<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Społeczeństwo]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Społeczeństwo w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/5,spoleczenstwo</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,5,spoleczenstwo" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650455,alimenty-na-psa-lub-kota-predzej-czy-pozniej-panstwo-bedzie-musialo-sie-tym-tematem-zajac</guid><link>https://natemat.pl/650455,alimenty-na-psa-lub-kota-predzej-czy-pozniej-panstwo-bedzie-musialo-sie-tym-tematem-zajac</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 12:47:12 +0200</pubDate><title>Alimenty na psa lub kota? &quot;Prędzej czy później państwo będzie musiało się tym tematem zająć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem" – opowiada rozgoryczona Maja, która po rozstaniu musiała sama dźwigać koszty leczenia zwierzaka. Czy można otrzymać alimenty na psa lub kota?

Razem jeździli do schroniska, wyprowadzali psy na spacery. W końcu w jednym z nich zakochali się bez pamięci. Proces adopcji trochę trwał, ale było warto – Keks, początkowo nieco wystraszony kundelek o ciemnych oczach, szybko stał się pełnoprawnym członkiem rodziny.
"Keks, nasz Keks" – mawiał Piotrek, dziś już były mąż Eweliny. 
Głaskał go, bawił się z nim i chętnie pozował do wspólnych zdjęć. Z dumą opowiadał znajomym o każdej nowej sztuczce, której go nauczył.
"Nie będzie finansował jakiegoś kundla"
Wszystko zmieniło się, gdy pies poważnie zachorował. Nagle okazało się, że Keks jest już "tylko" Eweliny. Kiedy kobieta złożyła pozew rozwodowy, Piotr zachowywał się tak, jakby rozstawał się nie tylko z żoną, ale i z psem.
– Wyprowadziłam się na stancję razem z Keksem, który ma przewlekłą niewydolność nerek – opowiada Ewelina. – Diagnozę usłyszeliśmy jeszcze razem. Na początku nie do końca rozumiałam, co ona oznacza. Myślałam, że dostanie jakieś tabletki i jakoś to będzie. Ale to był dopiero początek.
Szybko okazało się, że leczenie jest znacznie bardziej skomplikowane. Keks musiał przejść na specjalistyczną dietę – kluczowe było ograniczenie fosforu i białka. Zwykła karma z dyskontu nie wchodziła w grę. Do tego doszły suplementy, środki wspomagające pracę nerek oraz leki na nadciśnienie.
Na początku Piotr kiwał ze zrozumieniem głową. Ale to Ewelina regularnie jeździła z psem do weterynarza na badania krwi i moczu, kroplówki oraz kontrole nefrologiczne.
Kiedy zamieszkała oddzielnie, Keks przestał Piotra w ogóle już interesować. 
W lepszych miesiącach, gdy nie działo się nic nagłego, utrzymanie psa kosztowało ją około 2 tysięcy złotych. Tymczasem czynsz za wynajmowane mieszkanie wynosił kolejne 2,5 tysiąca. Jej budżet gwałtownie się skurczył – zaczęło brakować nawet na podstawowe potrzeby.
W końcu postanowiła schować dumę do kieszeni i poprosiła byłego męża o partycypację w kosztach. Reakcja Piotra była jednak natychmiastowa i jednoznaczna.
– Oburzył się. Jak to, ja "rozbiłam małżeństwo", wyprowadziłam się, a teraz jeszcze oczekuję, że "będzie finansował jakiegoś kundla"? – relacjonuje Ewelina.
– Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, który sam wyszedł z pomysłem adopcji psa – denerwuje się. –  Nie dość, że czuję bezsilność, bo Keks jest ciężko chory, to jeszcze  potworną niesprawiedliwość. 
Czasy, w których pies pilnował podwórka, a kot chodził własnymi ścieżkami, dawno minęły. Dziś zwierzęta są dla nas jak bliscy – śpią z nami w łóżku, jeżdżą na wakacje i mają swoje miejsce w rodzinnym albumie. Mówimy do nich z czułością, a ich obecność jest czymś równie oczywistym, jak obecność partnera czy dziecka. 
Dopóki zwierzę jest zdrowe, wszystko wydaje się pod kontrolą. Schody zaczynają się wtedy, gdy pojawia się choroba przewlekła, wypadek albo konieczność specjalistycznej diety. Wtedy rachunki od weterynarza potrafią zachwiać domowym budżetem. 
W takich momentach opieka nad "członkiem rodziny" przestaje być tylko przyjemnym obowiązkiem: staje się dużym kosztem i często niestety zalążkiem kłótni. 
Prawdziwy problem zaczyna się jednak przy rozstaniu. Kiedy związek się kończy, wspólny dotąd pies czy kot nagle przestaje być "nasz", a zaczyna być… czyjś. 
"Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej"
Majka uśmiecha się na wspomnienie, gdy wzięła go na ręce pierwszy raz. Był taki maleńki, taki kruchy. Wybłagała partnera, żeby z nimi został. Znajoma przyszła z trzema kociętami w koszyku, a Maja nie miała serca odmówić. Wzięła chociaż jednego. 
– To nie był nasz wspólny wybór – przyznaje Maja. – Ale Michał pokochał Zygmunta niemal od razu. 
Po malusim kocie nic nie zostało, nabierał apetytu i rósł w oczach. Dorósł. Kładł się Michałowi na kolanach i mruczał, kiedy ten go głaskał. 
Po siedmiu latach Zygmunt przestał przypominać siebie. Stracił apetyt, stał się apatyczny, coraz więcej spał. 
– Weterynarz uspokajał, że to pewnie nic poważnego, jakaś infekcja – wspomina Maja. – Podleczył go i nawet na chwilę było lepiej.
Drugi raz było już inaczej.
– Zygmunt schudł, ale jednocześnie jego brzuch zrobił się nienaturalnie duży. Wiedziałam, że coś jest bardzo nie tak.
Diagnoza padła szybko: FIP z zapaleniem otrzewnej. Jeszcze kilka lat temu oznaczało to wyrok. Dziś są terapie, które dają szansę na dłuższe życie, ale wymagają ogromnych nakładów finansowych.
W tym samym czasie rozpadł się związek Mai.
– Wyprowadziłam się z Zygmuntem. Nie było nawet dyskusji, że ma zostać z Michałem, bo on ma taką pracę, że częściej go nie ma w domu, niż jest – uzasadnia. – Problem zaczął się później.
Codzienne leczenie, zastrzyki, badania, specjalistyczna opieka. Koszty rosły z tygodnia na tydzień.
– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem". Wypomniał mi też, że w ogóle go wzięliśmy. I że skoro go namówiłam, to ja mam za niego płacić.
Kiedy się zaczęli o to kłócić, napisał jej SMS-a: "Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej".
Wspomina, że było jej już tak ciężko, że była blisko tego, żeby założyć zrzutkę. Ale bardzo się wstydziła. Chciała też udowodnić byłemu partnerowi, że świetnie sobie radzi.
Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zrezygnować z leczenia.
– Walczyłam do końca. Ale nie udało się – mówi smutno. 
Historia Pameli jest inna: nie rozstała się z partnerem i nie musiała dźwigać kosztów utrzymania chorego na nowotwór psa sama. Ale, jak przyznaje, to właśnie choroba czworonoga stała się momentem przełomowym dla ich relacji.
– To właśnie kiedy Miko zachorował, nasze małżeństwo zaczęło przeżywać kryzys – przyznaje. 
Początkowo oboje skupili się na jednym: walce o zdrowie psa. Wizyty u weterynarzy, badania, konsultacje, kolejne terapie. Robili wszystko, co w ich mocy, żeby ich czworonożny przyjaciel przeżył. Szybko jednak okazało się, że emocje to jedno, a finanse drugie.
Zaczęły się przepychanki o partycypację w kosztach, o "sprawiedliwy podział", o to, kto i ile dokłada w tym miesiącu. 
– Nagle okazało się, że trzeba zacząć bardzo dokładnie liczyć pieniądze i z wielu rzeczy zrezygnować – wspomina. – Z takich drobnych przyjemności, z wyjść, z rzeczy, na które moglibyśmy sobie przed chorobą psa pozwolić.
Domowy budżet zaczął się kurczyć, a razem z nim pojawiało się coraz więcej frustracji. Stres związany z leczeniem psa coraz bardziej przenosił się na ich relację.
– Byliśmy już bardzo blisko decyzji, żeby się rozstać – wspomina ten trudny czas. – I wtedy przemknęło mi przez głowę: co będzie z psem? Przecież sama nie udźwignęłabym kosztów leczenia. 
Czy można dostać alimenty na psa lub kota? Prawniczka wyjaśnia
Czy po rozstaniu partnerów można domagać się współfinansowania utrzymania wspólnego zwierzęcia – zwłaszcza gdy jego leczenie kosztuje kilka tysięcy złotych miesięcznie? Takie sytuacje zdarzają się coraz częściej, ale polskie prawo wciąż nie nadąża za społecznymi zmianami.
– Polskie przepisy jasno określają, komu przysługują alimenty, i niestety zwierzęta nie mieszczą się w tej kategorii – tłumaczy dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. – Choć w praktyce traktujemy psa czy kota jak członka rodziny, z punktu widzenia prawa nim nie jest. Zwierzę nadal uznawane jest za mienie, czyli przedmiot własności, a nie podmiot prawa – dodaje.
To oznacza, że nie istnieje coś takiego jak "alimenty na zwierzę". Nie oznacza to jednak, że koszty jego utrzymania są całkowicie pomijane.
– Jedyną możliwością jest uwzględnienie takich wydatków w ramach tzw. usprawiedliwionych potrzeb osoby uprawnionej do alimentów – wyjaśnia prawniczka. – Jeśli ktoś otrzymuje alimenty, może argumentować, że koszty leczenia czy utrzymania zwierzęcia są elementem jego codziennych wydatków. Ale to nadal są alimenty dla człowieka, nie dla zwierzęcia – podkreśla.
Dalszy ciąg tekstu poniżej
W takich sprawach często pojawia się spór o zasadność wydatków. Jedna ze stron może próbować przekonywać, że koszty utrzymania zwierzęcia powinny zostać ograniczone. Czy druga strona może argumentować, że należy je zmniejszyć, na przykład poprzez zakup tańszej karmy? 
– Takie argumenty rzeczywiście padają, podobnie jak w sprawach dotyczących dzieci – mówi Piaskowska. – Na przykład, że można kupować tańsze jedzenie czy rezygnować z części wydatków. Ostatecznie jednak to sąd ocenia zarówno usprawiedliwione potrzeby uprawnionego, jak i możliwości finansowe zobowiązanego. Nie można więc dowolnie narzucić obniżenia standardu życia – tłumaczy.
– Czy w takich sprawach potrzebna jest opinia biegłego weterynarza? – dopytuję. 
– Co do zasady nie jest to konieczne, choć w szczególnych przypadkach można sobie wyobrazić sytuację, w której taka opinia byłaby pomocna – np. przy bardzo wysokich kosztach leczenia lub w przypadku zwierząt o dużej wartości, np. hodowlanych – odpowiada prawniczka. 
Co w sytuacji, gdy para wspólnie przygarnęła psa, a po rozstaniu tylko jedna osoba ponosi koszty jego utrzymania?
Ciekawym rozwiązaniem, które pojawia się w praktyce, jest opieka naprzemienna nad zwierzęciem.
– Wbrew pozorom to się zdarza – mówi Piaskowska. – Może niekoniecznie w orzeczeniach sądowych, ale w prywatnych ustaleniach między byłymi partnerami. Co ciekawe, czasami łatwiej jest im porozumieć się w sprawie zwierzęcia niż dzieci – dodaje.
Ekspertka przyznaje jednak, że prawo w tym obszarze pozostaje w tyle za rzeczywistością społeczną.
– Zwierzęta coraz częściej pełnią rolę członków rodziny. Pojawiają się też przypadki bardzo kosztownego leczenia czy hodowli przynoszących dochód. To wszystko sprawia, że prędzej czy później ustawodawca będzie musiał się tym tematem zająć – ocenia
Na razie jednak osoby znajdujące się w takiej sytuacji muszą liczyć się z tym, że dochodzenie pieniędzy na utrzymanie zwierzęcia od byłego partnera może być trudne – a w wielu przypadkach wręcz niemożliwe.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8668a88c1bb0f69c34016acddbf60acb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zwierzęta są dziś traktowane jak członkowie rodziny.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/651292,litewka-nie-zyje-internauci-zaczeli-polowanie-na-sprawce-tak-wyglada-pieklo-w-sieci</guid><link>https://natemat.pl/651292,litewka-nie-zyje-internauci-zaczeli-polowanie-na-sprawce-tak-wyglada-pieklo-w-sieci</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 09:04:06 +0200</pubDate><title>Litewka nie żyje, internauci zaczęli polowanie na sprawcę. Tak wygląda piekło w sieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ktoś wykreował emerytowanego policjanta, nadał mu imię i pierwszą literę nazwiska. Potem stworzył historię o jego korespondencji z partnerką zmarłego tragicznie posła Łukasza Litewki. Później dowiedzieliśmy się o rzekomym "aresztowaniu" kobiety. Festiwal teorii spiskowych i dezinformacji rozkręcił się do tego stopnia, że coraz trudniej oddzielić fakty od fikcji. A wszystko to w czasie, gdy najbliżsi posła próbują poradzić sobie z niewyobrażalną stratą.

Oczywiście nie ma w nas zgody na to, by młody człowiek wyszedł na rower i już z niego nie wrócił. Buntujemy się przeciwko takiemu scenariuszowi. 
Najbardziej cierpią bliscy zmarłego Łukasza Litewki, ale emocje rozlewają się szerzej – obejmują opinię publiczną. 
W naturalny sposób chcemy wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło, kto był sprawcą tragedii i czy tej śmierci można było uniknąć. Niecierpliwimy się, że o sprawcy nie wiemy nic poza tym, że ma 57 lat.
Nie znamy jego zawodu ani nawet inicjałów. Zaczynamy więc sami je dopisywać.
Eksperci z NASK: Śmierć znanej osoby to "zapalnik"
W tę informacyjną próżnię ktoś wrzucił inicjały: Bernard Ż. Dopisał, że sprawca wypadku to były funkcjonariusz policji z Sosnowca. To wystarczyło, by rozpętać lawinę.
Potem pojawiły się "informacje", że policja niespodziewanie wkroczyła do domu i aresztowała partnerkę posła, rzekomo po odkryciu SMS-ów i tajnych umów z kierowcą. 
Niektórzy zaczęli pisać, że wcześniej (nieistniejący!) Bernard Ż. jeździł po okolicy i wypytywał o posła. 
Internauci, karmieni sensacją, zaczęli masowo udostępniać te rewelacje w sieci. Tylko jeden z bardzo wielu kłamliwych postów zebrał 1,5 tys. reakcji i prawie 200 udostępnień. 
O wyjaśnienie tego mechanizmu zapytałam ekspertów z Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK. Jak tłumaczą, teorie spiskowe często pełnią funkcję porządkowania rzeczywistości w sytuacjach, które wiążą się z dużą niepewnością:
"Każde wydarzenie, zwłaszcza nagłe, wywołujące silne emocje, może stać się pożywką dla ich powstawania. Nagła śmierć znanej osoby jest jednym z wielu możliwych "zapalników". Może działać tutaj błąd poznawczy, który polega na przekonaniu, że znaczące, doniosłe wydarzenia muszą mieć równie istotne i celowe przyczyny, a nie mogą być wynikiem przypadku, splotu drobnych czynników czy zwykłych błędów"
Jak tłumaczą dalej, śmierć osoby rozpoznawalnej i zaangażowanej społecznie szczególnie sprzyja takim reakcjom.

                    
                To nie pierwszy raz, kiedy ludzka tragedia staje się paliwem dla dezinformacji. Mechanizm jest powtarzalny: pojawia się emocjonalne wydarzenie, a wokół niego szybko budowana jest narracja wskazująca "winnych", często dopasowanych do bieżących napięć społecznych czy politycznych. W podobnych przypadkach obserwowaliśmy już próby kierowania gniewu w stronę konkretnych grup.
Dziś efekty są podobne: zamiast spokojnego wyjaśniania okoliczności zdarzenia, instytucje muszą reagować na krążące w sieci nieprawdziwe informacje.
Policja Śląska wydała jednoznaczny komunikat, który ucina spekulacje:
"Kierujący pojazdem marki Mitsubishi nie był funkcjonariuszem Policji. Poza kierującym pojazdem nie zatrzymano żadnych innych osób. Z dotychczasowych ustaleń nie wynika, aby zdarzenie miało charakter umyślny" 
Jak podają dalej policjanci, kierowcy przedstawiono zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. 
"Postępowanie prowadzi Prokuratura. Czynności są w toku, a jedynym wiarygodnym źródłem informacji są organy prowadzące postępowanie" – przypominają.
Mimo to w komentarzach nadal pojawia się fala oskarżeń. Internauci odbijają piłeczkę, twierdząc, że "policja kryje swojego" i że "będą bronić byłego policjanta".
Dezinformacja jest niebezpieczna, podejrzany pod ochroną
Tego typu treści rozprzestrzeniają się łatwo: są emocjonalne, sensacyjne i angażujące. W praktyce często "wygrywają" z bardziej wyważonymi, opartymi na faktach komunikatami.
Dalsza część tekstu poniżej
Jak nie stać się częścią tego mechanizmu?
Eksperci z NASK wskazują na potrzebę ostrożności i proponują prostą zasadę: dystans wobec treści, które wywołują silne emocje. Przypominają też o swoim systemie SPRAWDZAM:
"Należy z nieufnością podchodzić do treści sensacyjnych i wzbudzających skrajne emocje. Warto zestawiać je z komunikatami służb badających tę sprawę. Warto też mieć świadomość istnienia algorytmów, które mogą premiować treści najbardziej sensacyjne. Przypominamy o naszym systemie SPRAWDZAM: S jak SENSACJA, P jak PROWOKACJA, R jak RACJONALNOŚĆ, A jak AUTOR, W jak WYBIÓRCZOŚĆ, D jak DYSKREDYTACJA, Z jak ZAMIAR, A jak ANALIZA, M jak MANIPULACJA".
Podejrzany opuścił areszt i – jak poinformował media rzecznik prokuratury w Sosnowcu, Bartosz Kilian – został objęty kompleksową ochroną policji. Powodem są niepokojące wpisy pojawiające się w mediach społecznościowych, w tym próby ustalenia jego danych oraz miejsca pobytu. 
To kolejny przykład tego, jak napięcie i dezinformacja w sieci przekładają się na realne działania służb.
Zapytałam ekspertów NASK również o to, czy w przypadku tragedii posła Litewki mamy do czynienia z czystymi emocjami internautów, czy może widać tam ślady celowej, zorganizowanej manipulacji. NASK zachowuje tutaj niezbędną w takich sprawach powściągliwość:
"Na ten moment jest zbyt wcześnie, żeby wydawać jakiekolwiek sądy czy opinie – jako Ośrodek Analizy Dezinformacji na bieżąco monitorujemy sytuację. Zachęcamy też do śledzenia komunikatów policji i prokuratury, które stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji".
Szacunek należy się przede wszystkim zmarłemu i jego rodzinie, która przechodzi przez piekło. Doklejanie do tej tragedii politycznych spisków i kłamstw o zatrzymaniach najbliższych jest po prostu nie do przyjęcia.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/fbcebcc1c84602c625f8f1a024b6c4a1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Łukasz Litewka nie żyje. Internauci na własną rękę szukają sprawcy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/649363,trolle-klimatyczne-zmieniaja-taktyke-juz-nie-neguja-tylko-mowia-poczekaj</guid><link>https://natemat.pl/649363,trolle-klimatyczne-zmieniaja-taktyke-juz-nie-neguja-tylko-mowia-poczekaj</link><pubDate>Tue, 28 Apr 2026 10:38:01 +0200</pubDate><title>Trolle klimatyczne zmieniają taktykę. Już nie negują, tylko mówią: &quot;poczekaj&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0f590f5b4518f6a51fadb0df017a56a7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zmiana klimatu to złożony temat, który zahacza nie tylko o naukę, ale także o gospodarkę i życie społeczne. Tam, gdzie pojawia się dużo informacji, łatwo o uproszczenia, skróty myślowe i emocjonalne przekazy. W takich warunkach rodzi się dezinformacja klimatyczna. Na czym dzisiaj polega i jak działa?

Dezinformacja – tworzenie i rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji w środkach masowego przekazu – to jedno z najczęściej odmienianych pojęć w dyskusji o współczesnych zagrożeniach. Ta klimatyczna utożsamiana była przez długi czas z negowaniem wpływu człowieka na zmiany klimatu na Ziemi. Dlaczego "była"? Ponieważ jej narracja się zmienia, a akcenty ulegają przesunięciu na bardziej nośne.
Na ten problem zwraca uwagę raport przygotowany przez operatora T-Mobile i ośrodek UNEP/GRID-Warszawa na potrzeby kampanii "Klimat bez fejków". Jego autorzy wyjaśniają, jak wygląda nowoczesna dezinformacja klimatyczna i w jaki sposób jest rozprzestrzeniana. Spoglądają przy tym na nasze rodzime podwórko, omawiając, jak wpływa ona na postawy oraz decyzje Polek i Polaków.
Gwoli wyjaśnienia, "Klimat bez fejków" to kampania edukacyjna, która ma walczyć z mitami na tytułowy temat i zachęcać do sprawdzania informacji. Odpowiada za nią T-Mobile, który jako firma telekomunikacyjna działająca w samym centrum cyfrowego obiegu informacji – tam, gdzie dezinformacja rozchodzi się najszybciej – czuję się w obowiązku wspierać rzetelną wiedzę i odporność na manipulację.
Nowe oblicze dezinformacji klimatycznej
Na początku – co się nie zmienia? Nadal paliwem dezinformacji jest emocja. Jak przekonują autorzy raportu "Klimat bez fejków", emocjonalne narracje, szczególnie te bazujące na treściach wywołujących lęk czy złość, wygrywają z faktami. To one dzięki prostocie przekazu zyskują przewagę w starciu z opracowaniami, wykładami i innymi materiałami, które opierają się na dłuższych opisach i wielu danych.
Ponadto wciąż dezinformacja klimatyczna czerpie swoją siłę z przekonania, że nadmiar informacji sprzyja uproszczeniom. W świecie, gdzie mamy ich przesyt, wielu z nas poszukuje krótkich i zwięzłych komunikatów. Dlatego ci, którzy tworzą fejki, celują w treści dynamiczne, a przy tym oparte na strachu czy oburzeniu. Tym bardziej że ich codzienną "pracę" doceniają algorytmy, które premiują takie właśnie formy przekazu.
Twórcy raportu, który nieprzypadkowo ujrzał światło dzienne 22 kwietnia, w Dzień Ziemi, podkreślają kluczową zmianę, jaka zaszła w taktyce trolli klimatycznych. Nowe oblicze dezinformacji klimatycznej przejawia się tym, że nie tyle neguje fakty, ile podważa sens działania. Nie stawia już na walkę z nauką i twardymi danymi, lecz na swoje sztandary bierze głównie koszty życia i tempo transformacji.
Dezinformacja nie krzyczy: "to nieprawda", lecz cicho podpowiada: "poczekaj", "nie teraz", "to zbyt trudne albo drogie". Przykładowo, twórcy takich treści nie polemizują z tym, że działalność człowieka pociąga za sobą zmiany klimatyczne, nawet się z tym zgadzają, ale argumentują, że transformację należy opóźnić, bo generuje zbyt wysokie koszty. Albo twierdzą, że inne państwa czy sektory powinny się tym zająć.
Ten przekaz, w którym o klimacie mówi się przez pryzmat rachunków, bezpieczeństwa ekonomicznego i codzienności, a nie ekologii, trafia szczególnie na podatny grunt w Polsce. Niestabilność finansowa młodego pokolenia oraz przeciążenie pracą i opieką rodziców-millenialsów sprawiają, że Polki i Polacy widzą kwestie związane z klimatem... portfelem, a nie wykresami. Może i chcą żyć eko, ale mają obawy finansowe.
Jak walczyć z dezinformacją klimatyczną?
Organizatorzy kampanii "Klimat bez fejków" zaznaczają, że głównym źródłem newsów stają się social media (np. dla 54 proc. Amerykanów), a młodzi ludzie wiedzę czerpią od internetowych autorytetów. Siłą rzeczy większość mitów o klimacie na czele ze straszeniem kosztami, spychaniem odpowiedzialności na innych czy brakiem wpływu szerzy się przez platformy cyfrowe i kanały influencerów. Co można z tym zrobić?
Według autorów raportu należy przede wszystkim komunikować się w tej samej formie, ale narracyjnie w drugą stronę. Przemawiać do emocji, wartości i tożsamości odbiorców, a nie skupiać się tylko na faktach naukowych. Odnosząc się do realnych obaw ludzi, najlepiej po prostu przedstawiać ponoszone już teraz z powodu spowolnionej transformacji koszty finansowe dla państwa, samorządów i obywateli.
Oprócz prowadzonej w sieci komunikacji, którą można streścić w zdaniu "klimatyczne fejki kosztują miliardy, bo wstrzymują inwestycje, blokują decyzje i generują straty finansowe", twórcy kampanii zachęcają też do działań systemowych. Wskazują na potrzebę regulacji platform big-techów, transparentności finansowania, współpracy z biznesem czy praktycznej edukacji klimatycznej w szkołach.
Jaka jest ich najważniejsza rada? Niezmienna od lat. Sprowadza się ona do słów: "sprawdź, zanim uwierzysz". Tak, bywa to trudne z powodu presji czasu i masy obowiązków na głowie, ale jak wszędzie, bez rzetelnej wiedzy nie ma mądrych decyzji, a bez nich nie ma dobrych zmian. Więcej o najczęstszych manipulacjach klimatycznych i sposobach na rozpoznawanie fake'ów na ten temat znajdziesz tutaj.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0f590f5b4518f6a51fadb0df017a56a7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0f590f5b4518f6a51fadb0df017a56a7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dezinformacja klimatyczna zmienia oblicze.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/649699,powiedz-mi-co-dostales-na-i-komunie-swieta-a-ja-ci-powiem-ile-masz-lat</guid><link>https://natemat.pl/649699,powiedz-mi-co-dostales-na-i-komunie-swieta-a-ja-ci-powiem-ile-masz-lat</link><pubDate>Mon, 27 Apr 2026 13:49:27 +0200</pubDate><title>Powiedz mi, co dostałeś na I Komunię Świętą. A ja ci powiem, ile masz lat</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1ccd8f1aaa5524d178c8a575176cef77,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Biały, z małym czarnym pajączkiem, który zamiast zwykłej wskazówki odliczał sekundy. Do dziś pamiętam ten paraliżujący strach, gdy przez chwilę myślałam, że koleżanka zerwała mi go z ręki podczas zabawy. To byłby koniec świata, prawdziwa tragedia. Zegarek, który otrzymałam na Pierwszą Komunię Świętą, był dla mnie absolutnym spełnieniem marzeń. Dziś, by zrozumieć ewolucję tych marzeń i sprawdzić, co komunijne prezenty mówią o naszych pokoleniach, do podzielenia się wspomnieniami zaprosiłam znajomych, nieznajomych oraz prof. Tomasza Grzegorza Grossego, socjologa, politologa i historyka.

