokalny polityk, twierdził, że spędził miły wieczór z żoną Kathleen przy basenie. Gdy ona poszła do domu, on został na zewnątrz, a kiedy wrócił, znalazł ją nieżywą na klatce schodowej.
Problem polegał na tym, że sekcja zwłok wykazała liczne rany szarpane głowy, które zdaniem biegłych nie mogły powstać w wyniku zwykłego potknięcia. Prokuratura szybko postawiła tezę: Michael jest mordercą – zatłukł żonę tępym narzędziem (podejrzewano pogrzebacz do kominka), a potem upozorował wypadek. 
I tu zaczyna się jazda bez trzymanki, bo – podczas rozpoczętego w 2003 roku procesu – obrona Petersona wytoczyła działa, jakich sala sądowa dawno nie widziała.

                    
                "Schody" to dokument true crime o pisarzu oskarżonym o zabójstwo żony
To, co czyni "Schody" z 2004 roku tak genialnym dokumentem, to bezprecedensowy dostęp, jaki ekipa filmowa miała do Michaela, jego rodziny i prawników. Dzięki temu poznajemy pisarza z bliska – inteligentnego, charyzmatycznego, ale nieczywistego i budzącego instynktowną nieufność. Obserwujemy, jak krok po kroku budowana jest linia obrony, a jednocześnie odkrywamy fakty, które rzucają na niego bardzo niekorzystne światło i niszczą jego bliskich. 
Najpierw na jaw wyszło, że Michael romansował z mężczyznami, o czym Kathleen Peterson podobno wiedziała (choć prokuratura twierdziła inaczej, widząc w tym motyw zbrodni). Ale prawdziwa bomba wybuchła, gdy odkryto, że... kilkanaście lat wcześniej w Niemczech inna bliska przyjaciółka Michaela również została znaleziona martwa u podnóża schodów. 
Dalsza część artykułu poniżej.
To nie koniec dziwactw, bo pojawia się "teoria sowy". Choć brzmi to jak żart, pod koniec procesu pojawiła się hipoteza, że za śmierć Kathleen odpowiada... drapieżny ptak, który zaatakował ją przed domem, wplątał się w jej włosy i spowodował rany, które doprowadziły do wykrwawienia na schodach. Ornitolodzy twierdzą, że to jedyna wersja, która wyjaśnia brak uszkodzeń czaszki przy tak dużej ilości krwi.
Dokument "Schody" w reżyserii Jeana-Xaviera de Lestrade'a składa się z trzynastu odcinków, które śledzą trwający 16 lat proces Michaela Petersona – pełen zwrotów akcji i kontrowersji. Twórcy podzielili całość na trzy części. Odcinki 1–8 to oryginalny materiał z 2004 roku, skupiający się na pierwszym procesie Michaela Petersona, a odcinki 9–10 to dwa dodatkowe epizody z 2013 roku, dokumentujące nowe dowody. Część 3 (odcinki 11–13) to finał wyprodukowany przez Netflixa w 2018 roku, który pokazuje ostateczne zakończenie sprawy.
Gdzie obejrzeć dokument "Schody"?
Dokument "Schody" znajdziecie na Netfliksie. Na HBO Max znajdziecie też fabularną wersję tej historii z Colinem Firthem i Toni Collette, ale lepiej najpierw obejrzeć serial z prawdziwym Michaelem Petersonem. To pozycja obowiązkowa dla fanów true crime, którzy lubią analizować dowody i bawić się w detektywów.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8641c68d6f00a0537284c42623fc39c9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8641c68d6f00a0537284c42623fc39c9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Srpawa Michaela Petersona do dziś dzieli opinię publiczną</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647467,ai-wybralo-najbardziej-niedoceniona-animacje-disneya-ma-100-procent-racji</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647467,ai-wybralo-najbardziej-niedoceniona-animacje-disneya-ma-100-procent-racji</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 07:05:01 +0200</pubDate><title>AI wybrało najbardziej niedocenioną animację Disneya. Ma 100 procent racji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9efdc2a4a537fe814a9df4bc340c57c6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Disney od lat tworzy animacje, które zdobywają serca widzów na całym świecie, ale w jego dorobku nie brakuje też filmów skandalicznie niedocenionych. Spytaliśmy AI, która z nich najbardziej zasługuje na ponowne odkrycie – odpowiedź była zaskakująco trafna. To naprawdę świetny film.

Disney od lat tworzy animacje, które stają się światowymi hitami – od "Króla Lwa", przez "Krainę lodu" (popularną w parkach rozrywki), po "Zwierzogród". Jednak w imponującej filmografii amerykańskiego studia zdarzają się produkcje, które, mimo wysokiej jakości i świetnej historii, nie zdobyły takiego uznania ani uwagi widzów, na jakie zasługiwały.
Najbardziej niedoceniony film Disneya według AI.  "Atlantyda. Zaginiony ląd" zasługiwała na więcej
Według AI tytuł najbardziej niedocenionej animacji Disneya należy do "Atlantydy. Zaginionego lądu" z 2001 roku. To przygodowa opowieść o młodym eksploratorze Milo Thatchu, który wyrusza w niebezpieczną ekspedycję, aby odkryć zaginioną cywilizację Atlantydy. 
"Flm wyróżnia się nietypowym stylem wizualnym, dynamiczną animacją i ciekawym światem pełnym detali, które nadają historii unikalny charakter. Niestety, przy premierze "Atlantydy" wielu widzów i krytyków nie doceniło jej nowatorskiego podejścia do klasycznej formuły Disneya, przez co film nie osiągnął popularności porównywalnej z innymi produkcjami studia" – argumentuje ChatGPT.
Sztuczna inteligencja zwraca również uwagę na "wątki przyjaźni, odwagi i poznawania odmiennych kultur, które nadają filmowi głębię i ponadczasowy wydźwięk". "Bohaterowie są wyraźnie nakreśleni, dialogi inteligentnie napisane, a tempo opowieści – mimo wielu przygód – pozwala na budowanie więzi z postaciami. To produkcja, która zdecydowanie zasługuje na większą uwagę i uznanie w historii animacji Disneya" – dodaje AI o filmie "Atlantyda" i trudno się nie zgodzić. To do dziś znakomity film.
Te filmy animowane Disneya też nie zostały docenione
ChatGPT wyróżnił też trzy inne niedoceniane filmy Disneya, które zasługiwały na więcej. "Planeta skarbów" z 2002 roku to futurystyczna adaptacja "Wyspy Skarbów" Roberta Louisa Stevensona, która łączy klasyczną opowieść przygodową z innowacyjną (jak na tamte czasy) animacją komputerową. AI podkreśla, że film zyskał wciąż wiernych fanów dzięki bogatemu światu i emocjonalnej historii, mimo że przy premierze spotkał się z umiarkowanym zainteresowaniem widzów.
Kolejnym wyróżnionym tytułem są "Nowe szaty króla" z 2000 roku o aroganckim władcy Kuzco, który zostaje zamieniony w lamę. "Film wyróżnia się lekkim, komediowym tonem i genialnymi postaciami. Jest mistrzowską mieszanką humoru i przygody, a jego subtelna satyra oraz zaskakujące zwroty akcji sprawiają, że produkcja zyskuje na wartości przy każdym kolejnym seansie – mimo początkowo chłodnego przyjęcia" – ocenia AI.
Dalsza część artykułu poniżej.
Trzecim tytułem w zestawieniu niedocenianych animacji jest zupełnie już zapomniany "Taran i magiczny kocioł" z 1985 roku. Opowiada histotię młodego pomocnika świniopasa, który wmusi powstrzymać złowrogiego króla przed zdobyciem magicznego kotła zdolnego wskrzeszać armię nieumarłych.
Jak zauważa ChatGPT, to jeden z najmroczniejszych filmów Disneya, który w momencie premiery był uważany za zbyt straszny dla młodszej publiczności. "Produkcja wyróżnia się odważnym podejściem do fantastyki, klimatyczną muzyką i niezwykłą atmosferą, która sprawia, że warto ją obejrzeć ponownie, zwłaszcza w kontekście rozwoju animacji i eksperymentów twórczych studia" – czytamy w uzasadnieniu.
"'Atlantyda. Zaginiony ląd' oraz pozostałe wyróżnione tytuły pokazują, że w dorobku studia Disneya kryje się wiele perełek, które wciąż czekają na odkrycie przez kolejne pokolenia widzów" – podsumowuje sztuczna inteligencja. A jakie są najlepsze animacje Disneya według widzów? Znajdziecie je w naszym rankingu. Tutaj również AI wskazało swój typ.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9efdc2a4a537fe814a9df4bc340c57c6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9efdc2a4a537fe814a9df4bc340c57c6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">AI wskazalo najbardziej niedocenianą animację</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647209,mroczny-kryminal-z-hugh-jackmanem-to-perla-gatunku-trzyma-za-gardlo-do-samego-konca</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647209,mroczny-kryminal-z-hugh-jackmanem-to-perla-gatunku-trzyma-za-gardlo-do-samego-konca</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 22:40:02 +0200</pubDate><title>Mroczny kryminał z Hugh Jackmanem to perła gatunku. Trzyma za gardło do samego końca</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/009f02168cbf085660bb050d3b6ca321,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal w mrocznej historii, która nie daje o sobie zapomnieć. Jeśli szukacie kina, które chwyta za gardło od pierwszej minuty i nie puszcza jeszcze długo po napisach końcowych, sięgnijcie po "Labirynt". Za kamerą stanął sam Denis Villeneuve, twórca "Diuny". Przygotujcie się na mocny seans.

