<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Zdrowie]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Zdrowie w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/47,zdrowie</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,47,zdrowie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/650149,smartfon-wie-ze-masz-depresje-na-dlugo-zanim-sam-zaczniesz-to-podejrzewac</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/650149,smartfon-wie-ze-masz-depresje-na-dlugo-zanim-sam-zaczniesz-to-podejrzewac</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 19:02:02 +0200</pubDate><title>Smartfon wie, że masz depresję. Na długo zanim sam zaczniesz to podejrzewać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/f841f6d29e40e806d09fdc29e980b2fb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Smartfon w kieszeni przestaje być tylko narzędziem do rozmów czy scrollowania. Coraz częściej staje się czymś w rodzaju cichego obserwatora. Zbiera dane o śnie, ruchu, rytmie dnia. I – jak pokazują badania – potrafi z nich wyczytać pierwsze sygnały depresji. Zanim ty sam zaczniesz je nazywać.

To nie jest scenariusz z kina science fiction. To już się dzieje. I nabiera tempa.
Depresja to dziś jedno z najczęstszych zaburzeń psychicznych. Szacunki mówią o jednej osobie na dwadzieścia. Problem w tym, że choroba rzadko zaczyna się spektakularnie. Raczej skrada się po cichu. Gorszy sen. Brak energii. Mniej kontaktu z ludźmi. Łatwo to zignorować. Zwalić na stres. Na pracę. Na "gorszy tydzień".
A jednak to właśnie te drobiazgi bywają pierwszym ostrzeżeniem. I właśnie one wpadają w oko technologii. Smartfony i urządzenia noszone rejestrują dziś niemal wszystko. Kroki. Sen. Ale też schemat dnia, zmiany aktywności, nawet sposób komunikacji. Każdy dzień zostawia ślad. Cyfrowy. I ten ślad można analizować.
Jak algorytmy "czytają" nasz stan?
Naukowcy z Uniwersytetu w Gandawie przejrzeli 52 wcześniejsze badania. Skupili się na jednym – czy da się wykryć depresję na podstawie danych z telefonów. Wnioski? Zaskakująco spójne. Z objawami depresji najmocniej korelują:
rozregulowany sen,
mniejsza aktywność fizyczna,
ograniczenie ruchu (więcej czasu w domu),
rzadszy kontakt z innymi,
pogorszenie subiektywnego nastroju.

Nie chodzi o jeden sygnał. Liczy się układ. Wzorzec.
Algorytmy nie "zgadują". Uczą się. Widzą, kiedy coś przestaje pasować do twojej normy. Co ciekawe, najlepiej działają modele szyte na miarę. Nie porównują cię do statystycznej średniej. Patrzą na ciebie sprzed tygodnia, miesiąca. I wychwytują odchylenia. Krótko mówiąc – telefon nie zestawia cię z innymi. Zestawia cię z tobą samym.
Badacze używają określenia "cyfrowe fenotypowanie". Brzmi technicznie, ale idea jest prosta. Chodzi o opisanie zdrowia człowieka na podstawie danych, które generuje każdego dnia. Nawet nieświadomie. To może budzić skojarzenia z inwigilacją. I trudno się dziwić. Ale z medycznego punktu widzenia potencjał jest ogromny.
Wczesny sygnał to czas. A czas to możliwość reakcji, zanim problem się rozwinie. Bo choć leczenie depresji jest coraz skuteczniejsze, wiele osób trafia po pomoc za późno. Gdy objawy są już głębokie, utrwalone.
Nie każdy szuka wsparcia. Powody bywają różne:
brak dostępu do specjalisty, 
wstyd, 
bagatelizowanie objawów.

Technologia może wejść w tę lukę. W przyszłości aplikacje mogą nie tylko wykrywać zmiany. Mogą reagować. Sugerować kontakt z lekarzem. Podpowiadać formy wsparcia. Kierować dalej. To ważne. Zwłaszcza w systemach ochrony zdrowia, które już teraz działają na granicy wydolności.
Między pomocą a kontrolą
Jest jednak druga strona medalu – prywatność. Dane o śnie, aktywności, relacjach nie są neutralnymi informacjami. To bardzo wrażliwy obszar. Dlatego rozwój takich rozwiązań nie może opierać się wyłącznie na technologii. Potrzebne są jasne reguły. Kto ma dostęp? Co się z tymi danymi dzieje? Po co są wykorzystywane? Bez odpowiedzi na te pytania nawet najlepsze narzędzia będą budzić opór.
Zmienia się sposób myślenia o zdrowiu psychicznym. Coraz rzadziej mówimy o reagowaniu. Coraz częściej o przewidywaniu. Smartfon, który i tak mamy zawsze przy sobie, może odegrać w tym ważną rolę. Nie zastąpi lekarza. Nie przeprowadzi terapii. Ale może zauważyć pierwszy sygnał. A czasem to właśnie ten pierwszy sygnał decyduje o wszystkim.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/f841f6d29e40e806d09fdc29e980b2fb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/f841f6d29e40e806d09fdc29e980b2fb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Twój smartfon wie, jak się czujesz. I może uratować Ci życie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/650470,cel-bez-dymu-do-2040-r-jest-w-zasiegu-zaskakujacy-raport-magazynu-nature</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/650470,cel-bez-dymu-do-2040-r-jest-w-zasiegu-zaskakujacy-raport-magazynu-nature</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 14:34:08 +0200</pubDate><title>Cel &quot;bez dymu do 2040 r.&quot; jest w zasięgu. Zaskakujący raport magazynu &quot;Nature&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3859cb0877c66f82efa77093f3fdaac8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Walka z nałogiem palenia przypomina bicie głową w mur. Choć znamy tragiczne skutki zdrowotne, na świecie wciąż miliard ludzi pali tytoń. Na łamach renomowanego magazynu naukowego "Nature" uznani eksperci ogłaszają: mamy realną szansę na "świat bez dymu" do 2040 roku. Recepta? Paradoksalnie nie całkowita abstynencja nikotynowa, a mądre wykorzystanie produktów bezdymnych.

Mimo dwóch dekad intensywnych działań pod egidą Światowej Organizacji Zdrowia statystyki są nieubłagane: tytoń wciąż zabija ponad 7 milionów osób na świecie. Rocznie. Tradycyjne metody odstraszania, takie jak zakazy reklamy, kolejne podwyżki akcyzy czy drastyczne ostrzeżenia na paczkach papierosów, są skuteczne, ale to za mało. Bo choć w wielu krajach liczba palaczy spada, proces ten drastycznie wyhamował. A wśród osób silnie uzależnionych klasyczne metody rzucania palenia po prostu zawodzą.
W najnowszym artykule opublikowanym w renomowanym magazynie "Nature" uznani eksperci – Robert Beaglehole, Ruth Bonita i Tikki Pang – stawiają odważną tezę: jeśli chcemy do 2040 roku zmniejszyć odsetek palących do poziomu poniżej 5 proc., musimy przestać walczyć z samą nikotyną, a skupić się na wyeliminowaniu dymu. 
To dym zabija, nie nikotyna
Autorzy publikacji przypominają o fundamentalnej zasadzie, która wielu ludziom często umyka: to dym nikotynowy jest zabójczy. "Dziesięciolecia dowodów pokazują, że to ekspozycja na dym powstały w procesie spalania – a nie sama nikotyna – napędza choroby tytoniowozależne" – czytamy w "Nature".
I właśnie tutaj pojawia się strategia tzw. redukcji szkód (harm reduction). Skoro nie jesteśmy w stanie całkowicie wyeliminować nikotyny ze społeczeństwa, musimy dać palaczom dostęp do produktów, które dostarczają nikotynę bez zabójczego dymu i substancji smolistych.
Krótko mówiąc, strategia polega na oferowaniu palaczom, którzy nie tylko nie potrafią, ale wręcz nie chcą zerwać z nałogiem, dostępu do produktów bezdymnych: e-papierosów, systemów podgrzewania tytoniu czy saszetek nikotynowych. Jak czytamy, choć nie są one całkowicie wolne od ryzyka, są nieporównywalnie mniej szkodliwe niż tradycyjny papieros. Beaglehole, Bonita i Pang nie poprzestają na teoretycznym wywodzie, ale powołują się na konkretne przykłady państw, które postawiły na taką strategię. 
Szwecja na przykład, dzięki powszechnemu użyciu doustnego tytoniu, ma obecnie jedne z najniższych wskaźników palenia i zachorowalności na raka płuc w Europie. Papierosy pali tam 5-8 proc. populacji, co jest rekordowo niskim wynikiem w skali europejskiej (średnia UE wynosi ponad 20 proc.). Dzięki temu kraj zrealizował z ogromnym wyprzedzeniem unijne cele "smoke-free". 
W Japonii, po wprowadzeniu na rynek podgrzewaczy tytoniu w 2016 roku, odnotowano bezprecedensowy w historii spadek sprzedaży tradycyjnych papierosów. W latach 2016-2019 spadek sprzedaży papierosów był pięciokrotnie wyższy niż w latach 2011-2015. Do 2023 roku sprzedaż papierosów w Japonii spadła o ponad połowę.
A w Nowej Zelandii po 2018 roku liczba palaczy zaczęła gwałtownie spadać, kiedy ułatwiono dostęp do regulowanych produktów do wapowania. Co ciekawe, odsetek palącej młodzieży spadł też do rekordowo niskiego poziomu ok. 1 proc., co obala także mit, że alternatywy dla papierosów to otwarta droga do nałogu wśród nieletnich.
Polska może brać przykład
Dla Polski i naszego systemu ochrony zdrowia wnioski z "Nature" również są kluczowe. Nasz kraj wciąż boryka się z wysokim odsetkiem palaczy. Mimo mody na bycie "fit" papierosy pali około 8-9 milionów Polaków. To blisko 30 proc. całej naszej populacji. Zatrzymajcie się w tym miejscu i pomyślcie, jakie to generuje koszty leczenia chorób nowotworowych i kardiologicznych. I zestawcie to z tym, że polski system ochrony zdrowia ugina się pod ciężarem kosztów leczenia tych chorób. 
Autorzy raportu apelują jednak o "logikę proporcjonalną do ryzyka". Wskazują, że najbardziej szkodliwe produkty, czyli papierosy, powinny być obłożone najwyższymi restrykcjami i podatkami. Z kolei alternatywy bezdymne powinny być regulowane tak, by z jednej strony chronić młodzież, a z drugiej nie zamykać dorosłym palaczom drogi do mniej szkodliwego zamiennika. Ten artykuł nie jest oczywiście promocją wapowania czy używania e-papierosów, ponieważ takie produkty również muszą być ściśle regulowane m.in. pod kątem bezpieczeństwa składu, ale też ograniczenia marketingu skierowanego do nieletnich.
Hasło "świat wolny od dymu do 2040 roku" jest ambitny, ale według ekspertów możliwy do zrealizowania. Wymaga to jednak odwagi politycznej i odejścia od ideologicznego podejścia "wszystko albo nic". "Obecnie dysponujemy dowodami naukowymi, narzędziami politycznymi i praktycznym doświadczeniem niezbędnymi do położenia kresu globalnej epidemii palenia tytoniu. Nadal brakuje jednak politycznej woli, by w pełni włączyć działania na rzecz ograniczania szkodliwości tytoniu do globalnych strategii zwalczania palenia" – podsumowują Beaglehole, Bonita i Pang. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3859cb0877c66f82efa77093f3fdaac8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3859cb0877c66f82efa77093f3fdaac8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Eksperci z &quot;Nature&quot;: Bezdymne produkty nikotynowe mogą położyć kres epidemii palenia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649387,niewidzialne-czastki-ciagle-trafiaja-do-naszych-pluc-i-trudno-tego-uniknac</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649387,niewidzialne-czastki-ciagle-trafiaja-do-naszych-pluc-i-trudno-tego-uniknac</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 12:44:08 +0200</pubDate><title>Niewidzialne cząstki ciągle trafiają do naszych płuc. I trudno tego uniknąć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d4341494803fc6c053d009dbcf166857,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Powietrze w naszych mieszkaniach nie jest tak czyste, jak mogłoby się wydawać. Naukowcy alarmują – unoszą się w nim miliony mikroskopijnych cząstek plastiku, które wdychamy każdego dnia. Choć problem jest globalny, wiele wskazuje na to, że część ryzyka możemy ograniczyć i to bez rewolucji w stylu życia.

To temat, który brzmi jak science fiction, ale coraz częściej pojawia się w naukowych raportach i badaniach środowiskowych.
Jeszcze niedawno sądzono, że mikroplastik trafia do organizmu głównie przez jedzenie i wodę. Dziś coraz więcej badaczy wskazuje na inny, mniej oczywisty kanał, a mianowicie powietrze.
Mikroskopijne fragmenty plastiku unoszą się wokół nas – szczególnie w zamkniętych pomieszczeniach. W krajach rozwiniętych spędzamy w nich nawet 90 proc. życia, co znacząco zwiększa ekspozycję. Badania opublikowane w 2021 r. na łamach "Journal of Hazardous Materials" pokazują, że stężenie mikroplastiku w powietrzu w domu może być nawet kilkukrotnie wyższe niż na zewnątrz.
Skala? Szacuje się, że pojedyncza osoba może wdychać nawet dziesiątki milionów cząstek mikro- i nanoplastiku rocznie.
– Fakt, że spędzamy tak dużo czasu w pomieszczeniach i oddychamy powietrzem w nich, oznacza, że prawdopodobnie znacznie niedoszacowujemy zagrożenia – mówi Dana Barr, profesor nauk o narażeniu na kontakt z mikroplastikiem na Uniwersytecie Emory w Atlancie w USA.
Źródło problemu często mamy dosłownie na sobie. Ubrania z poliestru, akrylu czy elastanu, czyli większość współczesnej odzieży, uwalniają mikrowłókna podczas noszenia, prania czy suszenia. Podobnie działają:
tapicerowane meble,
dywany i wykładziny,
zasłony i pościel,
niektóre środki czystości.

Każde tarcie, każdy ruch materiału to potencjalna emisja mikroskopijnych włókien. Co więcej, niewidoczne, małe fragmenty plastiku wydostają z praktycznie każdego produktu wykonanego z plastiku (co roku produkuje się ponad 460 milionów ton nowego plastiku).  Nie widzimy ich, ale trafiają do powietrza, a stamtąd do naszych dróg oddechowych. Te mikroskopijne cząsteczki dostają się do naszych organizmów nawet z produktami, których używamy do pielęgnacji skóry. 
Kurz to cichy magazyn plastiku
Mikroplastik nie tylko unosi się w powietrzu, ale też osiada – głównie w kurzu. Problem w tym, że kurz bardzo łatwo wraca do powietrza, bowiem wystarczy już chodzenie, czy sprzątanie, nie mówiąc już nawet o przeciągu.
Autorzy badania z ubiegłego roku, opublikowanego w "PLOS One", zajrzeli do trzech swoich mieszkań w Tuluzie we Francji, aby pobrać próbki, a następnie zebrali kolejne próbki z wnętrza dwóch samochodów. Ku ich zaskoczeniu okazało się, że znajdowali średnio ponad 500 fragmentów plastiku w jednym metrze sześciennym powietrza w pomieszczeniu i ponad 2200 fragmentów w kabinie samochodu. Badacze zauważyli, że próbki te pochodziły głównie ze stojącego powietrza, ale gdyby ludzie wzbijali kurz, powietrze prawdopodobnie zawierałoby znacznie więcej mikroplastiku.
To poważny problem, na który szczególnie narażone są dzieci. Ich twarz znajduje się bliżej podłogi, gdzie koncentracja cząstek bywa wyższa. Szacuje się, że najmłodsi mogą wdychać dziennie nawet kilkadziesiąt tysięcy cząstek mikroplastiku.
Tu nauka wciąż szuka odpowiedzi. Wiadomo jednak, że najmniejsze cząstki mogą docierać głęboko do płuc. Badania z 2025 r. opublikowane na łamach naukowego czasopisma "Microplastics" i przeprowadzone na pracownikach przemysłu tekstylnego sugerują związek z problemami oddechowymi, takimi jak astma czy uszkodzenia tkanki płucnej. Dodatkowo mikroplastik może działać jak "nośnik" innych zanieczyszczeń i bakterii. To sprawia, że jego wpływ na organizm może być bardziej złożony, niż się wydaje.
Jak ograniczyć kontakt z mikroplastikiem?
Całkowite uniknięcie mikroplastiku jest dziś praktycznie niemożliwe. Ale, jak podkreślają naukowcy, zmiana codziennych nawyków może znacząco zmniejszyć ekspozycję.
W celu ograniczenia kontaktu z mikroplastikiem, zaleca się:
1. Zmieniać to, co się nosi
Jeśli możesz, wybieraj ubrania z naturalnych materiałów – bawełny, lnu czy wełny. W przeciwieństwie do plastiku, włókna naturalne rozkładają się w organizmie. Są one jednak zazwyczaj droższe niż odzież syntetyczna i wymagają większych nakładów oraz zasobów do produkcji (np. produkcja włókien bawełnianych wymaga znacznie więcej wody niż produkcja włókien syntetycznych). Warto też kupować ubrania z drugiej ręki. To ogranicza zarówno emisję, jak i wpływ na środowisko.
2. Prać rzadziej i rozsądniej
Zdaniem ekspertów pranie to jedno z głównych źródeł mikrowłókien. Dlatego też warto:
robić większe prania,
prać tylko wtedy, gdy to konieczne,
suszyć ubrania na zewnątrz, jeśli to możliwe.