Maj 1993 roku. Nie ma zapachu bzu ani słońca, od którego mruży się oczy. Deszcz zacina od rana i dzwoni w szyby. Upiorny wiatr. Mama Marzeny krząta się po domu i co chwilę załamuje ręce: "W czym ty pójdziesz, dziecko, do komunii? Taka ładna sukienka, a trzeba będzie ją zakryć byle czym".
Ale Marzena się nie martwi. Nie śpi już od kilku dni. W brzuchu coś przyjemnie świdruje. To z emocji. Jeszcze wierzy, że dostanie wymarzony rower BMX. Nie jakiś tam składak z koszyczkiem. 
Marzena ma już zdarte kolana od wywrotek na starym Romecie Reksio po kuzynie, ale też chęć, żeby jeździć lepiej i szybciej. Podskakiwać na krawężnikach. Na szerokich oponach, miękko łapać każdy skok.
Być najszybszą na osiedlu.
Rodzice tłumaczą, że chrzestnego nie stać na taki rower. Że trzeba ucieszyć się z wszystkiego i ładnie podziękować.
Ale nic to. Od kilku nocy śni jej się, jak w szprychy wplata kolorowe koraliki. Słyszała u innych, jak przyjemnie dzwonią. A co ona, chłopak jakiś, żeby zwykłym BMX-em jeździć?
Jeszcze tylko przetrwać uroczystość w kościele, obiad i już można będzie jeździć.
Chrzestny całuje Marzenę w policzki, ściska i wręcza złote kolczyki – delfinki – i kartkę z życzeniami. Ona zaciska szczękę, żeby się nie rozpłakać, zamiast zaciskać ręce na kierownicy wymarzonego BMX-a.
– To była najgorsza chwila w moim życiu – przyznaje dziś 41-latka. – Największe rozczarowanie świata. Nikt mi tego BMX-a nie obiecywał, sama sobie wmówiłam, że na pewno dostanę. To były zupełnie inne czasy, każdy dawał tyle, ile mógł. Żal mam tylko do siebie.

                    
                Marzena nie ma dzieci, ale ma chrześniaka. Rodzice poprosili o kopertę z pieniędzmi. Trzy lata temu dała mu 1000 zł i drewniane pudełko z różańcem i aniołem. 
Gdyby Marzena szła do Komunii Świętej w tych czasach, prawdopodobnie nie śniłaby o rowerze. 
Najnowsze dane z rynku prezentowego nie pozostawiają złudzeń – era rowerów odeszła do lamusa. Tak jak i era medalików. 
Według badania Komputronik, opublikowanego przez Business Insider, w 2026 roku elektronika stała się bezapelacyjnym liderem, wskazywanym przez ponad 68 proc. kupujących. To gigantyczny skok w porównaniu do ubiegłego roku, kiedy na gadżety stawiała niespełna połowa z nas.
– To był taki zestaw: kalkulator, zegarek, który wygrywał melodyjki i miał świecący ekran, i długopis – próbuje sobie przypomnieć Krzysiek, rocznik 1982. – Ale tym szpanowałem w szkole!
Mama nie pozwalała mu zabierać tego długopisu do szkoły. "Jeszcze zgubisz" – powtarzała. Co ciekawe, kalkulator z tego samego zestawu, mógł zabierać do szkoły. 
Marek, dziś 75-latek, pamięta bardzo dobrze: dostał różaniec i medalik z Matką Boską. – Czy byłem zawiedziony? W życiu. Nie wiedziałem, że można nawet coś innego dostać. Dorastałem w biednych i szarych latach 50. i 60. Wszyscy jednakowo nie mieliśmy po prostu nic. 
Urszula, do Pierwszej Komunii Świętej szła w latach 70. ubiegłego wieku. 
– Ten rower nie miał przerzutek, był ciężki jak nieszczęście, ale to nie miało znaczenia – opisuje Wigry 3. – W tamtych czasach dostać "składaka" to było coś niewyobrażalnego. Pani nie wie, o czym mówię, bo pani na świecie nawet nie było. Zieloniutki taki rower, którym jak już w technikum byłam, jeździły potem dzieci sąsiadów. Takie to było trwałe. 
– Wrotki! – koleżanka Beata niemal wykrzykuje mi w słuchawkę na samo wspomnienie. – Takie wiesz, klasyczne, białe, z grubymi sznurówkami i kauczukowymi kółkami. W tamtym czasie w moim bloku tylko jedna dziewczyna miała podobne. To były lata 80. Później już wszyscy mieli rolki. 
Dalsza część tekstu poniżej
Kasia, 43-letnia znajoma: – Jak będziesz pisać, że dostałam jamnika, to wyjaśnij, że nie chodziło o psa – zaśmiewa się z własnego żartu. – To był taki radiomagnetofon na kasety. Co ciekawe, jest jeszcze gdzieś u rodziców w piwnicy, bo mój ojciec niczego nie wyrzuca.
To właśnie pierwsze, wtedy supermodne radio zrobiło na Kasi największe wrażenie. Ale dostała jeszcze Biblię dla dzieci z obrazkami, kolczyki, 500 zł w kopercie i łańcuszek.  
– Mało? Ani trochę. Ale pamiętam, że w tamtych latach były straszne podziały. Jak sobie opowiadaliśmy w szkole, co dostaliśmy, to było widać, kto biedny, a kto bogaty. Kolega dostał na przykład tylko różaniec i słodycze. 
Photo by Anuja Tilj on Unsplash
Zanim ekrany smartfonów zdominowały komunijne stoły, podwórkową hierarchię budowały zupełnie inne symbole luksusu. Pachnące nowością składaki Wigry, lalki Barbie prosto z Pewexu czy wygrywające melodyjkę zegarki Montana – każdy z tych gadżetów był obietnicą luksusu.
Jak widać po opowieściach moich bohaterów, dziś te przedmioty są ikonami nostalgii i przywołują emocje. 
"Miałem poczucie, że uczestniczę w wielkim wydarzeniu"
Czy iPhone jest dziś dla dziecka tym, czym kiedyś był rower Wigry 3 – nie tylko przedmiotem, ale przepustką do świata rówieśników? Jak zauważa prof. Tomasz Grzegorz Grosse, socjolog, politolog i historyk, mechanizm społeczny towarzyszący tym uroczystościom pozostaje zaskakująco podobny, choć zmieniają się jego formy.

– Zwiększa się komercjalizacja świąt rodzinno-religijnych, czego najlepszym przykładem jest z jednej strony Boże Narodzenie, a z drugiej właśnie Pierwsza Komunia Święta – mówi profesor. – Zmieniają się też mody dotyczące prezentów. Pamiętajmy jednak, że mniej lub bardziej ekskluzywne upominki funkcjonowały także w poprzednim ustroju, mimo że był to system deficytu i znacznie niższych oczekiwań konsumpcyjnych.
Dziś symbolem tych zmian są cyfrowe gadżety. I choć często budzą krytykę starszych pokoleń, pełnią bardzo konkretną funkcję społeczną.
– Obecnie iPhone jest naturalnym oczekiwaniem wielu dzieci. Panuje przekonanie, że jeśli ma to być telefon, to koniecznie z najwyższej półki. To oznaka prestiżu i zasobności – podkreśla naukowiec. – Tego typu atrybuty, jak zawsze, otwierają drogę do wyższego statusu w grupach rówieśniczych.
Wokół komunijnych prezentów pojawia się też pytanie o intencje dorosłych. Czy chodzi wyłącznie o radość dziecka, czy również o własny wizerunek?
– Być może jest to pewien komunikat od darczyńcy, który chce wzmocnić swój prestiż lub wizerunek wewnątrz rodziny – mówi profesor. – Myślę jednak, że przede wszystkim jest to odpowiedź na oczekiwania obdarowywanego i chęć sprawienia mu satysfakcji.
Jednocześnie zmienia się charakter samej uroczystości.
– Coraz rzadziej spotykane są prezenty o charakterze religijnym, takie jak medaliki czy Pismo Święte. To pokazuje, że Komunia staje się coraz bardziej uroczystością rodzinną – zauważa.
Sam profesor wspomina swoją komunię zupełnie inaczej niż dzisiejsze dzieci.
– Dostałem książki historyczno-przygodowe. Przyznam szczerze, że nie sprawiły mi one wielkiej satysfakcji, bo nie byłem wtedy miłośnikiem czytania – przyznaje. – W ogóle nie podchodziłem wówczas do tej uroczystości przez pryzmat oczekiwań dotyczących prezentów. 
Jak dodaje, choć otrzymał także dolary – wówczas bardzo wartościowe – nie to było najważniejsze.
– Nie traktowałem tego wydarzenia w kategoriach prezentowych. Inaczej niż w przypadku Bożego Narodzenia, na które czekałem z wypiekami na twarzy. Próbowałem nawet wcześniej znaleźć paczki ukrywane przez rodziców. 
Dzisiejsze prezenty różnią się jednak od tych sprzed dekad jeszcze w jednym aspekcie – trwałości.
– Przede wszystkim są mniej trwałe. Nie sądzę, aby ktoś traktował iPhone’a jako rzecz, którą można przekazać młodszemu rodzeństwu – zauważa Grosse. – Mamy tu do czynienia z różnicą technologiczną. Oczywiście jedne prezenty są bardziej praktyczne, inne okazują się po prostu wyrzucaniem pieniędzy w błoto.
Chcesz być na czasie? Zobacz, co kupić
Choć mogłoby się wydawać, że gotówka wciąż jest "królową", w zestawieniu Komputronik, zajmuje ona odległe miejsce (9,1 proc.). 
Na szczycie podium stanęła konkretna kategoria sprzętu. Są to:
Laptopy (43,9 proc.) 
Smartfony (14,6proc. ) 
Tablety i komputery stacjonarne (po 12,2 proc.) .

Tradycyjne upominki, takie jak złoto inwestycyjne czy biżuteria, stały się wyborem niszowym. 
Może po prostu powinniśmy zrozumieć, że tamtych czasów już nie ma?
A jak chcesz kupić inspirujący prezent dla bliskiego ci dziecka, zerknij na ściągę, którą przygotowała dla ciebie nasza dziennikarka Agnieszka Miastowska. Kliknij TUTAJ. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1ccd8f1aaa5524d178c8a575176cef77,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1ccd8f1aaa5524d178c8a575176cef77,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dużo pozmieniało się w kwestii prezentów na I komunię świętą.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650362,40-letni-krzysztof-szuka-kobiety-z-czysta-karta-bez-ex-i-przeszlosci-pan-tak-na-serio</guid><link>https://natemat.pl/650362,40-letni-krzysztof-szuka-kobiety-z-czysta-karta-bez-ex-i-przeszlosci-pan-tak-na-serio</link><pubDate>Sun, 26 Apr 2026 18:00:02 +0200</pubDate><title>40-letni Krzysztof szuka kobiety – z &quot;czystą kartą&quot;, bez ex i przeszłości. Pan tak na serio?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/300d9dd04b80ee0a4453de3d38f4d19f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Składamy się z doświadczeń, opowieści i emocjonalnych blizn. Z każdej historii wychodzimy bogatsi o coś, o czym wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Czasem otrzepujemy się od razu, czasem dłużej liżemy rany. Próbujemy. Można by pomyśleć, że to właśnie te "przebiegi” czynią nas ciekawszymi. A jednak wiele osób, które same nie są najmłodsze, szuka dziś partnera lub partnerki z "czystą kartą".

Dziwne rzeczy podsyłają mi ostatnio algorytmy w mediach społecznościowych. Robię research przed kolegium, a tu objawia się idealny pan – nazwijmy go Krzysztof – z postem-anonsem.
Krzysztof ma czterdzieści lat na karku, nienaganną koszulę na zdjęciu i misję: szuka miłości swojego życia. Brzmi pięknie, dopóki nie doczytasz listy wymagań, która przypomina specyfikację techniczną fabrycznie nowego iPhone’a.
"Szukam osoby z czystą kartą. Bez dzieci, bez byłego męża, bez byłego partnera, bez bagażu i przeszłości" – pisze z taką pewnością siebie, jakby sam właśnie zjechał z linii montażowej.
Tylko nówka sztuka, nieśmigana
Pan sobie nie życzy. Widzicie go? Pan sobie nie życzy, żeby pisała do niego jakaś "dzieciata". Taka, która przez czterdzieści lat miała czelność się zakochać. Może niefortunnie, ale jednak.
Taka, która zdążyła pić we dwoje wino nad Wisłą, zwiedzić pół Polski i cztery kraje, kłócić się o rolety w domu, który potem trzeba było podzielić na pół. Kobieta, która miała odwagę kochać i ryzykować, dla Krzysztofa jest towarem z usterką.
Koleżanki, które szukają partnera na Tinderze, o takich poszukiwaczach "czystych kart"  donoszą mi regularnie.
– I wiesz, ja bym nawet dała w prawo, bo fajny facet z wyglądu, ale ja mam dwójkę dzieci, dwa psy i jaszczurkę – opowiada Aneta, urocza 41-latka, wieczna poszukiwaczka miłości. – Dla nich moja jaszczurka to już za dużo "bagażu", a co dopiero synowie w wieku szkolnym. Oni szukają kogoś, kto przez ostatnie dwie dekady najwyraźniej lewitował w próżni.
Co to właściwie jest ta "czysta karta"?
Dla mnie wymóg "braku dzieci i byłych żon czy mężów" to próba oszukania czasu. Bo z jednej strony chcemy partnera z pakietem czterdziestolatka – wiedzą, doświadczeniem i najlepiej spłaconym już kredytem na mieszkanie, a z drugiej z "przebiegiem" niewiele jeszcze wiedzącego o świecie nastolatka.
Prawda jest taka, że "bagaż", którym tak straszą randkowi puryści, to po prostu dowód na to, że czegoś doświadczyliśmy. Nawet małżeństwo zakończone w bólach jest jakąś lekcją.
To trochę jak ze zmianą pracy: nawet po trzech latach męki w znienawidzonej korporacji jesteśmy bogatsi o doświadczenia, których nie zdobylibyśmy, siedząc na zasiłku.
To oczywiście moja prywatna opinia. Ale dla mnie "czysta karta" w wieku czterdziestu lat jest raczej czerwoną flagą niż zaletą. Bo co się właściwie działo przez te wszystkie lata?
Czy to naprawdę historia kogoś, kto po prostu "nie miał szczęścia"? Czy raczej kogoś, kto nawet nie chciał spróbować?
Bo dorosłe życie zostawia ślady. Ktoś, kto został zraniony i sam zranił, bywa o wiele ciekawszym rozmówcą niż "czysta karta", która o relacjach wie tyle, ile przeczytała w poradnikach albo zobaczyła w ulubionym serialu.
Osoba z historią dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że miłość to nie tylko trzymanie się za ręce przy zachodzie słońca, ale też codzienna, przyprawiająca o zawrót głowy codzienna akrobatyka. 
Czytaj dalej!
"Bagaż" to nie tylko eks
Oczywiście nie chodzi o to, żeby gloryfikować na siłę toksyczne historie czy ciągnące się latami układy z byłymi partnerami, którzy nie potrafią odpuścić. Ale oczekiwanie, że dorosły człowiek po 40. będzie miał "czystą kartę", to jednak trochę infantylne marzenie. 
Krzysztof z Facebooka zdaje się wierzyć, że "czysta karta" to gwarancja świętego spokoju. Że brak dzieci czy byłych mężów uchroni go przed zgrzytami.
Tymczasem życie z drugim człowiekiem zawsze oznacza tarcie. Zderzamy się z cudzym rytmem dnia, sposobem odkładania widelca, potrzebą ciszy o poranku.
A z wiekiem coraz trudniej nagiąć się do czyichś przyzwyczajeń. Szukając "czystej karty", tak naprawdę szukamy kogoś, kto – jak nam się wydaje – łatwiej dopasuje się do naszych zasad.
Tyle że to tylko iluzja.
Osoba z "bagażem" ma za sobą negocjowanie świąt, dzielenie opieki nad dziećmi, godzenie się z tym, że nie zawsze ma rację. Wie, że związek to nie tylko emocje, ale też codzienna logistyka.
"Czysta karta" bywa mniej elastyczna, bo nigdy nie musiała się naginać.
"Bagaż" to nie tylko problemy w postaci eks, którego trzeba oglądać, bo ma się z nim dzieci. To też umiejętność radzenia sobie z kryzysem, wiedza o tym, co działa, a co nie, i świadomość, że związek to nie tylko zdjęcia z wakacji, ale też wspólne ogarnianie rzeczywistości. 
Dlatego, zamiast szukać ludzi "bez przeszłości", może lepiej szukać tych, którzy potrafią z niej wyciągać wnioski. Bo ostatecznie w miłości nie chodzi o to, by nie mieć przeszłości, ale o to, by mieć wspólną przyszłość.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/300d9dd04b80ee0a4453de3d38f4d19f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/300d9dd04b80ee0a4453de3d38f4d19f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Coraz więcej Polaków szuka kobiet z &quot;czystą kartą&quot;. Co to ma oznaczać?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650266,alergia-na-meza-wkurza-mnie-to-ze-idzie-i-po-prostu-oddycha-co-ze-mnie-za-zona</guid><link>https://natemat.pl/650266,alergia-na-meza-wkurza-mnie-to-ze-idzie-i-po-prostu-oddycha-co-ze-mnie-za-zona</link><pubDate>Sat, 25 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Alergia na męża. &quot;Wkurza mnie to, że idzie i po prostu oddycha. Co ze mnie za żona?&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6213533b5591113c6337c19632e6b79c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Marta kilkanaście lat temu miała dreszcze po poranku z mężem, ale teraz ma gęsią skórkę. Beacie wyrzuty sumienia nie dają spać, bo irytuje ją jej własny mąż: a przecież to miłość jej życia. – Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada. Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. – Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie. Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu – mówi.