Denis Villeneuve jest dziś marką samą w sobie. Reżyser nadchodzącego "Jamesa Bonda", który obecnie domyka prace nad finałem swojej monumentalnej trylogii "Diuna" – przypomnijmy, że jeszcze w tym roku czeka nas premiera "Diuny: Części trzeciej" – zawsze słynął z dbałości o stronę wizualną i gęstą atmosferę.
Jednak zanim Kanadyjczyk stał się wizjonerem odpowiedzialnym za wskrzeszenie gatunku sci-fi takimi dziełami jak "Nowy początek" czy "Blade Runner 2049", musiał udowodnić Hollywood, że potrafi operować emocjami w skali mikro. Właśnie to zrobił w 2013 roku, debiutując swoim pierwszym anglojęzycznym filmem "Labirynt" (oryg. "Prisoners").
"Labirynt" Denisa Villeneuve'a to kryminał i thriller w jednym
Punkt wyjścia kryminalnego thrillera jest klasyczny: podczas obiadu z okazji Święta Dziękczynienia znikają dwie małe dziewczynki. Policja szybko zatrzymuje podejrzanego, ale z braku dowodów musi go wypuścić. W tym momencie film skręca w stronę thrillera psychologicznego, a widz z rosnącym przerażeniem obserwuje działania zdesperowanego ojca, który bierze sprawy w swoje ręce i wyrzuca moralność za okno.

                    
                "Labirynt" nie oszczędza widza, a Villeneuve po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem portretowania ludzi w sytuacjach granicznych. To mroczny, ciężki i brutalny film, który zmierza ku niepokojącemu, niejednoznacznemu finałowi. Zakończenie nie przynosi prostego ukojenia – zostawia widza z pytaniami bez łatwych odpowiedzi i obrazami, które długo pozostają pod powiekami.
Miłośnicy wartkiej akcji mogą poczuć niedosyt, bo "Labirynt" nie jest "szybkim" filmem – ale to właśnie w powolnym rytmie i gęstej atmosferze tkwi jego siła. Villeneuve nie stosuje tanich chwytów. Buduje napięcie poprzez ciszę, deszczowy krajobraz Pensylwanii (fenomenalne zdjęcia nominowanego do Oscara Rogera Deakinsa) oraz narastające poczucie, że z tytułowego labiryntu nie ma ucieczki. Będziecie siedzieć na krawędzi fotela do samego końca. 
Dalsza część artykułu poniżej.
"Labirynt" to aktorska uczta. Nie tylko Jugh Jackman, Jake Gyllenhaal i Viola Davis
Sukces filmu Villeneuva opiera się też na genialnym zespole aktorskim. Hugh Jackman wciela się w postać Kellera Dovera – wspomnianego ojca porwanej córki. Australijski aktor i filmowy Wolverine porzuca tu swój wizerunek superbohatera – jego bohater to człowiek rozdzierany przez bezsilność, który w imię miłości do dziecka decyduje się na przerażające czyny.
Po drugiej stronie mamy detektywa Lokiego, granego przez Jake'a Gyllenhaala. To jedna z najciekawszych ról w jego karierze – postać obsesyjnie metodyczna, której tik nerwowy i zmęczenie w oczach mówią więcej niż dialogi. Drugi plan to aktorska ekstraklasa: laureatka Oscara Viola Davis i Terrence Howard jako druga para zrozpaczonych rodziców, Maria Bello w roli załamanej matki oraz hipnotyzujący Paul Dano, grający głównego podejrzanego.
Film cieszy się niesłabnącym uznaniem zarówno recenzentów, jak i publiczności. W serwisie Rotten Tomatoes "Labirynt" ma aż 81 procent pozytywnych recenzji od krytyków oraz aż 87 procent od widzów. "'Labirynt' wyróżnia się emocjonalną złożonością i narastającym poczuciem grozy, które sprawiają, że ogląda się go z zapartym tchem – choć bywa to doświadczenie niepokojące" – brzmi oficjalny konsensus. Z kolei na polskim Filmwebie thriller ma wysoką ocenę 7,9/10.
Gdzie obejrzeć "Labirynt"?
"Labirynt" obejrzycie w cenie abonamentu na CDA Premium, ale (za opłatą) wypożyczycie go również w innych serwisach streamingowych, m.in. na Prime Video, Playerze, TVP VOD, Polsat BOX GO i Rakuten.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/009f02168cbf085660bb050d3b6ca321,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/009f02168cbf085660bb050d3b6ca321,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Labirynt&quot; to pierwszy anglojęzyczny film twórcy &quot;Diuny&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647836,wpadka-w-familiadzie-rozbroila-strasburgera-az-wybuchnal-smiechem</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647836,wpadka-w-familiadzie-rozbroila-strasburgera-az-wybuchnal-smiechem</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 22:06:02 +0200</pubDate><title>Wpadka w &quot;Familiadzie&quot; rozbroiła Strasburgera. Aż wybuchnął śmiechem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f42ceaeaa821aaa99d7a44701019fc5d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy w ostatnim odcinku "Familiady" padło pytanie o przysłowia z muchą, nikt nie spodziewał się takiej kreatywności. Nowe wersje znanych powiedzeń błyskawicznie stały się hitem i rozbawiły prowadzącego teleturniej Karola Strasburgera.

