<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[naTemat.pl - Archiwum]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Archiwum w naTemat.pl]]></description>
		<link>https://natemat.pl/c/518,archiwum</link>
				<generator>natemat.pl</generator>
		<atom:link href="https://natemat.pl/rss/kategoria,518,archiwum" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/628197,tomasz-lis-nie-pokochalem-trumpa-czyli-golebie-i-zwyciezcy</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/628197,tomasz-lis-nie-pokochalem-trumpa-czyli-golebie-i-zwyciezcy</link><pubDate>Sun, 19 Oct 2025 19:40:01 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Nie pokochałem Trumpa, czyli gołębie i zwycięzcy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Postępowy świat robi to, co lubi najbardziej i umie najlepiej: oburza się. Oto do pokoju w Gazie doprowadzili panowie Trump i Netanyahu. Jak słyszymy, jeden jest faszystą (w zasadzie obaj nimi są), a drugi zbrodniarzem.

Ok, tylko postępowcy i zwykli durnie mogli wpaść na pomysł, że faszystą jest dziadek Żydów, który ratuje Żydów, a zbrodniarzem gość, który broni żydowskiego narodu przed tymi, którzy chcą go unicestwić. Jest to równie idiotyczne jak twierdzenie Putina, że faszystą jest Żyd Zełenski.
Oczywiście cały ból głowy postępowców wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, nie po to domagali się pokoju, żeby doprowadzili do niego ci dwaj. Po drugie, od początku chcieli, żeby Hamas był górą, a Izrael i Żydzi dostali w tyłek. 7 X dostali, propagandowo dostali, ale antysemitom to jednak mało. Mieli Żydów rzucić na kolana, a tu dalej nic.
Nigdy nie byłem i nigdy nie będę fanem Donalda Trumpa, ale gratulacje za pokój w Gazie należą mu się jak psu buda. Nigdy nie byłem wielkim fanem Benjamina Netanyahu, za bardzo przypomina pod względem niektórych inklinacji Kaczyńskiego czy Orbána, ale zbyt dużo wiem o historii Izraela, by nie mieć wątpliwości, że historia uzna go za izraelskiego Churchilla, który w kluczowym momencie potrafił obronić państwo i naród. Będzie więc uchodził za najwybitniejszego izraelskiego przywódcę, może poza twórcą państwa, Davidem Ben Gurionem.
Przy okazji ośmielę się postawić wybitnie zamaszystą tezę. Jeśli jakikolwiek izraelski przywódca doprowadzi do zawarcia na Bliskim Wschodzie trwałego pokoju (jeśli cokolwiek w tym regionie może być trwałe), to właśnie on. Nacjonalista, jastrząb, twardogłowy. Co więcej, nie byłoby to nic dziwnego.
Zawierać pokój mogą w imieniu Izraela tylko politycy, którzy wcześniej udowodnili narodowi, że z Arabami, a szczególnie z Palestyńczykami, się nie patyczkują. Tylko oni, przynajmniej w pierwszym momencie, nie są oskarżani przez Żydów o zdradę.
Ludzie ze zdjęcia
W Jerozolimie kupiłem kiedyś dwa piękne zdjęcia, oba zrobione na początku czerwca 1967 roku w czasie wojny sześciodniowej, w czasie której Izrael zlał tyłki symultanicznie Egiptowi, Jordanii i Syrii. Pierwszym zabierając półwysep Synaj, drugim Zachodni Brzeg Jordanu i Wschodnią Jerozolimę, a trzecim Wzgórza Golan.
Na pierwszym zdjęciu widać trzech izraelskich żołnierzy, którzy stoją pod Ścianą Płaczu. Wszystko prawie dwa tysiące lat po wygnaniu Żydów z ich ziemi. Wzruszające. Na drugim widać idących ramię w ramię uliczką starej Jerozolimy trzech izraelskich wybitnych dowódców. Pierwszy to minister obrony, jednooki Mosze Dajan (snajper trafił kiedyś w trzymaną przez niego lornetkę). Drugi to szef sztabu, Icchak Rabin, trzeci to słynny generał Uzi Narkis.
To Dajan uznawany był za architekta wielkiego wojennego zwycięstwa z 1967 roku. Wszyscy wiedzieli, że to twardziel. Ale dekadę później to właśnie on, razem z pochodzącym z Polski, byłym żołnierzem armii Andersa, Menachemem Beginem, doprowadził do zawarcia w Camp David w Ameryce pokoju z Egiptem. Nie byłoby pokoju bez odwagi i Begina, i prezydenta Egiptu, Sadata. Ten ostatni za zawarcie pokoju z Izraelem zginął w zamachu z rąk islamskich ekstremistów.
Drugi człowiek ze zdjęcia, generał Icchak Rabin, już jako premier doprowadził w 1993 do zawarcia porozumienia z Palestyńczykami i Organizacją Wyzwolenia Palestyny Jasira Arafata. Dokładnie wtedy w siedzibie ministerstwa obrony Izraela (Rabin był i premierem, i ministrem obrony) przeprowadziłem z nim długi wywiad. Załatwiłem go w tempie ekspresowym, bo – jak powiedział mi ówczesny ambasador Izraela w Warszawie – premier był pod wielkim wrażeniem tego, jak polskie władze zorganizowały w Warszawie obchody 50. rocznicy powstania w getcie.
Rabin był byłym wojskowym. Inaczej niż większość polityków, nie zabiegał o sympatię i nie uwodził. Żadnego small talk. Od razu do rzeczy. Kilka lat wcześniej, w czasie pierwszej tzw. intifady, to Rabin powiedział, że Palestyńczykom, którzy rzucają kamieniami w izraelskich żołnierzy, trzeba łamać kości. I łamano. Nie było miękkiej gry.
Tylko ktoś taki mógł lata później podjąć odważną decyzję o pokoju z Palestyńczykami. Ale to dalej nie był gołąbek pokoju. Dokładnie pamiętam, jak w odpowiedzi na moje pytanie o przyszłość Jerozolimy, swym chropowatym głosem powiedział mi: „Jerozolima nigdy nie będzie podzielona, bo to serce i duch Izraela”.
Siedem lat później inny izraelski premier, też generał, zaproponował jednak oddanie Palestyńczykom 96 procent Zachodniego Brzegu Jordanu i połowy Jerozolimy, co lider OWP, Arafat, z obawy, że zostanie uznany za zdrajcę, odrzucił. Nie miał odwagi, którą wcześniej miał Sadat i którą miał Rabin, zastrzelony w zamachu przez izraelskiego ekstremistę, jak wcześniej Sadat przez egipskiego.
Pokój przez siłę
Pokój na Bliskim Wschodzie wymaga jednocześnie i wielkiej wyobraźni, i wielkiej odwagi. Churchillowskiej odwagi, rzekłbym.
Należy tu dodać, że decyzję o wycofaniu Izraela z Gazy i likwidacji tamtejszych osiedli żydowskich podjął ultrajastrząb, premier Izraela, a wcześniej oczywiście też generał Ariel Sharon. Można dyskutować, czy decyzja była rozsądna. Może bez niej nie byłoby 7 października 2023, ale na pewno była odważna. I na pewno podjął ją polityk, który wcześniej dał niezliczone dowody, że Arabom nie odpuszcza. Tylko takiemu Izraelczycy mogli wybaczyć. I zaufać.
Tuż po wspomnianym wyżej wywiadzie z premierem Rabinem rozmawiałem w Jerycho z szefem opozycyjnego Likudu, Benjaminem Netanyahu. Był wściekły na Rabina. Mówił, że Oslo to pułapka, niby pokój, który Arabowie wykorzystają przeciw Izraelowi.
Mówił to człowiek, który stracił brata, izraelskiego komandosa, którego zabili palestyńscy terroryści. To człowiek noszący blizny, urazy i chowający traumy. Jednocześnie człowiek, który pokazał Izraelczykom, jak twardy jest i potrafi być. Jeśli więc ktokolwiek doprowadzi do pokoju, to właśnie on. Może nawet – to dopiero byłby paradoks – dostanie za to pokojowego Nobla. Może nawet z Trumpem. Dostali Begin i Rabin, dlaczego nie miałby dostać Netanyahu?
Pokój przez siłę to jedyny możliwy pokój na Bliskim Wschodzie. Bo przetrwanie państwa Izrael, jedynej realnej gwarancji przetrwania narodu, jaką Żydzi kiedykolwiek mieli, to kwestia egzystencjalna. Pokój, który temu zagraża, w ogóle nie wchodzi w grę. Właśnie dlatego uważam, że jeśli ktoś go może zawrzeć, to właśnie „faszysta i zbrodniarz”, noszący pochodzący od własnego imienia i od króla bluesa B.B. Kinga przydomek Bibi King.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/cd0025ac647e6b7cacef7ac20ba7b28c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Nigdy nie byłem i nigdy nie będę fanem Donalda Trumpa, ale gratulacje za pokój w Gazie należą mu się jak psu buda</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/627548,jak-wyprzedzic-konkurencje-rozwijaj-swoj-e-commerce</guid><link>https://natemat.pl/627548,jak-wyprzedzic-konkurencje-rozwijaj-swoj-e-commerce</link><pubDate>Tue, 14 Oct 2025 10:28:27 +0200</pubDate><title>Jak wyprzedzić konkurencję? Rozwijaj swój e-commerce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9aae75751f14c2f42c3d3995164d143e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W ostatnich latach e-commerce przeżywa prawdziwy rozkwit. Pandemia, zmiany w stylu życia konsumentów, a także rosnące oczekiwania wobec wygody i dostępności zakupów online przyczyniły się do dynamicznego wzrostu liczby sklepów internetowych. Rosnąca ilość nowych sklepów internetowych pokazuje, że konkurencja w tym sektorze jest ogromna, dlatego tak ważne staje się wyróżnienie na tle innych. Jednym z najskuteczniejszych sposobów na zdobycie przewagi jest rozwijanie przyjaznych i nowoczesnych procesów obsługi klienta, w tym procesu zwrotów.

Klient w centrum uwagi – pamiętaj o jego zadowoleniu!
W erze cyfrowej zakupy online stały się standardem, a klienci oczekują nie tylko atrakcyjnych cen, ale przede wszystkim sprawnej obsługi, szybkiej dostawy i... możliwości bezproblemowego zwrotu. To właśnie ten ostatni element często decyduje o wyborze danego sklepu. Klienci coraz chętniej zaglądają do zakładki „Zwroty” przed złożeniem zamówienia, szczególnie gdy mają do czynienia ze sprzedawcą po raz pierwszy.
„Łatwa możliwość zwrotu produktu to dla wielu kupujących warunek sine qua non. Zanim zdecydują się na dodanie czegokolwiek do koszyka, bardzo dokładnie analizują zasady dotyczące zwrotów w danym sklepie internetowym” – stwierdza Krzysztof Kukla, dyrektor generalny marki Wygodne Zwroty.
„Jeśli napotkają jakiekolwiek trudności, a polityka zwrotów okaże się nieczytelna lub skonstruowana w zbyt skomplikowany sposób, przerwą zakupy i wybiorą rywala, który lepiej radzi sobie z tym kluczowym aspektem” – dodaje.
Dodatkowo, w wielu krajach zwroty stały się już normą, podobnie jak szybka dostawa. Niestety, mimo że proces dostarczania zamówień przeszedł w ostatnich latach znaczne zautomatyzowanie i uproszczenie, temat zwrotów pozostaje słabym punktem wielu sklepów internetowych.
Często procedura zwrotu wiąże się z uciążliwym kontaktem z działem obsługi klienta, koniecznością drukowania formularzy, ręcznym adresowaniem przesyłek, a także niejasnymi instrukcjami – co nie tylko zniechęca potencjalnych klientów, ale także obciąża pracowników sklepu.
Dlatego rośnie liczba sprzedawców, którzy korzystają z rozwiązań mających na celu zautomatyzowanie procesu zwrotów, czyniąc go tak wygodnym, jak sam proces zakupu. Przykładem takiego innowacyjnego narzędzia są Wygodne Zwroty – nowoczesna usługa zaprojektowana w Polsce, ale odpowiadająca na uniwersalne potrzeby globalnego rynku e-commerce. Ma ona na celu uproszczenie logistyki zwrotów, zwiększenie zaufania oraz budowanie pozytywnych relacji z klientem – począwszy od pierwszego kliknięcia aż do ewentualnego zwrotu produktu.
Wygodne Zwroty – odpowiedź na potrzeby rynku
Wielu przedsiębiorców wciąż traktuje zwroty jako przykry obowiązek i niepotrzebny koszt. Tymczasem nowoczesne podejście, jakim są Wygodne Zwroty, pozwala usprawnić proces, obniżyć koszty operacyjne i zbudować zaufanie wśród klientów. To darmowe rozwiązanie dla sklepów internetowych, które umożliwia szybkie, intuicyjne i w pełni zautomatyzowane zarządzanie zwrotami.
System działa poprzez prosty formularz online, dostępny na stronie sklepu w formie baneru. Klient nie musi niczego drukować, samodzielnie adresować paczki ani kontaktować się z obsługą klienta. Wystarczy kilka minut, by nadać przesyłkę w najbliższym punkcie nadawczym. Co ważne – wszystkie dane, łącznie z adresem sklepu, są już w systemie.
Automatyzacja to klucz do sukcesu!
Dzięki automatyzacji procesów, takich jak przyjmowanie, identyfikacja i weryfikacja przesyłek, możliwe jest znaczące obniżenie kosztów operacyjnych. W przypadku dużych firm wdrożenie formularzy online pozwala ograniczyć koszt obsługi jednego zwrotu do minimum. Dodatkowo automatyzacja minimalizuje ryzyko błędów, przyspiesza proces zwrotów i usprawnia pracę magazynu.
Więcej niż oszczędność – Wygodne Zwroty dla użytkownika
Korzyści z wdrożenia Wygodnych Zwrotów wykraczają poza aspekt finansowy. To także lepsze doświadczenie klienta, większe zaufanie do marki i wzrost lojalności. Użytkownicy, którzy wiedzą, że w razie potrzeby mogą łatwo zwrócić produkt, są skłonni do częstszych zakupów i wydawania większych kwot. Statystyki pokazują, że aż ponad połowa zwrotów pochodzi od stałych klientów – to znak, że warto inwestować w ich wygodę.
Co więcej, klient nie musi nawet posiadać drukarki, ponieważ etykieta nadawcza jest generowana cyfrowo, a sama paczka może być nadana w jednym z tysięcy punktów dostępnych w danym kraju. To rozwiązanie na miarę dzisiejszych oczekiwań konsumentów.
Przewagi konkurencyjne tam, gdzie się ich nie spodziewasz
Nie każdy sprzedawca ma możliwość oferowania najniższych cen czy darmowej dostawy. Jednak warto szukać przewag konkurencyjnych w mniej oczywistych miejscach – jak na przykład polityka zwrotów. Klienci coraz bardziej doceniają transparentność i elastyczność w tej kwestii.
Niektóre sklepy oferują wydłużony czas na zwrot do 30, 60 czy nawet 100 dni. W przypadku braku informacji o tym prawie na stronie czas na zwrot może wydłużyć się do 365 dni. Warto więc nie tylko zadbać o sam proces, ale także odpowiednio go komunikować – na stronie głównej, w koszyku, na kartach produktowych. Jasny komunikat o szybkich i bezproblemowych zwrotach może przekonać niezdecydowanego klienta do zakupu.
Jak wdrożyć Wygodne Zwroty?
Cały proces wdrożenia trwa zaledwie kilka minut i nie wymaga integracji systemowej ani znajomości kodowania. Wystarczy umieścić na stronie fragment kodu HTML z banerem odsyłającym do formularza zwrotu. Pola formularza można edytować zgodnie z potrzebami sklepu – można też dodać np. ankietę z pytaniem o powód zwrotu, co pozwoli lepiej zrozumieć oczekiwania klientów.
Sklep zyskuje pełną kontrolę nad paczkami i może całkowicie wyeliminować problem z przesyłkami nadanymi na niewłaściwy adres, za pobraniem lub do paczkomatu. Regularne dostawy, lepsza identyfikacja przesyłek i brak ukrytych kosztów to tylko niektóre z atutów.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9aae75751f14c2f42c3d3995164d143e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9aae75751f14c2f42c3d3995164d143e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/627341,prawy-do-lewego-nowy-felieton-tomasza-lisa</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/627341,prawy-do-lewego-nowy-felieton-tomasza-lisa</link><pubDate>Sun, 12 Oct 2025 20:53:01 +0200</pubDate><title>&quot;Prawy do lewego&quot;. Nowy felieton Tomasza Lisa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jan Józef Lipski napisał kiedyś słynny esej „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” o megalomanii i ksenofobii Polaków, za który, ponieważ esej był mądry i prawdziwy, dostał straszne baty od komunistycznej propagandy. Poniższy tekst, parafrazując Lipskiego, powinien nosić tytuł „jedna ojczyzna, dwa antysemityzmy”.