U Marty "alergia" na męża objawia się w sferze dźwięków. Zaczyna się już rano.
– Nie mogę znieść tego, jak się rozciąga i ziewa. Mam ochotę go udusić – wyznaje. – Potem szuka klapków i klapie nimi w drodze do łazienki. Klap, klap. Uderza deską sedesową, chrząka przy zlewie, przepłukuje usta. Aż mam gęsią skórkę.
Kilkanaście lat temu Marta też miała ciarki – ale z zupełnie innego powodu. Dziś z przyjemnych dreszczy nie zostało nic.
Wieczorem wcale nie jest lepiej. Kiedyś lubiła, gdy kładł się obok i obejmował ją czułym ramieniem. Dziś irytuje ją sam dźwięk jego oddechu.
– To nawet nie jest chrapanie. To takie miarowe, ciężkie wzdychanie. Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada.
"Czuję, jakby coś we mnie eksplodowało"
Beacie wyrzuty sumienia nie pozwalają spać. Zanim zacznie opowiadać, podkreśla to kilka razy: mąż to dobry człowiek. Nigdy jej nie skrzywdził, jest pracowity, oddany dzieciom. A jednak to właśnie u boku tego "ideału" Beata doświadcza stanów bliskich furii.
– Kiedy on stoi przed lodówką, zastanawia się, co zjeść, i drapie się po głowie, czuję, jakby coś we mnie eksplodowało – wyznaje. – Nie wiem, skąd to się bierze. Nie umiem tego nazwać. Strasznie mi głupio, bo przecież on nie robi nic złego.
Są razem od ponad 20 lat. Kiedyś potrafili stać przy lodówce, przytuleni, i przekomarzać się, co zjedzą. Może wędzonego łososia? A może serek pleśniowy? A może jednak coś zamówią? I to wcale nie było problemem.
Próbowała o tym porozmawiać z przyjaciółką, ale ta machnęła ręką i szybko zbyła ją opowieściami o nowotworach, przedwczesnych zawałach u mężów i przemocy, której doświadczały jej koleżanki. 
Kiedy na jednym z forów Beata przeczytała, że nie jest jedyna, poczuła chwilową ulgę.
– Zrozumiałam, że nie jestem wyjątkiem. Że to się zdarza częściej, niż się wydaje –opowiada. – Z jednej strony to pocieszające, z drugiej jednak przerażające. Bo jak to możliwe, żeby drugi człowiek aż tak irytował?
Kamila, 15 lat po ślubie: – On nie stawia kubka na blacie. On nim uderza. Zawsze ciut za mocno. Ten stukot sprawia, że mam ochotę się rozwieść, choć kocham męża.
Weronika, mężatka z 11-letnim stażem:
– Ja biegam między kuchnią a łazienką, szykuję dzieci do szkoły, maluję się w biegu. A on? Pracuje zdalnie, więc siedzi z kawą. Miesza ją łyżeczką tak długo, jakby chciał ją zaczarować w jakiś eliksir. Ten jego spokój wyprowadza mnie z równowagi – przyznaje. 
Ewa ma męża kierowcę, który większość miesiąca spędza w trasie. Kiedy wraca, powinna skakać z radości. Przecież go kocha. 
– Najdziwniejsze jest to, że jestem najszczęśliwsza kiedy... go nie ma.  A potem jak wraca, to potrzebuję czasu, żeby się "przestawić" na jego obecność. 
Lubi ciszę i swój rytm dnia. Świetnie radzi sobie z dwójką nastolatków, pracą i ogarnianiem domu. I nagle ktoś jej ten porządek zmienia. Zaburza rytm.
Jak mówi dalej, obecność męża jest intensywna. 
– Mąż jest głośny, dużo się śmieje, ciągle mi pokazuje w telefonie jakieś filmiki. Drażni mnie to – przyznaje. 
Dodaje, że wielkim wyzwaniem jest dla niej o tym opowiedzieć. Bo przecież to normalne, że mąż wraca do domu. Co z niej za żona?
Wieczorem patrzy, jak śpi. Wrócił z trasy bezpiecznie, a przecież mogło się tyle złych rzeczy zadziać.
I wtedy rodzi się w niej poczucie winy.
Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. To moment, w którym – jak sama przyznaje – staje na krawędzi emocjonalnej przepaści. 
– Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie – mówi. – Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu. 
Co ją tak w tym denerwuje?
– Skupienie, z jakim mąż wykonuje tę czynność – odpowiada. – I powtarzalność. Bo mąż dłubie nawet po gładkiej zupie-krem. Zawsze, codziennie.
Kiedyś tego nie zauważała. Albo może zauważała, ale nie miało to znaczenia. Dziś jest inaczej. 
– Moja mama miała ciężkie życie z ojcem- alkoholikiem, który nieraz i rękę na nią podniósł. Kiedy o tym sobie myślę, to zastanawiam się, czy na pewno ze mną wszystko jest w porządku. Bo mąż to dobry facet. Tylko ta wykałaczka...
Wszystkie bohaterki zgodnie mówią, że ich mężowie nie robią nic złego, dlatego same są zaskoczone swoją reakcją.
Psycholog: Nie jesteśmy już tymi młodymi ludźmi, którzy zachwycali samą swoją obecnością
Skąd bierze się ta nagła irytacja czymś, co przez lata było zupełnie neutralne – a czasem nawet czułe i znajome? Jak tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczny z Wydziału Psychologii w Katowicach USWPS, z wiekiem przestajemy być dla siebie nawzajem tym samym "źródłem bodźców", co kiedyś.
– Kiedy byliśmy młodzi, wiele rzeczy uchodziło nam na sucho. Partner mógł nas czymś drażnić, ale jednocześnie był uroczy, zakochany, czuły – i to równoważyło drobne irytacje. Patrzyłyśmy na niego i myślałyśmy: "jaki on przystojny, jaki miły". Z czasem te pozytywne bodźce słabną, a zostają nawyki i zachowania. I nagle to, co kiedyś było neutralne albo nawet sympatyczne, zaczyna przeszkadzać – wyjaśnia w rozmowie z naTemat.
Jak mówi dalej, nie chodzi jednak tylko o partnera. Zmieniamy się także my sami.
– My też nie jesteśmy już tacy jak kiedyś. Kiedyś łatwiej było o spontaniczność, czułość, drobne gesty – przytulenie, dobre słowo. Dziś często oczekujemy od drugiej osoby tego samego co dawniej, ale rzadziej zastanawiamy się, co sami wnosimy do relacji. A warto sobie zadać pytanie: jakie bodźce ja wysyłam i czy one wywołują to, czego oczekuję.
Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik: malejąca elastyczność. 
– Z wiekiem stajemy się mniej elastyczni, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Mamy mniejszą tolerancję na odmienność, bardziej chcemy, żeby wszystko było po naszemu. Coraz więcej rzeczy zaczyna nas drażnić – nie tylko partner, ale też dźwięki, zachowania innych ludzi, codzienne drobiazgi.
Efekt? Drobiazg urasta do rangi problemu: sposób oddychania, dźwięk odkładanego kubka, stanie przed lodówką. 
– To nie te zachowania same w sobie są problemem. Problemem jest to, że brakuje tła emocjonalnego. Kiedyś uczucia do drugiej osoby były silne i działały jak filtr – sprawiały, że nawet irytujące rzeczy odbieraliśmy jako urocze. Jeśli nie dbamy o bliskość, to tło znika. I wtedy zaczynamy widzieć przede wszystkim to, co nas drażni – tłumaczy specjalistka.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Kiedy słuchałam opowieści swoich bohaterek, od razu przypomniały mi się słowa Agnieszki Osieckiej: "Póki go kochałam, to tak cudownie poprawiał włosy. Nagle patrzę: Jezu, jak on głupio poprawia te włosy!".
Czy to, że partner nas drażni, oznacza koniec miłości? Na szczęście nie. 
Ważnym elementem, o którym mówi prof. Popiołek, jest dystans do siebie i poczucie humoru.
– Chodzi o to, żeby umieć też o sobie pomyśleć w sposób życzliwy, z pewnym dystansem. Żeby spojrzeć na siebie i powiedzieć: "Boże, przecież ja też człapię, kiedyś taka nie byłam, teraz jestem takim tuptusiem, a on z kolei jest moim oddychającym misiem". To bardzo pomaga – tłumaczy.
Jak podkreśla, nie chodzi o kpinę ani wyśmiewanie partnera, ale o uruchomienie ciepłego, łagodnego poczucia humoru, które pozwala rozładować napięcie.
– To nie jest śmianie się z kogoś, tylko umiejętność spojrzenia na relację z większym luzem. Taki rodzaj humoru daje dystans, który chroni przed narastaniem irytacji i pozwala nie brać wszystkiego zbyt serio.
Zdaniem ekspertki ten mechanizm ma znaczenie nie tylko w relacjach prywatnych, ale też w pracy i codziennym funkcjonowaniu.
– Okazuje się, że osoby, które mają taki afiliacyjny, ciepły styl humoru i potrafią zachować lekki dystans, lepiej radzą sobie ze stresem. Mniej się denerwują, rzadziej przeżywają napięcia i są bardziej zadowolone z pracy – mówi.
Z czasem jednak ten element łatwo zanika.
– W codzienności zapominamy o tym. Stajemy się bardzo poważni, wszystko zaczyna być "na serio", wszystko nas drażni. A czasem wystarczy chwila dystansu i myśl: "Ale się znowu nakręciłam", żeby napięcie opadło – kwituje. 
Co wkurza kobiety? Wszystko!
Warto jednak oddać sprawiedliwość: za zbiorowe wkurzenie kobiet nie opowiadają mężowie. Bo umówmy się – czasem nie trzeba wielkich przewinień, żebyśmy poczuły, jak skacze nam ciśnienie. 
Widać to chociażby w social mediach, zwłaszcza na TikToku i Instagramie, które zalewa fala viralowych filmików, na których kobiety z dystansem pokazują, że potrafią wpaść w szał o… no właśnie, o cokolwiek. A partner staje się najłatwiejszym celem. 
Przyznajemy: tak, wkurzamy się o głupoty, tak, bywamy irracjonalne, i tak – śmiejemy się z tego razem z milionami innych kobiet, które czują dokładnie to samo. Najważniejsze, aby mieć świadomość, że gniew jest nieuzasadniony lub wręcz absurdalny i nie krzywdzić drugiej osoby. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6213533b5591113c6337c19632e6b79c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6213533b5591113c6337c19632e6b79c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kobiety przyznają, że źle się czują z tym, jak drobne rzeczy wkurzają je w partnerach. Co to mówi o ich relacjach?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650563,lukasz-litewka-byl-poslem-z-sosnowca-prezydent-miasta-nic-juz-nie-bedzie-takie-samo</guid><link>https://natemat.pl/650563,lukasz-litewka-byl-poslem-z-sosnowca-prezydent-miasta-nic-juz-nie-bedzie-takie-samo</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 19:15:48 +0200</pubDate><title>Łukasz Litewka był posłem z Sosnowca. Prezydent miasta: Nic już nie będzie takie samo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b58881f18fdf29f38ea391c2d6d5b531,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Wyszedłem z sesji Rady Miasta i niemal natychmiast dostałem informację o śmierci Łukasza. Pomyślałem wtedy: jaki był sens tracić czas na te kłótnie, podczas gdy odchodzą ludzie, którzy robili rzeczy naprawdę fantastyczne? – mówi naTemat.pl Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca.

Aleksandra Tchórzewska: Łukasz Litewka, poseł Nowej Lewicy, pochodził z Sosnowca. Jak przyjął pan wiadomość o jego śmierci?
Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca: To ogromny szok. Najpierw dostałem krótkiego SMS-a z informacją o jego śmierci. W pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć – pomyślałem nawet, że to jakiś fake, których dziś niestety nie brakuje. Z każdą kolejną minutą, gdy szukałem potwierdzenia, docierało do mnie, że to tragiczna prawda.
Poznaliśmy się w Radzie Miasta. Łukasz może nie był najbardziej aktywnym radnym w typowo politycznym sensie, ale konsekwentnie robił swoje. Znalazł własną drogę. Już kilkanaście lat temu zasłynął z akcji malowania ławek na skwerach i w parkach – to wtedy zdobył mandat. Od początku szukał wsparcia dla swoich idei: pomocy zwierzętom i ludziom.
Z czasem jego zaangażowanie tylko rosło. Pamiętam, jak powiedział mi, że zamierza kandydować do Sejmu. 
I jak pan zareagował?
Mówiłem mu wtedy, że przy jego zainteresowaniach może to nie być najlepsza droga. On jednak miał swoją wizję – jak się okazało, słuszną. 
Sejm nie był dla niego miejscem politycznych sporów ani partyjnej rutyny. Traktował go jako narzędzie do realizacji swoich działań i nagłaśniania inicjatyw. Wiedział, że jako parlamentarzysta zyska większą siłę w rozmowach ze sponsorami i firmami, które mogą wesprzeć jego projekty.
Stąd kolejne inicjatywy, w tym ubiegłoroczne "Zwierzogranie", które zorganizował wspólnie z naszym miastem. Trudno mi pogodzić się z tym, że nie będzie go z nami podczas kolejnej edycji. Brakuje słów, by opisać tę stratę.
Jestem jednak przekonany, że jako miasto – razem z jego współpracownikami – zrobimy wszystko, by kontynuować jego dzieło. "Zwierzogranie" musi się odbyć – jako hołd dla niego. 
Chcemy, by ta inicjatywa stała się trwałym, ważnym projektem wspierającym zwierzęta i upamiętniającym człowieka, który zrobił tak wiele dla innych.
Czy jest jakaś konkretna sytuacja lub rozmowa z Łukaszem Litewką, która szczególnie zapadła panu w pamięć?
Trudno wskazać jeden moment, ale bardzo dobrze pamiętam pewne spotkanie. Pochodziliśmy z różnych stron sceny politycznej, co jednak nigdy nie przeszkadzało nam we współpracy. W tamtym czasie pojawiały się spekulacje, że Łukasz może być moim kontrkandydatem w wyborach.
Przyszedł wtedy do mnie z pomysłem "Zwierzogrania". Miałem wrażenie, że trochę się obawiał – długo się nie widzieliśmy, w tle była potencjalna rywalizacja polityczna, więc mógł zakładać, że miasto nie będzie chciało zaangażować się w ten projekt.
Powiedziałem mu wtedy wprost: Łukasz, możemy ze sobą konkurować w polityce, ale nie w działalności na rzecz ludzi czy zwierząt. Tutaj nie ma miejsca na podziały – musimy działać razem. To, co będziemy robić za rok czy dwa, to inna sprawa. Dziś skupmy się na tym, żeby "Zwierzogranie" było świetnym wydarzeniem.
Jak zareagował?
Myślę, że był tym podejściem trochę zaskoczony. Zrozumiał jednak, że dla mnie najważniejszy jest cel, a nie polityczne kalkulacje.
Później, gdy pracował już w Warszawie, nasze kontakty były rzadsze – całkowicie pochłonęła go działalność pomocowa i kolejne inicjatywy. Jeszcze niedawno, z tego co wiem, brał udział w spotkaniu online z Dodą, promując jedną z akcji. To tylko pokazuje, jak bardzo był aktywny do samego końca.
Czy Sosnowiec bez jego energii będzie tym samym miastem, czy jednak trochę innym?
Nie tylko Sosnowiec – cała Polska będzie inna. Proszę zwrócić uwagę na skalę jego oddziaływania: jego działania śledziło blisko milion osób. Łukasz robił rzeczy, które wykraczały poza nasze wyobrażenie o tym, czym powinien zajmować się radny czy parlamentarzysta. To była zupełnie inna jakość – świeżość pomysłów, odwaga działania.
Na pewno będzie nam go bardzo brakowało, bo tak silnej osobowości nie da się zastąpić. Możemy jedynie próbować kontynuować jego dzieło, choć mam świadomość, że bez niego to już nie będzie to samo.
Wiele osób mówiło o nim: "poseł od serca". Jak bardzo ta empatia, którą wnosił do przestrzeni publicznej, była nam potrzebna w dzisiejszych, niespokojnych czasach?
Ta empatia była i jest kluczowa. Żyjemy w czasach, w których ludzie coraz częściej patrzą na siebie z niechęcią, skupiają się na różnicach zamiast szukać tego, co ich łączy. 
Dzisiejsza sesja Rady Miasta w Sosnowcu była tego smutnym przykładem – dominowały jałowe spory, wzajemne pretensje, emocje bez konstruktywnego efektu.
Wyszedłem z tej sesji i niemal natychmiast dostałem informację o śmierci Łukasza. Pomyślałem wtedy: jaki sens mają te wszystkie kłótnie, skoro odchodzą ludzie, którzy robili rzeczy naprawdę ważne i dobre?
Świata bez empatii i realnego działania na rzecz innych nie da się naprawić. Dziś zbyt wielu ludzi szuka jedynie poklasku i "klików" w mediach społecznościowych. To jednak nie ma żadnej wartości, jeśli nie potrafimy naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi czy zwierzętom. 
Bo kiedy nas zabraknie, zostaje tylko dobro, które po sobie zostawiliśmy.

Czy planuje pan ogłoszenie żałoby w mieście?
Na ten moment trudno mi jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Musimy przede wszystkim porozumieć się z rodziną i najbliższymi współpracownikami Łukasza. Jest na to za wcześnie – emocje są wciąż bardzo świeże.
Najważniejszy jest szacunek dla niego i jego bliskich. To oni powinni zdecydować, czego w tym momencie najbardziej potrzebują.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b58881f18fdf29f38ea391c2d6d5b531,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b58881f18fdf29f38ea391c2d6d5b531,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prezydent Sosnowca jest poruszony śmiercią Łukasza Litewki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/650152,egzamin-to-juz-za-malo-szkoly-coraz-czesciej-sprawdzaja-jak-uczen-mysli-nie-tylko-co-umie</guid><link>https://natemat.pl/650152,egzamin-to-juz-za-malo-szkoly-coraz-czesciej-sprawdzaja-jak-uczen-mysli-nie-tylko-co-umie</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 13:37:36 +0200</pubDate><title>Egzamin to już za mało? Szkoły coraz częściej sprawdzają, jak uczeń myśli –  nie tylko co umie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9d79cc3cd2462eab3c0755857be07763,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Oceny i testy przez lata były podstawą rekrutacji do szkół. Dziś coraz częściej okazuje się, że to nie wystarcza. W świecie szybkich zmian i rosnącej roli nowych technologii szkoły zaczynają patrzeć szerzej – sprawdzając nie tylko wiedzę, ale także sposób myślenia ucznia. To kierunek, który widać m.in. w rosnącej popularności tzw. Assessment Days.

Jeszcze do niedawna ścieżka edukacyjna była stosunkowo prosta: dobre oceny, egzamin, miejsce w wybranej szkole. Choć ten model wciąż funkcjonuje, coraz częściej poddawany jest rewizji. Powód jest prosty – świat zmienia się szybciej niż system edukacji, a wiedza bardzo szybko się dezaktualizuje.
Co to oznacza w praktyce? Coraz większe znaczenie mają kompetencje takie jak umiejętność analizy, wyciągania wniosków, adaptacji czy samodzielnego uczenia się. To właśnie dlatego szkoły – szczególnie te działające w modelu międzynarodowym – wprowadzają nowe formy rekrutacji. Jedną z nich są Assessment Days, czyli dni oceny kandydatów, które przypominają bardziej proces poznania ucznia niż tradycyjny egzamin.
Podczas Assessment Days uczniowie rozwiązują zadania problemowe, analizują materiały, pracują z tekstem i mierzą się z nowymi sytuacjami. Liczy się nie tylko poprawna odpowiedź, ale sposób myślenia, podejmowania decyzji i radzenia sobie z wyzwaniami. Takie podejście wywodzi się z systemów edukacyjnych opartych na brytyjskich programach nauczania, takich jak Cambridge czy Pearson Edexcel, które zyskują na znaczeniu również w Polsce.
W Warszawie jedną ze szkół stosujących ten model jest Akademeia High School, która organizuje Assessment Days dla kandydatów na rok szkolny 2026/2027 w dniach 24–25 kwietnia oraz 26-27 maja. 
Co to oznacza dla rodziców i uczniów? Zmiana modelu rekrutacji oznacza również zmianę podejścia do nauki. Coraz mniejsze znaczenie ma zapamiętywanie informacji „pod test”, a większe – rozwijanie umiejętności myślenia, samodzielności i ciekawości świata. Eksperci podkreślają, że to właśnie te kompetencje będą kluczowe w rzeczywistości kształtowanej przez sztuczną inteligencję i dynamiczny rynek pracy.
– W świecie, w którym zmiana stała się codziennością, nie wystarczy już tylko wiedzieć. Trzeba umieć się uczyć, analizować i adaptować. Dlatego w procesie rekrutacji patrzymy szerzej – na potencjał ucznia, a nie tylko jego wyniki – mówi Dr Karolina Watras, Dyrektor Akademeia High School.
Assessment Days są przykładem szerszej zmiany w edukacji – od sprawdzania wiedzy do rozumienia sposobu myślenia ucznia. To kierunek, który coraz wyraźniej łączy świat edukacji z realnymi wymaganiami przyszłości.
Assessment Days dla kandydatów do Akademeia High School na rok szkolny 2026/2027 odbędą się w dniach 24-25 kwietnia oraz 26-27 maja 2026 roku w kampusie szkoły przy ul. Ledóchowskiej 2 w Warszawie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9d79cc3cd2462eab3c0755857be07763,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9d79cc3cd2462eab3c0755857be07763,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648049,rodzice-zazadali-od-niej-alimentow-gdy-byla-mala-oddali-ja-do-domu-dziecka</guid><link>https://natemat.pl/648049,rodzice-zazadali-od-niej-alimentow-gdy-byla-mala-oddali-ja-do-domu-dziecka</link><pubDate>Mon, 20 Apr 2026 18:50:02 +0200</pubDate><title>Rodzice zażądali od niej alimentów. Gdy była mała, oddali ją do domu dziecka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1394a0a4de1ed4b271e5e33cecf65c47,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Miał mnie gdzieś przez całe życie, a teraz chce alimentów" – to zdanie prawnicy często słyszą od dorosłych dzieci, których rodzic nagle przypomina sobie o ich istnieniu. Zazwyczaj takie historie kończą się oddaleniem wniosku przez sąd, ale sprawa komplikuje się, gdy matka lub ojciec, choć w minimalnym stopniu byli w wychowanie potomka zaangażowani. – Obecność w życiu dziecka – nawet ta nieporadna – prawnie "kosztuje" – tłumaczy prawniczka.