W przypadku pralki dobrym pomysłem jest również dokupienie do niej filtra, który może zredukować do 90% mikrowłókien ze ścieków.
3. Odkurzać, ale z głową
Regularne sprzątanie pomaga, ale… może też chwilowo zwiększyć ilość cząstek w powietrzu. Dlatego zdaniem ekspertów najlepiej:
korzystać z odkurzaczy z filtrem HEPA,
wietrzyć pomieszczenia podczas sprzątania,
rozważyć noszenie maski ochronnej przy intensywnym odkurzaniu.

4. Postawić na wilgotne sprzątanie
Przecieranie powierzchni wilgotną ściereczką ogranicza unoszenie się kurzu i mikroplastiku razem z nim.
5. Zadbać o powietrze
Oczyszczacze powietrza z filtrami HEPA mogą usuwać nawet ponad 99 proc. drobnych cząstek, co potwierdzają badania z 2025 r., opublikowane na łamach "Ecotoxicology and Environmental Safety". To jedno z najskuteczniejszych narzędzi w walce z mikroplastikiem w domu.
Eksperci podkreślają jednak, że nie wszystkie filtry powietrza HEPA są jednakowe i nawet jeśli spełniają standardy, ich konstrukcja i funkcjonalność mogą wpływać na skuteczność wychwytywania cząsteczek plastiku w przeciętnym domu. Dlatego osoby zamierzające zainwestować w taki filtr, powinny wybierać modele z wieloma etapami filtrowania.
Choć wiele możemy zrobić sami, eksperci nie mają złudzeń – bez zmian systemowych niewiele się zmieni. Produkcja plastiku przekracza dziś 460 milionów ton rocznie i wciąż rośnie. Ostatecznie więc walka z mikroplastikiem to nie tylko kwestia wyborów konsumenckich, ale też polityki, przemysłu i globalnych regulacji. Na razie pozostaje nam jedno, czyli świadomie wybierać, gdzie to możliwe i pogodzić się z tym, że nie każdą "bitwę" da się wygrać.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d4341494803fc6c053d009dbcf166857,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d4341494803fc6c053d009dbcf166857,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Niewidzialne cząstki ciągle trafiają do naszych płuc. I trudno tego uniknąć</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/650296,bezplatny-test-fit-oc-dla-polakow-50-wiekszosc-odklada-go-na-wieczne-nigdy</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/650296,bezplatny-test-fit-oc-dla-polakow-50-wiekszosc-odklada-go-na-wieczne-nigdy</link><pubDate>Wed, 22 Apr 2026 23:00:02 +0200</pubDate><title>Bezpłatny test FIT-OC dla Polaków 50+. Większość odkłada go na wieczne nigdy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6c7eb404c7ea333865540ea478e8b16f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Regularne badania wciąż przegrywają z codziennym pośpiechem. Zawsze jest coś pilniejszego. Tymczasem profilaktyka może dosłownie uratować życie i to bez kolejek, skierowań i kosztów.

Narodowy Fundusz Zdrowia coraz mocniej stawia na wczesne wykrywanie nowotworów. Jednym z narzędzi jest test FIT-OC, czyli badanie na krew utajoną w kale. Proste, szybkie i – co najważniejsze – dostępne bezpłatnie dla tysięcy Polaków.
Rak jelita grubego od lat znajduje się w czołówce najczęściej diagnozowanych nowotworów złośliwych w Polsce. W 2022 roku usłyszało tę diagnozę 18,8 tys. osób. W części województw dane wyglądają jeszcze gorzej. U mężczyzn to jeden z najczęstszych nowotworów. U kobiet ustępuje właściwie tylko rakowi piersi. 
Lekarze nie mają wątpliwości – liczy się czas reakcji. Bo ta choroba długo nie daje wyraźnych sygnałów. Potrafi rozwijać się po cichu. Na szczęście wykryta odpowiednio wcześnie, często jest wyleczalna.
Kolonoskopia bez skierowania i bez limitów
Na papierze wszystko wygląda jasno. W praktyce wiele osób odkłada badanie na bliżej nieokreślone "kiedyś". Tymczasem NFZ finansuje kolonoskopię w ramach programu przesiewowego w całości. Bez limitów. Bez skierowania.
Z badania mogą skorzystać:
osoby w wieku 50–65 lat,
osoby 40–49 lat (jeśli u krewnego pierwszego stopnia zdiagnozowano raka jelita grubego).

Warunek jest prosty – brak objawów i brak kolonoskopii w ostatnich 10 latach. Zainteresowanie programem rośnie z roku na rok. W 2023 roku skorzystało z niego 7,9 tys. osób. Rok później już blisko 10,5 tys. Ostatnie dane mówią o ponad 13 tys. To wyraźny sygnał, że świadomość zdrowotna Polaków powoli się zmienia.
Test FIT-OC może wiele zmienić
Nie każdy zaczyna od kolonoskopii. I właśnie tu pojawia się test FIT-OC. To badanie, które wykrywa krew utajoną w kale. Objaw, który często jest pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Wspomniany test można wykonać bezpłatnie w ramach programu "Moje Zdrowie". Dotyczy osób po 50. roku życia. Do tej pory zlecono go już blisko 15 tys. pacjentów.
Sam program jest szerszy. Obejmuje wszystkich dorosłych od 20. roku życia:
osoby 20–49 lat – bilans zdrowia raz na 5 lat,
osoby, które ukończyły 50 lat – co 3 lata.

Wystarczy wypełnić ankietę w Internetowym Koncie Pacjenta i zgłosić się do lekarza POZ. Reszta to już formalność.
Profilaktyka to jedno. Co jednak w sytuacji podejrzenia choroby? Wtedy uruchamiana jest tzw. szybka ścieżka onkologiczna. Pacjent otrzymuje kartę Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (DiLO). Otwiera ona dostęp do badań i terapii finansowanych w 100 proc. przez NFZ. Bez limitów.
Co ważne, karta powinna pojawić się już na etapie podejrzenia nowotworu – najczęściej wystawia ją lekarz POZ. Dzięki niej wszystko ma swój termin. Diagnostyka. Leczenie. Konkret zamiast czekania.
Choć statystyki mogą niepokoić, przekaz jest prosty – nie chodzi o to, by się bać. Chodzi o to, by działać. Badania takie jak FIT-OC czy kolonoskopia nie wymagają dziś ani dużego wysiłku, ani pieniędzy. Wymagają decyzji. A ta jedna potrafi zmienić naprawdę wiele.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6c7eb404c7ea333865540ea478e8b16f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6c7eb404c7ea333865540ea478e8b16f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">NFZ oferuje darmowy test FIT-OC dla osób 50+</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/650311,najlepsza-dieta-dla-osob-z-adhd-nie-wszystko-co-modne-naprawde-dziala</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/650311,najlepsza-dieta-dla-osob-z-adhd-nie-wszystko-co-modne-naprawde-dziala</link><pubDate>Wed, 22 Apr 2026 20:30:02 +0200</pubDate><title>Najlepsza dieta dla osób z ADHD. Nie wszystko, co modne, naprawdę działa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/342d1968ff6bea8a27ead9817f9fa3b9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />To nie kolejna cudowna dieta, ale konkretne wybory na talerzu mogą realnie wpłynąć na koncentrację, poziom energii i nastrój osób z ADHD. Coraz więcej badań pokazuje, że jedzenie ma tu większe znaczenie, niż się wydawało.

Zmiana sposobu odżywiania to jeden z najprostszych kroków, jakie mogą podjąć osoby z ADHD, by poprawić codzienne funkcjonowanie. Bez recepty, bez kolejek. Ale – co ważne – nie każda dieta działa tak, jak obiecują internetowe nagłówki.
ADHD, czyli zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi objawia się różnie. U jednych to gonitwa myśli i rozproszenie. U innych – przewlekłe zmęczenie, wahania nastroju albo napięcie, które pojawia się bez wyraźnej przyczyny. Dorośli z ADHD sięgają po różne strategie. Leki. Terapię. Czasem drobne korekty codziennych nawyków, które z czasem robią dużą różnicę. 
Jedną z najprostszych zmian jest dieta. To, co trafia na talerz, realnie wpływa na pracę mózgu, regulację emocji i poziom sił w ciągu dnia. Michelle Routhenstein, dietetyczka specjalizująca się w kardiologii prewencyjnej z EntirelyNourished, w wywiadzie dla Medical News Today podkreśla, że wybory żywieniowe mogą być jednym z filarów lepszego samopoczucia przy ADHD.
Najlepsza dieta dla osób z ADHD. Keto? Eksperci studzą entuzjazm
Dieta ketogeniczna ma swoich wyznawców. W internecie bywa przedstawiana jak rozwiązanie uniwersalne – także dla ADHD. Problem? Za tym entuzjazmem nie stoją twarde dowody kliniczne. Przynajmniej na razie. Jak podkreśla dietetyczka Michelle Routhenstein, brakuje solidnych badań klinicznych, które potwierdzałyby skuteczność keto w tym obszarze. Co więcej, efekty mogą być odwrotne do oczekiwań.
Kluczowy jest poziom cukru we krwi. Mózg osób z ADHD reaguje na jego wahania wyjątkowo mocno. Gwałtowne spadki glukozy mogą powodować rozdrażnienie, zmęczenie i "mgłę mózgową". I choć niskie węglowodany wydają się logiczne, w praktyce stabilność energii nie bierze się z eliminacji. Nie chodzi o wycinanie całych grup produktów. Chodzi o to, by makroskładniki współpracowały. Węglowodany, białko, tłuszcze i błonnik – razem spowalniają trawienie i uwalniają energię równiej. Dla osób z ADHD to fundament. Stabilność zamiast skoków.
– Chociaż może się wydawać, że dieta niskowęglowodanowa [taka jak keto] "rozwiązałaby" ten problem, stabilna energia w rzeczywistości zależy od odpowiedniej równowagi i proporcji węglowodanów, białka, błonnika i zdrowych tłuszczów, które spowalniają trawienie, wspomagają regulację glukozy i dostarczają składników odżywczych niezbędnych do efektywnego wykorzystania energii – mówi Michelle Routhenstein.
ADHD to nie tylko codzienne trudności z uwagą czy impulsywnością. W tle pojawia się jeszcze jeden, mniej oczywisty wątek – zdrowie serca. Coraz więcej badań pokazuje, że osoby z ADHD częściej zmagają się z chorobami przewlekłymi. W tym z chorobami układu krążenia. 
Skala? Nawet 1,7–2 razy wyższe ryzyko w porównaniu z osobami bez ADHD. W tym kontekście dieta ketogeniczna budzi dodatkowe wątpliwości. Może zwiększać ryzyko sercowo-naczyniowe, dlatego – jak zaznacza Routhenstein – w praktyce klinicznej lepiej jej unikać. – Dieta ketogeniczna może zwiększać ryzyko chorób układu krążenia i jako dietetyk kardiologii prewencyjnej zdecydowanie odradzam jej stosowania – stwierdza ekspertka.
Dieta śródziemnomorska zamiast żywieniowych eksperymentów
Skoro nie keto, to co? Cóż, są modele żywieniowe, które konsekwentnie pokazują dobre efekty. Najwięcej argumentów przemawia za dietą śródziemnomorską – szczególnie w wersji roślinnej i dopasowanej do indywidualnych potrzeb. Elastyczną. Odżywczą. Do utrzymania latami, a nie przez dwa tygodnie.
Na talerzu dominują:
warzywa i owoce,
pełne ziarna,
rośliny strączkowe,
orzechy i nasiona,
tłuste ryby.

Ten model wspiera mózg, pomaga utrzymać koncentrację, ogranicza napady głodu, stabilizuje energię i ułatwia kontrolę lęku. Bez fajerwerków. Za to skutecznie.
Czego lepiej unikać?
Oczywiście, nie można nie wspomnieć, że są też sabotażyści. Ultraprzetworzona żywność, nadmiar cukru, rafinowane węglowodany – biały chleb, słodkie wypieki, gotowe przekąski.
Badania z ostatnich lat coraz wyraźniej łączą je z pogorszeniem funkcji poznawczych. Przykładowo badanie z 2024 r., opublikowane na łamach naukowego czasopisma "Neurology" wykazało, że żywność ultraprzetworzona wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pogorszenia funkcji poznawczych. Z kolei przegląd istniejących dowodów z 2023 r., opublikowany w "Nutrients" wykazał podobny związek z dodanym cukrem.
Mechanizm jest prosty. Szybki zastrzyk energii, potem gwałtowny spadek. Dla osób z ADHD to szczególnie problematyczne.
"Wybredne jedzenie" to nie fanaberia
Jedzenie przy ADHD potrafi być polem minowym. Nie chodzi tylko o smak. Często o teksturę, zapach, temperaturę. Czasem to kwestia preferencji. Czasem coś więcej – jak ARFID (z ang. Avoidant/Restrictive Food Intake Disorder), czyli zaburzenie polegające na unikaniu lub ograniczaniu jedzenia. W praktyce często wygląda to jak "wybredność", ale pod spodem kryją się mechanizmy sensoryczne. Jedzenie musi mieć konkretną strukturę, inaczej wywołuje dyskomfort, a nawet odrazę.
– Mam wielu klientów, u których w wieku dorosłym zdiagnozowano ADHD i często dzielą się oni tym, co nazywają "wybrednym jedzeniem" – powiedziała Routhenstein.
Zasada jest prosta – dieta musi być dopasowana do człowieka. Nie odwrotnie. W takich sytuacjach kluczowa jest współpraca z dietetykiem. Nie chodzi o zmuszanie się do jedzenia "na siłę", tylko o znalezienie produktów, które jednocześnie odpowiadają preferencjom i dostarczają potrzebnych składników. Proces bywa powolny, ale efekty są wymierne – więcej energii, mniej napięcia, lepsza kontrola apetytu. Bez walki z własnymi zmysłami, a raczej z ich zrozumieniem i wykorzystaniem.
Oczywiście nie istnieje uniwersalny jadłospis dla wszystkich osób z ADHD. Są za to pewne kierunki, które się powtarzają – różnorodność, jakość i stabilność. To może brzmieć mniej spektakularnie niż "rewolucyjna dieta z internetu". Jednak w praktyce działa. I to znacznie lepiej niż większość diet, które obiecują wszystko.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/342d1968ff6bea8a27ead9817f9fa3b9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/342d1968ff6bea8a27ead9817f9fa3b9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jaka jest najlepsza dieta dla osób z ADHD?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/650158,6-tygodni-bez-cukru-i-mozg-zada-resetu-tydzien-trzeci-zmienia-wszystko</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/650158,6-tygodni-bez-cukru-i-mozg-zada-resetu-tydzien-trzeci-zmienia-wszystko</link><pubDate>Wed, 22 Apr 2026 10:40:36 +0200</pubDate><title>6 tygodni bez cukru i mózg żąda resetu. Tydzień trzeci zmienia wszystko</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/28146b17e8a35b996995c54e13a16158,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Cukier jest dziś wszędzie. W słodyczach – to oczywiste. Ale też w produktach, które uchodzą za neutralne. Jogurt, sos, pieczywo. Co się stanie, jeśli na sześć tygodni całkowicie odetniesz jego dodaną formę? Jedna decyzja, a konsekwencje sięgają dalej, niż myślisz.

Nadmiar cukru to standard współczesnej diety. Wiadomo, szkodzi zębom. Pogarsza zdrowie. Coraz częściej mówi się też o jego wpływie na funkcje poznawcze i to w dłuższej perspektywie. 
Pierwsze dni bez cukru działają jak zimny prysznic. Nagle widać, jak mocno organizm był do niego przywiązany.
Cukier czai się tam, gdzie go nie szukasz
Brzmi prosto – odstawić cukier. W praktyce to niemal śledztwo prowadzone między półkami sklepowymi. Czytasz etykiety. Sprawdzasz składy. I szybko okazuje się, że cukier nie znajduje się tylko w batonach, czy napojach. Jest w chlebie. W gotowych sosach. W daniach "na szybko". 
Taka kromka potrafi mieć ponad gram cukru. Gotowe spaghetti – jeszcze więcej. Nawet zwykła kanapka z delikatesów bywa słodsza, niż powinna. Problem nie dotyczy więc deserów. Form cukru jest wiele. Glukoza, fruktoza, laktoza, sacharoza. Do tego cukry wolne – najbardziej problematyczne. W sokach, syropach, miodzie. Łatwo przyswajalne i to one robią największe spustoszenie. To kwestia całego modelu jedzenia, który premiuje łatwą, natychmiastową słodycz. I to słodycz, do której dziś dostęp do niego jest niemal nieograniczony. I bardzo tani.
Nic dziwnego, że statystyki lecą w górę. Spożycie cukru w krajach zachodnich dawno przekroczyło rozsądne granice. I to dopiero punkt wyjścia.
Pierwsze dni – głód, irytacja i puste półki
Początek jest trudny. Wielu uważa, że najtrudniejszy – ciągła ochota na coś słodkiego (zwłaszcza w sytuacjach towarzyskich). Nic dziwnego, bo organizm domaga się swojego. Domaga się tego, do czego był przyzwyczajony. Pojawia się rozdrażnienie, spadki nastroju, a nawet coś na kształt głodu konkretnego smaku.
Nie chodzi tylko o smak. Cukier wpływa na mózg i aktywuje układ nagrody. Podnosi poziom dopaminy. Daje przyjemność i uczy, żeby ją powtarzać. Im częściej sięgasz po słodkie, tym silniejsza reakcja. I tym trudniej przestać. Tworzy się pętla. Samonapędzająca się. Z czasem nawet owoce przestają wystarczać. Wydają się "za mało słodkie". To też się zmienia, ale dopiero po odstawieniu cukru. Niektórym osobom pomagały w takich przypadkach zamienniki (np. Smoothie z banana i jagód). 
Co ciekawe, po gwałtownych spadkach cukru rośnie głód. I to konkretny – na szybkie kalorie. To tłumaczy, dlaczego słodkie przekąski często nakręcają kolejne. To biochemia, nie kaprys. Dlatego ręka sama wędruje do lodówki. Nie z głodu. Z potrzeby "czegoś słodkiego". Kiedy tego nie ma, pojawia się pustka. Jakby z dnia zniknął drobny rytuał, coś znajomego i powtarzalnego.
Organizm adaptuje się szybciej, niż się wydaje. Po kilku dniach coś się zmienia. Energia przestaje skakać. Nie ma już nagłych wzlotów i równie gwałtownych spadków. To efekt stabilizacji poziomu glukozy we krwi. Bez nagłych wzrostów i spadków cukru organizm pracuje równiej. Mniej senności po obiedzie, mniej rozdrażnienia, więcej przewidywalności. Nie oznacza to euforii. Raczej spokojniejszy, bardziej stabilny rytm dnia.
Trzy tygodnie później – zmienia się smak
W okolicach trzeciego tygodnia dzieje się coś zaskakującego. Dla wielu osób to moment przełomowy. Kubki smakowe zaczynają się "resetować"… Dosłownie. Owoce wydają się intensywniejsze. Jabłko potrafi smakować jak deser. Produkty, które wcześniej były nijakie, nagle zyskują charakter. To moment, w którym ochota na słodycze wyraźnie słabnie. Nie znika całkowicie, ale przestaje dominować.
Zmiany nie kończą się na języku i poziomie energii. Organizm pracuje inaczej. Słodkie jedzenie szybko podnosi poziom glukozy we krwi. To normalne. Ale powtarzane zbyt często przestaje być obojętne. Rośnie ryzyko insulinooporności. A potem cukrzycy typu 2. Jednak lista powiązań jest dłuższa. Zdaniem ekspertów bowiem dieta bogata w cukier sprzyja m.in.:
próchnicy,
stanom zapalnym,
odkładaniu tłuszczu w wątrobie,
otyłości,
wahaniom nastroju i większemu ryzyku depresji.