W różnych krajach widzimy, jak działa prawo politycznej podkowy, czyli przyciągania się i upodabniania się różnych polityczno-ideologicznych przeciwieństw i fanatyzmów. U nas działa to może nawet najbardziej spektakularnie, cholera wie, może dlatego, że podkowa to pewien symbol przez stulecia najbardziej ukochanego przez Polaków zwierzęcia. Podkowa oczywiście finalnie Polskę tratuje. Tak się kończą pozbawione bezpieczników fascynacje.
Spójrzmy na naszą polską podkowę. Na jednym jej końcu skrajna prawica, na drugim fanatyczna skrajna lewica. Dzieli je prawie wszystko. Lewicowcy powiedzą, że skrajna prawica to brunatni, naziści lub przynajmniej faszyści, których powinno się izolować, a najlepiej zamykać.
Z drugiej strony skrajna prawica powie wam, że skrajna lewica to lewactwo, komuchy, czerwoni i w ogóle „a na drzewach zamiast liści…”, jak głosi wybitnie mało wyrafinowany wykwit naszej myśli prawicowej i prawicowego literackiego antytalentu.
Dzieli więc skrajną prawicę i skrajną lewicę prawie wszystko. Prawie, bo jesteśmy w Polsce, więc łączy je to, co Polaków łączyło zawsze, Żydzi, niechęć lub nienawiść do Żydów.
Prawica zawsze nienawidziła, bo zabili nam Pana Jezusa, a do tego Żydzi rozpijali Polaków i uderzali w nasze ekonomiczne interesy. Lewica nienawidzi Żydów nie ze względu na zamordowanie Jezusa, sama to gorliwie robiła przez dziesięciolecia, ale przez to, że zabijają biednych Palestyńczyków. Nawiasem mówiąc, sojusz niby postępowej i progresywnej lewicy z wczesnośredniowiecznym kultem śmierci, które reprezentuje wszystko, co jest totalnym zaprzeczeniem lewicowych ideałów, prawa kobiet, ludzi LGBT czy tolerancja religijna, to jeden z największych absurdów naszych czasów.
Nie chcę tu wchodzić w niepotrzebne rozważania, czy Braun jest gorszy niż Zandberg, czy odwrotnie. Pomijam też magiel i plotki, że obaj wywodzą się z narodu, który ich antysemityzm czyni szczególnie perwersyjnym. Nie moja sprawa, ja nikomu do gaci zaglądać nie będę. Po co ich zresztą różnicować, obaj, z różnych powodów, robią równie niemądrą i szkodliwą robotę, upowszechniając niestety chorobę psychiczną, jaką jest antysemityzm.
Z pewnego punktu widzenia Zandberg jest jednak według mnie gorszy. Braun reprezentuje klasyczną, nieskalaną nadmierną refleksją, swoiście autentyczną i biologiczną myśl prawicową: nienawidzimy Żydów i gardzimy Żydami i chcemy z nimi walczyć. To nienawiść w całej swej brunatności czysta i niepokalana. Wszystko jest jasne i widoczne jak na dłoni.
Antysemityzm lewicowy jest bardziej wyrachowany, na swój pokraczny sposób wyrafinowany i pełen hipokryzji. Nienawidzimy Żydów, bo Izrael uprawia kolonializm, a my bronimy ofiar kolonializmu, bo tak nam nakazują nasze sumienie i nasza szlachetność. Czyli to nie nienawiść z trzewi, domagająca się potępienia i zasługująca na potępienie, ale nienawiść wyrafinowana i uszlachetniona, zasługująca na uznanie i podziw.
I tak było zawsze. Naziści nienawidzili i gardzili, a potem mordowali z nienawiści czystej i nieokiełznanej. Lewicowcy w imię wielkiej i dobrej idei. Ich nienawiść i mordercze instynkty były podbudowane erudycją, a nawet religijnością lub instynktami parareligijnymi. Lenin był dobrze wyedukowany, Stalin skończył szkołę cerkiewną, a Castro katolicką. Pol Pot, zanim wymordował półtora miliona ludzi, studiował na Sorbonie. Może Mao był prostakiem, ale cała reszta miała pewne intelektualno-duchowe szlify. W efekcie zabijali nie z nienawiści, ale dla dobra ludzkości lub przynajmniej w interesie ludu pracującego.
Stalin w imię dobra ludzkości wymordował miliony, a w imię świetlanej przyszłości zagłodził kolejne miliony i zbudował Gułag. W imię walki z uciskiem zbudowano najbardziej makabryczny i morderczy ustrój w historii. Komuniści kochali ludzkość, ale nienawidzili człowieka. Nie przez przypadek Majakowski pisał „jednostka zerem, jednostka bzdurą, głosik jednostki cieńszy od pisku (…). Partia to ręka milionopalca, w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta”. Jednostka ma więc prawo istnienia, pod warunkiem że w partii i podporządkowana jedynie słusznej postępowej idei.
Antysemityzm lewicy też jest bardziej załgany niż prawicowy i bardziej pokrętny, plus nasycony hipokryzją. To w ogóle antysemityzm? Ależ skądże znowu, to antysyjonizm i antyizraelskość. Tu subtelność jest jednak bardzo wątpliwa, bo nazywanie antysemityzmu antysyjonizmem praktykowali już Gomułka z Moczarem, a od tej tradycji Zandberg na pewno kategorycznie by się odciął. Co z tego jednak, że by się odciął, skoro dokładnie tę tradycję kontynuuje, jakich zaklęć dla ukrycia tego by nie używał.
Nie ma co oczywiście marnować czasu na stratyfikacje antysemityzmu i jego wysublimowaną dywersyfikację. Frankizm jest zawsze zły, niezależnie od tego, czy uosabia go generał Franco, czy ktoś inny. Chorobę psychiczną zaś warto starać się zrozumieć, ale przede wszystkim trzeba ją leczyć.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/589e26ddb2af04dd29aaf147477ebdde,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o polskiej prawicy i lewicy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/626417,lord-holownia-nowy-felieton-tomasza-lisa</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/626417,lord-holownia-nowy-felieton-tomasza-lisa</link><pubDate>Sun, 05 Oct 2025 18:57:30 +0200</pubDate><title>&quot;Lord Hołownia&quot;. Nowy felieton Tomasza Lisa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W tych dniach Polska zasadnie żyje początkiem konkursu chopinowskiego. Cały ten nadchodzący czas to zasadny ukłon w stronę naszego wielkiego rodaka, który podbił Paryż za życia, a świat cały po śmierci. Chopinowi oddałem tu hołd przed tygodniem. Dziś zaś czas na pokłonienie się innemu wielkiemu Polakowi, który, nie tak jak Chopin oczywiście, ale jednak realnie, odniósł międzynarodowy sukces. Mowa o Josephie Conradzie.

Paradoksalnie do złożenia mu pokłonu i napisania tego tekstu skłonił mnie Szymon Hołownia, którego ostatnia polityczna wolta przywołała u mnie skojarzenie z najsłynniejszym bohaterem Conrada, Lordem Jimem.
Jim, kto nie pamięta, w dwóch zdaniach przypomnę fabułę, był marynarzem na statku Patna, który tonął w czasie rejsu, wioząc setki pielgrzymów. Gdy katastrofa wydała się nieuchronna, większość załogi, z kapitanem na czele, wskoczyła do szalup ratunkowych. Wśród nich był Jim.
I tu pojawia się Hołownia. Swoją polityczną Patnę, w efekcie niemądrych manewrów, doprowadził do katastrofy, a gdy zaczęła tonąć, zeskoczył z mostku kapitańskiego i pierwszy wskoczył do szalupy. Zdziwiło to tylko tych, którzy nie zorientowali się na czas, że w partii pod tytułem Polska 2050 Hołowni zawsze chodziło wyłącznie o Hołownię, ucieczka Hołowni z pokładu nie tylko nie była więc dziwna, ale była oczywista i logiczna.
Hołownia do szalupy wskoczył sam, bo los frajerów z załogi, o pasażerach nie wspominając, jest mu doskonale obojętny. Uwierzyli mu, frajerzy, to niech idą na dno. Sami. Szymuś chce być komisarzem ONZ do spraw uchodźców, choć kwalifikacje ma wyłącznie do tego, by być komisarzem do spraw uciekinierów, a to jednak zdecydowanie nie to samo.
Bóg Hołownia
Wracając do lorda Jima, Patna, wbrew jego i większości załogi przewidywaniom, jednak nie zatonęła. Załoga miała więc stawić się w sądzie i zasiąść na ławie oskarżonych. Większość oczywiście z tej szansy nie skorzystała. Trawiony wyrzutami sumienia Jim uznał, że wprawdzie w chwili próby zachował się niehonorowo, ale jako jednak człowiek honoru odpowiedzialności unikać nie może, i stawił się w sądzie. I tu metafora oraz odniesienie do Hołowni się kończą. 
Hołownia bowiem, znam gościa i wiem, co mówię, do żadnej odpowiedzialności się nie poczuwa. Za nic odpowiadać nie zamierza i z niczego tłumaczyć się nie chce. Więcej, zapewniam Was, że już niedługo wytłumaczy nam, że padł ofiarą niezrozumienia, hejtu i cholera wie czego. Więcej jeszcze, robiąc z nas kompletnych kretynów, będzie przekonany o prawdziwości własnych słów. 
„Nie będziesz miał innych bogów przede mną”, to pierwsze przykazanie Boga Hołowni. Drugie – Hołownia rację ma zawsze. Nie jest więc Hołownia lordem Jimem. Nie ma honoru, nie ma wyrzutów sumienia, nie ma zdolności do autorefleksji.
Hołownia bardziej niż lorda Jima przypomina więc bohatera innej zakończonej katastrofą morskiej wyprawy. W 2012 roku kapitan promu Costa Concordia, Francesco Schettino, poprowadził statek prosto na skały. 32 osoby zginęły. Schettino został skazany na kilka lat więzienia. W czasie procesu okazało się, że w chwili katastrofy na mostku kapitańskim była mołdawska tancerka, jego kochanka, przed którą się popisywał.
Schettino też jako jeden z pierwszych wskoczył do szalupy. A na pokład nie chciał wrócić, mówiąc, że jest zbyt ciemno. Szef straży przybrzeżnej, widząc to tchórzostwo, darł się nawet na niego: „Vado a bordo, cazzo”. Wracaj na pokład, do cholery. Oczywiście nie posłuchał.
Nasz Hołownia to taki Schettino, który po wyjściu z więzienia napisał nawet książkę. Nazwał w niej samego siebie bohaterem, a książkę, co wzbudziło oburzenie graniczące z obrzydzeniem, dedykował ofiarom katastrofy. Trochę tak, jakby Adolf Eichmann dedykował swe pamiętniki ofiarom Holocaustu.
Papież humanitaryzmu
Na pamiętniki Hołowni też przyjdzie czas. Najpierw jednak zrobi album swoich zdjęć z uchodźcami, najchętniej z czarnoskórymi, i będzie pozował na papieża humanitaryzmu. Niewykluczone nawet, że już oczyma wyobraźni widzi siebie odbierającego pokojową Nagrodę Nobla. Może o czymś takim marzyć Trump, to i Hołowni wolno.
Na koniec morał i wnioski z historii z Hołownią. Dożyliśmy czasów, gdy polityczna kariera nie jest nagrodą za trwającą dekady pracę i dorobek życia, ale refleksem chwilowego kaprysu zmiennej politycznej koniunktury i domagającej się nowego towaru, uzależnionej od narkotyku nowości, publiki. 
Churchill, zanim został Churchillem jakiego znamy, miał za sobą kilkadziesiąt lat pracy, Lenin, Stalin czy Mao mieli za sobą dekady działalności rewolucyjnej. Podobnie Castro. Taki Kaligula musiał się przynajmniej dobrze urodzić. Dziś, dzięki skretynieniu mediów i mediom społecznościowym, wystarczy chwila, powiew wiatru nastroju, by wskoczyć na falę i surfować do władzy i zaspokojenia ego. Polityczny „Mam talent”. 
Demokracja się zdemokratyzowała, ale nie zmądrzała. Ludzie też nie zmądrzeli, więc nawet nie spostrzegli, gdy zaczęło być w demokracji jak w parodii mądrości z Forresta Gumpa: „Demokracja jest jak pudełko czekoladek”, musisz jednak pamiętać, że często i pudełko jest puste i w połowie papierków nic nie ma.
Zacząłem tekst od Conrada i Lorda Jima. Dopiero dochodząc do pointy poczułem, że w tekście o Hołowni bardziej stosowne byłoby odniesienie do innej powieści Conrada, „Jądro ciemności”. Hołownię ten tytuł mógłby speszyć, ale szybko wyjaśniłbym mu, że ta powieść Conrada zainspirowała Francisa Forda Coppolę do nakręcenia „Czasu apokalipsy”, więc powinien uznać to skojarzenie za pochlebstwo. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Hołownia by to przyjął. Gdyby jeszcze tylko mógł go zagrać Marlon Brando.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.natemat.pl/b6f30c09fd6dbc727579b6f42ae46988,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Hołownia do szalupy wskoczył sam, bo los frajerów z załogi, o pasażerach nie wspominając, jest mu doskonale obojętny</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/626120,plus-ericsson-i-globallogic-partnerami-we-wdrozeniu-prywatnej-sieci-5g</guid><link>https://natemat.pl/626120,plus-ericsson-i-globallogic-partnerami-we-wdrozeniu-prywatnej-sieci-5g</link><pubDate>Thu, 02 Oct 2025 16:36:31 +0200</pubDate><title>Plus, Ericsson i GlobalLogic partnerami we wdrożeniu  prywatnej sieci 5G</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/0d6ee478c63be07d7b05454e53fd0a53,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Operator sieci komórkowej Plus, Ericsson i GlobalLogic osiągnęli przełomowy etap na drodze do cyfrowej transformacji Polski. Firma GlobalLogic, we współpracy z Plus, uruchomiła w swoich obiektach w Krakowie niezależną sieć kampusową Ericsson Private 5G. Rozwiązanie zapewnia bezpieczne i inteligentne podstawy dla nowych zastosowań z zakresu Przemysłu 4.0.

Nowa sieć wspiera zaawansowane analizy oparte na sztucznej inteligencji, analitykę wideo oraz inteligentne zarządzanie środkami trwałymi. To dowód na rosnącą wartość specjalistycznej łączności 5G w warunkach rzeczywistych. Projekt został zrealizowany w ramach współpracy pomiędzy Plus i GlobalLogic oraz wieloletniego partnerstwa firm Ericsson i Plus.  Rozwiązanie Ericsson Private 5G umożliwi GlobalLogic dalszy rozwój i wdrażanie rozwiązań branżowych opartych na technologiach nowej generacji.
GlobalLogic ma już na koncie szereg innowacyjnych rozwiązań dla sektora telekomunikacyjnego, w tym systemy wykorzystujące AI do analizy ruchu sieciowego 
i wykrywania anomalii, telemetrykę w czasie rzeczywistym oraz analizę obrazu wideo – m.in. z wykorzystaniem dronów w branży motoryzacyjnej i przemysłowej. Firma kontynuuje również prace badawczo-rozwojowe nad zastosowaniami w innych sektorach. Wśród przyszłościowych projektów znajdują się m.in. zdalnie sterowane pojazdy demonstracyjne oraz inteligentne systemy zarządzania majątkiem trwałym, umożliwiające predykcyjne utrzymanie sieci i zbieranie danych w czasie rzeczywistym.
- Pierwsze wdrożenie niezależnej prywatnej sieci kampusowej 5G, we współpracy z firmami GlobalLogic i Ericsson, stanowi ważny etap w rozwoju naszej oferty dla klientów biznesowych. To konkretna realizacja naszej zapowiedzi, złożonej wspólnie z firmą Ericsson na początku roku, dotyczącej budowy niezależnych, prywatnych sieci 5G w Polsce oraz kolejny krok w kierunku cyfryzacji i wdrażania rozwiązań Przemysłu 4.0 – mówi Michał Sobolewski, Wiceprezes sieci Plus. 
- Współpraca z firmami Ericsson i Plus to dla GlobalLogic przełomowy moment. Ilustruje nasze zaangażowanie w wykorzystywanie najnowocześniejszych technologii, takich jak prywatna  niezależna sieć 5G, do wspierania innowacji w obszarze Przemysłu 4.0. Udane wdrożenie w naszym obiekcie w Krakowie oraz rozwój zaawansowanych rozwiązań potwierdzają, jak duży potencjał transformacyjny niesie ze sobą ta technologia dla naszych klientów z różnych branż. Z entuzjazmem patrzymy na kolejne możliwości i chcemy dalej przesuwać granice tego, co osiągalne dzięki bezpiecznej i wydajnej łączności – mówi Yuliia Shtukaturova, Wiceprezes GlobalLogic odpowiedzialna za Region Europy.
- Ogłoszone wdrożenie prywatnej sieci 5G firmy Ericsson w krakowskiej siedzibie GlobalLogic stanowi istotny krok w cyfrowej transformacji Polski. To partnerstwo pokazuje w jaki sposób prywatna sieć 5G zapewnia bezpieczną i niezawodną łączność, tworząc solidne podstawy dla rozwoju Przemysłu 4.0. Ericsson konsekwentnie dostarcza innowacyjne rozwiązania wspierające modernizację przemysłu” – mówi Martin Mellor, Szef firmy Ericsson w Polsce.
Zastosowane rozwiązanie Ericsson Private 5G, oparte na jednym serwerze dwurdzeniowym, zapewnia bezpieczną i wydajną łączność. Umożliwia to szybkie wdrożenie lokalnych systemów ochrony danych oraz obsługę wymagających zadań przemysłowych, które wymagają minimalnych opóźnień, wysokiej niezawodności i zaawansowanej kontroli nad danymi.
W toku wdrożenia wykorzystano doświadczenia GlobalLogic z siecią Private 5G Ericsson, 
w tym istniejące już integracje działające w obiektach Hitachi Rail w USA. Cały projekt potwierdza dynamiczny rozwój rynku prywatnych sieci 5G w Polsce, który wspiera przedsiębiorstwa we wdrażaniu i skalowaniu rozwiązań Przemysłu 4.0.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/0d6ee478c63be07d7b05454e53fd0a53,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/0d6ee478c63be07d7b05454e53fd0a53,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/625595,felieton-tomasza-lisa-swiata-obywatel-e</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/625595,felieton-tomasza-lisa-swiata-obywatel-e</link><pubDate>Sun, 28 Sep 2025 18:46:23 +0200</pubDate><title>Felieton Tomasza Lisa. &quot;Świata obywatel(e)&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zamordowany kilkanaście dni temu amerykański konserwatywny komentator, Charlie Kirk, potwierdził po śmierci, jak niezupełnie respektowana jest zasada "o zmarłych dobrze albo wcale". Po jego śmierci mówią o nim albo z entuzjazmem, albo z obrzydzeniem, co uznaję za pewien jego sukces, ale co w oczach większości sukcesem wcale być nie musi.

