<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Społeczeństwo]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Społeczeństwo w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/5,spoleczenstwo</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,5,spoleczenstwo" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648325,chcialy-byc-piekne-zostaly-oszpecone-spojrzalam-w-lustro-i-juz-wiedzialam-ze-cos-jest-nie-tak</guid><link>https://natemat.pl/648325,chcialy-byc-piekne-zostaly-oszpecone-spojrzalam-w-lustro-i-juz-wiedzialam-ze-cos-jest-nie-tak</link><pubDate>Sat, 11 Apr 2026 09:06:01 +0200</pubDate><title>Chciały być piękne, zostały oszpecone. &quot;Spojrzałam w lustro i już wiedziałam, że coś jest nie tak&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miało być szybko, komfortowo i przede wszystkim pięknie. Zamiast tego została twarda kreska nad ustami, która nie znika, mimo że od zabiegu minął już rok. Alex, jak wiele innych kobiet, chciała tylko poprawić swój wygląd. Dziś mówi wprost: – W Polsce dochodzenie swoich praw po nieudanym zabiegu to trochę jak walka z wiatrakami.

"Pomóżcie, bo jestem załamana" – tak najczęściej zaczynają się posty na jednej z grup na Facebooku. Do tego zdjęcie, które wywołuje ciarki na skórze. 
Zasiniona skóra. Miejsca, które niepokojąco bieleją. Rażąca asymetria i nienaturalna, paląca czerwień. Twarz zniekształcona przez olbrzymią opuchliznę. Charakterystyczne "półeczki" nad górną wargą.
Pod spodem lawina komentarzy. "Tulę", "Bardzo mi przykro", "Co ona ci zrobiła?!"
Chciały tylko poprawić urodę: powiększyć usta, zlikwidować lwią zmarszczkę, poprawić powieki. 
W gabinetach zostawiły często niemałe pieniądze. W lustrze zobaczyły efekt, który daleko odbiega od tego, na co się umawiały.
"Seplenię, usta dziwnie się układają, mam trudności z wymawianiem" – pisze jedna z nich. 
Chciała powiększyć usta. 
"Czuję straszne odrętwienie" – żali się kolejna. 
"Powieka mi opada po botoksie, ratunku" – pisze inna. 
Alex jest jedyną, która odpisuje na moją wiadomość i chce opowiedzieć swoją historię. 
Ofertę znalazła w sieci. Kosmetyczka wpompowała w jej usta 2 ml kwasu hialuronowego naraz. Alex zapłaciła za to jedynie 350 złotych. Dziś mówi, że to była najdroższa "oszczędność" w jej życiu.
– To była młoda dziewczyna – opisuje kosmetyczkę. – Na początku wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie zaczęła wkłuwać igły. Ból był dużo większy niż przy wcześniejszych zabiegach. A potem spojrzałam w lustro i od razu zobaczyłam, że coś jest nie tak – opowiada. – Taka twarda, dziwna kreska nad ustami.
Kosmetyczka machnęła rękę: "To zejdzie", "to tylko opuchlizna". Zaproponowała też korektę, ale Alex nie wróciła. Bała się, że kolejna ingerencja tylko pogorszy sprawę.
Minął rok. Kwas hialuronowy nadal się nie wchłonął.
– Ta kreska nadal tam jest. Codziennie ją widzę – mówi smutno.
W profesjonalnym gabinecie, w którym szukała ratunku, usłyszała, że konieczne będzie rozpuszczenie kwasu. To oznacza bolesny i kosztowny proces, często rozłożony na kilka wizyt. 
Ale się boi. Ból znosi bardzo źle. Dobrych wspomnień też nie ma. 
Alex mieszka w Anglii i – jak mówi – dopiero z tej perspektywy widzi różnicę w podejściu do klienta.
– W Anglii, jeśli coś pójdzie nie tak, często po prostu oddają pieniądze. Dbają o opinię. A w  Polsce? Wszystko jest w porządku, dopóki płacisz. Kiedy zaczynasz mieć problem, nagle robi się pod górkę – irytuje się.
Zwróciła się nawet o pomoc do rzecznika praw konsumenta. Usłyszała, że może iść do sądu. Tyle że to oznacza czas, koszty i zaangażowanie. A ona nie dość, że mieszka za granicą, to jeszcze nie ma nawet paragonu za wykonany zabieg. 
Dziś Alex nie ma w sobie już takich emocji, jak wtedy, kiedy pierwszy raz spojrzała na siebie w lustrze. Ale nadal cierpi.  – Wiem, że to był błąd techniczny, brak doświadczenia. Po prostu źle wykonany zabieg – mówi. – Tylko że to ja zostałam oszpecona. 
Usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu
U Alex szok przyszedł natychmiast. Ale nie u wszystkich tak jest. Czasem nieudany zabieg to bomba z opóźnionym zapłonem. 
Jedna z internautek początkowo była zachwycona efektem.  "Opuchlizna zeszła po dwóch–trzech dniach, wszystko wyglądało dobrze" – relacjonuje. 
Delikatnie poprawiła nos i usta. 
Kosmetyczka zapewniła ją, że ewentualna korekta nosa jest w cenie. Wystarczy, że zgłosi się w ciągu dwóch tygodni.
I zgłosiła. 
Usłyszała, że "nie ma terminów w tym miesiącu" i że "ma spróbować później". Termin znalazł się natychmiast, kiedy obiecała, że dokupi jeszcze 0,5 ml preparatu na usta. 
Na miejscu okazało się, że korekta nosa nie jest już darmowa, bo minęły dwa tygodnie. Problem w tym, że właśnie w tym czasie nie mogła się zapisać.
Znów kosmetyczka kazała zapłacić jej gotówką. Kolejny raz nie dostała paragonu. 
W przypadku powikłań to ogromny problem. Bez potwierdzenia wykonania usługi pacjentka praktycznie nie ma narzędzi, by dochodzić swoich praw.
A powikłania – jak pokazują wpisy – nie należą do rzadkości.
"Ból był nie do zniesienia, usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu" – relacjonuje kobieta. – "Wyglądają nienaturalnie, z profilu wręcz komicznie. Zrobiła się twarda "półeczka" nad górną wargą".
Podobnych historii są setki. Jedna z internautek opisuje: "Tragedia. Usta są twarde, kontur odstaje".
Koniecznie czytaj dalej. To ważne!
Kiedy pojawia się problem, wiele kosmetyczek – jak wynika z relacji – unika odpowiedzialności. Nie proponują pomocy, nie zwracają pieniędzy, często nie odpisują na wiadomości.
– Im większą wagę przywiązujemy do zmiany w wyglądzie, tym bardziej dotkliwa jest reakcja, gdy efekt okazuje się nieudany – zauważa psycholożka Karolina Kownacka.

Jak podkreśla, konsekwencje mogą wykraczać daleko poza sam wygląd i realnie wpływać na zdrowie psychiczne.
– Jeśli te emocje utrzymują się dłużej, mogą prowadzić do wyraźnego spadku samooceny. Taka osoba zaczyna się izolować, unika kontaktów z innymi, zamyka się w domu z obawy przed oceną. Często pojawia się też fiksacja – ciągłe sprawdzanie w lustrze, które tylko pogłębia napięcie – tłumaczy.
Ekspertka zwraca uwagę, że długotrwałe pozostawanie w takim stanie może mieć bardzo poważne konsekwencje.
– W skrajnych przypadkach, przy nieleczonej depresji, znacząco rośnie ryzyko prób sam***jczych. To temat, którego absolutnie nie wolno bagatelizować – ostrzega.
"Miałam odrętwienie i nienaturalne ułożenie ust. Modliłam się, żeby jak najszybciej puścił botoks" – to kolejna historia. 
Jeszcze poważniejsze konsekwencje opisują osoby po bardziej inwazyjnych zabiegach.
"Po niciach PDO walczę z opuchlizną i powikłaniami już dwa miesiące. Były antybiotyki, sterydy – nic nie pomaga" – relacjonuje jedna z nich. Jak dodaje, wykonawczyni zabiegu "umywa ręce, a nawet wyśmiewa problem".
Niektóre historie kończą się interwencją lekarzy. "Dziś mam usuwanie nici u chirurga. Mam nadzieję, że to koniec" – pisze.
Pojawiają się też zarzuty wobec klinik. 
W komentarzach nie brakuje gorzkich podsumowań:
"Polska to kiepski kraj do robienia takich zabiegów, bo pacjent zostaje z tym sam" – pisze jedna z użytkowniczek.
Brak ubezpieczenia OC
– Dlaczego pacjentki wciąż wybierają gabinety kosmetyczne zamiast lekarskich?– pytam mec. Katarzynę Przyborowską. 
– Motywacja jest prosta: cena. Kosmetyczka jest zazwyczaj tańsza niż lekarz. Lekarz bierze za swoją pracę większą odpowiedzialność i wycenia ją wyżej, co oczywiście nie oznacza, że kosmetyczka czy kosmetolog nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje błędy. Odpowiedzialność cywilna istnieje zawsze, tyle że w ich przypadku droga do uzyskania odszkodowania jest znacznie bardziej wyboista – odpowiada.
Co mogą zrobić klientki w sytuacji, gdy zabieg się nie uda? Czy mogą liczyć na zwrot pieniędzy, czy pozostaje im tylko długa i kosztowna droga sądowa? 
Wracam z tymi pytaniami do mec. Katarzyny Przyborowskiej.
– W każdym przypadku, gdy droga polubowna – czyli próba zawarcia ugody czy zwrotu części środków – nie przyniesie konsensusu, pozostaje droga postępowania sądowego. Niezależnie od tego, czy zabieg wykonywał lekarz, czy kosmetyczka, pacjent ma prawo żądać odszkodowania lub zadośćuczynienia, w zależności od charakteru doznanej szkody. Musimy jednak wyraźnie odróżnić powikłanie od błędu medycznego – odpowiada mecenas. 
Jak mówi dalej, w praktyce ostateczna ocena niemal zawsze należy do biegłego sądowego. To on rozstrzyga, czy mamy do czynienia z naturalnym ryzykiem wpisanym w dany zabieg, czy też z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, który wynika z niewłaściwej techniki i wymaga leczenia naprawczego.
W wielu przypadkach, gdy efekt zabiegu jest daleki od oczekiwań, droga dochodzenia roszczeń okazuje się jednak wyboista. Jak tłumaczy prawniczka, postępowania sądowe są długotrwałe i kosztowne, co skutecznie zniechęca poszkodowane osoby. 
Z tego powodu na walkę przed sądem decydują się głównie pacjenci, których szkody są poważne i wiążą się z wysokimi roszczeniami finansowymi. Przy drobniejszych defektach wiele osób rezygnuje, napotykając dodatkowo na mur i brak poczucia winy ze strony wykonawcy zabiegu.
Istotnym problemem pozostaje brak obowiązkowego ubezpieczenia OC w branży kosmetycznej.  – Gdyby takie ubezpieczenie istniało, sprawę można byłoby skierować bezpośrednio do ubezpieczyciela i to on oceniałby sytuację, przyznając odszkodowanie lub nie – wskazuje mec. Przyborowska. 
Tymczasem w Polsce zawody kosmetyczki i kosmetologa pozostają nieregulowane, co prowadzi do niebezpiecznych sytuacji.
Prawniczka zwraca uwagę, że obecnie brakuje jednoznacznych przepisów określających, jakie zabiegi mogą wykonywać lekarze, a jakie kosmetyczki.
Stanowisko Ministerstwa Zdrowia w tej kwestii jest wprawdzie jasne – procedury z wykorzystaniem kwasu hialuronowego czy toksyny botulinowej powinny być zarezerwowane dla osób posiadających odpowiednie kwalifikacje medyczne.
– Mimo jednoznacznego stanowiska resortu nie ma ono mocy prawnej. W praktyce obowiązuje zasada: co nie jest zakazane, jest dozwolone – zauważa prawniczka.
W efekcie rynek w dużej mierze funkcjonuje poza ścisłymi regulacjami.
– Mówiąc brutalnie: dziś nawet nie trzeba kończyć szkoły kosmetycznej, by zacząć wykonywać zabiegi. Wystarczy kupić sprzęt, przejść krótkie szkolenie i można pracować – podkreśla ekspertka.
Jednym z głównych problemów pozostaje brak rzetelnego wywiadu medycznego. W natłoku klientów schodzi on często na dalszy plan – a wraz z nim informacje o stanie zdrowia, alergiach czy przyjmowanych lekach. To prosta droga do powikłań.
Jak się zabezpieczyć na przyszłość? Przede wszystkim – mieć świadomość i nie bać się wymagać. 
– W profesjonalnej medycynie operujemy pojęciem świadomej zgody – wyjaśnia mec. Przyborowska. – U lekarza pacjent podpisuje dokument, w którym ryzyko zostaje mu objaśnione. Pacjent, decydując się na zabieg, musi mieć pełną wiedzę o możliwych konsekwencjach. Co więcej, lekarz zawsze przeprowadza rzetelny wywiad medyczny, pyta o wyniki badań krwi czy przyjmowane leki. 
– Kto najczęściej poddaje się zabiegom upiększającym? – z tym pytaniem wracam do psycholożki Karoliny Kownackiej. 
– Osoby decydujące się na poprawę urody możemy podzielić na kilka grup. Jedną z nich są osoby, które kompletnie nie akceptują swojego naturalnego wyglądu i dążą do totalnej zmiany. Widzimy to wyraźnie w mediach społecznościowych, gdzie kobiety często upodabniają się do jednego, konkretnego wzorca. Jeśli ktoś zmienia się tak drastycznie, że przestaje przypominać siebie sprzed zabiegu, jest to sygnał silnego braku akceptacji własnego "ja".
I dodaje: – Z drugiej strony – nie demonizujmy. Mamy XXI wiek i jeśli ktoś dzięki medycynie estetycznej może poczuć się lepiej w swoim ciele, ma do tego pełne prawo. Jeśli zabieg natomiast się nie uda, trzeba sięgnąć po pomoc specjalisty. Pomoże on odzyskać stabilność psychiczną, która została tak mocno zachwiana – podsumowuje. 


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele kobiet nie sprawdza, jakie doświadczenie ma osoba wykonująca zabieg medycyny estetycznej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648415,wskz-wchodzi-na-scene-tedx-poznaj-idee-ktore-moga-zmienic-swiat</guid><link>https://natemat.pl/648415,wskz-wchodzi-na-scene-tedx-poznaj-idee-ktore-moga-zmienic-swiat</link><pubDate>Fri, 10 Apr 2026 07:55:09 +0200</pubDate><title>WSKZ wchodzi na scenę TEDx. Poznaj idee, które mogą zmienić świat</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pomysł, autentyczność i przekaz, który zostaje z odbiorcą na dłużej: właśnie na tym opiera się formuła TEDx. To wydarzenia organizowane na całym świecie, które skupiają się wokół idei wartych dalszego rozpowszechniania. 23 maja 2026 roku do tej międzynarodowej społeczności dołączy także Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego, organizując we Wrocławiu konferencję TEDxWSKZ: Sky is the beginning.

TEDx – globalny format, lokalna energia
TEDx to wydarzenia organizowane na licencji organizacji TED (Technology, Entertainment, Design), które przenoszą lokalną ideę na grunt globalny. Ich formuła jest prosta: jeden prelegent ma kilkanaście minut na przedstawienie jasno sformułowanego pomysłu, myśli, czy idei. 
Od momentu powstania organizacji w 2009 roku na świecie odbyły się tysiące takich spotkań. Wystąpienia trafiają do międzynarodowej bazy TED, gdzie stają się częścią zbioru idei, które inspirują odbiorców na różnych kontynentach.
To właśnie różnorodność tematów i osób sprawia, że scena TEDx ma tak unikalny charakter. Obok siebie pojawiają się naukowcy, twórcy technologii, edukatorzy i osoby działające społecznie – każda z nich wnosi własne doświadczenie i sposób patrzenia na świat.
TEDxWSKZ – niebo to zaledwie punkt startu
Wśród uczelni w Polsce, które organizują wydarzenia TEDx, znajdują się tylko wybrane instytucje. Do tego grona dołącza uczelnia z ponad 25-letnim doświadczeniem, rozwijająca swoją ofertę edukacyjną i wspierająca rozwój studentów oraz słuchaczy.
23 maja 2026 roku Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego otworzy we Wrocławiu własną scenę TEDxWSKZ. Wydarzenie  będzie okazją do omówienia tematów związanych z edukacją, technologią, odpowiedzialnością społeczną oraz wyzwaniami współczesnego świata.
Hasło Sky is the beginning podkreśla kierunek myślenia przyjęty przez uczelnię. W przeciwieństwie do popularnego przekonania o tym, że niebo jest końcem, dla WSKZ jest jedynie początkiem drogi ku rozwojowi. Znajduje to bezpośrednie odzwierciedlenie w studiach, które nie są zamknięciem pewnego etapu, lecz bazą do dalszych działań, decyzji zawodowych i budowania własnej ścieżki.
Dla kogo jest TEDxWSKZ?
Konferencja TEDxWSKZ została zaplanowana jako wydarzenie otwarte dla szerokiego grona odbiorców.
Dla studentów może stać się impulsem do działania i poszukiwania własnej drogi. Absolwenci znajdą tu nowe spojrzenie na rozwój zawodowy, a osoby pracujące w różnych branżach – okazję do zetknięcia się z innymi perspektywami.
To także propozycja dla tych, którzy dopiero rozważają wybór kierunku studiów lub chcą lepiej zrozumieć, w którą stronę rozwija się współczesny świat. Wydarzenie kierowane jest również do przedsiębiorców, przedstawicieli organizacji społecznych i wszystkich osób zainteresowanych nowymi ideami.
Prelegenci, którzy zmieniają sposób myślenia
Wśród zaproszonych prelegentów znalazły się osoby, które poprzez swoją działalność wprowadzają konkretne zmiany w różnych obszarach.
Na scenie pojawi się Martyna Łuszczek – jedna z najmłodszych polskich innowatorek, współtwórczyni projektu Aquacollector, który służy do wychwytywania mikroplastiku z wody.
Wystąpi również Aneta Korycińska, znana jako „Baba od polskiego”, która w nowy sposób podchodzi do edukacji językowej i komunikacji z młodym pokoleniem.
Do grona prelegentów dołącza także dr Magdalena El Ghamari, specjalizująca się w zagadnieniach związanych z bezpieczeństwem międzynarodowym i analizą współczesnych zagrożeń.
Organizatorzy zapowiadają, że to dopiero część prelegentów. Kolejne nazwiska mają zostać ogłoszone w najbliższym czasie.
WSKZ i kierunek: przyszłość
Konferencja TEDxWSKZ wpisuje się w szersze działania prowadzone przez uczelnię, związane z przygotowaniem studentów do funkcjonowania w zmieniającym się środowisku zawodowym.
W ramach kampanii Ready For The Future WSKZ koncentruje się na rozwijaniu kompetencji, które mają znaczenie w dłuższej perspektywie: elastyczności, gotowości do zmian i ciągłego poszerzania wiedzy.
Organizacja wydarzenia TEDx to kolejny element tej strategii. To sposób na wyjście poza standardową formułę edukacji i stworzenie przestrzeni, w której idee mogą zostać zauważone, rozwinięte i przekazane dalej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648559,kontrola-herbat-ujawnila-przykra-prawde-porzeczka-udajaca-zurawine-to-poczatek</guid><link>https://natemat.pl/648559,kontrola-herbat-ujawnila-przykra-prawde-porzeczka-udajaca-zurawine-to-poczatek</link><pubDate>Thu, 09 Apr 2026 22:30:02 +0200</pubDate><title>Kontrola herbat ujawniła przykrą prawdę. Porzeczka udająca żurawinę to początek</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych przeprowadziła kontrolę herbat i herbatek owocowych. Pod uwagę wzięto produkty od 87 podmiotów. Nieprawidłowości stwierdzono w aż jednej trzeciej z nich. Najczęstsze problemy dotyczyły znakowania, ale w niektórych herbatach użyto np. porzeczek, które "udawały" żurawinę.

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) zajmuje się nadzorowaniem jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych: tych w produkcji i obrocie w Polsce, ale również importowanych i eksportowanych. Dodatkowo ocenia ona i wydaje świadectwa dotyczące jakości wspomnianych produktów. Można więc porównać jej rolę do "policji żywnościowej". 
IJHARS skontrolowała herbaty. Wykryto liczne nieprawidłowości
IJHARS regularnie bierze pod lupę kolejne produkty. W 2025 roku skontrolowano ponad 81 tys. partii artykułów, a o najczęstszych nieprawidłowościach (w tym błędnym oznakowaniu, ale i objawach zepsucia i pleśni oraz żywych i martwych szkodnikach w produktach) pisaliśmy w naTemat. Teraz na tapet trafiły herbaty i herbatki owocowe.
Uwielbiane przez Polaków napoje mają wieloletnią tradycję. Konsumenci chętnie sięgają po nie zimą, choć nie tylko. Okazuje się jednak, że trzeba mieć się na baczności. Niedawno opisywaliśmy, że badania Fundacji Pro-Test wykazały obecność środków owadobójczych w popularnych zimowych herbatkach owocowych. IJHARS donosi zaś o nieprawidłowościach stwierdzonych w 29 z 87 skontrolowanych podmiotów, czyli 33,3 proc. całości. 
Kontroli poddano herbaty i herbatki owocowe znajdujące się w obrocie w opakowaniach jednostkowych. Pod lupę wzięto etap produkcji, ale też sprzedaży detalicznej produktów. Jak czytamy w komunikacie IJHARS, cech organoleptycznych nie kwestionowano. Ale w 14 ze 148 próbek, czyli 9,5 proc. całości, stwierdzono "nieprawidłowości parametrów fizykochemicznych". A mówiąc wprost, problemy to m.in.:
obecność zanieczyszczeń mineralnych,
zawyżona zawartość cukrów w stosunku do deklaracji zawartej w wartości odżywczej,
zawyżona wilgotność względem specyfikacji produktu,
brak zadeklarowanego lub obecność niezadeklarowanego składnika (np. porzeczki zamiast żurawiny).

Problemy ze znakowaniem produktów. Kontrola IJHARS wykazała najczęstsze uchybienia
Okazuje się, że jeszcze częstsze problemy dotyczyły znakowania produktów. "Policja żywnościowa" sprawdziła 226 partii herbat i herbatek owocowych, a zakwestionowała 63 z nich, czyli aż 27,9 proc. Część uchybień to brak instrukcji użycia albo brak, niepełna lub niezgodna z wpisem do KRS nazwa podmiotu odpowiedzialnego za informacje. 
Ale pojawiły się też nieprawidłowości, które mają jeszcze większe znaczenie z punktu widzenia konsumentów. Należy do nich brak albo błędne oznaczenie daty minimalnej trwałości (lub nieprecyzyjne wskazanie miejsca jej umieszczenia). Ponadto w części skontrolowanych produktów zastosowano niepełną nazwę lub "wyłącznie nazwę fantazyjną". 
Jakby tego było mało, IJHARS wskazuje, że część produktów bezpodstawnie nazwano herbatą, choć do ich produkcji nie użyto liści krzewu Camellia. W niektórych natomiast zabrakło informacji o procentowej zawartości składnika podkreślonego w nazwie lub była ona nieprecyzyjna (np. "wiśnie do 40%"). 
Jak wybierać herbatę w sklepie?
Być może po przeczytaniu informacji o kolejnych kontrolach (i kolejnych uchybieniach) właśnie zadaliście sobie to pytanie. Szczerze mówiąc, zakiełkowało ono również w mojej głowie. Skoro nawet w ulubionych napojach (u mnie Loyd Rozgrzewająca Malina z cynamonem i czarnym pieprzem) mogą znaleźć się pestycydy (we wspomnianym produkcie było ich 11), a uchybień może być więcej, to konsument zaczyna zastanawiać się, czy dany produkt jest "bezpieczny". 
I tu z pomocą przychodzi IJHARS. Wyjaśnia, że na opakowaniu herbaty powinna znaleźć się jej nazwa uzupełniona o następujące informacje:
rodzaj, który wskazuje na sposób wytwarzania herbaty, np. czarna, zielona, aromatyzowana,
postać, np. granulowana, liściasta,
prezentację, np. herbata ekspresowa.


                    
                "Policja żywieniowa" radzi, by zwrócić uwagę na produkty uzyskiwane wyłącznie z suszonych ziół lub owoców, których nazwa powinna brzmieć "herbatka owocowa" lub "herbatka ziołowa". Ponadto herbatki owocowe i herbaty z dodatkami powinny mieć na opakowaniu wykaz i informacje o procentowej zawartości składników. 
Wtedy, gdy brak tej informacji może wprowadzić konsumenta w błąd, producent powinien podać na opakowaniu państwo lub miejsce pochodzenia produktu. Dodatkowo powinny znaleźć się na nim data minimalnej trwałości i warunki przechowywania oraz instrukcja użycia (przygotowania herbaty), ilość netto i dane podmiotu odpowiedzialnego za informacje.
"Konsumencie, pamiętaj. Na herbacie nie musi być wskazana informacja o wartości odżywczej, ale są wyjątki. W przypadku herbaty z dodatkami, np. z owocami, producent musi umieścić taką informację na opakowaniu" – komunikuje przedstawicielka IJHARS.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kontrola herbat ujawniła nieprawidłowości.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647644,sa-w-podstawowce-i-juz-ze-soba-sypiaja-matka-14-latki-jestem-na-skraju-zalamania</guid><link>https://natemat.pl/647644,sa-w-podstawowce-i-juz-ze-soba-sypiaja-matka-14-latki-jestem-na-skraju-zalamania</link><pubDate>Tue, 07 Apr 2026 13:10:12 +0200</pubDate><title>Są w podstawówce i już ze sobą sypiają. Matka 14-latki: Jestem na skraju załamania</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rano robisz swojemu dziecku kanapki do szkoły i całujesz je w czoło przed wyjściem. Po południu dowiadujesz się, że prowadzi życie intymne. Na forach internetowych rodzice skarżą się, że ich nastoletnie dzieci współżyją, a oni nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. "Rozmowy nie skutkują, prośby też nie pomagają. Zastanawiam się, czy jedynym wyjściem nie jest zakaz spotykania się" – pisze jedna ze zdesperowanych matek.