Mówi się nawet o tym, że dieta bogata w cukier może prowadzić do rozwoju chorób  neurodegeneracyjnych. Nawet nowotworów. Brzmi jak przesada, ale dane są coraz bardziej jednoznaczne.
Z kolei ograniczenie cukru odwraca część tych procesów. Poprawia wrażliwość na insulinę. Obniża trójglicerydy. Uspokaja metabolizm. Co ważne, pierwsze efekty widać szybko. Czasem już po kilkunastu dniach można odczuć zmiany – niższe ciśnienie, lepsza kontrola apetytu, więcej stabilnej energii.
To wciąż temat dyskusji w świecie nauki, ale jedno jest pewne – działa podobnie. Spożywanie cukru zwiększa poziom dopaminy. To neuroprzekaźnik, który odpowiada za uczucie nagrody. Im częściej go dostarczamy, tym bardziej mózg się do tego przyzwyczaja. I tym trudniej przestać.
Powstaje pętla:
cukier → przyjemność → potrzeba powtórzenia → jeszcze więcej cukru.
Wyjście z niej wymaga czasu. I cierpliwości. Ale jest możliwe.
Sześć tygodni później – powrót do "ustawień fabrycznych"
Po sześciu tygodniach zmiana jest wyraźna. Słodycze przestają być codziennym odruchem. Produkty z dodatkiem cukru zaczynają wydawać się przesadnie słodkie. Zbyt intensywne. Wiele osób mówi wtedy o "odzyskaniu kontroli" nad własnym ciałem. Własnym życiem.
Nie chodzi o zakaz na zawsze. Raczej o wybór. Świadomy, a nie automatyczny. Co ciekawe, powrót do cukru często rozczarowuje. Smak, który kiedyś dawał przyjemność, staje się zbyt ciężki. A zaraz po nim pojawia się coś znajomego – spadek energii.
Sześć tygodni bez cukru to wyzwanie. Wymaga planowania. Uważności. Odrobiny uporu. Ale efekty przychodzą szybciej, niż się wydaje. Nie trzeba rewolucji. Cukier sam w sobie nie jest wrogiem. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajesz go kontrolować. A wtedy nawet krótka przerwa potrafi zmienić zaskakująco dużo.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/28146b17e8a35b996995c54e13a16158,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/28146b17e8a35b996995c54e13a16158,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Odstawisz cukier na sześć tygodni? Efekty potrafią zaskoczyć</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649549,sen-to-wiecej-niz-luksus-7-zaskakujacych-korzysci-z-dluzszego-snu</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649549,sen-to-wiecej-niz-luksus-7-zaskakujacych-korzysci-z-dluzszego-snu</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 18:59:02 +0200</pubDate><title>Sen to więcej niż luksus. 7 zaskakujących korzyści z dłuższego snu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3ef6b01b8bf280cd47bef58d5a9ae3aa,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Brak snu szybko odbija się na naszym samopoczuciu, ale jego skutki sięgają znacznie dalej niż tylko poranne zmęczenie. Coraz więcej badań pokazuje, że odpowiednia ilość snu to jeden z najprostszych i najskuteczniejszych sposobów na poprawę zdrowia – fizycznego i psychicznego.

Mimo to sen traktujemy po macoszemu. Jak coś, co da się "odrobić" w weekend. Problem w tym, że organizm nie uznaje takich układów. Lubi rytm. Stałość. I nocny odpoczynek, który naprawdę coś daje.
1. Bystrzejszy umysł i lepsza pamięć
Niewyspanie spowalnia. Reakcje, decyzje, myślenie – wszystko łapie zadyszkę. Do tego dochodzi pamięć, która zaczyna się sypać. To właśnie sen odgrywa kluczową rolę w procesach uczenia się i zapamiętywania. To wtedy mózg "porządkuje" informacje i zapisuje je w pamięci długotrwałej. 
Innymi słowy – bez odpowiedniej ilości snu trudniej się skupić, jeszcze trudniej coś zapamiętać.
2. Lepszy nastrój i większa odporność psychiczna
Sen to moment, w którym mózg przetwarza emocje. Skrócisz go – szybciej wybuchasz, łatwiej się irytujesz, gorzej znosisz napięcie. 
Długotrwałe niedosypianie? Tu robi się poważniej. Długotrwały brak snu może znacząco zwiększać ryzyko depresji czy stanów lękowych. Dobry sen działa jak reset – pozwala złapać dystans i lepiej radzić sobie z codziennymi wyzwaniami.
3. Zdrowsze serce
W nocy ciśnienie krwi naturalnie spada. Układ krążenia dostaje chwilę oddechu. Jeśli śpimy za krótko, organizm dłużej pozostaje w stanie podwyższonego ciśnienia. Ten moment regeneracji znika albo się skraca. 
Efekt kumuluje się z czasem. A stąd już niedaleko do problemów z sercem czy udaru. Nocny odpoczynek to nie fanaberia – to inwestycja.
4. Lepsze wyniki sportowe
Zmęczenie odbija się na wszystkim. Na sile, refleksie, motywacji.
W sportach wytrzymałościowych – jak bieganie czy pływanie – to szczególnie widoczne. Organizm potrzebuje snu, by odbudować mięśnie i odzyskać energię. Bez tego trening traci sens. A ryzyko kontuzji rośnie.
5. Stabilniejszy poziom cukru we krwi
W głębokiej fazie snu organizm reguluje gospodarkę energetyczną. Poziom glukozy spada, wszystko się wyrównuje. Zbyt krótki sen zaburza ten proces. Ciało gorzej radzi sobie z kontrolą cukru. Długofalowo? Większe ryzyko cukrzycy typu 2.
6. Silniejsza odporność
Układ odpornościowy działa najefektywniej wtedy, gdy jesteśmy wyspani. To właśnie podczas snu organizm identyfikuje i zwalcza patogeny. Przewlekły brak snu osłabia tę reakcję – przez co częściej łapiemy infekcje i wolniej wracamy do zdrowia.
7. Lepsza kontrola masy ciała
Sen wpływa na hormony odpowiedzialne za apetyt – leptynę i grelinę. Gdy śpimy za mało, czujemy większy głód. Mamy też większą ochotę na kaloryczne, niezdrowe jedzenie. Do tego dochodzi zmęczenie, które skutecznie zniechęca do aktywności fizycznej. Efekt? Nadwyżka kalorii i większe ryzyko przybierania na wadze.
Ile snu to za dużo?
Choć sen jest niezbędny, jego nadmiar również nie jest wskazany. Badania sugerują, że regularne spanie powyżej 9 godzin może wiązać się z negatywnymi skutkami dla układu krążenia, takimi jak mniejsza elastyczność tętnic.
Dla większości dorosłych optymalny czas snu wynosi około 7–8 godzin na dobę.
Sen to nie strata czasu – to fundament zdrowia. W świecie, który premiuje ciągłą aktywność, łatwo o tym zapomnieć. Tymczasem to właśnie nocny odpoczynek może być najprostszym "biohakiem", jaki mamy na wyciągnięcie ręki.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3ef6b01b8bf280cd47bef58d5a9ae3aa,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3ef6b01b8bf280cd47bef58d5a9ae3aa,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sen to więcej niż luksus. 7 zaskakujących korzyści z dłuższego snu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649351,nastolatki-uzalezniaja-sie-od-chatbotow-ai</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649351,nastolatki-uzalezniaja-sie-od-chatbotow-ai</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 14:57:44 +0200</pubDate><title>Nastolatki uzależniają się od chatbotów AI. Niewinna zabawa? Nic z tych rzeczy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/80a5920b9acf7423f0d465e87b5364a5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Coraz więcej młodych ludzi traktuje sztuczną inteligencję jak powiernika i przyjaciela. Nowe badanie pokazuje jednak, że ta relacja potrafi wymknąć się spod kontroli.

Zjawisko, które jeszcze niedawno wydawało się ciekawostką technologiczną, dziś zaczyna budzić realne obawy badaczy i samych użytkowników.
Gdy chatbot staje się kimś więcej niż narzędziem
Według szacunków ponad połowa nastolatków w Stanach Zjednoczonych regularnie korzysta z chatbotów opartych na generatywnej sztucznej inteligencji. Aplikacje takie jak Character.AI, Replika czy Kindroid są reklamowane jako cyfrowi towarzysze, których zadaniem jest wspieranie, rozmawianie i pomaganie w trudnych chwilach.
Problem w tym, że granica między "narzędziem" a "relacją" zaczyna się zacierać. Potwierdzają to badania, takie jak te przeprowadzone przez Drexel University, które wskazuje, że wielu młodych użytkowników dostrzega u siebie oznaki uzależnienia. Co więcej, sami zaczynają się tym niepokoić.
Naukowcy przeanalizowali ponad 300 wpisów nastolatków (13–17 lat) publikowanych na platformie Reddit. Niestety, wyniki są niepokojące. W wielu przypadkach młodzi ludzie zaczynali korzystać z chatbotów w dobrej wierze – szukając wsparcia emocjonalnego, radzenia sobie z samotnością czy zwykłej rozrywki. Jednak z czasem relacja z AI zaczynała dominować ich codzienność. Pojawiały się konkretne konsekwencje:
problemy ze snem,
spadek wyników w nauce,
napięcia w relacjach z bliskimi.

Jak zauważa dr Afsaneh Razi, współautorka badania, to jedno z pierwszych tak wyraźnych potwierdzeń, że interakcje z AI mogą realnie wpływać na dobrostan młodych użytkowników.
Mechanizmy znane z uzależnień
Badacze nie mają wątpliwości, że zachowania opisane przez nastolatków przypominają klasyczne uzależnienie behawioralne. W analizowanych wpisach pojawiały się wszystkie jego kluczowe elementy:
konflikt – świadomość problemu przy jednoczesnej chęci dalszego korzystania,
wycofanie – pogorszenie nastroju bez kontaktu z botem,
tolerancja – potrzeba coraz częstszych interakcji,
nawrót – powrót po próbach ograniczenia,
zmiana nastroju – traktowanie AI jako "lekarstwa" na stres,
wyraźność – emocjonalne przywiązanie silniejsze niż do ludzi.

To, co wyróżnia chatboty, to ich interaktywność. Odpowiadają, zapamiętują, reagują na emocje. Jak zauważają autorzy badania, przez to doświadczenie zaczyna przypominać relację z drugim człowiekiem, a nie korzystanie z aplikacji.
Technologia, która "udaje" relację
Eksperci podkreślają, że kluczową rolę odgrywają tu cechy nowoczesnych systemów AI, czyli personalizacja, pamięć rozmów i zdolność do prowadzenia empatycznego dialogu. To sprawia, że użytkownik może mieć wrażenie autentycznej więzi. A zerwanie takiej relacji, nawet jeśli dotyczy programu, bywa trudne emocjonalnie.
– Z tego powodu odejście nie oznacza jedynie porzucenia nawyku, ale może być odczuwane jako dystansowanie się od czegoś znaczącego, co utrudnia rozpoznanie i rozwiązanie problemu nadmiernego polegania na technologii – podkreśla Matt Namvarpour, doktorant na Wydziale Informatyki i w laboratorium ETHOS, pierwszy autor badania.
Zespół z Drexel University proponuje konkretne rozwiązania, które mogłyby ograniczyć ryzyko uzależnienia. Wśród rekomendacji pojawiają się m.in.:
wprowadzenie limitów użytkowania,
komunikaty o stanie emocjonalnym użytkownika,
narzędzia do monitorowania czasu spędzanego z AI,
projektowanie chatbotów tak, by wspierały relacje offline, a nie je zastępowały,
łatwe i łagodne sposoby zakończenia interakcji.

Kluczowa ma być też współpraca twórców technologii z psychologami i specjalistami zdrowia psychicznego.
Choć badanie opiera się na stosunkowo niewielkiej próbie, jego wnioski wpisują się w szerszą dyskusję o wpływie technologii na młodych ludzi. Do tej pory mówiło się głównie o uzależnieniu od gier czy mediów społecznościowych. Teraz pojawia się nowy gracz – bardziej subtelny, bardziej "ludzki" i potencjalnie trudniejszy do odrzucenia. I to właśnie czyni go tak niepokojącym…
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/80a5920b9acf7423f0d465e87b5364a5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/80a5920b9acf7423f0d465e87b5364a5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nastolatki uzależniają się od chatbotów AI</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648115,3-napoje-ktore-powinni-pic-mlodzi-ludzie-realia-sa-niestety-dalekie-od-idealu</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648115,3-napoje-ktore-powinni-pic-mlodzi-ludzie-realia-sa-niestety-dalekie-od-idealu</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 11:59:13 +0200</pubDate><title>3 napoje, które powinni pić młodzi ludzie. Realia są niestety dalekie od ideału</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b18e819bdc3118d6a9ae100e81258694,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wybory młodzieży co do napojów budzą zainteresowanie nie tylko rodziców, ale także ekspertów od zdrowia. W końcu "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci". Dobre nawyki zaprocentują, złe przyniosą straty. Dopytujemy, co młodzi powinni pić, a czego nie, i jak teoria ma się do praktyki.