Sam do poglądów Kirka stosunek mam niejednoznaczny. W niektórych sprawach zgadzam się z nim całkowicie (Izrael i Żydzi), w innych (np. Ukraina) – w ogóle. Śledziłem różne jego wypowiedzi na rozmaite tematy, ale z oczywistych względów moją uwagę najbardziej przykuła jego opinia o Polsce, która jego zdaniem nie dała światu żadnej znanej marki ani słynnego produktu. 
Kirk mógł nie wiedzieć, że to w Polsce wynaleziono widelec, którym – wg pewnego polityka PiS – nauczyliśmy nawet jeść Francuzów. Mógł też nie wiedzieć, że to w Polsce pewien gość odkrył, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie. I kwestia sztućców, i obrotów sfer niebieskich wydaje mi się ważna, ale nie o widelcu i nie o Ziemi pomyślałem, usłyszawszy dictum Kirka.
Dwa uczucia
Ponieważ mamy koniec września roku, który na końcu ma cyfrę 5, jesteśmy w przededniu Konkursu Chopinowskiego, wydarzenia artystycznego o charakterze globalnym. I niewątpliwie Chopin jest niezmiennie naszym wspaniałym towarem eksportowym. Gdy wpiszemy w wyszukiwarkę "najbardziej znane polskie produkty eksportowe", przeczytamy głównie o produktach spożywczych (kiełbasa), wódce, jabłkach, paszach, meblach i rzeczach przydatnych przy budowie domu – oknach (niestety nie na świat) czy drzwiach. Dramatu więc nie ma, choć i powodów do dumy też nie. 
Ale nie samymi produktami człowiek żyje. Myślę sobie, że my, Polacy, daliśmy ludzkości coś więcej i coś bardziej znaczącego niż produkty. Uczucia. Szczególnie dwa – wzruszenia i solidarność. 
Najsłynniejszym producentem tych pierwszych był oczywiście nasz Fryderyk Chopin. Tych drugich – robotnicy ze Stoczni Gdańskiej z Lechem Wałęsą na czele. 
Z tą solidarnością to oczywiście trochę lipa i kant. Jest bowiem dziwactwem, że może największy ruch społeczny w historii świata słowem "Solidarność" ochrzczono w kraju, w którym solidarność jest fikcją, a w którym standardem są kłótliwość i swarliwość, normą zaś podział i niechęć do bliźniego swego. Ale co tam, świat w tę naszą bajkę uwierzył. To się liczy. 
Z Chopinem lipy ani picu nie było i nie ma. Wzruszał i wzrusza na wszelkich szerokościach i długościach geograficznych, na wszystkich kontynentach i we wszelkich klimatach. Frycka – czego nie ukrywam i czego on sam nie uznałby, mam nadzieję, za uzurpację i nietakt – uważam za sąsiada i przyjaciela. Gdy w niedziele przed południem otwieram balkon, to po sobotnich rykach, które dochodzą do mnie ze stadionu Legii, mam cudowne dźwięki koncertu chopinowskiego w Łazienkach. 
Koło pomnika Fryderyka w Łazienkach przechodzę 4 razy dziennie. Myślę o nim ciepło zawsze, kłaniam mu się niezmiennie i nie mam pretensji, że się nie odkłania, zresztą byłoby mu trudno, skoro obrócony jest bokiem do bram parku. 
Co zwraca moją szczególną uwagę, to liczba Chińczyków i Japończyków i generalnie Azjatów przychodzących zobaczyć pomnik. W lecie i nie tylko. I co tu się dziwić. 10 lat temu konkurs wygrał Południowy Koreańczyk, a wśród laureatów była też dwójka Amerykanów pochodzenia chińskiego. 4 lata temu z kolei konkurs wygrał Kanadyjczyk z Chin, a Japończycy są w czołówce prawie zawsze. Podobnie jak Rosjanie. 
Japończyków można też spotkać bardzo wielu koło Wyższej Szkoły Muzycznej na ulicy Okólnik, wielu z nich uważa bowiem, że gry na pianinie, a Chopina w szczególności, należy się uczyć w kraju jego pochodzenia, gdzie na ziemi są wierzby płaczące, a w powietrzu fluidy chopinowskie. Niezwykły jest swoją drogą ten chopinowski uniwersalizm, który sprawia, że akordy jego muzyki dotykają najdelikatniejszych strun w duszach i sercach ludzi tak różnych kultur i tożsamości.
Dla serc
Tak, mam dla Chopina, jak wielu Polaków, stosunek specjalny. Jak każdy, mam wobec swoich rodziców dług wdzięczności za dwie rzeczy w szczególności: za zaszczepioną mi miłość do sportu oraz do Chopina właśnie. Nie była to epoka YouTube’a ani Spotify. Chopina słuchałem więc na płytach winylowych, a nawet pocztówkowych, co zresztą nie miało znaczenia. Dziś więc, gdy słyszę jedno czy drugie preludium Chopina, przed oczami mam kręcącą się na adapterze Bambino 4 płytę pocztówkową. 
TVP Kultura wtedy też nie było (choć kulturę traktowano lepiej niż dziś). Pierwszy rejestrowany przeze mnie myślą Konkurs Chopinowski w 1975 roku śledziłem więc dzięki dość paskudnemu z wyglądu radzieckiemu radioodbiornikowi Wiega. Moją faworytką była zresztą radziecka pianistka Dina Joffe, ale gorycz jej porażki (zajęła drugie miejsce) wynagrodziło mi zwycięstwo młodego, wyglądającego jak Chopin, z Katowic – Krystiana Zimermana. 
5 lat później skojarzenie Chopina ze Związkiem Radzieckim było jeszcze bardziej naturalne, bo dwie największe postaci konkursu – faworyt publiczności, Jugosłowianin Iwo Pogorelić, i jurorów, Wietnamczyk Dang Thai Son – studiowały w tym samym moskiewskim konserwatorium muzycznym. Zresztą podobnie jak laureat z 1985 roku, Stanisław Bunin, którego, ponieważ studiowałem już wtedy w Warszawie, a z biletami było łatwiej niż dziś, mogłem wysłuchać osobiście w Filharmonii Narodowej na Jasnej, 3 minuty na piechotę od siedziby programów informacyjnych TVP, gdzie zacząłem pracować 5 lat później, po wielkim przełomie z 1989 roku. 
Mało kto pewnie wie, że 400 metrów od filharmonii, w ewangelickim kościele Świętej Trójcy, 15-letni Fryderyk koncertował dla cara Aleksandra. Car jako dowód podziwu dał mu nawet w prezencie pierścionek z brylantem. Lata później, już w Paryżu, Chopin odrzucił propozycję zostania pierwszym pianistą jej carskiej mości, a pierścionek sprzedał. Jako ośmiolatek grał także dla carowej Marii Fiodorowny i kilkukrotnie w Belwederze dla brata cara, księcia Konstantego. W tym samym Belwederze, w którym powstańcy listopadowi chcieli księcia zabić – ten jednak uciekł.
Ktoś powiedział, że Bach komponował na chwałę Boga, Beethoven na chwałę ludzkości, a Chopin na chwałę fortepianu. Choć ja wolę myśleć, że grał nie ku pokrzepieniu serc, ale dla serc, dla piękna i niebios. 
O Polsce zresztą też nie zapominał. Klęską powstania był zdruzgotany, a dzieckiem rozpaczy była Etiuda Rewolucyjna. 
À propos serca – szczęścia w miłości raczej nie miał. Miał wg swoich współczesnych talenty rozmaite, od literackiego przez malarski po aktorski (podobno doskonale naśladował ludzi). Kochankiem był jednak średnim. Jego miłość, George Sand, skarżyła się, że w związku z nim była raczej w celibacie i raczej mu matkowała. Najwyraźniej choroba, smutki, rozczarowania i rozpacze muzyce Chopina robiły dobrze. Karierze jego też. Miał więc pełne prawo napisać o nim Norwid: "rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel". 
Norwid zresztą szczęścia w miłości i w życiu nie miał w ogóle. Gdy więc Chopin zmarł w kamienicy na słynnym placu Vendôme, naprzeciw której dziś jest superekskluzywny hotel Ritz, to Norwid, utraciwszy wcześniej słuch i wzrok oraz resztkę majątku i złudzeń – w paryskim przytułku. I podczas gdy Chopina pochowano na słynnym cmentarzu Père-Lachaise, a jego sąsiadami są między innymi Proust, Balzac, Hugo i Oscar Wilde, a jego grób jest wśród najchętniej odwiedzanych obok grobów Édith Piaf, Marii Callas i Jima Morrisona (brak szczęścia w miłości chyba dobrze robi pośmiertnej sławie), to Norwida pochowano na skromnym cmentarzu kilkadziesiąt kilometrów od Paryża.
Świata obywatel
Nie wiadomo oczywiście, co stałoby się z talentem Chopina, gdyby na dłużej dostali go w swe łapy Polacy i poddali go charakterystycznej dla siebie obróbce heblem i młotkiem. Ale umknął zawczasu. Gdy miał lat 12, w kronikach warszawskich napisano, że "gdyby młodzieniec ten urodził się w Niemczech czy we Francji, ściągnąłby już zapewne na siebie uwagę wszystkich. Niech wzmianka ta służy za wskazówkę, że i na naszej ziemi rodzą się geniusze". 
Chopin, talentem świata obywatel, podbił serca sobie współczesnych i przyszłych pokoleń. Samo zaś jego serce do Polski przemycała jego siostra i musiało minąć prawie sto lat, zanim spoczęło w godnym dla siebie miejscu – wmurowane w kolumnę w kościele Świętego Krzyża, kilkadziesiąt metrów od dwóch miejsc, w których w Warszawie mieszkał: pałacu Czapskich, dziś siedziby ASP, i Pałacu Kazimierzowskiego, w którym dziś mieści się rektorat UW. Kilkadziesiąt metrów, należy dodać, od Pałacu Zamoyskich, z którego w czasie Powstania Styczniowego rosyjscy żołnierze wyrzucili przez okno na ulicę jego fortepian, co Norwida skłoniło do napisania, że "ideał sięgnął bruku". 
Rosyjscy żołnierze mieli dla Chopina zdecydowanie mniej szacunku niż rosyjscy pianiści uczestniczący w konkursach chopinowskich. Podobnie jak Niemcy, którzy w czasie wojny wysadzili w Łazienkach jego pomnik, słusznie uznając, że będzie to cios w samo serce Polaków, mieli go zdecydowanie mniej niż oficer Wehrmachtu, który ocalił w warszawskiej kamienicy ukrywającego się w niej Władysława Szpilmana, wcześniej wysłuchawszy w jego wykonaniu Nokturnu nr 20 – co cudownie pokazał w filmie Pianista Roman Polański. 
Ale Chopin był za mocny, by mogli mu zaszkodzić ruscy żołnierze i dynamit. Grał niebiosom, a te ofiarowały jego muzyce wieczność. 
Msza żałobna po śmierci Chopina odbyła się w słynnym paryskim kościele Madeleine, w którym zagrano mu Lacrimosa z Requiem Mozarta. Niedaleko kościoła mieszka Roman Polański, polski Żyd, twórca podobnie jak Chopin uniwersalny. 
9 października 2020 roku, niemal dokładnie w rocznicę śmierci Chopina (17 października), wielkoszlemowy turniej Roland Garros wygrała w Paryżu 19-letnia Polka, urodzona w Raszynie, 50 km od Żelazowej Woli, w której urodził się Chopin. Dzień później, na dachu budynku niedaleko kościoła Madeleine, uczestniczyła w sesji fotograficznej dla zwycięzców turnieju, pozując razem ze swym wielkim idolem, Rafą Nadalem, Hiszpanem pochodzącym z Majorki, gdzie najpiękniejsze dni swego życia spędził u boku swej ukochanej George Sand Fryderyk Chopin.
Oto moja przydługa refleksja w reakcji na stwierdzenie, że nic nie daliśmy światu. Muzyczny król i tenisowa królowa Paryża. To tak na dzień dobry. Poza wódką, kiełbasą, drzwiami, oknami i widelcem.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/91ffa9e25c1f391db071d1bd9a04e0d5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis: Fryderyk Chopin jest niezmiennie naszym wspaniałym towarem eksportowym</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/624461,nowy-felieton-tomasza-lisa-teatr-wspolczesny</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/624461,nowy-felieton-tomasza-lisa-teatr-wspolczesny</link><pubDate>Sun, 21 Sep 2025 19:02:59 +0200</pubDate><title>Nowy felieton Tomasza Lisa. &quot;Teatr współczesny&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Niemal codziennie, wracając z długiego spaceru z moim psem, zatrzymuję się w kafeterii Instytutu Teatralnego na ulicy Jazdów, niedaleko Łazienek. Przyciągają mnie krem z dyni i sałatka grecka (lokowanie produktu).

I paradoksalnie dopiero po kilku miesiącach, przypadkiem jedząc akurat sałatkę grecką, zauważyłem na murze Instytutu tablicę, przypominającą, że w tym miejscu, w Roku Pańskim 1578, „w Jazdowie pod Warszawą” przed królem i królową wystawiono „Odprawę posłów greckich” Jana Kochanowskiego. 
Lokalizacja Instytutu Teatralnego jest więc historycznie doskonale uzasadniona, choć Jazdów nie jest dziś „pod Warszawą”, mimo że blisko skarpy wiślanej, ale niemal w centrum Warszawy, 700 metrów od Placu Trzech Krzyży i mniej więcej tyle samo od Placu Zbawiciela. Jazdów jest, gdzie był, choć dziś znacznie bliżej serca miasta niż kiedyś, za to teatr zmienił lokalizację. Polityczny przeniósł się jakiś kilometr od instytutu do sejmu.
O ile jednak od Sofoklesa, przez Kochanowskiego, Szekspira i Brechta, po Artura Millera, teatr polityczny dał światu dzieła wybitne, o tyle teatr polityczny, jaki serwuje nam się teraz w polskim sejmie, jest wybitnie słabej jakości. Halabardnicy udają w nim gwiazdy, dialogi są miałkie, fabuła banalna, a sceny boleśnie przewidywalne.
Oczywiście popis marnego aktorstwa dają szczególnie politycy PiS. Grają słabo nie tylko ze względu na brak talentu, ale ze względu na szczególny rys tego teatru. Interesuje ich tylko połowa publiczności. Dla niej i pod nią grają, tylko jej oklaskami są zainteresowani. Resztę koncertowo ignorują. Mamy więc polityczny Teatr Polski, w którym za bilety płacą wszyscy, a towar dostają za nie tylko niektórzy.
Aktorzenie polityków PiS
W piłkarskim slangu używa się często słowa „aktorzyć”. Piłkarz efektownie upada, czasem toczy się po murawie jak zwijany lub rozwijany dywan, symuluje uraz czy kontuzję, próbując wywrzeć presję na arbitrze i uzyskać rzut wolny, a najlepiej karny.
Kibice jego drużyny czują i widzą, że to lipa, ale wybaczają, licząc na efekt bramkowy. Ich tolerancja ma jednak charakter warunkowy. Jak uda się zrobić sędziego w konia, to super, ale na końcu liczą się tylko poziom gry i bramki.
W politycznym teatrze z udziałem polityków PiS konwencja jest inna. Politycy aktorzą, robią w konia nie sędziego, ale PiS-owską publikę, a ta, inaczej niż publika stadionowa, nie ma z tym żadnego problemu. Tolerancja dla ściemy jest bezwarunkowa. Więcej, między aktorami a publicznością funkcjonuje specyficzny dorozumiany układ: my udajemy, że umiemy grać oraz że gramy i mówimy serio, a wy udajecie, że tego nie widzicie, a nawet nam wierzycie. 
Aktorów to oczywiście demoralizuje, bo jak może być inaczej, gdy gra się znaczonymi kartami. My kłamiemy, choć udajemy, że mówimy prawdę, oni udają, że wierzą w to, co słyszą, choć doskonale wiedzą, że to pic i łgarstwa. Łgarstwo i manipulacja nie są tu anomalią i odstępstwem od normy, ale standardem, regułą. Manipulacją jest niemal cały przekaz i niemal cała narracja.
Politycy PiS mówią na przykład, że Tusk to rudy Niemiec. Nie ma znaczenia, że nie jest rudy, a tym bardziej nie jest Niemcem. Idzie przecież tylko o to, by jemu, wrogowi, dokopać. 
W tym teatrze, inaczej niż na piłkarskim stadionie, za faule nie dostaje się żółtych czy czerwonych kartek. Dostaje się oklaski. A nagrodą za skuteczne kłamstwa i udane oszustwa jest uznanie publiki. Oczywiście tej własnej. PiS i jego prezydent udają na przykład, że walczą o reparacje od Niemców, ale nawet zwolennicy PiS nie biorą tego poważnie. Wiadomo, że idzie tylko o to, by dokopać Niemcom, przypomnieć o ich historycznych winach i zasugerować publice, że walczymy o jej interesy, a Tuski i tamci nie, bo siedzą w kieszeni Niemców. 
PiS-owcy straszą ludzi imigrantami, a na boku sprzedają im za grube miliony setki tysięcy wiz. Mówią, że w Smoleńsku był zamach, by przypisać Tuskowi współodpowiedzialność za tragedię. Brak jakichkolwiek dowodów jego winy jest zupełnie bez znaczenia. Idzie tylko o to, by go zdeprecjonować, poniżyć i wypchnąć z narodowej wspólnoty. 
PiS i mity
PiS jest doskonały w tworzeniu mitów. Mamy mit PiS-u walczącego z korupcją, mit niedbającego o rzeczy doczesne i oddanego tylko Polsce prezesa Kaczyńskiego, mit PiS-u chrześcijańskiego i moralnego, patriotycznego oraz wiernego historii i narodowej tradycji, mit PiS-u troszczącego się o zwykłych ludzi. Jest nawet mit PiS-u antyrosyjskiego i mit PiS-u, który wcale nie chce wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. 
Zgodność mitów z rzeczywistością jest drugorzędna albo zupełnie nieważna. Nie tworzymy przecież mitów, by pokłonić się rzeczywistości, ale po to, by od niej albo przed nią uciec. Siłą mitu potrafi być to, jak bardzo on od rzeczywistości odstaje.
Ta swoista konwencja teatralno-polityczna wydaje się absurdalna, ale choć mity z rzeczywistością mają niewiele wspólnego, w istotny sposób, wraz z ową konwencją, na nią wpływają. Debata publiczna ulega degradacji i erozji. Prawda jest anihilowana, fakty unieważnione, aktorzy i publiczność tkwią w zdegenerowanej symbiozie fałszu i fikcji.
Polityka przestaje być służbą, a staje się cyrkiem i tanim odpustowym show. Państwo słabnie, kraj karleje, naród durnieje. Teatr potrafi uwznioślić i ubogacać, ale nędzny teatr potrafi wszystko dookoła upodlić.
Nie bardzo wiadomo, jak to zmienić i naprawić, a nawet jak to opisać. Wątpliwe, czy miałby na to ochotę Jan Kochanowski. Na dzisiejsze przedstawienie polityczne, inaczej niż 450 lat temu, Stefan Batory i Anna Jagiellonka zapewne by nie przyszli. A obecności obecnej głowy państwa i jego małżonki akurat w teatrze nikt raczej nie oczekuje.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/41fa9e7bafe32a631f3fd4289cd5afbc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Politycy PiS uprawiają słaby teatr</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/623489,tomasz-lis-o-rusofobii-krytykuje-prawice-po-ataku-dronow-na-polske</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/623489,tomasz-lis-o-rusofobii-krytykuje-prawice-po-ataku-dronow-na-polske</link><pubDate>Tue, 16 Sep 2025 10:30:29 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: &quot;Wojna może być tutaj&quot;. Zanim przyjdą Ruscy, musimy pogonić ich V kolumnę w Polsce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />10 września 2025 nie był w historii Polski żadnym dniem przełomowym czy wybitnie ważnym, był wszelako dniem znaczącym. Oto w 24 godziny wypełzła spod kamienia, jak robactwo, niemal cała ruska agentura w Polsce. To, że stało się tydzień przed rocznicą sowieckiej napaści na Polskę w 1939, dodawało temu pewnej symboliki i rysu perwersji.