Często wydaje nam się, że "za naszych czasów" było inaczej. I rzeczywiście – było, ale niekoniecznie lepiej. Wczesna inicjacja zdarzała się zawsze, jednak kiedyś była owiana głęboką tajemnicą. 
Jeśli czternastolatka decydowała się na "pierwszy raz", rodzice zazwyczaj nie mieli o tym pojęcia. Ta zmowa milczenia wcale nie służyła bezpieczeństwu – zostawiała młodych ludzi zupełnie samych, bez żadnego wsparcia czy mądrej rady dorosłych.
Dziś tabu pękło, a rodzice znacznie częściej wiedzą o intymnym życiu swoich dzieci. 
Paradoksalnie jednak ta wiedza nie przynosi spokoju. Przynosi bezradność. Bo oto wielu opiekunów wie, że to za wcześnie na s**s, ale rozkłada ręce. 
Rodzice skarżą się, że nie mają narzędzi, by w mądry sposób postawić granice i ochronić dziecko przed zbyt wczesną inicjacją.
"Mamo, tato, sypiam z Kubą"
"Rodzice, powiedzcie, co robić, bo jestem na skraju załamania" – zaczyna swój wpis jedna z matek na grupie Rodzice Nastolatków na Facebooku. 
Pisze o swojej 14-letniej córce, która do tej pory była – jak podkreśla – "grzeczną, wzorową uczennicą". Pewnego dnia znalazła na jej łóżku opakowanie po prezerwatywie. A to mogło oznaczać tylko jedno: jej dziecko prowadzi życie intymne!
"Było wiele rozmów o konsekwencjach, ryzyku ciąży, o tym, jak łatwo można sobie zmarnować życie" – relacjonuje matka.
Jak pisze dalej, jej córka tłumaczyła, że nie wie, dlaczego do tego doszło, i że zdaje sobie sprawę, że w tym wieku to niewłaściwe. Jej wybranek to rówieśnik. Obydwoje bardzo młodzi, jeszcze dzieci. 
Dziewczynka zapewniała swoją mamę, że sytuacja się nie powtórzy. 
Ale nic z tego. Mama zajrzała do korespondencji dziewczyny i odkryła, że nadal się spotykają i chodzą ze sobą do łóżka. 
"Rozmowy nie skutkują, prośby też nie pomagają. Zastanawiam się, czy jedynym wyjściem nie jest zakaz spotykania się" – pisze zdesperowana.
Jednocześnie obawia się konsekwencji takiej decyzji.  Jak zabroni jej spotkań z ukochanym, może to negatywnie na nią wpłynąć. Zwłaszcza że za chwilę egzamin ósmoklasisty. Co, jeśli się zbuntuje i zawali egzamin?
Rodzice chłopaka zostali już poinformowani, jednak nie przyniosło to rozwiązania.
Post wzbudził olbrzymie, niemal skrajne emocje. Pod wpisem wylała się lawina komentarzy, w których dominował głos kobiet – matek, babć, ale też młodych kobiet, które jeszcze niedawno same były w wieku ósmoklasistek.
Jedna z nich pisze:
"Jestem dorosłą kobietą, mam dwoje dzieci. Zaczęłam współżyć w wieku 14 lat z moim obecnym mężem. Ginekolog przepisał mi tabletki. Nie miał mnie kto wesprzeć przy wizycie. Wspieraj i rozmawiaj – to moja rada"
Inna dodaje:
"Idź z córką do ginekologa. Moja rozpoczęła s**s w ósmej klasie"
Są też głosy pełne współczucia i ostrzeżeń, że takie eksperymentowanie może zakończyć się nastoletnią ciążą. 
"Sama mam 15-letnią córkę i nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. W mojej rodzinie była 14-latka, która urodziła dziecko"
Nie brakuje również osób, które dzielą się podobnymi doświadczeniami wychowawczymi:
"Przechodziłam to z synem. Zabraniałam, karałam i było tylko gorzej. Ucieczki, nieprzespane noce. Na szczęście się zabezpieczali. Ostatecznie ich relacja się zakończyła. Dziś to tylko wspomnienie. Rozmawiaj, ale nie zabraniaj, bo możesz stracić kontakt z dzieckiem. Ja odpuściłam i dzięki temu relacja wróciła"
Uspokajam: nie jest tak, że granica inicjacji przesuwa się niemal do szkół podstawowych. Dane naukowe z ostatnich lat – w tym raporty prof. Zbigniewa Izdebskiego oraz międzynarodowe badania HBSC – rysują zupełnie inny obraz rzeczywistości. 
W Polsce średni wiek inicjacji seksualnej wynosi obecnie około 17,5-18 lat. Choć na przełomie lat 90. i 2000. faktycznie odnotowano trend spadkowy (kiedy to średnia zbliżała się do 16. roku życia), obecnie sytuacja się ustabilizowała, a w niektórych grupach wiek ten wręcz lekko rośnie. 
Porównując to z pokoleniem ich rodziców, dzisiejsi nastolatkowie wcale nie "śpieszą się" bardziej – często czekają do momentu wejścia w pełnoletniość lub rozpoczęcia studiów.
Ale są i takie przypadki, o jakich wspominam na początku. 
– Czy 14 lat to odpowiedni wiek na rozpoczęcie współżycia? – pytam wprost Rafała Skoczka, psychologa i sek*uologa. 
– Absolutnie nie. Ani organizm, ani emocje 14-latka nie są na to gotowe. To jest za wczesny etap, by te dwa światy – fizyczny i psychiczny – się zgrały. Niestety, czasy się zmieniły i mamy na to ograniczony wpływ. Dziś to nie biologia pcha dzieci do łóżka, ale potężna presja otoczenia – zauważa. 
Psycholog i se**uolog:  Mamy legalną "po***grafię"na TikToku
Czy rodzice rzeczywiście nie mogą nic zrobić z tym, że ich dziecko współżyje?
Rafał Skoczek, psycholog i se**uolog, nie ma złudzeń: poczucie bezradności to często efekt pęknięć w relacji, które powstały znacznie wcześniej. Zdaniem eksperta, jeśli sugestie i prośby rodziców są przez nastolatka całkowicie odrzucane, oznacza to, że zawiodły procesy wychowawcze oparte na poczuciu bezpieczeństwa i akceptacji.
– Jeżeli mamy już do czynienia z nastolatkiem w fazie silnego buntu, to zakazy zazwyczaj wywołują odwrotny skutek. "Nie wolno" powoduje tylko jeszcze większe napięcie.  Dziecko myśli: "To ja wam pokażę". Walka na siłę tylko potęguje chęć udowodnienia swojej "dorosłości" – tłumaczy Rafał Skoczek.
Prosi też, żeby przypomnieć, że w świetle prawa nastolatki mogą być aktywne se**ualnie od 15. roku życia.
Jeśli jednak młodsze dziecko zaczyna swoją historię z życiem intymnym, edukacja jest jedyną formą ochrony, jaka nam zostaje.
Dalsza część tekstu poniżej
Ekspert zauważa, że w takich sytuacjach rodzic musi przedefiniować swoją rolę. Skoro fizyczne powstrzymanie dziecka jest niemożliwe, należy postawić na komunikację opartą na partnerstwie i faktach. Choć dla wielu rodziców brzmi to, jak kapitulacja, Skoczek nazywa to "mniejszym złem".
– Warto wtedy podejść do tematu bardzo odpowiedzialnie. Rozmawiać z takim 14-latkiem tak, jakbyśmy rozmawiali z osobą dorosłą. O konsekwencjach, o antykoncepcji, o tym, jak uważać i jak się do tego przygotować – wylicza se**uolog. – To brzmi jak przyzwolenie, ale w rzeczywistości to jedyna forma ochrony, jaką mamy, gdy autorytet zakazu przestaje działać.
Psycholog podkreśla, że dzisiejsza wczesna inicjacja rzadko wynika z naturalnego rozwoju biologicznego. Głównym motorem działań młodych ludzi jest dziś niszcząca presja rówieśnicza i lęk przed wykluczeniem.
– Pierwszym mechanizmem jest potrzeba udowodnienia, że nie jest się gorszym. Jeśli kolega chwali się inicjacją, pojawia się presja grupy. Aby nie zostać odrzuconym, młody człowiek próbuje nadgonić resztę, mimo że jego emocje wcale za tym nie nadążają – wyjaśnia Rafał Skoczek.
Do tego dochodzi współczesna "plaga cyfrowa". Skoczek wskazuje na ogromny wpływ mediów społecznościowych, komunikatorów takich jak Discord oraz coraz powszechniejszego wykorzystania sztucznej inteligencji, która serwuje młodzieży nierealistyczny i uprzedmiotowiony obraz se**ualności. Jak dodaje, dzisiejsze nastolatki są bombardowane bodźcami, których ich rodzice w tym wieku nawet nie potrafili sobie wyobrazić.
– Mamy dziś "legalną po**ografię" na TikToku czy Instagramie, gdzie roznegliżowane ciała stają się nową normą. Do tego dochodzi AI – wystarczy wrzucić zdjęcie koleżanki, by ją rozebrać jednym kliknięciem. To generuje niewyobrażalną ilość wyzwalaczy, które przebodźcowują młode mózgi i przesuwają granice tego, co normalne. 
Ostatecznie, zdaniem Skoczka, jedyną skuteczną "szczepionką" na presję otoczenia jest poczucie własnej wartości budowane w domu rodzinnym. 
– Jeżeli dziecko ma od małego budowane poczucie własnej wartości oparte na czymś więcej niż wygląd czy popularność, ma szansę się postawić. Taki nastolatek przyjdzie i powie: "Mamo, Basia już to zrobiła, ale ja czuję, że to nie dla mnie". Wtedy rodzic ma szansę zareagować, bo zaczyna się dialog, a nie walka. Jeśli jednak tej bazy zabraknie, dziecko po prostu ulegnie modzie. Bo dzisiaj, niestety, wczesna inicjacja stała się po prostu kolejnym trendem do odhaczenia – podsumowuje gorzko. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nawet dzieci w podstawówce rozpoczynają życie intymne. Psycholog wyraźnie zaznacza, że nie są na to gotowe. Rodzice nie wiedzą, jak rozwiązać problem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647451,ola-oswiadczyla-sie-chlopakowi-nie-skonczylo-sie-dobrze-dla-mezczyzn-to-wciaz-moze-byc-trudne</guid><link>https://natemat.pl/647451,ola-oswiadczyla-sie-chlopakowi-nie-skonczylo-sie-dobrze-dla-mezczyzn-to-wciaz-moze-byc-trudne</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 15:01:01 +0200</pubDate><title>Ola oświadczyła się chłopakowi, nie skończyło się dobrze. &quot;Dla mężczyzn to wciąż może być trudne&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Czekaj, czekaj, a się nie doczekasz!", "Marnujesz czas!", "Phi, mnie to chłopak się oświadczył już po pół roku". Aleksandrze te ostrzeżenia nie dawały spać. A co, jeśli ci, co tak mówią, mają rację? Jeśli rzeczywiście zostanie sama? Więc Aleksandra wzięła sprawy w swoje ręce i oświadczyła się Rafałowi. – Kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć – komentuje to zjawisko dra Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni.

Aleksandra miała wtedy 30 lat. Jej koleżanki wszystkie były już albo zaręczone, albo po ślubie. 
A ona czekała. Sama nie wiedziała, na co i po co. 
– Pamiętam jak przyszła do mnie przyjaciółka z narzeczonym. Przy swoim Rafale zachwycałam się jej pierścionkiem. Też taki chciałam mieć. A on nic! Mruknął tylko, że ładny. Tak od niechcenia – wspomina. – Jak coś napomknęłam o ślubie, to w ogóle nie podejmował tego tematu. Nie było też tak, że się denerwował albo złościł, ale miałam wrażenie, że ten temat w ogóle go nie interesował. 
Podejrzewała, skąd to się bierze: jego rodzice szybko się rozwiedli, ojciec zostawił go, kiedy miał trzy lata. Ale Ola miała zupełnie inne doświadczenia: rodzice ponad trzydzieści lat razem, mimo że po drodze zaliczyli kilka kryzysów. 
Dla niej zaręczyny były czymś więcej niż gestem czy świecidełkiem na palcu. Były obietnicą, że chłopak myśli o niej poważnie. Że tyle kobiet wokół, a on właśnie wybrał ją.
Mieli wtedy już sześcioletni staż. Razem trzymali się w tym obcym wielkim mieście, jakby na przekór wszystkim i wszystkiemu. 
"Jeśli jedno z nas trafi do szpitala, drugie nic się nie dowie, bo formalnie jest obce. Jeśli wydarzy się wypadek – to samo. A jeśli zajdę w ciążę? To przecież zupełnie co innego spodziewać się dziecka z narzeczonym, z którym planuje się ślub niż z chłopakiem"- kołatało jej w głowie. 
Zaczęła więc robić podchody. A to mimochodem na spacerze zahaczyli o sklep jubilerski, a to Ola "obiecywała" Rafałowi, że tym razem to ona złapie ślubny welon. W domu radośnie ćwierkała o kolejnych zaręczynach koleżanek, a kiedy pytał, co chce dostać na święta, odpowiadała niby żartem, że pierścionek. 
Ale to nic nie dawało. 
– Pewnego dnia oglądaliśmy film na Netflixie. Co ciekawe, jakiś skandynawski kryminał, a nie jakieś romansidło. I nagle zapytałam Rafała, czy ożeni się ze mną, bo jest tym jednym, jedynym, z którym chcę spędzić życie. Kiedy słyszałam swoje słowa, miałam wrażenie, że wypowiada je ktoś inny –  przyznaje. 
I zastrzega: – Nie klęczałam przed nim, nie błagałam o rękę. Ale to ja wyszłam z inicjatywą, żebyśmy się pobrali. 
– Co odpowiedział? – pytam. 
– Mruknął, że dobrze. I żebym teraz nie gadała, bo przeszkadzam w oglądaniu. 
Ślubu nie było. Związku też nie. Rafał coraz bardziej się dystansował od Oli, gasł w nim entuzjazm. W końcu po pięciu miesiącach wyznał, że potrzebuje przerwy. 
Potem się wyprowadził. 
Nie minął rok, kiedy w mediach społecznościowych sam pochwalił się zaręczynami. Ale to on kupił pierścionek. Wspólni znajomi chronią Olę przed informacjami, ale usłyszała, że planuje ślub na 100 par. 
Kaśka omal nie poprosiła partnera o rękę. Przyznaje, że była już do tego bardzo mocno przygotowana. W internecie wyczytała nawet, że istnieje coś takiego jak męski pierścionek zaręczynowy. Najpierw planowała oświadczyć się… zegarkiem. Potem stwierdziła, że żadnych gadżetów – tylko jakaś niespodzianka. Na przykład lot balonem.
Do boju zagrzewały ją komentarze w internecie. Pod jednym ze smutnych postów internautki, że jej partner nie chce się oświadczyć, kobiety pisały: "niech sama się oświadczy", "jest równouprawnienie", "czasy rycerzy na białym koniu już dawno minęły".
Tę scenę wyobrażała sobie wiele razy – pyta Przemka, czy za nią wyjdzie, a jemu wręcz spada kamień z serca, że sam nie musi tego robić. W końcu skoro przez 10 lat się nie zebrał, to szanse na to raczej maleją. 
Nawet oświadczyny ćwiczyła przed lustrem. 
Tylko koleżankom wstydziła się przyznać, że planuje zaręczyny. 
– Byłam już praktycznie zdecydowana na ten krok – wyznaje. – Ale pewnego dnia, kiedy tak na głos mówiłam sobie: "Czy wyjdziesz za mnie?", poczułam się jak idiotka. W sumie nawet nie wiedziałam, czy zapytać, czy ożeni się ze mną, czy wyjdzie. Może i jest równouprawnienie, może i "dziewczyny mogą wszystko", ale poczułam się jak desperatka.
Z Przemkiem jest nadal. Powtarza sobie, że już nie czeka, ale kiedy lajkowała zdjęcia uśmiechniętych koleżanek z napisem "Powiedziałam tak!", to ściskało ją z zazdrości.
Dalsza część tekstu poniżej
Na jednym z kobiecych forów temat zaręczyn doczekał się niemal 500 komentarzy. To odpowiedzi na post dziewczyny, która nie chce już dłużej czekać. Kobiety radzą różnie – od "sama go poproś o rękę" po "on jeszcze czeka, ale niestety nie na ciebie".
I dzielą się swoimi osobistymi historiami:
"Ja czekam na pierścionek i to magiczne pytanie już 19 lat, z trójką dzieci na koncie. Nic na siłę – nie chce, to nie zmuszaj".
Niektóre twierdzą, że zaręczyny to wcale nie musi być przepis na sukces i udane wspólne życie: nawet jeśli inicjatywa wyjdzie od partnera. 
"Mój mąż oświadczył się po trzech miesiącach… po kolejnych trzech wzięliśmy ślub… po siedmiu latach się rozwiedliśmy… nie ma reguły" – opisuje kolejna internautka. 
"Czekałam na pierścionek pięć lat. W końcu się oświadczył, ale to były tak żałosne zaręczyny… Byliśmy razem jeszcze rok, ale to był najgorszy czas – ciągłe kłótnie, a rozmowy o ślubie kończyły się frustracją. Rozstaliśmy się. Próbował wracać, ale ja już nieugięcie stałam przy swoim. To była najlepsza decyzja mojego życia" – twierdzi inna. 
Jedna z forumowiczek opisuje: "Zasugerowałam pierścionek zaręczynowy na moje okrągłe urodziny. Posłuchał, oświadczył się. Dziś mija sześć lat i ja odchodzę. Mam dość. Ilekroć próbowałam wspomnieć o ślubie, słyszałam: "nie chcę teraz o tym rozmawiać". Jestem zła nie na niego. Na siebie – że odchodzę dopiero po sześciu latach. Cóż, czasu nie cofnę".
Socjolożka: To raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend
W tradycyjnym scenariuszu to on klęka i wyciąga pierścionek, a ona, wstrzymuje oddech i czeka na to jedno, jedyne pytanie. Jednak są też kobiety, które biorą sprawy w swoje ręce, wywracając ten odwieczny rytuał do góry nogami.
Doktorka Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni i badaczka siostrzeństwa z Uniwersytetu SWPS, ocenia to zjawisko pozytywnie, choć – jak podkreśla – ma ono charakter marginalny.
– Skoro to zaledwie 2 proc. przypadków, pozostaje ono absolutnie niszowe. Niemniej sam fakt, że pojawiają się takie historie, dokłada ważny element do dyskusji o współczesnych związkach. Pokazuje, że dla kobiet małżeństwo wciąż jest istotną wartością. Chcą je realizować, a gdy nie widzą innej drogi, biorą sprawy w swoje ręce. Zgodnie z hasłem "kobiety wiedzą, co robią", działają w kontrze do tradycyjnych struktur. Ale pamiętajmy, że to wciąż nowość.
Jak dodaje, interesująco wypadają wyniki raportu Ipsos "Nierówności płci w Polsce 2026". Wynika z nich, że 56 proc. Polaków uważa, iż w kwestii równouprawnienia osiągnięto już wystarczająco dużo. Wśród kobiet ten odsetek wynosi jednak tylko 36 proc. 
– Widać więc wyraźnie, że mężczyźni częściej uznają ten proces za zakończony, podczas gdy kobiety wciąż widzą potrzebę zmian. Mam jednak wątpliwości, czy akurat w obszarze oświadczyn chciałyby przejmować inicjatywę na stałe – zaznacza.
– Czy fakt, że kobiety oświadczają się partnerom, oznacza, że patriarchat zaczyna pękać? – dopytuję.
– Myślę, że to trafna diagnoza. To jeszcze nie jego koniec, ale na pewno pewne pęknięcie. Mówimy o zaręczynach, a więc o rytuale silnie nacechowanym płciowo –  to mężczyzna zawsze był stroną aktywną, a kobieta bierną, czekającą. Ten schemat zaczyna się rozluźniać. Na razie to jednak raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend –  odpowiada.
Jak mężczyźni to odbierają? 
– To może być dla nich trudne, bo tracą monopol na gest o ogromnym znaczeniu symbolicznym. Nasze imaginarium społeczne i kultura są oparte na obrazie mężczyzny klękającego przed kobietą. Gdy ten schemat zostaje przełamany, wielu z nich może czuć się niekomfortowo –  tłumaczy.
Jak podkreśla, zjawisko, w którym to kobiety oświadczają się mężczyznom, należy rozpatrywać w szerszym kontekście. – Myślę, że trzeba je wpisać w klamrę kryzysu relacji romantycznych. Profesor Tomasz Szlendak, socjolog, pisał o tym w swojej książce  "Miłość nie istnieje", a w mediach – choćby w "New York Timesie" – pojawia się pojęcie "heterofatalizmu". To stan, w którym kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć. Widzimy dziś wyraźny rozjazd między kobietami i mężczyznami – nie tylko edukacyjny, ale i dotyczący oczekiwań wobec wspólnego życia – mówi.
Socjolożka zwraca też uwagę na kontekst demograficzny. – Kobiety częściej przeprowadzają się do dużych miast i częściej kończą studia. Powstaje strukturalna nierównowaga, która przekłada się na relacje. Do tego dochodzi lęk przed odpowiedzialnością, choć ten wątek wymagałby pogłębionej analizy w konkretnych grupach wiekowych – podsumowuje.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kobiety nie chcą czekać w nieskończoność na oświadczyny i przejmują inicjatywę. Nie wszystkim mężczyznom się to podoba</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647457,co-stresuje-polakow-przed-wielkanoca-bardziej-niz-ceny-nowe-badanie-zaskakuje</guid><link>https://natemat.pl/647457,co-stresuje-polakow-przed-wielkanoca-bardziej-niz-ceny-nowe-badanie-zaskakuje</link><pubDate>Wed, 01 Apr 2026 15:41:47 +0200</pubDate><title>Co stresuje Polaków przed Wielkanocą bardziej niż ceny? Nowe badanie zaskakuje</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />51% Polaków przed Wielkanocą najbardziej stresują zakupy, a nie ich koszt [1]. Z  badania Opinia24 zrealizowanego na zlecenie delio supermarket online wynika, że największym źródłem napięcia są kolejki, tłok, brak czasu i trudności w skompletowaniu wszystkich produktów.  Dlatego przed świętami coraz większego znaczenia nabierają rozwiązania, które pozwalają zrobić większe zakupy wygodnie, online i z dostawą do domu.

Co najbardziej stresuje Polaków podczas wielkanocnych zakupów?
W okresie przedświątecznych przygotowań największym wyzwaniem dla konsumentów okazuje się nie tyle koszt zakupów, co ich organizacja. 33% badanych wskazuje, że kolejki i tłok w dużych sklepach takich jak hipermarkety, supermarkety i dyskonty są dla nich największym źródłem stresu. Dla 10% respondentów problemem jest brak czasu, dla 8% trudność w znalezieniu potrzebnych produktów, a dla 16% – wysokie ceny.
Na te wyzwania doskonale odpowiada delio supermarket online, które ułatwia organizację większych zakupów: pozwala skompletować całą listę produktów w jednym miejscu, uniknąć kolejek i wizyt w kilku sklepach oraz skorzystać z dostawy nawet tego samego dnia. 
Potwierdzają to także deklarowane priorytety zakupowe Polaków. Atrakcyjne ceny (46%) oraz unikanie kolejek i tłoku (44%) są dla Polaków niemal równie ważne. Dla 37% badanych liczy się pewność dostępności produktów, a 36% ceni możliwość zrobienia wszystkich zakupów w jednym miejscu. 
Klienci coraz częściej oczekują, że w jednym miejscu zrobią pełne i zróżnicowane zakupy.  W delio supermarket online oferujemy asortyment nawet trzykrotnie większy niż w przeciętnym dyskoncie, dlatego można tu wygodnie skompletować zarówno codzienny, jak i bardziej rozbudowany koszyk i zamówić go z dostawą pod same drzwi  – mówi Magdalena Marzec, Head of Marketing w Lite e-Commerce.  
Wielkanocny koszyk Polaków: tradycja wciąż na pierwszym miejscu
Choć sposób robienia zakupów stopniowo się zmienia, same produkty wielkanocne pozostają bardzo tradycyjne. Z badania Opinia24 i Żabka Jush wynika, że Polacy przed Wielkanocą najczęściej kupują: jajka – 48%, majonez – 44%, białą kiełbasę – 38%, żurek – 36%, wędliny – 35% oraz chrzan – 34%. 
Zakupy online coraz popularniejsze
Zmienia się również sposób robienia zakupów. Dane GUS pokazują, że niemal 60% Polaków kupuje już w internecie, a kanał online staje się naturalnym wyborem niezależnie od wieku konsumentów. 
Nawet w tak tradycyjnym okresie jak przygotowania do Wielkanocy konsumenci coraz częściej szukają sposobów, aby lepiej zaplanować większe zakupy i ograniczyć stres związany z wizytami w zatłoczonych sklepach. W delio supermarket online można wcześniej skompletować świąteczny koszyk przez stronę delio.com.pl lub w aplikacji Żabka Jush i zamówić zakupy z dostawą nawet tego samego dnia.
[1] Suma składająca się z trzech odpowiedzi na pytanie “Co jest dla Ciebie najbardziej stresujące w przygotowaniach do Wielkanocy?” – 33% Tłok i kolejki w sklepach; 10% Brak czasu; 8% Kompletowanie całej listy zakupów.
O badaniu:
Badanie zostało zrealizowane metodą wywiadu internetowego (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1000 mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia w wieku 18-50 lat. Badanie zostało zrealizowane w dniach 27 lutego – 9 marca 2026 roku.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647173,weszla-na-whatsappa-10-letniej-corki-przezyla-szok-gdy-zobaczyla-co-wypisuja-dzieci</guid><link>https://natemat.pl/647173,weszla-na-whatsappa-10-letniej-corki-przezyla-szok-gdy-zobaczyla-co-wypisuja-dzieci</link><pubDate>Tue, 31 Mar 2026 13:11:01 +0200</pubDate><title>Weszła na WhatsAppa 10-letniej córki. Przeżyła szok, gdy zobaczyła, co wypisują dzieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na szkolnych grupkach jest wszystko: przeróbki zdjęć, wulgaryzmy, a nawet zachęty do przemocy.  – Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia – komentuje dr Piotr Rycielski, psycholog i badacz bullyingu. Z kolei Julia Piechna z NASK mówi wprost: –  Cyberprzemoc to nie jest problem technologii. To problem relacji.