"Familiada" to dla wielu Polaków stały punkt weekendu, ceniony za specyficzną atmosferę i legendarne już wprowadzenia Karola Strasburgera. Choć prowadzący zazwyczaj sam serwuje przygotowane wcześniej żarty, w sobotnim odcinku to uczestnicy skradli show. Udowodnili tym samym, że pod presją czasu i kamer język potrafi spłatać figla, a najprostsze skojarzenia prowadzą do komediowych finałów.
Rozbrajające odpowiedzi uczestników "Familiady"
W sobotnim odcinku o wejście do finału walczyły drużyny "Podróżników" oraz "Stylu sportowego". Prawdziwa fala humoru ruszyła, gdy na tablicy pojawiło się pytanie o "przysłowie lub powiedzenie z muchą". Jako pierwsi z wyzwaniem mierzyli się reprezentanci "Stylu sportowego", jednak ich propozycje kompletnie rozminęły się z odpowiedziami ankietowanych. Jeden z zawodników z pełnym przekonaniem zaproponował hasło "mucha na lepy", co wywołało u Karola Strasburgera głośny wybuch śmiechu i komentarz: "To jest dobre!". Atmosfera rozluźniła się jeszcze bardziej, gdy po chwili padła kolejna abstrakcyjna odpowiedź – "jak mucha do krowy".
Te pomyłki bez skrupułów wykorzystali "Podróżnicy". Uczestniczka z tej drużyny wskazała najbardziej oczywiste hasło "mucha nie siada", które było warte aż 38 punktów i okazało się najwyżej punktowanym polem na tablicy. Zespół dołożył do tego jeszcze "mieć muchy w nosie" (29 pkt), co pozwoliło im pewnie awansować do finału z dorobkiem 451 punktów. Po zakończeniu rundy tablica odsłoniła też brakujące hasło, którego nie odgadł nikt, czyli "ruszać się jak mucha w smole" za 17 punktów.
"Mamy hit" w mediach społecznościowych
Niecodzienne interpretacje polskich przysłów szybko opuściły mury studia TVP i zaczęły żyć własnym życiem w sieci. Nawet oficjalny profil "Familiady" na Facebooku postanowił uwiecznić ten moment, publikując nagranie z tej wpadki. Post opatrzony hasłem "Mamy hit przed samymi Świętami! Co za odpowiedzi w Familiadzie!" stał się okazją do licznych komentarzy fanów, którzy docenili humorystyczny akcent i sami zaczęli proponować własne interpretacje przysłów ze słowem "mucha". Takie sytuacje pokazują, że mimo wieloletniej obecności na antenie, program wciąż potrafi wygenerować momenty, które łączą pokolenia przed telewizorami i stają się memami.
Bogata historia zabawnych wpadek
To nie pierwszy raz, kiedy odpowiedzi w "Familiadzie" wywołują szczere rozbawienie, o czym niejednokrotnie informowaliśmy na łamach naTemat. Wpadki uczestników teleturnieju to już niemal stały element programu, budujący jego kultowy status.
Starsi widzowie z pewnością pamiętają rundę o "wymarłych gatunkach zwierząt", w której jeden z graczy bez wahania wskazał na "yeti". Podobnie głośnym echem odbiło się poszukiwanie europejskiego miasta na literę "D", które dla jednej z uczestniczek okazało się być Danią. Do kanonu zabawnych odpowiedzi weszła również "teściowa" jako odpowiedź na pytanie o to, "kto lub co ryczy", czy przekonanie, że najmniej przydatnym przedmiotem szkolnym jest... "kanapka". Sobotni incydent z muchami idealnie wpisuje się w tę długą tradycję językowych pomyłek, które czynią ten teleturniej wyjątkowym.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f42ceaeaa821aaa99d7a44701019fc5d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f42ceaeaa821aaa99d7a44701019fc5d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Uczestnicy &quot;Familiady&quot; wymyślili całkowicie nowe przysłowia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647443,3-swietne-anime-ktore-kryja-sie-w-streamingu-bedzie-placz-ale-nie-pozalujecie</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647443,3-swietne-anime-ktore-kryja-sie-w-streamingu-bedzie-placz-ale-nie-pozalujecie</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 21:16:01 +0200</pubDate><title>3 świetne anime, które kryją się w streamingu. Będzie płacz, ale nie pożałujecie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/bf35b5f1a726ca42b83f570c8be10880,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Seriale anime bez większego problemu znajdziemy dziś w streamingu. Choć są rysunkowe, a ich kreska niektórych do siebie nie przekonuje, warto dać im szansę. Wybraliśmy trzy tytuły, które zachwycają swoją narracją i wciągają bez reszty. Zaczynamy od nagrodzonej adaptacji mangi "Frieren. U kresu drogi".

Seriale anime nie kończą się na "Attack on Titan", "Jujutsu Kaisen", "Naturo" czy "One Piece'ie". W ofertach serwisów streamingowych natkniecie się na nowe tytuły – jedne są bardzo znane, a inne wyjątkowo niedocenione. Postanowiliśmy wybrać te animacje, od których aż łezka kręci się w oku.
3 rewelacyjne seriale anime w streamingu [LISTA]
Trzy seriale anime, które wylosowaliśmy, znajdziecie albo na Prime Video, albo na Netflixie. Są zatem na wyciągnięcie ręki. Oto co polecamy:
1. Frieren. U kresu drogi
Wyobraźcie sobie drużynę rodem z gry "Dungeons & Dragons", która najpierw podróżuje po świecie, walcząc ze złem i poszukując skarbów, aby na koniec przejść na spokojną emeryturę, zająć się sprawami prozaicznymi. Frieren jest elfką, która ze względu na swoją nieśmiertelność odczuwa upływ czasu inaczej od reszty swoich towarzyszy. Po tym, jak głowa jej cichej miłości, Himmela, pokrywa się bielą, czarodziejka przygarnia sierotę imieniem Fren i zaczyna uczyć się cieszyć ulotnymi chwilami.
Serial "Frieren. U kresu drogi" na podstawie mangi napisanej przez Kanehito Yamadę i zilustrowanej przez Tsukasę Abe jest historią o godzeniu się ze śmiercią; o chwytaniu kruchego życia i pielęgnowaniu wspomnień, które zadają tyle samo bólu, ile dają pocieszenia.
Piękna warstwa wizualna w połączeniu z czułą i angażującą narracją, a także znakomitą muzyką Evana Calla, która – gdy tylko prosi się o to fabuła – trafia w czuły punkt, czynią z 28-odcinkowego anime niezapomniane doświadczenie. Kiedy na małym ekranie zagoszczą napisy końcowe, tęsknota za "Frieren" będzie gwarantowana.
Gdzie obejrzeć? Crunchyroll (w ramach subskrypcji na Prime Video)

2. Lato, kiedy umarł Hikaru
Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że "Lato, kiedy umarł Hikaru" jest arcydziełem. Świerszcze śpiewają w wysokiej trawie, słońce dopiero wyjrzało zza horyzontu, wiatr cicho kołysze sitowie. Takiego dnia Yoshiki uświadamia sobie, że jego najlepszy przyjaciel Hikaru nie żyje. Zastąpiła go nadprzyrodzona istota z gór; pasożyt, którego z żywicielem łączy jedynie wygląd i pojedyncze wspomnienia. Chłopak właśnie siedzi obok sobowtóra na ławce przed sklepem. – Ty nie jesteś Hikaru, co nie? – pada nagle z ust bohatera.
Anime przenosi na mały ekran mangę Mokumokuren, snując opowieść o dwóch nastolatkach, którzy przed śmiercią jednego z nich nie zdążyli powiedzieć sobie tego, co leżało im na sercu. Serial subtelnie zszywa motyw zinternalizowanej homofobii i żałoby z elementami japońskiego horroru ludowego i halucynogennymi obrazami.
Groza służy tutaj jako istotny element narracji – kontrastuje z krajobrazami otoczonej górami mieściny, w której rzadko dzieje się coś nadzwyczajnego, oraz personifikuje wewnętrzny strach Yoshikiego. Całość ogląda się z nieposkromioną ciekawością.
Gdzie obejrzeć? Netflix