Rosja – banał to i oczywistość – stanowi dla Polski wielkie zagrożenie: militarne i egzystencjalne. Potężne zagrożenie stanowi dla nas jednak także swoista "Rosja wewnętrzna". 
Od dłuższego czasu mówi się już o wielkich rosyjskich wpływach w Polsce, co obrazuje się plastyczną formułą: "Rosja już tu jest". 10 września przekonaliśmy się jednak i zobaczyliśmy na własne oczy, jak bardzo jest, ile jej jest i gdzie jest. Zobaczyliśmy twarze i nazwiska, motywy i argumenty. W takich dniach wybitnie ważne bywa też dudniące milczenie. Mówi więcej niż wszelkie słowa.
Zawsze wystrzegałem się bezrefleksyjnej rusofobii 
Wszelkie zbyt proste emocje i ostentacje, i egzaltacje z zasady mnie odstręczają i odrzucają. Za długo żyłem w PRL-u i za dobrze znam historię, by nie rozumieć i nie czuć zagrożenia ze Wschodu oraz by je bagatelizować. Ale też zbyt szeroko otwarte mam oczy, by nie dostrzec nie tak dyskretnej, swoistej uwodzicielskiej mocy tego, co już ofiarowała światu Rosja.
Trudno mi sobie wyobrazić światową literaturę bez Dostojewskiego i Tołstoja, Szołochowa i Sołżenicyna, Gogola i Czechowa, Bułhakowa i Nabokova, albo muzykę bez Czajkowskiego, Rachmaninowa i Prokofiewa. Irytuje niezdolność Rosjan do wyrażania sprzeciwu wobec rozmaitych zbrodni i ekscesów Putina, ale w Rosjanach chcę widzieć ludzi, a nie tylko niewolników tradycji samodzierżawia.
W Rosji rozmawiałem z prezydentami Miedwiediewem i Gorbaczowem, z obrońcami praw człowieka z czasów sowieckich i z opozycjonistami z czasów obecnych, wreszcie ze zwykłymi Rosjanami, z którymi się świetnie rozmawia i pije wódkę. Rosja zawsze mnie fascynowała – jej historia, blaski i mroki, jej tajemnice i dostojewskie mistycyzmy oraz miazmaty.
Cieszę się, że ze starszą córką mogłem zwiedzić Kreml i zobaczyć Plac Czerwony, a z młodszą – Pałac Zimowy, Carskie Sioło i twierdzę Pietropawłowską, w której więziony był między innymi Kościuszko. 
Było dla mnie przeżyciem szczególnym stać trzy metry od grobów Piotra Wielkiego, który uczynił Rosję mocarstwem, i urodzonej w Szczecinie Katarzyny II, która zafundowała Polsce rozbiory, a swemu byłemu kochankowi, ostatniemu królowi Polski, los wygnańca, dożywającego swoich dni w budynku po drugiej stronie Newy, dobrze widocznym z twierdzy.
Tak, lubię Rosjan – nie tak jak walczących o wolność dzielnych Ukraińców, inaczej, ale jednak. Staram się w nich widzieć ludzi, a nie przede wszystkim poddanych Putina. Mira Andriejewa i Anna Kalińska to dla mnie bardziej świetne dziewczyny i tenisistki niż Rosjanki. Tak jak Miedwiediew i Rublow to bardziej świetni sportowcy niż głównie rosyjscy sportowcy.
Z bojkotowaniem Rosjan po wybuchu wojny też miałem problem. Nie podobają mi się proputinowskie poglądy Anny Netrebko, ale uważam, że ludzkości nie można pozbawiać głosu najpiękniejszego sopranu świata tylko dlatego, że bywa też głosem Kremla.
Ale zostawmy teraz na boku wszystkie te sentymenty
Bo mało sentymentalny jest moment, gdy za płotem toczy się straszna wojna, ruskie drony spadają w Polsce ludziom na łeb, a ruskie sołdaty za czas jakiś mogą znowu się pojawić w Polsce – i to nie tylko w Białymstoku i Augustowie.
Bezrefleksyjna rusofobia to głupota. Ale bezrefleksyjna rusofilia w czasach egzystencjalnego zagrożenia dla państwa i narodu to głupota, a może i zdrada, i zbrodnia.
Symplicyzm bywa umysłową ułomnością, ale bywa też pokłonem złożonym racjonalizmowi. Jak powtarzał próbującej rozwikłać zagadkę zbrodni granej przez Jodie Foster agentce Sterling Hannibal Lecter: Simplicity, Clarice. Czym chciał ją skłonić do podążania ścieżką prostoty, gdy właściwe rozwiązanie jest niemal przed oczami.
A więc simplicity: to jest nasza wojna. Ofiarą jest nasz sojusznik. Agresorem jest nasz wróg, który agresorem może być niedługo nie tylko za pomocą dronów, ale także wobec nas.
Dlatego patrzmy na naszą "Rosję wewnętrzną": na niektórych polityków prawicy wybitnie powściągliwych w krytykowaniu Putina i na całe to prorosyjskie trollerstwo w internecie. Patrzmy, kto co pisze i kto co mówi, oraz dlaczego i po co. Słuchajmy słów i słuchajmy milczenia. Jak mówiono za PRL: kto za tym stoi i czemu to służy.
Polski i Polaków nie stać dziś na naiwność i nadmierne wątpliwości. Tym bardziej teraz, gdy prawie wszystko jest politycznie i moralnie wybitnie klarowne.
Point de rêveries, messieurs, żadnych mrzonek, panowie – powiedział polskiej delegacji apelującej o przywrócenie autonomii Królestwu Polskiemu car Aleksander II. Właśnie, parafrazując: żadnych złudzeń, drogie panie i mili panowie. 
Wojna jest za płotem, ale niedługo może być tutaj. Zanim przyjdzie nam się bić z Ruskimi, musimy pogonić ruską piątą kolumnę w Polsce.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/95b0f0a09fea98968d16bc2a0168ae5b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o rusofobii.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/621401,tomasz-lis-przede-wszystkim-nie-spi-przyc</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/621401,tomasz-lis-przede-wszystkim-nie-spi-przyc</link><pubDate>Sun, 31 Aug 2025 19:15:29 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Przede wszystkim &quot;nie spi*przyć&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Znajoma z Niemiec, której moje teksty bardzo się podobają (to oczywiste), zwróciła mi uwagę, że może już dość z tą powyborczą traumą i czas napisać coś optymistycznie...

Znajoma jest z Polski, ale jest już nad Renem tak długo, że cholera wie, czy ona bardziej Polka, czy Niemka. Ale choć urodzonym po wojnie, wiem, że z Niemcami trzeba ostrożnie. Ale generalnie żaden problem. Może krawiec uszyć garnitur na miarę, a szewc zrobić buty na obstalunek, to ja mogę napisać tekst "na zamówienie". 
Poza tym uwagę wziąłem sobie do serca, bo zawsze uważałem, że artystów i dziennikarzy za nudzenie powinno się skazywać na wieczne potępienie i najwyższy wymiar kary, najlepiej gilotynę, bo jak piszą bez głowy, to i tak niewiele ryzykują.
Teraz na serio
Temat optymistyczny podejmuję w kontekście nieco perwersyjnym, bo tydzień temu robiłem tu sobie jaja z historii ku pokrzepieniu serc. Więc dziś będzie ku pokrzepieniu serc, ale nie po sienkiewiczowsku. 
Do tego z elementami trochę, a nawet szalenie pesymistycznymi. Bo temat tekstu nie zmienia faktu, że pragnę dalej korzystać ze swoich praw i wywiązać się ze swych obowiązków. Prawem jest w Polsce melancholia, a obowiązkiem malkontenctwo.
Tacy Amerykanie odczuwają obowiązek terroryzowania bliźnich swym optymizmem. Na pytanie "jak leci" obowiązują odpowiedzi będące wariacjami na "dziękuję, świetnie". W Ameryce uważają narzekanie za swoisty nietakt, za przerzucanie na innych ciężaru własnych kłopotów. 
W Polsce jeszcze niedawno było odwrotnie i na "jak leci" odpowiadano litanią tragiczno-katastroficzną: "żona mi nie daje żyć, dzieci chore, w pracy kłopoty, zlew zapchany, samochód zepsuty, teściowie przyjeżdżają". Dopiero ostatnio, chyba w ramach pokłonu oddanego ogólnej poprawie poziomu życia, społecznie akceptowalne są odpowiedzi typu "wszystko ok, dzięki, spoko".
"Narodek" wybrał
Ja bym teraz bardzo chciał powiedzieć "wszystko ok, dzięki, spoko". Ale wcale nie jest ok, skoro nasz wesoły "narodek" właśnie podjął jedną z najgłupszych decyzji w swej historii, czyniąc prezydentem troglodytę i kibola. 
Jest w angielskim taki lubiany przeze mnie zwrot "icing on the cake", czyli pokrywanie ciasta lukrem. Mamy teraz w Polsce swoiste "icing on the cake", bo tuż po wyborze troglodyty nadeszły fenomenalne wieści o polskiej gospodarce. Trudno je nazwać lukrem, bo służy on generalnie pokrywaniu dobrego ciasta, a nie przykrywaniu zakalca. Ale niech to będzie pewna nagroda pocieszenia. 
Dołączyliśmy do dwudziestu największych gospodarek świata, mamy najwyższy wzrost gospodarczy w Europie, plus najszybciej w Europie spadającą inflację. Naprawdę super.
Potwierdza to fakt, że od 35 lat mamy w Polsce do czynienia z cudem. Nie należy jednak tego słowa tu używać, bo w Polsce cud jest do nazwania zlania dupy ruskim w wielkiej bitwie albo do pojawienia się konturów Matki Bożej na kościelnej wieży, jakimś oknie lub konarze drzewa. Czyli cud nie mniemany, ale cudem z ostrożności semantycznej i kontekstowej nienazwany.
Mamy za sobą 35 lat sukcesu Polski w skali historycznej wręcz niesamowitego. To najlepszy czas od złotego wieku Jagiellonów, a może i w ogóle. Pamiętać wszelako należy, że już po Jagiellonach wszystko zaczęło się nam koncertowo sypać, a jak to się skończyło, wie w Polsce każde dziecko. Także więc od najnowszego sukcesu nie należy dostawać zawrotu głowy, bo słusznie mówił wielki Stalin, że najgorszy jest zawrót głowy od sukcesów.
Sukces jest jednak wielki, oczywisty i niezaprzeczalny. Jeśli mnie coś w tym sukcesie intryguje, to pewne pytanie. Jak naród, który własną pracą osiągnął tak wielki sukces, jednocześnie może podejmować tak katastrofalne, wręcz samobójcze decyzje. Towarzyszy temu pytanie równoległe. Jak naród, który podejmuje tak katastrofalne decyzje, potrafił osiągnąć taki sukces.
Paradoks Polaków
Spróbuję odpowiedzieć na oba. Osiągnęliśmy sukces, bo swe największe wady jakimś cudem (znowu cud), może oszołomieni niespodziewanym przecież końcem komunizmu, zneutralizowaliśmy lub zamieniliśmy w zalety. Egoizm i niechęć do pracy zespołowej w indywidualizm, chciwość i pazerność w ambicję i parcie do sukcesu. 
Na kilka dekad wystarczyło. A skąd te katastrofalne decyzje w czasach prosperity i koniunktury? Nie ma takiej koniunktury, której Polak nie potrafiłby spieprzyć. Dwóch rzeczy poza sukcesem sąsiada Polak znieść nie jest bowiem w stanie: własnego sukcesu i normalności. Nie wiem, czy to podświadomość i poczucie, że zaraz się wszystko zawali, bo zawsze tak było, czy coś innego. 
Polak w każdym razie tak się boi, że powodzenie się zaraz skończy, że sam to przyśpiesza. Normalność automatycznie włącza impuls autodestrukcyjny, zanim los zabierze, co dał, zniszczę to sam.
Wtedy wchodzimy w tryb polskości prawdziwej. Dlatego Izraelczycy śpiewają w swym hymnie o nadziei, a Francuzi o nadejściu dnia chwały, Polacy zaś defensywnie "jeszcze Polska nie zginęła", jakby jej agonia i śmierć były nieuniknione i poniekąd naturalne. 
Gdy w szkole podstawowej nauczyciel od muzyki uczył nas hymnu, wpadał w furię, gdy śpiewaliśmy "póki my żyjemy". "Jakie puki, jakie puki" – darł się. Może instynktownie czuł, że nieuniknioność i nieuchronność śmierci ojczyzny i naszej jednocześnie, to już przesada.
Nie można w każdym razie wykluczyć, że to cudowne polskie okno znowu się zamknie, ale ja czerpię niezmiennie radość z faktu, że praktycznie przez całe moje dorosłe życie jest otwarte. Ile polskich pokoleń w ostatnich trzystu latach mogło to o sobie powiedzieć. Odpowiem precyzyjnie – oprócz mojego – żadne.
Ta narodowa transformacja polskiego losu wydaje mi się fascynująca. Mogę ją porównać tylko z transformacją losu, jakiej dokonały dwa inne narody z Polakami przez stulecia często dramatycznie losem splecione – osoby pochodzenia żydowskiego i Niemcy. Ci pierwsi po koszmarnych doświadczeniach stworzyli własne państwo i uznali, że już nigdy więcej nie będzie Holocaustów i pogromów. 
A jak ktoś podniesie na nich rękę, to zapłaci straszną cenę, co właśnie widzimy. Niemcy z kolei uznali, że z narodu niosącego światu wojny i śmierć staną się narodem tolerancji i pokoju.
Nie ma ideału
Czy dzisiejsza Polska jest idealna? Nie jest. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Gdyby była, to pierwszą lub drugą partią w Polsce nie byłaby niezmiennie partia złości, frustracji, resentymentu i nienawiści do elity.
Nasze dzieci, sam wiem o tym dobrze, z obecnej Polski zadowolone nie są. Narzekają na edukację, mieszkalnictwo, służbę zdrowia, płace, dostępność kredytów, środowisko naturalne i często toksyczne relacje międzyludzkie. Chcielibyśmy trochę wdzięczności, a słyszymy krytykę. 
Paradoksalnie jest ona naszym wielkim sukcesem. A dla nich szansą. Jakie wielkie pole do popisu! 35 lat temu przejmowaliśmy faktycznego bankruta. Jakbyśmy musieli odbudować kraj z ruin.
Ale w sumie, kochane dzieci i wnuki, oddajemy wam kraj w dobrym, relatywnie nawet w doskonałym stanie. Przejmujecie ten kraj w lepszym stanie niż jakiekolwiek pokolenie od 300 lat. Życzę wam, żebyście to samo mogli powiedzieć swoim dzieciom za 30–40 lat. A przede wszystkim zaklinam i błagam: nie spieprzcie tego. Zbyt długo była to nasza narodowa specjalność.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/7503630b7dfc8f3a60b6b318223bac86,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polacy wybrali, Polacy narzekają...</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/620702,tomasz-lis-raj-na-skarpie</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/620702,tomasz-lis-raj-na-skarpie</link><pubDate>Sun, 24 Aug 2025 19:20:18 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Raj na skarpie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W dalszej części tekstu wyjaśnię, skąd tytuł tego tekstu. Na razie, tytułem wstępu, powiem tylko, że wielka kariera i prezydencka intronizacja Karola Nawrockiego jest smutnym potwierdzeniem niebezpiecznej skłonności Polaków do tworzenia bajek, które, co gorsza, część ludzi łyka jak młode pelikany.