Krzyś ma dopiero 7 lat, ale Iwona, jego mama, martwi się już teraz. Co będzie, gdy dorośnie i jego ojciec upomni się o niego? Wieczny lekkoduch – ani pracy, ani mieszkania, ani ubezpieczenia. 
Iwona pamięta, jak jeszcze mieszkali razem i wyciągała ze skrzynki upomnienia o zapłacie, windykacje i ponaglenia. Zawsze mocno biło jej serce, drżały ręce.
Byli razem, więc wszystko szło na pół. Jeszcze go wtedy jakoś pilnowała. Potem pokazała mu drzwi. Nie miała już sił na dwójkę dzieci.
Ani z niego partner, ani życiowe oparcie.
Ale ojcem jest dobrym, kocha Krzysia tak jak umie – tak przynajmniej powtarza.
Dlatego nie ciągali się po sądach, nie wyszarpywali od siebie chłopca. Krzyś jest trochę u taty. Teraz spędzał z nim część Wielkanocy. Lubią się, dobrze spędzają razem czas.
Ale jego ojciec jest wiecznie bez grosza przy duszy. Z Krzysiem chodzą po lesie, smażą naleśniki, zapisują się na warsztaty biblioteczne. Nigdy nie zabrał Krzysia nawet na pizzę. Butów też mu nie kupił.
Iwona nie ma pretensji. Wiedziała, na co się pisze. To właśnie ta jego beztroska i niezależność ją dziesięć lat temu uwiodła. 
Więc kiedy po rozstaniu płakał, że nie ma pieniędzy na alimenty, powiedziała: "Nie płać, ale zajmuj się Krzysiem na równi ze mną".
"Syn potrzebuje ojca" – tłumaczyła sobie.
Ale Krzyś rośnie. Jego ojciec ma swoje lata, późno doczekał się dziecka. To jego jedyne. Co będzie, gdy Krzyś stanie się pełnoletni, a ojciec bezradnie rozłoży ręce, że nie ma ani gdzie mieszkać, ani za co żyć? 
W ciągu pół roku potrafił sześć razy zmienić pracę. Dziś jest jeszcze gorzej – pracuje tylko sezonowo. Oczywiście na czarno. Iwona wie, że nie będzie miał emerytury.
I wtedy wyobraża sobie, że cała opieka nad nim spadnie na Krzysia. Że to Krzyś, kiedy dorośnie, będzie musiał płacić alimenty na swojego ojca, mimo że ten nie zobaczył od niego nigdy ani grosza. 
Co będzie, jeśli ojciec Krzysia zachoruje? Albo ulegnie wypadkowi? Oczywiście Iwona wie, że to wszystko może przytrafić się także jej, ale ma większe szanse poradzić sobie sama, bo od lat pracuje na etacie.
W polskim systemie prawnym pomoc rodzinna to nie tylko dobra wola, ale konkretny obowiązek. Artykuł 128 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego jasno wskazuje, że alimenty działają w obie strony. W praktyce oznacza to, że jeśli rodzic znajdzie się w tzw. niedostatku – czyli po prostu nie ma z czego żyć – ciężar jego utrzymania może spaść na barki dorosłych dzieci.
W praktyce obowiązek alimentacyjny wobec rodzica może pojawić się w różnych sytuacjach życiowych. Najczęściej dotyczy to przypadków, w których rodzic nie jest w stanie samodzielnie się utrzymać. Może to wynikać z podeszłego wieku, choroby albo innych okoliczności, które uniemożliwiają podjęcie pracy i zapewnienie sobie środków na podstawowe potrzeby.
Taki obowiązek jest szczególnie prawdopodobny, gdy rodzic nie ma nikogo innego, kto mógłby go wesprzeć – na przykład współmałżonka, partnera czy innych dzieci. Wówczas ciężar pomocy finansowej może spocząć na jedynym dziecku.
Alimenty na rodzica? On na nie nie zasłużył
Zdarza się również, że rodzic przez długi czas radził sobie sam, ale jego sytuacja nagle się pogorszyła. Utrata pracy, poważna choroba czy wypadek mogą sprawić, że z dnia na dzień traci on możliwość zarabiania i popada w trudności finansowe.
Mama 20-letniego Wiktora też się o to martwi. Jest dumna, bo syna wychowała sama, bez niczyjej pomocy. Ojciec Wiktora stwierdził, że "potrzebuje wolności", kiedy ten miał zaledwie dwa tygodnie. Płacił na niego najniższe alimenty, bo tak zdecydował sąd. 
Dwa razy w życiu zadzwonił do syna, lekko pijany. 
– Syn skończył technikum i od razu poszedł do pracy. Ma dziewczynę. Jeszcze mieszka ze mną, ale mówią, że chcą za parę miesięcy razem zamieszkać. Boję się tego momentu, kiedy "tatuś" Wiktora sobie o nim przypomni. Podobno gdzieś tam pracował, ale z tego, co wiem, miał wieczne problemy z pieniędzmi – opowiada mama Wiktora. 
Ojciec Wiktora pracuje, ale prawo mówi jasno: nawet otrzymywanie emerytury lub renty nie zawsze wyklucza obowiązek alimentacyjny. Jeśli świadczenia te są zbyt niskie, by pokryć wszystkie niezbędne wydatki, sąd może uznać, że dziecko powinno pomóc i uzupełnić brakujące środki.
Nic dziwnego, że gdy wpisuje się w wyszukiwarkę hasło "alimenty na rodziców", jedną z najczęściej pojawiających się fraz jest: "jak uniknąć".
"Czy moi rodzice mogą kiedyś zażądać ode mnie alimentów?" – zastanawia się jedna z kobiet na forum. I nie ukrywa, że ten temat nie daje jej spokoju od lat.
Na wszelki wypadek zdecydowała się nawet na rozdzielność majątkową z mężem. Formalnie nie ma na siebie żadnego majątku. Ale planują wspólną nieruchomość. I co wtedy?
Najbardziej przeraża ją wizja sprawy w sądzie. Jeśli rodzice złożą pozew, czy to ona będzie musiała udowadniać, że nie ma z czego ich utrzymywać? A może będzie zmuszona tłumaczyć, dlaczego w ogóle nie chce tego robić?
Bo powodów jej nie brakuje. Rodzice są uzależnieni od alkoholu, od dwóch lat nie mają z nią kontaktu. Sama przez tę relację leczyła się na depresję.
"Czy będę musiała to wszystko wyciągać przed sądem?" – pyta. Zastanawia się, czy konieczne będzie powoływanie świadków – siostry, sąsiadów. 
Tyle że siostra raczej nie stanie przeciwko rodzicom, a reakcja sąsiadów to wielka niewiadoma. Dochodzi jeszcze kwestia dokumentacji medycznej i opowiadania o sprawach, które najchętniej zostawiłaby za sobą.
Z jednej strony słyszała, że takie pozwy bywają oddalane. Z drugiej – sytuacja w jej rodzinie się pogarsza. Matka ma coraz większe problemy w pracy i niewykluczone, że wkrótce ją straci.
I właśnie wtedy ten lęk wraca najmocniej: czy pewnego dnia naprawdę będzie musiała odpowiadać za rodziców, którzy nigdy nie dali jej poczucia bezpieczeństwa?
Ciąg dalszy poniżej
W odpowiedzi na podobne obawy inna użytkowniczka przytoczyła historię swojej koleżanki – jeszcze trudniejszą.
Dziewczyna razem z siostrą trafiła do domu dziecka z powodu alkoholizmu rodziców. Ostatecznie opiekę nad nimi przejęła babcia i to ona je wychowała. Z biologicznymi rodzicami praktycznie nie miała kontaktu.
Kiedy babcia zmarła, została właściwie sama. Mieszkała w internacie i – jak wspomina jej znajoma – bała się nawet przechodzić z klasy do klasy, bo nie wiedziała, skąd weźmie pieniądze na nowe podręczniki.
Gdy w końcu zaczęła pracować, wydarzyło się coś, czego najbardziej się obawiała – rodzice wystąpili przeciwko niej o alimenty.
Sprawa trafiła do sądu, ale pozew został oddalony.
Ale czy tak jest zawsze?
Prawniczka: Czasami dziecko musi płacić alimenty na rodzica 
Wyobraźmy sobie sytuację: ojciec znika, gdy dziecko ma zaledwie miesiąc. Przez kilkadziesiąt lat nie utrzymuje z nim żadnego kontaktu. Po 30 latach nagle się odzywa. Jest schorowany, mieszka w domu pomocy społecznej i potrzebuje pieniędzy. Czy dorosłe już dziecko ma obowiązek go utrzymywać?
– Niestety, odpowiedź brzmi: tak – mówi mec. Marta Sochacka.– Jeśli ojciec figuruje w dokumentach, ma prawo wystąpić o alimenty. Co więcej, jeśli przebywa w domu pomocy społecznej, sama placówka może dochodzić od dziecka opłat za jego pobyt.
To rozwiązanie wielu osobom wydaje się niesprawiedliwe – i często takie właśnie jest odbierane. Czy nie ma żadnego odstępstwa i musimy utrzymywać rodzica, który przez całe swoje nasze życie nie pomyślał o nas nawet przez chwilę?
Przepisy przewidują w takich przypadkach pewną "furtkę".
– W sądzie możemy powołać się na zasady współżycia społecznego – tłumaczy ekspertka. – To bardzo silny argument. Można wskazać, że rodzic przez całe życie nie wywiązywał się ze swoich obowiązków: nie utrzymywał dziecka, nie uczestniczył w jego wychowaniu. Sąd bierze to pod uwagę i może uznać, że żądanie alimentów jest w takiej sytuacji niezasadne.
Kluczowe okazują się jednak dowody – i to zbierane znacznie wcześniej, niż mogłoby się wydawać. Prawniczka radzi, aby nie czekać z założonymi rękami. Paradoksalnie, najlepszą obroną przed alimentami na rodzica w przyszłości, jest walka o alimenty na dziecko dzisiaj. 
– Wiele matek rezygnuje z walki o wyższe alimenty, bo ojciec i tak nie płaci. To błąd – podkreśla mec. Marta Sochacka. – Nie chodzi wyłącznie o pieniądze tu i teraz, tylko o dokumentację. Jeśli dług alimentacyjny rośnie przez lata, to w przyszłości jest to potężny argument w sądzie. Można wtedy jasno pokazać: ten człowiek był ojcem tylko z nazwy, bo faktycznie był dłużnikiem dziecka.
Podobną rolę mogą odegrać inne formalne rozstrzygnięcia, jak np. pozbawienie władzy rodzicielskiej. Każdy taki "papier" może po latach zadecydować o wyniku sprawy.
Sytuacja komplikuje się jednak, gdy rodzic – mimo swoich wad – był obecny w życiu dziecka. Jedna z bohaterek obawia się, że jej syn w przyszłości będzie musiał utrzymywać ojca, który nigdy nie miał stałej pracy ani ubezpieczenia. Choć zajmuje się dzieckiem na swój sposób, nie łoży na jego utrzymanie.
– Jeśli ojciec utrzymywał kontakt, nawet nieregularny, odbierał dziecko ze szkoły czy spędzał z nim czas, to trudniej będzie wykazać, że nie wywiązywał się z obowiązków – wyjaśnia prawniczka. – W takich przypadkach argument o zasadach współżycia społecznego może nie wystarczyć. Sąd może uznać, że ojciec był, jaki był, ale dzieckiem się zajmował, więc teraz dziecko ma obowiązek mu pomóc. Obecność w życiu dziecka – nawet ta nieporadna – prawnie "kosztuje".
Mec. Marta Sochacka rozwiewa też obawy dotyczące długów – bo w wielu takich przypadkach wychodzi na jaw, że rodzic, który zniknął z życia dziecka, zostawił po sobie także finansowy bałagan. 
Jak mówi w rozmowie z naTemat, za życia rodzica, dziecko nie odpowiada za jego kredyty czy chwilówki. Problem pojawia się dopiero w momencie dziedziczenia, ale i tu sprawa jest prosta: – Spadek można po prostu odrzucić. Wtedy te wszystkie "duchy" przeszłości na nas nie przechodzą.
Na koniec najważniejsza rada: jeśli taki rodzic nagle dzwoni i żąda pieniędzy, nie mamy obowiązku robić nic.
– Sam telefon do niczego nas nie obliguje –  mówi prawniczka. – Dopóki nie ma pozwu a tak naprawdę i prawomocnego wyroku sądu, nie musimy płacić ani grosza. A sędzia, zanim wyda wyrok, sprawdzi nie tylko potrzeby rodzica, ale też naszą sytuację: czy mamy własne dzieci, kredyty i czy po prostu nas na to stać.
Jak mówi dalej, wizja, że rodzic nagle zażąda połowy pensji, jest przesadzona.
– Sąd zawsze bada możliwości finansowe dziecka: jego dochody, koszty życia, zobowiązania czy fakt posiadania własnej rodziny. Zasądzane kwoty zazwyczaj nie są wysokie – uspokaja ekspertka.
I choć takie historie budzą duże emocje, w praktyce nie są częste. Sprawy, w których to rodzice pozywają dzieci o alimenty, stanowią niewielki odsetek wszystkich postępowań.
Ostatecznie więc prawo daje rodzicom narzędzia, by domagać się wsparcia, ale jednocześnie pozostawia sądom przestrzeń do oceny, czy w konkretnym przypadku jest to po prostu sprawiedliwe.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1394a0a4de1ed4b271e5e33cecf65c47,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1394a0a4de1ed4b271e5e33cecf65c47,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Alimenty na rodziców? Prawniczka wyjaśnia, kiedy się należą</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/649576,kierunek-dla-tych-ktorzy-chca-zmieniac-swiat-veritas-iustitia-et-lex</guid><link>https://natemat.pl/649576,kierunek-dla-tych-ktorzy-chca-zmieniac-swiat-veritas-iustitia-et-lex</link><pubDate>Fri, 17 Apr 2026 09:05:02 +0200</pubDate><title>Kierunek dla tych, którzy chcą zmieniać świat. Veritas, Iustitia et Lex</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/8136b399c14e934a47f7b5a120f0254f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Prawo od wieków stanowi filar ładu społecznego. Chociaż zmieniało się na przestrzeni epok, wciąż przyświeca mu ten sam cel: zapewnienie porządku społecznego, sprawiedliwości, ochrona interesu jednostki oraz społeczeństwa.  Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego w swojej kampanii Pro Lex Optima pokazuje, że wybierając studia prawnicze, kształtujesz przyszłość – swoją i innych.

Studia z prawa – kompetencje dla ambitnych
Dziś prawo to nieodłączny element funkcjonowania każdej dziedziny życia, a poznanie jego zasad to zrozumienie, w jaki sposób kształtuje ono rzeczywistość. Kandydaci, którzy decydują się na ten kierunek, studiują w ramach ciągłego cyklu kształcenia trwającego pięć lat. Pominięcie etapu licencjackiego nie jest zabiegiem przypadkowym – pozwala krok po kroku, od podstaw do specjalistycznych zagadnień wybranej gałęzi prawa, przygotować się do rozpoczęcia aplikacji prawniczej.
Kompetencje zdobywane podczas studiów prawniczych można określić mianem „specjalistycznych”, gdyż rzadko spotyka się je wśród absolwentów innych kierunków. Jak podaje raport „Studenci prawa w Polsce 2025” przygotowany przez Europejskie Stowarzyszenie Studentów Prawa, przydatnymi umiejętnościami w zawodzie prawnika są: analityczne myślenie, pisanie pism procesowych, skuteczne komunikowanie się, autoprezentacja, umiejętność rozwiązywania problemów, przemawianie publiczne i negocjacje. Większość z nich zdobywa się w toku studiów, a następnie ugruntowuje już podczas praktyki prawniczej.
Możliwości zawodowe po prawie
Ukończenie jednolitych studiów magisterskich z zakresu prawa otwiera drogę do aplikacji prawniczej, która jest niezbędna w zawodach m.in. takich jak: adwokat, radca prawny, sędzia, notariusz, prokurator i komornik sądowy. 
Celem aplikacji jest przygotowanie absolwenta do samodzielnego, należytego pełnienia obowiązków charakterystycznych dla wybranego zawodu:
Adwokat – reprezentuje obywateli przed sądami i organami administracji publicznej, udziela porad prawnych, sporządza opinie i opracowuje pisma procesowe. W swojej pracy stoi na straży praw jednostki, zasad sprawiedliwości i równości wobec prawa.
Radca prawny – pełni funkcję doradczą i reprezentacyjną, głównie wobec przedsiębiorców, instytucji publicznych i samorządowych. Czuwa nad prawidłowością działań prawnych, przygotowuje umowy, prowadzi postępowania sądowe i administracyjne.
Sędzia – jest uosobieniem autorytetu prawa i niezawisłości wymiaru sprawiedliwości. Rozstrzyga spory, wydaje wyroki i czuwa nad przestrzeganiem norm prawnych w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Jego orzeczenia mają moc kształtowania porządku społecznego, dlatego zawód ten wymaga najwyższych standardów etycznych, bezstronności i odwagi w podejmowaniu decyzji.
Prokurator – reprezentuje interes publiczny i państwo w postępowaniach karnych. Nadzoruje śledztwa, wnosi oskarżenia, dba o to, by sprawcy przestępstw zostali pociągnięci do odpowiedzialności, a prawa ofiar – należycie chronione.
Notariusz – pełni funkcję zaufania publicznego, sporządzając akty notarialne i inne czynności, którym strony pragną nadać formę urzędową. Czuwa nad bezpieczeństwem prawnym obrotu cywilnoprawnego, gwarantując, że czynności prawne są zgodne z obowiązującymi przepisami.
Komornik sądowy – wykonuje orzeczenia sądowe i inne tytuły wykonawcze, zapewniając egzekwowanie prawa w praktyce. Jego działania przywracają równowagę pomiędzy stronami stosunku prawnego, gwarantując poszanowanie wyroków sądowych.


Na straży prawa i porządku publicznego – co cechuje współczesnych prawników?
Przyszły absolwent prawa powinien być z natury komunikatywny, dociekliwy, mieć analityczny umysł i posiadać naturalną zdolność do wyjaśniania zawiłych pojęć i upraszczania trudnych definicji. Dobrym nawykiem każdej osoby związanej z prawniczym zawodem jest także niezwykła skrupulatność i dbałość o detale, gdyż nawet najmniejsze błędy w pismach i dokumentacji mogą zaszkodzić prowadzonej sprawie.
Absolwenci, którzy decydują się na karierę prawniczą to profesjonaliści, dla których etyka zawodowa stoi na pierwszym miejscu. W sądach przyjmują rolę reprezentantów stron, dlatego ich obowiązkiem jest działanie w najlepszym interesie klienta oraz zachowanie tajemnicy zawodowej. W końcu dobry prawnik to taki, który z pasją i zaangażowaniem wykonuje swój zawód. Nie bez przyczyny określa się go zawodem zaufania publicznego. Cechuje go empatia i współczucie – szczególnie w sytuacjach, gdy klienci doświadczają silnych emocji. Prawnicy stojący na straży prawdy i ich interesów, zapewniają wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.
Pro Lex Optima w uczelni z ponad 20-letnim doświadczeniem
Prawo, jak wynika z „Informacji o wynikach rekrutacji na studia na rok akademicki 2024/2025 w uczelniach nadzorowanych przez Ministra Nauki” znajduje się w TOP 5 najpopularniejszych studiów wybieranych przez kandydatów. 
Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego w ramach inicjatywy Pro Lex Optima zaprasza do studiowania prawa, które daje narzędzia, by odmieniać ludzkie życie. Kształcenie w ramach jednolitych studiów magisterskich trwa 5 lat i odbywa się z wykorzystaniem metod i technik nauki na odległość.
Za materiały dydaktyczne dostępne na platformie online odpowiada kadra wykładowców i praktyków z renomowanych polskich i zagranicznych uczelni. To m.in. profesorowie i doktorzy prawa z imponującym dorobkiem naukowym oraz autorzy wielu publikacji naukowych.
Zastanawiasz się, kiedy możesz zapisać się na studia? Wystarczy, że wejdziesz na stronę studia-online.pl i sprawdzisz wybrane studia prawnicze. Jeśli przy ich nazwie znajduje się informacja o otwartej rekrutacji – możesz zapisać się od razu. Zawalcz o swoją przyszłość i zawód, który docenia społeczeństwo!


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/8136b399c14e934a47f7b5a120f0254f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/8136b399c14e934a47f7b5a120f0254f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648634,bez-barier-i-bez-alibi-dlaczego-brak-zasiegu-to-dzis-naprawde-kiepska-wymowka</guid><link>https://natemat.pl/648634,bez-barier-i-bez-alibi-dlaczego-brak-zasiegu-to-dzis-naprawde-kiepska-wymowka</link><pubDate>Tue, 14 Apr 2026 17:11:06 +0200</pubDate><title>Bez barier i bez alibi. Dlaczego brak zasięgu to dziś naprawdę kiepska wymówka?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/38117cab29c47e2012411996358ce1dc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Szukacie wymówek, by nie odpisać lub nie oddzwonić? Wiele o tym niedobrym nawyku można powiedzieć, ale jedno jest pewne – nie tłumaczcie się słabym zasięgiem czy brakiem internetu. Jak przekonuje najnowsza kampania T-Mobile, w dzisiejszych czasach technologiczne bariery to naprawdę kiepskie alibi.

Kiedy widzimy na ekranie telefonu numer osoby, której np. coś obiecaliśmy, a jeszcze nie wywiązaliśmy się z danego słowa, albo dostajemy SMS-a z kłopotliwym pytaniem, często odkładamy kontakt na później, a następnie szukamy jakieś wygodnej wymówki tłumaczącej brak szybkiej reakcji. Bo nie chcemy przyznać się do prawdy, jaką może być np. lęk, poczucie wstydu, zaniechanie czy popełniony błąd.
Za jakimi wymówkami próbujemy się najczęściej schować? A to telefon zostawiliśmy w innym pokoju i umknął nam komunikat o nieodebranym połączeniu. Albo odczytaliśmy wiadomość, ale akurat coś pilnego nam wpadło i odpisanie na SMS wyleciało nam z głowy. Niekiedy próbujemy "wykręcać się" zerwanym połączeniem, słabym zasięgiem sieci albo wolnym internetem mobilnym.
Choć uciekanie się do wymówek nie jest w ogóle dobrą metodą budowania relacji, które powinny opierać się na szczerości, to już powoływanie się na argument zawodnej technologii telekomunikacyjnej nie brzmi ani wiarygodnie, ani sensownie. Przynajmniej w erze 5G i jak przekonuje T-Mobile, w ich sieci, o której szybkości niedającej podstawy do wymówek opowiada kolejna odsłona kampanii #BurzymyBariery.
#BurzymyBariery – "Bądźmy szczerzy bez wymówek"
Przypomnijmy – w lutym 2025 roku T-Mobile wystartował z kampanią #BurzymyBariery. W jej ramach magentowy operator zwraca uwagę na potrzebę przełamywania barier komunikacyjnych, sąsiedzkich oraz międzyludzkich w naszym społeczeństwie. W ich burzeniu ma za sojusznika nie tylko znanego piosenkarza Dawida Podsiadło, który został ambasadorem całej akcji, ale także nowoczesne technologie.
Logika podpowiada, że skoro technologia pomaga w nawiązywaniu kontaktów w nawet najbardziej problematycznych okolicznościach, to czy może być ona wymówką, aby uniknąć zdalnej rozmowy? Żadna wymówka nie jest dobra, ale ta technologiczna – jak zaznacza T-Mobile – dodatkowo nie ma po prostu dzisiaj racji bytu. Może kiedyś, gdy słaby zasięg, opóźnienia albo brak internetu były na porządku dziennym.
Dlatego najnowsza odsłona kampanii #BurzymyBariery zwraca się do wszystkich z ludzkim przesłaniem: "Bądźmy szczerzy bez wymówek". Zamiast uciekać od rozmowy czy odkładać odpowiedzi, róbmy użytek z technologii, by skracać dystans między nami i "Postawmy na szczerość". Kto wie, może się pozytywnie zaskoczymy? A bariery? Tych mamy już potąd, po co więc dokładać kolejną, która i tak nie ma sensu?

                    
                – Przez lata zerwane połączenia i słaby sygnał dawały nam wygodne alibi: by nie odpisać, nie odebrać, nie być szczerym wobec innych. Dlatego w naszej najnowszej kampanii mówimy jasno: skoro nasza technologia nie zawodzi, czas zburzyć bariery między nami. Technologia nie może być więcej wymówką – komentuje Maximiliano Bellassai, członek zarządu ds. B2C w T-Mobile Polska.
W ramach kolejnego etapu kampanii o łamaniu barier przygotowano dwa nowe spoty, tym razem z wątkiem o wymówkach. Występujący w nich Dawid Podsiadło, ambasador T-Mobile i twarz akcji #BurzymyBariery, obserwuje i w swoim stylu komentuje codzienne sytuacje, w których technologia przez lata była wygodną wymówką, ale teraz ludzie nie mogą się nią zasłaniać przez... niezawodną sieć T-Mobile.
Twarde dowody na bezsens techwymówek
Przekaz kampanii, który głosi, że sieć ma moc zbliżania ludzi bez barier i bez technologicznych wymówek, brzmi bez wątpienia pozytywnie i zachęcająco. Jednak osoby z nieco bardziej sceptycznym nastawieniem do życia mają prawo zapytać: a czy są na to jakieś dowody? Spodziewając się takiego pytania, T-Mobile sięgnął po twarde dane, którymi dzieli się w komunikatach wokół nowych filmików z cyklu #BurzymyBariery.   
Magentowy operator podkreśla, że wielokrotnie był nagradzany za najszybszą sieć mobilną w Polsce. Powołuje się m.in. na ostatnie rankingi Speedtest.pl, serwisu służącego do pomiaru prędkości łącza internetowego, który uznał go za dostawcę najszybszego internetu mobilnego i internetu 5G za 2025 rok.
Kolejny niezależny test, który ma potwierdzać przewagę magentowej sieci pod względem prędkości internetu mobilnego, to badanie Ookla, jednego z globalnych liderów w testowaniu prędkości i jakości połączeń internetowych. Na podstawie danych Speedtest Intelligence za II półrocze 2025 r., przyznał on dostawcy usług z literką T w logo dwa tytuły: "Najlepsza sieć mobilna" i "Najszybsza sieć mobilna" w Polsce.
Jeśli ktoś dalej nie dowierza, może się o tym przekonać w ramach bezpłatnego testu. T-Mobile oferuje niedowiarkom możliwość sprawdzenia swojej sieci mobilnej przez 30 dni bez zobowiązań. Program Gwarancja Satysfakcji z Sieci przewiduje, że w tym czasie każdy/a może odstąpić od umowy na abonament komórkowy oraz od umowy sprzedaży bez podawania przyczyny, a więc i bez... wymówek.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/38117cab29c47e2012411996358ce1dc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/38117cab29c47e2012411996358ce1dc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W nowej kampanii T-Mobile mówi: koniec z wymówkami!</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648676,pracownicy-dziela-sie-na-trzy-grupy-ty-i-twoj-szef-powinniscie-wiedziec-do-ktorej-nalezysz</guid><link>https://natemat.pl/648676,pracownicy-dziela-sie-na-trzy-grupy-ty-i-twoj-szef-powinniscie-wiedziec-do-ktorej-nalezysz</link><pubDate>Mon, 13 Apr 2026 07:08:02 +0200</pubDate><title>Pracownicy dzielą się na trzy grupy. Ty i twój szef powinniście wiedzieć, do której należysz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0c1e267f851d18693d9dfb60a9cc0bf3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jedynie 7 proc. Polaków angażuje się w swoją pracę. – W systemie dominuje narracja, że zaangażowanie jest dla pracodawcy – i stąd ten lament nad niskimi wskaźnikami w Polsce. W rzeczywistości zaangażowanie jest równie korzystne dla samego człowieka. Kiedy chcemy coś robić, kiedy zadania nas pochłaniają i są interesujące, czas płynie szybciej, a my mamy poczucie dobrze wykorzystanego dnia. Nie odliczamy minut do godziny 16:00. I rozkwitamy – przekonuje dr Malwina Puchalska-Kamińska, psycholożka, trenerka biznesu i wykładowczyni z USWPS.