3. Cyberpunk: Edgerunners
Zanim Johnny Silverhead wkradł się do głowy V, protagonisty gry Cyberpunk 2077, w mieście Night City swoją legendę budował David Martinez: sierota, która po śmierci matki podłączyła do swojego ciała cybernetyczny – przeznaczony do wojskowych celów – wszczep Sandevistan i dołączyła do grupy igrających z korporacjami najemników. Nastolatkowi wpadła w oko Lucy, utalentowana polsko-japońska netrunnerka, która wkręciła go w wyjęte spod prawa towarzystwo.
"Cyberpunk: Edgerunners" stworzone przez studio Trigger ma wartką akcję, dynamiczny montaż i kadry, które na długo zostaną w pamięci widzów. Scenariusz bawi się motywem "od zera do bohatera", nakładając na niego filtr typowy dla twórczości Mike'a Pondsmitha, twórcy gry RPG "Cyberpunk". Serial jest otwarty na widzów niezaznajomionych z grą CD Projekt Red, ale uwaga: wiele osób przekonał do sięgnięcia po pad i zanurzenia się w cyber-dystopii.
Po seansie "Cyberpunk: Edgerunners" nie da się słuchać piosenki "I Really Want to Stay at Your House" Rosy Walton bez wzruszenia. Tylko ostrzegam.
Gdzie obejrzeć? Netflix


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/bf35b5f1a726ca42b83f570c8be10880,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/bf35b5f1a726ca42b83f570c8be10880,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wybraliśmy 3 świetne seriale anime, które znajdziecie w streamingu. Nie tylko &quot;Lato, kiedy umarł Hikaru&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647489,8-koncertow-na-pge-narodowym-ktore-rozpala-warszawe-w-2026-roku-nie-tylko-rock</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647489,8-koncertow-na-pge-narodowym-ktore-rozpala-warszawe-w-2026-roku-nie-tylko-rock</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 19:48:01 +0200</pubDate><title>8 koncertów na PGE Narodowym, które rozpalą Warszawę w 2026 roku. Nie tylko rock</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f57377f5a1b6303759335be76ea45f43,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />PGE Narodowy w 2026 roku ponownie stanie się centrum europejskich tras koncertowych. Nadchodzący sezon zapowiada się wyjątkowo intensywnie, łącząc występy ikon rocka, światowych gwiazd popu oraz najpopularniejszych polskich artystów. Oto najważniejsze wydarzenia na warszawskim stadionie w nadchodzących miesiącach.

PGE Narodowy w Warszawie, nazywany często po prostu Stadionem Narodowym, został oddany do użytku w 2012 roku z okazji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej i szybko ewoluował z obiektu sportowego w najważniejszą arenę widowiskową w Polsce. 
Przez lata na jego płycie występowały takie muzyczne potęgi jak The Rolling Stones, Metallica, Beyoncé, Madonna, Paul McCartney, Taylor Swift czy Depeche Mode. Rekordy frekwencyjne regularnie śrubują tu również polscy artyści, jak Sanah, Dawid Podsiadło czy Taco Hemingway.
Koncerty na PGE Narodowym w 2026 roku. Nie tylko Dawid Podsiadło i Foo Fighters
Sprawdzamy, jak wyglądają muzyczne plany warszawskiego PGE Narodowego w 2026 roku. Pamiętajcie jednak, że daty mogą ulec zmianie, a lista artystów może zostać rozszerzona.
1. Mata, 15–16 maja
Sezon stadionowy otworzy Mata. Polski raper zdecydował się na podwójne uderzenie na Narodowym w ramach... dwóch różnych wydarzeń. 15 maja artysta zaprezentuje show pod szyldem "THE BEST OF". Fani usłyszą przekrój hitów Maty od przełomowego albumu "100 dni do matury" po "Serce (]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f57377f5a1b6303759335be76ea45f43,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f57377f5a1b6303759335be76ea45f43,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W 2026 roku Warszawę odwiedzi m.in. zespół Foo Fighters</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647179,gwiazdor-wladcy-pierscieni-mial-zycie-jak-film-ostatnie-godziny-spedzil-w-srodziemiu</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647179,gwiazdor-wladcy-pierscieni-mial-zycie-jak-film-ostatnie-godziny-spedzil-w-srodziemiu</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 18:26:01 +0200</pubDate><title>Gwiazdor &quot;Władcy Pierścieni&quot; miał życie jak film. Ostatnie godziny spędził w Śródziemiu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/19ef14cdc7bcd6dc23b4a183e6a6898a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Christopher Lee był jedynym członkiem filmowej trylogii "Władca Pierścieni", który miał przyjemność poznać osobiście J.R.R. Tolkiena. Brytyjski aktor marzył o zagraniu Gandalfa, a legenda głosi, że autor dał mu w tej roli swoje błogosławieństwo. Odtwórca Sarumana ubóstwiał Śródziemie do tego stopnia, że ostatnie godziny swojego życia spędził na oglądaniu dzieł Petera Jacksona.