Odpowiednie nawodnienie organizmu to fundament zdrowia, formy i kondycji absolutnie dla wszystkich. Tym bardziej trudno zlekceważyć tę zależność u młodych ludzi, zwłaszcza tych w okresie dojrzewania, gdy doświadczają oni intensywnych zmian fizycznych i psychicznych. Nie można jednak abstrahować od tego, jak to uzupełnianie płynów jest uskuteczniane w codziennym życiu. Jak powinno być w świecie idealnym?
Napoje dobre dla młodych ludzi
– Kluczowe jest to, aby podstawą nawodnienia młodzieży były napoje bezkaloryczne. Na pierwszym miejscu powinna być zdecydowanie woda – każda: niegazowana, gazowana czy kranowa. To najprostszy i najbardziej fizjologiczny sposób nawadniania organizmu – wskazuje Justyna Marszałkowska-Jakubik, dietetyczka, nauczycielka akademicka i blogerka, autorka kanału ZdrowoNajedzeni.
Jak dodaje w rozmowie z naszym serwisem ekspertka, dobrym uzupełnieniem mogą być niesłodzone herbaty, również te owocowe i napary ziołowe, szczególnie jako element codziennych nawyków. A co z sokami? Zdaniem zapytanej specjalistki od żywienia w tym przypadku należy dokonać pewnego rozróżnienia.
– Soki warzywne mogą stanowić wartościowy dodatek do diety, zwłaszcza w sytuacjach, gdy dostęp do świeżych warzyw jest ograniczony, czyli np. w szkole. Natomiast soki owocowe, ze względu na wysoką zawartość cukru i porównywalną kaloryczność do popularnych gazowanych napojów słodzonych, powinny być spożywane raczej okazjonalnie – podkreśla nasza rozmówczyni.
Tych napojów młodzi powinni unikać
Pierwsze, co przychodzi na myśl, to słodzone i kolorowe napoje gazowane. Niby wszyscy to wiedzą, ale niekoniecznie wszyscy zdają sobie sprawę z ogromu szkód wyrządzonych przez te popularne produkty do picia. Próchnica zębów i otyłość to niejedyne problemy zdrowotne, z jakimi mierzą się młodzi amatorzy i młode amatorki tych wszechobecnych na sklepowych półkach napojów.
Bogate w cukry i barwniki napoje mogą prowadzić do insulinooporności i cukrzycy typu 2. Ich wysokie spożycie wiąże się też ze zwiększonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych i nadciśnienia tętniczego. Przy częstym sięganiu po nie również wątroba przeżywa ciężkie chwile i grozi jej stłuszczenie. Są też badania, które wskazują na to, że w pewnym stopniu mogą one nasilać zaburzenia lękowe u nastolatków.
Na czarnej liście powinny też znaleźć się napoje energetyzujące z dodatkiem kofeiny lub tauryny. W sensie prawnym już tak jest, bo od 1 stycznia 2024 roku w Polsce obowiązuje całkowity zakaz ich sprzedaży osobom poniżej 18. roku życia. Jak wiadomo, każdy zakaz można obejść (choć nie powinno się tego robić), a młodzi mają na to swoje sposoby. Wracając do tematu – jak mogą one dewastować młody organizm?
U ludzi o małej masie ciała, a w tej grupie mieści się większość dzieci i młodzieży, "energetyki" za sprawą proporcji zawartych w nich składników wywołują efekty toksyczne. Spektrum objawów "przedawkowania" obejmuje: rozdrażnienie, zmiany nastroju, napady lęku, bezsenność, zaburzenia ruchu, a także wzrost ciśnienia tętniczego krwi. Nawet ostrzega się, że "już jedna puszka wystarczy, by dostać zawału".
A co pije młodzież w naszym kraju?
Skoro już wiemy, jakie napoje są wskazane, a inne niewskazane młodym ludziom i dlaczego, to co możemy powiedzieć o tym fragmencie rzeczywistości w Polsce. Nie musimy się domyślać, bo mamy dosyć świeże badanie (z listopada 2025 roku) na temat tego, co lubią pić młode Polki i młodzi Polacy. Ten obraz całości jest o tyle ciekawy, że dopełniają go dane przedstawiające, co młodzież faktycznie pija najczęściej.
Źródłem tej wiedzy jest badanie Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna przeprowadzone wśród młodzieży w wieku 13-17 lat. Wynika z niego, że najchętniej wybieranym napojem jest niegazowana woda mineralna. Tak wskazało 24 proc. badanych. To dobra wiadomość, ale jest też zła, bo taki sam odsetek preferuje słodzone napoje gazowane. Na trzecim miejscu znalazły się soki (15 proc. wskazań).
Okazuje się jednak, że lista najchętniej wybieranych napojów nie pokrywa się z tą zawierającą napoje najczęściej pite. Na tym drugim polu zwycięża... herbata (80 proc.), po którą spontanicznie najchętniej sięga tylko... 9 proc. osób w wieku 13-17 lat! Kolejne miejsca po tym napoju zajmują: soki owocowe (76 proc.), wody mineralne niegazowane i słodzone napoje gazowane (po 75 proc.).
– Warto zwrócić uwagę na motywy wyboru napojów przez młodzież. Najczęściej decydującym czynnikiem jest smak, podczas gdy kwestie zdrowotne, cena czy marka mają znaczenie drugorzędne. To pokazuje, że wybory napojowe młodych mają sprawiać przyjemność, a nie wpisywać się w świadome, prozdrowotne postawy – komentuje autorka badania, Dominika Maison, profesor psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Skąd rozbieżność w tym, co młodzi lubią pić, a co najczęściej piją? Pewien wpływ na różnice w wynikach może mieć kontrola rodziców, zwłaszcza ta sprawowana nad dziećmi w wieku 13-14 lat. Pod uwagę należy też wziąć koszty (głównie ceny napojów z dodatkiem cukru w sklepach) i dostępność (w domach herbata zazwyczaj dominuje nad napojami gazowanymi czy wodą mineralną).
– Myślę, że dość zaskakujące jest to, że to, co ulubione, nie zawsze jest najczęściej pijane. Z jednej strony młodzież deklaruje preferencję dla wody, co jest bardzo pozytywne, z drugiej aż 80 proc. wskazuje herbatę jako napój spożywany najczęściej, mimo że nie jest ona ich pierwszym ulubionym wyborem. To może sugerować, że codzienne wybory są w dużej mierze kształtowane przez nawyki i zwyczaje domowe, a nie wyłącznie indywidualne preferencje. Wiek grupy badanej to 13-17 lat, więc jest to dość zrozumiałe – mówi Justyna Marszałkowska-Jakubik.
Niepokojący jest dla niej natomiast fakt, że "energetyki" pije co trzeci młody respondent, a niemal połowa deklaruje ich samodzielny zakup. – To pokazuje dużą dostępność tych produktów i relatywnie niską kontrolę dorosłych. 23 proc. młodych wskazuje brak cukru jako ważne kryterium wyboru, to pozytywny sygnał. Warto jednak pamiętać, że napoje "bez cukru" często zawierają słodziki, które przy regularnym spożyciu mogą wpływać m.in. na funkcjonowanie przewodu pokarmowego i mikrobiotę.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b18e819bdc3118d6a9ae100e81258694,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b18e819bdc3118d6a9ae100e81258694,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wybory młodzieży co do napojów budzą zainteresowanie ekspertów od zdrowia.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649741,zdrowa-zywnosc-pod-lupa-to-co-jesz-moze-znaczyc-cos-zupelnie-innego-niz-myslisz</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649741,zdrowa-zywnosc-pod-lupa-to-co-jesz-moze-znaczyc-cos-zupelnie-innego-niz-myslisz</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 22:00:02 +0200</pubDate><title>Zdrowa żywność pod lupą. To, co jesz, może znaczyć coś zupełnie innego, niż myślisz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d60e6bbe5960210dfbebc2da4d0d87bd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy "zdrowe jedzenie" rzeczywiście działa zawsze na naszą korzyść? Intuicja podpowiada, że tak. Badania coraz częściej mówią coś innego. Odpowiedź wcale nie jest tak oczywista – kluczowe znaczenie ma nie sam produkt, lecz kontekst, w jakim go spożywamy.

Jeszcze niedawno sprawa wydawała się czarno-biała – to jest dobre, tamto złe. Prosty podział. Dziś naukowcy odchodzą od tej wygodnej osi. Proponują spojrzenie mniej oczywiste, za to bliższe realiom codziennych wyborów.
Zdrowe czy tylko "mniej złe"?
Artykuł z tego roku, opublikowany na łamach "Clinical Nutrition" podważa jedno z najbardziej zakorzenionych przekonań dotyczących żywienia. 
Wniosek? Produkty nie mają stałego, przypisanego raz na zawsze wpływu na zdrowie. Znaczenie ma układ odniesienia. Zawsze. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Garść orzechów zamiast chipsów to jedno. Ta sama garść zamiast pełnego posiłku – coś zupełnie innego. Jedzenie nie istnieje w próżni. Nigdy.
Dieta to układ naczyń połączonych
Badania żywieniowe od lat dostarczają sprzecznych nagłówków. Raz kawa ratuje serce, a raz szkodzi. Czerwone mięso – raz winne, raz uniewinnione. Problem tkwi w fundamentach. Badacze często opierają się na wskaźnikach pośrednich – biomarkerach, reakcjach fizjologicznych. Ich sens zależy jednak od ukrytego punktu odniesienia.
Dieta nie jest zbiorem niezależnych elementów. To układ naczyń połączonych. Gdy zwiększasz spożycie jednego produktu, automatycznie ograniczasz inny. Proste. A jednak często pomijane.
Weźmy czerwone mięso. Może oznaczać chudą wołowinę. Może też znaczyć tłustą, przetworzoną kiełbasę z dodatkiem rafinowanych węglowodanów. Dwa różne światy. Jedna etykieta.

Kluczowe pytanie – w porównaniu z czym?
Badacze proponują prostą korektę myślenia. Zamiast pytać: "czy to jest zdrowe?", powinniśmy pytać: "zdrowsze od czego?".
To tzw. podejście kontrfaktyczne – jedna z podstaw współczesnego wnioskowania przyczynowego. Zakłada ono, że sensowna ocena wpływu danego czynnika wymaga odniesienia do alternatywy. Bez niej wisi w powietrzu.
Brzmi abstrakcyjnie? W praktyce chodzi o coś bardzo konkretnego. Jeśli zamieniamy masło na oliwę, oceniamy efekt tej konkretnej zmiany. Ale jeśli zastępujemy oliwą słodkie przekąski – wynik będzie zupełnie inny. Bez tego kontekstu wnioski stają się mylące.
Pułapki badań i "magia" metaanaliz
W teorii metaanalizy – czyli badania zbierające wyniki wielu innych badań – powinny dawać najbardziej wiarygodne odpowiedzi. Problem w tym, że często łączą dane, które… nie są do końca porównywalne. Różne eksperymenty badają różne "zamiany" żywieniowe. Gdy wrzucimy je do jednego worka, wynik się rozmywa. Traci ostrość.
Dlatego pojawia się metaanaliza sieciowa (NMA). Bierze pod uwagę różne punkty odniesienia. Pozwala zobaczyć, jak produkty wypadają względem siebie, a nie w próżni. To nie cudowne rozwiązanie. Ale przynajmniej nie upraszcza rzeczywistości na siłę. Nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale przynajmniej nie udaje, że ich nie ma.
Co z tego wynika dla nas?
Nie ma jednej, uniwersalnej listy "dobrych" produktów. Takiej, która działa zawsze i dla każdego. To mit, choć bardzo wygodny.
Liczy się całość. Układ dnia. Kontekst. To, co wyrzucasz z diety – i czym to zastępujesz.
To też sygnał ostrzegawczy. Proste porady dietetyczne kuszą, bo są łatwe. Bo w świecie, w którym każdy produkt może być "zdrowy" lub "niezdrowy" w zależności od sytuacji, jednoznaczne etykiety tracą sens. Ale rzeczywistość nie jest prosta. Produkt może być "na plus" albo "na minus" – zależnie od sytuacji.
Może więc pytanie nie brzmi: "co jeść?". Może właściwe brzmi inaczej: "Co przestać jeść, i dlaczego?".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d60e6bbe5960210dfbebc2da4d0d87bd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d60e6bbe5960210dfbebc2da4d0d87bd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zdrowa żywność pod lupą. To, co jesz, może znaczyć coś zupełnie innego, niż myślisz</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649750,2-3-kawy-dziennie-moga-wspierac-psychike-fenomenalna-wiadomosc-dla-kawoszy</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649750,2-3-kawy-dziennie-moga-wspierac-psychike-fenomenalna-wiadomosc-dla-kawoszy</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 08:30:02 +0200</pubDate><title>2-3 kawy dziennie mogą wspierać psychikę. Fenomenalna wiadomość dla kawoszy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/990592676aff0e82d71275eb0e1dfdd5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Poranna kawa od lat uchodzi za rytuał, bez którego trudno zacząć dzień. Teraz okazuje się, że może mieć też mniej oczywiste działanie – wspierać zdrowie psychiczne. Nowe badania sugerują, że klucz tkwi nie tylko w samej kawie, ale w jej ilości.

Zanim jednak zaczniemy traktować filiżankę espresso jak receptę na lepszy nastrój, warto przyjrzeć się szczegółom.
Naukowcy z Uniwersytetu Fudan w Chinach przeanalizowali dane ponad 400 tysięcy osób, aby sprawdzić, czy kawa ma związek z ryzykiem występowania stresu, lęku i depresji. Wyniki opublikowane w "Journal of Affective Disorders" są dość jednoznaczne – najlepsze efekty obserwowano przy umiarkowanym spożyciu.
Konkretnie? Dwie, maksymalnie trzy filiżanki dziennie. To właśnie przy takim poziomie ryzyko zaburzeń nastroju było najniższe. Co ciekawe, efekt ochronny był wyraźniejszy u mężczyzn niż u kobiet, choć badacze nie wskazują jednoznacznej przyczyny tej różnicy.
Kawa to coś więcej niż kofeina
Najprostsze skojarzenie to pobudzenie. Kawa stawia na nogi, koniec historii. Tyle że to tylko fragment układanki. Kofeina blokuje adenozynę – związek chemiczny odpowiedzialny za uczucie zmęczenia. To dlatego po kawie czujemy przypływ energii.
Ale to nie wszystko. W małych dawkach kofeina wpływa też na dopaminę. A to już inna liga. Ten neuroprzekaźnik związany jest z przyjemnością, motywacją i zdolnością uczenia się. Gdy jej brakuje, pojawia się apatia. Spadek energii. Nastrój siada. W tym świetle kawa przestaje być tylko "kopem". Bardziej przypomina regulator. Delikatny, ale zauważalny.
Jednym z ważniejszych elementów badania było rozróżnienie typów kawy. Dotychczas wiele analiz wrzucało wszystko do jednego worka – rozpuszczalna, mielona, bezkofeinowa – bez różnicy. Tym razem podejście było bardziej precyzyjne.
Analiza opierała się na danych z brytyjskiego Biobanku. Ponad 13 lat obserwacji. Nawyki, zdrowie, zmiany w czasie. W tym okresie odnotowano ponad 18 tysięcy przypadków zaburzeń nastroju. To pozwoliło zobaczyć coś wyraźnego – krzywą w kształcie litery J.
To oznacza, że zarówno zbyt małe, jak i zbyt duże spożycie kawy wiązało się z gorszymi wynikami psychicznymi niż umiarkowane picie. Najkorzystniejszy punkt leży pośrodku.
Kiedy kawa przestaje pomagać
Granica istnieje i nie jest przesadnie odległa. Pięć filiżanek dziennie to już poziom, przy którym ryzyko problemów z nastrojem rośnie. Tu efekt się odwraca. Kawa przestaje wspierać. Zaczyna szkodzić.
Do tego dochodzi indywidualna wrażliwość. Dla jednych trzy filiżanki to norma. Dla innych jedna to już za dużo. Wtedy pojawia się niepokój, rozdrażnienie, przyspieszone tętno. Co ciekawe, badacze sprawdzili też genetykę. Tempo metabolizowania kofeiny wydawało się obiecującym tropem. Ostatecznie jednak nie miało większego wpływu na wyniki.
W tle tych ustaleń kryje się coś większego. Problemy psychiczne rosną i to globalnie. Coraz częściej mówi się nie tylko o leczeniu, ale o codziennych nawykach, które mogą robić różnicę. Kawa dobrze wpisuje się w ten schemat.
Nie jako cudowny środek. Raczej jako element układanki. Filiżanka rano. Druga w południe. Niby nic. A jednak, to powtarzalny rytuał, który może wspierać koncentrację i nastrój. I choć trudno mówić o kawie jak o terapii, jedno jest pewne – w tym przypadku umiar naprawdę robi różnicę.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/990592676aff0e82d71275eb0e1dfdd5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/990592676aff0e82d71275eb0e1dfdd5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dwie–trzy kawy dziennie mogą wspierać psychikę. To naprawdę dobra wiadomość dla kawoszy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648460,jest-6-produktow-ktore-wzmacniaja-kosci-lista-niby-prosta-a-moze-zaskoczyc</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648460,jest-6-produktow-ktore-wzmacniaja-kosci-lista-niby-prosta-a-moze-zaskoczyc</link><pubDate>Fri, 17 Apr 2026 00:07:01 +0200</pubDate><title>Jest 6 produktów, które wzmacniają kości. Lista niby prosta, a może zaskoczyć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0f5d54f14d96eb18355a192db8d9c87b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie tylko mleko i ser mają znaczenie dla zdrowia kości. Coraz więcej badań pokazuje, że lista produktów wspierających ich kondycję jest znacznie dłuższa i momentami naprawdę zaskakująca.