Aleksandra Tchórzewska: Z najnowszego raportu Instytutu Gallupa "State of the Global Workplace 2026" wynika, że zaangażowanie pracowników na świecie spada drugi rok z rzędu i osiągnęło najniższy poziom od czasów pandemii. Dane dla naszego kraju są jeszcze bardziej uderzające: w Polsce jedynie 7 proc. pracowników deklaruje zaangażowanie, podczas gdy średnia europejska wynosi 12 proc., a światowa 20 proc. Czy my, Polacy, po prostu nie lubimy pracować, czy może zawodzi system? A może robienie tylko tyle, ile trzeba, i szybki powrót do domu jest po prostu słuszne?
dr Malwina Puchalska-Kamińska, psycholożka, trenerka biznesu: Odpowiem z perspektywy psycholożki pracy. Socjologowie mogą patrzeć na to inaczej, nas jednak bardziej interesuje jednostka i konkretna organizacja niż globalne trendy.
Mam spore zastrzeżenia do samej metodologii tych badań. Trudno uznać za w pełni miarodajne badanie, w którym Instytut Gallupa dzwoni do około tysiąca losowo wybranych osób w danym kraju i na podstawie dwunastu pytań wyciąga średnią dla całego narodu. To bardzo duże uproszczenie złożonego zjawiska, silnie zależnego od kontekstu pracy, branży i kultury organizacyjnej.
Dlatego z perspektywy psychologicznej istotniejsza jest sytuacja w konkretnych firmach. Są organizacje, w których ludzie uwielbiają swoją pracę, oraz zawody społecznie doceniane, gdzie zaangażowanie jest naturalnie wysokie. Są też jednak miejsca, w których niski poziom zaangażowania stanowi normę. Uważam, że lepiej analizować konkretne środowiska, niż wrzucać wszystkich do jednego worka. Jeśli zmieszamy osoby o skrajnie różnym wykształceniu i profesjach, otrzymana liczba niewiele nam powie.
Dodatkowo pytania Gallupa są silnie osadzone w kulturze amerykańskiej. 
Czyli nie sprawdzą się lokalnie? 
Podam przykład. W badaniu pada pytanie o to, czy ma się w pracy przyjaciela. W Polsce posiadanie przyjaciela w miejscu pracy nie jest kluczowym wskaźnikiem zaangażowania – przyjaciół zazwyczaj znajdujemy w innych kontekstach. 
Nie bez znaczenia jest też nasza specyfika kulturowa – w Polsce silnie zakorzenione jest narzekanie. Badania pokazują, że odpowiedzi zależą nie tylko od stanu faktycznego, ale też od kulturowego podejścia do samego procesu odpowiadania. Panuje u nas przekonanie, że jeśli powiemy, że jest dobrze, to zaraz może się coś popsuć. Często też bycie krytycznym utożsamiamy z inteligencją lub wyższym statusem. To sprawia, że polskie wyniki mogą być niższe niż w innych krajach.
Ponadto Instytut Gallupa bada parametry pracy, a nie to, co w psychologii jest kluczowe: czy masz energię, chęć i motywację do działania? Czy praca cię pochłania? To pytania o samopoczucie i samoocenę, na których Gallup się nie skupia.
Nawet jeśli przyjmiemy, że statystyczny Kowalski nie jest zaangażowany w swoją pracę – czy to rzeczywiście coś złego?
Tu wracamy do definicji. Gallup bada raczej predyktory zaangażowania, czyli czynniki, które mają na nie wpływać. Jeśli jednak zdefiniujemy zaangażowanie jako energię i chęć do działania, to jego niski poziom staje się problemem. Taki pracownik szybciej się zniechęca i ma mniejszą motywację do nauki, a współczesny świat wymaga od nas ciągłej aktualizacji wiedzy. To ostatecznie przekłada się na niższą jakość pracy.
Musimy jednak przestać błędnie utożsamiać człowieka zaangażowanego z kimś, kto pracuje ponad siły, zostaje po godzinach i bierze na siebie każdy projekt. Zaangażowanie to sytuacja, w której praca nas interesuje i mamy motywację, by rzetelnie ją wykonywać. To nie jest stan zero-jedynkowy, lecz proces bardzo płynny.
Kiedyś praca definiowała tożsamość. Nasi dziadkowie byli dumni z 40-letniego stażu w jednym zakładzie. Dziś firmy zmieniamy co kilka lat, a młodsze pokolenia mówią wprost: "To tylko praca". Czy ten brak przywiązania to zdrowa zmiana?
To przede wszystkim wymóg współczesności. Przy obecnej dynamice rynku trudno oczekiwać innej postawy. Co ciekawe, obserwuję, że osoby, które od dekady pracują w jednym miejscu, zaczynają mieć wątpliwości, czy wszystko z nimi w porządku – nawet jeśli czują się tam dobrze. To po prostu znak naszych czasów.
Ważne jest rozróżnienie dwóch pojęć: zaangażowania i przywiązania do organizacji. Zaangażowanie to energia do działania, a przywiązanie – chęć pozostania w danej firmie. Tutaj widać wyraźne różnice kulturowe. W krajach azjatyckich przywiązanie jest kluczowe. 
My natomiast coraz bardziej przynależymy do zachodniej kultury indywidualistycznej, w której stawiamy na samorozwój, autonomię i sprawczość. Wybieramy te miejsca, które pozwalają nam się realizować, a nie te, w których "wypada" być z poczucia lojalności.
Usłyszałam niedawno opinię, że praca zdalna zabija lojalność i chęć starań, bo firma może zwolnić pracownika w każdej chwili, nawet bez włączania kamerki. Czy brak bezpośrednich relacji sprawia, że angażujemy się mniej?
Na LinkedInie krążą wręcz historie o tym, jak nieludzkie potrafią być te procesy. To pokazuje, do jakiego stopnia człowiek bywa sprowadzany do statystyki.
Relacje natomiast mają fundamentalny wpływ na zaangażowanie. Gdy ich brakuje, znika kluczowy czynnik wzmacniający. Badania pokazują, że nawet jeśli praca sama w sobie nie jest wysoko oceniana, dobre relacje w zespole potrafią zatrzymać pracownika w firmie na dłużej. Ludzie obawiają się, że w nowym miejscu nie zbudują równie wspierającej sieci kontaktów.
W dobie pracy zdalnej i zespołów międzynarodowych pojawia się poczucie anonimowości. Pracownicy, zwłaszcza w dużych korporacjach, mają świadomość, że są jedynie "punktem w tabelce". Wiedzą, że w momencie optymalizacji kosztów zostaną ocenieni wyłącznie przez pryzmat statystyk, co naturalnie osłabia ich więź z pracodawcą.
To może nie warto się angażować, skoro w poniedziałek może nas już nie być? Dla kogo właściwie się angażujemy?
To nie jest głupie pytanie. W systemie dominuje narracja, że zaangażowanie jest dla pracodawcy – i stąd ten lament nad niskimi wskaźnikami w Polsce.
W rzeczywistości zaangażowanie jest równie korzystne dla samego człowieka. Kiedy chcemy coś robić, kiedy zadania nas pochłaniają i są interesujące, czas płynie szybciej, a my mamy poczucie dobrze wykorzystanego dnia. Nie odliczamy minut do godziny 16:00 czy 17:00.
Dbając o zaangażowanie, dbamy o własny nastrój i rozwój. Zwiększamy też swoje szanse na znalezienie nowej pracy, bo nie doprowadzamy do zawodowego "zwiędnięcia". W psychologii używa się terminu flourishing (rozkwit) – to stan, w którym czujemy, że możemy się rozwijać, działać produktywnie i realizować swoje cele. 
To po prostu przyjemne i zdrowe doświadczenie.
Czytałam też o tak zwanym "cichym odchodzeniu" – quiet quitting. Czy to tylko inna forma braku zaangażowania, czy coś głębszego?
To zjawisko polegające na tym, że przestajemy się angażować i po prostu czekamy, aż nas zwolnią. 
Zyskało ono na sile w Stanach Zjednoczonych podczas pandemii. Choć nie analizowałam go szczegółowo, często spotykam się z osobami prezentującymi taką postawę. Zazwyczaj wynika ona z tego, że praca przestała dawać poczucie sensu – a to coś innego niż samo zaangażowanie.
Na pewnym etapie ludzie odkrywają, że to, co robią, nie jest spójne z ich wartościami albo że spełnienie znajdują w innych obszarach życia. Wtedy zaczynają traktować pracę jako konieczność i sprawdzają, co się stanie, gdy ograniczą wysiłek do minimum.
Czasem okazuje się, że taka strategia pozwala dalej funkcjonować w firmie. 
Innym razem kończy się to zwolnieniem. Brak zaangażowania prowadzi do stopniowego wycofywania się.
To jednak złożony problem, bo praca wpływa na całe nasze życie. Trudno wyobrazić sobie osobę, która ma w pełni satysfakcjonujące życie prywatne, a jednocześnie przez 40 godzin tygodniowo przebywa w miejscu, którego szczerze nie lubi i które ją wyczerpuje. Te sfery są ze sobą nierozerwalnie powiązane.
Z drugiej strony mówi się, że współcześni pracownicy korporacji są skrajnie zmęczeni. Przecież nie pracujemy w kamieniołomach. Co nas tak męczy?
Przyczyny podzieliłabym na stresory zawodowe i pozazawodowe. Świat stał się niezwykle wymagający – mamy do czynienia z licznymi konfliktami i bardzo szybkim rozwojem technologii. W kontekście pracy obciąża nas konieczność ciągłego uczenia się i dostosowywania. 
Rozwój sztucznej inteligencji wiele ułatwił, ale jednocześnie podniósł poprzeczkę. Nie możemy już przywiązywać się do sprawdzonych rozwiązań, bo modele biznesowe zmieniają się bardzo szybko.
Wśród pracowników umysłowych widzę nieustanne parcie do przodu. Brakuje momentu, w którym można powiedzieć: "jest dobrze". Trzeba być w ciągłej gotowości, a to jest bardzo wyczerpujące.
Do tego dochodzą czynniki pozazawodowe. Technologie sprawiają, że jesteśmy przebodźcowani i nie potrafimy się regenerować. Zamiast odpoczywać, sięgamy po media społecznościowe. 
Staramy się też spełniać rosnące oczekiwania – jako pracownicy, rodzice czy partnerzy. Doba ma swoje ograniczenia, a wiele osób żyje w permanentnym poczuciu niewystarczalności – zarówno siebie, jak i swojego czasu.
Dalsza część tekstu poniżej
Jedni uważają, że praca to tylko usługa – ja daję czas, ktoś płaci, nic więcej. Drudzy nie wyobrażają sobie pracy bez pasji. Czy ci pierwsi mają zdrowsze podejście, czy są po prostu mniej zaangażowani?
Jest jeszcze trzecia grupa. Ciekawe światło rzucają na to badania Amy Wrzesniewski z Yale i jej zespołu, które pokazują trzy główne podejścia do pracy.
Pierwsza to orientacja na "robotę" – pracuję, bo muszę zarabiać na życie. Druga to orientacja na karierę – praca służy wspinaniu się w hierarchii i budowaniu pozycji. Trzecia to orientacja na misję – takie osoby czują, że ich praca wnosi coś dobrego do świata i jest formą samorealizacji.
Co ciekawe, statystycznie rozkład tych postaw jest niemal równy – każda z nich obejmuje około jednej trzeciej osób. W każdym zawodzie znajdziemy przedstawicieli wszystkich trzech podejść. 
Oczywiście osoby z orientacją na misję osiągają najwyższe wskaźniki zaangażowania, ale nie oznacza to, że osoby nastawione na "robotę" będą pracować mniej rzetelnie. Jeśli ich motywacją są pieniądze i widzą jasny związek między dobrze wykonaną pracą a wynagrodzeniem, będą działać efektywnie. Mechanizm ich motywacji jest po prostu inny.
Warto też pamiętać, że nasze nastawienie nie zawsze jest kwestią wyboru – kształtują je genetyka, wychowanie i środowisko. Kluczowe jest zrozumienie własnego podejścia i planowanie na tej podstawie swojej drogi zawodowej, tak aby nie utknąć w miejscu, które nas unieszczęśliwia.
Jak zatem zbudować zdrową relację z pracą? Czy to w ogóle możliwe?
To pytanie z serii "jak żyć". Z perspektywy psychologicznej relacja z pracą może wyglądać różnie na różnych etapach życia – i warto to zaakceptować. Są momenty, w których kariera jest kluczowa dla naszej tożsamości. Innym razem, ze względu na rodzicielstwo, małżeństwo czy wolontariat, praca schodzi na dalszy plan. 
Bywa też, że angażujemy się w nią mocniej z powodów finansowych – by odłożyć na mieszkanie czy spłacić kredyt – a po osiągnięciu celu to zaangażowanie naturalnie się zmienia.
Podstawą zdrowej relacji jest świadomość własnych potrzeb i wartości. Kluczowe jest tu pojęcie dopasowania do pracy i organizacji (person-job fit). Nie ma idealnych firm – są tylko ludzie lepiej lub gorzej dopasowani do danej kultury organizacyjnej i zadań. 
Zaangażowanie bierze się z tego, że robimy coś, co wykorzystuje nasze mocne strony i jest spójne z naszym "ja". Nawet jeśli ta spójność nie jest pełna, musimy widzieć jakiś łącznik między sobą a firmą.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0c1e267f851d18693d9dfb60a9cc0bf3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0c1e267f851d18693d9dfb60a9cc0bf3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak zbudować dobrą relację z pracą? Od czego zależy to, czy daje nam ona satysfakcję?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648325,chcialy-byc-piekne-zostaly-oszpecone-spojrzalam-w-lustro-i-juz-wiedzialam-ze-cos-jest-nie-tak</guid><link>https://natemat.pl/648325,chcialy-byc-piekne-zostaly-oszpecone-spojrzalam-w-lustro-i-juz-wiedzialam-ze-cos-jest-nie-tak</link><pubDate>Sat, 11 Apr 2026 09:06:01 +0200</pubDate><title>Chciały być piękne, zostały oszpecone. &quot;Spojrzałam w lustro i już wiedziałam, że coś jest nie tak&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miało być szybko, komfortowo i przede wszystkim pięknie. Zamiast tego została twarda kreska nad ustami, która nie znika, mimo że od zabiegu minął już rok. Alex, jak wiele innych kobiet, chciała tylko poprawić swój wygląd. Dziś mówi wprost: – W Polsce dochodzenie swoich praw po nieudanym zabiegu to trochę jak walka z wiatrakami.

"Pomóżcie, bo jestem załamana" – tak najczęściej zaczynają się posty na jednej z grup na Facebooku. Do tego zdjęcie, które wywołuje ciarki na skórze. 
Zasiniona skóra. Miejsca, które niepokojąco bieleją. Rażąca asymetria i nienaturalna, paląca czerwień. Twarz zniekształcona przez olbrzymią opuchliznę. Charakterystyczne "półeczki" nad górną wargą.
Pod spodem lawina komentarzy. "Tulę", "Bardzo mi przykro", "Co ona ci zrobiła?!"
Chciały tylko poprawić urodę: powiększyć usta, zlikwidować lwią zmarszczkę, poprawić powieki. 
W gabinetach zostawiły często niemałe pieniądze. W lustrze zobaczyły efekt, który daleko odbiega od tego, na co się umawiały.
"Seplenię, usta dziwnie się układają, mam trudności z wymawianiem" – pisze jedna z nich. 
Chciała powiększyć usta. 
"Czuję straszne odrętwienie" – żali się kolejna. 
"Powieka mi opada po botoksie, ratunku" – pisze inna. 
Alex jest jedyną, która odpisuje na moją wiadomość i chce opowiedzieć swoją historię. 
Ofertę znalazła w sieci. Kosmetyczka wpompowała w jej usta 2 ml kwasu hialuronowego naraz. Alex zapłaciła za to jedynie 350 złotych. Dziś mówi, że to była najdroższa "oszczędność" w jej życiu.
– To była młoda dziewczyna – opisuje kosmetyczkę. – Na początku wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie zaczęła wkłuwać igły. Ból był dużo większy niż przy wcześniejszych zabiegach. A potem spojrzałam w lustro i od razu zobaczyłam, że coś jest nie tak – opowiada. – Taka twarda, dziwna kreska nad ustami.
Kosmetyczka machnęła rękę: "To zejdzie", "to tylko opuchlizna". Zaproponowała też korektę, ale Alex nie wróciła. Bała się, że kolejna ingerencja tylko pogorszy sprawę.
Minął rok. Kwas hialuronowy nadal się nie wchłonął.
– Ta kreska nadal tam jest. Codziennie ją widzę – mówi smutno.
W profesjonalnym gabinecie, w którym szukała ratunku, usłyszała, że konieczne będzie rozpuszczenie kwasu. To oznacza bolesny i kosztowny proces, często rozłożony na kilka wizyt. 
Ale się boi. Ból znosi bardzo źle. Dobrych wspomnień też nie ma. 
Alex mieszka w Anglii i – jak mówi – dopiero z tej perspektywy widzi różnicę w podejściu do klienta.
– W Anglii, jeśli coś pójdzie nie tak, często po prostu oddają pieniądze. Dbają o opinię. A w  Polsce? Wszystko jest w porządku, dopóki płacisz. Kiedy zaczynasz mieć problem, nagle robi się pod górkę – irytuje się.
Zwróciła się nawet o pomoc do rzecznika praw konsumenta. Usłyszała, że może iść do sądu. Tyle że to oznacza czas, koszty i zaangażowanie. A ona nie dość, że mieszka za granicą, to jeszcze nie ma nawet paragonu za wykonany zabieg. 
Dziś Alex nie ma w sobie już takich emocji, jak wtedy, kiedy pierwszy raz spojrzała na siebie w lustrze. Ale nadal cierpi.  – Wiem, że to był błąd techniczny, brak doświadczenia. Po prostu źle wykonany zabieg – mówi. – Tylko że to ja zostałam oszpecona. 
Usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu
U Alex szok przyszedł natychmiast. Ale nie u wszystkich tak jest. Czasem nieudany zabieg to bomba z opóźnionym zapłonem. 
Jedna z internautek początkowo była zachwycona efektem.  "Opuchlizna zeszła po dwóch–trzech dniach, wszystko wyglądało dobrze" – relacjonuje. 
Delikatnie poprawiła nos i usta. 
Kosmetyczka zapewniła ją, że ewentualna korekta nosa jest w cenie. Wystarczy, że zgłosi się w ciągu dwóch tygodni.
I zgłosiła. 
Usłyszała, że "nie ma terminów w tym miesiącu" i że "ma spróbować później". Termin znalazł się natychmiast, kiedy obiecała, że dokupi jeszcze 0,5 ml preparatu na usta. 
Na miejscu okazało się, że korekta nosa nie jest już darmowa, bo minęły dwa tygodnie. Problem w tym, że właśnie w tym czasie nie mogła się zapisać.
Znów kosmetyczka kazała zapłacić jej gotówką. Kolejny raz nie dostała paragonu. 
W przypadku powikłań to ogromny problem. Bez potwierdzenia wykonania usługi pacjentka praktycznie nie ma narzędzi, by dochodzić swoich praw.
A powikłania – jak pokazują wpisy – nie należą do rzadkości.
"Ból był nie do zniesienia, usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu" – relacjonuje kobieta. – "Wyglądają nienaturalnie, z profilu wręcz komicznie. Zrobiła się twarda "półeczka" nad górną wargą".
Podobnych historii są setki. Jedna z internautek opisuje: "Tragedia. Usta są twarde, kontur odstaje".
Koniecznie czytaj dalej. To ważne!
Kiedy pojawia się problem, wiele kosmetyczek – jak wynika z relacji – unika odpowiedzialności. Nie proponują pomocy, nie zwracają pieniędzy, często nie odpisują na wiadomości.
– Im większą wagę przywiązujemy do zmiany w wyglądzie, tym bardziej dotkliwa jest reakcja, gdy efekt okazuje się nieudany – zauważa psycholożka Karolina Kownacka.

Jak podkreśla, konsekwencje mogą wykraczać daleko poza sam wygląd i realnie wpływać na zdrowie psychiczne.
– Jeśli te emocje utrzymują się dłużej, mogą prowadzić do wyraźnego spadku samooceny. Taka osoba zaczyna się izolować, unika kontaktów z innymi, zamyka się w domu z obawy przed oceną. Często pojawia się też fiksacja – ciągłe sprawdzanie w lustrze, które tylko pogłębia napięcie – tłumaczy.
Ekspertka zwraca uwagę, że długotrwałe pozostawanie w takim stanie może mieć bardzo poważne konsekwencje.
– W skrajnych przypadkach, przy nieleczonej depresji, znacząco rośnie ryzyko prób sam***jczych. To temat, którego absolutnie nie wolno bagatelizować – ostrzega.
"Miałam odrętwienie i nienaturalne ułożenie ust. Modliłam się, żeby jak najszybciej puścił botoks" – to kolejna historia. 
Jeszcze poważniejsze konsekwencje opisują osoby po bardziej inwazyjnych zabiegach.
"Po niciach PDO walczę z opuchlizną i powikłaniami już dwa miesiące. Były antybiotyki, sterydy – nic nie pomaga" – relacjonuje jedna z nich. Jak dodaje, wykonawczyni zabiegu "umywa ręce, a nawet wyśmiewa problem".
Niektóre historie kończą się interwencją lekarzy. "Dziś mam usuwanie nici u chirurga. Mam nadzieję, że to koniec" – pisze.
Pojawiają się też zarzuty wobec klinik. 
W komentarzach nie brakuje gorzkich podsumowań:
"Polska to kiepski kraj do robienia takich zabiegów, bo pacjent zostaje z tym sam" – pisze jedna z użytkowniczek.
Brak ubezpieczenia OC
– Dlaczego pacjentki wciąż wybierają gabinety kosmetyczne zamiast lekarskich?– pytam mec. Katarzynę Przyborowską. 
– Motywacja jest prosta: cena. Kosmetyczka jest zazwyczaj tańsza niż lekarz. Lekarz bierze za swoją pracę większą odpowiedzialność i wycenia ją wyżej, co oczywiście nie oznacza, że kosmetyczka czy kosmetolog nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje błędy. Odpowiedzialność cywilna istnieje zawsze, tyle że w ich przypadku droga do uzyskania odszkodowania jest znacznie bardziej wyboista – odpowiada.
Co mogą zrobić klientki w sytuacji, gdy zabieg się nie uda? Czy mogą liczyć na zwrot pieniędzy, czy pozostaje im tylko długa i kosztowna droga sądowa? 
Wracam z tymi pytaniami do mec. Katarzyny Przyborowskiej.
– W każdym przypadku, gdy droga polubowna – czyli próba zawarcia ugody czy zwrotu części środków – nie przyniesie konsensusu, pozostaje droga postępowania sądowego. Niezależnie od tego, czy zabieg wykonywał lekarz, czy kosmetyczka, pacjent ma prawo żądać odszkodowania lub zadośćuczynienia, w zależności od charakteru doznanej szkody. Musimy jednak wyraźnie odróżnić powikłanie od błędu medycznego – odpowiada mecenas. 
Jak mówi dalej, w praktyce ostateczna ocena niemal zawsze należy do biegłego sądowego. To on rozstrzyga, czy mamy do czynienia z naturalnym ryzykiem wpisanym w dany zabieg, czy też z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, który wynika z niewłaściwej techniki i wymaga leczenia naprawczego.
W wielu przypadkach, gdy efekt zabiegu jest daleki od oczekiwań, droga dochodzenia roszczeń okazuje się jednak wyboista. Jak tłumaczy prawniczka, postępowania sądowe są długotrwałe i kosztowne, co skutecznie zniechęca poszkodowane osoby. 
Z tego powodu na walkę przed sądem decydują się głównie pacjenci, których szkody są poważne i wiążą się z wysokimi roszczeniami finansowymi. Przy drobniejszych defektach wiele osób rezygnuje, napotykając dodatkowo na mur i brak poczucia winy ze strony wykonawcy zabiegu.
Istotnym problemem pozostaje brak obowiązkowego ubezpieczenia OC w branży kosmetycznej.  – Gdyby takie ubezpieczenie istniało, sprawę można byłoby skierować bezpośrednio do ubezpieczyciela i to on oceniałby sytuację, przyznając odszkodowanie lub nie – wskazuje mec. Przyborowska. 
Tymczasem w Polsce zawody kosmetyczki i kosmetologa pozostają nieregulowane, co prowadzi do niebezpiecznych sytuacji.
Prawniczka zwraca uwagę, że obecnie brakuje jednoznacznych przepisów określających, jakie zabiegi mogą wykonywać lekarze, a jakie kosmetyczki.
Stanowisko Ministerstwa Zdrowia w tej kwestii jest wprawdzie jasne – procedury z wykorzystaniem kwasu hialuronowego czy toksyny botulinowej powinny być zarezerwowane dla osób posiadających odpowiednie kwalifikacje medyczne.
– Mimo jednoznacznego stanowiska resortu nie ma ono mocy prawnej. W praktyce obowiązuje zasada: co nie jest zakazane, jest dozwolone – zauważa prawniczka.
W efekcie rynek w dużej mierze funkcjonuje poza ścisłymi regulacjami.
– Mówiąc brutalnie: dziś nawet nie trzeba kończyć szkoły kosmetycznej, by zacząć wykonywać zabiegi. Wystarczy kupić sprzęt, przejść krótkie szkolenie i można pracować – podkreśla ekspertka.
Jednym z głównych problemów pozostaje brak rzetelnego wywiadu medycznego. W natłoku klientów schodzi on często na dalszy plan – a wraz z nim informacje o stanie zdrowia, alergiach czy przyjmowanych lekach. To prosta droga do powikłań.
Jak się zabezpieczyć na przyszłość? Przede wszystkim – mieć świadomość i nie bać się wymagać. 
– W profesjonalnej medycynie operujemy pojęciem świadomej zgody – wyjaśnia mec. Przyborowska. – U lekarza pacjent podpisuje dokument, w którym ryzyko zostaje mu objaśnione. Pacjent, decydując się na zabieg, musi mieć pełną wiedzę o możliwych konsekwencjach. Co więcej, lekarz zawsze przeprowadza rzetelny wywiad medyczny, pyta o wyniki badań krwi czy przyjmowane leki. 
– Kto najczęściej poddaje się zabiegom upiększającym? – z tym pytaniem wracam do psycholożki Karoliny Kownackiej. 
– Osoby decydujące się na poprawę urody możemy podzielić na kilka grup. Jedną z nich są osoby, które kompletnie nie akceptują swojego naturalnego wyglądu i dążą do totalnej zmiany. Widzimy to wyraźnie w mediach społecznościowych, gdzie kobiety często upodabniają się do jednego, konkretnego wzorca. Jeśli ktoś zmienia się tak drastycznie, że przestaje przypominać siebie sprzed zabiegu, jest to sygnał silnego braku akceptacji własnego "ja".
I dodaje: – Z drugiej strony – nie demonizujmy. Mamy XXI wiek i jeśli ktoś dzięki medycynie estetycznej może poczuć się lepiej w swoim ciele, ma do tego pełne prawo. Jeśli zabieg natomiast się nie uda, trzeba sięgnąć po pomoc specjalisty. Pomoże on odzyskać stabilność psychiczną, która została tak mocno zachwiana – podsumowuje. 