Trylogia "Władca Pierścieni" Petera Jacksona ("Martwica mózgu") jest absolutnym arcydziełem kinematografii, któremu współcześnie skalą i widowiskowością dorównuje jedynie "Diuna" Denisa Villeneuve'a ("Blade Runner 2049"). Filmy nowozelandzkiego reżysera wyprzedzały swoje czasy, dając przyszłym twórcom kina możliwości, o jakich nie śniło się George'owi Lucasowi podczas kręcenia oryginalnych "Gwiezdnych wojen" w latach 70. i 80. XX wieku.
Historia Frodo Bagginsa, który wyruszył w podróż do Mordoru, by zniszczyć Jedyny Pierścień i udowodnić, że "nawet najmniejsza osoba może zmienić bieg przyszłości", mogła pochwalić się m.in. znakomitymi efektami – zarówno praktycznymi, jak i specjalnymi – cudowną muzyką skomponowaną przez Howarda Shore'a i świetną obsadą, w której znaleźli się m.in. Elijah Wood ("Yellowjackets"), Ian McKellen ("Pan Holmes") i Viggo Mortensen ("Captain Fantastic").
Jedną z niezapomnianych ról odegrał w trylogii Christopher Lee. Brytyjski aktor, który w trakcie II wojny światowej służył w brytyjskim wywiadzie, powołał do życia czarodzieja Sarumana Białego. Najpotężniejszy Istari i przywódca Białej Rady niegdyś opowiadał się po stronie dobra, lecz później – w wyniku ciągłego korzystania z Palantira – stał się nieświadomym sługą Saurona. Władał Isengardem i zginął z rąk Grímy Gadziego Języka (scena w wersji rozszerzonej "Powrotu Króla" różni się od tej z książki).
Christopher Lee był wielkim fanem "Władcy Pierścieni". Marzył o Gandalfie, skończył jako Saruman
Christophera Lee można śmiało nazwać jednym z największych i najbardziej oddanych fanów prozy J.R.R. Tolkiena. Co roku sięgał po "Władcę Pierścieni" i jako jedyny z obsady trylogii Jacksona osobiście poznał legendarnego fantastę. Do spotkania doszło w latach 50. w pubie The Eagle and Child w Oxfordzie. – Siedziałem tam, rozmawiając i pijąc piwo, aż ktoś powiedział: "O, patrzcie, kto wszedł". To był profesor Tolkien, a ja o mało nie spadłem z krzesła – wspominał w wywiadzie, cytowanym przez dziennik "The Independent".
Od dawna krąży pogłoska, że Tolkien miał sam wyznaczyć Lee do roli Gandalfa Szarego. Anegdotę tę – choć niesamowitą – należy jednak traktować w kategorii mitu. Aktor faktycznie pragnął, by powierzono mu rolę mądrego czarodzieja, który posyła niepozornego niziołka w niebezpieczną podróż do Ciemnego Kraju. Po tym, jak 10 razy (!!!) wcielił się w Drakulę, marzył o zagraniu kogoś dobrego i z początku nie rozumiał decyzji Jacksona, który obsadził go jako Sarumana.
Jackson wspominał w rozmowie z "Entertainment Weekly", że na planie zdjęciowym Lee zwrócił się do odtwórcy Gandalfa słowami: "Niezmiernie cieszę się, że zagram w filmie Iana McKellena". Jego kolega odpowiedział: "Ale nie tak jak ja – że zagram w filmie Christophera Lee".
Christopher Lee nawet przed śmiercią nie zapomniał o miłości do "Władcy Pierścieni"
Christoper Lee służył Peterowi Jacksonowi radą w trakcie nagrań do trylogii "Władcy Pierścieni" – nie tylko jako miłośnik Śródziemia, ale i weteran. Szerokim echem odbiła się sytuacja, w której aktor dał reżyserowi wykład, jak naprawdę brzmi człowiek dźgnięty nożem.
Legenda brytyjskiego kina do końca darzyła "Władcę Pierścieni" głębokim uczuciem. W dokumencie "Życie i śmierć Christophera Lee", który obejrzymy na Canal+, Juan Aneiros, mąż córki aktora, powiedział, że podczas pobytu w szpitalu Chelsea and Westminster odtwórca Sarumana Białego obejrzał jedną z emitowanych akurat w telewizji części trylogii.
– "Władca Pierścieni" leci w telewizji, więc obejrzymy go razem z pielęgniarkami. Wyjaśnię im, jak powstał ten film – miał powiedzieć tuż przed śmiercią. Christopher Lee zmarł w czerwcu 2015 roku w wieku 93 lat. Dzień po ostatnim seansie filmu, który znaczył dla niego tak wiele.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/19ef14cdc7bcd6dc23b4a183e6a6898a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/19ef14cdc7bcd6dc23b4a183e6a6898a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Christopher Lee zagrał w trylogii &quot;Władca Pierścieni&quot; Sarumana Białego, choć marzył o Gandalfie Szarym. Nawet przed śmiercią pamiętał o J.R.R. Tolkienie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647668,koncert-guns-n-roses-w-gliwicach-nadchodzi-bez-znajomosci-3-plyt-sie-nie-pojawiaj</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647668,koncert-guns-n-roses-w-gliwicach-nadchodzi-bez-znajomosci-3-plyt-sie-nie-pojawiaj</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 16:27:01 +0200</pubDate><title>Koncert Guns N&#039; Roses w Gliwicach nadchodzi. Bez znajomości 3 płyt się nie pojawiaj</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d07e2be635fb8d2fc93dd9fab6d484dd,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Aż dwa koncerty zagra w tym roku w Polsce grupa Guns N' Roses. Zespół ma za sobą parę dekad propagowania rocka, ale dość skromną dyskografię. Tym bardziej jednak zachęcamy was do przygotowania się do gliwickich występów i przypomnienia sobie najsłynniejszych hymnów spod znaku spluw i róż.

Już 4 i 6 czerwca w PreZero Arenie Gliwice zagrają słynni "Gunsi", czyli Guns N' Roses. Nie będą promować żadnej konkretnej płyty, więc fani mogą liczyć na setlistę złożoną z największych przebojów zespołu. 
Guns N' Roses, czyli witamy w dżungli
Na miejscu, w gliwickiej arenie, nie będzie chyba nikogo, kto nie znałby "Appetite for Destruction", legendarnego debiutu grupy z 1987 roku. I trudno się dziwić, bo to z tej płyty pochodzą nieśmiertelne "Welcome to the Jungle", "It’s So Easy, "Nightrain" czy megahity w postaci "Paradise City" oraz "Sweet Child O’ Mine". Nie potrafić zanucić melodii tego ostatniego kawałka to w pewnych środowiskach wstyd!
Cały album to lektura obowiązkowa dla kogoś, kto ma w szafie wytarte jeansy i koszulkę z różami, pistoletami oraz charakterystycznym logo grupy.

                    
                Użyj swojej wyobraźni!
Nadal pozostajemy w sferze "must listen". W latach 90. Guns N'Roses, napędzani wielkim sukcesem debiutu, uznali, że mogą wszystko. Grali więc monumentalne trasy koncertowe (jedną z Metalliką; niewiele brakowało, by dołączyła do nich Nirvana), a Axl Rose, niczym rasowa diwa, strzelał co wieczór focha i spóźniał się na koncerty o minimum godzinę. 
Przede wszystkim jednak Gunsi wpadli w twórczy trans. I tak narodziła się koncepcja wydania dwuczęściowego albumu. "Use your Illusion I" i "Use your Illusion II" to dowód na to, że muzycy mieli nie tylko wielkie ego, ale też sporą wyobraźnie muzyczną.
Dalsza część artykułu poniżej.
Historia rocka zna przykłady tego, jak gigantyczne ambicje twórców nagle się załamywały: wierzyli, że cokolwiek nie skomponują zostanie okrzyknięte mianem arcydzieła, a działo się inaczej. Szczególnie, gdy chodziło o wydawnictwa dwupłytowe, albo, jak w przypadku Gunsów, podzielone na dwie części.
Całe szczęście w tym wypadku mówimy o naprawdę udanych krążkach. Oczywiście, nie wszystko jest tu hymnem takim jak "November Rain", ale naprawdę trudno byłoby wskazać tu piosenki, które są słabe. W Gliwicach z pewnością usłyszymy sporą część tego materiału.
"Appetite for Destruction", "Use your Illusion I" i "Use your Illusion II" to żelazny kanon Gunsów. Na tym jednak dyskografia grupy się nie kończy.

                    
                Chińska demokracja, czyli lektura uzupełniająca
Niestety, w połowie lat 90. grupa właściwie się rozpadła. A dokładniej: został w niej tylko Axl Rose, który starał się dokonać cudu i kontynuować działalność bez gitarzysty Slasha i basisty Duffa. Efekt? No właśnie, tu pojawiają się schody.
Wydana w 2008 roku płyta "Chinese Democracy" to naprawdę interesujące wydawnictwo, przepełnione dobrymi riffami i potencjalnymi hitami. Fani przekreślili je jednak z powodu, że gitar nie nagrywał na nich Slash.
Zespół w obecnej inkarnacji, w której ponownie pojawili się członkowie pierwotnego składu (Slash i Duff), w czasie koncertów rzadko sięga po numery z tego okresu. Szkoda, choć to zdecydowanie zrozumiałe: z pewnością gitarzysta i basista nie lubią " Chinese...". Każdy szanujący się fan powinien jednak dać tej płycie szansę! 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d07e2be635fb8d2fc93dd9fab6d484dd,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d07e2be635fb8d2fc93dd9fab6d484dd,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Wkrótce koncerty Guns N&#039;Roses w Polsce. Te 3 płyty trzeba znać, by pojawić się na miejscu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647806,film-z-pedrem-pascalem-i-emma-stone-wlecial-na-vod-skrajnie-podzielil-widzow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647806,film-z-pedrem-pascalem-i-emma-stone-wlecial-na-vod-skrajnie-podzielil-widzow</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 13:42:01 +0200</pubDate><title>Film z Pedrem Pascalem i Emmą Stone wleciał na VOD. Skrajnie podzielił widzów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/81f35cd7049915e11527cc2fd642d66d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na SkyShowtime zadebiutował "Eddington", najnowszy film Ariego Astera, twórcy "Midsommar". W tym satyrycznym neo-westernie z gwiazdorską obsadą – na ekranie Pedro Pascal ściera się z Joaquinem Phoenixem – reżyser bierze na warsztat chaos pandemii, społeczne podziały i wszystko, co trawi współczesny świat. Jednak widzowie i krytycy nie są przekonani.