Wielu zwolenników jeden do jednego kupiło skleconą naprędce bajeczkę o chłopaku z nizin, który może i kiedyś nagrzeszył, ale własnym wysiłkiem podniósł się z otchłani zła i wyszedł na ludzi. W tej bajeczce Karolek występuje jako współczesny Kmicic. Metafora jest jednak licha, bo nie wiadomo, która z dam miałaby być Oleńką, kto miałby być Wołodyjowskim i kto miałby dokonać potopu. Może Ruscy. Problem w tym, że wielu ludzi z otoczenia Nawrockiego akurat takiego potopu by chciało. 
Na przyszłość miłośnikom nowego Kmicica warto tylko zwrócić uwagę, że w razie prób ekranizacji tej wzruszającej historii, na odgrywanie roli Kmicica przez Daniela Olbrychskiego liczyć nie można, nie tylko z powodu wieku. Daniel grał kiedyś w filmie "Bokser", ale akurat tego boksera i tego Kmicica nie zagra. Głównie z powodów, powiedzmy, estetycznych.
Mity 
Mit Nawrockiego-Kmicica to niejedyny mit w naszej polityce, szczególnie pieczołowicie pielęgnowany przez naszą prawicę, która mity lubi nad wyraz. Jest i mit Jarosława Kaczyńskiego, który nie związał się z żadną kobietą i jest wielkim abnegatem, bo poświęcił się ojczyźnie, a o sprawy doczesne nie dba. My mamy oczywiście inne wyjaśnienia obu tych faktów, ale oni wierzą w swoje. Tak mają. Tak lubią.
Nad bajkowymi zamiłowaniami Polaków ciąży dziedzictwo Sienkiewicza i niemądrego gaworzenia o literaturze pisanej ku pokrzepieniu serc. Sienkiewicz pisarzem był świetnym, ale współodpowiada za ogólną niedorosłość i obywatelską niedojrzałość narodu, który woli mity niż prawdę, iluzje niż fakty, miraże niż rzeczywistość. Więcej nawet, prawdy i faktów intensywnie nie lubi.
Mądre narody mają historię, by mieć materiał do przemyśleń i refleksji umożliwiającej unikanie dawnych błędów. Polacy mają historię wybiórczą, pisaną przez brązowników, której funkcją jest powielanie i wzmacnianie miłych sercu stereotypów i bajek. W tej historii są głównie wygrane bitwy i akty bohaterstwa. 
Polacy bowiem, to trzeba koniecznie wiedzieć, byli w historii albo bohaterami, albo ofiarami. Stąd niewielka u nas świadomość funkcjonowania przez stulecia zalegalizowanego niewolnictwa, jakim była pańszczyzna, oraz fakt, że zniósł je dopiero rosyjski car. Stąd i niewielka świadomość krzywd czynionych przez Polaków przez całe stulecia takim Ukraińcom. Do naszej opowieści pasuje taki Wołyń, ale pacyfikacje ukraińskich wiosek przez nasze wojsko i policję już mniej. 
Nasza pamięć historyczna widzi w Piłsudskim ojca niepodległości, którym był, ale o Piłsudskim brutalnym dyktatorze woli nie pamiętać. Tworzy mit wielkich rzesz sprawiedliwych wśród narodów świata, do którego nie pasuje prawda o o wiele liczniejszych szmalcownikach, prawda o Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszy oraz o wieśniakach stojących z widłami i siekierami wzdłuż torów do Małkini i Treblinki, na wypadek, gdyby pojawiła się okazja zamordowania i okradzenia nieszczęsnych Żydów, którzy zbiegli z transportów śmierci, nieświadomi, że uciekają w łapy innych morderców.
W naszym bajkopisarstwie narodowym obowiązuje mit powszechnego oporu Polaków we wszelkich powstaniach. Nie pasuje do niego prawda o tym, że w większości powstań, w tym warszawskim, brała udział garstka, kilka procent ludności. Podobnie jak garstka została w podziemnej Solidarności z masowego ruchu dziesięciomilionowej Solidarności, gdy tylko w grudniowy poranek generał Jaruzelski mocniej tupnął nogą. To wystarczyło.
Dzieckiem naszego bajkopisarstwa i bajek umiłowania jest też najsilniejszy nasz narodowy mit, mit Powstania Warszawskiego. Sam jestem jego wyznawcą, przyznaję, co jednak nie powstrzymuje mnie od refleksji o katastrofalnym charakterze i jeszcze bardziej katastrofalnych skutkach decyzji o jego rozpoczęciu. Chyba największa jednostkowa katastrofa w dziejach kraju i narodu służy nam jako akt założycielski współczesnego polskiego patriotyzmu. 
Nawiasem mówiąc, 1 sierpnia każdego roku mam coraz mocniejsze wrażenie, że bardziej niż bohaterom tamtego wspaniałego wolnościowego zrywu oddajemy hołd swemu wyobrażeniu o tym, co byśmy zrobili na miejscu tamtych bohaterów, choć jest to oczywiście niepoparte niczym i zbudowane na własnym dobrym samopoczuciu dość narcystyczne domniemanie. O całej błazenadzie z patriotycznymi tatuażami, patriotyczną odzieżą i uzurpatorsko noszonymi przez młodych ludzi opaskami nawet nie wspominam. Bo to już odrębna historia o zamiłowaniu sporej części rodaków nie tylko do bajek, ale i do odpustowej tandety.
Choroba dziecinności
Ponieważ z historii czerpiemy emocje, sentymenty i ckliwe wzruszenia, to powielamy stare, głupie błędy. Stąd nasza nieodpowiedzialność i nonszalancja, ujmowana w niemądre formułki à la "jakoś to będzie", "damy radę" albo jak w Smoleńsku, "zmieścisz się, śmiało".
Lenin pisał kiedyś o "dziecięcej chorobie lewicowości". W naszym wypadku można mówić o dziecięcej chorobie polskości lub o polskiej chorobie dziecinności. Chyba nie przez przypadek najbardziej znanej książce o naszej historii Norman Davies dał tytuł "God’s playground". Tłumacz i wydawca elegancko i ostrożnie zmienili to na "Boże igrzysko", choć autor oczywiście miał na myśli "plac zabaw Pana Boga". 
Nie wiadomo tylko, czy szło mu o plac, na którym bawi się Bóg, czy o plac, na którym beztrosko pod jego okiem bawi się dzieciarnia. Jeśli to drugie, to potwierdzałoby to moją teorię, że są dwa narody wybrane. Jeden Bóg wybrał, by podziwiać swe dzieło, drugi, by mieć nieustanny ubaw z powodu niemądrych wyczynów dziatwy.
Niezdolność do osiągnięcia realnej dojrzałości może być efektem jakiejś kognitywnej umysłowej dysfunkcji. Jak ktoś ma problem z przysadką mózgową i grozi mu niskorosłość, to można mu podać hormon wzrostu. To działa, czego przykładem jest Leo Messi, który na wielkoluda nie wyrósł, ale na jednego z najlepszych piłkarzy w historii już tak. Zafundowana mu przez Barcelonę terapia okazała się zresztą najlepszą inwestycją w historii klubu. Niestety, nie znaleziono jeszcze hormonu wzrostu emocjonalnego dla ludzi i zbiorowości.
Polacy są trochę jak zbiorowy bohater filmu "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Brad Pitt rodzi się w nim pięćdziesięciolatkiem, a potem tylko młodnieje, aż na koniec staje się dzieckiem. Fajnie byłoby choć trochę być Buttonem. A jeszcze fajniej choć na kilka chwil Bradem Pittem. Polacy to trochę taka wariacja Buttona: starzeją się biologicznie, ale emocjonalnie zostają dziećmi.
Raj na skarpie
Teraz à propos tytułu. Na trasie moich popołudniowych spacerów z psem jest pięknie położone przedszkole "Raj na skarpie". Po drugiej stronie uliczki Sąsiadów, przy której się mieści, jest ambasada Niemiec. Nazwa uliczki jest trafna, choć Polacy wolą mit Teutonów, Hunów i krzyżaków niż w sumie radosną rzeczywistość uwolnionej od miazmatów przeszłości naszej dobrosąsiedzkiej relacji z zachodnim sąsiadem. Dziecko potrzebuje mitu i bajki, niedojrzały dorosły bardziej potrzebuje stereotypu wroga niż rzeczywistości i dobrego sąsiada.
Przedszkole "Na skarpie" rzeczywiście jest na skarpie. Gdy się z niej po schodach zejdzie, staje się obok słynnego liceum Batorego, gdzie co roku, jak w każdym liceum, rozdają świadectwa dojrzałości. Dla wielu droga z przedszkola do świadectwa dojrzałości okazuje się zbyt trudna i nie do pokonania. A wielu, szczególnie po wódce, zamiast zejść ze skarpy, po prostu z niej spada. Ot, życie. Polska.
I o najnowszej polskiej bajeczce. Karol Nawrocki nie jest Kmicicem i nigdy nie będzie dobrym prezydentem. Bajki czasem dobrze zakłamują rzeczywistość, ale nigdy jej sensownie nie zmieniają.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/9de2c1735e0e94eb2d133792924e7242,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Lis o miłości Polaków do mitów i bajek</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/619883,tomasz-lis-brunatne-flagi-w-gore-prawa-marsz-na-wschod</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/619883,tomasz-lis-brunatne-flagi-w-gore-prawa-marsz-na-wschod</link><pubDate>Sun, 17 Aug 2025 20:29:10 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Brunatne flagi w górę, prawą marsz na Wschód</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Andrzej Duda miał być (i był) długopisem Jarosława Kaczyńskiego. Karol Nawrocki ma być Kaczyńskiego baseballem, kastetem i maczetą. Jego mięśniakiem, osiłkiem i taranem. Ma być młotem na elity, przez które Kaczyński stracił władzę i których nienawidzi. Duda był inteligentem, który miał udawać jednego z nas. Nawrocki ma być królem, który jest każdym z nas i którego podziwia, a przynajmniej lubi każdy z nas.

Tak, Nawrocki ma być narzędziem do ostatecznego pognębienia elit. Ma reprezentować prostactwo, chamstwo, grubiaństwo, brutalność, nieokrzesanie, brak ogłady i manier, czyli reprezentować wszystko, czym elity gardzą. Czym bardziej je sobą obraża i upokarza, tym lepiej.
Nawrocki ma być swoistym odnowieniem zaślubin PiS-u z ludem. Zwyklaki — tak zwykłych ludzi postrzega Kaczyński — mają mieć swego króla. Mają się z nim utożsamiać. Ma być jak oni. A oni mają mieć poczucie, że są jak on. 
Jego wady, słabości, defekty i ułomności, nawet najbardziej kompromitujące, mają go im uczynić bliższym. Ludzie mają się z nim czuć komfortowo. Wszystko, co go kompromituje w oczach elit, ma go nobilitować w oczach ludu. Stary podział ma być rewitalizowany i odświeżony. Szlachta i lud, Kordian i cham, pan i cham, chamy i Żydy, KOR i zdrowy robotniczy aktyw. Stary podział w nowych szatach. Polska kibolska i patolska w garniturze (pod oczywiście czerwonym krawatem) i w garsonce. Na salonach i w pałacu.
Lud ma się czuć wywyższony razem z Nawrockimi. Wielka nobilitacja Polski piwska, kebaba, głośnego bekania, walk MMA, grilla, disco polo. Samozadowolenie ma być celem, produktem i narzędziem.
Homo kibolus
Kluczami mają być zwykłość i swojskość oraz zbudowany na tych pojęciach antagonizm. Jak są swoi, to muszą być i obcy oraz wrogowie. Czy będą to imigranci, Żydzi, Ukraińcy, geje i lesbijki, to już w zasadzie obojętne. Wspólnota ma uzyskać jedność i spoistość oraz czystość, także etniczną, przez wyrzucenie wszystkiego, co nie nasze, swojskie i zwykłe, poza nawias, na margines. Homo kibolus ma być przy pomocy Nawrockiego bardziej konfederacki niż konfederaci, bardziej nacjonalistyczny niż Braun, bardziej odrażający niż Bąkiewicz. Zamiast obywatelskiej wspólnoty wartości — parafaszystowska wspólnota krwi i odczuwania. Rasizm, ksenofobia i antysemityzm mają być teraz w głównym nurcie. Więcej — to one mają nim być, mają stanowić jego istotę.
Będziemy mieć trumpizm z przeceny kupiony na Allegro. Let’s make Poland great again. Again? Jak za Jaremy? Dmowskiego? Piłsudskiego? Gomułki i Moczara? Polak — kibol — katolik, Matka Boża na klacie, Jezus na łydce. Różaniec na szyi, ksenofobia, rasizm i antysemityzm w sercu. Plus nienawiść do innych i obcych, liberałów, lewaków, feministek, pedałów, lesbijek, "zboczeńców" i śniadych.
Polska tylko dla prawdziwych Polaków, tych z demonstracji klubów Gazety Polskiej, z różnych żylet i kibolskich ustawek. Husaria na miarę naszych czasów i marzeń, naszych możliwości. Tylko skrzydła też wytatuowane.
Jesteśmy u siebie
Jarosław Kaczyński Nawrockim gardzi. Uważa go za głupca, tępaka i pajaca. Ale jakie to ma znaczenie? Dudą też gardził. Ale go używał. Długopisy i kastety nie są do szanowania, ale do używania. Polakami też gardzi. Zbyt często i zbyt mocno mu ulegają, pokazując i słabość, i uległość, i skretynienie. Po co szanować to, co kupuje się za drobne.
Będziemy mieć teraz sojusz nacjonalizmu z kibolstwem i najbardziej czarnosecinną częścią Kościoła. To wszystko jest wstęp do Polexitu i zepchnięcia Polski na geopolityczny, mentalny Wschód, co zawsze było marzeniem Kaczyńskiego. Wtedy Oświecenie zostanie podeptane do końca, a nasi Europejczycy zepchnięci do narożnika. Polska będzie jak Rosja, przecież od początku o to chodziło. Tylko Putin ma być z Żoliborza.
Nadejdzie czas intelektualnego lenistwa, umysłowej gnuśności i sarmatyzmu we współczesnej wersji kibolsko-disco-polowej. Żryj kebaba, popijaj piwskiem, oglądaj mecz i popuszczaj pasa. I zrelaksuj się. Jesteśmy znowu absolutnie u siebie. Możesz być sobą, najprawdziwszym Polakiem.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/931d41a9c5e0486d456559b26a52c23e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Karol Nawrocki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/619100,tomasz-lis-nasze-dna</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/619100,tomasz-lis-nasze-dna</link><pubDate>Sun, 10 Aug 2025 18:54:48 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Nasze DNA</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zaprzysiężenie Karola Nawrockiego to zdecydowanie więcej niż zmiana lokatora pałacu prezydenckiego. To definitywny koniec epoki Solidarności. I częstotliwość wypowiadania przez Nawrockiego słowa „solidarność” nie ma tu do rzeczy absolutnie nic.

Przez długi czas naszą III RP definiował podział: postkomuniści – ludzie Solidarności. Jeszcze w 2005 bracia Kaczyńscy chcieli na tej osi zbudować kampanię Lecha, spodziewając się, że jego głównym rywalem będzie Włodzimierz Cimoszewicz. Dopiero gdy Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania, wykreowali nowy podział – na Polskę solidarną i liberalną – bo liberalizmem chcieli zabić kandydata PO Donalda Tuska.
Z Tuska Kaczyńscy robili groźnego dla ludu liberała, ale w gruncie rzeczy wszyscy ważni politycy tamtej epoki byli ludźmi Solidarności: i Lech, i Jarosław, i Tusk, i Komorowski, czy Sikorski. Mieli różne poglądy i wrażliwości, ale etos Solidarności łączył ich wszystkich. Dopiero Jarosław posmoleński ideę Solidarności postanowił uśmiercić, stawiając z zimną perfidią na mit zamachu, nacjonalizm, populizm i Kościół spod znaku Rydzyka. 
Andrzej Duda był prezydentem rozkroku – jeszcze trochę w propaństwowym duchu Lecha, ale zbyt słaby i uległy wobec Jarosława, by móc mu się przeciwstawić, gdy symultanicznie unicestwiał dorobek brata i etos Solidarności.
O etosie 
Właśnie – etos Solidarności – o nim trzeba tu powiedzieć słów kilka. Etos chyba najpiękniejszej idei, jaką zrodziła ta ziemia i ten naród. Piękna synteza etosu powstań – głównie styczniowego i warszawskiego – z etosem Szarych Szeregów i AK, etosu polskiej inteligencji, tak celnie zdiagnozowanym w słynnych książkach Bohdana Cywińskiego „Rodowody niepokornych” z 1971 roku oraz pisanych w mokotowskim więzieniu „Z dziejów honoru w Polsce” Adama Michnika, wydanych w roku 1985, a także etosu personalizmu chrześcijańskiego, tak bliskiego naszemu Janowi Pawłowi II, oraz Kościoła narodowej jedności i wybaczania, tak pięknie symbolizowanym przez księdza Jerzego Popiełuszkę – czyli generalnie etosu Kościoła Wojtyły i Popiełuszki, tak szokująco odmiennego od Kościoła nacjonalizmu i nienawiści Rydzyka, Jędraszewskiego i wielu innych biskupów.
Cała kampania prezydencka Nawrockiego, jego liczne wypowiedzi – w tym zarzucająca wielu jego oponentom brak genu polskości – są tego etosu Solidarności brutalnym zaprzeczeniem. 
Przypomnę tylko, że twórcą idei „genetycznych patriotów” był wybitny pisowski intelektualista Marek Suski. Nie zarzucam Karolowi Nawrockiemu perfidnego nawiązywania do myśli Alfreda Rosenberga (wątpię zresztą, czy to nazwisko mu coś mówi), ani do przesłania i dorobku ustaw norymberskich, ale pogląd, że można dzielić ludzi i szacować ich patriotyzm według autorytarnej oceny ich DNA, jest nawiązaniem do tamtych pomysłów – niestety. Obawiam się, że Nawrocki na tej drodze zrobił zresztą dopiero kilka pierwszych kroków. Podbitymi ćwiekami brunatnymi buciorami wkrótce zrobi następne. Wszystko na komendę „prawą marsz”.
Karol Nawrocki już chyba jakiś czas temu przeprowadził się do stolicy, ale mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach definitywnie wyprowadzał się z Gdańska – i to nie tylko w sensie miejsca zamieszkania i kodu pocztowego. Nawrocki wyprowadza się z Gdańska będącego naczelnym ośrodkiem pewnej pięknej idei.
Ostatniej swojej, wydanej przed jego tragiczną śmiercią, książce Paweł Adamowicz dał tytuł „Gdańsk jako wspólnota”. To było i przesłanie Adamowicza, i przesłanie solidarnościowego Gdańska dla całej Polski.
Znam najważniejsze postaci gdańskiego środowiska politycznego bardzo dobrze – niektóre od kilkudziesięciu lat. A czego nie wiedziałem, to doczytałem i dogadałem z nimi, pisząc po śmierci Adamowicza książkę „Umrzeć za Gdańsk”. Gdańsk nie był i nie jest politycznie niejednorodny. Nie po to jest kolebką Solidarności i pluralizmu. Gdańsk – tak bliski mi ideowo Gdańsk – jest stolicą różnorodności, a nie unifikacji, jednorodności i jednoznaczności. 
Stąd w plejadzie wybitnych gdańskich postaci są osoby bardzo różne: Lech Wałęsa i Bogdan Borusewicz, Donald Tusk, Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski, Aleksander Hall i ojciec Ludwik Wiśniewski, a ostatnio prezydent Gdańska – Olka Dulkiewicz, która tak pięknie pielęgnuje idee Pawła Adamowicza. Nie tylko przez lojalność wobec byłego szefa, ale przez – skoro już ktoś lubi o genach – jej własne DNA: córki nieżyjącego działacza Solidarności, osoby studiującej w Polsce i w Niemczech oraz nieformalnego kustosza Europejskiego Centrum Solidarności. 
Olka jest dość gorliwą katoliczką, ale u siebie jest i na kościelnych rekolekcjach, i w domu dla ukraińskich uchodźców, i na paradzie równości. Takie jest jej serce, takie jest jej DNA, takie jest jej wyobrażenie o Gdańsku marzeń – mieście wolności, otwartości, tolerancji, zbliżenia kultur i międzyludzkiego szacunku.
Nadchodzi trudny czas
Karol Nawrocki nie jest z tej tradycji co wspomniane wyżej osoby. Tak jak żaden z tych ludzi nie wpadłby na pomysł, by – jak Andrzej Duda – nazywać ludzi LGBT ideologią, tak żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy, by identyfikować ludzi po genach. Nawrocki może kibicować tej samej Lechii Gdańsk co Donald Tusk, ale ideowo i duchowo jest z zupełnie innego klubu – tego, co lubi wrzeszczący nacjonalizm, panienki z Grand Hotelu i kibolskie ustawki. Też jest to jakiś etos, ale na pewno nie etos Solidarności – raczej solidarności związkowo-dudowej, tych popłuczyn po Solidarności prawdziwej.
Koniec epoki Solidarności i etosu Solidarności oznacza, że dla Polski nadchodzi trudny czas. Jeszcze Polska oczywiście nie zginęła, ale biel jej flagi już jest przybrudzona, a amarant przechodzi powoli, choć zbyt szybko, w brunatny. Gdańsk w tych dniach przegrywa, choć znowu ma prezydenta Polski. 
Przegrywa też cała demokratyczna Polska. Ale idei Solidarności nie możemy ani porzucić, ani oddać bez walki, ani tym bardziej pogrzebać. W końcu to nasze DNA – najlepsze, jakie ten kraj kiedykolwiek miał.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3b19c0507719f7d1176a2abe1ee1a5d2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Solidarność jest w naszym DNA</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/618095,tomasz-lis-zapraszamy-na-obciach</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/618095,tomasz-lis-zapraszamy-na-obciach</link><pubDate>Sun, 03 Aug 2025 20:47:15 +0200</pubDate><title>Tomasz Lis: Zapraszamy na obciach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zaprzysiężenie Pana Nawrockiego na prezydenta będzie wielkim zwycięstwem może nie Polski Ludowej, ale Polski ludycznej, zwycięstwem ignorancji, obciachu i etosu antyinteligenckiego.