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2dae5a58059ba41795e40694219f816c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wiele kobiet nie sprawdza, jakie doświadczenie ma osoba wykonująca zabieg medycyny estetycznej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648415,wskz-wchodzi-na-scene-tedx-poznaj-idee-ktore-moga-zmienic-swiat</guid><link>https://natemat.pl/648415,wskz-wchodzi-na-scene-tedx-poznaj-idee-ktore-moga-zmienic-swiat</link><pubDate>Fri, 10 Apr 2026 07:55:09 +0200</pubDate><title>WSKZ wchodzi na scenę TEDx. Poznaj idee, które mogą zmienić świat</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pomysł, autentyczność i przekaz, który zostaje z odbiorcą na dłużej: właśnie na tym opiera się formuła TEDx. To wydarzenia organizowane na całym świecie, które skupiają się wokół idei wartych dalszego rozpowszechniania. 23 maja 2026 roku do tej międzynarodowej społeczności dołączy także Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego, organizując we Wrocławiu konferencję TEDxWSKZ: Sky is the beginning.

TEDx – globalny format, lokalna energia
TEDx to wydarzenia organizowane na licencji organizacji TED (Technology, Entertainment, Design), które przenoszą lokalną ideę na grunt globalny. Ich formuła jest prosta: jeden prelegent ma kilkanaście minut na przedstawienie jasno sformułowanego pomysłu, myśli, czy idei. 
Od momentu powstania organizacji w 2009 roku na świecie odbyły się tysiące takich spotkań. Wystąpienia trafiają do międzynarodowej bazy TED, gdzie stają się częścią zbioru idei, które inspirują odbiorców na różnych kontynentach.
To właśnie różnorodność tematów i osób sprawia, że scena TEDx ma tak unikalny charakter. Obok siebie pojawiają się naukowcy, twórcy technologii, edukatorzy i osoby działające społecznie – każda z nich wnosi własne doświadczenie i sposób patrzenia na świat.
TEDxWSKZ – niebo to zaledwie punkt startu
Wśród uczelni w Polsce, które organizują wydarzenia TEDx, znajdują się tylko wybrane instytucje. Do tego grona dołącza uczelnia z ponad 25-letnim doświadczeniem, rozwijająca swoją ofertę edukacyjną i wspierająca rozwój studentów oraz słuchaczy.
23 maja 2026 roku Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego otworzy we Wrocławiu własną scenę TEDxWSKZ. Wydarzenie  będzie okazją do omówienia tematów związanych z edukacją, technologią, odpowiedzialnością społeczną oraz wyzwaniami współczesnego świata.
Hasło Sky is the beginning podkreśla kierunek myślenia przyjęty przez uczelnię. W przeciwieństwie do popularnego przekonania o tym, że niebo jest końcem, dla WSKZ jest jedynie początkiem drogi ku rozwojowi. Znajduje to bezpośrednie odzwierciedlenie w studiach, które nie są zamknięciem pewnego etapu, lecz bazą do dalszych działań, decyzji zawodowych i budowania własnej ścieżki.
Dla kogo jest TEDxWSKZ?
Konferencja TEDxWSKZ została zaplanowana jako wydarzenie otwarte dla szerokiego grona odbiorców.
Dla studentów może stać się impulsem do działania i poszukiwania własnej drogi. Absolwenci znajdą tu nowe spojrzenie na rozwój zawodowy, a osoby pracujące w różnych branżach – okazję do zetknięcia się z innymi perspektywami.
To także propozycja dla tych, którzy dopiero rozważają wybór kierunku studiów lub chcą lepiej zrozumieć, w którą stronę rozwija się współczesny świat. Wydarzenie kierowane jest również do przedsiębiorców, przedstawicieli organizacji społecznych i wszystkich osób zainteresowanych nowymi ideami.
Prelegenci, którzy zmieniają sposób myślenia
Wśród zaproszonych prelegentów znalazły się osoby, które poprzez swoją działalność wprowadzają konkretne zmiany w różnych obszarach.
Na scenie pojawi się Martyna Łuszczek – jedna z najmłodszych polskich innowatorek, współtwórczyni projektu Aquacollector, który służy do wychwytywania mikroplastiku z wody.
Wystąpi również Aneta Korycińska, znana jako „Baba od polskiego”, która w nowy sposób podchodzi do edukacji językowej i komunikacji z młodym pokoleniem.
Do grona prelegentów dołącza także dr Magdalena El Ghamari, specjalizująca się w zagadnieniach związanych z bezpieczeństwem międzynarodowym i analizą współczesnych zagrożeń.
Organizatorzy zapowiadają, że to dopiero część prelegentów. Kolejne nazwiska mają zostać ogłoszone w najbliższym czasie.
WSKZ i kierunek: przyszłość
Konferencja TEDxWSKZ wpisuje się w szersze działania prowadzone przez uczelnię, związane z przygotowaniem studentów do funkcjonowania w zmieniającym się środowisku zawodowym.
W ramach kampanii Ready For The Future WSKZ koncentruje się na rozwijaniu kompetencji, które mają znaczenie w dłuższej perspektywie: elastyczności, gotowości do zmian i ciągłego poszerzania wiedzy.
Organizacja wydarzenia TEDx to kolejny element tej strategii. To sposób na wyjście poza standardową formułę edukacji i stworzenie przestrzeni, w której idee mogą zostać zauważone, rozwinięte i przekazane dalej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2a332dfc405fa6d79dca1ff29132c66c,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/648559,kontrola-herbat-ujawnila-przykra-prawde-porzeczka-udajaca-zurawine-to-poczatek</guid><link>https://natemat.pl/648559,kontrola-herbat-ujawnila-przykra-prawde-porzeczka-udajaca-zurawine-to-poczatek</link><pubDate>Thu, 09 Apr 2026 22:30:02 +0200</pubDate><title>Kontrola herbat ujawniła przykrą prawdę. Porzeczka udająca żurawinę to początek</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych przeprowadziła kontrolę herbat i herbatek owocowych. Pod uwagę wzięto produkty od 87 podmiotów. Nieprawidłowości stwierdzono w aż jednej trzeciej z nich. Najczęstsze problemy dotyczyły znakowania, ale w niektórych herbatach użyto np. porzeczek, które "udawały" żurawinę.

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) zajmuje się nadzorowaniem jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych: tych w produkcji i obrocie w Polsce, ale również importowanych i eksportowanych. Dodatkowo ocenia ona i wydaje świadectwa dotyczące jakości wspomnianych produktów. Można więc porównać jej rolę do "policji żywnościowej". 
IJHARS skontrolowała herbaty. Wykryto liczne nieprawidłowości
IJHARS regularnie bierze pod lupę kolejne produkty. W 2025 roku skontrolowano ponad 81 tys. partii artykułów, a o najczęstszych nieprawidłowościach (w tym błędnym oznakowaniu, ale i objawach zepsucia i pleśni oraz żywych i martwych szkodnikach w produktach) pisaliśmy w naTemat. Teraz na tapet trafiły herbaty i herbatki owocowe.
Uwielbiane przez Polaków napoje mają wieloletnią tradycję. Konsumenci chętnie sięgają po nie zimą, choć nie tylko. Okazuje się jednak, że trzeba mieć się na baczności. Niedawno opisywaliśmy, że badania Fundacji Pro-Test wykazały obecność środków owadobójczych w popularnych zimowych herbatkach owocowych. IJHARS donosi zaś o nieprawidłowościach stwierdzonych w 29 z 87 skontrolowanych podmiotów, czyli 33,3 proc. całości. 
Kontroli poddano herbaty i herbatki owocowe znajdujące się w obrocie w opakowaniach jednostkowych. Pod lupę wzięto etap produkcji, ale też sprzedaży detalicznej produktów. Jak czytamy w komunikacie IJHARS, cech organoleptycznych nie kwestionowano. Ale w 14 ze 148 próbek, czyli 9,5 proc. całości, stwierdzono "nieprawidłowości parametrów fizykochemicznych". A mówiąc wprost, problemy to m.in.:
obecność zanieczyszczeń mineralnych,
zawyżona zawartość cukrów w stosunku do deklaracji zawartej w wartości odżywczej,
zawyżona wilgotność względem specyfikacji produktu,
brak zadeklarowanego lub obecność niezadeklarowanego składnika (np. porzeczki zamiast żurawiny).

Problemy ze znakowaniem produktów. Kontrola IJHARS wykazała najczęstsze uchybienia
Okazuje się, że jeszcze częstsze problemy dotyczyły znakowania produktów. "Policja żywnościowa" sprawdziła 226 partii herbat i herbatek owocowych, a zakwestionowała 63 z nich, czyli aż 27,9 proc. Część uchybień to brak instrukcji użycia albo brak, niepełna lub niezgodna z wpisem do KRS nazwa podmiotu odpowiedzialnego za informacje. 
Ale pojawiły się też nieprawidłowości, które mają jeszcze większe znaczenie z punktu widzenia konsumentów. Należy do nich brak albo błędne oznaczenie daty minimalnej trwałości (lub nieprecyzyjne wskazanie miejsca jej umieszczenia). Ponadto w części skontrolowanych produktów zastosowano niepełną nazwę lub "wyłącznie nazwę fantazyjną". 
Jakby tego było mało, IJHARS wskazuje, że część produktów bezpodstawnie nazwano herbatą, choć do ich produkcji nie użyto liści krzewu Camellia. W niektórych natomiast zabrakło informacji o procentowej zawartości składnika podkreślonego w nazwie lub była ona nieprecyzyjna (np. "wiśnie do 40%"). 
Jak wybierać herbatę w sklepie?
Być może po przeczytaniu informacji o kolejnych kontrolach (i kolejnych uchybieniach) właśnie zadaliście sobie to pytanie. Szczerze mówiąc, zakiełkowało ono również w mojej głowie. Skoro nawet w ulubionych napojach (u mnie Loyd Rozgrzewająca Malina z cynamonem i czarnym pieprzem) mogą znaleźć się pestycydy (we wspomnianym produkcie było ich 11), a uchybień może być więcej, to konsument zaczyna zastanawiać się, czy dany produkt jest "bezpieczny". 
I tu z pomocą przychodzi IJHARS. Wyjaśnia, że na opakowaniu herbaty powinna znaleźć się jej nazwa uzupełniona o następujące informacje:
rodzaj, który wskazuje na sposób wytwarzania herbaty, np. czarna, zielona, aromatyzowana,
postać, np. granulowana, liściasta,
prezentację, np. herbata ekspresowa.


                    
                "Policja żywieniowa" radzi, by zwrócić uwagę na produkty uzyskiwane wyłącznie z suszonych ziół lub owoców, których nazwa powinna brzmieć "herbatka owocowa" lub "herbatka ziołowa". Ponadto herbatki owocowe i herbaty z dodatkami powinny mieć na opakowaniu wykaz i informacje o procentowej zawartości składników. 
Wtedy, gdy brak tej informacji może wprowadzić konsumenta w błąd, producent powinien podać na opakowaniu państwo lub miejsce pochodzenia produktu. Dodatkowo powinny znaleźć się na nim data minimalnej trwałości i warunki przechowywania oraz instrukcja użycia (przygotowania herbaty), ilość netto i dane podmiotu odpowiedzialnego za informacje.
"Konsumencie, pamiętaj. Na herbacie nie musi być wskazana informacja o wartości odżywczej, ale są wyjątki. W przypadku herbaty z dodatkami, np. z owocami, producent musi umieścić taką informację na opakowaniu" – komunikuje przedstawicielka IJHARS.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0ba82a8ea05974334dd899047ce72b00,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kontrola herbat ujawniła nieprawidłowości.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647644,sa-w-podstawowce-i-juz-ze-soba-sypiaja-matka-14-latki-jestem-na-skraju-zalamania</guid><link>https://natemat.pl/647644,sa-w-podstawowce-i-juz-ze-soba-sypiaja-matka-14-latki-jestem-na-skraju-zalamania</link><pubDate>Tue, 07 Apr 2026 13:10:12 +0200</pubDate><title>Są w podstawówce i już ze sobą sypiają. Matka 14-latki: Jestem na skraju załamania</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rano robisz swojemu dziecku kanapki do szkoły i całujesz je w czoło przed wyjściem. Po południu dowiadujesz się, że prowadzi życie intymne. Na forach internetowych rodzice skarżą się, że ich nastoletnie dzieci współżyją, a oni nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. "Rozmowy nie skutkują, prośby też nie pomagają. Zastanawiam się, czy jedynym wyjściem nie jest zakaz spotykania się" – pisze jedna ze zdesperowanych matek.

Często wydaje nam się, że "za naszych czasów" było inaczej. I rzeczywiście – było, ale niekoniecznie lepiej. Wczesna inicjacja zdarzała się zawsze, jednak kiedyś była owiana głęboką tajemnicą. 
Jeśli czternastolatka decydowała się na "pierwszy raz", rodzice zazwyczaj nie mieli o tym pojęcia. Ta zmowa milczenia wcale nie służyła bezpieczeństwu – zostawiała młodych ludzi zupełnie samych, bez żadnego wsparcia czy mądrej rady dorosłych.
Dziś tabu pękło, a rodzice znacznie częściej wiedzą o intymnym życiu swoich dzieci. 
Paradoksalnie jednak ta wiedza nie przynosi spokoju. Przynosi bezradność. Bo oto wielu opiekunów wie, że to za wcześnie na s**s, ale rozkłada ręce. 
Rodzice skarżą się, że nie mają narzędzi, by w mądry sposób postawić granice i ochronić dziecko przed zbyt wczesną inicjacją.
"Mamo, tato, sypiam z Kubą"
"Rodzice, powiedzcie, co robić, bo jestem na skraju załamania" – zaczyna swój wpis jedna z matek na grupie Rodzice Nastolatków na Facebooku. 
Pisze o swojej 14-letniej córce, która do tej pory była – jak podkreśla – "grzeczną, wzorową uczennicą". Pewnego dnia znalazła na jej łóżku opakowanie po prezerwatywie. A to mogło oznaczać tylko jedno: jej dziecko prowadzi życie intymne!
"Było wiele rozmów o konsekwencjach, ryzyku ciąży, o tym, jak łatwo można sobie zmarnować życie" – relacjonuje matka.
Jak pisze dalej, jej córka tłumaczyła, że nie wie, dlaczego do tego doszło, i że zdaje sobie sprawę, że w tym wieku to niewłaściwe. Jej wybranek to rówieśnik. Obydwoje bardzo młodzi, jeszcze dzieci. 
Dziewczynka zapewniała swoją mamę, że sytuacja się nie powtórzy. 
Ale nic z tego. Mama zajrzała do korespondencji dziewczyny i odkryła, że nadal się spotykają i chodzą ze sobą do łóżka. 
"Rozmowy nie skutkują, prośby też nie pomagają. Zastanawiam się, czy jedynym wyjściem nie jest zakaz spotykania się" – pisze zdesperowana.
Jednocześnie obawia się konsekwencji takiej decyzji.  Jak zabroni jej spotkań z ukochanym, może to negatywnie na nią wpłynąć. Zwłaszcza że za chwilę egzamin ósmoklasisty. Co, jeśli się zbuntuje i zawali egzamin?
Rodzice chłopaka zostali już poinformowani, jednak nie przyniosło to rozwiązania.
Post wzbudził olbrzymie, niemal skrajne emocje. Pod wpisem wylała się lawina komentarzy, w których dominował głos kobiet – matek, babć, ale też młodych kobiet, które jeszcze niedawno same były w wieku ósmoklasistek.
Jedna z nich pisze:
"Jestem dorosłą kobietą, mam dwoje dzieci. Zaczęłam współżyć w wieku 14 lat z moim obecnym mężem. Ginekolog przepisał mi tabletki. Nie miał mnie kto wesprzeć przy wizycie. Wspieraj i rozmawiaj – to moja rada"
Inna dodaje:
"Idź z córką do ginekologa. Moja rozpoczęła s**s w ósmej klasie"
Są też głosy pełne współczucia i ostrzeżeń, że takie eksperymentowanie może zakończyć się nastoletnią ciążą. 
"Sama mam 15-letnią córkę i nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. W mojej rodzinie była 14-latka, która urodziła dziecko"
Nie brakuje również osób, które dzielą się podobnymi doświadczeniami wychowawczymi:
"Przechodziłam to z synem. Zabraniałam, karałam i było tylko gorzej. Ucieczki, nieprzespane noce. Na szczęście się zabezpieczali. Ostatecznie ich relacja się zakończyła. Dziś to tylko wspomnienie. Rozmawiaj, ale nie zabraniaj, bo możesz stracić kontakt z dzieckiem. Ja odpuściłam i dzięki temu relacja wróciła"
Uspokajam: nie jest tak, że granica inicjacji przesuwa się niemal do szkół podstawowych. Dane naukowe z ostatnich lat – w tym raporty prof. Zbigniewa Izdebskiego oraz międzynarodowe badania HBSC – rysują zupełnie inny obraz rzeczywistości. 
W Polsce średni wiek inicjacji seksualnej wynosi obecnie około 17,5-18 lat. Choć na przełomie lat 90. i 2000. faktycznie odnotowano trend spadkowy (kiedy to średnia zbliżała się do 16. roku życia), obecnie sytuacja się ustabilizowała, a w niektórych grupach wiek ten wręcz lekko rośnie. 
Porównując to z pokoleniem ich rodziców, dzisiejsi nastolatkowie wcale nie "śpieszą się" bardziej – często czekają do momentu wejścia w pełnoletniość lub rozpoczęcia studiów.
Ale są i takie przypadki, o jakich wspominam na początku. 
– Czy 14 lat to odpowiedni wiek na rozpoczęcie współżycia? – pytam wprost Rafała Skoczka, psychologa i sek*uologa. 
– Absolutnie nie. Ani organizm, ani emocje 14-latka nie są na to gotowe. To jest za wczesny etap, by te dwa światy – fizyczny i psychiczny – się zgrały. Niestety, czasy się zmieniły i mamy na to ograniczony wpływ. Dziś to nie biologia pcha dzieci do łóżka, ale potężna presja otoczenia – zauważa. 
Psycholog i se**uolog:  Mamy legalną "po***grafię"na TikToku
Czy rodzice rzeczywiście nie mogą nic zrobić z tym, że ich dziecko współżyje?
Rafał Skoczek, psycholog i se**uolog, nie ma złudzeń: poczucie bezradności to często efekt pęknięć w relacji, które powstały znacznie wcześniej. Zdaniem eksperta, jeśli sugestie i prośby rodziców są przez nastolatka całkowicie odrzucane, oznacza to, że zawiodły procesy wychowawcze oparte na poczuciu bezpieczeństwa i akceptacji.
– Jeżeli mamy już do czynienia z nastolatkiem w fazie silnego buntu, to zakazy zazwyczaj wywołują odwrotny skutek. "Nie wolno" powoduje tylko jeszcze większe napięcie.  Dziecko myśli: "To ja wam pokażę". Walka na siłę tylko potęguje chęć udowodnienia swojej "dorosłości" – tłumaczy Rafał Skoczek.
Prosi też, żeby przypomnieć, że w świetle prawa nastolatki mogą być aktywne se**ualnie od 15. roku życia.
Jeśli jednak młodsze dziecko zaczyna swoją historię z życiem intymnym, edukacja jest jedyną formą ochrony, jaka nam zostaje.
Dalsza część tekstu poniżej
Ekspert zauważa, że w takich sytuacjach rodzic musi przedefiniować swoją rolę. Skoro fizyczne powstrzymanie dziecka jest niemożliwe, należy postawić na komunikację opartą na partnerstwie i faktach. Choć dla wielu rodziców brzmi to, jak kapitulacja, Skoczek nazywa to "mniejszym złem".
– Warto wtedy podejść do tematu bardzo odpowiedzialnie. Rozmawiać z takim 14-latkiem tak, jakbyśmy rozmawiali z osobą dorosłą. O konsekwencjach, o antykoncepcji, o tym, jak uważać i jak się do tego przygotować – wylicza se**uolog. – To brzmi jak przyzwolenie, ale w rzeczywistości to jedyna forma ochrony, jaką mamy, gdy autorytet zakazu przestaje działać.
Psycholog podkreśla, że dzisiejsza wczesna inicjacja rzadko wynika z naturalnego rozwoju biologicznego. Głównym motorem działań młodych ludzi jest dziś niszcząca presja rówieśnicza i lęk przed wykluczeniem.
– Pierwszym mechanizmem jest potrzeba udowodnienia, że nie jest się gorszym. Jeśli kolega chwali się inicjacją, pojawia się presja grupy. Aby nie zostać odrzuconym, młody człowiek próbuje nadgonić resztę, mimo że jego emocje wcale za tym nie nadążają – wyjaśnia Rafał Skoczek.
Do tego dochodzi współczesna "plaga cyfrowa". Skoczek wskazuje na ogromny wpływ mediów społecznościowych, komunikatorów takich jak Discord oraz coraz powszechniejszego wykorzystania sztucznej inteligencji, która serwuje młodzieży nierealistyczny i uprzedmiotowiony obraz se**ualności. Jak dodaje, dzisiejsze nastolatki są bombardowane bodźcami, których ich rodzice w tym wieku nawet nie potrafili sobie wyobrazić.
– Mamy dziś "legalną po**ografię" na TikToku czy Instagramie, gdzie roznegliżowane ciała stają się nową normą. Do tego dochodzi AI – wystarczy wrzucić zdjęcie koleżanki, by ją rozebrać jednym kliknięciem. To generuje niewyobrażalną ilość wyzwalaczy, które przebodźcowują młode mózgi i przesuwają granice tego, co normalne. 
Ostatecznie, zdaniem Skoczka, jedyną skuteczną "szczepionką" na presję otoczenia jest poczucie własnej wartości budowane w domu rodzinnym. 
– Jeżeli dziecko ma od małego budowane poczucie własnej wartości oparte na czymś więcej niż wygląd czy popularność, ma szansę się postawić. Taki nastolatek przyjdzie i powie: "Mamo, Basia już to zrobiła, ale ja czuję, że to nie dla mnie". Wtedy rodzic ma szansę zareagować, bo zaczyna się dialog, a nie walka. Jeśli jednak tej bazy zabraknie, dziecko po prostu ulegnie modzie. Bo dzisiaj, niestety, wczesna inicjacja stała się po prostu kolejnym trendem do odhaczenia – podsumowuje gorzko. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/53ce9f483015c77899e33756264e44a5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nawet dzieci w podstawówce rozpoczynają życie intymne. Psycholog wyraźnie zaznacza, że nie są na to gotowe. Rodzice nie wiedzą, jak rozwiązać problem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647451,ola-oswiadczyla-sie-chlopakowi-nie-skonczylo-sie-dobrze-dla-mezczyzn-to-wciaz-moze-byc-trudne</guid><link>https://natemat.pl/647451,ola-oswiadczyla-sie-chlopakowi-nie-skonczylo-sie-dobrze-dla-mezczyzn-to-wciaz-moze-byc-trudne</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 15:01:01 +0200</pubDate><title>Ola oświadczyła się chłopakowi, nie skończyło się dobrze. &quot;Dla mężczyzn to wciąż może być trudne&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Czekaj, czekaj, a się nie doczekasz!", "Marnujesz czas!", "Phi, mnie to chłopak się oświadczył już po pół roku". Aleksandrze te ostrzeżenia nie dawały spać. A co, jeśli ci, co tak mówią, mają rację? Jeśli rzeczywiście zostanie sama? Więc Aleksandra wzięła sprawy w swoje ręce i oświadczyła się Rafałowi. – Kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć – komentuje to zjawisko dra Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni.