Choć temat wydaje się dobrze znany, naukowcy wciąż odkrywają nowe elementy układanki. A część z nich można bez trudu włączyć do codziennego jadłospisu.
Suszone śliwki – więcej niż "naturalny środek na trawienie"
Suszone śliwki od lat kojarzą się głównie z poprawą pracy jelit. Tymczasem badanie opublikowane w 2022 roku w "The American Journal of Clinical Nutrition" pokazuje ich zupełnie inne oblicze.
W eksperymencie obejmującym 235 kobiet po menopauzie wykazano, że spożywanie 5–6 suszonych śliwek dziennie pomaga utrzymać gęstość mineralną kości – zwłaszcza w obrębie bioder. To istotne, bo właśnie złamania biodra należą do najpoważniejszych powikłań osteoporozy.
Naukowcy sugerują, że śliwki mogą ograniczać procesy zapalne wpływające na degradację tkanki kostnej. W praktyce oznacza to prosty nawyk, który może realnie przełożyć się na zdrowie w późniejszych latach życia.
Po menopauzie organizm kobiety zaczyna szybciej tracić masę kostną. To m.in. efekt spadku poziomu estrogenu, który wcześniej chronił kości. Statystyki są jednoznaczne – osteoporoza występuje u kobiet nawet cztery razy częściej niż u mężczyzn. Około trzy czwarte wszystkich złamań biodra dotyczy kobiet, a uraz ten drastycznie zwiększa ryzyko utraty niezależności i wcześniejszej śmierci.
Szacuje się, że nawet połowa kobiet po 50. roku życia doświadczy w swoim życiu złamania (np. biodra, nadgarstka lub kręgosłupa) związanego z osłabieniem kości. Problem polega na tym, że choroba przez długi czas nie daje objawów. Często pierwszym sygnałem jest dopiero uraz.
Nie tylko wapń. Kości potrzebują "duetu"
Choć wapń jest podstawowym budulcem kości, nie działa w pojedynkę. Kluczową rolę odgrywa też witamina D, która umożliwia jego wchłanianie.
Nasze kości nie są strukturą statyczną – ulegają rozkładowi i odbudowują się w ciągłym procesie zwanym przebudową. Organizm pobiera wapń do krwi, aby pełnić funkcje życiowe, od krzepnięcia krwi po skurcze mięśni, a następnie uzupełnia jego zapasy z diety. Jeśli tego składnika brakuje, zaczyna "pożyczać" go z kości. Efekt? Stopniowe osłabienie ich struktury.
Przyjmuje się, że masa kostna kobiet osiąga szczyt około 30. roku życia i utrzymuje się na stałym poziomie przez około dwie dekady. Jednak po menopauzie utrata kości następuje szybciej, niż organizm jest w stanie je zastąpić. Starzenie się organizmu może również powodować wypłukiwanie wapnia z kości.
Powszechnie wiadomo, że najlepszymi źródłami wapnia są produkty mleczne, takie jak mleko, jogurt i ser, a także ciemnozielone warzywa liściaste, takie jak kapusta włoska, jarmuż, boćwina i brokuły. Płatki śniadaniowe i soki owocowe również są często wzbogacane tym minerałem.
Zaskakujące produkty, które dostarczają wapnia
Nie tylko nabiał może wspierać zdrowie kości. W codziennej diecie warto uwzględnić także mniej oczywiste produkty:
Suszone figi
Już dwie sztuki dostarczają około 65 mg wapnia. Świetnie sprawdzają się jako dodatek do owsianki, sałatek czy nawet dań wytrawnych (dobrze komponują się z serem, a nawet jako dodatek do pizzy).
Łosoś w puszce
Porcja (ok. 85 g) zawiera aż 180 mg wapnia – głównie dzięki obecności miękkich ości. To prosty sposób na zwiększenie podaży tego pierwiastka bez sięgania po suplementy. Z łososia w puszce można łatwo zrobić pastę do kanapek, lub ubić na dip.
Mleka roślinne
Napój sojowy, migdałowy czy ryżowy często jest wzbogacany wapniem – w ilości porównywalnej do mleka krowiego (225 ml zawiera od 350 do 400 mg wapnia). Warto jednak sprawdzać etykiety, zwłaszcza pod kątem dodatku cukru.
Tofu i produkty sojowe
Porcja tofu może zawierać nawet 430 mg wapnia, a w wersjach wzbogacanych jeszcze więcej. Produkty sojowe, w tym edamame, są zazwyczaj bogate w wapń, a także białko – również ważne dla zdrowia kości.
Migdały i masło migdałowe
Ćwierć szklanki migdałów to ok. 75 mg wapnia. W wersji pasty – jeszcze więcej (dwie łyżki masła migdałowego zawierają 111 mg wapnia). To dobra przekąska, znana ze swoich dobroczynnych właściwości dla serca, choć dość kaloryczna.
Biała fasola
Jedna filiżanka roślin strączkowych – do których zaliczają się fasola biała, fasola cannellini, fasola wielkokwiatowa i fasola lima – dostarcza około 190 mg wapnia. Dodatkowo to świetne źródło białka i błonnika.
Dieta to tylko część układanki, bowiem równie ważna jest aktywność fizyczna, która stymuluje kości do odbudowy.
Eksperci podkreślają jednak, że w przypadku osób starszych lepiej unikać intensywnych treningów obciążeniowych czy skokowych. Chociaż ćwiczenia o dużej intensywności są uzasadnione dla wzmocnienia kości, mogą one również prowadzić do kontuzji, zwłaszcza u osób starszych, które mogą mieć już problemy ze stawami.
Zamiast tego warto postawić na bezpieczniejsze alternatywy, takie jak:
szybki marsz,
ćwiczenia aerobowe o niskiej intensywności,
trening na orbitreku,
wchodzenie po schodach.

To wystarczy, by wspierać kondycję kości bez ryzyka kontuzji.
Badanie, które może wykryć problem wcześniej
Chociaż z wiekiem łatwo zwykle nieco utyć lub przyjąć lekko zgarbioną postawę – co wskazuje na czającą się osteoporozę – choroba ta zazwyczaj nie daje o sobie znać, dopóki nie złamie się kości. Na szczęście można temu zapobiec, czyli wykryć osteoporozę, zanim dojdzie do złamania. 
Służy do tego badanie gęstości kości (DEXA), które ocenia poziom mineralizacji tkanki kostnej.
Zaleca się je wszystkim kobietom po 65. roku życia oraz młodszym, jeśli znajdują się w grupie ryzyka – niska masa ciała, przebyte złamanie, złamanie biodra przez rodzica, choroba związana z utratą masy kostnej lub stosowanie leków, o których wiadomo, że powodują rozrzedzenie kości.
Sam test jest szybki, bezbolesny i trwa około 15 minut.
Choć suplementy wapnia i witaminy D mogą być pomocne, eksperci zalecają ostrożność. Nadmiar tych składników – zwłaszcza w formie tabletek – może zwiększać ryzyko kamieni nerkowych. Dlatego podstawą powinna być dieta, a suplementacja powinna być tylko dodatkiem.
Zdrowe kości to efekt codziennych wyborów – nie jednego produktu czy jednej decyzji. I choć mleko wciąż ma swoje miejsce w tej układance, warto spojrzeć szerzej. Bo jak pokazują badania, czasem to właśnie najbardziej nieoczywiste produkty robią największą różnicę.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0f5d54f14d96eb18355a192db8d9c87b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0f5d54f14d96eb18355a192db8d9c87b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">6 produktów, które wzmacniają kości.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649249,jubileuszowa-edycja-programu-av-ne-mozesz-wygrac-3-tygodniowa-kuracje-we-francji</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649249,jubileuszowa-edycja-programu-av-ne-mozesz-wygrac-3-tygodniowa-kuracje-we-francji</link><pubDate>Thu, 16 Apr 2026 16:41:33 +0200</pubDate><title>Jubileuszowa edycja programu Avène. Możesz wygrać 3-tygodniową kurację we Francji</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/ea356c7e724eb367532b8c2012f7da98,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zmagasz się z atopowym zapaleniem skóry? Jeśli tak, masz szansę nie tylko przynieść jej ulgę, ale także oderwać się od trudnej codzienności. W najnowszej edycji Programu &quot;Polski Pacjent w Avène&quot; po raz pierwszy dorośli pacjenci z AZS mogą wygrać wyjazd na kurację we Francji.

Atopowe zapalenie skóry (AZS) to jedna z najczęściej diagnozowanych chorób dermatologicznych. W Polsce stwierdza się ją u blisko 800 000 osób, w tym u około 4 proc. dorosłych i 5–10 proc. dzieci.
Życie z AZS to nie tylko ciągła walka z uciążliwymi objawami, takimi jak bardzo silny świąd, mocno przesuszona i pękająca skóra, intensywne zaczerwienienie czy obecność podatnych na zakażenie bakteryjne grudek i pęcherzyków. To również często psychiczne zmęczenie codziennym dyskomfortem wynikającym z np. nieprzespanej nocy czy wstydliwych sytuacji towarzyskich z kłopotliwymi pytaniami.
Dla pacjentów z AZS każda szansa złagodzenia uporczywych dolegliwości skórnych jest bardzo cenna. Taką okazję daje skierowany dotąd wyłącznie do dzieci Program "Polski Pacjent w Avène". Jego organizator – marka Eau Thermale Avène – postanowił rozszerzyć 10. jubileuszową edycję i umożliwić 3-tygodniowy wyjazd do Centrum Hydroterapii nie tylko małemu pacjentowi, ale również osobie dorosłej z AZS.
10 lat wsparcia z Avène
Program "Polski Pacjent w Avène" organizowany przez Eau Thermale Avène (francuskiego producenta dermokosmetyków) został zainicjowany 10 lat temu, aby wspierać dzieci z atopowym zapaleniem skóry. W ramach Programu co roku organizowany jest konkurs, który pozwala najmłodszym pacjentom wyjechać z opiekunem na 3-tygodniową kurację do Francji.
10-lecie Programu otwiera nowy rozdział w jego historii, przynosząc istotną zmianę w dotychczasowych zasadach tej inicjatywy. Otóż, obok istniejącej od samego początku głównej nagrody dla dzieci z atopowym zapaleniem skóry, po raz pierwszy organizatorzy akcji przyznają dodatkową pulę nagród dla osób dorosłych.
– Od 10 lat towarzyszymy dzieciom z AZS i ich rodzinom, obserwując, jak bardzo ta choroba wpływa nie tylko na stan skóry, ale także na całe życie. Dla wielu osób AZS nie kończy się wraz z dzieciństwem, dlatego rozszerzenie Programu "Polski Pacjent w Avène" o osoby dorosłe jest dla nas naturalną kontynuacją tej historii – tłumaczy Izabella Lesieur, Marketing Director Eau Thermale Avène.
W jubileuszowej edycji Programu również dorośli, którzy chorują na AZS, mogą wygrać wyjazd na 3-tygodniową specjalistyczną kurację do Centrum Hydroterapii Avène we Francji. Na miejscu – w doskonale wyposażonym ośrodku, korzystnym dla zdrowia środowisku i pod opieką specjalistów – laureaci będą mogli skorzystać z leczniczych i pielęgnacyjnych właściwości wyjątkowej wody termalnej Avène.
Jak możesz wziąć udział w konkursie Avène? 
Jeśli jesteś osobą pełnoletnią i masz zdiagnozowane AZS, możesz ubiegać się o zdobycie nagrody głównej z puli Programu "Polski Pacjent w Avène" dla dorosłych osób. W zadaniu konkursowym organizatorzy oczekują od ciebie udzielenia w 10 słowach odpowiedzi na pytanie "Jak rozpoczniesz kolejny rozdział swojej historii?".
Z przygotowaną odpowiedzią udaj się pod ten adres online. Na stronie jest formularz zgłoszeniowy, w którym musisz podać podstawowe dane, informacje o przebiegu swojej choroby i leczeniu oraz odpowiedź na pytanie konkursowe, a także udzielić stosownych zgód na udział w Programie. Zgłoszenia zbierane są do 30.04.2026 roku. Na tym etapie wyróżnione 100 osób otrzyma zestaw dermokosmetyków XERACALM A.D.
W drugim etapie, czyli części finałowej, 10 osób, których odpowiedzi najbardziej spodobają się jury konkursu, weźmie udział w ostatecznej rywalizacji o nagrodę główną. Warunkiem uczestnictwa jest wcześniejsze przesłanie formularza medycznego wypełnionego przez lekarza prowadzącego. Spośród finalistów wybrana zostanie jedna osoba dorosła z AZS i to ona wyjedzie na zaplanowaną kurację.
Pozostali finaliści nie odejdą jednak z pustymi rękoma. Jeśli znajdziesz się w tym gronie, otrzymasz roczne wsparcie w postaci emolientów XERACALM A.D, których formuły zostały niedawno udoskonalone z myślą o skórze bardzo suchej i skłonnej do atopii. Szczegółowe informacje o warunkach udziału w konkursie i nagrodach można znaleźć na oficjalnej stronie Programu "Polski Pacjent w Avène".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/ea356c7e724eb367532b8c2012f7da98,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/ea356c7e724eb367532b8c2012f7da98,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Wygraj wyjazd na kurację w Programie &quot;Polski Pacjent w Avène&quot;.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648670,sauna-wplywa-na-organizmy-inaczej-roznice-miedzy-plciami-zaskakuja-najmocniej</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648670,sauna-wplywa-na-organizmy-inaczej-roznice-miedzy-plciami-zaskakuja-najmocniej</link><pubDate>Thu, 16 Apr 2026 12:34:01 +0200</pubDate><title>Sauna wpływa na organizmy inaczej. Różnice między płciami zaskakują najmocniej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/26e0a2271e56264b94cf9be0298ecb2c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kąpiele w lodowatej wodzie i wizyty w saunie stały się jednym z najmodniejszych sposobów na poprawę zdrowia i regenerację. Choć obie metody działają na organizm w odmienny sposób, naukowcy coraz częściej zwracają uwagę na jeszcze jeden czynnik – płeć, która może zmieniać reakcję organizmu na temperaturę.

Coraz więcej osób traktuje kontakt z ekstremalnymi temperaturami jak element stylu życia – od morsowania po regularne saunowanie. Za trendami idą badania, które próbują odpowiedzieć na pytanie: co tak naprawdę dzieje się w naszym ciele?
Zimno jak trening dla organizmu
Zanurzenie w zimnej wodzie działa na organizm podobnie jak intensywny wysiłek fizyczny. To nagły stres, który uruchamia układ współczulny – odpowiedzialny za reakcję "walcz albo uciekaj". Efekt? Zwężenie naczyń krwionośnych, przyspieszenie tętna i wzrost ciśnienia.
W tym samym czasie mózg, a dokładniej podwzgórze, zaczyna sterować gospodarką cieplną. Wydzielane są hormony stresu, takie jak adrenalina i noradrenalina, które podkręcają metabolizm. Organizm próbuje się ogrzać, m.in. poprzez dreszcze i aktywację brunatnej tkanki tłuszczowej, odpowiedzialnej za produkcję ciepła.
Brzmi imponująco, ale naukowcy studzą emocje, bowiem z niedawnych badań opublikowanych w "International Journal of Circumpolar Health" wynika, że efekty metaboliczne są różne w zależności od osoby, a wyniki badań nie zawsze są spójne.
Zimne kąpiele mogą wpływać na układ odpornościowy – obserwuje się zmiany w poziomie cząsteczek zapalnych i komórek odpornościowych. Jednak część tych reakcji to raczej krótkotrwała odpowiedź na stres niż trwałe wzmocnienie organizmu.
Jednocześnie zimno może działać jak naturalny "boost" dla mózgu. Wzrost poziomu katecholamin poprawia koncentrację, czujność i nastrój. Pojawiają się też dane sugerujące, że ekspozycja na zimno wspiera procesy chroniące neurony. Ale jest też druga strona medalu – zbyt długie lub intensywne wychłodzenie może pogarszać pamięć, uwagę i czas reakcji.
Sauna – ciepło, które rozluźnia i wspiera serce
W przeciwieństwie do zimna, wysoka temperatura działa rozkurczowo. Naczynia krwionośne się rozszerzają, a krew przepływa szybciej przez skórę, oddając ciepło. To odciąża układ krążenia i poprawia funkcjonowanie śródbłonka, czyli wewnętrznej warstwy naczyń.
Sauna sprzyja także produkcji tlenku azotu, czyli związku, który obniża ciśnienie krwi i wspiera tworzenie nowych naczyń. Do tego dochodzi wzrost aktywności białek chroniących komórki przed stresem oksydacyjnym. Nie bez powodu sportowcy korzystają z sauny po treningu – pomaga w regeneracji i adaptacji organizmu do wysiłku.
Kobiety i mężczyźni reagują inaczej
Choć ogólne korzyści z zimna i ciepła są podobne dla obu płci, mechanizmy działania potrafią się różnić.
Badania z 2021 r. opublikowane na łamach "Temperature: Multidisciplinary Biomedical Journal" pokazują, że u kobiet większą rolę odgrywa izolacja cieplna – organizm skuteczniej zatrzymuje ciepło, m.in. dzięki innej dystrybucji tkanki tłuszczowej. Hormony, takie jak estrogen i progesteron, dodatkowo wpływają na regulację temperatury i pracę naczyń krwionośnych.
Z kolei u mężczyzn badania wykazały, że częściej obserwuje się intensywniejszą produkcję ciepła, np. poprzez dreszcze, oraz większy przepływ krwi przez skórę podczas ekspozycji na wysoką temperaturę. Różnice widać także w saunie – kobiety mają tendencję do intensywniejszego pocenia się (więcej aktywnych gruczołów potowych), a mężczyźni efektywniej oddają ciepło dzięki zwiększonemu przepływowi krwi.
Czy jedna metoda jest lepsza?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zarówno zimno, jak i ciepło mogą przynosić korzyści, od poprawy metabolizmu po wsparcie układu krążenia. Kluczowe są jednak warunki, takie jak:
czas ekspozycji, 
intensywność,
indywidualne cechy organizmu.

Co istotne, kobiety mogą osiągać podobne efekty przy łagodniejszej ekspozycji na zimno niż mężczyźni. To pokazuje, że "więcej" nie zawsze znaczy "lepiej".
Eksperci podkreślają, że przyszłość terapii termicznych leży w personalizacji. Wciąż brakuje badań uwzględniających różnice płciowe czy wpływ cyklu hormonalnego u kobiet.
Na dziś jedno jest pewne – zarówno morsowanie, jak i sauna mogą być wartościowym elementem dbania o zdrowie, pod warunkiem, że są stosowane rozsądnie i dopasowane do konkretnej osoby. Bo choć temperatura jest ta sama, organizmy reagują na nią zupełnie inaczej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/26e0a2271e56264b94cf9be0298ecb2c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/26e0a2271e56264b94cf9be0298ecb2c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zimna woda i sauna wpływają na organizm meżczyzn i kobiet inaczej.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648247,krotki-trening-poprawia-pamiec-twoj-mozg-moze-ci-za-to-podziekowac</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648247,krotki-trening-poprawia-pamiec-twoj-mozg-moze-ci-za-to-podziekowac</link><pubDate>Thu, 16 Apr 2026 00:32:01 +0200</pubDate><title>Krótki trening poprawia pamięć. Twój mózg może ci za to podziękować</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/67862125924aaae3321d79cdde5d8096,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kilka minut ruchu może zrobić dla twojej pamięci więcej, niż się spodziewasz. Nowe badania pokazują, że nawet krótka aktywność fizyczna wywołuje w mózgu procesy, które pomagają lepiej zapamiętywać i przywoływać informacje.