Jest w dzisiejszej Polsce uznawane za niepoprawne stwierdzanie, że na PiS, Dudę czy Nawrockiego głosują głównie ludzie najgorzej wykształceni. Ale trudno, prawda może być niepoprawna, ale nie przestaje przez to być prawdą. Nawet przeciwnie. A prawda jest taka, że bez najgorzej wykształconych Polaków PiS nie wygrałby żadnych wyborów, a nie wygraliby ich też (jeśli wygrali), także Duda i Nawrocki.  
Niestety i PiS i Duda swe rządy sformatowali i przedstawiali tak, jakby głównie temu elektoratowi służyli. Prawdą jest zresztą, że tylko na wdzięczność i uznanie tego, najmniej wykształconego i najmniej wymagającego elektoratu, bezwarunkowo mogli liczyć.
Prawo głosu tylko dla dobrze wykształconych?
Profesor Marcin Matczak w kolejnym ze swoich 1197 tekstów o pogardzie elit dla zwykłych ludzi pyta prowokacyjnie, czy tylko dobrze wykształceni powinni mieć prawo głosu. Na to beznadziejnie niemądre pytanie odpowiedź brzmi: oczywiście nie.
Inteligencja nie jest przecież wyłącznie funkcją wykształcenia, a mądrość tym bardziej. Przekonują nas o tym całe zastępy kretynów z doktoratami opowiadające w telewizji idiotyzmy, które nie przyszłyby do głowy tzw. zwykłemu człowiekowi posługującemu się tzw. chłopskim rozumem, czyli zdrowym rozsądkiem po prostu. 
Co statystyki, od której zacząłem, oczywiście nie zmienia, ale każe na nią patrzeć w tzw. szerszym kontekście. A ze statystyką, jak mawiał na uniwersytecie mój profesor historii powszechnej, wybitny znawca historii Francji, rewolucji francuskiej w szczególności, Jan Baszkiewicz, jest jak ze strojem kąpielowym kobiety. Wiele pokazuje, ale to, co najważniejsze, jednak skrywa.

Gloryfikowanie chłopskiego rozumu wydaje mi się błędem, ale błędem wydaje mi się też jego lekceważenie. W roku 1990 roku cześć polskiej elity z pogardą odnosiła się do Lecha Wałęsy, niegrzecznie sugerując, że to zwykły niewykształcony robol, który na prezydenta się nie nadaje. Była w tym i pogarda i odmawianie panu Lechowi czegoś, co było dla mnie wtedy oczywiste i co oczywiste jest do dziś. 
Mimo braku formalnego wykształcenia był Lechu absolutnym politycznym geniuszem, który imponował wizją, strategicznym i taktycznym zmysłem, a także - tu kłania się chłopski rozum - fantastycznym politycznym boiskowym cwaniactwem, które pozwoliło mu ograć ruskich, naszych komunistów, i czym potrafił zaimponować swoim najważniejszym doradcom, takim jak Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, czyli ludziom bezdyskusyjnie przenikliwym, a nawet wybitnym. 
Lechu był geniuszem niewątpliwym, bez czego nigdy nie poprowadziłby narodu krętą, wyboistą i generalnie trudną drogą do wolności. Charakterystyczne, że cały ten PiS, który wyciera sobie buzię zwykłym człowiekiem, akurat Wałęsę gorliwie zwalczał, choć oczywiście nie za brak wykształcenia, ale nadmiar jego wiedzy o tym, kim naprawdę są bracia Kaczyńscy, Jarosław Kaczyński w szczególności. Kaczyński nigdy nie wybaczył i nie wybaczy Wałęsie tego, co Lechu o nim wie. A wie wszystko.
Jest coraz gorzej
Mieliśmy więc genialnego prezydenta bez wykształcenia, który miał oczywiście słabości, ale nie brak wykształcenia był nią przede wszystkim. Teraz zaś coraz bardziej intensywnie kroczymy ścieżką odmienną - wybieramy ludzi formalnie wykształconych, którzy swymi działaniami przeczą logice, a czynami i słowami obrażają inteligencję. 
I tu jest coraz gorzej, o ile bowiem Andrzej Duda mądry nie jest, ale jednak z backgroundem, wykształceni rodzice i porządna rodzina żony, o tyle Karol Nawrocki to, można powiedzieć, pełnoskalowy głąb i półinteligent, dla którego posługiwanie się poprawną polszczyzną jest zadaniem zbyt trudnym. Czeka nas wiec kilka lat obciachu, wstydu i zgrzytania zębami. Prezydentura Nawrockiego to będzie Duda na sterydach. Będzie tylko jeszcze gorzej, głupiej, gnuśniej i głośniej. Plus mniej śmiesznie, a bardziej strasznie.

Wracając do profesora Matczaka, autora skądinąd wieku błyskotliwych i celnych tekstów, są w jego obronie zwykłego człowieka przed elitą dwie istotne słabości. Po pierwsze Matczak pracowicie wyłuskuje wszystkie przykłady i stwierdzenia mogące choćby sugerować pogardę elity dla zwykłych ludzi, a całkowicie ignoruje niezliczone przypadki trwającego od przynajmniej kilkanaście lat metodycznego ataku na polskie elity inteligenckie i intelektualne. 
Cały ten PiS ufundowany jest przecież na antyinteligenckim i antyelitarnym resentymencie, nienawiści do tych wszystkich elit, wykształciuchów, liberałów i światłych Europejczyków, którym lud z entuzjazmem funduje kopy, ciosy i liczne upokorzenia, z których Nawrocki jest najnowszym. 
Druga słabość - Matczak atakuje złe elity, a na co dzień gwiazdorzy w kanale Zero, który inteligencji i elit nienawidzi obsesyjnie i ostentacyjnie. Wystarczy przejrzeć konto kanału na platformie X, by każdego dnia znaleźć tego niezliczone dowody. Inteligencja nie ukrywa swego obrzydzenia Kanałem Zero i panem Stanowskim, co ten odwzajemnia i odpłaca z nawiązką. Matczak stwierdziłby to w 3 minuty, ale albo mu się nie chce, albo ta wiedza nie pasuje mu do tezy.

Prezydentura Nawrockiego będzie nieustannym wyzwaniem rzuconym moralności, przyzwoitości, inteligencji i elementarnej elegancji i estetyce. Ale cóż, w społeczeństwie tresowanym intelektualnie przez Kurskiego, Sakiewicza czy Stanowskiego ich wielka robota w zaspokajaniu najbardziej  prymitywnych gustów i tworzeniu gruntu pod ochlokracje, wydała owoce. Zatrute, ale jednak.
W tym kraju kontrreformacja pokonała religijną tolerancję, a obskurantyzm wygrał z oświeceniem, czego skutki odczuwamy do dziś.
Macie takiego prezydenta, na jakiego zasługujecie
Piszę to wszystko 1 sierpnia. Za niecałą godzinę jak wszyscy stanę na baczność, by ocierając zapewne łzę wzruszenia, oddać hołd tym, którzy bez wahania poszli wtedy w bój za Polskę i za wolność. Mówi się w tych dniach upraszczająco, że Warszawa stanęła do walki, choć prawda jest taka, że do walki stanęła drobna cześć mieszkańców Warszawy, głównie młoda warszawska inteligencja. 
Reszta patrzyła na to najpierw z radością, potem z obojętnością, a na końcu z wrogością, choć nie pasuje to do pielęgnowanego przez nas wszystkich mitu, który trzyma się mocno, bo jest autentycznie piękny i dydaktycznie użyteczny.
W tym roku ma Polska dla żyjących jeszcze powstańców prezent specjalny. Do pałacu prezydenckiego wkroczy kolega neonazistów, bandzior, kibol, człowiek będący klinicznym zaprzeczeniem tego, jacy byli oni i o co wtedy w 1944 roku walczyli. Piekło zamarznie, etos patriotyczny dostanie czkawki i duszności. A potem będzie już tylko gorzej.
Lech Wałęsa w swej mądrości i przenikliwości, ale też w swoistym akcie przekory i autoszyderstwa, odpierając krytykę swej prezydentury, rzucił „Macie takiego prezydenta, na jakiego zasługujecie”. 
Patrząc na szemranego typa wchodzącego do pałacu, który przed wojną był siedzibą rządu, będę o tych słowach myślał,  a po głowie będzie mi chodziło pytanie, które chciałbym zadać Lechowi Wałęsie: ”Panie prezydencie, może miał Pan rację, ale aż tak?”. Nieźle znam jednak Lecha Wałęsę, z którym bardzo się lubimy, więc wiem, że pytanie jest retoryczne, bo Lechu odpowiedziałby: „niestety, aż tak”.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/c844c1c480adb749965228f6cb8dcac8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andrzej Duda i Karol Nawrocki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/613319,tenor-na-pustyni-dionizy-wincenty-placzkowski-w-trybie-desert-mode</guid><link>https://natemat.pl/613319,tenor-na-pustyni-dionizy-wincenty-placzkowski-w-trybie-desert-mode</link><pubDate>Mon, 30 Jun 2025 15:10:11 +0200</pubDate><title>Tenor na pustyni: Dionizy Wincenty Płaczkowski w trybie Desert Mode</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/d5260a75ab51c56854decae34c08dc05,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dionizy Wincenty Płaczkowski, znany tenor dramatyczny, opuszcza ramy klasyki i wkracza na pustynną scenę festiwalu Law of the Desert. W duecie z pianistą Stanisławem Pańtą zaprezentuje repertuar łączący operę, jazz i balladę. To będzie muzyczna podróż w stronę wolności, wrażliwości i nowych brzmień — w najbardziej nieoczywistym miejscu: na Pustyni Błędowskiej. Desert Mode to dla niego nie tylko stan ducha, ale i artystyczne przełamanie.

Magdalena Wojakowska: Dionizy, wystąpisz podczas festiwalu Law of the Desert — na największej pustyni Europy. To dość nieoczywiste miejsce dla tenora… Co Cię tam przyciągnęło?
Dionizy Wincenty Płaczkowski: Właśnie ta nieoczywistość. Pustynia Błędowska to niezwykła przestrzeń — surowa, symboliczna, bardzo intensywna. Rok temu słuchałem tam m.in. Natalii Grosiak ( Mikromusic), uwielbiam jej głos i muzykalność, cudnie się niósł w tej otwartej, pustynnej przestrzeni. Law of the Desert to nie tylko festiwal, to stan umysłu. Desert Mode to świadome przełączenie się na inny rytm — z dala od hałasu, w stronę natury i własnej wrażliwości. To doskonale współgra z tym, czym dla mnie jest muzyka. Postanowiłem po raz pierwszy opuścić ramy klasyki i dać się poprowadzić temu, co współczesne, otwarte i żywe — czyli jazzowi.
MW: Czyli czeka nas premiera nowego Dionizego?
DWP: Można tak powiedzieć. Wystąpię w duecie ze Stanisławem Pańtą — znakomitym pianistą i syntezatorowym czarodziejem, który porusza się między klasyką a jazzem z niebywałą lekkością. W naszym repertuarze pojawią się utwory Masseneta, Karłowicza, neapolitańskie pieśni, ale też amerykańskie ballady i współczesne aranżacje — wszystko w zupełnie nowym, bardziej intymnym i lirycznym wydaniu. Operowy głos w jazzowej odsłonie — nie mogę się doczekać, jak to zabrzmi w pustynnym pejzażu.
MW: Brzmi jak „tenor w trybie Desert Mode”…
DWP: Dokładnie! [śmiech] Dla mnie to okazja, by na nowo usłyszeć własny głos. Pustynia działa jak wzmacniacz tego, co prawdziwe. W dodatku wykonamy także wyjątkowy duet — „Élégie” Masseneta z cudowną wiolonczelistką Dobrawą Czocher, którą szalenie cenię. Wierzę, iż będzie to jeden z tych momentów, które zapadają w pamięć.
MW: To Twoje pierwsze tak dalekie wyjście poza klasyczny repertuar?
DWP: Tak, i to świadomy krok. Ostatnie sezony to dziesiątki koncertów z repertuarem głównie klasycznym, wielkie sale, filharmonie, występowałem w koncertowej inscenizacji Madama Butterfly  z Aleksandrą Kurzak, Roberto Alagną i Andrzejem Dobberem, IX Symfonia Beethovena czy Messa di Gloria Pucciniego. Mogłem zadebiutować w rzadko wykonywanej operze „Hrabina” Stanisława Moniuszko w reżyserii legendarnej Krystyny Jandy. Ale dziś potrzebuję czegoś bardziej organicznego. Chcę tworzyć przestrzeń do słuchania — nie tylko muzyki, ale też samego siebie. Warsztat klasyczny daje szerokie możliwości. Poznałem rok temu w Warszawie Erica Worthama II czyli pianistę Adele, który zagrał z nią 100 koncertów na rezydencji w Vegas oraz 10 monachijskich dużych koncertów które zobaczyło 750.000 osób, przekonał mnie aby szerzej patrzeć na repertuar i nie zamykać się na jazz. Planujemy nawet wspólny występ. Na pewno duży wpływ na mój rozwój muzyczny ma klub Jassmine, który zaprasza do siebie największą śmietankę współczesnych muzyków. Można ich często zobaczyć jedynie na takich festiwalach jak North Sea Jazz czy  Montreux. To wielki przywilej mieć klub na takim poziomie w swoim mieście. Obserwować te wybitności na scenie a później móc z nimi zamienić słowo, dowiedzieć się więcej o tym dlaczego tworzą tak wolne gatunki muzyczne i co ich inspiruje. Można się tam poczuć jak w NYC czy Londynie ale w bardzo luksusowym wydaniu. Rozmawiamy o koncercie ale muszę na tę okazję przygotować coś absolutnie wyjątkowego! 
MW: Czego możemy się spodziewać po Twoim występie?
DWP: Emocji. Liryki. Pustynnego światła. I głosu, który będzie próbą połączenia dwóch światów — klasycznego i współczesnego. Kocham kantylenę włosko-amerykańską jak Bennett czy Sinatra ale siedzi we mnie też niezliczona ilość godzin słuchania takich głosów jak Franco Corelli, Jose Carreras czy Mario del Monaco. Jak można te dwa światy i wrażliwość repertuaru który często nie jest tak odległy w swoim dramatyzmie połączyć, jak można szukać niuansów w dynamice i znajdywać wspólny mianownik między pieśnią neapolitańską a polską piosenką. Chcę być bliżej słuchacza, mieć większą wolność na scenie. Kreować swój autorskie projekty muzyczne. Świat się zmienia a z nim estrada, również ta klasyczna. A co do Festiwalu - Desert Mode to nie tylko hasło — to próba złapania równowagi między tym, co cyfrowe, a tym, co ludzkie. Wierzę, że muzyka jest do tego idealnym narzędziem.
MW: Na koniec – dlaczego warto przyjechać na Law of the Desert?
DWP: Bo to coś, czego nie da się powtórzyć. Pustynia, sztuka współczesna, instalacje, duchowość, natura, nocne rozmowy, świt przy jogowych dźwiękach i – przede wszystkim – autentyczne spotkanie z drugim człowiekiem. Desert Mode to luksus bycia naprawdę. Sam nie mogę się doczekać koncertu genialnej Dobrawy Czocher oraz dynamicznej, ambientowej przestrzeni którą stworzy dla nas tylko tam wyjątkowy Pantha du Prince! Już na samą myśl mam ciarki!
Dionizy Wincenty Płaczkowski
Tenor dramatyczny łączący klasykę z nowoczesnością. Laureat konkursów operowych, współpracował z największymi artystami sceny klasycznej i rozrywkowej. Znany z roli w serialu HBO Ślepnąc od świateł, w którym wcielił się w postać Remika, gdzie nagrał również arie Cavaradossiego z Tosci Pucciniego. W 2025 roku debiutuje w nowej roli – jako interpretator ballad, pieśni i jazzu.
Law of the Desert – 5–6 lipca 2025 / Pustynia Błędowska
BILETY: ebilet.pl
www.lawofthedesert.com

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/d5260a75ab51c56854decae34c08dc05,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/d5260a75ab51c56854decae34c08dc05,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/610109,dla-zywiec-zdroj-drzewa-sa-niezwykle-wazne-posadzi-kolejny-milion</guid><link>https://natemat.pl/610109,dla-zywiec-zdroj-drzewa-sa-niezwykle-wazne-posadzi-kolejny-milion</link><pubDate>Fri, 27 Jun 2025 14:17:36 +0200</pubDate><title>&quot;Tematu wody boimy się jak ognia&quot;. Dla Żywiec Zdrój drzewa są niezwykle ważne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/3dd2517c4b3d9a53b9adc51f28db2796,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Żywiec Zdrój od lat angażuje się w ochronę środowiska, a jednym z najważniejszych osiągnięć jest zasadzenie 8 milionów drzew. W 2025 roku firma wraca do korzeni swojego flagowego programu i kontynuuje odnawianie drzewostanów – planuje posadzenie kolejnego miliona drzew we współpracy z partnerami, jakimi są Lasy Państwowe.

Dlaczego drzewa są tak istotne w ochronie naszych zasobów naturalnych? Jaką rolę pełnią w walce ze zmianami klimatycznymi i co takiego drzewa mogą zrobić dla przyszłych pokoleń? O tym będziemy rozmawiać w dzisiejszym odcinku, którego gościniami są Monika Matak, szefowa zespołu ds. polityki społecznej i wpływu w Żywiec Zdrój i Agnieszka Hobot, redaktorka naczelna czasopisma Wodne Sprawy.
– Rozpoczynając program "Po stronie natury" 16 lat temu, reagowaliśmy na katastrofę, która się wydarzyła w wyniku suszy. Były to wielkie wyłomy w Puszczy Karpackiej, które przede wszystkim były spowodowane osłabieniem drzewostanów w wyniku suszy. Dodatkowo pojawiły się szkodniki i zaczęliśmy mieć kłopot – mówi Monika Matak.
– Dziś potrzebujemy bardzo dużego szacunku i zrozumienia, jak my w tym ekosystemie całościowo funkcjonujemy. Nie tylko w ekosystemie leśnym, ale jaki my, ludzie, jaki mamy wpływ na poszczególne elementy tych ekosystemów – dodaje. 
– My nie jesteśmy w takim momencie, żeby mówić dzieciom "zakręcaj kurek, kiedy myjesz zęby". My dziś musimy mówić dzieciom, że "woda musi być w rzece, żebyś ty ją miał w kranie". To jest zupełnie inny sposób myślenia – tłumaczy Agnieszka Hobot.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/3dd2517c4b3d9a53b9adc51f28db2796,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/3dd2517c4b3d9a53b9adc51f28db2796,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Monika Matak, szefowa zespołu ds polityki społecznej i wpływu w Żywiec Zdrój</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/601046,ukraina-dlaczego-dezerterzy-wracaja-na-front</guid><link>https://natemat.pl/601046,ukraina-dlaczego-dezerterzy-wracaja-na-front</link><pubDate>Sat, 19 Apr 2025 09:45:18 +0200</pubDate><title>Ukraińscy dezerterzy wracają do armii. &quot;Nie wiem, jak można to wyjaśnić&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/51672ef242783c74e014f4a37727c4a6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Do początku marca ukraińscy żołnierze, którzy zdezerterowali, mogli dobrowolnie wrócić do służby bez konsekwencji karnych. Kilku z nich opowiedziało DW o swoich motywach – pisze Hanna Sokołowa-Stekh w "Deutsche Welle".