Aleksandra miała wtedy 30 lat. Jej koleżanki wszystkie były już albo zaręczone, albo po ślubie. 
A ona czekała. Sama nie wiedziała, na co i po co. 
– Pamiętam jak przyszła do mnie przyjaciółka z narzeczonym. Przy swoim Rafale zachwycałam się jej pierścionkiem. Też taki chciałam mieć. A on nic! Mruknął tylko, że ładny. Tak od niechcenia – wspomina. – Jak coś napomknęłam o ślubie, to w ogóle nie podejmował tego tematu. Nie było też tak, że się denerwował albo złościł, ale miałam wrażenie, że ten temat w ogóle go nie interesował. 
Podejrzewała, skąd to się bierze: jego rodzice szybko się rozwiedli, ojciec zostawił go, kiedy miał trzy lata. Ale Ola miała zupełnie inne doświadczenia: rodzice ponad trzydzieści lat razem, mimo że po drodze zaliczyli kilka kryzysów. 
Dla niej zaręczyny były czymś więcej niż gestem czy świecidełkiem na palcu. Były obietnicą, że chłopak myśli o niej poważnie. Że tyle kobiet wokół, a on właśnie wybrał ją.
Mieli wtedy już sześcioletni staż. Razem trzymali się w tym obcym wielkim mieście, jakby na przekór wszystkim i wszystkiemu. 
"Jeśli jedno z nas trafi do szpitala, drugie nic się nie dowie, bo formalnie jest obce. Jeśli wydarzy się wypadek – to samo. A jeśli zajdę w ciążę? To przecież zupełnie co innego spodziewać się dziecka z narzeczonym, z którym planuje się ślub niż z chłopakiem"- kołatało jej w głowie. 
Zaczęła więc robić podchody. A to mimochodem na spacerze zahaczyli o sklep jubilerski, a to Ola "obiecywała" Rafałowi, że tym razem to ona złapie ślubny welon. W domu radośnie ćwierkała o kolejnych zaręczynach koleżanek, a kiedy pytał, co chce dostać na święta, odpowiadała niby żartem, że pierścionek. 
Ale to nic nie dawało. 
– Pewnego dnia oglądaliśmy film na Netflixie. Co ciekawe, jakiś skandynawski kryminał, a nie jakieś romansidło. I nagle zapytałam Rafała, czy ożeni się ze mną, bo jest tym jednym, jedynym, z którym chcę spędzić życie. Kiedy słyszałam swoje słowa, miałam wrażenie, że wypowiada je ktoś inny –  przyznaje. 
I zastrzega: – Nie klęczałam przed nim, nie błagałam o rękę. Ale to ja wyszłam z inicjatywą, żebyśmy się pobrali. 
– Co odpowiedział? – pytam. 
– Mruknął, że dobrze. I żebym teraz nie gadała, bo przeszkadzam w oglądaniu. 
Ślubu nie było. Związku też nie. Rafał coraz bardziej się dystansował od Oli, gasł w nim entuzjazm. W końcu po pięciu miesiącach wyznał, że potrzebuje przerwy. 
Potem się wyprowadził. 
Nie minął rok, kiedy w mediach społecznościowych sam pochwalił się zaręczynami. Ale to on kupił pierścionek. Wspólni znajomi chronią Olę przed informacjami, ale usłyszała, że planuje ślub na 100 par. 
Kaśka omal nie poprosiła partnera o rękę. Przyznaje, że była już do tego bardzo mocno przygotowana. W internecie wyczytała nawet, że istnieje coś takiego jak męski pierścionek zaręczynowy. Najpierw planowała oświadczyć się… zegarkiem. Potem stwierdziła, że żadnych gadżetów – tylko jakaś niespodzianka. Na przykład lot balonem.
Do boju zagrzewały ją komentarze w internecie. Pod jednym ze smutnych postów internautki, że jej partner nie chce się oświadczyć, kobiety pisały: "niech sama się oświadczy", "jest równouprawnienie", "czasy rycerzy na białym koniu już dawno minęły".
Tę scenę wyobrażała sobie wiele razy – pyta Przemka, czy za nią wyjdzie, a jemu wręcz spada kamień z serca, że sam nie musi tego robić. W końcu skoro przez 10 lat się nie zebrał, to szanse na to raczej maleją. 
Nawet oświadczyny ćwiczyła przed lustrem. 
Tylko koleżankom wstydziła się przyznać, że planuje zaręczyny. 
– Byłam już praktycznie zdecydowana na ten krok – wyznaje. – Ale pewnego dnia, kiedy tak na głos mówiłam sobie: "Czy wyjdziesz za mnie?", poczułam się jak idiotka. W sumie nawet nie wiedziałam, czy zapytać, czy ożeni się ze mną, czy wyjdzie. Może i jest równouprawnienie, może i "dziewczyny mogą wszystko", ale poczułam się jak desperatka.
Z Przemkiem jest nadal. Powtarza sobie, że już nie czeka, ale kiedy lajkowała zdjęcia uśmiechniętych koleżanek z napisem "Powiedziałam tak!", to ściskało ją z zazdrości.
Dalsza część tekstu poniżej
Na jednym z kobiecych forów temat zaręczyn doczekał się niemal 500 komentarzy. To odpowiedzi na post dziewczyny, która nie chce już dłużej czekać. Kobiety radzą różnie – od "sama go poproś o rękę" po "on jeszcze czeka, ale niestety nie na ciebie".
I dzielą się swoimi osobistymi historiami:
"Ja czekam na pierścionek i to magiczne pytanie już 19 lat, z trójką dzieci na koncie. Nic na siłę – nie chce, to nie zmuszaj".
Niektóre twierdzą, że zaręczyny to wcale nie musi być przepis na sukces i udane wspólne życie: nawet jeśli inicjatywa wyjdzie od partnera. 
"Mój mąż oświadczył się po trzech miesiącach… po kolejnych trzech wzięliśmy ślub… po siedmiu latach się rozwiedliśmy… nie ma reguły" – opisuje kolejna internautka. 
"Czekałam na pierścionek pięć lat. W końcu się oświadczył, ale to były tak żałosne zaręczyny… Byliśmy razem jeszcze rok, ale to był najgorszy czas – ciągłe kłótnie, a rozmowy o ślubie kończyły się frustracją. Rozstaliśmy się. Próbował wracać, ale ja już nieugięcie stałam przy swoim. To była najlepsza decyzja mojego życia" – twierdzi inna. 
Jedna z forumowiczek opisuje: "Zasugerowałam pierścionek zaręczynowy na moje okrągłe urodziny. Posłuchał, oświadczył się. Dziś mija sześć lat i ja odchodzę. Mam dość. Ilekroć próbowałam wspomnieć o ślubie, słyszałam: "nie chcę teraz o tym rozmawiać". Jestem zła nie na niego. Na siebie – że odchodzę dopiero po sześciu latach. Cóż, czasu nie cofnę".
Socjolożka: To raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend
W tradycyjnym scenariuszu to on klęka i wyciąga pierścionek, a ona, wstrzymuje oddech i czeka na to jedno, jedyne pytanie. Jednak są też kobiety, które biorą sprawy w swoje ręce, wywracając ten odwieczny rytuał do góry nogami.
Doktorka Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni i badaczka siostrzeństwa z Uniwersytetu SWPS, ocenia to zjawisko pozytywnie, choć – jak podkreśla – ma ono charakter marginalny.
– Skoro to zaledwie 2 proc. przypadków, pozostaje ono absolutnie niszowe. Niemniej sam fakt, że pojawiają się takie historie, dokłada ważny element do dyskusji o współczesnych związkach. Pokazuje, że dla kobiet małżeństwo wciąż jest istotną wartością. Chcą je realizować, a gdy nie widzą innej drogi, biorą sprawy w swoje ręce. Zgodnie z hasłem "kobiety wiedzą, co robią", działają w kontrze do tradycyjnych struktur. Ale pamiętajmy, że to wciąż nowość.
Jak dodaje, interesująco wypadają wyniki raportu Ipsos "Nierówności płci w Polsce 2026". Wynika z nich, że 56 proc. Polaków uważa, iż w kwestii równouprawnienia osiągnięto już wystarczająco dużo. Wśród kobiet ten odsetek wynosi jednak tylko 36 proc. 
– Widać więc wyraźnie, że mężczyźni częściej uznają ten proces za zakończony, podczas gdy kobiety wciąż widzą potrzebę zmian. Mam jednak wątpliwości, czy akurat w obszarze oświadczyn chciałyby przejmować inicjatywę na stałe – zaznacza.
– Czy fakt, że kobiety oświadczają się partnerom, oznacza, że patriarchat zaczyna pękać? – dopytuję.
– Myślę, że to trafna diagnoza. To jeszcze nie jego koniec, ale na pewno pewne pęknięcie. Mówimy o zaręczynach, a więc o rytuale silnie nacechowanym płciowo –  to mężczyzna zawsze był stroną aktywną, a kobieta bierną, czekającą. Ten schemat zaczyna się rozluźniać. Na razie to jednak raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend –  odpowiada.
Jak mężczyźni to odbierają? 
– To może być dla nich trudne, bo tracą monopol na gest o ogromnym znaczeniu symbolicznym. Nasze imaginarium społeczne i kultura są oparte na obrazie mężczyzny klękającego przed kobietą. Gdy ten schemat zostaje przełamany, wielu z nich może czuć się niekomfortowo –  tłumaczy.
Jak podkreśla, zjawisko, w którym to kobiety oświadczają się mężczyznom, należy rozpatrywać w szerszym kontekście. – Myślę, że trzeba je wpisać w klamrę kryzysu relacji romantycznych. Profesor Tomasz Szlendak, socjolog, pisał o tym w swojej książce  "Miłość nie istnieje", a w mediach – choćby w "New York Timesie" – pojawia się pojęcie "heterofatalizmu". To stan, w którym kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć. Widzimy dziś wyraźny rozjazd między kobietami i mężczyznami – nie tylko edukacyjny, ale i dotyczący oczekiwań wobec wspólnego życia – mówi.
Socjolożka zwraca też uwagę na kontekst demograficzny. – Kobiety częściej przeprowadzają się do dużych miast i częściej kończą studia. Powstaje strukturalna nierównowaga, która przekłada się na relacje. Do tego dochodzi lęk przed odpowiedzialnością, choć ten wątek wymagałby pogłębionej analizy w konkretnych grupach wiekowych – podsumowuje.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/40d197232c56f7b7ffb8b3e8881bc36e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kobiety nie chcą czekać w nieskończoność na oświadczyny i przejmują inicjatywę. Nie wszystkim mężczyznom się to podoba</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647457,co-stresuje-polakow-przed-wielkanoca-bardziej-niz-ceny-nowe-badanie-zaskakuje</guid><link>https://natemat.pl/647457,co-stresuje-polakow-przed-wielkanoca-bardziej-niz-ceny-nowe-badanie-zaskakuje</link><pubDate>Wed, 01 Apr 2026 15:41:47 +0200</pubDate><title>Co stresuje Polaków przed Wielkanocą bardziej niż ceny? Nowe badanie zaskakuje</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />51% Polaków przed Wielkanocą najbardziej stresują zakupy, a nie ich koszt [1]. Z  badania Opinia24 zrealizowanego na zlecenie delio supermarket online wynika, że największym źródłem napięcia są kolejki, tłok, brak czasu i trudności w skompletowaniu wszystkich produktów.  Dlatego przed świętami coraz większego znaczenia nabierają rozwiązania, które pozwalają zrobić większe zakupy wygodnie, online i z dostawą do domu.

Co najbardziej stresuje Polaków podczas wielkanocnych zakupów?
W okresie przedświątecznych przygotowań największym wyzwaniem dla konsumentów okazuje się nie tyle koszt zakupów, co ich organizacja. 33% badanych wskazuje, że kolejki i tłok w dużych sklepach takich jak hipermarkety, supermarkety i dyskonty są dla nich największym źródłem stresu. Dla 10% respondentów problemem jest brak czasu, dla 8% trudność w znalezieniu potrzebnych produktów, a dla 16% – wysokie ceny.
Na te wyzwania doskonale odpowiada delio supermarket online, które ułatwia organizację większych zakupów: pozwala skompletować całą listę produktów w jednym miejscu, uniknąć kolejek i wizyt w kilku sklepach oraz skorzystać z dostawy nawet tego samego dnia. 
Potwierdzają to także deklarowane priorytety zakupowe Polaków. Atrakcyjne ceny (46%) oraz unikanie kolejek i tłoku (44%) są dla Polaków niemal równie ważne. Dla 37% badanych liczy się pewność dostępności produktów, a 36% ceni możliwość zrobienia wszystkich zakupów w jednym miejscu. 
Klienci coraz częściej oczekują, że w jednym miejscu zrobią pełne i zróżnicowane zakupy.  W delio supermarket online oferujemy asortyment nawet trzykrotnie większy niż w przeciętnym dyskoncie, dlatego można tu wygodnie skompletować zarówno codzienny, jak i bardziej rozbudowany koszyk i zamówić go z dostawą pod same drzwi  – mówi Magdalena Marzec, Head of Marketing w Lite e-Commerce.  
Wielkanocny koszyk Polaków: tradycja wciąż na pierwszym miejscu
Choć sposób robienia zakupów stopniowo się zmienia, same produkty wielkanocne pozostają bardzo tradycyjne. Z badania Opinia24 i Żabka Jush wynika, że Polacy przed Wielkanocą najczęściej kupują: jajka – 48%, majonez – 44%, białą kiełbasę – 38%, żurek – 36%, wędliny – 35% oraz chrzan – 34%. 
Zakupy online coraz popularniejsze
Zmienia się również sposób robienia zakupów. Dane GUS pokazują, że niemal 60% Polaków kupuje już w internecie, a kanał online staje się naturalnym wyborem niezależnie od wieku konsumentów. 
Nawet w tak tradycyjnym okresie jak przygotowania do Wielkanocy konsumenci coraz częściej szukają sposobów, aby lepiej zaplanować większe zakupy i ograniczyć stres związany z wizytami w zatłoczonych sklepach. W delio supermarket online można wcześniej skompletować świąteczny koszyk przez stronę delio.com.pl lub w aplikacji Żabka Jush i zamówić zakupy z dostawą nawet tego samego dnia.
[1] Suma składająca się z trzech odpowiedzi na pytanie “Co jest dla Ciebie najbardziej stresujące w przygotowaniach do Wielkanocy?” – 33% Tłok i kolejki w sklepach; 10% Brak czasu; 8% Kompletowanie całej listy zakupów.
O badaniu:
Badanie zostało zrealizowane metodą wywiadu internetowego (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1000 mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia w wieku 18-50 lat. Badanie zostało zrealizowane w dniach 27 lutego – 9 marca 2026 roku.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/97c458f86f50641af2069525dfdb1645,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647173,weszla-na-whatsappa-10-letniej-corki-przezyla-szok-gdy-zobaczyla-co-wypisuja-dzieci</guid><link>https://natemat.pl/647173,weszla-na-whatsappa-10-letniej-corki-przezyla-szok-gdy-zobaczyla-co-wypisuja-dzieci</link><pubDate>Tue, 31 Mar 2026 13:11:01 +0200</pubDate><title>Weszła na WhatsAppa 10-letniej córki. Przeżyła szok, gdy zobaczyła, co wypisują dzieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na szkolnych grupkach jest wszystko: przeróbki zdjęć, wulgaryzmy, a nawet zachęty do przemocy.  – Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia – komentuje dr Piotr Rycielski, psycholog i badacz bullyingu. Z kolei Julia Piechna z NASK mówi wprost: –  Cyberprzemoc to nie jest problem technologii. To problem relacji.