– "Żeby sp**ma miała lepszy smak, chłopak musi jeść dużo ananasa. S**ks analny trochę boli, ale można spróbować, jak to jest się "jeb*ać w d***ę. W ogóle ruch**ie i je***anie fajne musi być. Kto już r***chał?". To właśnie wyczytałam na grupce klasowej, do której należała córka. Miała wtedy 10 lat – opowiada nerwowo Beata, choć od tego czasu minęły ponad dwa. 
To był czas, kiedy regularnie sprawdzała telefon córki. Tak ustaliły od początku: smartfon – tak, ale pod pełną kontrolą. 
10 lat to nie wiek na tajemnice.
"Zostałaś usunięta z grupy"
Od początku Beacie nie podobało się, w jaki sposób dzieci się do siebie odzywają. "Jesteś debilem XD" było tam na porządku dziennym.
– Córka nie uczestniczyła w tych rozmowach, nikt jej nie oznaczał ani nie wywoływał do tablicy. Ale chciała tam być, bo "wszyscy są". Tłumaczyła, że "Jesteś debilem XD" to niemal komplement. Ale w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się to nie podoba i przestanie tam wchodzić – opowiada Beata. – Miała mnóstwo nieodczytanych wiadomości. Pewnego wieczoru usiadałam i czytałam wszystkie, a włos jeżył mi się na głowie.
Następnego dnia porozmawiała z córką. Zapytała, kto z klasy stoi za tymi wulgarnymi wiadomościami. Był tylko nick i awatar. Beata przyznaje, że uległa stereotypom – była przekonana, że to chłopak. 
Tymczasem od córki dowiedziała się, że za wulgarnymi treściami stoi dziewczynka.
Beata zrobiła zrzuty ekranu i wysłała je nauczycielce.
– Pierwsze, co pomyślałam, to że to dziecko może być ofiarą molestowania sek**alnego. Wiem, że miała rozmowy z psychologiem i pedagogiem, ale na szczęście moje przypuszczenia się nie sprawdziły. Moja córka powiedziała też, że Amelka (imię zmienione - przyp. red.) jest na co dzień miła i grzeczna. W rozmowach na WhatsAppie zmienia się w kogoś innego. 
Jak zakończyła się ta sprawa? 
– Były pogadanki, pani pogroziła palcem i na tym się skończyło – mówi z ironią Beata. – Wtedy podjęłam decyzję, że nie pozwolę dziecku być na tej grupie. Córka przyjęła to… z ulgą. Pytałam, czy nie czuje się wykluczona, czy nie jest na mnie zła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że ona nie chce takich rzeczy czytać. 
I dodaje: – Do dziś nie upomniała się, że chce wrócić na grupkę. Ma swoją niewielką, kameralną, z trzema koleżankami. I to jej wystarczy. 
Historia Oliwki jest inna. Raz ma prawo być na grupce klasowej, raz nie. Wszystko zależy od nastroju jej koleżanki z klasy i administratorki grupy. Nie pomogły ani rozmowy z nauczycielką, ani z rodzicami Basi, która założyła grupkę. 
– Jak Oliwka chodzi smutna, osowiała, to już wiem, że Basia znów ją wyrzuciła. Wieczorem nagle słyszę pisk: "Dodała mnie!" I Oliwka znów się cieszy. Tylko że to jest taka radość na chwilę. 
Moja rozmówczyni proponowała swojej córce usunięcie aplikacji. Ale za każdym razem spotykała się z silnym oporem.
– Ona mówi: "Mamo, ty nie rozumiesz. Ja muszę tam być!" I ja naprawdę widzę, że ona tak to przeżywa. Basia jest taką klasową liderką. Wiem, że Oliwka czasem przymila jej się w szkole, żeby dłużej móc być na grupce – opowiada. 
Podczas lockdownów w pandemii komunikatory stały się dla dzieci głównym sposobem utrzymywania relacji. I tak już zostało. Grupka szkolna na komunikatorze to kwestia przynależności. 
Jeśli nie ma cię na WhatsAppie, to nie istniejesz. 
Agnieszka zna PIN do telefonu swojego 14-letniego syna, ale nigdy go nie sprawdza. – Teraz zastanawiam się, czy nie powinnam? Ale dzieci zawsze znajdą sposób, by stworzyć nową grupę czy czat, do którego nie będę miała dostępu. Mam wrażenie, że im bardziej się je kontroluje, tym bardziej kombinują – uważa. 
Na szkolnych grupkach jest wszystko: od niewinnych pytań o zadanie domowe, przez potoki wulgaryzmów, które nie przeszłyby dzieciom przez gardło w obecności dorosłych, aż po drastyczne filmiki i przeróbki zdjęć robionych z ukrycia na szkolnym korytarzu. Są też screeny z prywatnych korespondencji.
– Koledzy syna komunikują się słowami: "Zabij się". Syn ich broni, przekonuje, że to tylko takie powiedzenie. Mam wrażenie, że synowi taka komunikacja też się podoba – załamuje ręce mama, która prosi mnie o anonimowość. 
I dodaje z niepokojem: – Obawiam się, że pewnego dnia to wszystko źle się skończy, coś pęknie.
Kasia, mama czwartoklasistki: – W grupie mojej córki dzieci opowiadały sobie, że mają myśli samb***jcze i depresję. Całe szczęście nasza reakcja była natychmiastowa. Zarówno szkoła stanęła na wysokości zadania, jak i rodzice. Okazało się, że to była tylko głupia zabawa, a nie pogorszenie stanu psychicznego dzieci. 
Internet nigdy nie śpi
Zjawisko, w którym grzeczne na co dzień dzieci zamieniają się w sieci w agresorów, to dla dr. Piotra Rycielskiego, psychologa z Uniwersytetu SWPS, badacza i eksperta bullyingu, a także współautora systemu RESQL (narzędzie do przeciwdziałania przemocy rówieśniczej - przyp. red.), czytelny proces. 
Ekspert nie ma wątpliwości, że winę za to ponosi specyfika internetowej grupy.
– To prosty, choć bolesny mechanizm: kiedy dzieci zostają bez nadzoru dorosłych, normy społeczne po prostu wyparowują. My, dorośli, trochę oddaliśmy to pole – nie śledzimy tego, co tam się dzieje, a dynamika grupowa jest nieubłagana – wyjaśnia dr Rycielski. – Dobra wiadomość jest taka, że większość dzieci z natury chce współpracy i utrzymania pozytywnych relacji. Ale badania wskazują na istnienie grupy – około 10 procent – która chce "więcej i szybciej".
I precyzuje: – Chodzi o prestiż, podziw i wysoką pozycję w hierarchii klasowej. Budowanie zaufania czy prawdziwej przyjaźni to proces powolny, wymagający wysiłku. Tymczasem nieuczciwe, brutalne metody dają natychmiastowy efekt. To klasyczny bullying, który w wersji online – czyli cyberbullyingu – zyskuje dodatkową, niszczycielską moc.
– Dlaczego internet tak bardzo ułatwia zadawanie bólu?– dopytuję.
– W przestrzeni wirtualnej redukcji ulega empatia. Gdy mówimy komuś coś podłego prosto w oczy, widzimy jego reakcję: łzy, ból, a czasem furię. To nas hamuje. Na grupie klasowej nie widzimy twarzy ofiary. Są tylko emotikony i krótkie komunikaty, bo dzieci nie piszą pełnymi zdaniami. Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia.
Dr Rycielski zwraca również uwagę na to, że świat cyfrowy i ten na szkolnym korytarzu są dziś nierozerwalne, co potwierdza np. badanie "Ostrołęckiego Obserwatorium Oświatowego" Uniwersytetu Warszawskiego:
– Przemoc analogowa i cyfrowa nieustannie się przenikają. Co więcej, cyberprzemoc jest samonakręcającą się spiralą. Dziecko, które doświadcza gnębienia na jednej grupie, często "uczy się" tej metody i stosuje ją w innym miejscu w sieci, by odreagować. Ofiara staje się katem, a my, jako dorośli, często nawet nie wiemy, że ta walka trwa 24 godziny na dobę. Internet nigdy nie śpi.
– Czy rodzice powinni bardziej kontrolować swoje dzieci na komunikatorach?–  pytam.
– Warto tu użyć analogii "podwórka". Kiedyś wypuszczaliśmy dzieci na dwór – bawiły się same, rozmawiały, a my nie staliśmy nad nimi, by podsłuchiwać każdą wymianę zdań. Z grupami na WhatsAppie jest podobnie. Nie chodzi o to, by cały czas zaglądać przez ramię. Złotym środkiem jest rozmowa, ale – i tu stawiam duży wykrzyknik – to nie może być przesłuchanie. Większość rodziców pyta: "Co tam w szkole?", a w odpowiedzi słyszy: "Wszystko okej, nic się nie dzieje". I na tym dialog się kończy, bo dziecko czuje, że jest pod lupą.
Julia Piechna, kierowniczka Zespołu Projektów Społecznych i Współpracy Międzynarodowej w NASK, potwierdza:
– Funkcjonujemy w takich czasach, że ciężko zabrać tę technologię. Ona powinna być lepiej uregulowana, ale dopóki będą złe relacje i brak świadomości, przemoc będzie się dziać. Musimy zrobić krok wstecz. Cyberprzemoc to nie jest problem technologii – ona ją tylko ułatwia i przyspiesza. To jest problem relacji. Widzimy, że w klasach, które nie są zintegrowane i gdzie brakuje szacunku, najłatwiej o wykluczanie, zakładanie grup przeciw komuś czy ignorowanie.
Dalsza część tekstu poniżej
Dr Piotr Rycielski zachęca, żeby rozmawiać z dziećmi niejako przy okazji, na przykład podczas gotowania czy jazdy samochodem. Zauważa, że dopiero uczymy się, jak odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości komunikatorów:
– My jako dorośli jesteśmy pierwszym pokoleniem, które musi to wypracować. Nasi rodzice nie dali nam mądrości, jak radzić sobie z hejtem na Messengerze, bo internetu po prostu nie było. Internet i media społecznościowe są teraz w fazie takiego "dzikiego zachodu". Kiedyś papierosy reklamowano jako coś świetnego, lekarze polecali je na uspokojenie. Potem przyszła refleksja i regulacje. Wszyscy robią w internecie, co chcą, a my dopiero zaczynamy rozumieć, jak bardzo bywa to toksyczne.
Specjalistka: To efekt kabiny pilota
Ekspert widzi jednak światełko w tunelu. Uważa, że dzieci potrafią same wyhamować, jeśli tylko dorośli nazwą rzeczy po imieniu:
– Dzieci świetnie reagują, gdy nazwie się mechanizmy, w których biorą udział. Kiedy na warsztatach tłumaczymy im: "Słuchajcie, ten agresor na grupie nie jest po prostu zły, on w ten sposób próbuje zaspokoić swoją potrzebę bycia ważnym, a wy go w tym napędzacie", zapada cisza. Uczniowie nagle orientują się: "Aha, to ja lajkując ten głupi żart, daję mu paliwo". 
I dodaje: Często same dochodzą do wniosku, że wystarczy przestać przesyłać dalej nienawistne memy, by agresja po prostu wygasła. One potrzebują kogoś, kto pomoże im wyjść z tej grupowej dynamiki.
Dorośli często zakładają, że skoro dziecko potrafi obsługiwać smartfona, rozumie też konsekwencje swoich działań. Ale czy na pewno?
Wracam z tym pytaniem do Julii Piechny.
–To jest na tyle poważna sprawa, że gdyby dzieci były zupełnie świadome konsekwencji, to pewnie do tych kłótni, obrażania i przemocy by nie dochodziło. One czasem są świadome, a czasem nie – odpowiada. – Grupy rówieśnicze to miejsca, do których dorośli teoretycznie nie mają dostępu. Tam dzieciaki budują pozycję, tam rozgrywają się konflikty i niuanse w relacjach. Dla tych, którzy zabiegają o miejsce w grupie, atak na kogoś innego to po prostu sposób na jej zdobycie.
Ekspertka zwraca uwagę na ważny mechanizm psychologiczny, który sprawia, że w sieci łatwiej o okrucieństwo.
– To tzw. efekt kabiny pilota. Przez to, że oddziela nas ekran smartfona czy komputera, nie zawsze widzimy cierpienie i krzywdę osoby, w którą uderzamy. Wydaje nam się, że to nie jest tak dotkliwe, bo nie mamy przed oczami tego, co ta osoba w danym momencie przeżywa – wyjaśnia.
Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest przesuwanie się granic tego, co młodzi ludzie uznają za akceptowalne. Przemoc zaczyna się normalizować.
– Wiemy, że 17 proc. młodzieży zapytanej o konkretne formy agresji nie potrafi określić, czy to już przemoc. To jest dla nich gdzieś na granicy żartu. Młodzi ludzie często boją się pokazać, że ich to boli. Muszą być silni, nie mogą pokazać, że hejt w nich uderza, mimo że w rzeczywistości to po prostu przemoc.
Problem pogłębia fakt, że ofiary rzadko szukają pomocy u dorosłych.
– Aż 47 proc. dzieci doświadczających cyberprzemocy nikomu o tym nie mówi. Są z tym same. Czasem się boją, czasem nie wiedzą, jak prosić o pomoc, a czasem obawiają się, że jeśli to zgłoszą, agresja środowiska uderzy w nich jeszcze mocniej. A świadkowie wolą nawet dołączyć do grupy "silnych", którzy atakują, żeby sami nie znaleźli się na celowniku – tłumaczy ekspertka.
Dzieci często nie mają świadomości, że brak reakcji czy udostępnianie agresywnych treści dalej wzmacnia sprawcę.
Przemoc cyfrowa nie kończy się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem. Po powrocie do domu dziecko wciąż może pozostawać celem ataków – a co najtrudniejsze, ta przemoc często pozostaje niewidoczna dla otoczenia.
– Młodzież mówi nam czasem wprost, że woleliby, aby ktoś ich po prostu uderzył. Dlaczego? Bo siniaka widać. Wtedy wszyscy wiedzą, że coś się dzieje, a dorośli mogą zareagować. Przemoc online jest dla nauczycieli czy rodziców przezroczysta, a dziecko zostaje z nią sam na sam przez 24 godziny na dobę. Nie może się od niej odciąć, bo sprawcy są z nim cały czas, tuż pod ręką, w telefonie – podsumowuje gorzko Julia Piechna.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Beata sprawdziła grupę szkolną na WhatsApp córki i przeżyła szok</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647005,my-placimy-w-sklepie-3-zl-rolnik-dostaje-15-groszy-sytuacja-jest-tragiczna</guid><link>https://natemat.pl/647005,my-placimy-w-sklepie-3-zl-rolnik-dostaje-15-groszy-sytuacja-jest-tragiczna</link><pubDate>Mon, 30 Mar 2026 12:55:22 +0200</pubDate><title>My płacimy w sklepie 3 zł, rolnik dostaje... 15 groszy. &quot;Sytuacja jest tragiczna&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Jeszcze jestem na styku, ale na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami.  Tam sytuacja jest tragiczna. Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem
– zauważa Damian Murawiec, rolnik z Żuław Wiślanych, działacz Ogólnopolskiego Oddolnego Protestu Rolników.

Aleksandra Tchórzewska: Zewsząd słyszę: na roli dzieje się źle, rolnicy muszą szukać dodatkowej pracy i innych źródeł dochodu. Chciałabym, żeby wytłumaczył pan, co się stało z równowagą między tym, ile wydaje pan na produkcję, a tym, ile otrzymuje za plony. Gdzie znikają te pieniądze?
Damian Murawiec, rolnik: Już tłumaczę. Sytuacja wygląda tak, że w produkcji roślinnej ceny za tonę ziarna – czy to pszenicy, rzepaku, czy kukurydzy – znajdują się obecnie na poziomie sprzed 15, a nawet 20 lat. Przykładowo: tona pszenicy kosztuje 750 zł. Dokładnie tyle samo płacono za nią dwie dekady temu.
Tymczasem, żeby dziś spiąć rachunek ekonomiczny, musimy mierzyć się z gigantycznymi kosztami po drugiej stronie. Paliwo kosztuje prawie 9 zł brutto. Ceny nawozów mineralnych wzrosły tak bardzo, że stanowią one nawet 50 proc. ogólnych nakładów na uprawę, co widać wyraźnie w przypadku rzepaku. 
Jeszcze około siedmiu lat temu relacja ceny saletry amonowej (najpopularniejszego nawozu azotowego) do tony pszenicy wynosiła około 1,2:1 lub 1,5:1. Obecnie ten stosunek to 2,5:1, a nawet 3:1.
To jednak nie koniec listy wydatków?
Do tego dochodzi bardzo drogi gaz. Jest on niezbędny do suszenia ziarna, szczególnie kukurydzy. Taka jest technologia i nasz klimat – kukurydzę zbieramy z pola mokrą, na poziomie 30–40 proc. wilgotności, a musimy ją wysuszyć do 14 proc.. Pozbycie się wody wymaga ogromnych pokładów energii. 
Gaz jest aktualnie o 100 proc. droższy niż jesienią ubiegłego roku. Litr kosztował 1,30–1,35 zł netto, a obecnie to już 2,70 zł. Koszty prowadzenia gospodarstwa drastycznie wystrzeliły, a ceny za nasze płody rolne zupełnie za nimi nie nadążają. 
Kto jest za to odpowiedzialny?
Jeśli chodzi o nawozy, to poza zawirowaniami na Bliskim Wschodzie, mamy w Europie bardzo drogi produkt przez system ETS i związane z nim opłaty. Muszą je uiszczać producenci, tacy jak polska Grupa Azoty czy należący do Orlenu Anwil. 
Gdyby nie te dodatkowe obciążenia, moglibyśmy zaoszczędzić około 600–700 zł na każdej tonie nawozu. Przyjmijmy, że na hektar zużywamy około 500 kg – tylko z tytułu wspomnianych opłat moglibyśmy oszczędzić około 300 zł na każdym hektarze.
A przecież wydatki rosną na każdym etapie. Droższe paliwo to nie tylko to, co lejemy bezpośrednio do ciągnika, kombajnu czy ładowarki. To także wyższy koszt transportu nasion, materiału siewnego, środków ochrony roślin czy części zamiennych. Gdy to wszystko się skumuluje, obraz możliwości wypracowania jakiegokolwiek zysku staje się, niestety, bardzo nieciekawy.
Ma pan już ujemny bilans w gospodarstwie, czy wychodzi pan jeszcze "na styk"?
Jeszcze jestem na styku, ale przykładowo na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami, o której słyszy się od miesięcy. Tam sytuacja jest tragiczna. 
Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem.
W krajach Europy Zachodniej, głównie w Holandii i Niemczech, wyprodukowano w tym roku nadwyżki. Tamte państwa poradziły sobie z tym poprzez dotowanie eksportu – producent dostaje dopłatę do każdej tony pod warunkiem, że wywiezie ziemniaki poza granice kraju.
To klasyczna interwencja rynkowa mająca chronić ich wewnętrzny rynek, ale odbywa się to kosztem polskich gospodarzy. Dotowany towar z Zachodu, sprzedawany po minimalnych cenach, trafia do polskich przetwórni czy obieralni. W efekcie nasze ziemniaki nie są skupowane i zalegają w magazynach.
Co się dzieje z towarem, którego nie udaje się sprzedać?
Magazynowanie ziemniaka nie jest proste. Często dochodzi do sytuacji, w której towar po prostu zaczyna się psuć i musimy go utylizować. To jest dramat: nie dość, że poniosło się ogromne koszty uprawy – a inwestycja w hektar ziemniaka to od 15 do 20 tysięcy złotych – to na koniec, zamiast zysku, trzeba jeszcze zapłacić za utylizację niesprzedanego plonu. 
To są potężne straty, które kładą gospodarstwa na łopatki.
Rolnicy są stratni, ale jak odczuwają to polskie rodziny? Czy to, co dzieje się w waszych gospodarstwach, ma bezpośredni wpływ na nasze portfele?
Problem polega na tym, że niskie ceny, które my otrzymujemy za płody rolne, nie przekładają się bezpośrednio na niższe ceny w marketach. Marże, koszty transportu, pakowania, przetwórstwa i samej sprzedaży tak mocno nabijają cenę końcową, że konsument nie odczuwa naszej straty. Klient płaci dużo, a rolnik dostaje grosze.
A co z umową Mercosur? Wiem, że był pan mocno zaangażowany w protesty. Czy czuje się pan oszukany?
Jako rolnicy oczekiwaliśmy, że po 9 stycznia – kiedy dowiedzieliśmy się, że umowa została przyjęta – rząd podejmie realne kroki. Choć Polska była przeciw, apelowaliśmy do premiera i Rady Ministrów o złożenie skargi na decyzję Rady Unii Europejskiej, która zezwoliła na tymczasowe obowiązywanie tej umowy. 
Niestety, od 1 maja wejdzie ona w życie w formie tymczasowej. Liczyliśmy na większe zaangażowanie. Obecny minister rolnictwa, a wcześniej wiceminister, Stefan Krajewski obiecał nam złożenie skargi, ale widocznie resort nie miał odpowiedniej siły przebicia w całej Radzie Ministrów.
Jest pan aktywistą, rozmawia pan z rządem. Czy po drugiej stronie widzi pan autentyczną chęć pomocy, czy to tylko obietnice bez pokrycia?
W samych rozmowach zrozumienie jest, ale brakuje go później przy podejmowaniu konkretnych decyzji sprzyjających rolnictwu. Często prowadzimy dialog, z którego – jak nam się wydaje – może wyniknąć coś pozytywnego, a po kilku miesiącach okazuje się, że żadnej realnej decyzji nie ma.
Krajowa Rada Izb Rolniczych wystąpiła z programem premii dla młodych rolników. Myśli pan, że to uratuje sytuację, czy to tylko gest na pokaz?
Mamy ogromny problem z sukcesją i chęcią młodych ludzi do zostawania na wsi. Średni wiek rolnika w Polsce to 50 lat, a w Unii Europejskiej 55 – to bardzo niebezpieczne zjawisko. 
Uważam, że takie premie na start mogą w jakimś stopniu zachęcić młodą osobę do podjęcia tego trudu i prowadzenia gospodarstwa po rodzicach. 
Rozpoczęcie od zera, bez własnego kapitału, jest dziś jednak praktycznie niemożliwe. Sama premia dla kogoś, kto zaczyna od zera, mija się z celem. Realną szansę mają tylko ci, którzy posiadają zaplecze albo przejmują gospodarstwa po rodzicach.
Pan jest gospodarzem z dziada pradziada?
Tak, zaczynał pradziadek, potem był dziadek, tata i teraz ja. Nigdy nie myślałem o ucieczce do wielkiego miasta, ale nie ukrywam, że bardzo się martwię. Pracujemy coraz ciężej i coraz dłużej, a jednocześnie coraz mocniej się zadłużamy. Brakuje pozytywnej perspektywy. 
Widzimy, jakie agroholdingi tworzą się na Ukrainie czy w krajach grupy Mercosur. Mam świadomość, że może przyjść moment, w którym mój syn nie będzie już w stanie przejąć po mnie gospodarstwa, bo to po prostu nie będzie opłacalne. Staraliśmy się rozwijać, kupowałem ziemię na kredyt, dzierżawiłem kolejne hektary, ale przy obecnych kosztach mamy mnóstwo zmartwień.
A czy pogoda również dała się panu we znaki?
Bardzo mocno. Gospodaruję na Żuławach Wiślanych i zeszły rok był pod tym względem fatalny. 28 lipca, zaraz po rozpoczęciu żniw, nawiedził nas deszcz nawalny. Pola zostały zalane. Część nasion rzepaku się osypała, zboża wyległy, wszędzie potworzyły się zastoiska wodne. Niektóre pola pszenicy były zalane całkowicie – poziom wody sięgał 50 centymetrów. Gdy wszedłem na pole w gumowcach, woda wlała mi się górą.
Z kłopotami po tej ulewie mierzymy się do dzisiaj. Deszcz nie tylko pogorszył jakość plonu i spowodował jego częściową utratę, ale też zniszczył strukturę gleby, co uniemożliwiło normalną uprawę i zasiewy jesienią.
Czy zima również była ciężka dla upraw?
To była kontynuacja problemów. Mieliśmy okrywę śnieżną, więc rośliny nie wymarzły, ale przez wcześniejsze zalania i dużą ilość śniegu, który stopniał na zamarzniętą ziemię, znów powstały zastoiska. Tam, gdzie woda stała zbyt długo, rośliny po prostu wypadły. Mamy teraz na polach puste place.
Musiałem już częściowo przesiewać te działki, co oznacza ponowne koszty pracy i materiału siewnego. To na pewno odbije się negatywnie na tym sezonie – już teraz spodziewam się znacznie niższych plonów. 
Miałem nadzieję, że skoro drastycznie rosną ceny surowców, paliwa i nawozów, to w ślad za nimi pójdą ceny płodów rolnych. Niestety, na razie tak się nie dzieje.
Są też krytycy, którzy mówią: "Rolnicy tylko narzekają, a przecież biorą dotacje i mają nowoczesne ciągniki". Co by im pan odpowiedział?
Ten obraz jest często przekłamany. Jeśli chodzi o dofinansowania do zakupu maszyn, to nie dostajemy ich za darmo. Dotacja pokrywa zazwyczaj 40–50 proc. kosztów. Rolnik musi najpierw wyłożyć 100 proc. kwoty z własnej kieszeni lub kredytu, a dopiero potem część jest mu zwracana. Do tego dochodzi szereg rygorystycznych wymogów, które same w sobie generują dodatkowe koszty inwestycji.
Kolejna sprawa to dopłaty bezpośrednie. Weszliśmy do Unii w 2004 roku i od tamtej pory poziom dopłaty do hektara w zasadzie się nie zmienił. Mamy rok 2026, a stawka oscyluje wokół 700 – 800 zł. Proszę porównać siłę nabywczą tych pieniędzy 20 lat temu i dzisiaj. To prosty mechanizm: skoro cena pszenicy zatrzymała się na poziomie sprzed dwóch dekad, to wyobraźmy sobie pracownika etatowego, który dziś otrzymuje wypłatę sprzed 20 lat – powiedzmy 800 czy 1000 zł – a musi opłacić dzisiejsze rachunki, raty kredytów i paliwo. 
Jedno tankowanie 50 litrów paliwa kosztuje dziś 450 zł. Gdyby ludzie mieli przeżyć miesiąc za pensję z 2004 roku przy cenach z 2026, mielibyśmy w kraju zamieszki. My, rolnicy, w takiej rzeczywistości musimy prowadzić produkcję.
Dalsza część wywiadu poniżej
Gdyby mógł pan zmienić przepisy, by ulżyć rolnikom – co by pan zrobił?
To problem bardzo złożony, ale zacząć należałoby od poziomu unijnego. Po pierwsze: odejście od systemu ETS dla producentów nawozów. To podstawa, bo te opłaty bezpośrednio i drastycznie podrażają produkcję. W dobie napięć wojennych i kryzysów energetycznych konieczna jest rewizja całego systemu opłat klimatycznych. Bez energii i jej nośników nie zrobimy nic, a obecny system winduje ceny wszystkiego po kolei.
Po drugie: domagamy się realnej ochrony unijnego rynku żywności. Nie może być tak, że nakłada się na nas coraz wyższe normy i koszty, jednocześnie otwierając rynek na produkty, które tych standardów nie muszą spełniać.
Czyli problemem są nie tylko koszty, ale i nierówna walka na rynku?
Dokładnie tak. Sytuacja jest kuriozalna: na nas nakłada się coraz surowsze normy, byśmy produkowali zdrową żywność, a jednocześnie zawiera się umowy handlowe dopuszczające produkty wytwarzane według znacznie niższych standardów. Wystarczy spojrzeć na wydarzenia z ostatnich miesięcy. 
Mieliśmy aferę ze słonecznikiem płynącym do Bułgarii – w transportach wykryto substancje, które u nas są absolutnie niedopuszczalne. Kolejny przykład to wołowina z Brazylii z estradiolem czy ta z Urugwaju z przekroczonymi normami progesteronu. 
Ten towar trafił na polski rynek. Gdyby kontroli było więcej, takich przykładów byłoby znacznie więcej. To jest uderzenie prosto w nas i w konsumentów.
Mówił pan też o kosztach samej technologii, która ma być przecież "proekologiczna".
To kolejny ukryty koszt. Musimy kupować ciągniki, kombajny czy ładowarki spełniające wyśrubowane europejskie normy emisji spalin. Przez to sprzęt jest nie tylko znacznie droższy w zakupie, ale też bardziej awaryjny i kosztowny w eksploatacji. Systemy takie jak EGR czy inne rozwiązania redukujące emisję CO₂ często zawodzą, a koszty ich naprawy ponosimy my.
Obraz jest więc taki: koszty produkcji mamy najwyższe na świecie, napędzone opłatami klimatycznymi, systemem ETS i normami spalin, ale ceny za nasze produkty są światowe. Musimy konkurować z producentami, którzy produkują taniej, bo nie dbają o klimat ani o środowisko tak jak my. 
Ten rachunek po prostu przestał się spinać. To nie jest problem, który pojawił się wczoraj – to efekt lat zaniedbań i błędnych decyzji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rolnicy dostają grosze za swoje plony</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/646525,moje-dzieci-mnie-przerazaja-tak-wymazujemy-rodzicow-ze-swojego-zycia</guid><link>https://natemat.pl/646525,moje-dzieci-mnie-przerazaja-tak-wymazujemy-rodzicow-ze-swojego-zycia</link><pubDate>Sat, 28 Mar 2026 19:07:59 +0100</pubDate><title>&quot;Moje dzieci mnie przerażają&quot;. Tak wymazujemy rodziców ze swojego życia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8792105e94253b94b3acdacf9797d405,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zadzwonimy jutro. Albo pojutrze. A może wcale. Bo przecież kiedy mieliśmy sześć lat, matka nas za coś ukarała. A kar nie wolno dawać. Teraz się "odwdzięczymy". Albo nie zadzwonimy z zupełnie innych powodów: bo praca, bo dzieci, bo siłownia, bo pośpiech. Bo życie. Tymczasem seniorzy chorują na samotność. I bardzo często to nie jest przypadek.