– Jakie tam przestępstwo? Miałem problemy rodzinne! – mówi Kostiantyn, dezerter z ukraińskiej armii. – Nawiasem mówiąc, przestępstwem jest to, że nie otrzymałem żadnej rehabilitacji ani odszkodowania po tym, jak zostałem ranny! – dodaje.
Kostiantyn jest jednym z 21 000 żołnierzy, którzy według ukraińskich organów śledczych uciekli z frontu lub nie wywiązali się z obowiązku służby wojskowej. W ostatnich miesiącach dobrowolnie powrócili do służby wojskowej, aby uniknąć postępowania karnego. Odpowiedni termin upłynął na początku marca. Według danych z początku roku w Ukrainie zarejestrowanych było prawie 123 000 przypadków dezercji i opuszczenia jednostki.
Zbyt wielu dezerterów, by ścigać wszystkich
W latach 2023 i 2024 liczba przypadków dezercji osiągnęła poziom, z którym władze nie były już w stanie sobie poradzić. W ciągu ostatnich dwóch i pół roku zbadano tylko siedem procent wszystkich spraw.
Doprowadziło to do cichego układu, zgodnie z którym władze nie będą prowadziły dochodzeń, o ile dowódca jednostki zdoła przekonać zbiegłego żołnierza do powrotu do służby.
Praktyka ta wkrótce stała się prawem, zgodnie z decyzją parlamentu Ukrainy. Od jesieni 2024 r. żołnierze, którzy nie wywiązali się z obowiązku służby wojskowej lub zdezerterowali, mogli dobrowolnie powrócić do służby i tym samym uniknąć postępowania karnego. Powodem tej decyzji były oczywiście braki kadrowe na froncie. Jeszcze w styczniu głównodowodzący ukraińskich sił zbrojnych Ołeksandr Syrski mówił, że Ukraina potrzebuje więcej żołnierzy w brygadach zmechanizowanych. Jednak zdolności do mobilizacji nie są wystarczające, aby zaspokoić tę potrzebę.    
Jednak po kolejnej nowelizacji ustawy w grudniu wyznaczono termin, do którego możliwy był powrót do wojska bez konsekwencji karnych. Początkowo był to 1 stycznia 2025 r., ale następnie termin ten przedłużono o kolejne dwa miesiące, do początku marca.
Przemęczenie i konflikty z przełożonymi
– Nazywam się Jewhen, jestem żołnierzem ukraińskich sił zbrojnych i zostałem przywrócony do służby po dezercji – mówi 38-letni mężczyzna, którego spotykamy na poligonie 59. Samodzielnej Brygady Szturmowej, rozmieszczonej na linii frontu w pobliżu Pokrowska.
– Walczę od dziesięciu lat i pochodzę z Mariupola. Wojna wypaliła mnie w pewien sposób, zabrała mi wszystko, całą rodzinę. Ale jestem twardy i mam silne poczucie sprawiedliwości – mówi Jewhen.
Żołnierz uciekł ze 109. Brygady Obrony Terytorialnej, w której służył od początku pełnej inwazji Rosji na Ukrainę. – Nie zgadzałem się z moim byłym dowódcą. Nie lubił mnie i wysyłał na takie misje, z których się nie wraca, ale ja wróciłem, a potem zdezerterowałem – opowiada Jewhen.
Przez półtora miesiąca mieszkał w Dnieprze i podjął tam nielegalną pracę. – Trochę odpocząłem, bo przez te wszystkie lata miałem tylko jeden urlop – dodaje.
W końcu Jewhen zwrócił się do ukraińskiej żandarmerii wojskowej. – Powiedziałem im, że byłem dezerterem i chcę wrócić – wspomina. Następnego dnia, wraz z innymi dezerterami, został zabrany do batalionu rezerwowego, gdzie od czasu do czasu zbierali się rekruterzy z różnych brygad. Ostatecznie przyjął ofertę 59. brygady szturmowej i wkrótce wrócił na wojnę.
– Muszę walczyć. Jestem żołnierzem od palców u stóp po czubki włosów – mówi Jewhen o swojej motywacji. – Kiedy wracasz z frontu do dużego miasta, dziwnie i trudno jest oglądać, jak  życie po prostu się toczy – dodaje.
– Z zewnątrz wydaje się, że nie ma wojny. Sklepy, restauracje, Maybachy, Jeepy, Porsche... Ludzie żyją i nie rozumieją, co się tam dzieje – mówi.
Powroty na front mile widziane
Teraz Jewhen ćwiczy razem z kilkunastoma żołnierzami, którzy również wrócili do służby. Ich dowódca, noszący pseudonim "Biały", ma zrozumienie dla postawy swoich nowych towarzyszy. Zdecydowana większość z nich miała dobre powody, by unikać służby.
– Często przez dłuższy czas nie są zmieniani na swoich pozycjach, albo musieli wrócić do domu, by rozwiązać problemy rodzinne – relacjonuje dowódca. Zdarza się również, że żołnierz po leczeniu jest zgłaszany jako dezerter, jeśli nie wróci do swojej jednostki wojskowej w ciągu dwóch dni.
Dowódca podkreśla jednak, że powracający żołnierze sumiennie wykonują swoje obowiązki, jeśli są należycie traktowani. – Większość z nich już służyła w wojsku. Są lepiej wyszkoleni niż ci, którzy są świeżo po poborze. Są też bardziej zmotywowani i łatwiej się z nimi pracuje – mówi.
Jesienią, kiedy armia rosyjska nasiliła ofensywę w kierunku Pokrowska, brygada otrzymała rekrutów. W tamtym czasie w rozmowie z DW dowódca o pseudonimie "Biały" skrytykował ich wyszkolenie i ducha walki.
Często opuszczali oni swoje pozycje. Jednak w ciągu ostatnich trzech miesięcy sytuacja w jego brygadzie poprawiła się dzięki wzmocnieniu przez powracających ochotników.
Nierozwiązane problemy
– Ludzie ci popełnili przestępstwo, które podlega kodeksowi karnemu, ale to nie znaczy, że są złymi żołnierzami – podkreśla Roman Horodecki, oficer wsparcia psychologicznego dla personelu 68. Oddzielnej Brygady Jaegera. Brygada ta jest również rozmieszczona na linii frontu w pobliżu Pokrowska. Według Horodeckiego około 30 procent dezerterów powróciło, połowa z nich do swoich dawnych brygad.
Uważa on, że obecne przepisy dobrze regulują powrót dezerterów do służby wojskowej. Nie rozwiązują jednak przyczyn masowej dezercji. – Głównym problemem jest fizyczne i psychiczne wyczerpanie żołnierzy. Ale w tej chwili rozwiązanie tego problemu jest po prostu niemożliwe – ubolewa Horodecki.
"Wojna jest jak narkotyk"
42-letni wojskowy o pseudonimie "Milka" sam jest jednym z powracających. Nie chce wyjaśnić, dlaczego zdezerterował. To nie było na froncie, ale na tyłach, gdzie został przeniesiony po tym, jak został ranny.
– Dlaczego wróciłem? Nie wiem, jak można to wyjaśnić? Wojna jest jak narkotyk. Kiedy byłeś na wojnie, ciągnie cię tam z powrotem – mówi. – Nie chodzi o to, że potrzebujesz tych eksplozji, wcale nie. Nie wiem, jak to powiedzieć.
Otrzymał rozkaz przeniesienia do 68. Brygady, gdzie miał za zadanie szkolić żołnierzy. "Milka" czuje, że jego stan poprawił się w czasie, który spędził w domu.
– Znowu jestem naładowany energią – mówi.  – W tej chwili nawet nie myślę o urlopie. Ale chciałbym wszystko zdjąć, zanurzyć mundur w benzynie i go spalić, a potem założyć dres, wziąć dzieci za rękę i pójść na spacer. Tego właśnie chcę – mówi mężczyzna.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/51672ef242783c74e014f4a37727c4a6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/51672ef242783c74e014f4a37727c4a6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zdjęcie ilustracyjne. 07.12.2023. Szkolenie żołnierzy z Ukrainy prowadzone w centrum treningowym Combined Arms Training Command (CAT-C) na poligonie wojskowym w Wędrzynie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/599288,w-7-sekund-kupili-rakowowi-pilkarza-z-senegalu-tak-dziala-zondacrypto</guid><link>https://natemat.pl/599288,w-7-sekund-kupili-rakowowi-pilkarza-z-senegalu-tak-dziala-zondacrypto</link><pubDate>Wed, 09 Apr 2025 13:31:36 +0200</pubDate><title>W 7 sekund kupili Rakowowi piłkarza z Senegalu. Tak działa zondacrypto</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6457edead4c5a9341a5e9eb99450f85e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />zondacrypto to nie tylko giełda kryptowalut, to także szerokie portfolio produktów, m.in. bramka płatnicza krypto-fiat – zondacrypto pay, platforma ZND upraszczająca wejście w świat kryptowalut czy platforma edukacyjna Akademia zondacrypto. O możliwościach i perspektywach zondacrytpo rozmawiamy z jej prezesem, Przemysławem Kralem.

Zauważyłem, że zondacrypto to nie jest tylko i wyłącznie giełda kryptowalut, ale ma też wiele innych produktów i usług. Co jeszcze oferujecie swoim klientom?
Przemysław Kral, CEO zondacrypto: Rzeczywiście podstawowa działalność zondacrypto to giełda. Czyli jeśli zamierza pan kupić jednego bitcoina, dokonuje pan rejestracji na naszej giełdzie, wpłaca na przykład złotówki i składa ofertę, a potem kupuje tego bitcoina od innego uczestnika rynku, czyli też naszego klienta. Jesteśmy taką platformą, gdzie można zakupić kryptowaluty, sprzedać je, wymienić czy to za tradycyjną walutę fiducjarną, taką jak euro czy złotówki, czy też za inne krypto. To jest podstawowa działalność.
Ale jeśli nie chce pan za długo czekać z realizacją takiej oferty, może Pan dokonać tak zwanej transakcji OTC – czyli takiej transakcji kantorowej – i od razu kupić kryptowaluty. Może pan również zapłacić za pośrednictwem kryptowalut za towary, usługi.
A jakie? Bo to nie jest jeszcze, zdaje się, popularne?
Mamy dobry przykład z ostatnich dni. Jesteśmy sponsorem Rakowa Częstochowa. Raków Częstochowa zakupił ostatnio zawodnika z Senegalu i żeby uprościć i przyspieszyć transakcje, pomogliśmy Rakowowi wykonać tę transakcję w krypto. Raków wpłacił do nas walutę fiducjarną, my pomogliśmy zakupić Rakowowi kryptowalutę i za tego zawodnika z Senegalu w 7 sekund zapłaciliśmy bezpośrednio na rachunek kryptowalutowy klubu, który tego zawodnika sprzedawał. Jest to pierwszy taki przypadek w Polsce.
Co więcej, może pan również zakupić naszego natywnego tokena i na przykład go zastake'ować. Co to znaczy? Może pan go zamrozić i dostawać nagrody przez odpowiedni okres, na jaki pan wybierze taką w cudzysłowie lokatę. Możliwości jest bardzo, bardzo wiele.
Chcielibyśmy stworzyć taki bank tradycyjny połączony z bankiem krypto w aplikacji mobilnej. To nasz plan na najbliższą przyszłość.
Jak takie połączenie miałoby działać?
Opowiem to na przykładzie. Będzie pan mógł wpłacić swoją pensję na rachunek tradycyjny, fiducjarny, w naszym banku. Będzie pan mógł płacić rachunki w walucie fiducjarnej, jak również wymieniać ją na krypto, inwestować i bardziej zapoznawać się ze światem nowoczesnych finansów kryptowalutowych.
Na czym zarabia giełda kryptowalut? Widziałem, że sponsorujecie jako zondacrypto wiele gwiazd sportu, ale też również początkujących sportowców. Kolarka Katarzyna Niewiadoma i jej zespół, Magdalena Fręch, Wojciech Szczęsny, Giorgio Chiellini, czy David Trezeguet, Raków Częstochowa, Pogoń Szczecin, Dziki Warszawa, kilka włoskich klubów. I to jest bardzo fajna działalność, ale również kosztowna. Stąd moje pytanie o to, na czym zarabia zondacrypto?
zondacrypto zarabia najwięcej w momencie albo gwałtownych wzrostów, albo gwałtownych spadków. Jak każda giełda, na przykład giełda papierów wartościowych w Warszawie, ona też dokładnie zarabia w takich cyklach koniunkturalnych, kiedy coś albo bardzo rośnie, albo bardzo spada. Pobieramy prowizje od uczestników rynku na naszej platformie, którzy między sobą handlują. , każdy z nich płaci tam prowizję. Druga gałąź przychodów to płatności w krypto, tutaj również zarabiamy na spreadzie, czyli na różnicy kursowej. Jak każda tradycyjna giełda, czy to jest giełda towarowa, czy giełda papierów wartościowych, tak samo my zarabiamy na prowizji, na opłatach, które nasi klienci płacą za różnego rodzaju aktywności na giełdzie. Oczywiście tych źródeł przychodów jest bardzo, bardzo wiele. I w momencie, kiedy mamy wzrosty albo znaczący spadek na rynku, no to nasze przychody rosną.
Wielu Polaków zastanawia się, jak można zdywersyfikować swój portfel oszczędności, jak trochę zainwestować, gdzie szukać możliwości alokowania kapitału. Jeżeli ja chciałbym zacząć przygodę z kryptowalutami, jak mógłbym to zrobić, skąd powinienem czerpać informacje na ten temat?
Po pierwsze, proszę absolutnie nie zaczynać przygody z kryptowalutami bez wyedukowania się i bez poznania meandrów ryzyk inwestycyjnych. Zapraszam do naszej Akademii zondacrypto. Jest tam szereg lekcji, które wszystko pokazują, od bardzo podstawowych wiadomości o rynku krypto i w ogóle o krypto, po bardziej zaawansowane lekcje dotyczące strategii inwestycyjnych i różnego innego rodzaju produktów oraz szans i zagrożeń. To jest pierwszy etap, który zawsze polecam. Edukacja, edukacja, edukacja, dopiero później możemy myśleć o przygodzie kryptowalutowej i o rejestracji konta u nas na platformie. Polecam też, żeby zawsze sprawdzać takiego partnera, z którym się nawiązuje relacje, żeby to była firma licencjonowana, audytowana, nadzorowana, taka jak nasza.
Widziałem, że dużą wagę przywiązujecie Państwo do przestrzegania obowiązujących przepisów prawa. Chciałem więc zapytać, co to znaczy, że macie licencje, co to znaczy, że jesteście licencjonowaną giełdą i gdzie tę licencję macie?
Od 1 stycznia tego roku bardzo wiele się na rynku regulacji zmieniło. Weszło europejskie rozporządzenie MiCA, które na wszystkie kraje unijne nakłada obowiązek m.in. wydawania stosownych licencji. Polska jeszcze nie uchwaliła ustawy, jest w ogonie, czekamy na tę ustawę. Ale my złożyliśmy już aplikację w jednym miejscu w Europie, aplikujemy jeszcze w trzech innych. Mamy natomiast bardzo prestiżową licencję estońską, która de facto już zobligowała nas do przestrzegania wszystkich obostrzeń, które nakłada MiCA.
Estonia jest taką perełką na mapie Europy, która już od długiego czasu reguluje kryptowaluty i która jest im przyjazna, ale jednocześnie jest bardzo restrykcyjna dla uczestników rynku. Mamy też bardzo prestiżową licencję OTC w Szwajcarii, a również w Kanadzie. Jesteśmy wpisani na listę WASP, czyli podmiotów, które mogą działać na rynku kryptowalut w Polsce i na Słowacji.
Całą rozmowę z Przemysławem Kralem znajdziecie na naszym playerze:

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6457edead4c5a9341a5e9eb99450f85e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6457edead4c5a9341a5e9eb99450f85e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Przemysław Kral, CEO zodnacrypto.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/598091,sztuka-cyfrowa-w-nowym-wymiarze-wystawa-victorii-fard-w-ch-promenada</guid><link>https://natemat.pl/598091,sztuka-cyfrowa-w-nowym-wymiarze-wystawa-victorii-fard-w-ch-promenada</link><pubDate>Wed, 02 Apr 2025 13:30:23 +0200</pubDate><title>Sztuka cyfrowa w nowym wymiarze - wystawa Victorii Fard w CH Promenada</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/823ba4346cc42148284534086c3703b8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />29 marca w CH Promenada wystartowała wystawa audiowizualna Victorii Fard, uznanej artystki specjalizującej się w sztuce cyfrowej i generatywnej. Ekspozycja będzie dostępna w Promenada Art Space do czerwca 2025 roku, oferując odwiedzającym unikalne, immersyjne doświadczenie artystyczne.