– "Żeby sp**ma miała lepszy smak, chłopak musi jeść dużo ananasa. S**ks analny trochę boli, ale można spróbować, jak to jest się "jeb*ać w d***ę. W ogóle ruch**ie i je***anie fajne musi być. Kto już r***chał?". To właśnie wyczytałam na grupce klasowej, do której należała córka. Miała wtedy 10 lat – opowiada nerwowo Beata, choć od tego czasu minęły ponad dwa. 
To był czas, kiedy regularnie sprawdzała telefon córki. Tak ustaliły od początku: smartfon – tak, ale pod pełną kontrolą. 
10 lat to nie wiek na tajemnice.
"Zostałaś usunięta z grupy"
Od początku Beacie nie podobało się, w jaki sposób dzieci się do siebie odzywają. "Jesteś debilem XD" było tam na porządku dziennym.
– Córka nie uczestniczyła w tych rozmowach, nikt jej nie oznaczał ani nie wywoływał do tablicy. Ale chciała tam być, bo "wszyscy są". Tłumaczyła, że "Jesteś debilem XD" to niemal komplement. Ale w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się to nie podoba i przestanie tam wchodzić – opowiada Beata. – Miała mnóstwo nieodczytanych wiadomości. Pewnego wieczoru usiadałam i czytałam wszystkie, a włos jeżył mi się na głowie.
Następnego dnia porozmawiała z córką. Zapytała, kto z klasy stoi za tymi wulgarnymi wiadomościami. Był tylko nick i awatar. Beata przyznaje, że uległa stereotypom – była przekonana, że to chłopak. 
Tymczasem od córki dowiedziała się, że za wulgarnymi treściami stoi dziewczynka.
Beata zrobiła zrzuty ekranu i wysłała je nauczycielce.
– Pierwsze, co pomyślałam, to że to dziecko może być ofiarą molestowania sek**alnego. Wiem, że miała rozmowy z psychologiem i pedagogiem, ale na szczęście moje przypuszczenia się nie sprawdziły. Moja córka powiedziała też, że Amelka (imię zmienione - przyp. red.) jest na co dzień miła i grzeczna. W rozmowach na WhatsAppie zmienia się w kogoś innego. 
Jak zakończyła się ta sprawa? 
– Były pogadanki, pani pogroziła palcem i na tym się skończyło – mówi z ironią Beata. – Wtedy podjęłam decyzję, że nie pozwolę dziecku być na tej grupie. Córka przyjęła to… z ulgą. Pytałam, czy nie czuje się wykluczona, czy nie jest na mnie zła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że ona nie chce takich rzeczy czytać. 
I dodaje: – Do dziś nie upomniała się, że chce wrócić na grupkę. Ma swoją niewielką, kameralną, z trzema koleżankami. I to jej wystarczy. 
Historia Oliwki jest inna. Raz ma prawo być na grupce klasowej, raz nie. Wszystko zależy od nastroju jej koleżanki z klasy i administratorki grupy. Nie pomogły ani rozmowy z nauczycielką, ani z rodzicami Basi, która założyła grupkę. 
– Jak Oliwka chodzi smutna, osowiała, to już wiem, że Basia znów ją wyrzuciła. Wieczorem nagle słyszę pisk: "Dodała mnie!" I Oliwka znów się cieszy. Tylko że to jest taka radość na chwilę. 
Moja rozmówczyni proponowała swojej córce usunięcie aplikacji. Ale za każdym razem spotykała się z silnym oporem.
– Ona mówi: "Mamo, ty nie rozumiesz. Ja muszę tam być!" I ja naprawdę widzę, że ona tak to przeżywa. Basia jest taką klasową liderką. Wiem, że Oliwka czasem przymila jej się w szkole, żeby dłużej móc być na grupce – opowiada. 
Podczas lockdownów w pandemii komunikatory stały się dla dzieci głównym sposobem utrzymywania relacji. I tak już zostało. Grupka szkolna na komunikatorze to kwestia przynależności. 
Jeśli nie ma cię na WhatsAppie, to nie istniejesz. 
Agnieszka zna PIN do telefonu swojego 14-letniego syna, ale nigdy go nie sprawdza. – Teraz zastanawiam się, czy nie powinnam? Ale dzieci zawsze znajdą sposób, by stworzyć nową grupę czy czat, do którego nie będę miała dostępu. Mam wrażenie, że im bardziej się je kontroluje, tym bardziej kombinują – uważa. 
Na szkolnych grupkach jest wszystko: od niewinnych pytań o zadanie domowe, przez potoki wulgaryzmów, które nie przeszłyby dzieciom przez gardło w obecności dorosłych, aż po drastyczne filmiki i przeróbki zdjęć robionych z ukrycia na szkolnym korytarzu. Są też screeny z prywatnych korespondencji.
– Koledzy syna komunikują się słowami: "Zabij się". Syn ich broni, przekonuje, że to tylko takie powiedzenie. Mam wrażenie, że synowi taka komunikacja też się podoba – załamuje ręce mama, która prosi mnie o anonimowość. 
I dodaje z niepokojem: – Obawiam się, że pewnego dnia to wszystko źle się skończy, coś pęknie.
Kasia, mama czwartoklasistki: – W grupie mojej córki dzieci opowiadały sobie, że mają myśli samb***jcze i depresję. Całe szczęście nasza reakcja była natychmiastowa. Zarówno szkoła stanęła na wysokości zadania, jak i rodzice. Okazało się, że to była tylko głupia zabawa, a nie pogorszenie stanu psychicznego dzieci. 
Internet nigdy nie śpi
Zjawisko, w którym grzeczne na co dzień dzieci zamieniają się w sieci w agresorów, to dla dr. Piotra Rycielskiego, psychologa z Uniwersytetu SWPS, badacza i eksperta bullyingu, a także współautora systemu RESQL (narzędzie do przeciwdziałania przemocy rówieśniczej - przyp. red.), czytelny proces. 
Ekspert nie ma wątpliwości, że winę za to ponosi specyfika internetowej grupy.
– To prosty, choć bolesny mechanizm: kiedy dzieci zostają bez nadzoru dorosłych, normy społeczne po prostu wyparowują. My, dorośli, trochę oddaliśmy to pole – nie śledzimy tego, co tam się dzieje, a dynamika grupowa jest nieubłagana – wyjaśnia dr Rycielski. – Dobra wiadomość jest taka, że większość dzieci z natury chce współpracy i utrzymania pozytywnych relacji. Ale badania wskazują na istnienie grupy – około 10 procent – która chce "więcej i szybciej".
I precyzuje: – Chodzi o prestiż, podziw i wysoką pozycję w hierarchii klasowej. Budowanie zaufania czy prawdziwej przyjaźni to proces powolny, wymagający wysiłku. Tymczasem nieuczciwe, brutalne metody dają natychmiastowy efekt. To klasyczny bullying, który w wersji online – czyli cyberbullyingu – zyskuje dodatkową, niszczycielską moc.
– Dlaczego internet tak bardzo ułatwia zadawanie bólu?– dopytuję.
– W przestrzeni wirtualnej redukcji ulega empatia. Gdy mówimy komuś coś podłego prosto w oczy, widzimy jego reakcję: łzy, ból, a czasem furię. To nas hamuje. Na grupie klasowej nie widzimy twarzy ofiary. Są tylko emotikony i krótkie komunikaty, bo dzieci nie piszą pełnymi zdaniami. Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia.
Dr Rycielski zwraca również uwagę na to, że świat cyfrowy i ten na szkolnym korytarzu są dziś nierozerwalne, co potwierdza np. badanie "Ostrołęckiego Obserwatorium Oświatowego" Uniwersytetu Warszawskiego:
– Przemoc analogowa i cyfrowa nieustannie się przenikają. Co więcej, cyberprzemoc jest samonakręcającą się spiralą. Dziecko, które doświadcza gnębienia na jednej grupie, często "uczy się" tej metody i stosuje ją w innym miejscu w sieci, by odreagować. Ofiara staje się katem, a my, jako dorośli, często nawet nie wiemy, że ta walka trwa 24 godziny na dobę. Internet nigdy nie śpi.
– Czy rodzice powinni bardziej kontrolować swoje dzieci na komunikatorach?–  pytam.
– Warto tu użyć analogii "podwórka". Kiedyś wypuszczaliśmy dzieci na dwór – bawiły się same, rozmawiały, a my nie staliśmy nad nimi, by podsłuchiwać każdą wymianę zdań. Z grupami na WhatsAppie jest podobnie. Nie chodzi o to, by cały czas zaglądać przez ramię. Złotym środkiem jest rozmowa, ale – i tu stawiam duży wykrzyknik – to nie może być przesłuchanie. Większość rodziców pyta: "Co tam w szkole?", a w odpowiedzi słyszy: "Wszystko okej, nic się nie dzieje". I na tym dialog się kończy, bo dziecko czuje, że jest pod lupą.
Julia Piechna, kierowniczka Zespołu Projektów Społecznych i Współpracy Międzynarodowej w NASK, potwierdza:
– Funkcjonujemy w takich czasach, że ciężko zabrać tę technologię. Ona powinna być lepiej uregulowana, ale dopóki będą złe relacje i brak świadomości, przemoc będzie się dziać. Musimy zrobić krok wstecz. Cyberprzemoc to nie jest problem technologii – ona ją tylko ułatwia i przyspiesza. To jest problem relacji. Widzimy, że w klasach, które nie są zintegrowane i gdzie brakuje szacunku, najłatwiej o wykluczanie, zakładanie grup przeciw komuś czy ignorowanie.
Dalsza część tekstu poniżej
Dr Piotr Rycielski zachęca, żeby rozmawiać z dziećmi niejako przy okazji, na przykład podczas gotowania czy jazdy samochodem. Zauważa, że dopiero uczymy się, jak odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości komunikatorów:
– My jako dorośli jesteśmy pierwszym pokoleniem, które musi to wypracować. Nasi rodzice nie dali nam mądrości, jak radzić sobie z hejtem na Messengerze, bo internetu po prostu nie było. Internet i media społecznościowe są teraz w fazie takiego "dzikiego zachodu". Kiedyś papierosy reklamowano jako coś świetnego, lekarze polecali je na uspokojenie. Potem przyszła refleksja i regulacje. Wszyscy robią w internecie, co chcą, a my dopiero zaczynamy rozumieć, jak bardzo bywa to toksyczne.
Specjalistka: To efekt kabiny pilota
Ekspert widzi jednak światełko w tunelu. Uważa, że dzieci potrafią same wyhamować, jeśli tylko dorośli nazwą rzeczy po imieniu:
– Dzieci świetnie reagują, gdy nazwie się mechanizmy, w których biorą udział. Kiedy na warsztatach tłumaczymy im: "Słuchajcie, ten agresor na grupie nie jest po prostu zły, on w ten sposób próbuje zaspokoić swoją potrzebę bycia ważnym, a wy go w tym napędzacie", zapada cisza. Uczniowie nagle orientują się: "Aha, to ja lajkując ten głupi żart, daję mu paliwo". 
I dodaje: Często same dochodzą do wniosku, że wystarczy przestać przesyłać dalej nienawistne memy, by agresja po prostu wygasła. One potrzebują kogoś, kto pomoże im wyjść z tej grupowej dynamiki.
Dorośli często zakładają, że skoro dziecko potrafi obsługiwać smartfona, rozumie też konsekwencje swoich działań. Ale czy na pewno?
Wracam z tym pytaniem do Julii Piechny.
–To jest na tyle poważna sprawa, że gdyby dzieci były zupełnie świadome konsekwencji, to pewnie do tych kłótni, obrażania i przemocy by nie dochodziło. One czasem są świadome, a czasem nie – odpowiada. – Grupy rówieśnicze to miejsca, do których dorośli teoretycznie nie mają dostępu. Tam dzieciaki budują pozycję, tam rozgrywają się konflikty i niuanse w relacjach. Dla tych, którzy zabiegają o miejsce w grupie, atak na kogoś innego to po prostu sposób na jej zdobycie.
Ekspertka zwraca uwagę na ważny mechanizm psychologiczny, który sprawia, że w sieci łatwiej o okrucieństwo.
– To tzw. efekt kabiny pilota. Przez to, że oddziela nas ekran smartfona czy komputera, nie zawsze widzimy cierpienie i krzywdę osoby, w którą uderzamy. Wydaje nam się, że to nie jest tak dotkliwe, bo nie mamy przed oczami tego, co ta osoba w danym momencie przeżywa – wyjaśnia.
Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest przesuwanie się granic tego, co młodzi ludzie uznają za akceptowalne. Przemoc zaczyna się normalizować.
– Wiemy, że 17 proc. młodzieży zapytanej o konkretne formy agresji nie potrafi określić, czy to już przemoc. To jest dla nich gdzieś na granicy żartu. Młodzi ludzie często boją się pokazać, że ich to boli. Muszą być silni, nie mogą pokazać, że hejt w nich uderza, mimo że w rzeczywistości to po prostu przemoc.
Problem pogłębia fakt, że ofiary rzadko szukają pomocy u dorosłych.
– Aż 47 proc. dzieci doświadczających cyberprzemocy nikomu o tym nie mówi. Są z tym same. Czasem się boją, czasem nie wiedzą, jak prosić o pomoc, a czasem obawiają się, że jeśli to zgłoszą, agresja środowiska uderzy w nich jeszcze mocniej. A świadkowie wolą nawet dołączyć do grupy "silnych", którzy atakują, żeby sami nie znaleźli się na celowniku – tłumaczy ekspertka.
Dzieci często nie mają świadomości, że brak reakcji czy udostępnianie agresywnych treści dalej wzmacnia sprawcę.
Przemoc cyfrowa nie kończy się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem. Po powrocie do domu dziecko wciąż może pozostawać celem ataków – a co najtrudniejsze, ta przemoc często pozostaje niewidoczna dla otoczenia.
– Młodzież mówi nam czasem wprost, że woleliby, aby ktoś ich po prostu uderzył. Dlaczego? Bo siniaka widać. Wtedy wszyscy wiedzą, że coś się dzieje, a dorośli mogą zareagować. Przemoc online jest dla nauczycieli czy rodziców przezroczysta, a dziecko zostaje z nią sam na sam przez 24 godziny na dobę. Nie może się od niej odciąć, bo sprawcy są z nim cały czas, tuż pod ręką, w telefonie – podsumowuje gorzko Julia Piechna.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/1f36fd32ae98ed9d960055e5a2877528,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Beata sprawdziła grupę szkolną na WhatsApp córki i przeżyła szok</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/647005,my-placimy-w-sklepie-3-zl-rolnik-dostaje-15-groszy-sytuacja-jest-tragiczna</guid><link>https://natemat.pl/647005,my-placimy-w-sklepie-3-zl-rolnik-dostaje-15-groszy-sytuacja-jest-tragiczna</link><pubDate>Mon, 30 Mar 2026 12:55:22 +0200</pubDate><title>My płacimy w sklepie 3 zł, rolnik dostaje... 15 groszy. &quot;Sytuacja jest tragiczna&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Jeszcze jestem na styku, ale na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami.  Tam sytuacja jest tragiczna. Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem
– zauważa Damian Murawiec, rolnik z Żuław Wiślanych, działacz Ogólnopolskiego Oddolnego Protestu Rolników.

Aleksandra Tchórzewska: Zewsząd słyszę: na roli dzieje się źle, rolnicy muszą szukać dodatkowej pracy i innych źródeł dochodu. Chciałabym, żeby wytłumaczył pan, co się stało z równowagą między tym, ile wydaje pan na produkcję, a tym, ile otrzymuje za plony. Gdzie znikają te pieniądze?
Damian Murawiec, rolnik: Już tłumaczę. Sytuacja wygląda tak, że w produkcji roślinnej ceny za tonę ziarna – czy to pszenicy, rzepaku, czy kukurydzy – znajdują się obecnie na poziomie sprzed 15, a nawet 20 lat. Przykładowo: tona pszenicy kosztuje 750 zł. Dokładnie tyle samo płacono za nią dwie dekady temu.
Tymczasem, żeby dziś spiąć rachunek ekonomiczny, musimy mierzyć się z gigantycznymi kosztami po drugiej stronie. Paliwo kosztuje prawie 9 zł brutto. Ceny nawozów mineralnych wzrosły tak bardzo, że stanowią one nawet 50 proc. ogólnych nakładów na uprawę, co widać wyraźnie w przypadku rzepaku. 
Jeszcze około siedmiu lat temu relacja ceny saletry amonowej (najpopularniejszego nawozu azotowego) do tony pszenicy wynosiła około 1,2:1 lub 1,5:1. Obecnie ten stosunek to 2,5:1, a nawet 3:1.
To jednak nie koniec listy wydatków?
Do tego dochodzi bardzo drogi gaz. Jest on niezbędny do suszenia ziarna, szczególnie kukurydzy. Taka jest technologia i nasz klimat – kukurydzę zbieramy z pola mokrą, na poziomie 30–40 proc. wilgotności, a musimy ją wysuszyć do 14 proc.. Pozbycie się wody wymaga ogromnych pokładów energii. 
Gaz jest aktualnie o 100 proc. droższy niż jesienią ubiegłego roku. Litr kosztował 1,30–1,35 zł netto, a obecnie to już 2,70 zł. Koszty prowadzenia gospodarstwa drastycznie wystrzeliły, a ceny za nasze płody rolne zupełnie za nimi nie nadążają. 
Kto jest za to odpowiedzialny?
Jeśli chodzi o nawozy, to poza zawirowaniami na Bliskim Wschodzie, mamy w Europie bardzo drogi produkt przez system ETS i związane z nim opłaty. Muszą je uiszczać producenci, tacy jak polska Grupa Azoty czy należący do Orlenu Anwil. 
Gdyby nie te dodatkowe obciążenia, moglibyśmy zaoszczędzić około 600–700 zł na każdej tonie nawozu. Przyjmijmy, że na hektar zużywamy około 500 kg – tylko z tytułu wspomnianych opłat moglibyśmy oszczędzić około 300 zł na każdym hektarze.
A przecież wydatki rosną na każdym etapie. Droższe paliwo to nie tylko to, co lejemy bezpośrednio do ciągnika, kombajnu czy ładowarki. To także wyższy koszt transportu nasion, materiału siewnego, środków ochrony roślin czy części zamiennych. Gdy to wszystko się skumuluje, obraz możliwości wypracowania jakiegokolwiek zysku staje się, niestety, bardzo nieciekawy.
Ma pan już ujemny bilans w gospodarstwie, czy wychodzi pan jeszcze "na styk"?
Jeszcze jestem na styku, ale przykładowo na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami, o której słyszy się od miesięcy. Tam sytuacja jest tragiczna. 
Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem.
W krajach Europy Zachodniej, głównie w Holandii i Niemczech, wyprodukowano w tym roku nadwyżki. Tamte państwa poradziły sobie z tym poprzez dotowanie eksportu – producent dostaje dopłatę do każdej tony pod warunkiem, że wywiezie ziemniaki poza granice kraju.
To klasyczna interwencja rynkowa mająca chronić ich wewnętrzny rynek, ale odbywa się to kosztem polskich gospodarzy. Dotowany towar z Zachodu, sprzedawany po minimalnych cenach, trafia do polskich przetwórni czy obieralni. W efekcie nasze ziemniaki nie są skupowane i zalegają w magazynach.
Co się dzieje z towarem, którego nie udaje się sprzedać?
Magazynowanie ziemniaka nie jest proste. Często dochodzi do sytuacji, w której towar po prostu zaczyna się psuć i musimy go utylizować. To jest dramat: nie dość, że poniosło się ogromne koszty uprawy – a inwestycja w hektar ziemniaka to od 15 do 20 tysięcy złotych – to na koniec, zamiast zysku, trzeba jeszcze zapłacić za utylizację niesprzedanego plonu. 
To są potężne straty, które kładą gospodarstwa na łopatki.
Rolnicy są stratni, ale jak odczuwają to polskie rodziny? Czy to, co dzieje się w waszych gospodarstwach, ma bezpośredni wpływ na nasze portfele?
Problem polega na tym, że niskie ceny, które my otrzymujemy za płody rolne, nie przekładają się bezpośrednio na niższe ceny w marketach. Marże, koszty transportu, pakowania, przetwórstwa i samej sprzedaży tak mocno nabijają cenę końcową, że konsument nie odczuwa naszej straty. Klient płaci dużo, a rolnik dostaje grosze.
A co z umową Mercosur? Wiem, że był pan mocno zaangażowany w protesty. Czy czuje się pan oszukany?
Jako rolnicy oczekiwaliśmy, że po 9 stycznia – kiedy dowiedzieliśmy się, że umowa została przyjęta – rząd podejmie realne kroki. Choć Polska była przeciw, apelowaliśmy do premiera i Rady Ministrów o złożenie skargi na decyzję Rady Unii Europejskiej, która zezwoliła na tymczasowe obowiązywanie tej umowy. 
Niestety, od 1 maja wejdzie ona w życie w formie tymczasowej. Liczyliśmy na większe zaangażowanie. Obecny minister rolnictwa, a wcześniej wiceminister, Stefan Krajewski obiecał nam złożenie skargi, ale widocznie resort nie miał odpowiedniej siły przebicia w całej Radzie Ministrów.
Jest pan aktywistą, rozmawia pan z rządem. Czy po drugiej stronie widzi pan autentyczną chęć pomocy, czy to tylko obietnice bez pokrycia?
W samych rozmowach zrozumienie jest, ale brakuje go później przy podejmowaniu konkretnych decyzji sprzyjających rolnictwu. Często prowadzimy dialog, z którego – jak nam się wydaje – może wyniknąć coś pozytywnego, a po kilku miesiącach okazuje się, że żadnej realnej decyzji nie ma.
Krajowa Rada Izb Rolniczych wystąpiła z programem premii dla młodych rolników. Myśli pan, że to uratuje sytuację, czy to tylko gest na pokaz?
Mamy ogromny problem z sukcesją i chęcią młodych ludzi do zostawania na wsi. Średni wiek rolnika w Polsce to 50 lat, a w Unii Europejskiej 55 – to bardzo niebezpieczne zjawisko. 
Uważam, że takie premie na start mogą w jakimś stopniu zachęcić młodą osobę do podjęcia tego trudu i prowadzenia gospodarstwa po rodzicach. 
Rozpoczęcie od zera, bez własnego kapitału, jest dziś jednak praktycznie niemożliwe. Sama premia dla kogoś, kto zaczyna od zera, mija się z celem. Realną szansę mają tylko ci, którzy posiadają zaplecze albo przejmują gospodarstwa po rodzicach.
Pan jest gospodarzem z dziada pradziada?
Tak, zaczynał pradziadek, potem był dziadek, tata i teraz ja. Nigdy nie myślałem o ucieczce do wielkiego miasta, ale nie ukrywam, że bardzo się martwię. Pracujemy coraz ciężej i coraz dłużej, a jednocześnie coraz mocniej się zadłużamy. Brakuje pozytywnej perspektywy. 
Widzimy, jakie agroholdingi tworzą się na Ukrainie czy w krajach grupy Mercosur. Mam świadomość, że może przyjść moment, w którym mój syn nie będzie już w stanie przejąć po mnie gospodarstwa, bo to po prostu nie będzie opłacalne. Staraliśmy się rozwijać, kupowałem ziemię na kredyt, dzierżawiłem kolejne hektary, ale przy obecnych kosztach mamy mnóstwo zmartwień.
A czy pogoda również dała się panu we znaki?
Bardzo mocno. Gospodaruję na Żuławach Wiślanych i zeszły rok był pod tym względem fatalny. 28 lipca, zaraz po rozpoczęciu żniw, nawiedził nas deszcz nawalny. Pola zostały zalane. Część nasion rzepaku się osypała, zboża wyległy, wszędzie potworzyły się zastoiska wodne. Niektóre pola pszenicy były zalane całkowicie – poziom wody sięgał 50 centymetrów. Gdy wszedłem na pole w gumowcach, woda wlała mi się górą.
Z kłopotami po tej ulewie mierzymy się do dzisiaj. Deszcz nie tylko pogorszył jakość plonu i spowodował jego częściową utratę, ale też zniszczył strukturę gleby, co uniemożliwiło normalną uprawę i zasiewy jesienią.
Czy zima również była ciężka dla upraw?
To była kontynuacja problemów. Mieliśmy okrywę śnieżną, więc rośliny nie wymarzły, ale przez wcześniejsze zalania i dużą ilość śniegu, który stopniał na zamarzniętą ziemię, znów powstały zastoiska. Tam, gdzie woda stała zbyt długo, rośliny po prostu wypadły. Mamy teraz na polach puste place.
Musiałem już częściowo przesiewać te działki, co oznacza ponowne koszty pracy i materiału siewnego. To na pewno odbije się negatywnie na tym sezonie – już teraz spodziewam się znacznie niższych plonów. 
Miałem nadzieję, że skoro drastycznie rosną ceny surowców, paliwa i nawozów, to w ślad za nimi pójdą ceny płodów rolnych. Niestety, na razie tak się nie dzieje.
Są też krytycy, którzy mówią: "Rolnicy tylko narzekają, a przecież biorą dotacje i mają nowoczesne ciągniki". Co by im pan odpowiedział?
Ten obraz jest często przekłamany. Jeśli chodzi o dofinansowania do zakupu maszyn, to nie dostajemy ich za darmo. Dotacja pokrywa zazwyczaj 40–50 proc. kosztów. Rolnik musi najpierw wyłożyć 100 proc. kwoty z własnej kieszeni lub kredytu, a dopiero potem część jest mu zwracana. Do tego dochodzi szereg rygorystycznych wymogów, które same w sobie generują dodatkowe koszty inwestycji.
Kolejna sprawa to dopłaty bezpośrednie. Weszliśmy do Unii w 2004 roku i od tamtej pory poziom dopłaty do hektara w zasadzie się nie zmienił. Mamy rok 2026, a stawka oscyluje wokół 700 – 800 zł. Proszę porównać siłę nabywczą tych pieniędzy 20 lat temu i dzisiaj. To prosty mechanizm: skoro cena pszenicy zatrzymała się na poziomie sprzed dwóch dekad, to wyobraźmy sobie pracownika etatowego, który dziś otrzymuje wypłatę sprzed 20 lat – powiedzmy 800 czy 1000 zł – a musi opłacić dzisiejsze rachunki, raty kredytów i paliwo. 
Jedno tankowanie 50 litrów paliwa kosztuje dziś 450 zł. Gdyby ludzie mieli przeżyć miesiąc za pensję z 2004 roku przy cenach z 2026, mielibyśmy w kraju zamieszki. My, rolnicy, w takiej rzeczywistości musimy prowadzić produkcję.
Dalsza część wywiadu poniżej
Gdyby mógł pan zmienić przepisy, by ulżyć rolnikom – co by pan zrobił?
To problem bardzo złożony, ale zacząć należałoby od poziomu unijnego. Po pierwsze: odejście od systemu ETS dla producentów nawozów. To podstawa, bo te opłaty bezpośrednio i drastycznie podrażają produkcję. W dobie napięć wojennych i kryzysów energetycznych konieczna jest rewizja całego systemu opłat klimatycznych. Bez energii i jej nośników nie zrobimy nic, a obecny system winduje ceny wszystkiego po kolei.
Po drugie: domagamy się realnej ochrony unijnego rynku żywności. Nie może być tak, że nakłada się na nas coraz wyższe normy i koszty, jednocześnie otwierając rynek na produkty, które tych standardów nie muszą spełniać.
Czyli problemem są nie tylko koszty, ale i nierówna walka na rynku?
Dokładnie tak. Sytuacja jest kuriozalna: na nas nakłada się coraz surowsze normy, byśmy produkowali zdrową żywność, a jednocześnie zawiera się umowy handlowe dopuszczające produkty wytwarzane według znacznie niższych standardów. Wystarczy spojrzeć na wydarzenia z ostatnich miesięcy. 
Mieliśmy aferę ze słonecznikiem płynącym do Bułgarii – w transportach wykryto substancje, które u nas są absolutnie niedopuszczalne. Kolejny przykład to wołowina z Brazylii z estradiolem czy ta z Urugwaju z przekroczonymi normami progesteronu. 
Ten towar trafił na polski rynek. Gdyby kontroli było więcej, takich przykładów byłoby znacznie więcej. To jest uderzenie prosto w nas i w konsumentów.
Mówił pan też o kosztach samej technologii, która ma być przecież "proekologiczna".
To kolejny ukryty koszt. Musimy kupować ciągniki, kombajny czy ładowarki spełniające wyśrubowane europejskie normy emisji spalin. Przez to sprzęt jest nie tylko znacznie droższy w zakupie, ale też bardziej awaryjny i kosztowny w eksploatacji. Systemy takie jak EGR czy inne rozwiązania redukujące emisję CO₂ często zawodzą, a koszty ich naprawy ponosimy my.
Obraz jest więc taki: koszty produkcji mamy najwyższe na świecie, napędzone opłatami klimatycznymi, systemem ETS i normami spalin, ale ceny za nasze produkty są światowe. Musimy konkurować z producentami, którzy produkują taniej, bo nie dbają o klimat ani o środowisko tak jak my. 
Ten rachunek po prostu przestał się spinać. To nie jest problem, który pojawił się wczoraj – to efekt lat zaniedbań i błędnych decyzji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c66bdb83e53c003ec8670862eae7887f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rolnicy dostają grosze za swoje plony</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