Nie trzeba od razu zapisywać się na maraton ani spędzać godzin na siłowni. Wystarczy krótki spacer albo kilka minut na rowerze stacjonarnym, by "uruchomić" mózg w sposób, który jeszcze niedawno był trudny do uchwycenia dla naukowców.
Każdy zna to uczucie – imię rozmówcy znika z głowy chwilę po przedstawieniu, lista zakupów rozpływa się w pamięci, a materiał do egzaminu miesza się w jedną całość. Pamięć potrafi być zawodna, ale okazuje się, że można ją wspierać bardzo prostymi metodami.
Badania z 2011 r. opublikowane na łamach naukowego czasopisma "Neuroscience" wskazują, że ćwiczenia aerobowe, czyli tzw. cardio, mają bezpośredni wpływ na zdolność zapamiętywania. Co więcej, nie chodzi wyłącznie o długoterminowe efekty. Nawet pojedyncza, krótka sesja ruchu może poprawić sposób, w jaki mózg przetwarza informacje.
Co dzieje się w mózgu po krótkim treningu?
Naukowcy zajrzeli "do środka" ludzkiego mózgu, by sprawdzić, co dzieje się tuż po wysiłku fizycznym. Zaobserwowali tzw. fale aktywności neuronalnej, czyli zsynchronizowane impulsy elektryczne między neuronami.
To właśnie one odgrywają kluczową rolę w utrwalaniu wspomnień.
Po krótkiej sesji ćwiczeń zaobserwowano zwiększoną aktywność w hipokampie – obszarze mózgu odpowiedzialnym za pamięć. Co istotne, sygnały te były lepiej zsynchronizowane z innymi regionami mózgu, co może ułatwiać "pakowanie" informacji i ich późniejsze odtwarzanie. To pierwszy tak bezpośredni dowód na to, że aktywność fizyczna wpływa na elektryczne działanie mózgu w kontekście pamięci.
Ciekawy jest nie tylko sam fakt, że ruch pomaga, ale też… kiedy go wykonywać.
Z badań z 2016 r. opublikowanych w "Currnet Biology" wynika, że spacer nawet kilka godzin po nauce może poprawić zapamiętywanie bardziej niż ćwiczenia wykonane od razu. Z kolei rozciąganie – w przeciwieństwie do cardio – nie przynosiło zauważalnych efektów dla pamięci.
W praktyce oznacza to, że jeśli uczysz się do egzaminu lub przygotowujesz do ważnej rozmowy, warto zaplanować krótki spacer w ciągu dnia. Twój mózg może ci za to podziękować.
To nie tylko pamięć. Mózg zyskuje znacznie więcej
Korzyści z aktywności fizycznej nie kończą się na lepszym zapamiętywaniu. Już pojedynczy trening może:
poprawić koncentrację nawet na dwie godziny,
zwiększyć poziom dopaminy, czyli tzw. hormonu szczęścia,
wspierać procesy uczenia się.

Regularny ruch działa jeszcze szerzej. Wzmacnia układ sercowo-naczyniowy i zwiększa produkcję białka BDNF (neurotroficzny czynnik pochodzenia mózgowego), które odpowiada za tworzenie nowych połączeń między neuronami. To właśnie ono jest jednym z kluczowych elementów plastyczności mózgu.
Naukowcy podkreślają, że efekty ćwiczeń kumulują się w czasie. Im lepsza kondycja fizyczna, tym większy wpływ pojedynczego treningu na funkcjonowanie mózgu.
Już kilka tygodni regularnej aktywności może sprawić, że kolejne sesje będą przynosiły jeszcze lepsze efekty – zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.
Wniosek? Rusz się – choćby na chwilę
Nie potrzebujesz skomplikowanego planu treningowego, żeby wesprzeć swoją pamięć. Kilka minut ruchu dziennie może realnie poprawić sposób, w jaki twój mózg przechowuje informacje.
A jeśli następnym razem zapomnisz, po co wszedłeś do pokoju – zamiast się frustrować, wyjdź na krótki spacer. Możliwe, że to najprostsza "metoda naukowa", jaką możesz zastosować od razu.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/67862125924aaae3321d79cdde5d8096,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/67862125924aaae3321d79cdde5d8096,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Krótki trening poprawia pamięć. To prosty trik, który naprawdę działa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649162,kobiety-masowo-traca-wlosy-sygnal-z-organizmu-ktorego-nie-wolno-lekcewazyc</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649162,kobiety-masowo-traca-wlosy-sygnal-z-organizmu-ktorego-nie-wolno-lekcewazyc</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2026 12:03:01 +0200</pubDate><title>Polki masowo tracą włosy. Sygnał z organizmu, którego nie wolno lekceważyć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6f5101592c2b251013167a1e6c516732,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wypadanie włosów u kobiet to problem, który rzadko ma jedną przyczynę. Za przerzedzaniem fryzury stoją zwykle złożone procesy biologiczne – od działania hormonów po genetykę i zmiany związane z wiekiem.

Choć często traktujemy włosy wyłącznie jako element wyglądu, ich kondycja bywa czułym wskaźnikiem tego, co dzieje się w organizmie.
Jak działa cykl wzrostu włosa?
Każdy włos przechodzi przez trzy fazy: wzrostu (anagen), przejściową (katagen) i spoczynku (telogen). To naturalny rytm, który trwa przez całe życie. Problem zaczyna się wtedy, gdy proporcje między tymi fazami zostają zaburzone – na przykład zbyt wiele włosów jednocześnie przechodzi w fazę spoczynku i zaczyna wypadać.
Mieszek włosowy, choć mikroskopijny, jest złożonym "mini-organem". Reaguje na sygnały hormonalne, metaboliczne i środowiskowe, a jego aktywność może zmieniać się w zależności od etapu życia.
Hormony, to niewidzialny regulator włosów
Już w okresie dojrzewania hormony zaczynają odgrywać kluczową rolę. Androgeny – w tym dihydrotestosteron (DHT) – wpływają na to, jakie włosy rosną na ciele i głowie. U niektórych kobiet mieszki włosowe są bardziej wrażliwe na te hormony, co może prowadzić do ich stopniowego osłabienia. Z kolei estrogeny działają ochronnie, czyli wydłużają fazę wzrostu włosa i wspierają jego gęstość. To właśnie dlatego równowaga hormonalna ma tak duże znaczenie dla kondycji włosów.
Ciąża i połóg – kiedy włosy najpierw zachwycają, potem wypadają
W czasie ciąży wiele kobiet zauważa, że ich włosy stają się gęstsze i mocniejsze. To efekt wysokiego poziomu estrogenów, które zatrzymują włosy w fazie wzrostu.
Problem pojawia się po porodzie. Gwałtowny spadek hormonów sprawia, że wiele włosów jednocześnie przechodzi w fazę telogenu. Efekt? Intensywne wypadanie, które zaczyna się zwykle po kilku miesiącach od porodu. Choć może być niepokojące, w większości przypadków jest to proces przejściowy.
Dorosłość i genetyka – ciche przerzedzanie
Jedną z najczęstszych przyczyn utraty włosów u kobiet jest tzw. łysienie androgenowe typu żeńskiego. Objawia się stopniowym przerzedzaniem włosów, szczególnie w okolicach przedziałka i czubka głowy.
Nie zawsze jednak chodzi o poziom hormonów – często kluczowa jest genetyczna wrażliwość mieszków włosowych. Nawet przy prawidłowych wynikach badań włosy mogą reagować na androgeny silniej niż powinny.
Dodatkowo znaczenie mają choroby współistniejące, takie jak zespół policystycznych jajników, insulinooporność czy otyłość. To one mogą nasilać problem, wpływając na gospodarkę hormonalną i metabolizm.
Menopauza – kiedy zmienia się wszystko
Menopauza to kolejny moment przełomowy. Spadek poziomu estrogenów skraca fazę wzrostu włosa i sprawia, że staje się on cieńszy, słabszy i bardziej podatny na wypadanie. Jednocześnie zmienia się proporcja między estrogenami a androgenami – na korzyść tych drugich. To może nasilać proces miniaturyzacji mieszków włosowych, czyli stopniowego "kurczenia się" włosów.
Do tego dochodzą inne czynniki związane z wiekiem, czyli gorsze ukrwienie skóry głowy, stres oksydacyjny czy mniejsza dostępność składników odżywczych.
Dlaczego nie ma jednej odpowiedzi?
Wypadanie włosów u kobiet to zjawisko wieloczynnikowe. Na różnych etapach życia dominują inne mechanizmy, od burzy hormonalnej w ciąży, przez genetyczne predyspozycje, aż po zmiany związane z menopauzą.
To właśnie dlatego skuteczne podejście wymaga spojrzenia szerzej niż tylko na jeden objaw. Bo włosy, choć widoczne na pierwszy rzut oka, są często tylko końcowym efektem procesów zachodzących głęboko w organizmie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6f5101592c2b251013167a1e6c516732,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6f5101592c2b251013167a1e6c516732,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Co powoduje wypadanie włosów u kobiet? Hormony i wiek pod lupą</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648481,wlasnie-sluchasz-muzyki-dzwiek-sprawia-ze-twoj-umysl-zaczal-pracowac-inaczej</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648481,wlasnie-sluchasz-muzyki-dzwiek-sprawia-ze-twoj-umysl-zaczal-pracowac-inaczej</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2026 11:07:01 +0200</pubDate><title>Właśnie słuchasz muzyki? Dźwięk sprawia, że twój umysł zaczął pracować inaczej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/e92309726256b37ebbe8bf125bdd0b18,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nowe badania pokazują, że dźwięki z naszego otoczenia wpływają nie tylko na nastrój, ale też na to, jak myślimy i wyobrażamy sobie świat. Muzyka potrafi "podkręcić" mentalne obrazy, a hałas uliczny skierować je na zupełnie inne tory.

To, co słyszymy w tle, rzadko traktujemy jako coś więcej niż dodatek. Tymczasem naukowcy coraz częściej przekonują, że dźwięk może być jednym z kluczowych czynników wpływających na naszą wyobraźnię i procesy poznawcze.
Muzyka i hałas to coś więcej niż tło
Badanie opublikowane w czasopiśmie "Humanities and Social Sciences Communications" pokazuje, że zarówno muzyka, jak i hałas uliczny aktywnie kształtują nasze wyobrażenia mentalne.
Chodzi o tzw. ukierunkowane wyobrażenia mentalne, czyli takie, które tworzymy świadomie, np. planując przyszłość, analizując sytuację czy wizualizując sobie jakiś cel. To właśnie one są fundamentem wielu codziennych czynności, od podejmowania decyzji po rozumienie języka.
W eksperymencie wzięło udział 107 osób. Uczestnicy najpierw oglądali krótki fragment przypominający scenę z gry wideo – postać wspinającą się na wzgórze. Następnie, z zamkniętymi oczami, mieli wyobrażać sobie dalszy ciąg tej podróży.
W tle odtwarzano różne warunki dźwiękowe:
muzykę,
hałas uliczny (klaksony, silniki, ruch),
połączenie obu,
ciszę.

Po każdej próbie badani oceniali m.in. wyrazistość swoich wyobrażeń, emocje oraz to, jak daleko i jak szybko poruszała się postać w ich głowie.
Muzyka wzmacnia emocje i szczegóły
Wyniki są dość jednoznaczne. Muzyka sprawiała, że wyobrażenia były:
bardziej wyraziste,
bardziej pozytywne emocjonalnie,
dłuższe i obejmujące większe odległości.

Krótko mówiąc – kiedy w tle grała muzyka, uczestnicy "widzieli" więcej i czuli więcej. Ich wyobrażenia były bogatsze, bardziej angażujące i – co ciekawe – rozciągnięte w czasie. To potwierdza intuicję wielu osób, które np. słuchają muzyki podczas pracy kreatywnej czy pisania.
Zupełnie inaczej działał hałas uliczny. Choć również zwiększał wyrazistość wyobrażeń, to:
nie poprawiał ich nastroju,
częściej kierował myśli w stronę scen związanych z ruchem ulicznym,
sprawiał, że wyobrażona "akcja" była szybsza.

Innymi słowy – hałas nie tyle wzmacnia wyobraźnię, co ją ukierunkowuje. Wprowadza do niej konkretne motywy i dynamikę, często niezależnie od naszej woli.
Najciekawsze efekty pojawiły się przy połączeniu muzyki z hałasem. Okazało się, że pozytywny wpływ muzyki na emocje był słabszy, ale wyrazistość i "rozmach" wyobrażeń pozostawały wysokie.
To sugeruje, że hałas może tłumić emocjonalne działanie muzyki, ale niekoniecznie jej wpływ na samą strukturę wyobrażeń.
Co to oznacza w praktyce?
Wnioski z badania mogą mieć znaczenie znacznie szersze, niż się wydaje. Autorzy wskazują m.in. na:
potencjalne zastosowania w terapii (np. wizualizacji),
wpływ środowiska miejskiego na koncentrację i myślenie,
rolę dźwięku w pracy kreatywnej.

Jednocześnie podkreślają, że wyniki mają swoje ograniczenia – badanie przeprowadzono online, na stosunkowo młodej grupie uczestników, a użyte dźwięki były konkretnymi próbkami, które nie muszą oddawać całej złożoności realnego świata.
Najważniejszy wniosek? Dźwięk nie jest neutralny. Może działać jak reżyser naszych myśli – podkręcać emocje, wydłużać mentalne "podróże" albo zmieniać ich kierunek.
Jeśli więc następnym razem założysz słuchawki do pracy albo spróbujesz się skupić w hałaśliwym miejscu, warto pamiętać, że to, co słyszysz, może realnie wpływać na to, co dzieje się w twojej głowie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/e92309726256b37ebbe8bf125bdd0b18,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/e92309726256b37ebbe8bf125bdd0b18,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Słuchasz muzyki? Twój umysł pracuje wtedy inaczej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649174,siedzenie-po-turecku-nie-szkodzi-zdrowiu-twoj-kregoslup-ma-za-to-inny-problem</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649174,siedzenie-po-turecku-nie-szkodzi-zdrowiu-twoj-kregoslup-ma-za-to-inny-problem</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2026 00:31:01 +0200</pubDate><title>Siedzenie &quot;po turecku&quot; nie szkodzi zdrowiu. Twój kręgosłup ma za to inny problem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2203f4f592dbfc0e86559ed0071dc4c3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy zakładanie nogi na nogę naprawdę niszczy kolana i kręgosłup? Okazuje się, że to jeden z najbardziej uporczywych mitów zdrowotnych, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Wielu z nas słyszało to w dzieciństwie: "nie zakładaj nogi na nogę, bo nabawisz się żylaków", "siedź prosto", "zniszczysz sobie stawy". Tyle że – jak pokazują współczesne badania – te ostrzeżenia mają więcej wspólnego z przekonaniami kulturowymi niż z medycyną.
Skąd wziął się mit o "złym siedzeniu"?
Przez lata "prawidłowa postawa" była czymś więcej niż tylko zaleceniem zdrowotnym – stanowiła oznakę dyscypliny, dobrego wychowania i samokontroli. Nic więc dziwnego, że społeczne normy zaczęły być traktowane jak naukowe fakty.
Do tego dochodzi jeszcze jedna pułapka, bowiem łatwo pomylić dyskomfort z realnym problemem zdrowotnym. Siedzenie ze skrzyżowanymi nogami przez dłuższy czas może powodować uczucie sztywności czy ucisku. To jednak zwykle sygnał, że czas zmienić pozycję, a nie dowód na to, że dzieje się coś złego. Współczesne podejście do postawy odchodzi od idei jednej "idealnej" pozycji. Coraz częściej mówi się raczej o różnorodności ruchu niż o perfekcyjnym siedzeniu.
Kręgosłup jest bardziej wytrzymały, niż myślisz
Skrzyżowane nogi często trafiają na listę "złych nawyków" rzekomo niszczących kręgosłup. Problem w tym, że nauka nie potwierdza tej tezy.
Badania nad bólem pleców z 2012 r., opublikowane w naukowym czasopiśmie "Manual Therapy" nie wskazują jednej uniwersalnej pozycji siedzącej, która byłaby najlepsza dla wszystkich. Co więcej, fizjoterapeuci sami nie są zgodni, jaka pozycja jest "idealna" – ich odpowiedzi różnią się w zależności od doświadczenia i podejścia.
Wiadomo jednak, że kręgosłup jest strukturą silną i elastyczną. Został zaprojektowany tak, by radzić sobie z różnymi pozycjami. Znacznie większym problemem jest pozostawanie w jednej pozycji przez długi czas – niezależnie od tego, czy siedzimy prosto, zgarbieni, czy z nogą założoną na nogę.
Biodra i kolana więcej wytrzymują na co dzień
Kolejny popularny mit mówi o "niszczeniu stawów". Tymczasem nasze biodra i kolana każdego dnia znoszą znacznie większe obciążenia, np. podczas chodzenia po schodach, biegania czy nawet wstawania z krzesła.
Owszem, skrzyżowanie nóg zmienia chwilowo ustawienie stawów, ale według badania z 2023 r., opublikowanego na łamach "Applied Sciences" nie ma dowodów na to, że prowadzi to do ich trwałego uszkodzenia czy rozwoju chorób, takich jak zwyrodnienia.
Eksperci podkreślają za to, że dla zdrowia stawów kluczowe są zupełnie inne czynniki, takie jak aktywność fizyczna, siła mięśni, masa ciała i ogólne obciążenie organizmu. Sposób siedzenia schodzi tu na dalszy plan.

A co z żylakami?
To chyba najczęściej powtarzany argument przeciwko siedzeniu ze skrzyżowanymi nogami. Tyle że również on nie znajduje potwierdzenia w badaniach.
Żylaki powstają głównie w wyniku niewydolności zastawek żylnych. Według wyników badań z 2022 r. opublikowanych na łamach "Sage Open Medicine" ryzyko ich wystąpienia wiąże się z m.in.:
wiekiem, 
genetyką, 
ciążą, 
otyłością, 
długotrwałym staniem w pracy. 