Kilka lat temu jechałam autobusem z pewną dużo starszą znajomą, którą pamiętam jeszcze z czasów nastoletnich. A najbardziej zapamiętałam jej dom: pełen bliskich, głośny, pachnący szarlotką.
Jej dzieci grały na gitarach, na bębnach, rosły razem i wspierały się nawzajem. 
Wykształciły się, dorosły, mają swoje dzieci. Wyjechały z miasta.
Czasem o nich myślałam i snułam wizję wielkiego, długiego stołu, przy którym siedzi właśnie ta pani i jej mąż, ich dorosłe dzieci i wnuki. "Święta tam muszą być jak z reklamy" – kołatało mi w głowie. 
– Dzieci dzwonią? – zagaiłam panią Krysię (imię zmienione -red.).
– Dzwonią – odpowiedziała. 
I dodała pośpiesznie, choć bardzo smutno: – Ale tylko wtedy, kiedy czegoś chcą.
Wizja dużej, wspierającej się rodziny rozsypała się jak domek z kart. A razem z nią przekonanie, że jeśli damy dzieciom wszystko, co najlepsze, one na starość odwdzięczą się choćby obecnością.
Jeśli w tamtej kochającej rodzinie nie ma więzi z rodzicami, to gdzie one właściwie są?
Chroń siebie, odetnij
Nie znam dalszej części tej historii, bo wysiadłam z autobusu zaraz po odpowiedzi pani Krysi. Nigdy więcej jej nie spotkałam. 
Natomiast zewsząd słyszę o odcinaniu się od starszych rodziców. Najczęściej od tych, którzy – w imię "pracy nad sobą" i "ochrony własnej energii" – podejmują taką decyzję. Tak przecież radzą "kołczowie" z Instagrama.
"Amputowanie" relacji jest dziś wręcz w modzie. Rozmawiałam o tym z dr. Sławomirem Murawcem, psychoterapeutą i psychiatrą, bardzo polecam Wam tę rozmowę. 
Tylko że mniej atrakcyjną stroną tej mody jest samotność starszych rodziców. Ot, z dnia na dzień wypadają z życia swoich dzieci.
"Upraszczasz" – pewnie zaraz przeczytam w komentarzach. I racja, bo raczej mało co w naszym życiu jest zero-jedynkowe i rzadko jedna rzecz prowadzi do drastycznych posunięć.
Czasem coś przelewa czarę goryczy.
– Moja mama uważa się za najlepszą matkę na świecie – koleżanka, której historię dobrze znam, zgadza się na wypowiedź. – Ale myli się. Rzeczywiście, w domu było co niedzielę ciasto na stole, na co dzień czysto. Ja i rodzeństwo zadbane, otoczone opieką. Mama biegała na wszystkie wywiadówki, pomagała w lekcjach, pamiętała o naszych wizytach w poradniach. Ale cały czas mnie krytykowała, ośmieszała. Całe życie czułam się gorsza.
Kiedy przychodzili goście, Natalia słuchała o sobie w trzeciej osobie. Matka serwowała anegdoty o jej porażkach czy słabościach jak najlepszy kawał. Dorośli śmiali się do rozpuku.
To wtedy Natalia pierwszy raz pomyślała, że chciałaby zniknąć.
Kiedy dorosła, zawalczyła o siebie, ale nadal ma problemy w relacjach, a w pracy brakuje jej pewności siebie. Na zebraniach rzadko się odzywa, bo w domu nauczono ją, że jej głos się nie liczy.
Dla świata jej matka jest wzorem poświęcenia. Dla Natalii – źródłem jej największych lęków.
Dlatego Natalia dzwoni do matki najrzadziej, jak tylko może. Czasem wcale.
– Jak mam znowu usłyszeć w słuchawce prychanie, kpinę, to wolę spotkać się z nią od święta – przyznaje. 
Takich historii znam mnóstwo. 
Dorosłe dzieci wreszcie odzyskują spokój i są dumne, że nauczyły się powiedzieć NIE. 
Mniej szczęśliwi są starsi rodzice pozostawieni sami sobie. Raporty WHO są w tej kwestii bezlitosne: chroniczna samotność niszczy organizm tak samo, jak wypalanie 15 papierosów dziennie. 
Izolacja społeczna to realny wzrost ryzyka demencji o 50 proc. i udaru o jedną trzecią. W Polsce już ponad 55 proc. seniorów mieszka samotnie. Co czwarta osoba po osiemdziesiątce nie ma nikogo, do kogo mogłaby odezwać się wieczorem.
Dwa lata temu nasza redakcja ruszyła z akcją "Samotność seniorów nie tylko od święta".
– Nigdy nie mówię, że jestem samotna. Zawsze powtarzam, że myślami jestem z kimś. Wyobrażam sobie, jakbym nie była sama, tylko była z przyjaciółmi. I wtedy się uśmiecham – mówiła jedna z bohaterek akcji, wówczas 84- letnia Krystyna. 
Dalsza część tekstu poniżej
O ghostingu w romantycznych relacjach mówi się bardzo wiele. Skarżymy się na forach, że ktoś, kto był nam bliski, z kim zbudowaliśmy relację, nagle nas odciął. 
To boli.
A swoim rodzicom robimy to samo. Czasem świadomie, a czasem zupełnym przypadkiem. Jesteśmy zaganiani, utopieni w kredytach, w zajęciach dodatkowych, w logistyce codzienności. 
– Rano z młodszym dzieckiem odprowadzam starsze do szkoły. Potem szybkie zakupy, przygotowanie obiadu, ogarnięcie mieszkania, zabawa, drzemka. Lecę z młodszym synem po córkę do szkoły. Obiad, sprzątanie po obiedzie, szlaczki. Zadania domowe. Zajęcia dodatkowe. Kolacja, kąpiel, usypianie. Padam – przyznaje Kasia, której mąż pracuje za granicą.
Z mieszkającymi setki kilometrów od niej rodzicami ma relacje raczej letnie. Kiedy poczuje wyrzut sumienia, że znów nie zadzwoniła, obiecuje sobie, że zadzwoni jutro.
Ale to jutro zamienia się w tydzień. Potem w miesiąc. Wyrzuty sumienia puchną tak bardzo, że ciężko zadzwonić w ogóle. 
I tak wymazujemy rodziców ze swojego życia. 
Szklanka wody na starość? Zapomnij
Za statystykami o samotnych seniorach stoją konkretne ludzkie dramaty. Niektórzy milczą, inni usprawiedliwiają swoje dorosłe dzieci, tłumacząc, że przecież są zabiegane, jeszcze inni dzielą się swoim żalem w sieci.
Na profilu Żałuję rodzicielstwa na Facebooku niedawno został opublikowany bardzo poruszający post internautki, którą – jak można się domyślać – wymazały własne dzieci.
Musiało to tak zaboleć, że poczuła, że żałuje, że zdecydowała się na macierzyństwo. 
"Jeśli tego nie napiszę, pęknę z bólu" – zaczyna swoją opowieść. "Mam dwoje dzieci, dorosłych, wnuki i wielką rozpacz w sercu. Wydawało mi się, że dobrze wychowałam dzieci. Nie miałam ambicji być super rodzicem, ale sobą pokazać wartości. Dziś, kiedy są dorośli, przerażają mnie".
Jak pisze dalej, nigdy nie ingerowała w życie dzieci, nie dawał dobrych rad, nie oceniała. Pomagała. 
"Są wyrachowani, czuję się przy nich jak półgłówek, nie mogę liczyć nawet na herbatę bez zasugerowania, że napiłabym się. Wnuki roszczeniowe, a nawet na urodziny nie zadzwonią. Mam dość. Żałuję. Naprawdę żałuję" – wyznała. 
Internautki natychmiast przystąpiły do ataku: widocznie za mało się starała, a może była "zbyt idealna"? Sama "brzmi trochę roszczeniowo".
"Dzieci wychowuje się dla świata, a nie po to, żeby podawały szklankę wody" – przekrzykiwały się w komentarzach.
"Ale czego oczekujesz od dzieci i wnuków? Że będą skakać koło ciebie? Każdy ma swoje życie" – napisała jedna z komentujących, sprowadzając autorkę posta na ziemię i przekonując, że powinna korzystać z "dobrodziejstwa", jakim jest święty spokój po odchowaniu dzieci.
Na szczęście pojawiły się też głosy w obronie kobiety:
"Dzieci nie wychowuje się dla świata, tylko tworzy się rodzinę. Moi rodzice są mi najbliższymi ludźmi na świecie, bardzo lubię spędzać z nimi czas i nie wyobrażam sobie, że gdy będą kiedyś potrzebować mojej pomocy, odwrócę głowę, bo ‘żyję dla świata’. Co to za bezdenna głupota" – podsumowała gorzko jedna z kobiet. 
"A ja stanę po stronie autorki. Mam bardzo podobne odczucia względem jednego z moich i uważam, że już po komentarzach widać, że świat w tej kwestii zmienił się na gorsze" – pisze kolejna. "Nie, nie wychowujemy dzieci tylko dla innych – dla siebie też. Tak było za czasów naszych mam i babć, a teraz jest buta i egoizm – tylko daj i niczego nie oczekuj"
Rodzic idealny? Takiego po prostu nie ma
– Odcinanie się od ludzi tylko dlatego, że są nieidealni, nam nie służy – podkreśla Sylwia Sitkowska, psychoterapeutka i psycholożka, tłumacząc, że nie zawsze jest to dobre rozwiązanie. – Nie oznacza to jednak, że każdą relację należy utrzymywać, chodzi raczej o to, by decyzja o jej zakończeniu była świadoma, a nie impulsywna.
Jednocześnie zaznacza, że w sytuacjach przemocy decyzja jest jednoznaczna. Problem zaczyna się wtedy, gdy dystansujemy się, bo rodzice nie spełnili naszych oczekiwań.
– Jeśli powodem jest tylko to, że rodzice nie zawsze robili wszystko tak, jak byśmy chcieli, to izolacja nie jest dobrym rozwiązaniem. Jesteśmy istotami społecznymi i lepiej funkcjonujemy, mając sieć wsparcia – mówi Sitkowska. 
Jak dodaje, relacje rodzinne, choć trudne, są jednymi z najważniejszych i najtrwalszych w naszym życiu.
Sitkowska nie ma wątpliwości, że doświadczenia z dzieciństwa mają potężny wpływ na to, jak wygląda nasze dorosłe życie. To perspektywa, którą psychoterapeutka regularnie obserwuje u siebie w gabinecie.
Jak zaznacza, warto "przepracować" ten okres, nawet jeśli wiąże się to z uświadomieniem sobie, że rodzic nie był idealny, bo takich po prostu nie ma.
– Kluczowe jest jednak to, by proces ten służył lepszemu zrozumieniu własnych mechanizmów, a nie budowaniu izolacji. Robimy to po to, aby wiedzieć, dlaczego dzisiaj funkcjonujemy tak, a nie inaczej, a nie po to, żeby się separować i być samotną wyspą. W pojedynkę żyje się dużo trudniej – precyzuje ekspertka.
Jak mówi dalej, w pracy terapeutycznej często pojawia się etap konfrontacji z trudnymi emocjami.
– Często pracujemy w formule, gdzie najpierw wyciągamy trudne rzeczy na zewnątrz i uznajemy, że faktycznie nie tak powinno to wyglądać. Uruchamiamy złość, aby ją z siebie wyrzucić, żeby nie "buzowała" w nas i nie wybuchła w najmniej spodziewanym momencie – tłumaczy psychoterapeutka.
Zwraca przy tym uwagę, że bezpośrednia konfrontacja z rodzicami rzadko przynosi oczekiwane efekty.
– Jeśli powiemy rodzicom, o co nam chodzi, oni z reguły tego nie przyjmą – zauważa, dodając, że może to prowadzić do kolejnych konfliktów i wtórnych zranień. – Dlatego róbmy to terapeutycznie, w psychoterapii lub autoterapii.
Część osób decyduje się na czasową separację, która, jak podkreśla Sylwia Sitkowska, może być zdrowym rozwiązaniem.
Jak dodaje, z całkowitym odcięciem się od rodziców często wiążą się określone koszty.
– Brak kontaktu to nie zawsze wyłącznie ulga, lecz także decyzja niosąca długofalowe konsekwencje – zaznacza. 
Relacje rodzinne bywają skomplikowane także dlatego, że, jak zauważa Sitkowska, rodzice często dobrze znają emocjonalne "guziki" swoich dzieci i potrafią je naciskać, wywołując poczucie winy czy podporządkowanie. Mimo to powrót do takiej relacji po czasie separacji bywa możliwy i często przynosi zmianę. Rodzice zazwyczaj adaptują się do nowych granic.
Ekspertka zwraca również uwagę na perspektywę rodzicielską.
– Jako rodzice mamy tak naprawdę 10 do 15 lat na to, aby zbudować silną relację z naszymi dziećmi. Później jest o to dużo trudniej. Jeśli ten czas zostanie zaniedbany, w dorosłości relacja często opiera się bardziej na obowiązku niż na potrzebie bliskości – zauważa. 
Istotny jest także przykład, jaki dajemy kolejnym pokoleniom.
– Pamiętajmy, że dzieci robią to, co widzą, a nie to, co słyszą. 
Nie oznacza to jednak, że każdą więź należy utrzymywać za wszelką cenę.
Na koniec psychoterapeutka zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar relacji.
– Ofiarowywanie uwagi i czasu innym ludziom, w tym rodzicowi, to jedna z najwyższych form rozwoju. Niekoniecznie jako obowiązek, ale jako świadomy wybór, który może wynikać z dojrzałości i wewnętrznej gotowości. Nawet jeśli rodzic był nieidealny, zainteresowanie się nim można potraktować jako element pracy wewnętrznej i "puszczania dobra w świat" – podsumowuje.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8792105e94253b94b3acdacf9797d405,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8792105e94253b94b3acdacf9797d405,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Coraz częściej nie mamy czasu na spotkania ze starszymi rodzicami albo świadomie ucinamy kontakt</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645475,mamusia-kupi-balenciagi-chocby-na-kredyt-psycholozka-kresli-granice-rozpieszczenia</guid><link>https://natemat.pl/645475,mamusia-kupi-balenciagi-chocby-na-kredyt-psycholozka-kresli-granice-rozpieszczenia</link><pubDate>Wed, 25 Mar 2026 18:03:01 +0100</pubDate><title>Mamusia kupi Balenciagi, choćby na kredyt. Psycholożka kreśli granicę rozpieszczenia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d21f1958f4f28db4edc6942d9fcac37e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Jeśli dajemy dziecku wszystko natychmiast – na przykład biorąc kredyt na drogie buty modnej marki, na które nas nie stać – uczymy je braku odporności na frustrację i trudne emocje. A to jest kluczowe w kształtowaniu postawy dojrzałego człowieka. Z kolei umniejszanie potrzebom rzeczywiście może prowadzić do wykluczenia – ostrzega Karolina Kownacka, psycholożka. Czy da się znaleźć między tymi skrajnościami złoty środek?