Ari Aster, twórca "Dziedzictwa. Hereditary" i "Midsommar", przyzwyczaił nas do kina, które straszy i wywołuje dyskomfort. Jednak "Eddington" to zupełnie inny projekt – amerykański reżyser nosił się z zamiarem jego realizacji przez ponad pięć lat, planując go nawet jako swój debiut. Ostatecznie film powstał dopiero po sukcesie "Bo się boi", a Aster zaktualizował scenariusz o wydarzenia, które zmieniły świat, w tym pandemię.
O czym jest "Eddington"? Pandemia, maski i walka o władzę
Akcja filmu z 2025 roku przenosi nas do fikcyjnego miasteczka Eddington w Nowym Meksyku latem, pięć lat wcześniej. Podczas gdy świat zmaga się z lockdownami, a USA wstrząsają protesty po śmierci George'a Floyda, w Eddington wybucha lokalna wojna domowa. Punktem zapalnym są wybory na burmistrza, w których ścierają się dwie skrajne wizje porządku. 
Z jednej strony jest szeryf Joe Cross – człowiek o twardych, konserwatywnych poglądach, który otwarcie sprzeciwia się restrykcjom sanitarnym i maskom. Jego przeciwnikiem jest urzędujący burmistrz Ted Garcia, reprezentujący bardziej ugodowe i systemowe podejście. To, co zaczyna się jako lokalna kampania wyborcza, szybko przeradza się w "polityczną rzeźnię", będącą bezlitosną satyrą na współczesną polaryzację społeczeństwa.

                    
                "Eddington" to gatunkowy miks – neo-western wymieszany z czarną komedią i thrillerem. Aster bierze na warsztat najgorętsze zjawiska ostatnich lat: teorię spiskowe, cancel culture, popularność influencerów oraz to, jak media społecznościowe wpłynęły na postrzeganie prawdy. Przy okazji bawi się konwencją westernu, gdzie zamiast pojedynków w samo południe mamy batalie o noszenie maseczek.
A filmie Ariego Astera błyszczy gwiazdorska obsada. Główną rolę szeryfa Joe Crossa gra zdobywca Oscara za "Jokera", Joaquin Phoenix. Jego ekranowym rywalem, burmistrzem Tedem Garcią, jest Pedro Pascal, gwiazdor "The Last of Us", "Fantastycznej Czwórki" i "The Mandalorian". 
W filmie zobaczymy również dwukrotną zdobywczynię Oscara (za "La La Land" i "Biedne istoty") Emmę Stone oraz nominowanego do Oscara za rolę "Elvisa" Austina Butlera, a także gwiazdora "Yellowstone" (i nieudanych "Marshals") Luke'a Grimesa. 
Czy warto obejrzeć "Eddingtona"? Opinie są podzielone
Film "Eddington" podzielił krytyków i widzów. W serwisie Rotten Tomatoes film uzyskał 69 procent pozytywnych recenzji oraz 66 pochlebnych opinii od widowni. Publika była jeszcze surowsza w CinemaScore – wystawiła produkcji ocenę C+. Na Filmwebie ma tylko 5,7/10 od polskich widzów, a opinie są skrajne: od "wielkiego filmu" po "chaos".
Dalsza część artykułu poniżej.
Owen Gleiberman z "Variety" chwalił odwagę reżysera, nazywając film "bezczelnie prowokacyjnym thrillerem w konwencji westernu" i podkreślając wielką formę Phoenixa. Z kolei Justin Chang z "The New Yorker" określił seans jako "mozolną przeprawę, choć z ambicjami
David Ehrlich z "IndieWire" zachwycał się tym, jak trafnie Aster uchwycił moment, w którym technologia odebrała ludziom zdolność do odróżniania prawdy od fałszu, pisząc, że film "obrazowo i w niepokojący sposób oddaje skalę tego, jak nasza cyfrowa przyszłość odarła ludzi z umiejętności definiowania własnej prawdy".
Z drugiej strony, krytyk Brian Tallerico z RogerEbert.com zauważył, że film został "zaprojektowany tak, by samemu stać się zarzewiem podziałów w 2025 roku". "W tym sensie, nawet jeśli go nienawidzicie, w pewien sposób spełnił on swoje zadanie" – stwierdził przekornie. Peter Howell z "Toronto Star" pisał z kolei: "To satyra bez śmiechu. Horror bez jump scare'ów. Western bez oczywistego czarnego charakteru".
Gdzie obejrzeć "Eddingtona"?
Film "Eddington", który wcześniej mogliśmy obejrzeć w kinie, jest dostępny w serwisie streamingowym SkyShowtime w ramach standardowego abonamentu. Można go też wypożyczyć za dodatkową opłatą w innych serwisach, m.in. Prime Video i Player.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/81f35cd7049915e11527cc2fd642d66d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/81f35cd7049915e11527cc2fd642d66d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Eddington&quot; to film z gwiazdorską obsadą</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647812,biografia-whitney-houston-poleci-w-tvn-przygotujcie-sie-na-glosne-spiewanie</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647812,biografia-whitney-houston-poleci-w-tvn-przygotujcie-sie-na-glosne-spiewanie</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 11:23:02 +0200</pubDate><title>Biografia Whitney Houston poleci w TVN. Przygotujcie się na głośne śpiewanie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5221e45fbdc8f30acdcf67ca982702ff,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wielkanocny wieczór na Polsacie upłynie pod znakiem jednego z najpotężniejszych głosów w historii muzyki pop. W niedzielę stacja wyemituje biograficzny film "Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody" z 2022 roku. To trwająca ponad dwie godziny podróż przez życie legendarnej artystki, która z chóru gospel trafiła na sam szczyt światowych list przebojów. Krytycy nie byli jednak zachwyceni.

Filmy biograficzne o ikonach sceny muzycznej przeżywają w ostatnich latach prawdziwy renesans. Po sukcesach takich tytułów jak "Bohemian Rhapsody" czy "Elvis" (a niedługo nadchodzi film o Michaelu Jacksonie"), twórcy postanowili zmierzyć się z kolejną legendą – Whitney Houston. 
Za scenariusz filmu z 2022 roku odpowiedzialny był Anthony McCarten, który ma na koncie wspomnianą historię Freddiego Mercury'ego, a za kamerą stanęła Kasi Lemmons, reżyserka "Harriet". Produkcja została też zautoryzowana przez rodzinę nieżyjącej już gwiazdy.
Film "Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody" to biografia legendarnej piosenkarki
"Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody" to klasyczna, przekrojowa biografia, która stara się uchwycić najważniejsze momenty z życia piosenkarki i prowadzi nas niemal za rękę przez kolejne etapy jej kariery. Zaczynamy w New Jersey, gdzie młoda Whitney śpiewa w kościelnym chórze pod czujnym okiem swojej matki, Cissy Houston. Kluczowym momentem jest spotkanie z legendarnym producentem Clive'em Davisem, który dostrzega w niej potencjał na gwiazdę światowego formatu.
Produkcja nie unika trudniejszych tematów, choć zdaniem większości krytyków traktuje je w sposób dość wyważony i bezpieczny. Zobaczymy więc skomplikowaną relację z ojcem, burzliwe małżeństwo z Bobbym Brownem oraz narastające problemy z uzależnieniem, które ostatecznie doprowadziły do tragicznego finału (w 2012 roku gwiazda utonęła w wannie po zażyciu kokainy).