Zdaniem ekspertów siedzenie z nogą na nogę może chwilowo wpłynąć na przepływ krwi, ale nie oznacza to, że prowadzi do powstawania żylaków. To dwie zupełnie różne kwestie.
Kiedy warto uważać?
Są sytuacje, w których lekarz może zalecić unikanie krzyżowania nóg – na przykład po operacjach biodra. Nawet tutaj jednak nowe badania, takie jak te z 2020 r., opublikowane w  "The Journal of Arthroplasty" sugerują, że część dawnych zaleceń była bardziej ostrożna niż konieczna.
Czasami chodzi po prostu o komfort – jeśli dana pozycja nasila ból lub podrażnia wrażliwe miejsce, warto jej unikać. To jednak indywidualna kwestia, a nie uniwersalna zasada dla wszystkich. Warto też pamiętać o drętwieniu czy mrowieniu, które może pojawić się po dłuższym siedzeniu. To naturalna reakcja organizmu i sygnał, że czas się poruszyć.
Najważniejsze – ruszaj się, zamiast "siedzieć idealnie"
Jeśli z całej tej dyskusji płynie jeden wniosek, to właśnie ten, że ciało lubi ruch, a nie sztywne zasady. Najzdrowsza pozycja siedząca to taka, której… nie utrzymujesz zbyt długo. Zmieniaj ułożenie ciała, przenoś ciężar, odchyl się, wstań, przejdź się. 
Siedzenie ze skrzyżowanymi nogami? Jeśli jest wygodne, to nie ma powodu, by z niego rezygnować. Bo prawda jest prostsza, niż mogłoby się wydawać – nasze ciało jest znacznie bardziej odporne, niż przez lata próbowano nam wmówić.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2203f4f592dbfc0e86559ed0071dc4c3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2203f4f592dbfc0e86559ed0071dc4c3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Siedzenie &quot;po turecku&quot; nie szkodzi zdrowiu. Większym problemem jest coś innego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/649003,najglupsze-zlote-lekarstwa-z-internetu-lekarz-pacjentka-zrobila-sobie-wlew-i-zmarla</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/649003,najglupsze-zlote-lekarstwa-z-internetu-lekarz-pacjentka-zrobila-sobie-wlew-i-zmarla</link><pubDate>Tue, 14 Apr 2026 15:13:50 +0200</pubDate><title>Lekarz: &quot;Pacjentka zrobiła sobie wlew i zmarła&quot;. Najgłupsze &quot;złote lekarstwa&quot; z internetu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/45cd710d019ec0a64e983f1a6299be79,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wlewy "na wszystko i ze wszystkiego", kefir na depresję, pijawki na ból kolana czy napar z liścia laurowego na RZS. A na deser –muchomor czerwony. Przeglądając internet, można odnieść wrażenie, że współczesne znachorstwo ma się całkiem dobrze. Dr n. med. Eryk Matuszkiewicz, toksykolog i specjalista chorób wewnętrznych w rozmowie z naTemat rozprawia się z najpopularniejszymi mitami.

Aleksandra Tchórzewska: Słyszałam, że aby pozbyć się depresji i myśli sam***jczych, trzeba pić dużo litu, jeść dużo kefiru, a przede wszystkim "odtruć się" z antydepresantów. Co pan doktor na to?
Dr n. med. Eryk Matuszkiewicz, toksykolog, specjalista chorób wewnętrznych: Jeśli chodzi o lit, to jest to pierwiastek stosowany jako lek, ale głównie w przypadku choroby afektywnej dwubiegunowej – czyli zupełnie innej jednostki chorobowej. Ma on rzeczywiście udowodnioną skuteczność, ale taką terapię prowadzimy wyłącznie jako monitorowaną. Oznacza to, że co pewien czas – na przykład co dwa tygodnie lub co miesiąc – kontrolujemy stężenie leku we krwi. Tylko w ten sposób możemy bezpiecznie uzyskać wyrównanie nastroju i uniknąć "huśtawek".
Natomiast kefir nie ma tutaj żadnych właściwości leczniczych. Jeśli zaś chodzi o "odtruwanie się" z antydepresantów, to jest to wręcz niebezpieczne. Nagłe odstawienie leków może spowodować gwałtowne nasilenie objawów chorobowych. W tych internetowych rewelacjach jest po prostu bardzo dużo nieprawdy.
Czyli nie mogę sobie tak po prostu kupić litu na Allegro i brać go, kiedy chcę?
Absolutnie nie. Lit musi być przyjmowany w ściśle określonych dawkach. I tak jak wspomniałem, trzeba regularnie sprawdzać jego stężenie w organizmie. Bardzo łatwo go przedawkować, a wtedy stężenie staje się toksyczne.
Efekty niepożądane są bardzo poważne: od neurologicznych, przez nerkowe, aż po tarczycowe. Niekontrolowane przyjmowanie litu może prowadzić do tragicznych perturbacji zdrowotnych, co niestety czasem obserwujemy w praktyce lekarskiej.
Panie doktorze, czy często spotyka pan na swoim oddziale osoby, które próbowały leczyć się według porad z internetu?
Na oddziale może rzadziej, ale w przychodniach i poradniach – owszem. Zdarzają się pacjenci, którzy czytają o takich metodach i próbują je stosować na własną rękę. Pół biedy, jeśli to po prostu nie pomaga, ale nic złego poza tym się nie dzieje.
Gorzej, gdy pojawiają się efekty niepożądane. Wtedy tacy ludzie zazwyczaj z pokorą wracają do medycyny klasycznej, akademickiej.
A gdzie z perspektywy lekarza kończy się dbanie o zdrowie, a zaczyna niebezpieczne eksperymentowanie na własnym organizmie?
Czerwoną lampką powinny być obietnice szybkiej, niemal stuprocentowej skuteczności. Jeśli ktoś obiecuje coś takiego, mija się z prawdą i należy do niego podchodzić bardzo podejrzliwie. Nie istnieją terapie, które wyleczą wszystkich w 100 proc. Zawsze pozostaje pewien margines.
Szybka poprawa po jednej tabletce to fikcja, która istnieje tylko w reklamach telewizyjnych. W rzeczywistości proces leczenia wygląda zupełnie inaczej. Im bardziej "cudowna" wydaje się terapia w kontekście tempa i skuteczności, tym mniej bym jej ufał. Życie ma w sobie więcej prozy niż poezji i bywa znacznie bardziej przyziemne.
Czytałam też, że na wszelkie schorzenia bardzo popularne jest profilaktyczne odrobaczanie. Czy rzeczywiście mamy taki problem z pasożytami, czy to raczej mit?
Uważam, że to mit. W internecie krążą hasła typu: "psa odrobaczasz raz w roku, a siebie?". To sugestia, że każdy z nas nosi w sobie mnóstwo pasożytów przewodu pokarmowego. Tymczasem obecność pasożytów daje konkretne objawy: bóle brzucha, wzdęcia, chudnięcie mimo prawidłowej diety.
Diagnostyka w tym kierunku jest niezwykle prosta i mało inwazyjna – wystarczy badanie kału na obecność pasożytów. Jest ono łatwo dostępne i daje jasną sytuację. Nie widzę żadnej konieczności odrobaczania się "na zapas". 
Choć leki na odrobaczanie są stosunkowo mało toksyczne, bo działają głównie miejscowo w przewodzie pokarmowym, to każda farmakoterapia powinna mieć wyraźne wskazania. Nie musimy robić żadnego biorezonansu, trzymać elektrod i patrzeć w drgające wykresy. Proste badanie laboratoryjne wyjaśnia wszystko.
A co z boraksem lub DMSO na stawy? Słyszałam, że to najlepsze środki na różne dolegliwości.
Zacznijmy od boraksu, czyli kwasu bornego. Służy on wyłącznie do stosowania zewnętrznego, do odkażania skóry – ma działanie antyseptyczne. Przyjmowanie go wewnętrznie jest skrajnie niebezpieczne! Dawka powyżej 50 mg na kilogram masy ciała jest już toksyczna: uszkadza nerki i przewód pokarmowy. Nie ma żadnych medycznych wskazań do leczenia stawów roztworem kwasu borowego.
DMSO natomiast to związek chemiczny (dimetylosulfotlenek) stosowany jako odczynnik w laboratoriach, np. do zamrażania tkanek. W internecie promuje się go jako "zmiatacz wolnych rodników" czy środek przeciwnowotworowy i oczyszczający. To totalne bzdury. Co gorsza, niektórzy podają go sobie dożylnie. 
Znam przypadek śmiertelnego zatrucia pacjentki, której wykonywano właśnie takie wlewy z DMSO. To pokazuje, jak tragicznie mogą kończyć się takie eksperymenty.
Medycyna akademicka nigdzie nie zaleca takich metod, a już tym bardziej podawania tych substancji dożylnie. 
Dlaczego to takie groźne? 
Kiedy przyjmujemy coś doustnie, układ pokarmowy stanowi naturalną barierę – substancje wchłaniają się w określonym tempie i tylko w pewnej części.
Gdy wlewamy coś bezpośrednio do żyły, trafia to do krwiobiegu natychmiast, w stu procentach. Toksyczność jest wtedy nieporównywalnie większa i zależy bezpośrednio od drogi podania. Nie wiem, skąd biorą się te mity, ale ich skutki bywają nieodwracalne.
No właśnie, skąd czerpiemy taką wiedzę? 
W przypadku, o którym mówię, te niebezpieczne metody propagowała osoba z tytułem profesorskim. To niezwykle szkodliwe, ponieważ tytuł naukowy budzi respekt i automatycznie uwiarygodnia przekaz w oczach pacjenta.
Niestety, rzadko kto sprawdza, że uczelnia danej osoby dawno odcięła się od jej wypowiedzi i dokonań. Jeśli ktoś mówi "poza oficjalnym obiegiem", pacjenci często tego nie weryfikują, ufając samej randze tytułu przed nazwiskiem. To uśpiło czujność wielu osób i miało swój bezpośredni udział w tych tragediach.
Panie doktorze, a co jeszcze pacjenci podają sobie w formie wlewów?
Bardzo popularne są wlewy z witaminy C. Tutaj prym wiodą teorie głoszone m.in. przez pana Ziębę, który zaleca witaminę "lewoskrętną". Chcę to jasno podkreślić: to absolutny mit. Nie istnieje podział na witaminę C lewoskrętną i prawoskrętną w kontekście jej działania – witamina C, czyli kwas L-askorbinowy, jest po prostu jedna.
Zbyt duże dawki podawane dożylnie mogą prowadzić do zakwaszenia organizmu i poważnych perturbacji zdrowotnych, nie mówiąc o "lżejszych" objawach, takich jak fatalne samopoczucie, nudności czy silne bóle brzucha. Taka ilość witaminy C po prostu wprowadza organizm w stan fizjologicznej nierównowagi. To nie jest żaden detoks, to ordynarne obciążanie własnej chemii organizmu.
Pamiętam też ogromną modę na amigdalinę, czyli tak zwaną witaminę B17. Ludzie masowo jedli pestki moreli i brzoskwiń, wierząc w ich moc antynowotworową.
Amigdalina to związek, który pod względem działania przypomina glikozydy cyjanogenne – mówiąc wprost, uwalnia cyjanek. Idea stojąca za tą "terapią" była taka, że cyjanek powoduje śmierć komórek poprzez ich uduszenie. Propagatorzy tej metody twierdzili, że amigdalina będzie "dusić" wyłącznie komórki nowotworowe.
Brzmi to, jak kuszący pomysł, ale zawiera dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, takie działanie nigdy nie zostało udowodnione naukowo. Po drugie, amigdalina nie działa selektywnie – nie potrafi rozpoznać, która komórka jest nowotworowa, a która zdrowa. Może zatem uszkadzać i "dusić" wszystkie komórki w naszym organizmie. 
To nie leczenie, to igranie z bardzo silną toksyną.
A teraz co jest "w modzie"?
Ostatnio wlewy z glutationu czy koenzymów takich jak NADPH. Mają rzekomo wspomagać metabolizm i regenerację. Glutation jest nam oczywiście bardzo potrzebny – to główny antyoksydant, który odpowiada za odtruwanie organizmu, co dzieje się w wątrobie. Jednak kluczowe jest to, że jeśli mamy zdrową wątrobę, prawidłowo się odżywiamy i nie nadużywamy alkoholu, nasz organizm jest w stanie wyprodukować dokładnie tyle glutationu, ile mu potrzeba. 
Wątroba to nasza naturalna fabryka. Problem z niedoborem glutationu pojawia się dopiero w stanach ciężkiej patologii: przy marskości, zaawansowanym zwłóknieniu czy ciężkich stanach zapalnych. Wtedy rzeczywiście jego poziom może być zbyt niski. Jednak u zdrowego człowieka, który chce się po prostu "wzmocnić", podawanie go we wlewach mija się z celem.
To po co to robimy?
Mamy obecnie do czynienia z pewnego rodzaju "kultem kroplówek". Ludzie wierzą, że wlew dożylny to niemal magiczna metoda leczenia. A co tam zazwyczaj jest? Woda z glukozą, czyli z cukrem, albo sól fizjologiczna z elektrolitami.
Oczywiście są wskazania do ich stosowania – przy silnym odwodnieniu czy niemożności przyjmowania płynów doustnie. Jednak profilaktyczne "leżenie pod kroplówką" działa bardziej na psychikę niż na ciało. 
Pacjenci często uważają, że szpital leczy dobrze tylko wtedy, gdy "leżało się pod kroplówką albo tlenem". To mit, który narósł wokół medycyny interwencyjnej: jeśli nie ma igły i drenu, to znaczy, że lekarz nic nie robi.
A co pan sądzi o rosnącej popularności nalewek z muchomora czerwonego? 
To bardzo niebezpieczny temat. Kiedyś pewien człowiek napisał do mnie, że nie mam pojęcia o temacie, powinienem się douczyć, a w ogóle to mam "dług karmiczny" wobec ludzkości, bo opowiadam głupoty o muchomorach.
Wierzy się, że muchomor czerwony leczy wszystko, co sugeruje m.in. popularna literatura o mikrodozowaniu. Tymczasem w tym grzybie, poza substancjami o działaniu halucynogennym, nie ma nic, co miałoby potencjał leczniczy. One faktycznie zmieniają nastrój – mogą wywoływać euforię, pobudzenie lub odprężenie. Jednak muchomor nie ma żadnego działania przeciwzapalnego czy przeciwbólowego, w które tak bardzo chcą wierzyć niektórzy pacjenci.
Ludzie często argumentują: "zjadłem i żyję, więc nie jest trujący".
Tu trzeba uważać. Muchomor czerwony rzeczywiście nie jest toksyczny narządowo w taki sposób, jak muchomor sromotnikowy, który nieodwracalnie niszczy wątrobę i zabija. Jeśli ktoś zje muchomora czerwonego, to poza podrażnieniem układu pokarmowego i halucynacjami, prawdopodobnie przeżyje. 
Ale to wciąż nie czyni go lekiem! Przypisywanie mu właściwości przeciwzapalnych nie ma żadnego potwierdzenia w nauce.
Bliska mi osoba chorująca na RZS (reumatoidalne zapalenie stawów) przeczytała, że napar z liści laurowych mógłby jej pomóc. Czy to ma sens?
Szczerze mówiąc, pierwszy raz o tym słyszę, ale nie sądzę, by miało to jakikolwiek wpływ na chorobę. Poza walorami smakowymi liść laurowy nie posiada takich właściwości medycznych. Jeśli komuś ból stawów minął po liściu laurowym, to był to czysty zbieg okoliczności.
Jeśli już szukamy pomocy w naturze, to znacznie więcej sensu ma kora wierzby (Salix). To właśnie od niej pochodzi nazwa "salicylany". Wyciąg z kory wierzby faktycznie zawiera substancje o działaniu przeciwzapalnym i przeciwbólowym. To jest udokumentowana wiedza, w przeciwieństwie do teorii o liściach laurowych.
Ale rozumiem, że kora wierzby mogłaby jedynie wspomagać terapię, a nie zastępować leki przepisane przez lekarza?
Broń Boże, nie! Może być jedynie wsparciem, ale nigdy nie może stać się powodem odstawienia leczenia specjalistycznego. W przypadku chorób takich jak RZS eksperymentowanie na własną rękę może prowadzić do nieodwracalnych zmian w stawach.
Nikt już pacjentowi z RZS nie mówi, żeby parzył korę wierzby jako główną metodę leczenia. Można to robić wspomagająco, ale taki napar nie gwarantuje żadnego konkretnego efektu terapeutycznego w porównaniu do nowoczesnych leków o udowodnionym działaniu. To po te sprawdzone substancje powinniśmy sięgać w pierwszej kolejności.
A co z "hitami" na wrzodziejące zapalenie jelita grubego (WZJ)? Niektórzy polecają surowy sok z ziemniaka lub zeolit, żeby choroba całkowicie ustąpiła.
To również należy włożyć między bajki. Ani sok z ziemniaka, ani zeolit nie są metodami leczenia tak poważnego schorzenia. Tutaj nie ma drogi na skróty.
Ziemniaki, podobnie jak inne rośliny psiankowate, zawierają solaninę. To substancja, która może powodować silne bóle brzucha wynikające ze spowolnienia perystaltyki jelit. Wywołuje też wzrost temperatury, niepokój i pobudzenie. Część osób pewnie zna te objawy z dzieciństwa – to stary "sposób" na uniknięcie pójścia do szkoły: zjedzenie surowego ziemniaka miało wywołać gorączkę. 
Jak widać, solanina nie ma żadnych właściwości leczniczych, a jedynie toksyczne. Na tym właściwie kończy się medyczna historia soku z ziemniaka.
Dlaczego więc słowo "naturalne" tak bardzo nas uspokaja? Skąd przekonanie, że to, co pochodzi z natury, musi być lepsze niż np. zastrzyk w gabinecie?
Myślę, że słowo "naturalne" funkcjonuje w opozycji do "chemii". "Chemia" kojarzy nam się z czymś groźnym, sztucznym, niosącym skutki uboczne. Samo brzmienie tego słowa budzi lęk. Z kolei "naturalne" utożsamiamy z bezpieczeństwem i czystym zdrowiem.
Ludzie często zapominają, że natura również bywa toksyczna. Skupiamy się tylko na korzyściach, całkowicie ignorując fakt, że substancje naturalne mogą wywoływać równie silne reakcje niepożądane co leki syntetyczne.
Często pojawia się też przekonanie, że medycyna celowo ukrywa proste i tanie rozwiązania, żeby przemysł farmaceutyczny mógł zarabiać. Czy musi pan to tłumaczyć pacjentom?
Tak, to klasyczna teoria o "zmowie Big Pharmy". Pracowałem m.in. na oddziale diabetologii i tam regularnie słyszałem, że badania nad przeszczepami trzustki są rzekomo wstrzymywane przez producentów insuliny. Mieliby to robić w obawie przed upadkiem lukratywnego interesu.
Takie teorie padają na bardzo podatny grunt, bo są "atrakcyjne" i dają proste odpowiedzi na trudne pytania. Dla pacjentów to czysta teoria spiskowa. Oczywiście, zdarzają się czarne owce, jak rodzina Sacklerów i sprawa potężnych nadużyć przy produkcji oksykodonu, gdzie zysk rzeczywiście postawiono ponad życie ludzi. Ale to wyjątek, a nie reguła. 
Nad rynkiem farmaceutycznym czuwają komisje etyczne i surowe protokoły badań. Nie wierzę w istnienie "ukrytych terapii", które ktoś trzyma w sejfie niczym Świętego Graala, byle tylko utrudnić ludziom życie.
Pacjenci argumentują nawet, że normy ciśnienia czy cholesterolu są coraz niższe tylko po to, by sprzedawać więcej leków. Prawda jest inna: my po prostu wiemy coraz więcej. Dzięki wieloletnim obserwacjom i badaniom widzimy, jakie skutki zdrowotne niosą ze sobą nawet lekko podwyższone parametry. Wiedza medyczna jest na bieżąco modyfikowana. 
Jeśli zawężamy kryteria, to tylko dlatego, że mamy więcej danych o tym, jak skuteczniej chronić pacjentów przed powikłaniami. Pracuję w zawodzie od 24 lat i nie sądzę, by ktokolwiek celowo manipulował normami dla zysku. Rzeczywistość jest po prostu skomplikowana i nie ma w niej drogi na skróty.
Dlaczego więc tak chętnie klikamy w te rewelacyjne, proste recepty z internetu?
Bo rzeczywistość nie jest czarno-biała, a my podświadomie szukamy prostych wyjaśnień dla zawiłych problemów. Jeśli ktoś mówi przekonująco, jasno i operuje prostymi rozwiązaniami, ludzie mu wierzą. To próba zracjonalizowania sobie lęku przed chorobą.
Co mówią pacjenci, gdy dowiadują się, że ich "cudowna kuracja" o mało ich nie zabiła?
Cóż, zazwyczaj kończy się na stwierdzeniu, że "szkoda, że nie wyszła". Te cudowne terapie często wywołują dolegliwości, które na szczęście dla tych ludzi bywają błahe. Jeśli komuś uda się uniknąć tragedii, zazwyczaj traktuje to w kategoriach szczęścia, a nie sygnału ostrzegawczego.
Niestety, rzadko pojawia się głębsza refleksja, że sama metoda była błędna lub groźna. Pacjenci częściej myślą: "tym razem mi się udało" albo "może to ja coś zrobiłem źle, może dawka była nie taka". 
Brakuje mi u nich takiego krytycznego zamysłu, zastanowienia się nad mechanizmem tego, co sobie robią. Rozmowa zazwyczaj kończy się na tym, że szukają winy w sobie, a nie w samej, bzdurnej zresztą, "cudownej" metodzie.
W sieci krąży mnóstwo porad na ból kolan: pijawki, odstawienie wieprzowiny, kurkuma, chondroityna z kolagenem... Ludzie cieszą się, że to wystarczy, by uniknąć zastrzyków.
Z pijawkami jest tak, że tkwi w nich ziarno prawdy, ale niekoniecznie w kontekście bólu kolana. Pijawka lekarska wydziela hirudynę – substancję o działaniu przeciwkrzepliwym. Kiedyś przystawiano je niemal na wszystko, ale dziś wiemy, że hirudyna pomaga konkretnie przy ryzyku zatorowości czy zakrzepów.
Problem w tym, że pijawki stosowane poza gabinetami medycznymi pochodzą z niewiadomych źródeł i mogą powodować groźne zakażenia skóry. Po co więc ryzykować, skoro mamy precyzyjne, przebadane leki przeciwkrzepliwe? Co do reszty – to często kwestia zbieżności czasu. Komuś akurat przestało boleć, gdy zaczął pić jakiś olej, i przypisał mu magiczne właściwości.
Kurkuma, z której pochodzi kurkumina, ma działanie przeciwzapalne i mogą nieco poprawić odporność. Jednak jeśli ktoś ma zaawansowane zmiany zwyrodnieniowe w kolanie, to samo jedzenie kurkumy go nie wyleczy. Może być ona co najwyżej cennym dodatkiem do standardowego leczenia, a nie jego zamiennikiem.
Podobnie jest z kolagenem i chondroityną – to suplementy, które mogą wspierać kondycję stawów, ale nie są lekiem, który sprawi, że poważna choroba nagle zniknie. Nie wiem, skąd bierze się taki posłuch dla tych metod jako jedynej alternatywy dla medycyny konwencjonalnej.
Czytaj dalej! To ważne!
Na co powinniśmy zwracać szczególną uwagę, trafiając w sieci na tak zwane cudowne metody i kuracje? Co powinno nas zaniepokoić?
Zasada jest prosta: im bardziej "cudowna" i "stuprocentowa" ma być terapia, tym mniejsze powinno być nasze zaufanie. Organizm ludzki jest niezwykle skomplikowany – znamy jego fizjologię i patofizjologię, ale każdy z nas jest inny. W medycynie nie istnieje coś takiego jak stuprocentowa skuteczność. Statystycznie rzecz biorąc, nie da się wyleczyć wszystkich z każdej choroby.
Dlatego im więcej ktoś obiecuje, tym bardziej byłbym ostrożny. Rzeczywistość medyczna jest wielowymiarowa i znacznie bardziej zróżnicowana, niż chcieliby tego autorzy sensacyjnych nagłówków. Powinniśmy szczególnie uważać na "nagłe odkrycia", które mają wywrócić medycynę do góry nogami. Tak było przed laty z vilcacorą, czyli "kocim pazurem" z Ameryki Południowej. Miała być cudownym lekiem na nowotwory, a okazała się kompletnym niewypałem.
Dlaczego mimo to wciąż dajemy się na to nabierać?
W grę wchodzą ogromne emocje, zwłaszcza w sytuacjach tragicznych, jak diagnoza nowotworu. Ludzie w sytuacjach "podbramkowych", gdy medycyna akademicka rozkłada ręce i mówi: "nic więcej nie możemy zrobić", chwytają się wszystkiego. Jeśli ktoś powie im coś przekonująco i da choćby jeden procent nadziei, oni się tej nadziei kurczowo uchwycą.
To jest najsmutniejszy aspekt tego zjawiska – bezwzględne wykorzystywanie desperacji człowieka, na którym postawiono już krzyżyk. Scenariusz jest zawsze ten sam: obiecuje się fałszywą nadzieję tam, gdzie nauka jest bezradna. 
Powtórzę: bądźmy ostrożni. Chcielibyśmy być zdrowi, zwłaszcza gdy jesteśmy bardzo chorzy, ale takie "cudowne" drogi na skróty po prostu nie istnieją.
Gdyby miał pan usunąć z internetu jedną, najbardziej szkodliwą poradę lub mit zdrowotny, co by to było?
To trudne pytanie, bo bzdur w sieci jest mnóstwo, ale gdybym miał wybrać tę jedną, najgorszą... to przekonanie, że szczepionki powodują autyzm.
To jest bzdura totalna, głupota do kwadratu i niebezpieczny bubel naukowy, na którym niektórzy wciąż opierają swój światopogląd. To wręcz tragikomiczne, jak bardzo ten mit zakorzenił się w społeczeństwie. Twierdzenie, że rtęć czy inne składniki wywołują autyzm, sprawia, że ludzie przestają się szczepić, narażając życie swoje i innych. To zdecydowanie najbardziej szkodliwa dezinformacja, z jaką musimy się dziś mierzyć.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/45cd710d019ec0a64e983f1a6299be79,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/45cd710d019ec0a64e983f1a6299be79,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele osób wybiera &quot;lekarstwa&quot; polecane na internetowych forach zamiast tych przepisanych przez lekarza. Czasami może to mieć fatalne skutki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://zdrowie.natemat.pl/648967,nieprzyjemne-zapachy-szkodza-zdrowiu-problem-ktory-ignorujemy-zbyt-czesto</guid><link>https://zdrowie.natemat.pl/648967,nieprzyjemne-zapachy-szkodza-zdrowiu-problem-ktory-ignorujemy-zbyt-czesto</link><pubDate>Mon, 13 Apr 2026 20:09:05 +0200</pubDate><title>Nieprzyjemne zapachy szkodzą zdrowiu. Problem, który ignorujemy zbyt często</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/20979b8af0c7198c03dbecbce34a9428,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Smród z wysypiska, odór z oczyszczalni czy duszące powietrze z fabryki – większość z nas traktuje je jako chwilowy dyskomfort. Tymczasem naukowcy coraz częściej wskazują, że nieprzyjemne zapachy mogą realnie wpływać na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne.