Victoria Fard to wielokrotnie nagradzana artystka cyfrowa i architektka, której twórczość redefiniuje sposób, w jaki postrzegamy relację między światem rzeczywistym a wirtualnym. Jej prace łączą zaawansowane technologie, generatywne algorytmy i architektoniczne wizje, tworząc fantastyczne, trójwymiarowe środowiska, które pozwalają widzowi zanurzyć się w nieznanych dotąd cyfrowych krajobrazach. Inspirację czerpie zarówno z natury, jak i z kulturowego dziedzictwa, eksplorując tematy pamięci, tożsamości i zrównoważonego rozwoju.
Jej projekty prezentowane były na prestiżowych światowych wystawach, takich jak Times Square Arts Midnight Moment w Nowym Jorku, The Outernet w Londynie, Art Basel Miami, Frieze LA czy AURORA Biennial Dallas, zdobywając uznanie zarówno w świecie sztuki, jak i wśród entuzjastów nowych technologii. Fard eksperymentuje z interaktywnymi instalacjami, immersyjnymi wizualizacjami oraz rzeźbami tworzonymi na styku rzeczywistości i wirtualności. W swoich pracach nie tylko tworzy futurystyczne wizje, ale także stawia pytania o przyszłość miast, ekosystemów i ludzkiej percepcji, redefiniując sposób, w jaki odbieramy przestrzeń wokół nas.
- Mam nadzieję, że moja sztuka pozostawi w sercach odbiorców poczucie zachwytu, radości i nowych możliwości. Poprzez barwną narrację i twórczą ekspresję chciałabym rozbudzać ciekawość i inspirować do głębszego docenienia świata. Niech będzie przypomnieniem o mocy kreatywności, która potrafi podnosić na duchu, transformować i inspirować. Moim marzeniem jest dzielenie się sztuką w przestrzeniach dostępnych dla wszystkich. Sztuka publiczna ma wyjątkową moc – łączy ludzi, budzi ciekawość i tworzy wspólne chwile zachwytu. Moim celem jest kontynuowanie współpracy ze społecznościami i instytucjami, które wierzą w uczynienie sztuki dostępną i immersyjną dla każdego. – wspomina Victoria Fard, artystka, autorka wystawy.
Oficjalne otwarcie i przyszłość Promenada Art Space
W miniony weekend odbyło się uroczyste otwarcie wystawy, podczas którego zaproszeni goście mieli okazję jako pierwsi doświadczyć sztuki cyfrowej w nowym, immersyjnym formacie. Wydarzenie było również okazją do zapowiedzi kolejnych etapów rozwoju CH Promenada – centrum handlowego, które nie tylko dostarcza nowoczesnych rozwiązań zakupowych, ale także stawia na równoczesny rozwój kultury i technologii.
– Dzisiejsze wydarzenie to coś więcej niż tylko wystawa – to spotkanie sztuki, technologii i nowoczesnej przestrzeni, które udowadnia, że kultura może być dostępna dla każdego, a centra handlowe mogą stać się nowymi miejscami inspirujących doznań. Wystawa, którą za chwilę zobaczymy, to efekt pracy wybitnej artystki cyfrowej, a także konsekwentnego rozwoju Promenada Art Space – nowej przestrzeni w CH Promenada, która otwiera drzwi do immersyjnych doświadczeń wizualnych. – mówi Sylwia Ochnio Marketing Director, G City.
Nowa przestrzeń sztuki w sercu Warszawy
Promenada Art Space to unikalna przestrzeń, w której sztuka spotyka się z najnowszymi technologiami. Dzięki imponującemu ekranowi LED 3D odwiedzający mogą zanurzyć się w świecie cyfrowych wizji i doświadczyć sztuki w sposób niemożliwy w tradycyjnych galeriach. 
Wystawa Victorii Fard to dopiero początek – w planach są kolejne wydarzenia i projekty, które jeszcze bardziej przybliżą nowoczesne formy sztuki warszawskiej publiczności.
Wystawa jest dostępna dla odwiedzających bezpłatnie w godzinach otwarcia CH Promenada. Pokaz odbywa się codziennie o każdej, pełnej godzinie. Promenada Art Space zlokalizowana jest w pasażu handlowym na poziomie 0, w pobliżu wejścia do centrum od ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
Więcej informacji na temat aktualnej oferty centrum można znaleźć pod adresem: https://warszawa.promenada.com/aktualnosci/.






]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/823ba4346cc42148284534086c3703b8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/823ba4346cc42148284534086c3703b8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/dorotaminta/587348,w-natemat-mozecie-przeczytac-moje-porady-z-dziedziny-psychologii</guid><link>https://natemat.pl/blogi/dorotaminta/587348,w-natemat-mozecie-przeczytac-moje-porady-z-dziedziny-psychologii</link><pubDate>Thu, 30 Jan 2025 14:49:10 +0100</pubDate><title>W naTemat możecie przeczytać moje porady z dziedziny psychologii. Wyróżniono je w ważnym konkursie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/6c62f9cecf7826506a6ae5a3871134db,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jestem psycholożką, nie dziennikarką, ale pisanie o psychologii jest dla mnie ważne. To sposób na dzielenie się wiedzą, która może realnie pomóc innym. Wierzę, że słowa mają moc – mogą wspierać, wyjaśniać, a czasem po prostu towarzyszyć w trudnych momentach. Dlatego piszę.

W swoich tekstach staram się pokazywać, jak różnorodne są doświadczenia związane z problemami psychicznymi.  Każdy człowiek przeżywa swoje trudności na swój własny sposób, a ja chcę to zrozumienie przekazać dalej. Nie ma jednego uniwersalnego scenariusza na zdrowie psychiczne. 
Są za to historie, które warto opowiadać i przestrzenie, które warto odkrywać. Jednocześnie zależy mi na promowaniu podejścia do życia, które traktuje zdrowie jako całość – zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Często zapominamy, że te dwa obszary są ze sobą nierozerwalnie związane. Dbanie o siebie to nie tylko aktywność fizyczna czy zdrowa dieta, ale też troska o to, co dzieje się w naszej głowie.
Pisanie jest dla mnie formą wsparcia – próbą dotarcia do tych, którzy tego potrzebują. Jeśli moje słowa pomogą choć jednej osobie poczuć się mniej samotnie w swoich zmaganiach, jeśli skłonią kogoś do refleksji lub dadzą impuls do zmiany – to już jest dla mnie ogromna wartość. I właśnie dlatego piszę.
Dostałam nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarze dla Zdrowia – wyróżnienie w kategorii Internet, między innymi za teksty w serwisie naTemat. Traktuję to jako ważne wyróżnienie i docenienie. To motywuje mnie do dalszego działania i poszukiwania nowych, interesujących tematów z obszaru zdrowia psychicznego. Jestem przekonana, że poprzez pisanie mogę dotrzeć do szerszej grupy osób, co jest szczególnie istotne w kontekście rosnącej potrzeby wsparcia psychologicznego w społeczeństwie.
Moim celem jest przełamywanie tabu związanego z problemami zdrowotnymi, szczególnie tymi dotyczącymi sfery psychicznej. Staram się zachęcać do otwartości w rozmowach o emocjach i obawach, które często są tłumione lub ignorowane.
Nie chodzi mi jedynie o przekazywanie suchych faktów czy teorii psychologicznych. Chcę inspirować innych do aktywnego dbania o swoje zdrowie psychiczne i, co równie istotne, do szukania profesjonalnej pomocy w trudnych momentach życia.
Tematy, które poruszam w tekstach i innych wypowiedziach, są starannie dobierane pod kątem ich znaczenia i aktualności. Zdaję sobie sprawę, że tematyka jest ogromna i ciągle pojawiają się nowe zagadnienia warte omówienia.
W minionym roku moje artykuły obejmowały szeroki zakres tematyczny, w tym:
Znaczeniu odwagi w proszeniu o pomoc. O tym, jak trudno jest wielu osobom prosić o wsparcie, często z powodu obaw przed oceną społeczną. Mam nadzieję, że zachęciłam do otwartości w mówieniu o problemach, co jest kluczowe dla zdrowia psychicznego. 
Toksycznych relacjach w pracy. Pisałam takich zjawiskach, jak mobbing czy przemoc psychiczna, na zdrowie psychiczne pracowników. Zwracałam uwagę na konsekwencje tych, w tym możliwość rozwoju  zespołu stresu pourazowego (PTSD).
Mądrym dbaniu o zdrowie psychiczne. Starałam się promować ideę dbania o kondycję psychiczną, zwłaszcza w kontekście wypalenia zawodowego i stresu. Wskazywałam na potrzebę rozmawiania o emocjach i szukania wsparcia w trudnych chwilach.
Edukacji i komunikacji. Wielokrotnie powracałam do jednego z moich ulubionych tematów, czyli na znaczenie dobrej komunikacji między pacjentami a personelem medycznym. Dla mnie zaufanie i otwartość są kluczowe dla skutecznej terapii.
Zmian w podejściu do opieki nad seniorami. W kontekście starzejącego się społeczeństwa Minta poruszyłam temat wcześniejszej rozmowy o starości i opiece nad bliskimi, ponieważ zależy mi na  przełamywaniu stereotypów związanych ze starością, ale też  domami opieki.

Mam nadzieję, że moje teksty przynoszą Wam korzyści i  pozwalają lepiej zrozumieć niuanse funkcjonowania psychicznego, odkrywać moce, rozumieć siebie i w razie zawirowań i kryzysów prosić o pomoc. Dziękuję Wam za Wasze reakcje, komentarze i prywatne wiadomości w odpowiedzi na to, o czym piszę. To dla mnie ogromnie ważne i motywujące, ale też inspirujące i pchające do ciągłego poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania psychologii.



]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/6c62f9cecf7826506a6ae5a3871134db,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/6c62f9cecf7826506a6ae5a3871134db,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/586808,felieton-tomasza-lisa-o-trumpie-i-musku</guid><link>https://natemat.pl/blogi/tomaszlis/586808,felieton-tomasza-lisa-o-trumpie-i-musku</link><pubDate>Sun, 26 Jan 2025 18:58:47 +0100</pubDate><title>Tomasz Lis: Cała wstecz. Musk, podobnie jak Trump, to nasze dziecko (OPINIA)</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.natemat.pl/2fef72c86216508b92d6b7af9d723a20,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Część ludzkości składając ręce jak do modlitwy lamentuje teraz, co też światu przyniosą Trump i jego prezydentura. Jeśli już ma ludzkość potrzebę wykonywania chrześcijańskich gestów, to sugerowałbym raczej uderzenie się w piersi i powtarzanie "moja wina" plus refleksję nie na temat tego, co możliwe, ale na temat tego, dlaczego to, co kiedyś niemożliwe, już majaczy na horyzoncie i jest jak najbardziej możliwe.

Trump może być powodem wielu nieszczęść, ale w swej istocie są Trump i trumpizm oraz Musk i muskizm nieuchronnym skutkiem. Naszych błędów, naszych zaniechań, naszej głupoty i naszego braku wyobraźni.
Żyjemy w epoce, w której naczelnymi wartościami są wygoda, komfort, brak stresów i święty spokój. To poniekąd zrozumiałe. Po tysiącleciach wojen, mordów, przemocy i dwóch strasznych światowych wojnach ludzkość miała święte prawo pragnąć wrzucić na luz, odsapnąć i zawinąć do bezpiecznego portu.
Problem w tym, że życie nigdy nie zastyga, świat nie jest w bezruchu. To, że my odsapniemy, nie znaczy, że ziemia przestanie się kręcić i przestaną nią targać pradawne żywioły. Spokój jest więc tylko ułudą, zastój pozorem, a bezruch iluzją. 
Ja pragnienie ucieczki od kłopotów wszelakich rozumiem doskonale. Sam przyjmuję raczej minimalistyczną wersję szczęścia, którą nazywam sans souci (bez trosk), jak swój piękny pałac w Poczdamie ochrzcił przyjaciel Woltera, król Prus, Fryderyk II. Jak w domu bezpiecznie, lodówka pełna, dach nie przecieka, to już można mówić o szczęściu. Większości z nas potrzeba niewiele więcej i jest to całkiem ok.
Z drugiej strony mimo wyznawania takiej formy szczęścia, bliskie jest mi hasło umieszczone przy wyjściu na kort centralny US Open w Nowym Jorku: "Presja to przywilej". Ten pogląd jednak jest podzielany przez nielicznych. Zresztą, po co się stresować, skoro naczelnym celem naszej cywilizacji jest stresów unikanie. My nawet jak sobie stresy fundujemy i biegamy te maratony czy robimy ironmany, to też dla przyjemności. Czyli nawet monstrualny wysiłek służy zaspokojeniu naszego hedonizmu.
I ok. Nasze życie w ciągu ostatnich 30-40 lat zmieniło się absolutnie. Ponieważ mam niezupełnie sprawne palce lewej dłoni, tekst ten piszę kciukiem dłoni prawej, na telefonie. Gdy to robię, z rozrzewnieniem i melancholią wspominam, jak 40 lat temu pierwsze teksty pisałem na maszynie. Waliłem łapami w te klawisze, hałas był straszny, a mnie to kręciło, bo wiadomo było, że prawdziwy dziennikarz pisze na maszynie, siedzi w obłokach dymu, odpala papierosa od papierosa kiepując kolejne w pełnej popielniczce. Tako drzewiej bywało. 
Kilka dni temu mieliśmy dzień babci i dziadka. Większość dzieci przekazywała życzenia dziadkom dzwoniąc z telefonu komórkowego. A jak wcisnęli jeszcze jeden guzik, to babcię czy dziadka widzieli. Kiedyś, by zadzwonić do babci, jechało się na drugi koniec miasta albo zamawiało się międzymiastową (oczywiście dzisiejsze dzieci nie wiedzą, co to takiego i nigdy się nie dowiedzą). Niesamowite to wszystko. 
Kiedyś, gdy nadawałem do TVP relacje z Los Angeles czy San Diego, potrzebowałem łącz satelitarnych. Dziś wystarczy telefon. Niesamowite. Świat pod kciukiem. Pod kciukiem dostęp do wszystkich bibliotek świata, do książek, towarów, muzeów, biletów czy informacjach o ulubionych aktorach czy sportowcach, którzy sami te informacje umieszczają. Każdy pod ręką, cała wiedza tego świata pod palcem. Zmiana jest tak szokująca, że upojenie się nią jest naturalne, zawrót głowy nieuchronny, niemal narkotyczny odjazd gwarantowany.
A co do tego wszystkiego ma Trump? W świecie, w którym najważniejsza jest wygoda, miarą sukcesu są kliki, lajki i followersi, ludzkość w praktyce gloryfikuje i instytucjonalizuje egotyzm i narcyzm. Autostrada dla Trumpów gotowa. Tym bardziej że – kolejny paradoks – gdy dostęp do wiedzy jest łatwiejszy niż kiedykolwiek, ignorancja jest powszechna jak nigdy. Wszyscy wiedzą, czyli nikt nie wie nic. Wszyscy na wszystkim się znają, czyli nikt nic nie rozumie. Do tego jest to ignorancja szalenie z siebie zadowolona i pewna siebie. Mamy już glebę gotową i pod Trumpa lub Trumpów, i pod jego wyborców.
Bardzo lubię zuchwałość. Pobudza ambicję i wyobraźnię, nakręca pragnienia, zmusza do działania i do wychodzenia naprzeciw wyzwaniom. Ale zuchwałość bez pokory jest diabelską pułapką. Daje pozór wszechwładzy i wszechwiedzy. Gdy ponad 50 lat temu człowiek lądował na Księżycu, większość ten tryumf ludzkości oglądała w telewizji. Dziś korzystanie z niezliczonych tryumfów ludzkości to nasza codzienność. 
Oddychamy wręcz owocami ludzkiego geniuszu. I pożeramy je niemal od świtu do nocy – telefony dotykowe, gadanie do pilotów telewizyjnych, włączanie światła głosem, czyli Edison i Goethe na sterydach. Nasz intelekt okazał się nieograniczony, umysł nieokiełznany, ale za inteligencją pomysłodawców i wynalazców nie poszła rewolucja serc i wrażliwości.
W 1998 roku Jan Paweł II napisał encyklikę "Fides et Ratio", wiara i rozum. Była to w zasadzie desperacka obrona religii, świata wartości i będącego w defensywie serca przed tryumfującym i upajającym się tym tryumfem rozumem. Przecież niezwykły rozum zdążył uznać, że wiara jest passe, religia to anachronizm i przeżytek, a całe to gadanie o wartościach to zawracanie gitary. Człowiek uznał, że jest mądrzejszy od Boga, którego nie potrzebuje, a moralność i wartości etyczne uznał za rupiecie nadające się na wysypisko śmieci.
W momencie największego tryumfu swojego mózgu i największej wszechwładzy swego rozumu, człowiek wylądował na pustyni obłędu i nihilizmu, zagubiony jak nigdy. Pozbawiony zasięgu, geolokalizacji i nawigacji, mógł tylko się szamotać po omacku, szukając wyjścia z matni i podążając za szarlatanami, którzy oferowali wyjścia łatwe, przyjemne i wygodne, bo przecież wygoda ponad wszystko. 
Papież Wojtyła pisał, że wiara i rozum są jak skrzydła unoszące człowieka ku kontemplacji prawdy. Człowiek uznał jednak, że prawdę albo zna, albo jej nie potrzebuje. A jak już zdecyduje się jej szukać, to lecąc z jednym skrzydłem. Wiemy zaś nawet bez katastrofy smoleńskiej, że lecieć na jednym skrzydle nie sposób.
Największy tryumf w dziejach ludzkości był więc przedsmakiem krachu idei, śmierci etyki oraz wartości i totalnej klęski ludzkości. 
Witamy w świecie Trumpa. Are you happy? Are you fucking happy? Trump to wasze dziecko i wasza klęska. Teraz, parafrazując Gogola, nad sobą płaczcie. A przecież napisano w Piśmie: "będzie płacz i zgrzytanie zębami". No to jest. Ludzkość bezmyślnie uwierzyła w utopię i za utopią pobiegła. Każda utopia jednak to przedsionek piekła. 
Wiedział to Huxley opisując "Nowy wspaniały świat" i Orwell. Wiedzą o tym użyźniające glebę miliony ofiar nazizmu i komunizmu. Bo kilku wariatów postanowiło, że uszczęśliwią ludzkość albo przynajmniej "rasę panów". I ruszyli z rozmachem do realizacji swej wizji. Każdy zbyt nachalny i brawurowy pomysł na szczęście był i jest receptą na katastrofę. Każde porzucenie wiary i wartości było przedsionkiem i przystawką koszmaru.
Mamy teraz Muska, który ratuje planetę elektrycznymi samochodami i szykuje się do wycieczki na Marsa. Ale jednocześnie tak upaja się swą władzą, że hamulce i bezpieczniki wymontował sobie całkowicie. Zuchwałość kazała mu myśleć o Marsie. Brak pokory sprawia, że wcześniej wyląduje w piekle. A my niestety razem z nim. Musk, podobnie jak Trump, to nasze dziecko. Daliśmy mu zabawki, możliwości i władzę, zapominając, że każda władza korumpuje, a absolutna korumpuje absolutnie.
Parafrazowanie Kennedy’ego jest teraz w modzie. Więc teraz moja parafraza. Nie pytaj się, jak ludzkość ma osiągnąć sukces i tryumf. Pytaj się, jak temu zapobiec, zanim ludzkość stanie się tego sukcesu wielomiliardową ofiarą.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.natemat.pl/2fef72c86216508b92d6b7af9d723a20,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.natemat.pl/2fef72c86216508b92d6b7af9d723a20,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Miliarder Elon Musk w objęciach prezydenta USA Donalda Trumpa.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