                    
                Film kładzie jednak główny nacisk na muzykę i proces twórczy legendarnej Amerykanki – od wyboru hitów takich jak "How Will I Know", po pamiętne wykonanie hymnu USA na Super Bowl czy sukces filmu "Bodyguard". A to oznacza, że film jest dosłownie wypełniony największymi przebojami Whitney Houston.
Największym wyzwaniem dla twórców było znalezienie aktorki, która udźwignąłby ciężar roli tak charakterystycznej postaci. Wybór padł na Brytyjkę Naomi Ackie ("Mickey 17"). Aktorka wykonała tytaniczną pracę, naśladując gesty, sposób poruszania się i mimikę Houston. W warstwie wokalnej filmu słyszymy jednak głównie oryginalne nagrania Whitney, co było świadomą decyzją producentów.
Na drugim planie błyszczy Stanley Tucci "Diabeł ubiera się u Prady") jako Clive Davis, a w obsadzie znaleźli się również: Ashton Sanders (oscarowy "Moonlight"), Tamara Tunie ("Adwokat diabła"), Nafessa Williams ("Rywale") i Clarke Peters ("Prawo ulicy").
Dalsza część artykułu poniżej.
Biografia Whitney Houston nie zachwyciła krytyków, ale widzów owszem
Film "Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody" zebrał mieszane recenzje – większości krytyków się nie spodobał. Na Rotten Tomatoes ma tylko 44 procent pozytywnych opinii. "Kolejna biografia w stylu Wikipedii stworzona dla potomności – całkiem znośne 'I Wanna Dance with Somebody' sprawia, że czujesz się, jakbyś stał na scenie obok Whitney Houston, ale tak naprawdę nie dane ci było z nią zatańczyć" – brzmi konsensus w serwisie.
Krytycy chwalili rolę Ackie, ale wytykali produkcji, że – podobnie jak w przypadku "Bohemian Rhapsody" – jest zbyt "encyklopedyczna" i przypomina zbiór odhaczonych punktów z biografii Houston. Filmowi zarzucano też brak głębszej analizy psychologicznej, zbytnią ostrożność i chaotyczny montaż.
Fanom film się jednak spodobał – uzyskał aż 92 procent pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes, a na Filmwebie ocenę 6,1/10 (od polskich krytyków tylko fatalne 4,1/10). "Naomi Ackie wykonała kawał świetnej roboty jako Whitney Houston w 'I Wanna Dance with Somebody' – nawet najwierniejsi fani mają szansę odkryć tu kilka nieznanych wcześniej faktów z życia piosenkarki" – czytamy na Rotten. Widzowie docenili też, że twórcy zawarli w biografii artystki wszystkie jej największe przeboje.
Gdzie obejrzeć "Whitney Houston: I Wanna Dance With Somebody"?
Biografia Whitney Houston zostanie wyemitowana w Niedzielę Wielkanocną, 5 kwietnia, o godzinie 19:55 na antenie telewizji Polsat. Film można wypożyczyć też na VOD, m.in. na Prime Video, Playerze, CANAL+ i Apple TV.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5221e45fbdc8f30acdcf67ca982702ff,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5221e45fbdc8f30acdcf67ca982702ff,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polsat puści biografię Whitney Houston</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647758,ai-typuje-najlepszy-film-na-wielkanoc-wybor-od-lat-mocno-dzieli-widzow</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647758,ai-typuje-najlepszy-film-na-wielkanoc-wybor-od-lat-mocno-dzieli-widzow</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 09:33:01 +0200</pubDate><title>AI typuje najlepszy film na Wielkanoc. Wybór od lat mocno dzieli widzów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ccc2ac1087550630c815db418cdf2337,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie ma jednej, oczywistej listy filmów na Wielkanoc, ale są historie, które idealnie wpisują się w klimat tych świąt. Spytaliśmy AI, jaki tytuł najlepiej sprawdzi się w tym czasie i wybór nie pozostawia wątpliwości. Nie zabrakło też trzech wyróżnień – jeden jest dość nietypowy.

W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, które ma cały swój filmowy gatunek, Wielkanoc nie doczekała się wielu oczywistych tytułów. Nie oznacza to jednak, że trudno znaleźć coś idealnego na ten czas (nie licząc "Znachora", czyli obowiązkowego wielkanocnego tytułu dla każdego Polaka). 
Idealne filmy na Wielkanoc powinny mieć w sobie refleksję, duchowość, temat odkupienia, nadziei albo po prostu historię, która daje poczucie domknięcia. Najczęściej to produkcje biblijne, choć... nie zawsze takie, które podobają się chrześcijanom, jak kontrowersyjne "Jesus Christ Superstar" czy "Ostatnie kuszenie Chrystusa".
Najlepsze filmy na Wielkanoc. AI wskazało swój typ
Według sztucznej inteligencji najlepszym filmem na Wielkanoc jest kontrowersyjna "Pasja" z 2004 roku w reżyserii Mela Gibsona, czyli opowieść o ostatnich godzinach Jezusa Chrystusa. "To intensywna, momentami wręcz trudna w odbiorze opowieść, która skupia się na cierpieniu, poświęceniu i sensie ofiary. To film, który nie pozostawia widza obojętnym – jego surowa forma i emocjonalna siła sprawiają, że seans staje się niemal doświadczeniem, a nie tylko opowieścią" – argumentuje ChatGPT.
Jednocześnie "Pasja" nie jest filmem dla każdego widza, bo – z racji, że pokazuje Mękę Pańską – jest zwyczajnie bardzo brutalna. Zdaniem AI właśnie to sprawia jednak, że film tak mocno wpisuje się w wielkanocny klimat, bo przypomina, co w tych wiosennych świętach jest najważniejsze. "To propozycja dla tych, którzy szukają w kinie czegoś więcej niż rozrywki i chcą przeżyć ten czas w bardziej refleksyjny sposób" – dodaje. Warto przypomnieć, że Gibson kręci drugą część, tym razem o Zmartwychwstaniu.
Sztuczna inteligencja wskazała też trzy inne filmy, które dobrze wpisują się w nastrój Wielkanocy. Jednym z nich jest "Ben-Hur", klasyk kina z 1959 roku, który jako jeden z trzech filmów w historii – razem z "Titanikiem" i "Władcą Pierścieni: Powrotem Króla" – zdobył 11 Oscarów. "To klasyczna, epicka opowieść o zdradzie, zemście i odkupieniu, której tłem jest historia Jezusa Chrystusa, a jej przesłanie pozostaje aktualne do dziś" – pisze ChatGPT.
Dalsza część artykułu poniżej.
Kolejnym tytułem jest amerykański dramat "Zmartwychwstały" z 2016 roku, który opowiada historię zmartwychwstania z nietypowej perspektywy rzymskiego trybuna próbującego rozwikłać tajemnicę zniknięcia ciała Jezusa. "To bardziej kameralne, ale wciągające spojrzenie na wydarzenia znane z Ewangelii" – zauważa AI.
Trzecim wyróżnieniem jest "Książę Egiptu" – kultowa animacja z 1998 roku ze znakomitą muzyką Hansa Zimmera i Stephena Schwartza. "Choć opowiada historię Mojżesza i wyjścia Izraelitów z Egiptu, idealnie wpisuje się w wielkanocną symbolikę nadziei, wolności i wiary. To propozycja bardziej przystępna, ale wciąż niosąca ze sobą silny, uniwersalny przekaz" – argumentuje sztuczna inteligencja.
Według AI, "najlepsze filmy na Wielkanoc to te, które skłaniają do refleksji i zostawiają widza z czymś więcej niż tylko emocjami i właśnie dlatego te tytuły sprawdzają się w tym czasie najlepiej – niezależnie od tego, czy szukamy duchowego przeżycia, czy po prostu mądrej historii na świąteczny wieczór".
Chcecie spędzić Wielkanoc przed telewizorem? Tradycyjnie czeka was "Znachor" z Jerzym Bińczyckim, który poleci jednego dnia aż cztery razy, a atrakcyjną ramówkę – która zadowoli m.in. fanów Disneya – przygotował m.in. Polsat. A jeśli wolicie kino albo muzykę, sprawdzicie nasz wybór najlepszych premier tutaj.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ccc2ac1087550630c815db418cdf2337,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ccc2ac1087550630c815db418cdf2337,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">AI wskazało najlepszy film na Wielkanoc</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://rozrywka.natemat.pl/647734,oscarowa-animacja-polaka-do-obejrzenia-za-darmo-tylko-17-minut-a-jak-wzrusza</guid><link>https://rozrywka.natemat.pl/647734,oscarowa-animacja-polaka-do-obejrzenia-za-darmo-tylko-17-minut-a-jak-wzrusza</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 08:26:01 +0200</pubDate><title>Oscarowa animacja Polaka do obejrzenia za darmo. Tylko 17 minut, a jak wzrusza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6797c1c92dfaa17f956d09c1e142d9c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Dziewczynka, która płakała perłami" to krótkometrażowa animacja, która zdobyła w tym roku Oscara. Za tą poruszającą opowieścią zrealizowaną w klasycznej technice poklatkowej i estetyce baśni stoi duet: Chris Lavis i pochodzący z Polski Maciek Szczerbowski. Krótki film może obejrzeć już w Polsce i to całkowicie za darmo.