Aleksandra Tchórzewska: Kawa w Starbucksie, sobotnie wyjście z koleżankami na pizzę, codzienny hot-dog w Żabce, a latem orzeźwiające bubble tea. Mam wrażenie, że współczesne nastolatki już nie spacerują – one zawsze muszą iść "gdzieś": najlepiej po zakupy.
Karolina Kownacka, psycholożka: A co widzimy w mediach społecznościowych? Niedawno nagrałam rolkę o swojej wizycie w Starbucksie. Kawa jak każda inna, rogalik przeciętny. Nie rozumiem tego fenomenu. 
Oczywiście, fajnie jest wyjść z koleżanką na kawę, wyrwać się z domu – niezależnie od tego, czy jesteśmy dorosłe, czy jesteśmy nastolatkami. I umówmy się: lepiej, żeby młodzi poszli na tę kawę, niż mieliby pić piwo w krzakach.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy hot-dog kupowany w drodze do szkoły staje się rutyną, bo zabrakło czasu na śniadanie w domu. Tak rodzą się niezdrowe nawyki. Skąd to się bierze? Odpowiedź jest prosta: od influencerów.
Ich życie na ekranie wygląda jak bajka – poranek zaczynają od perfekcyjnego skincare, potem idą na "spokojne śniadanko", robią estetyczne zdjęcia i sprzedają nam wizję życia idealnego. Tylko czy przeciętny człowiek ma czas i budżet, by codziennie jadać w restauracjach? Oczywiście, że nie. 
To, co obserwujemy, to czyste naśladownictwo. Dzieci uczą się przez obserwację, więc jeśli nie będziemy z nimi rozmawiać, zaczną bezkrytycznie kopiować ten sztuczny, wykreowany świat.
Dziewczynki z klasy mojej córki oszalały na punkcie jakiegoś błyszczyka z Rossmana. Nie chciałam, żeby była jedyną, która tego błyszczyka nie ma, więc razem z nią zwiedzałam wszystkie drogerie. Półki były puste. Córka stwierdziła, że to "dramat" i "co ona teraz zrobi?". Dlaczego dla nastolatka brak konkretnego błyszczyka z popularnej drogerii lub limitowanych butów jest odczuwany niemal jako "koniec świata"?
Przede wszystkim musimy pamiętać, że okres dojrzewania odgrywa kluczową rolę w rozwoju – to wtedy pojawia się silna potrzeba przynależności do grupy. Dla młodego człowieka jest to jedno z najważniejszych doświadczeń rozwojowych. To czas kształtowania się tożsamości, w którym zaczyna on określać, kim jest, jaki jest i kim chciałby zostać w przyszłości. 
Właśnie w tym momencie buduje się również poczucie własnej wartości. Środowisko rodzinne jest fundamentem, na którym ono wyrasta, jednak z czasem coraz większą rolę zaczyna odgrywać grupa rówieśnicza.
Czynniki zewnętrzne, takie jak markowe ubrania czy modne gadżety, stają się dla młodych ludzi symbolami statusu. Atrakcyjny wygląd czy drogie buty nie są dla nich jedynie przedmiotami – to symbole bycia "takim jak inni", co na tym etapie jest niezwykle istotne. 
Musimy jednak brać pod uwagę kontekst współczesnego świata. Potrzeba przynależności jest dziś silnie stymulowana przez marketing, media społecznościowe i wspomniany świat influencerów. Jeśli dziecko z nieugruntowanym poczuciem własnej wartości wpada w wir social mediów i presję środowiska szkolnego, za wszelką cenę próbuje dorównać narzuconym tam standardom.
A jaka w tym wszystkim jest rola rodziców?
Zauważam tendencję do popadania w dwie skrajności. Pierwszą jest nadmierny konsumpcjonizm i dawanie dzieciom wszystkiego, czego nasze pokolenie nie miało. 
Drugą postawę prezentują rodzice, którzy kompletnie nie pozwalają dzieciom na realizowanie potrzeb, nazywając je "pierdołami" czy "wymysłami". 
Ale żadna z tych postaw nie jest dobra. Błędem jest pokazywanie dziecku, że może mieć wszystko "na już", ponieważ to właśnie w procesie oczekiwania budujemy w nim odporność psychiczną. Jeśli dajemy dziecku wszystko natychmiast – na przykład biorąc kredyt na drogie buty Balenciagi, na które nas nie stać – uczymy je braku odporności na frustrację i trudne emocje. A to jest kluczowe w kształtowaniu postawy dojrzałego człowieka.
Z kolei umniejszanie potrzebom rzeczywiście może prowadzić do wykluczenia. Wielu rodziców kategorycznie zabrania dzieciom oglądania bajek czy korzystania z gier dostosowanych do wieku. Zauważyłam, że te dzieci czują się wykluczone. Rówieśnicy bawią się przecież w naśladownictwo, odgrywają role bohaterów, rozmawiają o nich. 
Tak radykalne podejście – podobnie jak odmawianie dziecku raz na jakiś czas zakupu rzeczy rozwojowej, choćby klocków Lego, na które mogłoby samo zaoszczędzić – jest skrajnością. Nazwałabym to nawet zaniedbywaniem potrzeb. 
Decydując się na dziecko, musimy mieć świadomość tego, na ile jesteśmy w stanie zapewnić mu normalny byt, w tym ubiór czy inne codzienne potrzeby. Zabawa jest nierozerwalnie wpisana w dzieciństwo.
Dalsza część wywiadu poniżej  
Obecna presja rówieśnicza wydaje się jednak silniejsza niż ta, którą my znamy z młodości.
Bo płynie dziś przede wszystkim z mediów społecznościowych. Dawniej presja rówieśnicza kończyła się zazwyczaj w momencie opuszczenia murów szkoły. Dziś ten proces trwa nieprzerwanie – dzięki telefonom i internetowi presja przenosi się do domu. 
Dzieci zanurzone w social mediach doświadczają notorycznego porównywania się z innymi. Widziałam nagrania, na których dziewięciolatka przed wyjściem do szkoły wykonuje pełną rutynę skincare i nakłada kompletny makijaż.
Ale ktoś jej na to pozwala, prawda?
Tak. Po pierwsze, rodzic pozwala na obecność dziecka w internecie. Po drugie, pozwala iść w makijażu do szkoły i używać kosmetyków przeznaczonych dla dorosłych. 
Wspomniany skincare jest tu bezpośrednim odzwierciedleniem tego, co dzieci widzą u swoich idolek w sieci. 
Co możemy z tym zrobić? 
Przede wszystkim stawiać życzliwe i bezpieczne granice. Nie na zasadzie: "to głupie", "niepotrzebne" czy "beznadziejne". Takie komunikaty jedynie umniejszają potrzebom dziecka. Z nastolatkiem trzeba rozmawiać o wartościach i pozwalać mu decydować w określonym zakresie. 
Możemy zapytać: "Czy naprawdę wolisz wydać 300 złotych na błyszczyk reklamowany przez influencerki, czy wolisz odłożyć te pieniądze na coś innego?".
Kluczowe jest budowanie w dziecku poczucia, że nie musi być takie jak wszyscy. Dziś to tylko kwestia drogiego kosmetyku, ale za chwilę może dojść do pierwszego kontaktu z narkotykami.  
Jak to?
Badania naukowe jasno pokazują, że jeśli dziecko nie nauczy się czekać na przyjemność, tworzy się prosta droga do uzależnień. Jeśli będzie budowało poczucie własnej wartości wyłącznie poprzez bezkrytyczną przynależność do grupy, pojawia się ryzyko, że pójdzie to w bardzo niebezpieczną stronę.
Warto więc pokazywać, że to nie czynniki zewnętrzne są najważniejsze. Relacje z ludźmi zyskuje się dzięki swojemu wnętrzu, talentom czy charakterowi, a nie dzięki marce błyszczyka. 
Jednocześnie nie oszukujmy się, że wychowamy dziecko w obecnych czasach zupełnie sauté, w izolacji od trendów.
Co mówić dziecku, jeśli tak bardzo chce kolejnej, modnej i drogiej rzeczy?
Najpierw je wysłuchać, a potem zapytać: "Co za tym stoi? Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?". 
Jeśli dziecko odpowie: "Bo będą się ze mnie śmiać", otwiera się przestrzeń do rozmowy: "Czy to na pewno są dla ciebie ważne osoby? Czy prawdziwy przyjaciel wyśmiewa się z czyjegoś wyglądu?". W ten sposób pokazujemy, że nie trzeba bać się bycia innym.
Widzimy to przy okazji każdej fali popularności, jak choćby teraz przy napojach od Wojanka czy wcześniej przy zabawkach Labubu.
Przerobiłam obie rzeczy...
Sama mam siedmiolatka, który od dwóch lat marzył o Labubu. 
Nie ugięłam się, bo uważam, że ta zabawka wygląda jak z horroru – uznałam, że nie jest odpowiednia dla dziecka w tym wieku. Syn to przełknął, ale zrekompensowałam mu to w inny sposób: kupiłam Kapibarę.
Nie chodzi o to, by dziecku wszystkiego odmawiać, ale o to, by nie spełniać każdej zachcianki natychmiast. Tak jak mówiłam: to fatalnie wpływa na odporność psychiczną. 
Boję się tylko, że to się nigdy nie skończy. Dziś błyszczyk, jutro mgiełka, pojutrze jakiś modny gadżet. Ciągle słyszymy: "Mamo, ale to jest must have!".
Uczmy dzieci, że nic nie muszą. "Możesz, ale nie musisz" – to jest kluczowa różnica. Jeśli nie postawimy granicy, ten cykl konsumpcji nigdy się nie skończy. 
Świetnym narzędziem jest tutaj kieszonkowe. Oddajmy nastolatkowi część odpowiedzialności. Niech sam zadecyduje, czy chce wydać 200 zł na jeden błyszczyk, czy kupić dwie mgiełki i jeszcze coś odłożyć. 
Pokażmy dziecku, że pieniądze mają swoją wartość i są efektem pracy rodziców.
I pamiętajmy, że kwintesencją rodzicielstwa jest umiejętność powiedzenia "nie" – nawet wtedy, gdy stoi to w całkowitej sprzeczności z żądaniami dziecka.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d21f1958f4f28db4edc6942d9fcac37e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d21f1958f4f28db4edc6942d9fcac37e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Luksusy dla dziecka nawet na kredyt? Psycholożka ostrzega rodziców.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645991,mamo-ty-to-zrob-rosnie-pokolenie-nieporadnych-dzieci-i-sami-jestesmy-temu-winni</guid><link>https://natemat.pl/645991,mamo-ty-to-zrob-rosnie-pokolenie-nieporadnych-dzieci-i-sami-jestesmy-temu-winni</link><pubDate>Mon, 23 Mar 2026 13:42:41 +0100</pubDate><title>&quot;Mamo, ty to zrób&quot;. Rośnie pokolenie nieporadnych dzieci i sami jesteśmy temu winni</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3e1a199ebe28109ec9bdb78529347266,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kroimy kotleta w drobną kostkę. Zdejmujemy wieczko od jogurtu. Smarujemy chleb masłem, a suwak od kurtki zapinamy aż pod samą brodę. Schylamy się, żeby dopiąć dziecku rzepy w butach. Wyciskamy pastę na szczoteczkę. Robimy to wszystko "szybciej", "dokładniej", "lepiej". A potem na forach rodzicielskich narzekamy, że nasze dziecko nie jest samodzielne albo że nie radzi sobie na WF-ie. Jeśli oczywiście wcześniej go z tych zajęć nie zwolnimy.

W internecie krąży taki mem o matce, która prosi o zwolnienie córki z zajęć WF-u, bo nie chce, żeby się spociła. Niby śmieszne, ale jednak bardziej straszne. 
Ponad połowa polskich dzieci w wieku 8–12 lat nie osiąga nawet podstawowego poziomu sprawności fizycznej. 
Ale problem nie zaczyna się na sali gimnastycznej, tylko znacznie wcześniej – w naszych domach. 
Mamo, odkręcisz?
Gosia od początku wychowuje syna sama. Była w piątym miesiącu ciąży, kiedy jej narzeczony uznał, że potrzebuje wolności. Gdy chłopczyk skończył dwa lata, Gosia wróciła do pracy.
Przez rok, zanim Staś poszedł do przedszkola, opiekowała się nim babcia. Chuchała i dmuchała na jedynego wnuka – był przecież taki maleńki, a ona chciała mu przychylić nieba. 
Potem, gdy został już "dzielnym przedszkolakiem", nadopiekuńcze były już obie. 
Babcia tylko przewracała oczami i ciężko wzdychała, że Staś chowa się bez ojca, więc trzeba mu to jakoś wynagrodzić.
Staś rósł, ale nic się nie zmieniało. 
Na zmianę kroiły mu kotleciki i zapinały kurteczkę pod samą brodę. Kiedy chciał nauczyć się jeździć na rowerze, z niepokojem powtarzały, że jest jeszcze za mały i ma na to czas. 
Gra w piłkę na boisku? Przecież ktoś go uderzy w głowę i będzie nieszczęście. Nie zgadzały się nawet na buty ze sznurówkami, bo jeszcze się zaplącze i przewróci.
Rano Gosia zawsze spieszyła się do pracy: szybki prysznic, makijaż, a Stasiowi płatki z mlekiem. 
I tak śpieszy się do dzisiaj. 
Staś ma już 11 lat, a mama wciąż zapina mu kurtkę, bo tak jest szybciej. Kiedy chłopiec chce pochrupać chipsy, prosi mamę o wsypanie ich do miseczki. Gdy chce zjeść banana, biegnie do kuchni, żeby mama mu go otworzyła. Kiedy chce mu się pić, pyta krótko: "Odkręcisz?".
W szkole okazuje się, że bidon potrafi odkręcić sam, ale w domu Gosia jedynemu dziecku nie odmówi. Czas tak szybko mija, zaraz syn będzie dorosły. Dlatego ona wciąż obiera mu jabłuszko ze skórki i podaje plasterki prosto do ust.
Tylko babcię Stasia dziwi teraz, że taki duży chłopak, a wciąż nie jeździ na rowerze. Już nie pamięta, że to ona sama kiedyś mu tego zabroniła.
89 proc. dzieci nie potrafi poprawnie skakać przez skakankę 
Troszczymy się, spieszymy i tak oto odbieramy dzieciom sprawczość. Bilans jest porażający. 
Z najnowszych badań warszawskiej AWF wynika, że aż 94 proc. uczniów polskich szkół posiada niewystarczający poziom kompetencji ruchowych. To znaczy, że niemal każde dziecko w klasie ma problem z tym, co dla ich rówieśników sprzed trzydziestu lat było odruchem: poprawnym skokiem, chwytem piłki czy przewrotem w przód. Aż 89 proc. dzieci nie potrafi poprawnie skakać przez skakankę.
Fizjoterapeuci ostrzegają: ręka, która nie potrafi poradzić sobie z widelcem czy obieraniem mandarynki, w pierwszej klasie nie będzie miała siły stabilnie utrzymać długopisu. 
Zanim jednak oskarżymy o wszystko tablety, gry komputerowe, pandemię i zmianę stylu życia, przyjrzyjmy się, czy nie wyręczmy dzieci w prostych czynnościach, przez co jest im później trudniej w tych trudniejszych. 
– Łatwo ci mówić, bo masz już dużą córkę – koleżanka Kasia konfrontuje mnie z moją własną przeszłością już na starcie. – Przypomnij sobie, jak to było, gdy miała pięć lat. Moja pięciolatka jest w fazie nieustannego buntu. Co, jeśli nie założę jej piżamy siłą? OK, będzie latać nago pół nocy. Dosłownie: biegać po domu i się śmiać, a ja będę biegać za nią. A w tym czasie mam jeszcze milion rzeczy do zrobienia. Więc wyręczam ją, bo tak jest po prostu szybciej i skuteczniej.
Kasia broni matek, które "serwisują" swoje dzieci niemal rękami i nogami. Zwraca uwagę na coś, co często umyka ekspertom: zmianę pokoleniową. – Zobacz, że teraz matki pracują na potęgę. Moja mama rano robiła wszystkim śniadanie, ojciec szedł do roboty, a ona mogła zajmować się domem. My żyjemy w kulturze wiecznego "zapie**olu". Mało tego, po pracy mamy swoje zajęcia: biegniemy na siłownię, na kurs języka. Nie zamierzam czekać, aż moje dziecko łaskawie zawiąże buta, skoro mogę to zrobić dwa razy szybciej i wreszcie wyjść z domu.
Przypomina także, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu dziecko, które nie chciało posłusznie wyjść z domu, było po prostu karane – najczęściej, niestety, klapsem. Dziś bicie jest zabronione, a negocjacje przed pracą nie zawsze wchodzą w grę.
W podobnym tonie wypowiada się Agnieszka. Młodszego syna wychowuje w systemie opieki naprzemiennej. – Tydzień, w którym mam go u siebie, przypomina szpagat. Po prostu stoję w rozkroku między szykowaniem go do przedszkola, pracą, robieniem obiadu, zajęciami dodatkowymi i opieką nad starszym dzieckiem. Gdybym co rano dawała mu czas na "próbowanie", nigdzie byśmy nie wyszli. Ogarniam wszystko z jęzorem na brodzie – wyznaje.
Agnieszka zauważa też, jak bardzo dostępność czasu zmienia podejście do wychowania. Jej były partner ma pracę sezonową – pracuje tylko w wakacje. – W sezonie jesienno-zimowym on ma czas, żeby pochylać się nad każdym drobiazgiem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze razem, potrafił godzinami negocjować z synem kolor czapeczki. Miał do mnie żal, że ja po prostu brałam dziecko i wychodziłam. 
Tymczasem w leśnych przedszkolach w Szwecji 5-latki uczą się strugać patyki finkami i bezpiecznie dokładać do ogniska. Wspinają się po drzewach i taplają w błocie. Maluchy mają drzemki na świeżym powietrzu, nawet przy niskich temperaturach. 
Rodzice muszą znaleźć czas na wypranie ubłoconych ciuchów czy opatrywanie zdartych kolan. 
Czy to znaczy, że na Północy czas płynie wolniej? Nic z tych rzeczy. Skandynawki mają jeden z najwyższych wskaźników aktywności zawodowej na świecie – pracują częściej i intensywniej niż Polki. Różnica polega na podejściu. W Norwegii czy Szwecji samodzielność dziecka nie jest traktowana jako fanaberia, ale jako strategia przetrwania dla całej rodziny.
Tam nikt nie klęka przed pięciolatkiem, by dopiąć mu rzepy. Skandynawska matka woli spóźnić się na spotkanie, niż odebrać dziecku prawo do założenia butów. Wie, że każda minuta poświęcona dziś na walkę z suwakiem to kwadrans wolności, który odzyska za rok, gdy dziecko obsłuży się samo. 
Samodzielność trenują jak mięsień, każdego dnia. 
Dalsza część tekstu poniżej
– Dlaczego jako rodzice wpadliśmy w pułapkę "szybciej zrobię to za niego"? Co nam to robi emocjonalnie, że nie potrafimy znieść widoku dziecka, które przez 10 minut próbuje założyć buta, zapiąć kurtkę? Zrujnuje nam to karierę? –  pytam o to Magdalenę Halicką, psychoterapeutkę dzieci i młodzieży, założycielkę Szkoły Rodzicielstwa, wykładowczynię akademicką. 
Już na wstępie przyznaje, że to bardzo złożona trudność wielu rodziców, z którymi pracuje. 
– Jako rodzice wpadamy w tę pułapkę, bo żyjemy szybko i jesteśmy przeciążeni – nasz mózg wybiera "szybciej i łatwiej", czyli zrobić coś za dziecko, zamiast wytrzymać jego tempo. Trudno nam znieść jego wysiłek i frustrację, bo uruchamia to w nas napięcie, niecierpliwość, a czasem nawet poczucie winy ("powinnam mu pomóc"). 

Dalej pytam, czy wyręczanie dziecka w jedzeniu, czy ubieraniu to faktycznie troska, czy raczej nasza lękowa potrzeba kontroli i dbałość o to, żeby zupa nie wylądowała na dywanie?
Magdalena Halicka odpowiada, że najczęściej jest to mieszanka jednego i drugiego – troski i lęku. Jak mówi, z jednej strony, jako rodzice naprawdę chcemy pomóc: żeby dziecko się najadło, nie zmarzło, zdążyło. Z drugiej – bardzo często w tle działa coś więcej: potrzeba kontroli ("niech to będzie zrobione dobrze i czysto"), lęk przed bałaganem, oceną, chaosem, napięcie, którego nie chcemy czuć ("nie mam zasobów na ten proces"). 
Guzik i matematyka to ten sam mechanizm
Jak podkreśla Halicka, troska wspiera rozwój dziecka, natomiast kontrola może go przyspieszać, ale kosztem jego samodzielności. 
– Dlatego kluczowe pytanie brzmi nie "czy pomagam?", tylko: "czy robię to dla niego, czy żeby poradzić sobie ze swoim napięciem?"
Jak podkreśla Magdalena Halicka, poczucie własnej wartości i sprawczości nie buduje się w spektakularnych momentach, ale w codzienności. Jak mówi dalej, dziecko buduje wiarę w siebie nie na wielkich sukcesach, ale na setkach małych doświadczeń: "spróbowałem – było trudno – ale dałem radę".
– Jeśli w codzienności (ubieranie, jedzenie, drobiazgi) często słyszy – nawet bez słów – "ja zrobię to lepiej/szybciej", to w jego głowie zapisuje się: "ktoś musi mnie wyręczyć, bo sam nie ogarniam", "skoro nie potrafię tak prostych rzeczy, nie poradzę sobie z niczym". I potem na klasówce z matematyki pojawia się dokładnie to samo uczucie: nie brak wiedzy, tylko brak wewnętrznego przekonania pt. "poradzę sobie, nawet jeśli będzie trudno". Guzik i matematyka to ten sam mechanizm. Albo budujemy doświadczenie sprawczości, albo je odbieramy.
Ekspertka zwraca uwagę, że zmiana tego schematu wymaga świadomego "oddawania" dziecku samodzielności – szczególnie wtedy, gdy wcześniej było ono często wyręczane. Jej zdaniem nie powinno to jednak odbywać się gwałtownie, lecz krok po kroku, zaczynając od prostych sytuacji dnia codziennego. Wyjaśnia, że kluczowe jest bycie obok dziecka, wspieranie go słowem i obecnością, ale jednocześnie powstrzymanie się od działania za nie.
– Ważne jest też przygotowanie się na to, że pojawi się frustracja – to naturalna część uczenia się, a nie sygnał, że coś idzie nie tak. Kiedy dziecko płacze, nie trzeba od razu rozwiązywać problemu za nie, tylko nazwać emocje i dać wsparcie: "Widzę, że to trudne", "Złościsz się, bo nie wychodzi" – radzi. 
Jak mówi dalej, kluczowe jest wytrzymanie własnego napięcia – tej chęci, żeby przyspieszyć, naprawić, wyręczyć. 
– To właśnie ten moment jest najtrudniejszy dla rodzica, ale jednocześnie najważniejszy dla dziecka – przyznaje. – Z czasem, dzięki takim doświadczeniom, dziecko zaczyna budować w sobie przekonanie: "to jest trudne, ale mogę próbować dalej" – i to jest fundament prawdziwej samodzielności. Cierpliwość, tylko nasza cierpliwość może "uratować" sytuację. 
– Czy dzieci, które są często wyręczane, mogą mieć trudniej w grupie rówieśniczej? Czy niższa sprawność w codziennych czynnościach wpływa na ich pozycję wśród rówieśników? –  dopytuję. 
W odpowiedzi słyszę, że nie jest to zależność zero-jedynkowa, ale istnieje realne ryzyko, że tak się stanie. 
– Wchodzą one często z mniejszym poczuciem sprawczości, są mniej pewne siebie, wolniejsze w działaniu i szybciej się poddają. Grupa rówieśnicza bardzo szybko wychwytuje takie sygnały – nie tyle ocenia samą sprawność manualną, co poziom samodzielności i pewności siebie –  zauważa. 
Psychoterapeutka podkreśla, że problemem nie jest więc to, że dziecko robi coś mniej sprawnie, ale to, że może mieć w sobie przekonanie "nie dam rady sam" i potrzebę stałego wsparcia. 
– W takich sytuacjach dziecko może częściej się wycofywać, być pomijane, a czasem stawać się łatwiejszym celem dla innych – mówi.
Jednak na koniec dzieli się krzepiącą refleksją. 
– Brak pełnej sprawności nie skazuje dziecka na marginalizację. Najważniejsze jest budowanie doświadczeń, w których dziecko uczy się, że potrafi próbować i radzić sobie mimo trudności. To właśnie poczucie "poradzę sobie, nawet jeśli to potrwa" ma kluczowe znaczenie dla jego funkcjonowania w grupie – podsumowuje. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3e1a199ebe28109ec9bdb78529347266,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3e1a199ebe28109ec9bdb78529347266,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Z troski i pośpiechu robimy wszystko za dzieci. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo je krzywdzimy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645775,pijany-wojt-za-kolkiem-ale-nasz-wojt-mieszkancy-bez-przesady-ludzie-robia-gorsze-rzeczy</guid><link>https://natemat.pl/645775,pijany-wojt-za-kolkiem-ale-nasz-wojt-mieszkancy-bez-przesady-ludzie-robia-gorsze-rzeczy</link><pubDate>Sat, 21 Mar 2026 07:02:01 +0100</pubDate><title>Pijany wójt za kółkiem, ale nasz wójt. Mieszkańcy: Bez przesady, ludzie robią gorsze rzeczy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7f7f73afc395a9ca8935a86ce2a776c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Gmina Niedźwiada świętuje: wójta, który jechał po pijanemu, nie spotka kara i utrata stanowiska. – To sygnał dla nas wszystkich: nie bójcie się łamać prawa, przesuwajcie granice etyczne i moralne. Bo przecież zawsze można liczyć na przychylny skład sędziowski – komentuje dla naTemat.pl ten kuriozalny wyrok dr Wojciech Korchut, psycholog kliniczny i kierownik studiów podyplomowych psychologii transportu na Uniwersytecie SWPS.

Tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia drogą powiatową z Zabiela do Tyśmienicy pędził samochód. Za kierownicą siedział nie byle kto, bo sam włodarz gminy Niedźwiada w województwie lubelskim.
Problem w tym, że w tamtym stanie Marek Kubik w ogóle nie powinien siadać za kierownicą. 
Pierwsze badanie alkomatem wykazało 1,11 promila, drugie – 1,18.
W świecie "zwykłych śmiertelników" taki wynik zazwyczaj oznacza wyrok i wpis do Krajowego Rejestru Karnego, kilkuletnią utratę prawa jazdy oraz – w przypadku urzędników – poważne konsekwencje zawodowe, nierzadko prowadzące do utraty stanowiska.
Ale nie w tym przypadku.
Nasz wójt
Marek Kubik rządzi gminą Niedźwiada w powiecie lubartowskim od ośmiu lat. Jest lubiany i poważany w lokalnej społeczności – "do tańca i do różańca". Pojawia się na dożynkach, wspiera protesty rolników, ściska dłonie jubilatów. Pamięta o lokalnych sportowcach i ludziach kultury, organizuje kino plenerowe.
Spełnia oczekiwania mieszkańców. Jak piszą w mediach społecznościowych członkinie KGW Górka Lubartowska "Górczanki", to osoba, na którą zawsze mogą liczyć:
"Nasz wójt zakupił do naszej kuchni nowy, profesjonalny sprzęt gastronomiczny. Pozwoli on na integrację społeczności lokalnej oraz rozwijanie naszych pasji kulinarnych. Będziemy gotować jeszcze więcej pierogów, bo z tego słyniemy najbardziej…" – piszą z wdzięcznością.
Dlatego też, kiedy wychodzi na jaw, że ich włodarz jechał za szybko i po pijaku, mieszkańcy stają za nim murem. Przekonują, że owszem, popełnił błąd, ale jak każdy zasługuje na drugą szansę. Piszą list poparcia.
Murem za wójtem stają ci, którzy na co dzień reprezentują moralność, porządek i prawo. W jego obronie wystąpili m.in. druhowie OSP, sołtysi, księża, a nawet dyrektorzy szkół, którzy na apelach uczą dzieci odpowiedzialności.
Udało się. 
Sąd Rejonowy w Radzyniu Podlaskim wydał wyrok, który dla wielu spoza lokalnej społeczności jest trudny do zrozumienia: warunkowe umorzenie postępowania na dwa lata próby.
W praktyce oznacza to, że Marek Kubik pozostaje osobą niekaraną. A to z kolei pozwala mu nadal pełnić funkcję wójta i zarządzać gminą.
Cena za jazdę "na podwójnym gazie" to 20 tysięcy złotych wpłaty na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej i roczny zakaz prowadzenia pojazdów. 
W porównaniu z tym, co grozi innym za nawet mniejsze przewinienia, kara wydaje się śmieszna.
"Jechałem na kacu do pracy, wyszło 0,23 promila, zabrane prawko, grzywna i prace społeczne" – wpis pewnego internauty boleśnie ukazuje, że są równi i "równiejsi".
Jeszcze niedawno nagłówki grzmiały: wójt może trafić za kratki. Przewidywano, że pożegna się ze stanowiskiem.
Przypomnijmy: zgodnie z Kodeksem karnym (art. 178a §1) prowadzenie pojazdu przy stężeniu powyżej 0,5 promila to przestępstwo zagrożone karą do 3 lat więzienia.
Granice są jasne:
 – wykroczenie: od 0,2 do 0,5 promila,
 – przestępstwo: powyżej 0,5 promila.
Wójt miał 1,18 promila. Popełnił przestępstwo. 
Wydawało się, że kara jest tylko formalnością. Ale jak widać, tak się nie stało. Wójt może odetchnąć z ulgą. Mieszkańcy również. Wszyscy będą dalej żyć, jak gdyby nic się nie stało. 
W internetowych komentarzach nie kryją zachwytu. Zresztą, już wcześniej, po pierwszych doniesieniach pisali, że to żadna zbrodnia. "Wypił człowiek, każdemu może się zdarzyć".
Chcę porozmawiać z osobami, które stanęły murem za wójtem. Nie odpisują członkinie koła gospodyń, milczą też strażacy OSP. Bronić pijanego wójta za kierownicą chcą wszyscy, ale powiedzieć dlaczego – już nikt.
Ksiądz z lokalnej parafii również odmawia komentarza. Przyznaje tylko, że nie jestem jedyną dziennikarką, która dzwoni w tej sprawie. Wszystkim odpowiada tak samo.
Muszę to uszanować.
Na szczęście zwykli mieszkańcy gminy chcą się podzielić swoją refleksją.
– Nie ma co się oburzać, przecież nasz wójt nikogo nie zabił – mówi mi jedna z mieszkanek, prosząc o anonimowość. – Ludzie gorsze rzeczy robią. Nie powinien pić, i owszem, ale to tylko człowiek, jak każdy. Popełnił błąd. 
W podobnym tonie wypowiada się inny mieszkaniec gminy: – Nie pochwalam jazdy po pijaku – zastrzega na wstępie. – Ale nasz wójt to prawy człowiek. Dużo dla nas zrobił. Stracić go, to byłaby straszna szkoda. 
Łagodny wyrok cieszy opinię publiczną. 
Chcę porozmawiać z samym wójtem. Zapytać, jak przyjął wyrok. Czy uważa go za sprawiedliwy wobec innych kierowców, którzy za mniejsze stężenie alkoholu tracą prawo jazdy i pracę? Czy pojawiła się refleksja: co by było, gdyby tamtej nocy na drodze pojawił się pieszy albo inne auto?
W urzędzie gminy słyszę, że do końca tygodnia przebywa na urlopie.
"Wspaniały człowiek, tylko zabił niechcący"
Sędzia Dorota Domańska w uzasadnieniu wyroku nie szczędziła wójtowi ciepłych słów. Uznała, że Marek Kubik to włodarz cieszący się wyjątkowym zaufaniem i silnym poparciem społecznym. Wśród dowodów znalazł się m.in. list poparcia sporządzony przez strażaków podczas walnego zebrania OSP. 
Sędzia przyjrzała się nawet budżetowi gminy Niedźwiada, wskazując, że imponujące inwestycje i zaangażowanie w rozwój lokalnej społeczności przemawiają na korzyść oskarżonego. W jej ocenie mogło to uzasadniać łagodniejsze spojrzenie na fakt prowadzenia samochodu z ponad promilem alkoholu we krwi.
Czy jednak prawo w tej sytuacji nie oceniło raczej zasług wójta niż jego czynu? Czy sukcesy w lokalnej społeczności powinny być okolicznością łagodzącą w ruchu drogowym? 
O to pytam dr. Wojciecha Korchuta, psychologa klinicznego i kierownika studiów podyplomowych psychologii transportu na Uniwersytecie SWPS.
– Mamy tutaj do czynienia z prawnym chaosem – odpowiada. – Idąc tym tropem, można by próbować wybronić nawet mordercę: "Wspaniały człowiek, tylko zabił niechcący. Zdarzyło mu się to pierwszy raz, a przecież uczynił tyle dobra dla lokalnej społeczności, więc należy go uniewinnić".
Ekspert nie ma wątpliwości, że takie rozumowanie podważa fundament równości wobec prawa.
 – Przez takie podejście społeczeństwo przestaje rozumieć, czy my w ogóle karzemy pijanych kierowców, czy może przyznajemy im specjalne ulgi. Co to za prawo i jak to się ma do zasady, że jest ono równe dla wszystkich? – pyta retorycznie, dodając, że z punktu widzenia nauki i elementarnej poprawności społecznej właściwie nie ma tu pola do dyskusji.
Jego zdaniem w tej sprawie zwyciężyły lokalne partykularyzmy.
– Jak sygnał dla społeczeństwa wysyła ten wyrok? – dopytuję.
Ekspert wskazuje, że mamy do czynienia z niebezpiecznym przyzwoleniem społecznym. W jego ocenie może ono być odczytane jako zachęta do przesuwania granic prawa.
Dodaje, że sąd można próbować "wzruszyć" odpowiednio skonstruowaną narracją. W takich historiach często pojawia się motyw przypadku i braku intencji.
– Można powiedzieć o bardzo chorym dziecku, żonie w szpitalu, o konieczności posiadania auta… Można wyciągnąć legendarnego szwagra, który "nigdy nie przychodził, a tym razem wpadł i się napiliśmy". To nie był zamiar, to był czysty przypadek – wylicza przykłady.
I podkreśla, że takim chaosem argumentacyjnym można próbować usprawiedliwić niemal każde złamanie prawa.
Szczególnie niepokojący – zdaniem dr. Korchuta – jest wpływ takich przekazów na młodych ludzi. Oni dopiero uczą się, czym jest demokracja i równość wobec prawa. Tymczasem otrzymują sygnał, że konsekwencje można ominąć, a zasady nie obowiązują wszystkich w równym stopniu.
Dalsza część tekstu poniżej
Takie myślenie, jak podkreśla mój rozmówca, jest charakterystyczne dla osób kierujących się wyłącznie własnym interesem, bez uwzględniania dobra wspólnego.
Ekspert zwraca też uwagę na skutki spożycia alkoholu. Wyjaśnia, że poziom powyżej jednego promila znacząco zaburza krytycyzm i zdolność oceny sytuacji, a także niemal całkowicie znosi umiejętność przewidywania konsekwencji.
– Alkohol powoduje, że przestajemy myśleć w sposób logiczny i krytyczny – mówi. 
Tłumaczy, że osoby wychodzące na spotkanie często zakładają, że nie będą pić albo wrócą taksówką, jednak pod wpływem alkoholu zmieniają decyzję, bo uznają, że "nie są aż tak pijane" i poradzą sobie za kierownicą. To typowy przykład ograniczenia czy nawet zniesienia myślenia krytycznego.
Proces ten ma charakter stopniowy – początkowe przekonanie o wypiciu jednego drinka szybko ustępuje kolejnym decyzjom.
– Mówię: tylko jednego. Piję jednego i myślę, że szybko go spalę. Ale ten jeden obniża krytycyzm do tego stopnia, że uznaję, iż jeszcze jednego mogę wypić – opisuje mechanizm.
W efekcie stężenie alkoholu rośnie, a kontrola nad własnymi decyzjami maleje.
Dodaje, że alkohol zaburza funkcje poznawcze: pogarsza ocenę odległości, widzenie przestrzenne, koordynację wzrokowo-ruchową, a także wydłuża czas reakcji. Reakcje stają się chaotyczne i przypadkowe.
Czy ta jazda mogła skończyć się tragicznie? Ekspert nie ma wątpliwości.
– Tak, to mogło skończyć się tragicznie, ale ludzie tego nie wiedzą – albo nie chcą wiedzieć – zauważa.
W jego ocenie w lokalnej społeczności często przeważa przekonanie, że "nic się nie stało",  a wójt to "swój chłop", co dodatkowo osłabia poczucie odpowiedzialności.
Podkreśla też, że nagłaśnianie takich spraw może utrwalać niebezpieczny wzorzec.
– Skoro jednemu się to udaje, to znaczy, że inni też mogą próbować – zauważa. – A to sprawia, że trudno później oczekiwać od młodych ludzi powściągliwości i respektowania zasad. W przestrzeń publiczną trafia bowiem prosty komunikat: "nie ma się co martwić – jakoś to będzie". Oczywiście możemy się też umówić, że nie interesuje nas odpowiedzialność i równość społeczna a wyroki sądowe mają charakter uznaniowy. Ale to już inna kwestia – podsumowuje. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7f7f73afc395a9ca8935a86ce2a776c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7f7f73afc395a9ca8935a86ce2a776c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wójt Marek Kubik uniknie kary za jazdę po pijaku. Pomogło społeczne poparcie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645574,jaki-zegarek-mowi-o-tobie-wiecej-niz-garnitur</guid><link>https://natemat.pl/645574,jaki-zegarek-mowi-o-tobie-wiecej-niz-garnitur</link><pubDate>Tue, 17 Mar 2026 17:34:01 +0100</pubDate><title>Jaki zegarek mówi o Tobie więcej niż garnitur?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8b1e53356d9f23c8e633a82236c13d08,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nikt nie komentuje Twojego paska, ale na zegarek patrzy każdy? Garnitur to zbroja zakładamy go, by mierzyć się z biznesowymi wymaganiami. Zegarek męski pełni zupełnie inną rolę: pokazuje, kim jesteś naprawdę, jak podchodzisz do czasu i czy wybierasz świadomie, czy zdajesz się na przypadek.

Zegarek męski jako kod kulturowy co mówi o Tobie?
Może zdziwi Cię to samo, co mnie: męska biżuteria długo nie była mile widziana w biznesie uważano ją za ostentacyjną. Wyjątkiem był zegarek, bo mieścił się w logice narzędzia: pozwalał jednym spojrzeniem kontrolować czas i zapanować nad harmonogramem. Nie ozdoba dyscyplina.
To purystyczne podejście powoli traci na znaczeniu. Męska biżuteria wraca na salony perły, brosze, sygnety pojawiają się w mainstreamie. Jednak nadal to zegarek pozostaje najbardziej czytelnym sygnałem w środowisku profesjonalnym, bo łączy dekorację z użytecznością i nie wymaga tłumaczenia.
Możesz mieć świetnie skrojony garnitur. Ale jeśli idąc na ważne spotkanie uzupełnisz go smartwatchem, na którego tarczy co chwilę pojawiają się powiadomienia wysyłasz rozmówcom konkretny komunikat. Nie wiem jak Ty, ale ja, widząc na czyjmś nadgarstku ciągły strumień alertów, zaczynam się zastanawiać, czy ta osoba jest naprawdę obecna w rozmowie.
I tu jest sedno: zegarek klasyczny to komunikat zamknięty mówi o Tobie, ale nie domaga się reakcji. Smartwatch to komunikat otwarty może Cię wyrwać z rozmowy, zdradzić priorytety, a w najgorszym wypadku pokazać rozmówcy, że coś innego jest ważniejsze niż on.
Nie twierdzę, że smartwatch to zły wybór. Globalne dostawy smartwatchów w 2025 roku znów wzrosły to normalny wybór konsumencki, a więc normalny nośnik wizerunku. Nawet Szwajcarzy zaktualizowali zasady stosowania oznaczenia „Swiss Made”, rozszerzając je w 2017 roku na wearables. Nie da się uciekać od postępu i nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby wiedzieć, co komunikujesz.
Czasomierz może być też pamiątką po maturze, po pierwszej pracy, po awansie. Praktyka „zegarka na etap życia” jest starsza niż jakikolwiek trend. Telefon wymieniasz co kilka lat, zegarek zwłaszcza klasyczny zostaje. I właśnie ta trwałość robi z niego nośnik historii, przedmiot, który przechodzi z rąk do rąk i nosi ślady życia.
Dobrze wybrany zegarek może być jak wizytówka z tą różnicą, że nie da się go schować do kieszeni.
Zegarki Tissot dyskretna brama do Swiss Made
Zanim naprawdę zacząłem interesować się zegarkami, wyobrażałem sobie, że Swiss Made to ekstremalnie drogie wyroby niewielkich manufaktur na najwyższych piętrach genewskich kamienic. Z czasem zrozumiałem, że Swiss Made to przede wszystkim standard stworzony tak, by miał konkretne znaczenie prawne. Od 2017 roku co najmniej 60% wartości kompletnego zegarka musi powstać w Szwajcarii. To nie slogan, to regulacja.
Dobrą ilustracją tego standardu jest Tissot marka z niewielkiego Le Locle, działająca od 1853 roku. Po ponad 170 latach firma jest częścią Swatch Group, szwajcarskiego, zintegrowanego pionowo ekosystemu, który produkuje zarówno najmniejsze śróbki, jak i gotowe zegarki.
Taki zegarek wybierze ktoś, kto wie, że status to nie kwestia ceny, tylko niuansów: tradycji, ponadczasowości, świadomego wyboru. Współczesna socjologia konsumpcji opisuje przesunięcie od ostentacji ku subtelniejszym kodom rozpoznawanym przez „wtajemniczonych”, a nie przez wszystkich w windzie. Zegarki Tissot dobrze się w ten mechanizm wpisują.
Jest jeszcze coś, co mi w tej marce imponuje: szerokość oferty, która pozwala wejść do świata Swiss Made garniturowym zegarkiem, codziennym modelem albo takim, który odnosi się do sportu. Tissot jest oficjalnym chronometrażystą NBA, MotoGP i współpracuje przy Tour de France to nie przypadkowy sponsoring, to budowanie skojarzenia: zegarek równa się dyscyplina, timing, precyzja.
Trzy modele Tissot trzy warianty tej samej osobowości
Tissot PRX to hołd dla projektu z 1978 roku, przywrócony w 2021. Nazwa to skrót od Precision, Robustness i X rzymskiej dziesiątki oznaczającej wodoszczelność. Zintegrowana bransoleta, kanciasta koperta, estetyka lat siedemdziesiątych podana we współczesnych materiałach. Wybór dla kogoś, kto lubi rzeczy z historią, ale nie chce wyglądać jak z muzeum.
Tissot Gentleman to elegancja, która nic nie musi udowadniać. Prosty, wielozadaniowy w tygodniu do garnituru, w weekend do czegokolwiek. W materiałach marki opisywany jako zegarek „od biznesu do weekendu” i dokładnie tak działa.
Seastar ma sportowe korzenie i jest zegarkiem „do życia” to nie jest czasomierz kupowany pod konkretną stylizację. Spotkanie w garniturze to tylko jedna z sytuacji, na które jest gotowy.
Pełna gama modeli od retro PRX przez biznesowego Gentlemana po sportowego Seastara jest dostępna w kategorii zegarki Tissot w specjalistycznych sklepach z zegarkami.
Zegarki Vostok Europe charakter zamiast logo
Odrobinę inny kierunek obierają indywidualiści, którzy znają reguły gry, ale z premedytacją je łamią. Tacy, dla których od logo i klasyfikacji ważniejsze są charakter i historia. Jeśli komuś imponują ludzie, którzy robili rzeczy pierwszy raz eksploratorzy, pionierzy, konstruktorzy to zegarek nawiązujący do tych historii będzie mówił o nim więcej niż jakikolwiek szwajcarski klasyk.
W Polsce taką mocną, wyrazistą „osobość” mają litewskie zegarki Vostok Europe. Marka założona w 2003 roku tworzy modele odnoszące się do osiągnięć techniki XX wieku nie jako dekoracja, tylko jako DNA produktu. Elementy stylistyczne czerpią wprost z konstrukcji, do których nawiązują. Każdy model objęty jest limitacją, a niektóre powstają specjalnie na rynek polski.
Osoby orientujące się w temacie zegarków, widząc litewski czasomierz na czyimś nadgarstku, od razu widzą nonkonformistę kogoś, kto wybrał oryginalny, limitowany zegarek zamiast bezpiecznego mainstreamu. Te wyroby zawsze będą na pierwszym planie, nigdy w tle.
Trzy kolekcje Vostok Europe trzy historie
Expedition to modele wszechstronne, przygotowane z myślą o ekstremalnych warunkach. Nawiązują do pierwszej załogowej dryfującej stacji badawczej North Pole-1 z lat 1937–1938. Czterech polarników przez ponad dziewięć miesięcy prowadziło obserwacje, żyjąc na stacji płynącej po północnych wodach. Kto zakłada Expedition, nie nosi „zegarka outdoorowego” nosi historię o ludziach, którzy robili rzeczy pierwszy raz.
Lunokhod nawiązuje do radzieckiego łazika księżycowego Lunokhod-2, który wylądował na Srebrnym Globie 15 stycznia 1973 roku i przejechał kilkadziesiąt kilometrów w warunkach, na które nikt wcześniej nie projektował maszyn. Kto wybiera ten model, chce nosić na ręce kawałek historii ludzkiej kreatywności łazik dotarł na Księżyc i tam zrobił swoją robotę.
Z kolei seria Batiscafos czerpie nazwę z greckiego słowa oznaczającego podwodny statek. Nawiązuje do batyskafów pojazdów głębinowych, zdolnych dotrzeć tam, gdzie panuje absolutna ciemność i druzgocące ciśnienie. Kto nosi Batiscafosa, identyfikuje się z ludźmi, którzy schodzili tam, gdzie inni nie chcieli nawet zaglądać.
Żaby zobaczyć, jak szeroki jest stylistyczny wachlarz tej marki od arktycznej Expedition przez kosmicznego Lunokhoda po głębinowego Batiscafosa warto przejrzeć zegarki Vostok Europe i sprawdzić, która historia jest najbliższa Twojemu charakterowi.
Jak wybrać zegarek do swojego stylu?
To, która jest godzina, sprawdzisz w telefonie, który nosisz przy sobie przez większość dnia. Dlatego wybór zegarka powinien być świadomy kupujesz coś, co określa Ciebie, a niekoniecznie jest niezbędne.
Trzy pytania, które mogą pomóc:
Pierwsze czy chcesz, żeby Twój zegarek był rozmową, czy tłem? Vostok Europe częściej bywa rozmową, Tissot częściej tłem ale świadomym. To nie kwestia ceny, tylko intencji.
Drugie czy w pracy musisz skupiać się na kliencie i być w pełni obecny w rozmowie, czy raczej reagujesz na szybko zmieniającą się sytuację? Jeśli Twoje środowisko premiuje uwagę i skupienie, smartwatch z powiadomieniami może wchodzić w konflikt z wizerunkiem, który chcesz budować.
Trzecie czy częściej nosisz koszulę z mankietem, czy sweter i T-shirt? To pytanie o spójność stylu, nie o parametry. Pasek wygląda na bardziej klasyczny i osobisty. Bransoleta zwłaszcza zintegrowana, jak w Tissot PRX kojarzy się ze współczesnym, miejskim stylem.
Świadomy wybór zegarek, który zostaje w pamięci
Zegarek, który nosisz, to nośnik informacji. Nie musi być najdroższy musi być wybrany świadomie. Cenisz spokój i bezobsługowość? Zegarek kwarcowy powie to za Ciebie. Wolisz analogowy rytuał i satysfakcję z mechanizmu, który tyka dzięki fizyce, a nie baterii? Model mechaniczny opowie dokładnie tę historię.
Jedyny zegarek, który naprawdę źle o Tobie świadczy, to ten wybrany przypadkiem albo ten, na który w ogóle nie zwróciłeś uwagi.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8b1e53356d9f23c8e633a82236c13d08,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8b1e53356d9f23c8e633a82236c13d08,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645196,wyslal-500-cv-i-nadal-nie-ma-pracy-straszne-czasami-bezmyslne</guid><link>https://natemat.pl/645196,wyslal-500-cv-i-nadal-nie-ma-pracy-straszne-czasami-bezmyslne</link><pubDate>Mon, 16 Mar 2026 14:38:53 +0100</pubDate><title>Wysłał 500 CV i nadal nie ma pracy. Straszne? Czasami bezmyślne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/eb74dcc376d66cb1d9c9cc0e833c4db1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Rośnie frustracja. W atmosferze desperacji ludzie zaczynają wysyłać aplikacje "na dziko". Słyszę o sytuacjach, w których ktoś wysyła sto CV w ciągu dwóch dni – to naprawdę ogromna liczba. Takie masowe, bezrefleksyjne działanie rzadko przynosi efekty – mówi Maja Gojtowska, konsultantka, trenerka, szkoleniowiec w rozmowie z naTemat.pl.