Choć wydaje się to banalne, panujące w niektórych miejscach nieprzyjemne zapachy pozostają jednym z najmniej docenianych problemów środowiskowych.
Zapach, który ostrzega przed zagrożeniem
Dla Elaine Corner z angielskiego Westbury zwykły letni dzień potrafi zamienić się w koszmar. Kobieta porównuje spacer po własnym ogrodzie do "chodzenia za otwartą śmieciarką". 
– Nie możemy korzystać z ogrodu ani iść na spacer, czujemy się, jakby zaraz miało się zwymiotować – mówi Corner, w wywiadzie dla BBC.
Nawet w domu nie jest w stanie uciec od mdłego zapachu z pobliskiej oczyszczalni ścieków. Takie doświadczenia nie są odosobnione. Każdy zna zapach gnijących odpadów czy przemysłowych wyziewów. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się one codziennością. Nie bez powodu reagujemy na nie tak silnie. Węch to jeden z najstarszych systemów ostrzegawczych organizmu. Ewolucyjnie nauczył nas unikać tego, co może być niebezpieczne – zepsutego jedzenia, toksyn czy bakterii.
Badania z 2021 r. opublikowane na łamach "Psychological and Cognitive Sciences" pokazują, że mózg przetwarza zapach w ciągu zaledwie ułamków sekundy. Reakcja jest natychmiastowa – cofnięcie się, grymas, odruch wymiotny. To element tzw. behawioralnego układu odpornościowego, czyli pierwszej linii obrony przed zagrożeniem.
Co ciekawe, nasza percepcja zapachu jest silnie związana z emocjami. Jeśli coś kojarzy się z niebezpieczeństwem, zaczynamy wyczuwać to szybciej i intensywniej – nawet przy bardzo niskim stężeniu.
Ból głowy, nudności i problemy ze snem
Nieprzyjemne zapachy to jednak nie tylko kwestia instynktu. Coraz więcej badań sugeruje, że mogą one powodować konkretne objawy zdrowotne.
Z przeglądu badań z 2021 r., opublikowanego w naukowym czasopiśmie "Environmental Health" wynika, że wśród najczęściej zgłaszanych są:
bóle głowy,
nudności i wymioty,
trudności z oddychaniem,
zaburzenia snu.

Naukowcy wskazują m.in. na rolę nerwu błędnego, który łączy mózg z układem pokarmowym. To właśnie jego pobudzenie może tłumaczyć, dlaczego intensywny smród wywołuje mdłości. Choć mechanizmy fizjologiczne wciąż są badane, istnieje coraz więcej dowodów na to, że zanieczyszczenie zapachowe ma realny wpływ na organizm – nie tylko psychiczny, ale i fizyczny.
To, jak reagujesz, ma znaczenie
Co istotne, nie wszyscy reagują na zapachy tak samo. Dla jednych są one ledwo wyczuwalne, dla innych – nie do zniesienia.
Na percepcję wpływają m.in.:
wiek,
płeć,
alergie,
styl życia (np. palenie papierosów).

Kluczową rolę odgrywa też nastawienie psychiczne. 
– Wpływ na zdrowie jest mediowany przez indywidualną niechęć lub lęk przed zapachem – mówi Pamela Dalton, psycholog poznawcza z Monell Chemical Senses Center w Filadelfii w USA, która spędziła 32 lata badając wpływ zapachów na zdrowie.
Im bardziej dany zapach nas drażni lub niepokoi, tym silniej oddziałuje na zdrowie. Strach i stres potrafią wzmocnić reakcję organizmu, prowadząc do realnych objawów somatycznych.
Smród zmienia codzienne życie
Problem nie kończy się na zdrowiu. Długotrwałe narażenie na nieprzyjemne zapachy wpływa również na styl życia. Ludzie zaczynają:
zamykać okna nawet w upał,
rezygnować z aktywności na świeżym powietrzu,
ograniczać kontakty towarzyskie.

Eksperci nazywają to "działaniami dezadaptacyjnymi" (z ang. maladaptive action) – zmianami, które mają chronić przed dyskomfortem, ale w dłuższej perspektywie pogarszają jakość życia i zdrowie. Co więcej, wbrew intuicji, do smrodu nie zawsze da się przyzwyczaić. Przyjmuje się, że przyzwyczajenie się do neutralnych lub przyjemnych zapachów jest normalne. 
– Kiedy już poczujesz zapach i zdasz sobie sprawę, że cię nie zabije, przestajesz go czuć – mówi Johan Lundström, profesor nauk o węchu w Instytucie Karolinska w Sztokholmie w Szwecji. 
Dlatego też ludzie, mimo że ludzki nos potrafi wyczuć bilion zapachów, zazwyczaj mają trudności z nazwaniem zapachów pochodzących od rzeczy, które nie są niebezpieczne. Co ciekawe, testy węchowe sugerują, że mniej niż połowa z nas potrafi poprawnie nazwać codzienne zapachy, takie jak na przykład kawa czy wanilia.
Niestety nieprzyjemne zapachy potrafią pozostawać równie uciążliwe przez długi czas.
Problem, który dotyka głównie biedniejszych
Zanieczyszczenie zapachowe ma też wymiar społeczny. Badania z 2010 r., opublikowane w "European Journal of Public Health" i przeprowadzone w Europie i Wielkiej Brytanii pokazują, że osoby o niższych dochodach częściej mieszkają w pobliżu wysypisk, spalarni czy zakładów przemysłowych.
To oznacza, że są bardziej narażone na:
przewlekły dyskomfort,
stres,
potencjalne problemy zdrowotne.

Jednocześnie smród bywa "hiperlokalny" – może dotyczyć jednej ulicy, podczas gdy kilka przecznic dalej problem praktycznie nie istnieje.
Węch – niedoceniany zmysł
Paradoksalnie, choć nieprzyjemne zapachy mogą uprzykrzać życie, sam węch jest niezwykle ważny dla zdrowia.
Osoby z dobrze rozwiniętym węchem:	
czerpią większą przyjemność z jedzenia,
intensywniej przeżywają emocje,
mają lepszą jakość życia.

Co więcej, badania z 2018 r., opublikowane na łamach "Archives of Sexual Behavior", z udziałem 70 dorosłych, wykazały, że osoby z wysoką wrażliwością węchową zgłaszały większą przyjemność z aktywności seksualnej, a wśród nich kobiety zgłaszały również większą częstotliwość orgazmów podczas stosunku.
Z kolei utrata węchu – tzw. anosmia – wiąże się z poważnymi konsekwencjami, od problemów z dietą po zwiększone ryzyko chorób. Badania z 2019 r., opublikowane w "Annals of Internal Medicine" sugerują nawet, że słaby węch u osób starszych może wiązać się z wyższym ryzykiem śmierci w kolejnych latach.
Smród to nie tylko dyskomfort
Choć przez lata traktowaliśmy nieprzyjemne zapachy jako błahostkę, nauka zaczyna mówić jasno, że to realny problem zdrowotny i społeczny. Od bólu głowy po izolację społeczną – skutki mogą być znacznie poważniejsze, niż się wydaje. A ponieważ zanieczyszczenie zapachowe często pozostaje poza głównym nurtem debaty publicznej, wielu ludzi wciąż musi radzić sobie z nim na własną rękę.
Jedno jest pewne – nos rzadko się myli. Jeśli coś śmierdzi, być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy. Nie tylko dla własnego komfortu, ale i dla zdrowia.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/20979b8af0c7198c03dbecbce34a9428,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/20979b8af0c7198c03dbecbce34a9428,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nieprzyjemne zapachy mogą szkodzić zdrowiu</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