Podczas tegorocznej 98. gali rozdania Oscarów, która odbyła się 15 marca, złota statuetka dla najlepszego krótkometrażowego filmu animowanego trafiła w ręce twórców "Dziewczynki, która płakała perłami" ("The Girl Who Cried Pearls"). 
"Dziewczynka, która płakała perłami" zdobyła Oscara. Jej współtwórcą jest Polak Maciek Szczerbowski
Za międzynarodowym sukcesem stoi artystyczny duet Clyde Henry Productions: Chris Lavis oraz pochodzący z Polski Maciek Szczerbowski. Urodzony w Poznaniu twórca opuścił kraj w 1981 roku. Jego rodzina wyemigrowała najpierw do Austrii, a ostatecznie osiadła w Kanadzie. 
To właśnie za oceanem, na uniwersytecie w Montrealu, poznał Lavisa, z którym od lat wspólnie tworzy. Na swoim koncie mają już wielkie sukcesy – w 2008 roku byli nominowani do Oscara za swoją przełomową, surrealistyczną animację "Madame Tutli-Putli". Ich tegoroczny Oscar to ukoronowanie pięcioletniej żmudnej pracy.

                    
                        
                    
                – Ta nagroda to hołd dla wszystkich artystów, którzy dzielili z nami ten trud. To nie tylko nazwiska w napisach końcowych – to nasza społeczność, a ich niezwykły talent i ciężka praca sprawiły, że stało się to możliwe. (...) Ze statuetką czy bez, wsparcie, jakie otrzymaliśmy od przyjaciół i rodziny, było po prostu ogromne. Nie potrafimy wyrazić, jak wiele to dla nas znaczyło. A teraz może w końcu postawią nam darmowe piwo w naszym lokalnym pubie – mówili Chris Lavis i Maciek Szczerbowski.
Sam Szczerbowski – choć od wielu lat mieszka za oceanem i zawodowo związany jest z Kanadą – to w wywiadach podkreśla, że nie zerwał emocjonalnej więzi z krajem urodzenia. W rozmowie w "Dzień Dobry TVN" przyznał: "Czuję się Kanadyjczykiem, zdecydowanie. Czuję się jak francuski Anglik. Ale wciąż należę do was, na zawsze. Kocham Polskę".
O czym jest "Dziewczynka, która płakała perłami"?
Zrealizowana w klasycznej technice poklatkowej, 17-minutowa opowieść przenosi widza do Montrealu przełomu XIX i XX wieku. Głównym bohaterem jest ubogi chłopiec, który zakochuje się w nieszczęśliwej dziewczynce. Jej łzy, pod wpływem głębokiego smutku, zamieniają się w drogocenne perły. Skuszony perspektywą wyrwania się z biedy, chłopak sprzedaje je bezwzględnemu właścicielowi lombardu. Z czasem jednak staje przed dramatycznym wyborem między empatią i miłością a niepohamowaną chciwością, która może zgubić jego duszę.
Dalsza część artykułu poniżej.

Twórcy postawili na technikę animacji, w której każda scena powstaje klatka po klatce. Efekt to plastyczny świat zbudowany z tysięcy drobnych elementów – od miniaturowych rekwizytów po ręcznie szyte kostiumy. Wiele rozwiązań wizualnych powstało przez przypadek: nietypowe proporcje lalek czy zdeformowane elementy scenografii stały się znakiem rozpoznawczym filmu. 
Inspiracją dla artystów były baśnie Hansa Christiana Andersena, ale sam zalążek fabuły zrodził się z wypadku na planie. Podczas kręcenia "Madame Tutli-Putli" rozsypał się rekwizyt w postaci naszyjnika z pereł, co zaintrygowało Lavisa i Szczerbowskiego. Drugim bodźcem była słynna fotografia "Glass Tears" Mana Raya z 1932 roku. To ona stała się jednym z wizualnych punktów wyjścia dla historii o płaczącej dziewczynce.
Gdzie obejrzeć "Dziewczynkę, która płakała perłami"? Jest dostępna za darmo
17-minutowa "Dziewczynka, która płakała perłami" jest dostępna w Polsce za darmo na ARTE.tv. Jak podkreśla bezpłatna platforma, duet Lavisa i Szczerbowskiego "pokazuje dziś światu, że w dobie cyfrowych efektów i animacji tworzonych z użyciem sztucznej inteligencji to wciąż ludzka wyobraźnia, rzemiosło oraz wrażliwość i plastyczna głębia mają największą siłę oddziaływania".
"Sukces 'Dziewczynki, która płakała perłami' to dowód na to, że niezależne, dopracowane w najmniejszym detalu kino potrafi poruszać i wygrywać najważniejsze nagrody świata filmowego" – dodaje ARTE.tv o oscarowej animacji krótkometrażowej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6797c1c92dfaa17f956d09c1e142d9c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6797c1c92dfaa17f956d09c1e142d9c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Dziewczynkę, która płakała perłami&quot; można obejrzeć za darmo</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