Aleksandra Tchórzewska: Na grupach dyskusyjnych czytam o prawdziwych dramatach: ludzie wysyłają po 500 aplikacji, a mimo to nie mogą znaleźć pracy. Może popełniają jakiś błąd?
Maja Gojtowska, konsultantka, trenerka, szkoleniowiec: Aby zrozumieć obecną sytuację, warto najpierw przyjrzeć się temu, co dzieje się na rynku pracy. W większości branż obserwujemy dziś wyraźne ochłodzenie w porównaniu z tym, co działo się jeszcze dwa–trzy lata temu.
To spowolnienie widać przede wszystkim w dwóch obszarach. Po pierwsze, w ostatnim roku pojawiła się fala zwolnień – może nie tak dramatyczna, jak sugerowały niektóre medialne nagłówki, ale zdecydowanie odczuwalna. Po drugie, wiele firm wprowadziło tzw. hiring freezes, czyli czasowe blokady lub wstrzymanie procesów rekrutacyjnych.
W efekcie liczba nowych ofert pracy wyraźnie spadła i choć widać nieśmiałe odbicie, może to jeszcze potrwać Z jednej strony mamy więc mniej ogłoszeń, z drugiej – coraz większą aktywność kandydatów. Choć rynek może sprawiać wrażenie dynamicznego, statystycznie odsetek osób realnie poszukujących zatrudnienia wynosi dziś około 30–40 proc. W praktyce oznacza to prostą zależność: ofert jest mniej, a osób aktywnie rozglądających się za pracą – znacznie więcej.
Na ten obraz nakłada się sposób, w jaki szukamy pracy. Dziś największym problemem pracodawców i rekruterów jest fakt, że otrzymują oni mnóstwo aplikacji zupełnie nieadekwatnych do treści ogłoszenia. Potwierdzają to badania Traffita z 2024 roku: statystycznie aż 70 proc. CV nie przechodzi nawet wstępnej selekcji, czyli tzw. screeningu.
Dlaczego ludzie aplikują na stanowiska, na które nie pasują?
Z jednej strony rośnie frustracja. Coraz wyraźniej widać narastające wśród kandydatów negatywne emocje i mam wrażenie, że w pewnym momencie może to po prostu eksplodować – a wtedy może ucierpieć wizerunek wielu pracodawców. 
W tej atmosferze desperacji ludzie zaczynają wysyłać aplikacje "na dziko". Słyszę o sytuacjach, w których ktoś wysyła sto CV w ciągu dwóch dni – to naprawdę ogromna liczba. Takie masowe, bezrefleksyjne działanie rzadko przynosi efekty.
W niektórych prostych zawodach można jeszcze zrozumieć takie podejście. Ale też nie zawsze jest ono skuteczne. W innych branżach jednak zwykle się to nie sprawdza. Bo jeśli ktoś masowo wysyła CV, to zwykle jest ono niedopasowane do oferty. 
Z drugiej strony ta sytuacja mocno uderza również w rekruterów. Niedawno rozmawiałam z właścicielką małej firmy, która samodzielnie prowadzi rekrutację. Na stanowisko specjalisty ds. obsługi klienta otrzymała aż 500 zgłoszeń. Zadała mi retoryczne pytanie: jak w takiej sytuacji rzetelnie przejść przez cały proces, skoro tak wiele aplikacji jest zupełnie niedopasowanych? Ona szuka osoby z doświadczeniem biurowym, a zgłasza się do niej na przykład kucharz.
To oczywiście pewne uproszczenie, ale podobną sytuację widziałam wczoraj na LinkedInie. Rekruter prowadzący nabór do swojego zespołu zmagał się z tym samym problemem. Pod jego ogłoszeniem pojawiały się komentarze w stylu: "Jestem zainteresowany, proszę o kontakt" albo "Właśnie zaaplikowałem". Gdy zajrzałam na profil jednej z takich osób, okazało się, że wcześniej pracowała w obsłudze klienta w wielkopowierzchniowym markecie. W takiej sytuacji kandydat najprawdopodobniej odpadnie już na samym początku.
Aplikowanie w ten sposób często tylko powiększa statystykę odrzuconych zgłoszeń.
Dane Traffita pokazują też jasno, że procesy oparte na sourcingu – czyli aktywnym wyszukiwaniu kandydatów przez rekruterów – są dziś znacznie skuteczniejsze i szybsze niż tradycyjne aplikowanie na ogłoszenia.
Zastanawiam się, jak reaguje rekruter, gdy w ciągu jednego tygodnia kilka razy widzi to samo nazwisko, aplikujące na zupełnie różne stanowiska? Słyszałam o kimś, kto dostał to samo CV po raz sześćdziesiąty.
To rodzi czystą frustrację, która bardzo szybko przeradza się w złość. Na moich szkoleniach regularnie spotykam rekruterów, którzy są po prostu zmęczeni i zirytowani takimi praktykami. Warto jednak uświadomić sobie jedną rzecz: kandydat w systemie rekrutacyjnym nie jest anonimowy. Systemy zapisują każdą aplikację, a do profili kandydatów często dodawane są także notatki. To nie działa tak, że im głośniej ktoś "krzyczy", tym bardziej zwróci na siebie uwagę. Często jest wręcz odwrotnie.
Z drugiej strony trzeba też zrozumieć, skąd bierze się takie zachowanie. Kandydaci aplikują "na siłę", bo są sfrustrowani brakiem informacji zwrotnej. Dane są tu bardzo wymowne – aż 80 proc. osób przyznaje, że nigdy nie otrzymało feedbacku po rekrutacji. Nie wiedząc, dlaczego ich aplikacje zostały odrzucone, wysyłają kolejne i kolejne.
Rekruterzy z kolei są zasypywani ogromną liczbą zgłoszeń, co sprawia, że mają jeszcze mniej czasu na udzielanie informacji zwrotnej. W efekcie powstaje destrukcyjne, samonapędzające się koło, w którym frustracja rośnie po obu stronach procesu.
Czyli to nie maszyny nas odrzucają?
W polskich realiach to wciąż ludzie: często zmęczeni, przepracowani rekruterzy, którzy muszą przejrzeć 500 dokumentów naraz. To oni podejmują decyzje. Uważam jednak, że tradycyjny schemat, a więc ogłoszenie – aplikacja – CV – spotkanie, wymaga reformy. 
Idealnym rozwiązaniem byłoby odwrócenie kolejności: aplikacja bez CV, ale za to z konkretnym zadaniem sprawdzającym kompetencje. Dopiero po ocenie wyników rekruter zaglądałby w CV. Taki model oszczędziłby czas obu stronom.
Ale czy przy fali 500 zgłoszeń rzetelny feedback dla każdego jest w ogóle fizycznie wykonalny?
Oczywiście, że tak – technologia już dziś na to pozwala. Nikt nie oczekuje przecież, że rekruter będzie ręcznie pisał 150 wiadomości. Współczesne systemy ATS (Applicant Tracking Systems) działają bardzo podobnie do CRM-ów używanych w marketingu. Umożliwiają zautomatyzowaną komunikację z dużymi bazami kandydatów. Skoro marki takie jak H&M czy Zara potrafią wysyłać klientom spersonalizowane oferty, to pracodawcy również są w stanie wdrożyć podobne rozwiązania. Problem nie leży więc w technologii.
Dodatkowym wsparciem staje się dziś sztuczna inteligencja, która może jeszcze bardziej usprawnić komunikację w procesach rekrutacyjnych. W praktyce jednak wciąż jesteśmy na innym etapie. Rekruterzy prowadzący równocześnie kilkanaście projektów skupiają się przede wszystkim na tym, co "tu i teraz" – czyli na doprowadzeniu konkretnego procesu do zatrudnienia kandydata.
To zjawisko ma także podłoże psychobehawioralne: częściej wybieramy natychmiastowy efekt niż odroczoną korzyść, jaką jest budowanie pozytywnego doświadczenia kandydata, czyli tzw. Candidate Experience.
Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden, coraz częściej dyskutowany problem związany z rozwojem AI. Według niektórych prognoz do 2030 roku nawet 40 proc. profili w sieci może stanowić konta fałszywe – tworzone przez sztuczną inteligencję postacie, które w rzeczywistości nie istnieją. Jeśli tak się stanie, może to całkowicie zmienić reguły gry na rynku pracy.
To brzmi jak scenariusz z filmu science-fiction!
Obserwuję coraz więcej szkoleń o tym, jak wyłapywać fałszywych kandydatów. Pojawiają się historie o obcokrajowcach podszywających się pod Polaków czy głośny przypadek z branży IT dotyczący "wygenerowanego" programisty. 
Ukradziono tożsamość człowiekowi z Wrocławia, który w ogóle nie zajmuje się IT. Teraz permanentnie wydzwaniają do niego rekruterzy, a on jest kompletnie sfrustrowany. 
Ta nieufność na rynku będzie tylko rosła.
To może powinniśmy wrócić do korzeni i zacząć osobiście roznosić CV po zakładach pracy?
W wielu firmach, szczególnie w sektorze produkcyjnym, to się wciąż dzieje. Często zapominamy, że nie żyjemy wyłącznie w rzeczywistości wielkich miast. Tam skrzynki na papierowe CV wciąż funkcjonują. Jednak w szerszej perspektywie to nam nie pomoże. Blokuje nas RODO – przepisy wymagają, by dokumenty były przechowywane w bezpiecznych systemach ATS.
To co najlepiej zrobić?
Uważam, że należy nastawić się na działania celowane. Nie wysyłać CV masowo, lecz szukać bezpośredniego kontaktu. Szczególnie na stanowiskach typu white-collar kluczowe jest pokazywanie swojej ekspertyzy. 
LinkedIn jest dziś jedną z najczęściej cytowanych platform przez systemy AI. Według analiz pojawia się w ok. 11 proc. odpowiedzi generowanych przez narzędzia takie jak ChatGPT, Perplexity czy Google AI.
Jeśli więc ktoś będzie szukał informacji o nas przez AI, ono będzie czerpać wiedzę właśnie z LinkedIna. Stawiałabym też na rekomendacje i odwagę w mówieniu o tym, że szukamy pracy. Ale to też trzeba robić z pomysłem. Posty w stylu: "Hej, szukam roboty, dajcie mi coś", dzisiaj już nikomu nie pomagają.
Ciekawe, ile procesów rekrutacyjnych toczy się za kulisami.
Wiele kluczowych rekrutacji faktycznie odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Rekruterzy najpierw rozsyłają wici. Sama często dostaję pytania: "Maja, szukam kogoś na takie stanowisko, słyszałaś o kimś?". Jeśli słyszałam, proces się toczy, ale potencjalni kandydaci mogą o nim nie wiedzieć. Ogłoszenie może nawet nie trafić na portale, a jeśli już tam wyląduje, to często czeka na nie grupa wcześniej wyselekcjonowanych osób.
Trzeba wyjść do pracodawcy tak, by pomyślał: "Wow, to jest człowiek, którego chcę zatrudnić". Zdecydowanie odradzam wysyłanie aplikacji na oślep – to strata czasu. Dużo mądrzej jest zadbać o obecność w sieci. Większość postów o poszukiwaniu pracy to powtarzalna, korporacyjna sieczka. Nie wiadomo, co taka osoba potrafi. Ale raz na jakiś czas trafiają się perełki – ludzie, którzy pokazują siebie jako produkt. 
Świetnym przykładem była Portugalka Marta, która po długich poszukiwaniach pracy w marketingu nagrała wideo reklamowe o samej sobie. Pokazała, że potrafi pisać copy, montować i tworzyć scenariusze. To po prostu "zażarło". Trafiła z komunikatem dokładnie tam, gdzie chciała.
Wróćmy do typologii, o której wspomniała pani na wstępie. Kim właściwie jest dziś "kandydat aktywny" i dlaczego stał się on towarem deficytowym?
Kandydat aktywny (ok. 30–40 proc. rynku) to taki, który wysyła CV i przychodzi na rozmowę. Brzmi to jak oczywistość, ale dziś to "złoty standard", bo plagą stało się niepojawianie się na spotkaniach. Miałam klienta – sieć handlową – gdzie rekruterzy dzwonili do kandydata 5 minut przed terminem. Słyszeli: "Właśnie wchodzę do centrum handlowego", po czym kandydat nigdy nie docierał na miejsce. W takiej sytuacji rekruter jest bezsilny.
Z kolei kandydat pasywny to osoba, która chętnie zmieni pracę, ale nie robi nic, by ją znaleźć. Czeka, aż propozycja sama do niej przyjdzie. Dla pracodawców to dziś największe wyzwanie. Firmy muszą zrozumieć, że talenty, których potrzebują, wcale nie muszą być aktywne na rynku. One często pracują u konkurencji i nie podejmują żadnych kroków w stronę zmiany. To pracodawca musi wyjść do nich pierwszy, powiedzieć: "Cześć, jesteś świetnym specjalistą, może porozmawiamy o wspólnych projektach?". Dopiero wtedy taki kandydat bierze pod uwagę aplikowanie.
Wygrają te firmy, które postawią na strategiczny sourcing i budowanie relacji z takimi osobami. Przykład? Rekruterka wiedziała, że w całym regionie jest tylko 30 osób o pożądanych kompetencjach. Wyselekcjonowała z nich tych skłonnych do rozmowy i ostatecznie zatrudniła jednego. To jest właśnie skuteczna rekrutacja dzisiaj – precyzyjne działanie, a nie czekanie na lawinę niedopasowanych CV.
Dalsza część wywiadu poniżej
A jak wygląda dzisiejsze CV? Wypielęgnowane, dopracowane, czy nijakie?
Przyznam szczerze, że na co dzień nie prowadzę rekrutacji, więc nie chcę udawać, że mam pełny wgląd w każdą aplikację. Natomiast z rozmów i obserwacji widzę, że CV wciąż są bardzo różne. Często mówi się dziś, że wszystko jest już "zrobione przez AI" i idealnie dopasowane do ogłoszeń, ale w praktyce wcale tak nie wygląda. Do takiego poziomu automatyzacji i dopracowania jeszcze nam daleko. Nadal jest bardzo dużo CV niedoskonałych.
Mam też poczucie, że kandydaci są dziś bardzo spragnieni wiedzy i wskazówek. Szukają jasnej instrukcji: "zrób dokładnie to, a na pewno dostaniesz pracę". Tymczasem w rzeczywistości taki jeden, uniwersalny przepis po prostu nie istnieje.
Zawsze tłumaczę znajomym czy uczestnikom szkoleń, że szukanie pracy to raczej proces budowania wielu punktów styku między kandydatem a potencjalnym pracodawcą. Tymi punktami styku mogą być aplikacje na ogłoszenia, aktywność na LinkedInie, rekomendacje od innych osób, udział w branżowych wydarzeniach czy bezpośredni kontakt z firmą.
Im więcej takich punktów powstanie, tym większa szansa, że uda się przebić przez ogromny szum informacyjny na rynku pracy. Niestety – nie ma jednej złotej recepty, która działa zawsze i dla wszystkich.
A jak to wygląda w kontekście różnic pokoleniowych? Czy Zetki szukają pracy inaczej niż osoby dojrzałe, które na rynku spędziły dekady?
Wszyscy są tak samo zagubieni, bo wszystkich frustruje to samo: brak feedbacku oraz brak rzetelnych informacji w ogłoszeniach. Dla mnie porażką naszej branży jest to, że kandydatom brakuje uczciwego opisu stanowiska. Z mojej perspektywy najtrudniej mają dziś osoby dojrzałe, które spędziły kilkanaście lat w jednym miejscu. Wychodząc na rynek, przeżywają ogromny szok kulturowy.
W zeszłym roku prowadziłam warsztaty dla pracowników zamykanego oddziału jednego z banków – zwalniano ponad tysiąc osób. Miałam na sali ludzi, którzy ostatni raz zmieniali pracę 15 lat temu. Byli przerażeni dzisiejszym procesem. Bardzo pomogły wtedy relacje osobiste liderów, którzy dzwonili do swoich kontaktów, polecając konkretnych ekspertów. 
Zawsze poruszają mnie sytuacje w mediach społecznościowych, gdy dzieci szukają pracy dla swoich rodziców. Piszą o mamie czy tacie, że to rzetelna osoba, która po prostu chce pracować. To piękny gest, ale jednocześnie smutny dowód na to, że bez wsparcia młodszych pokoleń ci doświadczeni specjaliści są dziś często bezradni.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/eb74dcc376d66cb1d9c9cc0e833c4db1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/eb74dcc376d66cb1d9c9cc0e833c4db1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jakie błędy popełniamy szukając pracy?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645289,o-tym-jak-adam-malysz-uratowal-cale-pokolenie-polakow-i-stal-sie-kamieniem-wegielnym-przyszlego-sukcesu-polski</guid><link>https://natemat.pl/645289,o-tym-jak-adam-malysz-uratowal-cale-pokolenie-polakow-i-stal-sie-kamieniem-wegielnym-przyszlego-sukcesu-polski</link><pubDate>Sun, 15 Mar 2026 12:36:52 +0100</pubDate><title>O tym jak Adam Małysz uratował całe pokolenie Polaków i stał się kamieniem węgielnym przyszłego sukcesu Polski</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3620d51d0e77df997c67049982145c50,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Powoli kończymy obchody 25-lecia Małyszomanii. 15 marca 2001 roku było już w zasadzie "po zawodach", a nawet dosłownie po zawodach. Nic nie było już w stanie odebrać skoczkowi ani zdobytych w tym sezonie medali mistrzostw świata, ani wygranego Turnieju Czterech Skoczni, ani przede wszystkim Pucharu Świata w skokach narciarskich.

Ćwierć wieku później jesteśmy w zupełnie innej pozycji na mapie świata – sportowo i mentalnie. Sportowo, bo Polakiem jest na ten przykład jeden z najlepszych obecnie środkowych pomocników w lidze włoskiej, Piotr Zieliński, który w tym sezonie skutecznie konkuruje między innymi z takimi markami jak Luka Modrić czy Kevin De Bruyne, ale też znacznie lepiej dysponowanymi Nico Pazem czy Scottem McTominayem. Sportowo, bo Polakiem – legendą Bayernu Monachium, ikoną FC Barcelony i, co do tego panuje względny konsensus, najlepszym napastnikiem ostatniej dekady – jest z kolei Robert Lewandowski. Sportowo, bo Polką jest Iga Świątek, czołowa rakieta świata w najbardziej znaczącej dyscyplinie kobiecego sportu.
Ale przede wszystkim jesteśmy w innym miejscu mentalnie. 20. gospodarka świata, 20. armia świata, jedno z najlepiej rozwiniętych technologicznie społeczeństw w Europie. To my dla zabawy i z nadmiaru kapitału wykupujemy sobie po kawałku kraje południa Europy, a nie odwrotnie.
Kiedy Małysz wygrywał TCS, byliśmy w Polsce naprawdę beznadziejni we wszystkim
Ten, kto w listopadzie 2000 roku odpalał transmisję TVP z zawodami na skoczni w Kuopio, nie śmiał nawet marzyć, że za ćwierć wieku będzie żył w takim kraju jak dziś. To nie były najlepsze stulecia dla tego dumnego narodu. Najpierw lata stopniowego upadku i degrengolady, potem aż trzy serie upokarzających zaborów, brutalnie przegrane powstania, odzyskana na chwilę niepodległość w niezwykle patologicznej formie, przegrana w miesiąc II wojna światowa, kolejne tragiczne i nieudane powstanie i wreszcie – w nagrodę – sowiecka okupacja. Kiedy wreszcie pojawiło się światełko na końcu tego tunelu, było jeszcze gorzej. Kibice piłki ekscytowali się poczynaniami reprezentantów w austriackich klubach, których nazw dziś przeciętny kibic z pamięci nawet nie przytoczy. Szok transformacyjny, bieda, nędza, Marian Krzaklewski, głód, gangsterzy i kradzione z Niemiec 25-letnie samochody.
Pamiętam ten czas dobrze, bo to był czas mojego dzieciństwa. Tak jak w starożytnym Rzymie niewolnicy raczej nie poświęcali czasu na dywagowanie o swoim statusie, tak Polacy lat 90. przyjmowali swój gorszy status względem mieszkańców Europy Zachodniej jako coś naturalnego. Próbujący temu zaprzeczać w odniesieniu do ówczesności, a nie odległej historii, zostałby uznany za kwestionującego prawa fizyki. Polak oczywiście wierzył, że będzie lepiej. Że może coś zmieni ta Unia Europejska, może kiedyś sprowadzi sobie z Niemiec 15-letnie Audi zamiast 20-letniego i może nawet będzie miało legalne papiery. Ale to tyle z narodowych uniesień i nadziei.
I wtedy pojawił się orzeł z Wisły. Człowiek, który odczarował dotąd nieprzesadnie dobrze kojarzące się narodowi wąsy. Kariera Adama Małysza była oczywiście w pełnym tego słowa znaczeniu astronomicznym sukcesem sportowym. Ale było tam też coś znacznie więcej – była w tym jakaś metafizyka.
Byłem tam, 25 lat temu
Zapytałem ostatnio cztery popularne modele LLM o najlepszych skoczków narciarskich w historii. Oczywiście metodologia fatalna, ale przytaczam odpowiedzi, bo pasują pod moją tezę. Stara szkoła polskiego felietonu. Otóż przytłaczająca większość z nich nie ma wątpliwości, że Małysz jest w dwójce, a zdaniem jednego modelu – w czwórce najlepszych skoczków narciarskich w historii. Ustępuje tylko Mattiemu Nykänenowi.
Nawet modele językowe zdają się widzieć to, co dziś coraz częściej umyka także i polskiej widowni. To, co wyprawiał wtedy Polak na skoczniach, trzeba było zobaczyć na własne oczy. To nie było wygrywanie konkursów, to była dominacja. Tak się złożyło, że byłem tam, 25 lat temu. Małysz nie grał według standardowych reguł tego sportu, wielokrotnie zakrzywiając rzeczywistość wbrew prawom natury i prawom fizyki. Część jego zwycięstw zgodnie z wszelką logiką nie powinna się wydarzyć, a jednak on znowu przeskakiwał skocznię. Ośmielę się stwierdzić, że nigdy potem w historii polskiego sportu nie było takich chwil, by jeden aktor tak bardzo dawkował dramaturgię. Może te pięć goli Lewego. Ale to raz.
LLM-y nie umieją docenić dramaturgii, ja tak, natomiast w swojej argumentacji wspominają o niezwykłej powtarzalności i umiejętności całkowitego zdominowania pewnej ery. Mieliśmy przecież potem Kamila Stocha. Wspaniałego, wielokrotnie złotego Kamila Stocha, ale to już nie było to.
Dał nam przykład Adam Małysz, jak zwyciężać mamy
Dominacja Małysza miała też istotny wymiar społeczny. Kiedy w 2004 roku wstępowaliśmy do zdominowanej przez Niemców Unii Europejskiej, to wstępowaliśmy z podniesioną głową, nie czując się aż tak reprezentantami gatunku untermensch.
Steffen Möller robił oczywiście fantastyczną robotę w TVP2, ale to odzieranie z argumentów sportowych i naturalna przewaga nad Martinem Schmittem czy Svenem Hannawaldem miały jakąś formę narodowej terapii. Niemcy bardzo chcieli wygrać, ale po prostu nie potrafili. Nie mieli startu do Polaka, a wszystkiemu z entuzjazmem przyklaskiwali Austriacy, burząc przy tym mity o wielkim europejskim spisku germańskich narodów, który miałby być wymierzony na przykład w polskie rolnictwo.
Ale piękne jest też to, że – dzięki wyjątkowej osobowości Adama Małysza – my z tego kompleksu germańskiego oprawcy leczyliśmy się bez nienawiści. Martin Schmitt został pokonany i uznany za swojego. Nawet tego wymachującego rękami Hannawalda w pewnym momencie wielu rodakom zrobiło się po prostu szkoda. Może Niemiec, ale nasz Niemiec, podbity, zdominowany, godny rywal, wspaniały skoczek. Trochę go już w tych kolejnych sezonach wręcz brakowało.
To są oczywiście takie małe rzeczy, ale składające się na wielką rzecz. Gdyby było inaczej, to agencje public relations nie rzucałyby milionowymi budżetami w media i influencerów. Upokorzone, złamane, pozbawione nadziei społeczeństwo zobaczyło dzięki Adamowi Małyszowi, że w XXI wieku może latać daleko. I wiecie co? Lata.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3620d51d0e77df997c67049982145c50,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3620d51d0e77df997c67049982145c50,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/645166,rozwod-moze-byc-szybki-jak-zerwanie-ale-nawrocki-znow-moze-posluchac-pis</guid><link>https://natemat.pl/645166,rozwod-moze-byc-szybki-jak-zerwanie-ale-nawrocki-znow-moze-posluchac-pis</link><pubDate>Sat, 14 Mar 2026 08:00:02 +0100</pubDate><title>Rozwód może być szybki jak zerwanie. Ale Nawrocki znów może posłuchać PiS</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8368197fcb5cbbca6f437f60d867b147,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sejm proceduje projekt tzw. rozwodu administracyjnego, który może znacząco ułatwić rozstanie się parom nieposiadającym dzieci. Na tym etapie nie można jednak wykluczyć, że ewentualne wprowadzenie tej procedury zostanie zawetowane przez Karola Nawrockiego. Chodzi o głosowanie posłów PiS i Konfederacji nad ustawą.

W 2025 roku rozwiodło się około 61 tysięcy par. To spore obciążenie systemu sądownictwa, zwłaszcza dla sądów rodzinnych. W niedalekiej przyszłości może się to jednak zmienić. Część rozstań ma przebiegać na zasadzie rozwodu pozasądowego, w którym udział będzie brać nie sędzia, a urzędnik z urzędu stanu cywilnego.
Taka wizja zawarta jest w rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy – Kodeks rodzinny i opiekuńczy oraz niektórych innych ustaw. Projekt przyjęty został liczbą 242 głosów "za", przy 187 głosach przeciw i 2 głosach wstrzymujących. Przeciwni projektowi ustawy byli posłowie PiS (170 głosów), Konfederacji (12 głosów) i Konfederacji Korony Polskiej (3 głosy). Co ciekawe, rękę za przyjęciem projektu podniosło dwóch posłów Konfederacji: Przemysław Wipler i Bronisław Foltyn. 
Czym jest rozwód pozasądowy?
Rozwód administracyjny to twór dosyć rewolucyjny jak na nasze europejskie standardy. Nawet w skali całego globu, ponieważ w prawie każdym państwie o rozwodzie decyduje sędzia. Do wyjątków należą Japonia, Chiny i Korea Południowa, gdzie procedura ta przypomina polski nowy wariant rozwodu administracyjnego.
Założeniem przyjętej ustawy jest odformalizowanie procedury rozwodu. Rozwód, który i tak byłby formalnością ze strony sądu, ma odbywać się szybko, bezstresowo i tanio. O udzieleniu rozwodu mają decydować czynniki, takie jak brak dzieci, brak orzekania o winie i brak sporów majątkowych. Wniosek o rozwód musi być wyrazem jednomyślnej woli rozwiązania małżeństwa.
Sama procedura rozwodu administracyjnego faktycznie będzie bardzo prosta. Rozchodząca się para powinna przygotować zgodne oświadczenia o woli rozwodu i uiścić opłatę skarbową. Rozwodzącym się małżonkom przysługiwać będzie okres 30 dni na jednostronne wycofanie wniosku (obydwie strony są do tego równomiernie uprawnione). W przypadku braku wycofania ex-para stawia się w urzędzie i potwierdza decyzję o rozwodzie.
Co zrobi Karol Nawrocki?
Z perspektywy psychologicznej rozwód należy do jednych z najbardziej stresujących doświadczeń w życiu na równi ze śmiercią bliskiej osoby czy poważną chorobą. Odsunięcie procedury od kontekstu sądowych batalii i stygmatyzacji z nimi związanymi zdecydowanie przełoży się na obniżenie poziomu stresu u rozwodników, a także na obniżenie kosztu mentalnego takiej procedury. Rozstanie samo w sobie często jest procesem bardzo bolesnym i obciążającym, są więc silne przesłanki za tym, by ograniczać niepotrzebne trudności z jego formalną stroną.
Pytanie teraz brzmi: co zrobi Karol Nawrocki? Silny sprzeciw prawicy w trakcie głosowania w Sejmie, który ma na celu "ochronę instytucji małżeństwa" może wpłynąć na decyzję wywodzącego się z PiS prezydenta. Już teraz nie brakuje głosów, że prezydent może zawetować kolejną ustawę, podobnie jak wiele innych inicjatyw koalicji rządzącej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8368197fcb5cbbca6f437f60d867b147,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8368197fcb5cbbca6f437f60d867b147,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Sejm uchwalił tzw. rozwody pozasądowe. Co na to Karol Nawrocki?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644857,kasy-samoobslugowe-doprowadzaja-do-szalu-i-klientow-i-kasjerow-to-jest-masakra</guid><link>https://natemat.pl/644857,kasy-samoobslugowe-doprowadzaja-do-szalu-i-klientow-i-kasjerow-to-jest-masakra</link><pubDate>Sat, 14 Mar 2026 07:01:01 +0100</pubDate><title>Kasy samoobsługowe doprowadzają do szału – i klientów, i kasjerów. &quot;To jest masakra&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d0b97f394b32ced6aed915debe3e5914,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Znasz to uczucie cierpnącej skóry po komunikacie "zaraz podejdzie asystent"? Zamiast błyskawicznej transakcji masz przymusowy postój, bo waga "się nie zgadza". – Klient utyka przy błędach maszyn i musi czekać na pomoc i tak już przepracowanej kasjerki – mówi gorzko Wojciech Jędrusiak, przewodniczący międzyzakładowej organizacji OPZZ Konfederacja Pracy. Bo miało być pięknie, ale jednak nie jest.

Ewelina kończy pracę w samo południe. Dzwonię do niej trochę później, żeby mogła złapać oddech.
Mówi szybko, energicznie. Kasjerką jest od 12 lat. Chcę z nią rozmawiać o kasach samoobsługowych w marketach. 
Już na wstępie odbiera mi złudzenia: kasy samoobsługowe wcale nie są bezobsługowe. Niby to wiem – przecież sama chodzę po marketach i mrużę oczy, nerwowo szukając na ekranie właściwego rodzaju bułki. Czasem rozpaczliwie przywołuję pracownika, żeby pomógł mi zapanować nad maszyną. Podejrzewam, że takich klientów jak ja kasjerzy nie lubią.
– Kasy samoobsługowe to ułatwienie czy dodatkowe obciążenie dla pracownika? – pytam wprost.
– Jest tak, że czasem od godziny osiemnastej jest tylko jedna kasjerka i musi latać na kasy samoobsługowe, jak i również na kasy zwykłe. Jest nas mało, więc zdarzają się takie sytuacje. Te kasy tak naprawdę nie są samoobsługowe, ponieważ musi ktoś tam być, pilnować. Alkohol trzeba zatwierdzić, energy drinki trzeba zatwierdzić – odpowiada.
Pracowników się wyciska
Obowiązki obowiązkami, ale – jak mówi Ewelina – sami klienci również potrafią utrudnić pracę.
– Klienci robią różne rzeczy, na przykład czegoś specjalnie nie skanują. Potrafią zważyć jedną paprykę, a włożą trzy i nakleją tę naklejkę, żeby zmniejszyć kwotę – i już waga krzyczy. Albo wbijają specjalnie kajzerkę, bo najtańsza, a inną bułkę mają w woreczku. My jesteśmy tylko ludźmi, nie mamy koło głowy oczu, a menadżer wyciąga konsekwencje, że klient wyszedł bez płacenia – mówi.
I dodaje, że w wielu sklepach obsługa kas samoobsługowych bywa problematyczna także dla klientów.
– Jest tak na co dzień: nie ma nikogo na samoobsłudze i musisz czekać, aż pani zejdzie z kasy normalnej, żeby ci zatwierdzić produkt. To jest masakra – opowiada.
Wiktoria, jedna z klientek, nie ukrywa, że kas samoobsługowych nie lubi.
– Nie wiem, komu bardziej współczuję: sobie czy tym kobietom, które dwoją się i troją, żeby obsłużyć tradycyjną kolejkę. Szczerze mówiąc, tych automatów nie cierpię. Tu się coś zatnie, tam kod nie chce się nabić – mówi.
W podobnym tonie wypowiada się Wojciech Jędrusiak, przewodniczący międzyzakładowej organizacji OPZZ Konfederacja Pracy.
– Firmy, zamiast inwestować w pracowników, często koncentrują się na maksymalizacji zysków. W praktyce oznacza to ograniczanie kosztów pracy i zatrudnianie jak najmniejszej liczby osób. W efekcie cierpią nie tylko pracownicy, ale również klienci. Bo
klient utyka przy błędach maszyn i musi czekać na pomoc i tak już przepracowanej kasjerki – mówi gorzko.
Jędrusiak zwraca uwagę także na sytuację pracowników handlu.
– Pracowników się wyciska. Często wyrabiają nadgodziny. Później się o tym zapomina i ludzie pracują za darmo. W niektórych sieciach nie ma nawet Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Jesteśmy w procesie mediacji z jedną z nich, bo tam sytuacja to totalna porażka – mówi.
Jakub Mazur z Biura Prasowego Kaufland Polska w mailu do naszej redakcji tłumaczy, że kasy samoobsługowe nie są i nigdy nie były rozwiązaniem "bezobsługowym".
"Wymagają obecności personelu m.in. do weryfikacji sprzedaży produktów z ograniczeniami wiekowymi czy wsparcia klientów w trakcie zakupów. Wdrożenie tego rozwiązania nie miało na celu redukcji etatów, lecz umożliwienie personelowi wykonywania innych koniecznych czynności na sali sprzedaży, przy jednoczesnym skróceniu kolejek do kas tradycyjnych, zwłaszcza w przypadku mniejszych zakupów"
Bez grosika się nie da
Ewelina bez litości punktuje techniczne niedociągnięcia systemów, szczególnie w jednej z dużych sieci.
– Kasy na gotówkę to dramat. One się non stop psują, źle wydają albo nie chcą banknotów połykać. Jak maszynie braknie jakiegoś grosza do wydania, to nie wyda paragonu, a bez niego nie wyjdziesz przez bramkę – opowiada.
Problemy pojawiają się również przy systemie K-Scan, który pozwala skanować produkty podczas zakupów bez konieczności wykładania towaru przy kasie.
– System sam weryfikuje, ale ja i tak muszę podejść i sprawdzić wyrywkowo artykuły. Ale jaka to jest logika? Klient ma cały wózek zakupów na tysiąc złotych, ja sprawdzam kilka najdroższych rzeczy, a na samym spodzie może mieć coś, czego nie nabił. Przecież nie będę mu wszystkiego z wózka wyrzucać – irytuje się.
Jak wyjaśnia Biuro Prasowe Kaufland Polska, taki mechanizm jest standardową praktyką w systemach Scan & Go na całym świecie i opiera się na algorytmach analizy ryzyka. 
"Gdyby każda transakcja wymagała pełnej kontroli wszystkich produktów w koszyku, system Scan & Go przestałby spełniać swoją podstawową funkcję, jaką jest skrócenie czasu zakupów" – czytam w mailu. 
Marta, jedna z klientek, mówi, że dostaje ataku złości, kiedy bardzo się spieszy, a kasa samoobsługowa nie chce współpracować.
– Najgorsze jest to "zaraz podejdzie asystent". Maszyna się zacina, kolejka rośnie, a człowiek stoi i patrzy w ekran. Miałam zrobić szybkie zakupy, a kończy się na czekaniu jak w urzędzie – mówi. – Kiedyś mi się nawet to przyśniło. Nie mam cierpliwości do tych kas. 
Nie chcą pracować w markecie
Według Jędrusiaka ogromnym problemem jest malejąca liczba pracowników w sklepach. I to właśnie braki kadrowe sprawiają, że klient kieruje swoje kroki do kasy samoobsługowej. Podaje przykład jednej z większych sieci. 
– Standardem jest tam, że na zmianie pracuje dwóch pracowników. Istnieje nawet procedura, która zakłada, że w wyjątkowej sytuacji sklep może być obsługiwany tylko przez jedną osobę. Dla nas to było naprawdę wstrząsające – opowiada. 
Związkowiec twierdzi, że w wielu sieciach zatrudnienie znacząco spadło.
– W jednej znanej sieci kiedyś na market przypadało 90–100 osób, dziś około 45. W innej słyszymy sygnały, że zamiast 15 pracowników jest siedmiu, którzy pracują od poniedziałku do soboty – dodaje.
Jego zdaniem teza, że kasy samoobsługowe odciążają pracowników, często jest fikcją.
– W niektórych sytuacjach pracownicy muszą nadzorować kasy samoobsługowe, będąc jednocześnie na swojej kasie. To ogromne utrudnienie. To dość powszechne: otwarta jest jedna kasa, a pracownica musi stale reagować na to, co dzieje się przy automatach – mówi.

Jakby te kasy zniknęły, to byłoby super
Mimo technologicznego chaosu, Ewelina stara się zachować cierpliwość, zwłaszcza wobec starszych klientów.
– Zapraszam ich, pokazuję, żeby się nie bali nowości. Wielu dziękuje, bo chcą być nowocześni – uśmiecha się. 
Jednak po ośmiu godzinach pracy przy kasach jej entuzjazm opada.
– Od stania na kasach po osiem godzin po prostu krzyż boli – przyznaje.
Po dwunastu latach pracy w handlu jej podsumowanie ery kas samoobsługowych jest krótkie i gorzkie.
– Jakby te kasy zniknęły, byłoby super – mówi wprost. 
Wróci tradycyjny handel?
– Jak z perspektywy branży handlowej wygląda dziś korzystanie z kas samoobsługowych w Polsce – czy klienci rzeczywiście chętnie z nich korzystają? – pytam Macieja Ptaszyńskiego, prezesa zarządu Polskiej Izby Handlu.
"Wśród konsumentów kasy samoobsługowe stały się integralnym elementem polskiego handlu. Badania wskazują, że 63–71 proc. konsumentów regularnie z nich korzysta, a wśród głównych motywacji dominują wygoda i oszczędność czasu" – czytam w odpowiedzi.
Ekspert zwraca też uwagę na rosnącą skalę tego zjawiska. W 2023 roku udział transakcji przy kasach samoobsługowych w formatach dyskontowych przekroczył 40 proc. wszystkich zakupów, a co piąta polska firma handlowa planuje dalsze rozszerzenie tej infrastruktury.
Jak jednak podkreśla Ptaszyński, na niektórych rynkach zachodnich entuzjazm wobec tej technologii zaczyna słabnąć. Część operatorów wycofała kasy samoobsługowe lub powróciła do tradycyjnych stanowisk.
Sfrustrowany jak klient
– Jakie są najczęstsze powody frustracji klientów przy kasach samoobsługowych? – pytam dalej?
Prezes Polskiej Izby Handlu zwraca uwagę, że klienci najczęściej mają problemy ze skanowaniem produktów bez kodów kreskowych, takich jak warzywa, owoce czy pieczywo. Jego zdaniem ograniczanie liczby tradycyjnych kas sprawia, że wielu klientów jest w praktyce zmuszonych do korzystania z samoobsługi, a płacący gotówką muszą liczyć się z dłuższym oczekiwaniem.
Dodaje też, że problemem mogą być straty finansowe – według danych ECR w sklepach, w których ponad połowa transakcji odbywa się bez udziału kasjera, poziom strat jest o ponad 30 proc. wyższy.
A jednak nikt tych kas nie likwiduje. Ptaszyński zwraca uwagę, że rozwój kas samoobsługowych wynika z kilku czynników.
"Dla operatorów głównym impulsem są rosnące koszty zatrudnienia i strukturalny niedobór personelu. Dla klientów kasy odpowiadają na potrzeby osób ceniących szybkość i ograniczony kontakt interpersonalny".
Jak dodaje, poczucie kontroli nad zakupami może być jednak pozorne. Bo kiedy obsługujemy się sami, to wydajemy więcej. 
Markety w odwrocie?
Zdaniem Ptaszyńskiego kasy samoobsługowe będą nadal zyskiwać na znaczeniu, choć nie zastąpią całkowicie tradycyjnych kas.
"W dużych formatach osiągnięto już poziom bliski nasyceniu, natomiast mniejsze formaty wciąż mają potencjał wzrostu. Branżowy konsensus jest jednoznaczny: kasy samoobsługowe powinny uzupełniać tradycyjną obsługę, a nie ją zastępować – celem technologii jest ułatwianie zakupów, nie przenoszenie pracy na klientów".
Wojciech Jędrusiak zauważa, że coraz częściej klienci wolą zapłacić więcej i zrobić zakupy w jakimś małym droższym sklepiku, niż walczyć z kasami samoobsługowymi w marketach. 
Choć, jak mówi dalej, są też sklepy, które świecą przykładem. 
– Są sieci, które naprawdę poważnie traktują klienta. Na przykład mimo niewielkiego ruchu są otwarte trzy kasy. Dzięki temu można od razu podejść z zakupami i zostać obsłużonym, bez czekania i bez problemów – chwali obsługę. 
– W innych sieciach pracownicy są natomiast tak obciążeni obowiązkami, że cały czas muszą gdzieś biec: rozkładać towar na półki, wwozić palety czy pomagać na sklepie. Do tego dochodzą jeszcze zmiany cen i przygotowywanie nowych etykiet przy kolejnych promocjach. Tych zadań jest naprawdę bardzo dużo – podsumowuje. 
Biuro Prasowe Kaufland Polska: "Dla wielu osób jest to wygodne rozwiązanie, a klienci często zgłaszają prośby o zwiększenie liczby takich kas w naszych sklepach".

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d0b97f394b32ced6aed915debe3e5914,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d0b97f394b32ced6aed915debe3e5914,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kasy samoobsługowe doprowadzają do szału i klientów, i pracowników supermarketów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644878,zetki-chca-poslusznych-zon-nie-radze-sobie-z-praca-i-emocjami-to-sprobuje-rzadzic-kobieta</guid><link>https://natemat.pl/644878,zetki-chca-poslusznych-zon-nie-radze-sobie-z-praca-i-emocjami-to-sprobuje-rzadzic-kobieta</link><pubDate>Wed, 11 Mar 2026 20:03:05 +0100</pubDate><title>Zetki chcą posłusznych żon. &quot;Nie radzę sobie z pracą i emocjami, to spróbuję rządzić kobietą&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7ed13adf1d327f4d80eaf7b9b34bda3f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mają być nowocześni, postępowi i wolni od schematów. Tymczasem najnowsze badania uderzają jak obuchem: co trzeci młody mężczyzna z pokolenia Z marzy o "posłusznej żonie". Dlaczego Zetki są dwa razy bardziej konserwatywne niż ich dziadkowie? Przemek Staroń, psycholog, kulturoznawca i Nauczyciel Roku w rozmowie z naTemat nie zostawia złudzeń: – Proste, hierarchiczne modele relacji dają złudne poczucie porządku, ale pozwalają odczuwać przewidywalność w tym bardzo chaotycznym świecie. Zaczyna się to już od neurobiologii – nasz mózg potrzebuje tego, co znane.

To miał być koniec epoki panów i władców. Tymczasem dane IPSOS i King’s College London pokazują coś odwrotnego: 31proc. młodych mężczyzn chce powrotu do tradycyjnego patriarchatu. 
Moglibyśmy się obruszać i oburzać, ale nic z tego. Zamiast oskarżać młodych chłopaków o patriarchiczne zapędy, zaprosiliśmy do studia Przemka Staronia, psychologa, kulturoznawcę i Nauczyciela Roku. W wywiadzie z Pawłem Orlikowskim dla naTemat tłumaczy, dlaczego tak się dzieje. 

                    
                – Kiedy jest bardzo dużo niepewności i lęku, a to jest opis naszego świata, to nie racjonalność prowadzi nas za rękę, ale emocje – przekonuje Przemek Staroń. 
Według niego patriarchat to dla wielu młodych mężczyzn "emocjonalny schron". 
– Bo proste hierarchiczne modele relacji dają złudne poczucie porządku, ale mimo to pozwalają odczuwać przewidywalność w tym bardzo chaotycznym świecie – zaznacza.
Jak mówi gość Pawła Orlikowskiego, zaczyna się to już od neurobiologii. – Nasz mózg potrzebuje tego, co znane – tłumaczy.
Zetki chcą patriarchatu? Staroń: To próba odzyskania kontroli 
W wywiadzie pada kluczowa diagnoza: chęć dominacji nad "posłuszną żoną" to często próba odzyskania jakiejkolwiek kontroli. Jeśli nie radzę sobie z rynkiem pracy, kryzysem klimatycznym i własnymi emocjami, to łatwiej jest mi spróbować "rządzić" w sferze prywatnej.
– To prosta odpowiedź na komplikacje własnego świata. Młodzi mężczyźni z lękiem podchodzą do rzeczywistości, więc chwytają się fałszywych wzorców samców alfa, które podsuwają im algorytmy. Tworzą sobie fałszywy obraz świata, bo ten prawdziwy ich przerasta – zauważa. 
W wywiadzie pada też porównanie do... medycyny. – Możemy być niezadowoleni z wizyty u urologa, badanie per rectum do najprzyjemniejszych nie należy, ale nie podważamy sensu istnienia urologii. Z psychologią jest inaczej – zauważa Staroń, opisując, jak wciąż musimy udowadniać, że dbanie o emocje to nie "fanaberia", ale kwestia przeżycia.
Co nas uratuje?
Rozmowa schodzi na głębokie wody: od epidemii samotności, przez algorytmy social mediów, aż po... Froda i Sama z "Władcy Pierścieni". 
Staroń przekonuje, że patriarchat krzywdzi wszystkich, a jedyną realną odpowiedzią na kryzys męskości jest autentyczna bliskość.
– Nie trzeba być kochanym, żeby kochać. Idź do osoby, którą kochasz i ją przytul. To prostsze i ważniejsze niż to, kto wygra wybory – mówi w szczerym wywiadzie.
Ten wywiad to obowiązkowa lektura dla każdego, kto chce przestać walczyć z nowymi trendami, a zacząć rozumieć, co się z nami dzieje.
Całą rozmowę z Przemkiem Staroniem zobacz na naszym kanale YouTube.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7ed13adf1d327f4d80eaf7b9b34bda3f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7ed13adf1d327f4d80eaf7b9b34bda3f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Co lub kto miesza w głowach? Młodzi chcą &quot;posłusznych żon&quot;. Przemek Staroń tłumaczy to zjawisko.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644704,zetki-chca-patriarchatu-bardziej-niz-ich-dziadkowie-to-reakcja-na-dominujace-trendy</guid><link>https://natemat.pl/644704,zetki-chca-patriarchatu-bardziej-niz-ich-dziadkowie-to-reakcja-na-dominujace-trendy</link><pubDate>Wed, 11 Mar 2026 07:00:02 +0100</pubDate><title>Zetki chcą patriarchatu bardziej niż ich dziadkowie. &quot;To reakcja na dominujące trendy&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/5dae908980c73c53b5ff9ef837248d93,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Być może młodzi mężczyźni chcieliby więcej znaczyć, wrócić do pewnych tradycyjnych ról społecznych, a przede wszystkim zerwać z podejściem, które określa się jako kryzys męskości czy kryzys wzorca mężczyzny. Mężczyzny, który staje się coraz bardziej niedecyzyjny, szukający silnej kobiety itd. – ocenia prof. Tomasz Grzegorz Grosse, socjolog, politolog, historyk w rozmowie z naTemat.pl.

Aleksandra Tchórzewska: Panie profesorze, zacznijmy od liczb, które budzą ogromne emocje. Z międzynarodowych badań Ipsos & King’s College London wynika, że 31 proc. mężczyzn z pokolenia Z chce posłusznych żon – to wynik dwukrotnie wyższy niż w pokoleniu ich dziadków. Sama miałam dziś bić na alarm w tej sprawie, ale podczas dyskusji w redakcji zaczęliśmy się zastanawiać, czy może jest coś, czego nie widzimy. Np. są mężczyźni, którzy pracują na roli od świtu do nocy i chcieliby, żeby w domu ktoś czekał na nich z kolacją – i wcale nie znaczy to, że nie szanują kobiet. Bo łatwo nam oceniać z pozycji wielkomiejskiej bańki. Jak się pan zapatruje na taki powrót do tradycyjnych ról?
Prof. Tomasz Grzegorz Grosse, socjolog, politolog, historyk: Trzeba mieć świadomość tego, że ten podział ról może być wynikiem chociażby pewnego trybu pracy, który przyjmuje dana rodzina i jej małżonkowie. Jeżeli na przykład mężczyźni mają pracę, która rzeczywiście niezwykle ich absorbuje i przez to nie są w stanie zajmować się ani domem, ani dziećmi, to być może w pewnym stopniu usprawiedliwia takie postawy. 
Więc to przede wszystkim wynika, moim zdaniem, z pewnej umowy, która jest zawarta w ramach danej rodziny. I bardzo często nawet rodziny mające stosunkowo liberalne poglądy dokonują tego typu podziałów. Są one racjonalne.
Natomiast drugą kwestią jest bardziej konserwatywny punkt widzenia, czyli światopogląd, który może być związany na przykład z religijnością tych mężczyzn. W przypadku osób bardzo religijnych – czy to muzułmanów, hindusów czy to katolików – tego typu poglądy mogą być częstsze, bo są podyktowane konkretnym światopoglądem konserwatywnym. Musimy pamiętać, że Europa, zwłaszcza Zachodnia, zmienia profil etniczny, kulturowy i religijny, na bardziej tradycjonalistyczny, a więc mniej lewicowo-liberalny. 
Trzecia jest związana z tym, że mamy przecież w polityce wielu państw odwrót od poglądów lewicowych. W Europie od przynajmniej kilku lat zdobywają popularność partie prawicowe. I to też może być powiązane z takim światopoglądem, jeśli chodzi o tradycyjną rolę męską albo kobiecą.
Czyli mamy już po prostu dosyć tego, co proponuje lewicowy świat, i marzy nam się powrót do przeszłości?
Jest dość mocny trend, widoczny w całej Europie (ale również w USA) na przestrzeni ostatnich lat, który moglibyśmy nazwać kryzysem ideologii liberalnej i lewicowej. To jest pewna reakcja na poglądy, które kiedyś były bardzo popularne, ale też miały zazwyczaj wsparcie i większości mediów, i większości elit.
Obecnie, na fali różnego rodzaju kryzysów, a także pewnej nieporadności instytucji unijnych, widać wyraźnie, że to wahadło wyborcze, pewien sentyment, kieruje się w drugą stronę. 
To nie znaczy rzecz jasna, że te poglądy lewicowe czy liberalne przestają w ogóle istnieć, ale w stosunku do tego, co obserwowaliśmy jeszcze 10 lat temu, nastąpiła zmiana. I ona może mieć konsekwencje, jeśli chodzi o podejście do życia rodzinnego i postrzeganie pewnych ról społecznych przez kobiety lub mężczyzn.
Oskarża się tych młodych mężczyzn, że oni chcą władzy nad kobietami, a może po prostu pragną ciepła i tego przysłowiowego obiadu na stole? Może patriarchat to dla nich sposób na szczęśliwe życie?
Może to wynikać z tego, co obserwujemy w sferze życia prywatnego. Nie jest to aż tak widoczne w przestrzeni publicznej czy zawodowej, ale w życiu prywatnym kobiety – jak się wydaje – mają silną pozycję. Pod wieloma względami można by wręcz powiedzieć, że panuje tutaj raczej matriarchat niż patriarchat.
Być może więc chodzi o to, że ci mężczyźni tęsknią za wzmocnieniem swojej roli właśnie w tej sferze. Na co dzień obserwują, że w ich rodzinach w dużym stopniu decyduje kobieta, czyli matka. Może to być także związane – o czym często mówią media liberalne – z kryzysem męskości, czyli, jak pokazują socjologowie, pewnym niewieścieniem mężczyzn.
Być może młodzi mężczyźni chcieliby tę sytuację zmienić – więcej znaczyć, wrócić do pewnych tradycyjnych ról społecznych, a przede wszystkim zerwać z podejściem, które określa się jako kryzys męskości czy kryzys wzorca mężczyzny. Mężczyzny, który staje się coraz bardziej niedecyzyjny, szukający silnej kobiety itd.
Ja z kolei słyszałam o mężczyznach, którzy nie czują się potrzebni, bo kobieta jest w stanie wszystko sama sobie załatwić.
No więc właśnie – to element tego kryzysu. I przecież nie my go tutaj w tej chwili wymyśliliśmy. Jak pokazują badania socjologiczne, kobiety stały się silniejsze, wyemancypowane i dobrze sobie ze wszystkim radzą. I ten wzorzec mężczyzny w warunkach emancypacji kobiet staje się coraz słabszy – w sensie mniej dominujący, bardziej uległy i tak dalej. 
Być może dla niektórych młodych mężczyzn jest to również coś, z czym nie do końca chcą się zgodzić.
Kobiety nadal chcą być niezależne i silne, a mężczyźni chcą czegoś zupełnie innego. Boję się, czy to nie doprowadzi do jakiejś epidemii samotności, jeśli młodzi ludzie będą chcieć czegoś zupełnie innego. Czy przestaną łączyć się w pary?
Obserwujemy wiele różnych tendencji: kryzys małżeństwa, skłonność do późnego zawierania związków małżeńskich czy życie – jak to się mówi – na "kocią łapę". Nie są to zresztą zjawiska nowe, przynajmniej w Europie. Być może więc wszystko pójdzie w tym  kierunku, o którym pani wspomniała.
Są to przemiany cywilizacyjne, które – moglibyśmy powiedzieć – należą do szeroko rozumianej liberalizacji życia społecznego, której elementem jest także emancypacja kobiet. Była ona w ostatnich dziesięcioleciach w Europie dominująca, nadal pozostaje bardzo silna i można nawet powiedzieć, że w dalszym ciągu jest nadrzędna. Bardziej konserwatywne podejście części młodych mężczyzn może być natomiast reakcją na te – powiem szczerze – dominujące od dziesięcioleci trendy.
Dlaczego w ogóle współczesny świat tak surowo ocenia mężczyzn?
A rzeczywiście ocenia surowo?
Bardzo.
Jeżeli ma pani rację, to próba powrotu do bardziej konserwatywnego postrzegania ról może być właśnie reakcją na taką krytykę mężczyzn.
Mam jednak wrażenie, że ta krytyka pojawia się głównie w pewnych środowiskach i w niektórych mediach. Nie dostrzegam takiej zmasowanej krytyki mężczyzn na przykład w mediach o bardziej prawicowym profilu. 
Myślę zresztą, że nie jest to dla prawicowych środowisk szczególnie poważny temat do dyskusji. Przynajmniej w tym obszarze życia społecznego niewiele osób przejmuje się nim aż tak bardzo.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/5dae908980c73c53b5ff9ef837248d93,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/5dae908980c73c53b5ff9ef837248d93,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Coraz więcej mężczyzn z pokolenia Z chciałoby posłusznej żony - wynika z najnowszych badań.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/644551,branzowi-liderzy-w-jednym-miejscu-poznaj-kadre-wskz</guid><link>https://natemat.pl/644551,branzowi-liderzy-w-jednym-miejscu-poznaj-kadre-wskz</link><pubDate>Mon, 09 Mar 2026 13:28:31 +0100</pubDate><title>Branżowi liderzy w jednym miejscu. Poznaj kadrę WSKZ</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6a5c1bfeff77e900038f1ff344927903,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nauka na poziomie akademickim już dawno wyszła poza mury tradycyjnych sal wykładowych. Dziś to przede wszystkim dynamiczna wymiana myśli, czerpanie z międzynarodowych badań i zbieranie doświadczeń, które przygotowują do pracy w globalnym środowisku. Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego buduje swoje zaplecze dydaktyczne w oparciu o otwartość i współpracę z najlepszymi branżowymi ekspertami. Jak to wygląda w praktyce?

Więcej niż jedno podejście – siła wielu punktów widzenia
W WSKZ spotykają się dwa wymiary kształcenia: solidne podstawy akademickie oraz praktyczne doświadczenie. Dla studentów i słuchaczy to połączenie jest kluczowym argumentem przemawiającym za wyborem tej uczelni.
„Na zajęciach stają przed nami znani profesorowie oraz praktycy, którzy omawiają realne case study, nie tylko teorię” – zauważa Magdalena, studentka psychologii w WSKZ.
Takie podejście pozwala zdobyć kompetencje, których nie da się zyskać, ucząc się tylko teorii. Uczy ono krytycznej analizy, odpowiedzialności oraz rozumienia procesów, które rządzą dzisiejszą gospodarką i społeczeństwem.
Nauka, która nie trzyma się sztywnych ram
Zajęcia prowadzone przez stałą kadrę WSKZ uzupełniane są o wykłady mistrzowskie, seminaria specjalistyczne, warsztaty oraz konferencje. Dodatkowo studenci mogą korzystać z nagrań wystąpień międzynarodowych ekspertów, co daje im dostęp do wiedzy i doświadczeń ze światowych ośrodków nauki i biznesu.
Dzięki temu studenci mają okazję poznać różne tradycje akademickie i modele pracy bez zamykania się w jednym schemacie. W rzeczywistości, w której informacje szybko się dezaktualizują, takie elastyczne i nowoczesne podejście do nauczania staje się niezbędnym standardem.
Wiedza prosto od czynnych praktyków
W WSKZ dużą wagę przywiązuje się do współpracy z ekspertami o globalnym doświadczeniu naukowym i zawodowym. Wśród osób, które dzielą się swoją wiedzą ze studentami za pomocą wykładów gościnnych czy materiałów tworzonych przy ich współpracy, znaleźli się m.in.:
Chris Barton – pomysłodawca i pierwszy szef aplikacji Shazam, twórca startupów oraz pionier rozwiązań mobilnych w Dropboxie i Google;
dr Anu Bradford – profesor prawa na Columbia Law School i szefowa Europejskiego Centrum Studiów Prawnych, autorka książki „Efekt brukselski”, wydanej przez Oxford University Press;
Jeff Hoffmann – globalny przedsiębiorca i ekspert w dziedzinie sztucznej inteligencji, doradca ONZ oraz Białego Domu, autor bestsellerowych publikacji biznesowych.

Możliwość poznania najnowszych trendów i doświadczeń wprost od zagranicznych ekspertów jest ważnym elementem kształcenia w WSKZ.
Eksperci, którzy zamieniają teorię w działanie
Nad jakością kształcenia w WSKZ czuwa ponad tysiąc specjalistów. To grupa ludzi, którzy potrafią łączyć pracę badawczą z aktywnością zawodową. Wielu z nich na co dzień zarządza dużymi projektami, pracuje w administracji publicznej lub prowadzi własne firmy.
Studenci doceniają ten aspekt najbardziej. Wiedzą, że ich umiejętności są szlifowane pod okiem ludzi, którzy doskonale znają realia rynku.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6a5c1bfeff77e900038f1ff344927903,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6a5c1bfeff77e900038f1ff344927903,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
